Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie - Adam Mickiewicz - ebook
Opis

Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz czyli ostatni zajazd na Litwie. Historia szlachecka z roku 1811 i 1812 we dwunastu księgach wierszem

Wstęp i opracowanie Stanisław Pigoń, aneks Julian Maślanka

Poetycka wizja Litwy lat 1811 i 1812, spisana przez Adama Mickiewicza dwie dekady później, na emigracji w Paryżu. Opus magnum poety i jego ostatni duży utwór. Przez kolejne pokolenia Polaków uważany za epopeję narodową, Pan Tadeusz (1834) nie przestaje zachwycać. Olśniewa nie tylko kreacją świata, złożonego z obrzędów, obyczajów, rytuałów i konwenansów kultury szlacheckiej, lecz także językiem poetyckim i artyzmem formy. Nie ma w tym poemacie zbędnej frazy, nieznaczącego bohatera, nieistotnej sceny, niewymownego gestu. Wszystko tworzy świat idealny, żywo oddziałujący kolorem, smakiem i dźwiękiem na zmysły czytelnika.

Tajemnica swoistego piękna Pana Tadeusza leży w jego niepospolitej zwyczajności. Sprawy potoczne, doznania powszednie, wypadki i przedmioty proste pokazane tam zostały sposobem niby zwykłym, a jakimś nowym, szczególnym, urzekającym świeżością ujęcia słownego: jedynego, najcelniejszego.

Ze Wstępu Stanisława Pigonia

Adam Mickiewicz (1798–1855) – poeta, dramaturg, tłumacz, publicysta, działacz polityczny. Uznany za jednego z trzech Wieszczów Narodowych – obok Słowackiego i Krasińskiego. Autor takich arcydzieł literatury polskiej jak: Oda do młodości (1820), Ballady i romanse (1822), Grażyna (1823), Dziady cz. II i IV (1823) oraz Dziady cz. III (1832). Urodził się w Nowogródku na Litwie. Studiował na Uniwersytecie Wileńskim, gdzie współtworzył tajne towarzystwa patriotyczne i samokształceniowe, za co został aresztowany i karnie zesłany w głąb Rosji. Tu powstały m.in. jego słynne Sonety krymskie (1826) oraz Konrad Wallenrod (1828). W 1829 roku udało mu się opuścić imperium Rosyjskie i po okresie podróży osiadł w Paryżu. Ożenił się z Celiną Szymanowską, z którą miał szóstkę dzieci. W 1840 roku objął nowo powstałą katedrę literatur słowiańskich w Collège de France, a niedługo później związał się z Kołem Sprawy Bożej Andrzeja Towiańskiego. W czasie Wiosny Ludów utworzył legion polski we Włoszech. Kilka lat później, w czasie wojny krymskiej, wyruszył z misją utworzenia legionów polskich do Konstantynopola, gdzie umarł nagle 26 listopada 1855 roku. Został pochowany na cmentarzu Les Champeaux w Montmorency pod Paryżem. W roku 1900 jego prochy uroczyście przeniesiono na Wawel.

Stanisław Pigoń (1885–1968) – historyk literatury polskiej, wybitny badacz romantyzmu i modernizmu, w szczególności twórczości Mickiewicza, Fredry, Norwida, Żeromskiego i Orkana. W okresie międzywojennym wykładowca i rektor Uniwersytetu Wileńskiego, pracował także na Uniwersytecie Jagiellońskim. W latach 1939–1940 więziony wraz z grupą profesorów UJ w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. Był członkiem Polskiej Akademii Umiejętności i Polskiej Akademii Nauk. Odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1031

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ADAM MICKIEWICZ
PAN TADEUSZ
CZYLI
OSTATNI ZAJAZD NA LITWIE
HISTORIA SZLACHECKAZ ROKU 1811 I 1812
WE DWUNASTU KSIĘGACH WIERSZEM
WYDANIE TRZYNASTE ZMIENIONE
OPRACOWAŁ
STANISŁAW PIGOŃ
ANEKS OPRACOWAŁ
JULIAN MAŚLANKA
ZAKŁAD NARODOWY IM. OSSOLIŃSKICHWROCŁAW 2015

BIBLIOTEKA NARODOWA

Wydawnictwo Biblioteki Narodowej pragnie zaspokoić pełną potrzebę kulturalną i przynieść zarówno każdemu inteligentnemu Polakowi, jak i kształcącej się młodzieży

WZOROWE WYDANIA NAJCELNIEJSZYCH UTWORÓW LITERATURY POLSKIEJ I OBCEJ

w opracowaniu podającym wyniki najnowszej o nich wiedzy.

Każdy tomik Biblioteki Narodowej stanowi dla siebie całość i zawiera bądź to jedno z arcydzieł literatury, bądź też wybór twórczości poszczególnych pisarzy.

Każdy tomik poprzedzony jest rozprawą wstępną, omawiającą na szerokim tle porównawczym, w sposób naukowy, ale jasny i przystępny, utwór danego pisarza. Śladem najlepszych wydawnictw obcych wprowadziła Biblioteka Narodowa gruntowne objaśnienia tekstu, stanowiące ciągły komentarz, dzięki któremu każdy czytelnik może należycie zrozumieć tekst utworu.

Biblioteka Narodowa zamierza w wydawnictwach swych, na daleką metę obliczonych, przynieść ogółowi miłośników literatury i myśli ojczystej wszystkie celniejsze utwory poezji i prozy polskiej od wieku XVI aż po dobę współczesną, uwzględniając nie tylko poetów i beletrystów, ale także mówców, historyków, filozofów i pisarzy pedagogicznych. Utwory pisane w językach obcych ogłaszane będą w poprawnych przekładach polskich.

Z literatury światowej Biblioteka Narodowa wydaje wszystkie te arcydzieła, których znajomość niezbędna jest dla zrozumienia dziejów piękna i myśli ogólnoludzkiej.

Do współpracy zaprosiła redakcja Biblioteki Narodowej najwybitniejszych badaczy naszej i obcej twórczości literackiej i kulturalnej, powierzając wydanie poszczególnych utworów najlepszym każdego znawcom.

Kładąc nacisk na staranność opracowań wstępnych i objaśnień utworów, Biblioteka Narodowa równocześnie poczytuje sobie za obowiązek podawać najdoskonalsze teksty samych utworów, opierając się na autografach, pierwodrukach i wydaniach krytycznych.

Fragment deklaracji z pierwszych tomów Biblioteki Narodowej

ADAM MICKIEWICZLitografia autorstwa Maksymiliana Fajansa

Seria Biblioteka Narodowa ukazuje się pod patronatem Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Redaktor Biblioteki Narodowej: STANISŁAW BEREŚ Zastępca Redaktora Biblioteki Narodowej: PAWEŁ PLUTA
Redakcja techniczna: STANISŁAWA TRELA
Skład: Edycja
Copyright © 2015 by Zakład Narodowy im. Ossolińskich
Wydanie XIII, zmienione, Wrocław 2015
Poprzednie wydania (I–IX) Pana Tadeusza ukazały się w Bibliotece Narodowej w latach 1925, 1929, 1958, 1967, 1971, 1972, 1980, 1982 w tym samym opracowaniu. Wydanie X z roku 1994 uzupełnia Aneks w opracowaniu Juliana Maślanki, wydanie XI ukazało się w 1996 roku, XII natomiast w roku 2012.
ISBN 978-83-61056-84-3
Zakład Narodowy im. Ossolińskich ul. Szewska 37, 50–139 Wrocław e-mail:bn@znio.plwww.ossolineum.pl
Konwersja:eLitera s.c.

WSTĘP

I. DROGA DO EPOPEI

W powstaniu Pana Tadeusza zachodzi okoliczność szczególna, a dzisiaj niedostatecznie już się uprzytomniająca. Nie dość wyraźnie zdajemy sobie sprawę, do jakiego stopnia poemat ten był zjawiskiem niespodzianym, dziwnym, zaskakującym. Kto wówczas mógł czegoś podobnego oczekiwać?

Bo rzeczywiście. Przyjechał Mickiewicz do Francji, złączył z dobrej woli los swój z tułactwem popowstaniowym, wiedziony już to kornym entuzjazmem dla bohaterstwa i męczeństwa wychodźców, już też pragnieniem ekspiacji za swą chwilową w potrzebie narodowej rezerwę i opieszałość. Przyjechał, by wejść w szeregi walczących. „Żyję nadzieją – pisał – że bezczynnie ręki w trumnie nie złożę”.

Jakoż przyniósł dar nad dary, utwór wart niejednej wygranej bitwy, Dziadów część III. Ten niebywały wybuch ekstazy i gniewu, rozrzewnienia i sarkazmu, buntu i olśnień proroczych, uwielbienie narodu i przygwożdżenie imion jego prześladowców na zawsze do słupa szubienicy – słusznie możemy poczytać za osiągnięcie jedno z najznaczniejszych w wiekowych zmaganiach się narodu o wolność. Dziełem tym zdobył Mickiewicz autorytet moralny jeden z najwyższych na emigracji. Nikogo nie zdziwiło, że pierwsze tygodnie pobytu w Paryżu wypełnił tworzeniem Ksiąg pielgrzymstwa, mających się stać jakby ewangelią narodową, jakby namaszczeniem i przewodnikiem dla apostołów nowego porządku świata. Autor ich żył – zdało się – cały w emigracji i emigracją.

W tych warunkach z poezji swojej wydobył on nowy ton, ale prawdziwie nie był to ton epicki. W poprzedniej twórczości zasłynął on jako śpiewak uczuć osobistych: w pierwszych Dziadach i w Sonetach uczuć przede wszystkim miłosnych, w Grażynie i Wallenrodzie – podziwu dla dawnych „wielkich ojców bezdzietnych”. A nie ton epicki uderzał tam współczesnych. To tylko Puszkin słuchał z zachwytem ustępów „powieści litewskiej”, to tylko Słowacki w Powieści Wajdeloty dosłyszał ton „godzien Homera”. Dla ogółu czytelników Konrad Wallenrod był przedśpiewem Belwederu. A więc nade wszystko pieśnią buntu. Tak się młody poeta zapisał w sercu i w pamięci swego pokolenia. Dziadów cz. III częściowo jedynie zmieniła to szacowanie. Jej autor był w dalszym ciągu Tyrteuszem walki.

Aż raptemPan Tadeusz, poemat taki niepodobny do wszystkiego, co się zwykło uważać za styl Mickiewicza, i tak na pozór niestosowny dla czasu i ludzi. Było czemu się dziwić i nie kryć zdumienia.

Jednakowoż dla nas dziś, po tylu latach, zdumienie owoczesne nie musi wydać się całkowicie uzasadnione. Kiedy obyci ze źródłami zważymy zjawisko to jako ogniwo w rozwoju polskiego życia literackiego czy jako wyraz immanentnych sił twórczych Mickiewicza, Pan Tadeusz nie wyda się ani w dziejach poezji polskiej czymś nieoczekiwanym, ani w twórczości autora czymś przypadkowym. Tak dziwnie wytrysłe źródło poezji epickiej wzbierało w Mickiewiczu długo i długo było umyślnie podsycane.

Podsycane przede wszystkim atmosferą czasu. Pamiętać należy, że młodość Mickiewicza przypada na początek wieku XIX, czyli że jego geniusz poetycki ukształcał się, dochodził do pierwszej samowiedzy w okresie, w którym u nas w Polsce, jak i gdzie indziej zresztą, szczególniej silnie i powszechnie panował jakby głód epopei. Nie zaspokajają go, z tego samego płynące źródła, ówczesne właśnie tłumaczenia Iliady i Eneidy. Trzeba było ten gatunek literacki przemieścić całkowicie na własny grunt, pozwolić mu wyrastać z polskiej gleby, z me] czerpać miazgę historyczną i przydzielić mu przynależne odrębne zadanie w strukturze duchowej narodu. Taka też nostryfikacja epopei staje się zjawiskiem coraz częstszym. Raz po razu zrywają się więc poeci, by mu zadośćuczynić od siebie. W ślad za Krasickim, autorem Wojny chocimskiej, występują inni. To Woronicz, usiłujący ująć w cykl epicki dziejowe zarania Słowiańszczyzny i Polski tudzież planujący Jagiellonidę, zanim ją Tomaszewski utworzył, to Muśnicki, poniekąd zaś Niemcewicz, Wężyk, Brodziński, Zaborowski wytrwale zakładający zręby wielkiego poematu o Chrobrym, nie licząc innych. Z tego samego posiewu później mozolnie wyrastać będzie ziarno na opoczystym gruncie K. Koźmiana w poemat bohaterski o Stefanie Czarnieckim.

Pomijamy objawy pomniejsze. Za długo i nie na miejscu byłoby tłumaczyć, czym się uzasadnia ta szeroko odczuwana potrzeba wielkiego oddechu epickiego; dość, że na owe właśnie czasy była ona faktem. Jedno rzec można: nie byle jaką rolę odegrała tam konieczność psychicznego odprostowania się i podźwignięcia spod rumowisk haniebnie i tragicznie zwalonej państwowości. Brutalnie wiekiem trumny przygniatany naród musiał dać znak pamięci przeszłego i woli przyszłego życia.

Otóż w atmosferze tak uzasadniającego się niedosytu epickiego wzrastał Mickiewicz; co więcej, sam go żywo odczuwał. Przecież młodocianej muzie jego przyświecało słońce Homera i Tassa tudzież księżyce Woltera-epika i Trembeckiego; toć na Wolterze, tłumacząc go i przerabiając, wprawiał swe pióro poetyckie. Interesowała go nawet epika Odymaiskiego czy piewców wyprawy wiedeńskiej; wielkim tchnieniem Iliady i Gofreda karmił swą Grażynę. Równocześnie zaś, i to bardzo usilnie, pracował nad zdobyciem i ugruntowaniem w sobie zasad teoretycznych, kanonów estetycznych epopei. Sowite owoce tej pracy złożył w rozprawie o Jagiellonidzie i we wstępie doZofiówki. Poeta od razu, od pierwszych kroków literackich, stawiał sobie ·sprawę wyraźnie, zaświadczał, że poezja opisowa, epicka, obchodzi go żywo, że zajmie poczesne miejsce W jego programie poetyckim. Na taki grunt padło wnet potem słońce odrodzenia poezji epickiej przez Byrona.

Tych czynników: wzmożenia witalizmu narodowego po klęsce tudzież zewnętrznej podniety z atmosfery literackiej, nie wystarczyłoby wszelako na tak wielki rozpęd epicki, jaki wykazać możemy w twórczości Mickiewicza. Tylko na urodzajnym gruncie skłonności przyrodzonych poety i przy szczególniej korzystnym uposażeniu jego organizacji artystycznej posiew ów mógł wydać owoc tak wspaniały: Pana Tadeusza, epos o Polsce.

Wśród przysposobień przyrodzonych postawić musimy na miejscu naczelnym osobliwie znamienną jakość patriotyzmu Mickiewicza, jego stosunek do ziemi rodzinnej i do ojczyzny w ogóle. Miłość poety musiała mieć tutaj jakąś wyjątkową głębię i natężenie, rdzenną jakąś żywiołową potęgę; również lada jakiego uczucia nie starczyłoby na taką pieśń. Jeżeli słusznie można mówić o zamierającym z wiekami i z postępem kultury zmyśle epickości, jeżeli trafnie stwierdza się kierunek ewolucyjny poezji od eposu ku liryce, to między naczelnymi przyczynami tego zjawiska należałoby postawić ten chyba fakt, że w miarę wzrostu, a – co ważniejsza – w miarę urbanizacji kultury ściera się z dusz zdolność żywiołowego zachwytu, wyhodowana przez ciągłe i bezpośrednie obcowanie człowieka z przyrodą. Zróżnicowana indywidualizmem, rozszczepiona w sobie problematyzmem, omroczona wreszcie upiornym cieniem historyzmu i relatywizmu, obu zaprawionych w gruncie cierpkim smakiem sceptyki, dusza współczesna coraz bardziej wyzbywa się naiwnego stosunku do zewnętrzności, zwłaszcza zaś traci zdolność zdziwienia przejmującego do głębi, przenikającego całą istotę. A właśnie ta zdolność zdumienia, którą Arystoteles uznał za kamień węgielny wszelkiego poznania, jest także naczelną cechą, stanowi istotę epickiego spojrzenia na świat. Poeta-epik skojarzyć musi w sobie duszę mędrca z oczyma i temperamentem dziecka; w tym znaczeniu można mówić o nim jako o człowieku pierwotnym.

Otóż błogosławionym składem rzeczy miał Mickiewicz w sobie wiele takiej właśnie pierwotności: na kraj lat dziecinnych patrzył przez zdumione oczy dziecka, powiązał się z nim bezpośrednio, dogłębnie, uczuciowością dziecięcego serca. Stosunek jego do ojczyzny, która jest właściwym bohaterem epickim Pana Tadeusza, ułożył się i trwał nie przez refleksję ani przez wyrafinowanie uczuciowe, ale przez pierwotną, bezpośrednią żywiołowość związku. Był to związek pokrewieństwa, związek rodzinny w najistotniejszym znaczeniu słowa i w całej świeżości odczuwania. Chcąc go określić, poeta sam raz po raz sięga po porównania w świat doznań synowskich czy rodzicielskich:

Patrzę na ojczyznę biedną

Jak syn na ojca wplecionego w koło;

Czuję całego cierpienia narodu.

Jak matka czuje w łonie bole swego płodu.

Obrazy te jak najszczelniej przystają do zaświadczanego tu zjawiska uczuciowego. Stosunek poety do ojczyzny ma w sobie dużo ze stosunku wrażliwego dziecka do rodziców dotkniętych nieszczęściem. Wiele się złożyło na ukształtowanie takiego właśnie żywiołowego patriotyzmu Mickiewicza.

Przede wszystkim samo pochodzenie i ramy młodości poety. Wychował się Mickiewicz niby to w mieście; ale ani rozległość, ani typ zabudowania nie nadawały Nowogródkowi zaiste charakteru wielkomiejskiego. Niewiele odbiegał on od wsi; nic w nim nie zasłaniało widnokręgu niebios; o kilkaset kroków, w którą bądź spojrzeć stronę – szczere pola, łąki, niwy, lasy. Bezpośredni synowski stosunek do ziemi zadzierzga się tu od razu i gruntuje się bez jakiejkolwiek przeszkody. Gościny młodego chłopca u krewnych, sąsiadów, w dworkach i świronkach zaścianków, zacieśniały jeszcze tę bezpośredniość. Wyszedł zaś Mickiewicz z nizin owoczesnego społeczeństwa. Jużcić rodzice wznieśli się byli nieco w hierarchii społecznej, ale ród szedł z drobnej, bardzo drobnej szlachty zagonowej, trwał wśród niej, tej właśnie, co od chłopa różniła się nie majątkiem, Zajęciem i trybem życia, ale jedynie krojem stroju i fantazją. Ilekroć poeta później wspominać będzie swe dzieciństwo, to ujmie je zawsze w rysy sielskie, w ramy wsi i jej spraw; w gruncie rzeczy nigdy się nie uważał za mieszczanina.

Otóż ta „sielskość” dzieciństwa Mickiewicza sprawiła, że dusza jego zrosła się nierozerwalnie z przyrodą, i to nie przyrodą cudzą, poznaną to tu, to ówdzie, na jakichś dalekich wojażach, ale z najbardziej własną, konkretną i jedyną, ściśle zindywidualizowaną, z ziemią, powietrzem, zapachem i kolorytem stron rodzinnych. W ziemię tę, w wąski nadniemeński zakątek, w pas kraju między Mołczadzią i Serweczą, w chude, drobną brzózką porosłe zbocza góry Żarnowej wrósł był poeta uczuciowo, miłością, jak chciwym korzeniem, ogarnął był podglebie tej ziemi obyczajowe, tradycyjne, zachwytem, jak koroną rozrosłą, kołysał się w jej charakterystycznym klimacie, wśród olśnień niewysłowionym, najdroższym, bo powszednim jej pięknem. Mickiewicz dostarcza jednego z naj doskonalszych przykładów tego, co nazywamy patriotyzmem rdzennym. Jego miłość ojczyzny, przestronna i pełna, skupiona jest przecież i rośnie od rdzenia, z miłości dla kraju lat dziecinnych. Z tej podstawy dopiero ogarnia pełnię i głębię narodu we wszystkich trzech wymiarach: terytorialną, stanową i dziejową. Nie zaciążyło nad nim na szczęście fatum ani pańskiego mieszczaństwa, jak nad Słowackim, ani znudzonego wojażerstwa, jak nad Krasińskim, ani poniewierki bezrobotnego oficjalisty, jak nad Goszczyńskim. Był on poetą prawdziwie „przypisanym do ziemi”, „synem ziemi”. Można też powiedzieć: słyszał głos matki. W napięciu ducha, w którym – jak wierzyli starożytni – słychać harmonię sfer, on słyszał ziemię, „gadał z ziemią”, która, głucha dla mieszczan, mnóstwem głosów szepce mu do ucha”. Szepty te zebrał i oddał w tonacji epickiej.

Ponadto ten szczególny, wrodzony partykularyzm, tę osobliwego nabożeństwa parafiańskość patriotyzmu Mickiewicza spotęgowało rozłączenie, poniewolna tułaczka. Wygnanie jeszcze silniej, wprost aż do bolesności, napięło tę właśnie strunę rdzennego patriotyzmu. Tęsknota, jak ogień zażegnięty we wnętrzu dębu, trawiła sam rdzeń jego duszy: owo uczuciowe zaprzepaszczenie się w kraju lat dziecinnych. Im dalej od Nowogródka wyznawał w jednym z listów – tym ciężej mu żyć; najpiękniejsze widoki alpejskie nasuwały mu wspomnienie stron rodzinnych, a z zestawienia tego bynajmniej nie Alpy wychodziły zwycięsko. Toteż liryzm żalu, bolesnej tęsknoty za krajem własnym, co był „jak zdrowie”, za „ojczyzną myśli”, stanowi jeden z dominujących motywów poetyckiej twórczości. Na określenie jego wartości używał poeta słów o najwyższym uczuciowym ładunku, a wreszcie ujął w wiersze niedościgłe chyba co do zwartości i potęgi wyrazu:

Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie

Święty i czysty jak pierwsze kochanie,

Nie zaburzony błędów przypomnieniem,

Nie podkopany nadziei złudzeniem

Ani zmieniony wypadków strumieniem.

Otóż tedy ta rdzenność i biologiczna potęga patriotyzmu, to miłosne powiązanie uczuciowe z niedużym skrawkiem ziemi, z krajem pagórków leśnych i łąk zielonych, oto co szczególniej predysponowało Mickiewicza na poetę Pana Tadeusza. Tą bowiem drogą stało się, że współbytując w niej czasu młodości, chłonął był w siebie jako dobro macierzyste cały urok tej ziemi wraz z jej bogactwem krajobrazu, dusz i obyczaju, wpatrywał się w każdy jej szczegół z żywym zawsze zdumieniem, szeroko otwartymi oczyma zdziwionego, kochającego dziecka. W ten sposób poeta, przy fenomenalnej swej pamięci plastycznej, zebrał był wcześnie tak ogromne bogactwo wrażeń i wzruszeń, tak posiadł był w sobie całą różnorodną istotę swej ściślejszej ojczyzny, że gdy później rozpalona tęsknota poety-pielgrzyma sięgnęła do tego zasobu po tworzywo poetyckie, to starczyło jej go na ogromny rapsod epicki.

W tym skrzętnym gospodarstwie poetyckim, w gromadzeniu tworzywa epickiego, wspierały wspaniale ową miłość prarodzicielską pewne, już to przyrodzone, już też zdobyte uposażenia, cechujące organizację psychiczną Mickiewicza. O jednym z nich, o zjawiskowej wprost pamięci plastycznej poety, dopiero co się wspomniało; chłonność, pojemność jej i żywość, wyjawione i udokumentowane w samym tylko Panu Tadeuszu, wprawiają w najwyższe zdumienie. Jak przestronny spichlerz gromadziła ona spostrzeżenia nieba i ziemi ojczystej, szczegółów krajobrazu, domostw, sprzętów itd.: to jakieś dopróchniewające po polach i osadach krzyże na bezimiennych mogiłkach (niewątpliwie pozostałych z r. 1812), to wiszary zielska i kwiecia, barwiste ogony szczyru i dziewanny na zmurszałej strzesze, to wybłyskujące podczas wichury srebrne podbicia liści topolowych, to jakieś przy drzwiach dworków zaszczepki z kołkiem itp.; albo znowu szczegóły stroju, obyczaju, tematów i kolorytu gawęd zaściankowych, itd. Wszystko to poeta zebrał, nanizał na pamięć i schował w sercu jak dobry gospodarz. Cały ten spichlerz otworzył się z nagła w pełni bogactwa pod zaklęciem pierwszych słów poematu, poczętych w dalekiej ziemi obcej.

A było tam więcej jeszcze. Usłużna pamięć wspomnień nasuwała poecie nie tylko kształty, ale i najsubtelniejszą grę światłocienia, kolorytu tamtych rzeczy i ludzi. Pamięć kolorystyczna Mickiewicza wzbudziła podziw Witkiewicza, malarza, który zdolność tę wrodzoną kształcił jeszcze w sobie i wysubtelniał długim zawodowym ćwiczeniem. Toż samo powiedzieć musiałby muzyk, który by zechciał rozpatrzyć walory melodyjności Pana Tadeusza. Z drobiazgową wiernością odtworzył tam poeta tak np. charakterystyczną dla jego stron rodzinnych monotonną, przewlekłą melodię słoty, kiedy „głos w mgłę wsiąka”, to znów wzbierającą od hałaśliwej radości życia muzykę pogodnego ranka w polu, to przelewający się w wieczność poszum lasu, to nagłą burzę, to dokuczliwe siąpienie słoty, wieczorną grę chórów żabich po stawach, nawet ów przez czujne ucho Zosi z kręgów powietrznych dosłyszany „akord muszek i półton fałszywy komarów”, i wiele, wiele innych zjawisk dźwiękowych, aż do najsubtelniejszych, do cichej harmonii światów, ledwie dosłyszalnej w późnym mroku polskiego wieczoru letniego.

Tak pojemny i szczelny spichrz pamięci musiał mieć jednak swego pracownika, co by go napełniał. Pamięć przytrzymuje i chowa wrażenia, trzeba je tam jednakże podsunąć, zebrać. Tutaj szło w pomoc poecie dalsze uposażenie, zapewne równie dane z przyrodzenia, ale też usprawnione i spotęgowane celową pracą. Rozporządzał Mickiewicz szczególniej sprawnym zmysłem obserwacyjnym, właśnie ową zawsze żywą, nie tępiejącą świeżością zdumienia. Zmysł ten wśród pokolenia rówieśnego poecie wyciągnął był spod skorupy konwenansu pseudoklasycznego sam już romantyzm; wprost programowo nastawiał on uwagę poetycką na rzeczywistość, zwłaszcza na przyrodę, kształt piękna chwytać kazał przez własne, nie przez cudze oczy. Była to arcyszczęśliwa atmosfera epoki.

Samej tej podniety zewnętrznej byłoby jednakże nie wystarczyło Mickiewiczowi na zgromadzenie tworzywa epickiego, jak nie wystarczyło dla tylu innych rówieśnych, grzęznących coraz bardziej w stylistyczny – cóż stąd, że nowy? – konwenans. Dość jej było wszelako Mickiewiczowi, by przyrodzone jego uposażenie w zdolność obserwacyjną podsunąć pod światło świadomości, wprząc je w celowy wysiłek ćwiczenia i użytkowania. Programowe wprost znaczenie· zmysłu obserwacyjnego, czujnej uwagi poetyckiej, podkreślał sam Mickiewicz wyraźnie i niejeden raz.

Bliskie otaczające – mówił raz w młodości Majewskiemu – trudno ocenić i to jest niemały znak talentu, kiedy widać, że kto sam postrzegał i czuł w chwili, kiedy postrzegał. Są poezje, w których nie widać, czy autor postrzegł sam choć to, co w stancji około niego było.

W taką to uświadomioną zdolność zbrojny, chodził młody Mickiewicz po kraju lat dziecinnych, szczegóły jego charakteru i jego krasy chwytał i podawał niezawodnej, łapczywej pamięci.

Ponadto jeszcze zaznaczyć trzeba, że ten czujny, wrażliwy obiektyw uwagi młodego Mickiewicza kierowany bywał na świat ojczysty przez pewne czynniki zewnętrzne, nastawiany pod pewnymi osobliwymi kątami i na wybrane zwłaszcza szczegóły. O dwu takich czynnikach wspomnieć wypada koniecznie.

Jeden szedł z programu filareckiego. W programie tym był punkt o zachowaniu i rozpoznaniu narodowości, była dążność do zorientowania się w układzie demo- i etnograficznym ściślejszej ojczyzny, i to pod względem zarówno materialnym, jak duchowym, obyczajowym. Filareci celowo, systematycznie przeprowadzali takie obserwacje. Jednym z postulatów ich programu wychowawczego było: wiedzieć jak najwięcej o kraju ojczystym, wiedzieć z autopsji. Programową tę dążność regulował później osobny, drukowany kwestionariusz, Opis jeograficzny (1821). Otóż ta zbiorowa dążność, spajająca grono kolegów, nastawić musiała miłościwą i bystrą uwagę także Mickiewicza, poddała obserwacjom poety linię kierunkową.

Za tą podnietą obchodziła go szczególniej polskość ziemi rodzinnej, zwłaszcza polskość trwająca, żywa jeszcze w dawnym, tradycyjnym kształcie – zatem w pierwszym rzędzie ludzie i rzeczy bezpośrednio powiązani z zanikającą już epoką niepodległości. Było jeszcze tej epoki dużo przy życiu, „był to jeszcze czas tak niedawny od zaboru kraju [...], tak wiele jeszcze po Litwie kontuszów, żupanów i słuckich pasów chodziło”[1]. Te oczywiście mogły się rzucać w oczy, ale nie zasłaniały ileż liczniejszych, choć sierakowych tylko, czamarek i taratatek. Otóż ta właśnie Polska dawna, „ostatnie egzemplarze” obyczaju i charakteru, te szczegóły etnograficzne ściągały uwagę poety-filomaty; zbierał on i szkicował w pamięci zabytki dawności polskiej, charaktery starego, zanikającego pokolenia, właśnie to – jak sam się wyraził w liście – „mnóstwo oryginałów z szczególniejszymi, a coraz innymi charakterami”.

Przy takim nastawieniu uwagi współdziałał inny jeszcze czynnik: podnieta literacka. Dopatrujemy się jej we wpływie lektury, zwłaszcza zaś powieści W. Scotta. Że je czytał Mickiewicz już w młodych latach, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Otóż wiemy, że powieści te nastawiły uwagę Mickiewicza w sposób osobliwy. Z całego świata charakterów, jaki w powieściach, swych zaklął ów epik ginącej, dawnej Szkocji, uderzały Mickiewicza najbardziej właśnie typy starych, zanikających oryginałów, resztek dawnego pokolenia; typy te co prawda i W. Scott malował może najbardziej con amore. Później nieco zapisał Odyniec:

Zauważyłem szczególniej, że Adamowi [z tej lektury] tkwią zwłaszcza w pamięci postaci oryginałów, jak np. Dominus Sampson, Antykwariusz, stary Lee itp.[2]

Chociaż świadectwo Odyńca pochodzi dopiero z r. 1829, można przyjąć, że zaobserwowana przezeń predylekcja Mickiewicza istniała już dawniej, że więc już na Litwie kierowała jego uwagę na takież postaci w otaczającym go społeczeństwie. Zgodzić się ponadto należy, że niesłychanie szeroki naówczas, silny wpływ i urok W. Scotta w ogóle sprawił, iż pokolenie współczesne Mickiewiczowi zwróciło uwagę na piękno mierzchnącej przeszłości, starało się ją pochwycić w potoku powszedniości, w drobiazgach obyczaju, stroju, w szczegółach antykwarycznych, zapragnęło uratować dla pamięci wszelkie jej zabytki i okazy. W tym kierunku pójdzie ławą powieściopisarstwo polskie z Niemcewiczem, Bernatowiczem, Skarbkiem, Rzewuskim, Grabowskim i innymi na czele; z tegoż rozpędu zainteresowań wyrosną zbieraniny K. Wł. Wójcickiego, cztery tomy dzieł Gołembiowskiego o dawnym obyczaju polskim. Cały ten wielki prąd nie przeszedł oczywiście mimo Mickiewicza niepostrzeżenie.

Jak więc widzimy, zespół różnych czynników, odśrodkowych i dośrodkowych, przyrodzonych i postronnych, składał się długo i zgodnie na to, by wezbrało w poecie podziemne źródło epopei. Zasób myślowy i uczuciowy, pamięć i wyobraźnia poety mimochodem jakby, a przecież ciągle wzbogacały się w tym kierunku i do tego stopnia, że kiedy w jakąś błogosławioną chwilę błyśnie mu pomysł poematu osnutego na kanwie stron rodzinnych, to pomysł ten, sycony niespodzianym bogactwem tamtych ukrytych zasobów pamięci i serca, z potęgą wprost żywiołową zacznie przybierać kształt, a co ważniejsza, rozrastać się pocznie szeroko ponad pierwotny zakrój, na miarę ogromnego poematu epickiego.

II. NARODZINY POEMATU

Nie jest bliżej znany moment poczęcia Pana Tadeusza, nie wiemy, gdzie i kiedy wypisał poeta pierwsze jego słowa: „Ojczyzno, Litwo moja!” Przyjaciel Mickiewicza, blisko z nim żyjący zwłaszcza w pierwszych latach na emigracji, Bohdan Zaleski, przekazał wiadomość, że pomysł „poematu sielskiego”, a nawet sam jego początek sięga jeszcze r. 1831, czasów pobytu w Wielkopolsce.

Ojciec twój – pisał on do Władysława Mickiewicza w r. 1874 – jak to już wiesz skądinąd, wydumał Pana Tadeusza na wsi, w Poznańskiem. Tam obmyślił pierwszy plan poematu i zaczął go od opisu dworu szlacheckiego w Polsce[3].

Owo „skądinąd” odnosi się tutaj do Józefa Grabowskiego, owoczesnego właściciela Łukowa; on to na jednym z listów Mickiewicza zanotował (po latach), że w Łukowie właśnie poeta powziął „myśl i początek” Pana Tadeusza.

Jeżeli tak nawet i było (co ostatecznie pewne nie jest i całej opinii krytycznej za sobą nie ma), to ten początek musiał być bardzo szczupły, obejmował rzeczywiście najwyżej jakieś sto kilkadziesiąt wierszy opisu Soplicowa[4]; poeta rychło go zaniechał, a powrócił do niego dopiero w Paryżu; według wszelkiego prawdopodobieństwa mowa Sędziego o grzeczności powstała już we Francji[5]. Do zarzuconego pomysłu wrócić musiał poeta w jesieni, najpóźniej w listopadzie 1832 r. Dnia 8 grudnia pisze do przyjaciela już wyraźnie o pracy nad tym poematem; pracę posunął był wówczas wcale daleko, dobrze w głąb drugiej księgi („już ukropiłem tysiąc wierszy”), urywki nowego utworu już nawet poeta czytywał znajomym.

Odtąd niemal tydzień po tygodniu, a w każdym razie księga po księdze, dzięki częstym wzmiankom w listach, śledzić możemy wyrastanie poematu. Wiadomo zatem, że dnia 12 stycznia 1833 r. miał poeta „już prawie całe dwie wielkie pieśni”; po dłuższej przerwie wrócił w kwietniu do poematu i dnia 6 maja donosi przyjacielowi, że skończył pieśń trzecią; do końca tego miesiąca napisał czwartą. Od pierwszych dni czerwca następuje przeszło czteromiesięczna przerwa w tworzeniu, wypełniona podróżą, pielęgnowaniem chorego Garczyńskiego i własną chorobą poety. Dopiero po powrocie wziął się Mickiewicz znów do pisania i dnia 13 listopada mógł już donieść: „Piątą pieśń skończyłem”. Po czym praca poszła szybkim tempem i bez przerw; w ciągu trzech miesięcy napisał siedem ksiąg, dnia 13 lutego 1834 r. ukończył pisanie i z radosną ulgą mógł spojrzeć na całość: „pieśni ogromnych dwanaście”. Niebawem też rękopis poszedł do druku i już w pierwszych dniach kwietnia odbijano na czysto pierwszy arkusz I tomu; druk całości ukończono tuż po 17 czerwca. Wkrótce dostali emigranci do rąk dwa zgrabne tomiki „historii szlacheckiej”: W ten sposób widzimy, że wyobraźnia poety zajęta była utworem przez jakieś piętnaście miesięcy, a praca nad nim, jeżeli odliczymy przerwy, trwała około dziewięciu miesięcy.

Czy przez ten czas poemat wzrastał tylko materialnie? Czy poeta, powziąwszy w jakiejś chwili arcyszczęśliwej plan całości w ostatecznym ogromie, potem już tylko odziewał go w kształt poetycki, wypełniał treścią ramy raz ustalone, wzbogacając pomysł tu i ówdzie jedynie nie przewidzianymi od nizu, drobnymi ostatecznie szczegółami? Czy też, przeciwnie, w miarę realizowania wizji poetyckiej przetwarzał ją poeta w głąb i wszerz, plan pierwotny rozszerzał na nowe, pierwotnie nie zamierzone wymiary? Czy więc poemat wyrastał tylko, czy też zarazem się rozrastał?

Pytanie takie może mieć znaczenie pierwszorzędne zwłaszcza wtenczas, gdy prócz tworu interesuje nas także twórca, gdy nas zaciekawia proces tworzenia, sama tajemnica pracy poetyckiej, gdy pragnęlibyśmy odsłonić drobny chociażby jej rąbek. Zaciekawienie to ileż zyskuje na intensywności, jeśli chodzi o powstawanie arcydzieła! Ale zresztą również wzgląd na dzieło samo w sobie, na poznanie wewnętrznej jego struktury zwraca nas ku temuż pytaniu.

Obserwując wzrost i kształtowanie się człowieka w miarę czasu, najlepiej możemy wniknąć w jego charakter, ogarnąć zasięg sił przyrodzonych, oszacować wartość. Tajemnicę urody kwiatu czy mocy pnia łatwiej będzie choćby w cząstce sobie odsłonić przyglądając się bacznie procesowi wzrostu. Podobnież i w dziele literackim niejeden szczegół zagadkowy, niejedna wartość istotna wystąpi dopiero wtedy w należytej jasności, gdy pochwycimy ją w momencie kiełkowania, w przebiegu przeistaczania się i gdy dociekniemy choćby częściowo przyczyny wzrostu.

Zagadnienie rozrostu koncepcji Pana Tadeusza w miarę tworzenia nie jest sprawą rozstrzygniętą jednomyślnie i powszechnie przyjętą. Wśród badaczy nie brak takich, co odrzucają sam taki pomysł; ich zdaniem świat poematu rozbłysnął w wyobraźni poety na raz i od początku w pełnych rozmiarach.

Nie mają chyba racji. Zjawisko, że pisarzowi dopiero w toku realizowania dzieła rozsuwają się wąsko pierwotnie założone granice pomysłu, że dorasta w nim bogactwo problematyki i treści – zjawisko takie wśród twórców o wielkim epickim rozmachu nie jest czymś niesłychanym, owszem, jest raczej naturalne i zwykłe. Na poparcie tego możemy przytoczyć dobre świadectwo.

Tomasz Mann opowiedział, jak to Czarodziejska góra, zamierzona początkowo na krótką opowieść, wyrosła mu pod piórem na wielkie malowidło epickie. Generalizując ten wypadek, stwierdza on właśnie naturalność i nieuniknioność zjawiska.

Trzeba chyba przyjąć – mówił – że w takich wypadkach chodzi o konieczne i twórcze oszukiwanie samego siebie. Gdyby pisarz od razu uświadomił sobie wszystkie możliwości i trudności związane z dziełem i poznał jego samoistną wolę [...], opadłyby mu z pewnością ręce i nie starczyłoby mu odwagi do rozpoczęcia pracy. Dzieło posiada w pewnych okolicznościach swoją własną ambicję, która może iść znacznie dalej niż ambicja autora, i tak jest właśnie dobrze. Albowiem ambicja nie powinna być sprawą osobistą, nie może poprzedzać dzieła, lecz musi z niego wypływać i do niego z kolei nakłaniać. W ten sposób, zdaje mi się, powstały wszystkie wielkie dzieła[6].

Wolno przyjąć, że tak właśnie powstał również Pan Tadeusz, toteż godzi się temu procesowi wyrostu jego bliżej przyjrzeć. Zadanie to narzuca się po prostu jako konieczność badawcza.

W naszym wypadku zaciekawienie się wzrostem Pana Tadeusza uzasadnione jest bowiem zarówno tym, co wiemy skądinąd o naturze twórczości poetyckiej Mickiewicza, jak i licznymi konkretnymi świadectwami pozostawionymi w samym tekście utworu tudzież w źródłach postronnych.

Kusząc się o rozpatrzenie zadania tak niełatwego, nie zostajemy bez pomocy. Wolno się nawet radować, że mamy ich nader wiele i różnorodnych, w materiale źródłowym natury zarówno historyczno-biograficznej, jak i filologicznej. Jesteśmy już w tym szczęśliwym położeniu, że został on cały zgromadzony pod jednym dachem. Osobny tom Kroniki życia i twórczości Mickiewicza[7] podaje go w komplecie i w należytym kalendarzowym uporządkowaniu. Należy też mieć na uwadze, że dzięki arcyfortunnym zbiegom okoliczności karty autografu (nie wszystkie co prawda, ale w znacznym stosunkowo stopniu kompletności) uniknęły grożących im kolejno niebezpieczeństw zatraty i ocalały do naszych czasów. Nie dość tego. Zostały po ostatniej wojnie udostępnione w podobiznach fotograficznych[8]. Przy rekonstrukcji ‚wewnętrznego przewodu twórczego mogą być dla badaczy pomocą wyjątkowo cenną. Korzystali też z niej – od Pilata do Wyki – niejednokrotnie i jakże owocnie!

Już z rozsianych licznie w korespondencji wzmianek O pracy nad Panem Tadeuszem ustalić można nie tylko chronologię powstawania poszczególnych pieśni, ale też i kolejne rozszerzanie się planowanych granic całości. U schyłku kwietnia 1833 r., kończąc pieśń III, sądził poeta, że gdyby nie przymusowa przerwa niemal dwumiesięczna, już by może zdołał uporać się z całością; obliczał ją więc zapewne na jakieś pieśni pięć. W lipcu, mając ukończoną pieśń IV, liczył, że ma już „trzy czwarte poematu”, zakrojonego teraz, widać, na ksiąg sześć. Jeszcze w połowie listopada, ukończywszy pieśń V, pisał: „Trzy jeszcze pozostaje”, sądził zatem z kolei, że zmieści całość w pieśniach ośmiu. Potem przez czas dłuższy był przekonany, że nie wyjdzie poza pieśni dziesięć, i w tej to nawet objętości poemat został· zapowiedziany przez księgarza w drukowanym katalogu. Sprawa wikła się przez to, że – jak widać z owej zapowiedzi poemat planowany na pieśni dziesięć miał objąć treściowo także wydarzenia z r. 1812, które wypełniły ostatecznie całe osobne dwie pieśni[9]. Z autografu wreszcie widzimy, że pieśń XI ma tam pierwotny tytuł: „Pieśń ostatnia”; a przecież i ona nie miała zostać ostatnią. Tak więc do ostatniej chwili nie wiedział poeta, jaki będzie rozmiar całości.

W tym stanie rzeczy czyż można przypuścić, żeby pod tym nie przewidzianym rozrostem objętości nie krył się rozrost samej treści poematu, żeby poeta, powziąwszy od razu ten pomysł, który wypełnia dzisiaj ksiąg dwanaście, mógł się łudzić początkowo, że go zmieści w księgach pięciu? Nie trzeba tracić słów na dowodzenie, że tak nie było; nie można wątpić, że wymiary materialne poematu rozrastały się w miarę i wskutek rozrastania się wymiarów treści, że więc Pan Tadeusz czym innym miał być w pierwszych początkach, a czym innym stał się w toku tworzenia.

Ani chwili nie będzie w to wątpił, kto zdaje sobie sprawę z właściwej Mickiewiczowi natury procesu twórczego, a poświadczonej w pracy nad innymi, wcześniejszymi dziełami. Sprawa nadawałaby się do szerszego potraktowania na podłożu psychologii tworzenia poetyckiego[10]. Mickiewicz był organizacją twórczą typu zasadniczo inspiracyjnego. Żadna z jego wielkich kompozycji literackich (najmniej wiemy o formowaniu się Konrada Wallenroda) nie powstała jako produkt z góry wytyczonego planu, żadna nie jest owocem kalkulacji, techniczną realizacją zamysłu sprecyzowanego i ustalonego uprzednio szczegółowo i w całej rozciągłości. W twórczości jego prawie stale jakaś niespodziana erupcja natchnienia już to stanowi pierwszy rozbłysk dzieła, iskrę, która się potem roznieca, rozpala w olbrzymi płomień, już też jest ustawicznie pracującą dźwignią, która w toku tworzenia raz po raz podważa ustalone już fundamenty dzieła, zmusza poetę, by je rozstawiał coraz szerzej, by po parękroć przetwarzał podstawowe wiązania wznoszonej całości.

Równocześnie atoli z fermentem inspiracji współdziała tam czujny, bystry rozmysł konstruktora, świadomie i celnie gospodarujący przyrostem elementów. Przy takim zaś współdziałaniu obu sił napędowych nie było powodu do obawy, żeby tak niespodzianie rozrastająca się konstrukcja dzieł Mickiewicza cierpieć miała na zwartości. Jeżeli o Pana Tadeusza chodzi, zaznaczamy tutaj tę sprawę pokrótce i ogólnie, obiecując sobie powrócić do niej za chwilę. Na razie dość powiedzieć, że poeta, ogarniając coraz szersze horyzonty poematu, przedziwnie umiał wiązać nowo zjawione elementy w celową jedność, ze spontanicznych wybuchów natchnienia tworzył wspaniale zwartą całość artystyczną. I nie wydaje się, jakoby musiał w tym kierunku podejmować osobne jakieś zabiegi. Rzecz szczególna, że w brulionach jego i notatach nie znajdujemy ani śladu jakiegoś szkicowania planów, rozkładania sobie zamierzonej materii poetyckiej na przyszłe elementy kompozycyjne: sceny czy pieśni.

Wspomnieć zaś warto, że takich próbnych wytyczań architektonicznych nie brak nawet u poety o tak zdecydowanym typie inspiracyjnym, jak Słowacki. Przy tym wszystkim ostatecznie wiadomo jednak, że nie kompozycja stanowi najwyższą zaletę dzieł Mickiewicza, że owszem, w najdoskonalszych dadzą się wykryć pod tym względem niejakie skazy, rysy. We wszystkich zaś można przy uważnym zbadaniu wyróżnić jakoby złoża geologiczne, nawarstwienia treści, z których badacz odczytać zdoła dzieje formowania się tego tworu piękna.

Otóż pamiętając o tym, z tym większym zaciekawieniem wracamy do postawionego wyżej pytania: jak powstawał Pan Tadeusz, jak w jego narastającym bloku układały się złoża kolejnych natchnień?

Żeby wyrozumieć należycie gruntowność i siłę rozrostuPana Tadeusza, by wytłumaczyć sobie, skąd się brały te jeden za drugim nadążające przypływy nowej treści poematu, trzeba sobie w ogóle żywo uprzytomnić owoczesną intensywność życia twórczego Mickiewicza. Rozpoczynając ten poemat, był on u zenitu swych mocy twórczych, miał lat 34. Dopiero co wykończył i ogłosił Dziadów cz. III, dzieło, co go wyniosło w uznaniu narodu ponad wyżyny, na jakich w Polsce kiedykolwiek stanął był którykolwiek z twórców. Właśnie podówczas duch poety, wezbrany siłami twórczymi, tętnił w sobie jak motor w pełni rozpędu. Trzeba to podkreślić tutaj jak najdosadniej, wbrew plątającym się bałamuctwom.

Można było słyszeć i czytać opinie, jakobyPan Tadeusz był produktem okresu znużenia, wyczerpania twórczego, rezygnacji. Wręcz przeciwnie! W listopadzie i grudniu 1832 r., kiedy poeta, powziąwszy pomysł tego utworu, zaczyna go szybko wcielać w kształt, właśnie wtenczas kończy zarazem Księgi narodu i pielgrzymstwa, pisze dużą opowieść francuską L’Histoire de l’avenir, przygotowuje do druku poezje Garczyńskiego, wygłasza odczyty w Towarzystwie Litewskim i Ziem Ruskich, nie uchyla się od pisania memoriałów i odezw dla bliskich mu skupień ideowych emigracji. „Piszę teraz i drukuję – donosi – avec une chaleur fiévreuse et des mouvements convulsits”, i donosi istną prawdę. Niebawem zaś, uporawszy się ostatecznie z przekładem Giaura, właśnie gdy był w toku tworzenia pieśni II Pana Tadeusza, wziął na siebie trud redagowania tygodnika politycznego «Pielgrzym Polski», sam zapełniał go artykułami i notatkami, które, zebrane razem z jednego kwartału, utworzyłyby wcale pokaźny tomik. Nie dosyć tego. W największym pędzie tworzenia „poematu sielskiego”, porwany pracą i rozkochany w niej, raz po raz odrywał się od upodobanego dzieła, „wzdychał bardzo” do dalszych części Dziadów i mimochodem „sztukował” luźne sceny do jakiejś następnej partii tego utworu. I to wszystko ma być przejawem okresu wyczerpania?

Właśnie tedy w okresie tak wspaniale wezbranych władz twórczych wrócił był Mickiewicz do pomysłu sprzed roku i począł pisać „poema sielskie”. Cóż dziwnego, że rozmach twórczy, coraz potężniejąc, przebudowywać będzie raz po raz plany całości, szczupło pierwotnie zakrojone. Wielkopolski szkic początku nie dochował się w autografie i nic o nim pewnego powiedzieć nie możemy, nawet tego, że faktycznie istniał; jedyną podstawę do wnioskowania daje nam dopiero brulion paryski. O najpierwotniejszym zawiązku poematu wnosić możemy tylko pośrednio, głównie z paru nie dość zatartych śladów w samym tekście. Najwcześniejsze określenie: „poema sielskie” i zaświadczona w korespondencji asocjacja z sielanką Goethego dowodzą, że i tutaj treścią miała być głównie miłość w zakątku nowogródzkim, oczywiście miłość Tadeusza i Zosi. Ponieważ zaś już w zachowanym brulionie początku księgi II wprowadzony jest zamek jako przedmiot sporu, a co ważniejsza, zaznaczone zostały rysy tajemnicze księdza Kwestarza, wnosimy stąd, że owa miłość od razu miała być ostatnim aktem odległego dramatu, ogniwem pojednania w sporze dwóch rodów, jej spełnienie miało być widomym znakiem ekspiacji za zbrodnię zamkową.

Natomiast wszystko świadczy za tym, że w tym pierwotnym planie nie było jeszcze Telimeny. Nie ma o niej wzmianki w pierwszych 250 wierszach pierwszej redakcji, choć okoliczności akcji wymagałyby tego; nie ma jej wśród towarzystwa powracającego z pola; nie było jej też we dworze, gdzie Tadeusz przebiegł wszystkie pokoje i obecności niczyjej nie zauważył; brak w tej redakcji w ogóle wzmianki dzisiejszej (I 78) o ciotce z Petersburga. Co ważniejsza, Zosia pierwotnie była pojęta (czego ślady pozostały do dzisiaj w w. 110–130 księgi I) jako dorosła i samodzielna panna, nie będąca bynajmniej pod opieką ciotki. Ona też według pierwotnego pomysłu miała się znaleźć od razu pierwszego wieczora z gośćmi u stołu, gdzie by oczywiście spotkała się i poznała z Tadeuszem. Telimena-uwodzicielka niewątpliwie nie mieściła się jeszcze w pierwotnym planie poematu.

Słowem, ile wnosić wolno, wątek miłosny w pierwotnym pomyśle miał być skomplikowany jedynie sporem dwóch rodów, a nie przeszkodami ze strony Telimeny. W akcję utworu natomiast od razu miał się wplatać pierwiastek tajemniczości, skupiony w osobie zakonnika, dawnego zabójcy, który, miany za zmarłego, pracuje na odkupienie swego czynu. Jako taki, utajony ojciec bohatera, ks. Robak od razu miał być w poemacie postacią kierowniczą. Według wszelkiego prawdopodobieństwa on też miał być początkowo postacią tytułową; jego nawet pierwotnym imieniem, a nie imieniem Tadeusza, miał być nazwany poemat. W brulionie księgi I na czele widnieje ręką poety wypisany tytuł: Żegota. Że to istotnie tytuł, widać ze sposobu umieszczenia; że tytuł ten nie odnosi się tylko do księgi I, uznamy łatwo, przypomniawszy, że postać takiego imienia w ogóle w księdze tej, ani w ostatecznej, ani w brulionowej jej redakcji, nie występuje[11]. Wnosić wolno, że Żegota to pierwotne imię Jacka Soplicy i że do niego to odnosi się tajemnicza skądinąd wzmianka Wojskiego (II 793):

Gdzie jest dziś taki strzelec jak szlachcic Żegota

Co kulą z pistoletu W biegu trafiał kota?

Zaznaczmy i to, że w pierwotnym autografie imię Robaka, Jacek, zjawia się dopiero w księdze III, w. 362.

Można by więc powiedzieć, że już na początkowych kartach pierwotnej redakcji dochodzą do wyrazu elementy konstrukcji, charakterystyczne dla upodobanych wówczas (także przez Mickiewicza) tradycyjno-obyczajowych powieści W. Scotta: spór rodów, przewlekłe konsekwencje dawnej zbrodni, tajemnicza postać główna itp.; im dalej w dzieło, tym bardziej zyskiwać one będą na znaczeniu. Miłość natomiast, mająca stanowić wątek środkowy, pojęta została od razu nowocześnie; jest to typowa miłość romantyczna, przeczuwana w „tajniach domysłów”, zakwitająca od pierwszego wejrzenia, miłość dwu dusz przeznaczonych dla siebie z wyższego zrządzenia i ciążących ku sobie wbrew wszelkim przeszkodom, jakie stawiać jej będą stosunki życiowe. Trzeba też powiedzieć, że dla oddania jej zarówno w kolejach rozwoju, jak i w naturze wzruszeń chętnie i pokaźnie czerpał poeta tworzywo z dziejów własnego młodzieńczego serca. W podobny sposób z tego samego tworzywa próbował on był już raz, w nie sformowanej ostatecznie I części Dziadów, oddać proces budzącego się uczucia miłości romantycznej. Obecnie, w innej konstrukcji, podejmuje poeta na nowo porzucone wówczas zadanie artystyczne.

O ile wnosić wolno z zagadkowych napomknień Myśliwego Czarnego we fragmencie części I i ze słów samego Gustawa w IV części Dziadów, również tamten proces budzącej się, jedynej, predestynowanej miłości bohatera miał być zamącony, skomplikowany przez pokusę rzucenia się „w brudne uciech rzeki”. Według wszelkiego prawdopodobieństwa poeta zamierzał był już w pierwotnie zakrawanym planie Dziadów kowieńsko-wileńskich rozwinąć motyw miłości-grzechu, wprowadzić w akcję jej wyobrazicielkę, narzędzie pokusy, być może według pierwowzoru „Wenery kowieńskiej”, pani Kowalskiej. I tutaj oczywiście ująłby w kształt artystyczny prawdę własnych swych ówczesnych skomplikowanych przeżyć uczuciowych.

Otóż tę samą komplikację wprowadził on i teraz w plan poematu. Obok Zosi, dziewczątka, co pierwszy raz kochać zaczyna, postawił we wczesnym zaraz rozmyśle zalotnicę Telimenę; młodego bohatera zaś, Tadeusza, dopiero przez manowce prowadzić będzie do źródła prawdziwej miłości. Na tym polega pierwsza zmiana utworu. Zmiana bardzo wczesna, przeprowadzona już w brulionie I księgi, zatem być może powzięta zaraz wtenczas, gdy poeta pod koniec 1832 r. powrócił do zaniechanego pomysłu łukowskiego.

III. ROZROST WĄTKU DAWNOŚCI

Wprowadzając nową, pierwotnie nie przewidzianą postać „cioci”, nie zadowolił się poeta wszelako nadaniem jej rysów doświadczonej zalotnicy; pojął Telimenę zarazem jako „damę modną”, entuzjastkę cudzoziemszczyzny, przedstawicielkę afektowanej (nieszczerej zresztą) uczuciowości sentymentalnej, słowem, jako postać spotykaną już w literaturze polskiej (i obcej) z końca XVIII i z początku XIX wieku.

Skądże znowu ten pomysł? Tłumacząc później Witwickiemu rolę Telimeny w poemacie, zaznaczył Mickiewicz, że postać ta była mu potrzebna „prawem kontrastu”. Otóż stanowi ona kontrast nie tylko w stosunku do Zosi. W kontraście jeszcze jaskrawszym stoi do dworu soplicowskiego, do zebranego tam towarzystwa, do panującej tam charakterystycznej obyczajowości. Jest to, jak wiadomo, obyczajowość na wkróś tradycyjna, staropolska. Gospodarz dworu, Sędzia, w ubiorze, w pojęciach, w obyczaju dnia powszedniego, w całym swym typie psychicznym jest postacią już nieco anachroniczną, jest tradycjonalistą programowym, świadomie przeciwstawiającym się postępującemu duchowi czasu, opornym wobec nadchodzącej, nowej i już zwycięskiej formacji życia. Jak Podstoli Krasickiego, mógłby i on nad drzwiami swego dworu wyryć hasło: „Moribus antiquis”. Poeta raz po raz podkreśla, że Sędzia – choć jako gospodarz-rolnik bynajmniej nie zacofany – wbrew nowym modom chował w domu dawny obyczaj, że naginał doń swych gości, a jeżeli nawet z szańca swego tradycjonalizmu ustępował naporowi nowości, to co najwyżej w drobiazgach, a i to „rad nierad”, i wyraźnie nie pochwalając czy to nowych form współżycia towarzyskiego, czy też w ogóle nowego porządku społecznego.

To znamię zachowawczości wniósł Sędzia z sobą w poemat od samego początku (por. I 146); podkreślone ono zostało bezpośrednio po scenie, w której występuje Zosia, według pierwotnej jeszcze koncepcji jako dorosła panna. Z różnych poszlak sądzić wszelako wolno, że w miarę realizowania planu utworu ten rys Sędziego pogłębiał się, a przede wszystkim się bogacił. Otóż wnosić należy, że dla tego to właśnie pogłębienia, dla silniejszego uwydatnienia potrzebny był poecie kontrast. Kontrastuje zaś z Sędzią nie tylko Tadeusz, przedstawiciel nowoczesnego wychowania, ale w daleko wyższym stopniu przedstawiciele przesadnego nowatorstwa obyczajowego, tzn. Hrabia i właśnie Telimena. Dla takiego to w znacznej mierze kontrastu została ona wprowadzona do gotowego już planu poematu. Z tejże samej racji przeistoczył się w toku tworzenia poematu również charakter Hrabiego; z pierwotnego młodzieńca, co właśnie opuścił ławę szkolną, wyszedł w ostatecznym ujęciu „wojażer”, co już zwiedził kawał Europy, czytelnik powieści awanturniczych pani Radcliffe, z donkiszotowska skrojony łowca niezwyczajności, znowu postać, mimo cudackiej nieco przesady, charakterystyczna dla nowoczesności i dostrzegana tam zresztą przez innych także pisarzy (Fredro).

Skoro zaś tak został ustalony charakter i układ tła obyczajowego, skoro akcja utworu została osadzona na pograniczu dwu epok: zanikającej staropolszczyzny i nadchodzącej nowoczesności, tedy z takiego ujęcia wyniknąć musiały z kolei nowe, rozległe zadania twórcze. .

Pierwsze – iście epickie. Odtworzyć ową zanikającą dawność, uchwycić w rysach charakterystycznych epokę bytu narodowego, która się dopiero zamknęła i zapadła niepowrotnie w przeszłość jak zamczysko horeszkowskie, niedawno pełne życia i gwaru, krzyżujących się dążeń, namiętności, a obecnie w ruinie, która nie zostanie już odbudowana nigdy, a zaludnić się ponownie i ożyć może już tylko w złudach wyobraźni poetyckiej; tym wyraziściej za to przed wyobraźnią owa dawność ujawniła się w całym bogactwie, „w całej ozdobie” istnienia.

Odtwarzając epokę przejścia z obyczajowości staropolskiej w nową, zarazem przejścia z bytu niepodległego w niewolny – rzecz na pozór dziwna – niewiele stosunkowo uwagi poświęcił poeta sprawom politycznym. Na oko nawet nie poznałbyś, że nad Soplicowem, Dobrzynem odmieniły się niedawno rządy, że już nie z Warszawy sięga tu władza, ale z Petersburga. Prawdę mówiąc, sami mieszkańcy nie zawsze o tym myślą, jeszcze się nie wybili ze starego sposobu rachuby politycznej. Kiedy na radzie w Dobrzynie powstaje myśl, by zawiązać konfederację, Gerwazy łatwo ją zbywa uwagą, że na to są – jakby za czasów Rzeczypospolitej – osobni urzędnicy: pisarze koronny i litewski, cóż o tym myśleć w Dobrzynie! No i spośród zebranych u Maćka nikt się najwyraźniej w tej wykrętnej sofistyce nie połapał.

Bo też nic dziwnego. Ustrój administracyjny, ten, z którym nowy obywatel miał koło siebie do czynienia, na ogół z rozbiorami Polski z nagła się nie zmienił, pozostał stary; sądy graniczne, po staremu sformowane, jak dawniej rozstrzygały spory o miedze, o drogi, o wyręby. Jedyna dziedzina, w której nowa administracja rosyjska dawała się we znaki – to sprawy podatkowe. Na uciążliwość teraźniejszych podatków skarży się w karczmie szlachta przed Robakiem; o potrójnym podatku, jakim rząd ogładza uwłaszczonych chłopów, wiedział też Gerwazy. Zresztą mieszkańcom Soplicowa czy Dobrzyna nawet represje polityczne nie przedstawiały się zbyt groźnie. Wprawdzie Płut potrząsa zawzięcie „żółtą księgą”, straszy rygorami stanu wyjątkowego, ale właściwie po to tylko, żeby wymusić sutszą łapówkę. Łapówką, niezbyt nawet dużą: połową intraty rocznej mógłby się był Hrabia wykupić od kary za takie przestępstwo, jak udział w buncie i wybiciu dwu kompanii wojska. Urzędnicy rosyjscy, sprawnik czy strapczy, byli figurami na tyle widać niegroźnymi, że tytułami ich można było bez obawy nazywać wzgardliwie psy myśliwskie. Krótko mówiąc, o ucisku politycznym rosyjskim na Litwie z początkiem wieku XIX niewiele słyszymy z Pana Tadeusza.

Toteż jeśli młodzież litewska przemyka się jednak do wojska Księstwa Warszawskiego, jeżeli hasło powstania znajduje po zapadłych zaściankach oddźwięk tak łatwy i szeroki, tedy dzieje się to nie prawem reakcji na” dokuczliwość ucisku, ale przez samo umiłowanie wolności, li przez wrodzony i wciąż żywy patriotyzm polski tej szlachty. Stosunek do Rosjan w Soplicowie i Dobrzynie jest nie tyle nienawistny, ile lekceważący. Poeta to podkreśla, nie tając nawet, że ten stosunek nie ma pełnej jego aprobaty. Krzywdę, jaką Sędzia wyrządza Rykowowi proponując mu kieskę z dukatami za milczenie, naprawiać musi właściwie dopiero autor odsłaniając szlachetny charakter Kapitana. „Epicki obiektywizm tego epizodu ocenimy pamiętając, że pisał go poeta, który dopiero co w «Pielgrzymie Polskim» sformułował był „konstytucję powstańską”, gdzie na bezwzględną zagładę skazywano „każdego Moskala” służącego carowi, a ponadto który tamże sformułował był najostrzej przeciwko owoczesnej Rosji wymierzoną koncepcję caryzmu jako narzędzia w ręku szatana dziejowego.

Ujmując tedy rzecz ogólnie, powiemy: jeżeli tłem Pana Tadeusza jest epoka przejścia, to nie jest to jeszcze przejście z jednej formy bytowania politycznego Polski w drugą, z niepodległości w niewolę; te sprawy zostały tam, zgodnie z powszednią prawdą życia owoczesnego, odsunięte na plan dalszy. Na planie przednim znalazły się znamiona przejścia jednej obyczajowości w drugą, dawnego staroszlacheckiego ustroju społecznego w nowoczesny.

Przejście to czy przerodzenie się narodu w samej istocie, ów proces wielkiej przemiany Polski, stanowi rzeczywiście cechę najznamienniejszą tamtej epoki. Struktura feudalna społeczeństwa, sformowana w ciągu dziejów, zaczyna się oto rozsypywać, a z ruin wyłaniają się z wolna nowe formy ustroju wewnętrznego. Przyczyną zmiany były niezawodnie w znacznej mierze zmienione warunki polityczne, ale w znaczniejszym jeszcze stopniu ogólny przewrót umysłowy drugiej połowy wieku XVIII, wzrost oświaty, działanie haseł wielkiej rewolucji francuskiej, ideowy zaczyn fermentacyjny tudzież gospodarcze konsekwencje wojen napoleońskich.

Ów zwłaszcza współczynnik gospodarczy odegrał tam rolę pierwszorzędną. Koniec wieku XVIII i początek XIX to przecież w Polsce okres pierwszej, samorzutnej a szerokiej reformy rolnej, okres walenia się wielkich fortun, rozdrabniania latyfundiów, które przetrwały były, owszem, wzrastały przez stulecia. I na Litwie w ruinę więc poszły olbrzymie dobra Paców, rozsypała się fortuna Radziwiłłowska, jedna z największych w Europie, ku ruinie nachyliły się majątki Rejtanów, Chreptowiczów i innych. Na zwaliskach, pozostałych po konfiskatach, eksdywizjach, gęściej osadzać się poczęły fortunki co zapobiegliwszych niedawnych klientów, gospodarnych chudopachołków, obrotnych jurystów w rodzaju ot, choćby np. Sędziego Soplicy. Długo jeszcze przeciągała się po sądach sąsiedzka wzajemna szarpanina świeżych właścicieli, zanim wreszcie i tutaj ułożyła się nowa równowaga.

Sytuacja, jaką zastajemy w Panu Tadeuszu: zamieszki prawne na gruzach horeszkowszczyzny, formowanie się nowej, średniej arystokracji ziemiańskiej w rodzaju Sędziego („bo to wyrosło z szlachciury, a jak dmie się: phu phu phu, jak nos drze do góry”), wszystko to jest typowe dla epoki, uwydatnione też zostało w poemacie nieprzypadkowo. Jesteśmy na pograniczu czasów. Epoka jedna przeszła, w mozolne dni formuje się następna. Katastrofa lat granicznych zostawiła po sobie mnóstwo rozbitków, ludzi w nowym układzie zbytecznych, już to na dożywociu czekających tylko śmierci (Wojski, Rejent, Gerwazy), już też resztkami obrotności szukających przytułku w służbie rządowej rosyjskiej (Asesor). Gerwazy umie sprytnie wyzyskać na chwilę żal Dobrzyńskich za dawnym wygodnym życiem w cieniu wielkiej fortuny Horeszkowskiej. Ale nic już nie zawróci dziejów w stare łożysko.

Konsekwencje przemiany nie ograniczyły się do układu gospodarczego, sięgały również w głąb struktury społecznej. Sędzia w przemowie o grzeczności, z lekka wprawdzie, ale dotknął i ich także. Przez nowe wyobrażenia, przez przenikanie haseł wielkiej rewolucji francuskiej podważona została odwieczna zasada układu społecznego: stanowość, wzgląd na „dobre” urodzenie; formuje się natomiast zasada nowa, dzisiejsza, według której o wartości i znaczeniu człowieka coraz bardziej decydują jego własne cechy, wykształcenie, wrodzone zdolności, oczywiście także obrotność i umiejętność... niewąchania pieniędzy. Zarysowuje się coraz wyraźniej oblicze nowego stulecia, wieku przemysłu, kapitalizmu, ponad jego horyzont wydźwiga się już „pieniądz – bóg dzisiejszy”.

Mając na uwadze w poemacie niektóre utyskiwania chwalców minionego czasu, takich jak Sędzia, jak Wojski, albo też owe chwyty agitatorskie Gerwazego na radzie w Dobrzynie, można by mniemać, że stosunek poety do tych niedobitków w ludziach i pojęciach epoki przeszłej jest raczej ironiczny, co najwyżej pobłażliwie humorystyczny. Jednakowoż jest to niezupełnie tak; chwytamy w poemacie również tony szczerego żalu za przeszłością, patrzymy na wynoszenie wartości minionych ponad dzisiejsze. Nieobce bywało poecie uwielbienie dawnego porządku.

Nie będziemy się temu dziwić, jeśli przypomnimy, że nie było ono obce także autorowi Ksiąg narodu. Pamiętamy, jak Mickiewicz w utworze tym uwielbił zarówno sam w sobie charakter narodowy dawnej Polski, jak też i jej ustrój polityczny oraz społeczny. Według tego dawna Rzeczpospolita służyła wytrwale wierze i wolności, mając je za najwyższe kierownicze wartości dziejów, wzmagała się w potęgę przez miłość i poświęcenie, rozrastała się w sobie przez podźwiganie warstw niższych na poziom współobywate1stwa w szlachectwie. Zasadą zaś obywatelstwa polskiego była służba dobrowolna w sprawie publicznej, nie przez przymus państwowy, ale przez samopoczuwanie się do odpowiedzialności za losy ojczyzny.

Jeżeli więc teraz ten dawny kształt życia zbiorowego ulega zatracie, jeżeli przepada pod naciskiem okoliczności zewnętrznych, mianowicie obcej przemocy, zmowy potęg szatańskich to czyż się godzi przyjmować to obojętnie, nie żałować zatraconych wartości, nie uwielbić ich tym wyżej, im bardziej niepowrotnie stracone? Jakoż nie sposób nie dosłuchać się tego uwielbienia choćby w bolesnym westchnieniu Wojskiego (XII, 111–113):

Ach! wy nie pamiętacie tego, Państwo młodzi,

Jak wśród naszej burzliwej szlachty samowładnej,

Zbrojnej, nie trzeba było policyi żadnej.

Uzyskane tą drogą przylgnięcie serdeczne do zanikającego świata staropolskiego stało się znakomitą zaprawą epicką poematu. Bez tak pogłębionego stosunku miłości do tego, co w ustępującym świecie było czcigodne rzetelną wartością, nie mogłoby być mowy o tak miłościwym, rozkochanym oddaniu poetyckim owej dawności. Bez tego wkładu osobistej, po synowsku pobłażliwej miłości mogłaby powstać co najwyżej jedna jeszcze satyra na sarmatyzm, ale bynajmniej nie epos, odtwarzający z pełna moc i piękność plemienia polskiego w pewnej określonej formie bytowania.

Trzeba mieć przy tym na uwadze jeden wzgląd. Kraj lat dziecinnych poety, ziemia nowogródzka leżała wprawdzie „przy wielkiej drodze”: z Grodna na Mińsk do Smoleńska, ale już w wieku XVIII droga ta nie była nadmiernie uczęszczana. Także połączenie z Wilnem nie należało do ułatwionych. Nowogródczyzna, po prostu mówiąc, było to ustronie, rezerwat obyczajowy; leżąc więc na uboczu, dłużej niż okolice przystołeczne przechowała ona kształt kultury staroświeckiej, dawność miała tam silną jeszcze pozycję obronną. Dla obserwatora obyczajowości staropolskiej przedstawiała teren nader bogaty.

Dopiero co zaś była mowa o tym, jak wcześnie i jak uważnie młody poeta-filomata obserwował w otoczeniu owe relikty dawności, jak programowo niejako wypatrywał wśród otoczenia resztek zanikającego świata staropolszczyzny, zapisywał w pamięci charakterystyczne fizycznie i psychicznie typy starych Polonusów, „ostatnie egzemplarze starodawnej Litwy”.

Nic też dziwnego, że poeta, epik z Bożej łaski, o takich wrodzonych zaciekawieniach, zarazem z wysoce ukształconym zmysłem historycznym, skoro się dotknie tematu ze świata tradycyjnego, choćby w takim Popasie w Upicie, od razu, w rysunku postaci, w oddaniu charakterystycznej ich umysłowości, poczyna sobie ręką najpewniejszą. Toteż wkroczywszy w świat Pana Tadeusza, opanowuje go artystycznie bez wahań i pomyłek. Czerpie hojnie z bogactw, które przez lata pilnie gromadziła jego obserwacja i przekazywała do skarbca pamięci na usługi intuicji historycznej. A uczucie sympatyczne dla dawności, przywiązanie do staropolskiego stroju, obyczaju, religijności itp. żywił w sobie poeta od lat młodych i kultywował pieczołowicie przez resztę życia. Wszystko to predysponowało go na piewcę świata staropolskiego.

IV. DAWNOŚĆ OSĄDZONA

Ale czyż tylko tego świata piewcą był autor Pana Tadeusza?

I czy stanowisko historiozoficzne Ksiąg jest całkowicie stanowiskiem nowego poematu? Czyż intencją jego pierwiastkową było tylko uwielbienie? Oczywiście, że nie.

Zwróćmy uwagę na jeden choćby szczegół. Jakże się mówi w Księgach o przyczynie upadku Polski? Miał on być spowodowany jedynie i wyłącznie przez czynniki zewnętrzne. Oto trójca szatańska „umyśliła” zamordować jedyny w świecie niebałwochwalczy naród polski, uknowała więc zdradę i umęczyła naród cnotliwy i wierny Bogu. Upadek Polski zatem pokazano tam jako rezultat przemocy, diabelskie dzieło królów. Naród sam jest niewinną ofiarą. Tak by wynikało z Ksiąg narodu. Ale czytelnik Pana Tadeusza wie, że tamten pogląd, choć dawniejszy, poświadczony już w wierszu Do Lelewela, był jednak przejściowy; w poemacie bowiem mówi się nie mniej wyraźnie, że naród polski już był przed upadkiem chory, „już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród”, a zaraz potem słyszymy, że upadek jego był karą Bożą („bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przepuszcza”). Karę oczywiście nie za „przedchrześcijańskie blaski ponadeuropejskiej cnoty”, ale za grzechy. Polska upadła w grzechu i przez grzech, z własnej winy.

Uważny czytelnikPana Tadeusza bez trudu dojdzie, że według poety grzechem dawnej Polski było nie tylko uleganie cudzoziemszczyźnie, jakby wnosić można ze słów Podkomorzego. „Choroby zaród” był głębszy i groźniejszy, zresztą dawniejszy także. Co na ten temat wyczytaliśmy w poemacie, to znajduje poparcie w owoczesnych artykułach politycznych Mickiewicza, zwłaszcza zaś w odczycie O duchu narodowym.

Z chorób, które trawiły dawną Rzeczpospolitą, dwie zwłaszcza, jednorodne zresztą, wskazał Mickiewicz wyraźnie w Panu Tadeuszu, jedną zaraz w tytule, drugą w samym rdzeniu akcji. Jedną z nich jest bezsilność prawa, drugą buta, rozpasanie indywidualizmu szlacheckiego. Jedno i drugie kulminuje W anarchizmie, w zastrzęgłym szlacheckim anarchizmie.

Przyzwyczajeni do rzewnego odcienia, jaki w toku poematu ma powtarzany tam raz po raz przymiotnik „ostatni”, nie dość może uważnie chwytamy podźwięk, jaki słowu temu nadano w tytule: Ostatni zajazd. Przynależny tu odcień znaczeniowy słowa odsłoni się uważnemu czytelnikowi w prawdziwym swym wyrazie, zwłaszcza kiedy weźmie pod uwagę komentarz, jakim poeta sam wyjaśniał ten termin i jak szacował oznaczone nim zjawisko historyczno-prawne. W tym kontekście jasne się staje, że jest to podźwięk nie rzewności: niestety, ostatni! ale otuchy i ulgi: nareszcie ostatni! Poeta nieprzypadkowo, tym bardziej nie dla apoteozy, czyni zajazd jednym z węzłów akcji, a w okolicznościach jego podkreśla bezprawność, samowolę, zbrodnicze warcholstwo. Byłoby szkodliwym bałamuctwem przypuszczać, że poeta patrzy na zajazd jako na jeden z tych przejawów staropolskiego życia publicznego, którym, gdyby wystąpiły w czystej formie, należałby się szacunek. Nie, patrzył on na niego trzeźwo i surowo, rzeczywiście – jak już raz powiedziano – „uważał zajazd za naj potężniejszy objaw instynktów zgubnych dla społeczeństwa”, widział, że czynił on ,jednostkę panem w państwie, oddawał w jej ręce rządy i wymiar sprawiedliwości, od jej widzimisię czynił zależnym spokój i bezpieczeństwo innych”[12]. W przypisku do tytułu powiedział autor wyraźnie, co sądzi o tym raku trawiącym prawnopaństwowy organizm Polski; powołał tam złowrogie przykłady Zborowskiego, Stadnickiego, podkreślił „zepsucie publicznych obyczajów Rzeczypospolitej” i zaznaczył, że tylko na podłożu zepsucia taki zorganizowany wybryk samowoli utrzymać się mógł przez długie lata. Aż wreszcie zło się przesiliło, rozegra się oto przed nami zajazd „ostatni”. Ale zarazem stanie się on już źródłem wstrząsu moralnego, zawiązkiem odrodzenia.

Drugiego grzechu politycznego nie trzeba długo szukać; z niego wyrasta cała akcja poematu. Tragiczne starcie Stolnika z Jackiem Soplicą unaocznia nam, do jakich to nieszczęść dochodziło, gdy wśród szlachty polskiej padła buta na butę, gdy na wąskiej kładce życia zaszły sobie drogę dwie niczym nie uhamowane, dumą roznoszone jednostki. Przerost i zwyrodnienie indywidualizmu, anarchiczna pycha – oto zło w ciele dawnej Rzeczypospolitej równie groźne, jak zanik szacunku dla sprawiedliwości.

Jeżeli zaś poeta włącza w obraz staropolszczyzny takie zastarzałe i złowrogie grzechy jawne plemienia, włącza je nie po to tylko, by je z rozmachem epickim przedstawić, ależ też by je rozwiązać. Uczynić to może atoli dopiero z wyżyn jakiejś wiary, jakiegoś niewzruszonego przeświadczenia. Wiarę tę i przeświadczenie musiał był więc już znaleźć w sobie, co więcej, czymś spoza siebie mógł był także je podeprzeć i utwierdzić. Ugruntowanie przeświadczenia o tym, że plemię polskie ma w sobie moc odrodzeńczą, moc wyjścia z przepaści upadku, znalazł poeta w sobie, w historii trudu własnego ducha, a po wtóre we wnikliwej obserwacji pokolenia polistopadowego, ściślej mówiąc: emigracji. W poemacie zaś dał mu wyraz w rozwinięciu i zakończeniu sprawy Robaka.

Chcąc się w niej zorientować, przechodzimy do dalszej warstwy geologicznej, która – pierwotnie nie zamierzona – nasunęła się poecie i narosła w toku tworzenia. Ona to zarazem przetworzyła pierwotną sielankę romantyczną, podłożoną tłem tradycyjności obyczajowej, w rozwinięty ostatecznie do olbrzymich wymiarów poemat o odradzającym się narodzie.

Kiedyś, w maju 1833 r., już dobrze w toku pracy nad księgą IV, przyszła poecie nagła myśl, żeby ks. Robaka ująć w inny sposób, niż to było w zamiarze pierwotnym. Początkowo prawdopodobnie Kwestarz miał być rodzajem przezornego opiekuna, który dopiero co zjechawszy niespodzianie do Soplicowa, chce pokierować losami syna, ożenić go z Zosią, wyposażyć młode małżeństwo i w ten sposób dokonać ekspiacji za zbrodnię nad Horeszką[13]. W ten sposób zakończyłby się stary spór rodowy, tragedia ojców zamknęłaby się pojednaniem przez miłość dzieci. Zarazem bowiem z początkowych pieśni dowiadujemy się, że ks. Robak jest człowiekiem majętnym, że łożył na wychowanie Zosi, że jakieś kapitały przekazał testamentem Tadeuszowi i Zosi. Natomiast nic jeszcze nie zapowiada, żeby to miał być emisariusz polityczny; owszem, wskutek zaznaczenia, że do Soplicowa zjechał był dopiero co („właśnie”), nabieramy przeświadczenia, że działalność jego spiskowa nie wchodziła w pierwotny plan poematu. Weszła tam dopiero później, jak się rzekło: w pomyśle powziętym już podczas pisania księgi IV.

Pomysł zasadzał się na tym, żeby pokutę Jacka rozprowadzić szerzej, nadać jej charakter czynny, kazać mu dokonać ekspiacji na polu politycznym. Wszystko to miało postać tę pogłębić i uwypuklić, a poemat wzbogacić w treść nową, wychodzącą daleko poza rodowe i sercowe kłopoty Sopliców. W ten sposób pojęta postać zyskiwała od razu dwa bogate źródła wzrostu, oba wagi pierwszorzędnej: jedno osobiste, drugie ogólnonarodowe.

Postać ks. Robaka, tak jak ona wyrosła w toku tworzenia, jak została ujęta w ostatecznym kształcie poematu, nie sposób, żeby nam nie przypomniała innego bohatera z dzieł Mickiewicza, mianowicie ks. Piotra z III cz. Dziadów. Wystarczy przybliżyć wzajemnie te dwie osoby, żeby nas uderzyło ogromne podobieństwo ich rysów psychicznych; postaci to po prostu braterskie. Nie tylko przez habit. Nawet nie przez rolę, jaką odgrywają w obu utworach wobec ich bohaterów właściwych. Zapewne, są to – podobnie jak Halban – postaci kierownicze, które zostając pozornie w cieniu, trzymają przecież właściwy ster wypadków w ręku i w chwilach stanowczych skierowują bieg sprawy głównej. Naczelne atoli ich pokrewieństwo uwidocznia się w tym, że są to dusze odrodzone, jednostki, które przez upadki i bolesne podźwigania się doszły w sobie do stanu świętości. Podobne następnie w tym, że obie są projekcją osobistego głębokiego procesu psychicznego twórcy, że w ich dziejach przekazał on odbłysk własnego moralnego zmagania się z burzami, które zamącały jego życie wewnętrzne.

Jaką drogą ks. Piotr doszedł był do stanu świętości, do potęgi cudotwórczej i proroczej, do mocy ujarzmiania szatana, o tym mówić można raczej z domysłu. To pewna, że była to droga długa i ciężka, że wiodła przez upadki. W modlitwie-spowiedzi wyznaje on sam Bogu:

...otom ja sługa dawny, grzesznik stary,

Sługa już spracowany i niegodny na nic!

Naturę grzechu jego rozpoznamy z pokuszenia. Obrazowo ujawnił ją poeta dostatecznie. Szatan starym sposobem próbuje obudzić w nim przede wszystkim miłość własną, przeświadczenie o wewnętrznej wartości, krótko mówiąc pychę. Liczy widać, że pod popiołami pokory natrafi jeszcze na niezgasłą iskrę dawnych ogni. Na próżno. Ten człowiek przemógł już w sobie ostatecznie szatana pychy, moc duchowa jego wykwita właśnie z uciszenia i z nizin pokory. On, „proch”, wyspowiadał już Bogu nicość swoją; „sługo pokorny, cichy” – śpiewają nad nim anieli. W trudnym dziele doskonalenia się dochodzi już kresu. Z tego kresu zarysowują się coś niecoś drogi dojścia i natura przełamywanych trudności. Stąd też płynie miłość jego, iście ojcowska, do Konrada, że wyczuwa on w nim duszę pokrewną, podobny własnemu, odbytemu już, trud wewnętrzny.

Przy ks. Robaku nie mamy co pytać o drogę pokuty: stoi ona przed nami odsłonięta w całym ogromie trudu, w całej zarazem swej istocie. Równie jak i natura jego grzechu (X, 827–831).

Bardziej niźli z miłości, może z głupiej pychy

Zabiłem; więc pokora... wszedłem między mnichy,

Ja, niegdyś dumny z rodu, ja, com był junakiem,

Spuściłem głowę, kwestarz, zwałem się Robakiem,

Że jako robak w prochu...

Jest rzeczą jasną, że w postaciach ks. Piotra zarówno jak ks. Robaka odtworzył poeta jakby stacje końcowe własnej swej kalwarii duchowej. Wiemy, że problemat pychy-pokory był najgłębiej, najbardziej własnym problematem Mickiewicza; dwa te bieguny wyznaczają główną oś, koło której skrystalizował się trud jego życia wewnętrznego. Kto chce się dotknąć poszczególnych faz tej walki, niech się wczyta w Rozmowę wieczorną, oczywiście w Dziadów cz. III, w Zdania i uwagi, niech wreszcie – pomijając niezaprzeczalne wyboczenia – wejrzy głębiej w mozół duchowy przewodnika Koła paryskiego. Na tej też drodze najwłaściwiej będzie pochwycić rytm życia wewnętrznego Mickiewicza i kierunek jego linii wypadkowej.

OkresPana Tadeusza przypada na jedną fazę zwycięstwa odniesionego w sobie nad „domem pychy”, na okres, kiedy poeta – jak się miał sam wyrazić – „wyrzygnął dumę i zepsucie, nazbierane przez lat dziesięć”[14]. Skąpe napomknienia bezpośrednie samego poety o sobie (naj pełniejsze i najwyrazistsze w liście do Kajsiewicza i Rettla z dnia 16 XII 1833 r.), liczniejsze świadectwa dające się wydedukować pośrednio z owoczesnych jego wypowiedzi literackich (choćby z Ksiąg pielgrzymstwa) dowodzą dostatecznie przekonywająco, że Mickiewicz okresu 1832–1834 znajdował się w stadium intensywnego dojrzewania wewnętrznego, co w rezultacie wyniosło go na wysoki poziom udoskonalenia, umocniło jakby na płaskowyżu moralnym w kształcie swoiście uformowanym. Ten owoczesny umocniony w nim typ „człowieka wewnętrznego” nie był bez znaczenia przy pracy twórczej nad Panem Tadeuszem. Pamiętamy, że formacją psychiczną teraz upodobaną jest dlań człowiek cichy i bezimienny, zatarty w zbiorowości, ale właśnie przez to wyczuwający należytą drogę wydarzeń i służący braciom radą niezawodną, człowiek zwycięzca samego siebie, niejawny mocarz wewnętrzny. Człowieka tego bez trudu znajdziemy w Panu Tadeuszu, choć pilnie na twarz naciąga kaptura.

Dla wykończenia perspektywy dodajmy tylko, że etap Ksiąg i Pana Tadeusza nie był w życiu duchowym Mickiewicza zamknięciem. Przejdzie lat niewiele, a znowu inaczej zarysuje się poecie przed wzrokiem duszy cel dążenia. Ideałem stanie się człowiek, który by połączył najwyższą świętość z największą mocą działania, który by miał duszę św. Franciszka, a ramię Dżyngis-chana.

Nie ma dwóch zdań, że spośród postaci Pana Tadeusza poeta najhojniej sobą, własną treścią duchową obdarzył te dwie: Tadeusza i ks. Robaka, wzbogacając tamtego wzruszeniami i kolorytem własnych swych młodzieńczych przeżyć miłosnych, własnym odczuwaniem piękna przyrody ojczystej, własnym odczuciem powinnej sprawiedliwości społecznej, w tego zaś najgłębiej wcielając własny naj boleśniejszy dramat duchowy. Zresztą i z konkretnych także losów poety weszło niejedno w tę postać; podobnoś, poza imieniem ukochanej Ewy, niejedno z doznań rzymskiej miłości do Ankwiczówny włączył Mickiewicz w obraz miłości Jacka do Horeszkówny.

Tak więc zgodzić się przyjdzie, że poeta, odtworzywszy w III części Dziadów ze wzniosłością ekstatyczną jedną fazę swego życia duchowego, powrócił w Panu Tadeuszu ponownie do tegoż zadania, acz od strony innej, w ujęciu stylistycznie diametralnie różnym: tragizm Konrada i głębie pokory jego wybawcy ujął w spokojny tok wiersza epickiego. Rzecz jasna, że przejąwszy w siebie tyle treści osobistej samego poety, postać ks. Robaka rozrastać się będzie w poemacie, w miarę jak autor coraz bogaciej przydawać pocznie powieści własnego wątku uczuciowego; w ten sposób wizerunek poetycki Robaka nabierać będzie coraz większej wzniosłości, a w dalszym rozwoju akcji zajmie miejsce naczelne. Jako czynnik epicki zawdzięcza postać ta swą wagę jednakowoż dopływom idei kształtującej z innego jeszcze źródła.

Ks. Robak poza tym, że jest do pewnego stopnia sobowtórem poety, ma w poemacie, w jego ideowej strukturze, rolę jeszcze znaczniejszą. Ekspiacja jego dokonywa się na polu służby narodowej i tutaj właśnie uzyskuje ona wymiar nie tylko osobisty.

W wizerunku Jacka Soplicy z czasów jego zawadiactwa nie omieszkał poeta podkreślić pewnych rysów, co czynią zeń nie tylko odosobnioną jednostkę, ale także wyraziciela, co go zbliżają do znanych w historii, jaskrawych okazów szlacheckiego warcholstwa. Jacek Wąsal rozumiał dobrze, że żyje w kraju, gdzie dla junackiego rozpasania fantazji nie masz granicy nieprzekraczalnej. Świat był mu „otwarty” w kraju, gdzie „szlachcic urodzony jest zarówno z panami kandydat korony”; mógł, jak Tęczyński, sięgać po rękę królewny: „Sopliców czyż nie równe Tęczyńskim zaszczyty?”. Mógł w pasji gniewu skoczyć do oczu nawet królowi; zamki, jak horeszkowski, mógł roznosić w puch, co więcej, w szaleństwie buty mógł rozpalić wojnę domową, jak Zebrzydowski, a co najmniej jak Stadnicki, mógł, jak królewięta kresowe nieokiełzany, porywać się na własną wojnę zagraniczną śladem Samuela Zborowskiego, Mniszcha czy Koreckiego, czy choćby Lisowskiego. Mniejsza, czy tak było w rzeczywistości; tak było w jego przeświadczeniu (X, 586–589):

Umyśliłem ze szlachty mały półk zgromadzić [...]

Wynieść się gdzie na Moskwę lub na Tatarszczyznę

I zacząć wojnę.

Otóż właśnie przez tę pychę bez miary, przez samowolę bez hamulca, przez rozpasane sobiepaństwo, dla którego niczym autorytet królewski, niczym prawo, powinność ojczysta, przez swą dziką, ślepą samowolę jest Wąsal Jacek wprost typem, reprezentantem. Na jego przykładzie obserwować można niebezpieczeństwa rozuzdanej swawoli. Nad takie to przepaści wiódł nieuhamowany indywidualizm szlachty polskiej, tak oto rozsadzał on dla swej nieobliczalnej buty i fantazji wszelką społeczność, wszelki ład prawny i moralny. Jeżeli w obrazie dawnej Polski, przedstawionej w Panu Tadeuszu, pytamy o właściwy „choroby zaród”, o współczynnik upadku politycznego oto tutaj znajdziemy go ukazany w całej jaskrawości. Klimat społeczny, który sprzyja rozwojowi takich typów jak Jacek Wąsal, jest zabójczy dla jakiejkolwiek więzi zbiorowego istnienia, państwu przynieść może jedynie rozluźnienie, anarchię, a w konsekwencji zatratę.

Reprezentowane przez Jacka Soplicę zwyrodnienie typu obywatela jest tym bardziej złowrogie w oczach Mickiewicza, że jest to corruptio optimi. Nie możemy przecież stracić z oczu, że dla Mickiewicza najistotniejszym znamieniem polskiego ustroju państwowego było oparcie go na fundamencie dobrowolnej ofiary; był to więc ustrój natury moralnej, oparty nie na przymusie, nie na nakazie; nie trzeba w nim było „policyi żadnej, żandarmów, konstabów”, bo więzią dostateczną była świadomość powinności, dobrowolne trwanie obywateli przy raz przyjętym obowiązku. W ten sposób ujął Mickiewicz w Księgach narodu ujawnioną w dziejach strukturę narodu polskiego, zbudowaną na braterstwie w wierze i w wolności, najistotniej sprzeczną egoizmowi, rozumianemu jako zasadnicze zło świata.

Gdzie wszystko stoi na dobrej woli, na ochotnym poświęceniu się, tam ślepa samowola jest czynnikiem właśnie nieuchronnej, nieodwracalnej zatraty, znakiem, że zatrute zostało samo źródło życia. Taki gmach anielstwa, jaki Mickiewicz widział w dawnej Polsce, zerwany z podwalin dobrowolnej ofiary, nieustającego, ochotnego poświęcenia, tzn. porażony w samej istocie swego bytu, skazany byłby na zagładę sromotną.

Mickiewicz, kiedy się sam w sobie zaczął mocować z zagadnieniem indywidualizmu jako z zadaniem także moralnym, kiedy je ujął w kategorię pychy Bogu sprzecznej, oczywiście dostrzec musiał również ten jej aspekt społeczno-polityczny, zwrócił uwagę na główny korzeń zła trawiącego organizm Polski. Już w odczycie O duchu narodowym nazwał po imieniu to zło i wskazał czas jego pojawienia się; mówi on tam o Polsce wieku XVII, „psującej się niesfornością i egoizmem szlachty”.

W Panu Tadeuszu widzimy zło to ujęte w kilku przekrojach i na kilku poziomach. Duma stolnika Horeszki – nie widać przynajmniej, żeby się zwracała przeciwko ojczyźnie. Bywał on bezwzględny w zabiegach o przewagę rodu, w kaptowaniu sobie szlachty i odrzucaniu niepotrzebnych już stronników, ale w sprawie publicznej kieruje się interesem narodu, staje przeciwko Targowicy, czym na ród swój ściąga zatratę. Ale jego „sługa wierny”, Gerwazy, nie poszedł w tym śladami pana. Zaślepiony żądzą zemsty, nie dość, że sam wymierza „sprawiedliwość” na niewinnych i bierze na swe sumienie niejedno życie ludzkie, ale nie zawaha się świadomie (bo wie dobrze, co robi) nadużyć rozdmuchanego przez innych zarzewia niepodległości narodowej na podpalenie dworu soplicowskiego, nie cofnie się więc przed zbrodnią narodową, byle uczynić zadość swej oszalałej żądzy zemsty.

Potworność jego postępku tym głębiej się nam uświadamia, im lepiej rozumiemy doniosłość i cenę sprawy przezeń zniszczonej. I w oczach twórcy tej sprawy, Robaka, i w oczach poety była to cena najwyższa: Gerwazy zniszczył w zalążku plan zbrojnego zaświadczenia o nierozerwalnym związku Litwy z Koroną, myśl, na której realizację oddał był Robak całą resztę życia. Powie on to Gerwazemu wręcz (X, 858–862):

Tyś wątek spisku, tyle lat snowany, splątał!

Cel wielki, który całe życie me zaprzątał,

Ostatnie moje ziemskie uczucie na świecie,

Którem tulił, hodował jak najmilsze dziecię,

Tyś zabił w oczach ojca [...]

W ten sposób, za sprawą Gerwazego, na ruinie wielkiej idei rozparł się znowu urągliwie Prywat, bezczelny potwór, którego rubaszne widziadło przerażało oczy czujniejszych patriotów już w wieku XVI.

Dla wywarcia zemsty rodowej nie waha się więc Gerwazy wciągać innych w swoje okrutne zamysły, wytrwale organizuje zbiorowe występki przeciwko prawu: nie pierwszy to przecież zajazd prowadzi on na Sopliców. Właśnie zajazd, masowa organizacja samowoli dla obejścia czy złamania prawa, siłą podważając moralność społeczną („wygraj w polu, a wygrasz i w sądzie”) był – jak się rzekło – najjaskrawszym przykładem dążności odśrodkowych, wytracających w masie instynkt społeczny, targających więź moralną narodu. To nie przypadek, że gdy się wreszcie odezwało w Gerwazym sumienie narodowe, jego to właśnie tak przeraziło wspomnienie Targowicy. Czymżeż była Targowica, ostatni rokosz w Rzeczypospolitej szlacheckiej, jeśli nie zajazdem w wielkim stylu i na Prawo 3 maja, i na odradzającą się ojczyznę, zajazdem opartym na pomocy rosyjskiej, także tego rodzaju „ostatnim”.

Rozumiemy