Pan sędzia - Klemens Szaniawski - ebook
Opis

Powieść Klemensa Junoszy z 1887 roku. Klemens Szaniawski (1849–1898), powszechnie znany jako Klemens Junosza, to powieściopisarz, nowelista i felietonista polski. Uczył się u pijarów w Łukowie, następnie w Siedlcach, ale ze względu na trudną sytuację materialną szkoły nie ukończył. Kilka lat pracował w izbie obrachunkowej w Lublinie. Potem zamieszkał w Warszawie, gdzie zajął się pracą literacką i dziennikarstwem. Pracował w redakcjach „Echa”, „Wieku”, „Wędrowca” oraz „Biblioteki Dzieł Wyborowych”. Publikował także w „Gazecie Lubelskiej” i „Kalendarzu Lubelskim”. Literacko zadebiutował w czasopiśmie „Kolce” w 1874 roku. Zwykle pisywał małe formy prozatorskie: nowele, opowiadania, obrazki, szkice. Chętnie i trafnie opisywał środowiska chłopskie, drobnoszlacheckie, ale także mieszczan i Żydów warszawskich i lubelskich. Spośród jego utworów można wymienić: „Rola” (1884), „Pan sędzia” (1887), „Cud na kirkucie” (1888), „Szpada Hamleta” (1894), „Obrazki szare” (1890), „Fotografie wioskowe” (1895), „Na zgliszczach” (1898), „Dworek przy cmentarzu” (1900). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 260

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Klemens Szaniawski

Pan sędzia

Obrazek z niedawnej przeszłości

Warszawa 2012

[Pan sędzia]

Tak niedawno, a zdaje się, że dawno już, bardzo dawno... Widzę cię jeszcze przed sobą, dobra, mała mieścino, rozsiadła na piaskach, otoczona lasami. Niby jesteś ty ta sama, a jednak już; nie ta! Pozostały odrapane mury w rynku i niskie w bocznych uliczkach domeczki, te same kałuże lśniące, czarne, niewysychające nigdy – ale już w oknach kamienic odrapanych i domków niziutkich, znajomych twarzy nie widzę...

Na rynku, jak dawniej, Żydzi za geszeftami gonią, poważny mieszczanin, w granatowej kapocie, ściśnięty pasem czerwonym, w wysokiej rogatywce na głowie, ku szynkowni kroczy; chłopek z furką drzewa kupca wygląda, stara Żydówka nad straganem siedzi... niby jak dawniej – a jednak nie tak jak dawniej. Nie widać tu pewnych typów, pewnych sympatycznych postaci.

Zniknęły one, rozproszyły się po świecie, a po troszku i zapomniano już o nich.

Któżby cię poznał dziś mała mieścino, rozsiadła na piaskach, otoczona lasami?! I lasy już rzadsze i piaski lotniejsze i ty sama mieścino inna jakaś... chociaż niby ta sama. Może sądzisz czytelniku, że chcę tu kreślić z końca zeszłego wieku obrazek? Ale gdzież tam! Tak daleko pamięć moja nie sięga.

To co opowiadać będę działo się przed laty... lecz nie wspominajmy dat – może ktoś posiwiały przedwcześnie wziąłby to za złośliwą aluzję, może jaka panienka z owych czasów, chciałaby protestować.

Mieścina i wówczas była taka sama jak dziś, miała dwa piękne kościoły, rynek pełen sklepów, synagogę wielką, niezgrabną, pomalowaną na żółto, magistrat, sąd, pocztę, słowem wszystko, co do życia cywilizowanego miasta było potrzebnym.

Na rogatkach trzymali straż halabardziści, nieuzbrojeni od stóp do głów rycerze, lecz zwyczajni Żydkowie w kamlotowych żupanach, w czapkach aksamitnych, w pończochach, w pantoflach, z pejsami, jak Bóg przykazał; gdyż wówczas pod tyra względem istniała nieograniczona swoboda i pięknie zakręcone loczki obywatela-wyznawcy Mojżesza nie budziły energii policyjnych nożyczek.

Wjeżdżając do miasteczka, podróżny zatrzymywany był na rogatce przez Żydka, który zamiast halabardy trzymał w ręku ostro zakończony drut i takowym jak lekarz sondą, badał wnętrzności bryczki.

– Co wielmożny pan deklaruje? – było pierwsze zapytanie strażnika, któremu chodziło o to, ażeby jakaś baryłeczka wódki, lub kawałek mięsa nie dostały się do miasteczka bez opłaty na rzecz „dzierżawcy dochodów konsumpcyjnych i propinacyjnych”.

Dziobano tedy zawartość bryczki na wszystkie strony i kłuto bez miłosierdzia – a każdy z przyjezdnych musiał się tej kontroli poddawać, gdyż inaczej mógłby się narazili na interwencję sławetnego magistratu, w osobie policjanta z kołnierzem i nosem czerwonym, męża uzbrojonego w miecz zawieszony przez plecy na szerokim rzemieniu, taki sam miecz, jakich ongi używali sławni grenadierzy wielkiego Fryderyka...

Na pochwalę mieszkańców miasta i obywateli sprzedających przyznać należy, że groźny ten oręż nigdy a nigdy z pochwy dobywanym nie bywał – a nawet wątpić się godzi czyby się dal wyjąc i czy posiadał kiedykolwiek ostrze... Ludność była lojalna i spokojna, Żydkowie strażnicy w pełnieniu obowiązków sumienni, a pan dzierżawca konsumpcji składał tysiączek do tysiączka i setki takich tysiączków dla swych dziatek zbierał.

Do dziś dnia pozostały owe rogatki miejskie ze szlabanami, budkami i całym aparatem, za pomocą, którego można było miasto uczynić nieprzystępnym, nie dla nieprzyjacielskiego najazdu wprawdzie, lecz przynajmniej dla zwyczajnej fury chłopskiej, albo ładownego towarami wozu.

Może dzięki owej „fortyfikacji konsumpcyjnej” i czujności straży, może dzięki groźnemu obliczu policjanta i energii pana burmistrza, nie słychać było w mieścinie o wielkich kradzieżach i rozbojach – a obywatele miejscy rolnicy, wychodząc w pole na robotę, zamykali drzwi domostw swoich na patyk, spokojni, że im nic a nic nie zginie.

Tak, tak; były to czasy prawie patriarcha! U tej prostoty i czystości obyczajów, tak dalece, że nawet na jedyny w całym mieście bilard, z mocno podziurawionym suknem i wy szczerbione mi bilami, zapatrywano się jako na rzecz niemoralną i zdrożną.

Prostota przechowywała się w miasteczku w czystości, bo też nawet wieści i szerszego, łatwiej ulegającego wpływom zepsutego zachodu świata, dochodziły tu w dozach homeopatycznych.

Dwa razy na tydzień, chrapliwy dźwięk trąbki pocztowej obwieszczał miastu przybycie biedki, w której wnętrzu mieściły się gazety i listy. Na ten odgłos zapaleni politycy: pan major emeryt, gorący wielbiciel Napoleona, stary doktór zawzięty wróg francuzów, i rewizor tabaczny, zawsze milczący i ściśle neutralny – spieszyli na pocztę i zatapiając się w gazetach, ćwiartowali Europę na drobne kawałeczki, wypowiadali wojny, bili, masakrowali na wszystkie strony, dopóki nie zawarli pełnego chwały i korzyści pokoju, przy preferansowym stoliku...

Próżno dziś odzywa się trąba. Ci starzy politycy już na jej odgłos nie spieszą.

Może trochę dla nas oryginalne i zabawne, ale w gruncie rzeczy poczciwe, sympatycznej ich postacie, zniknęły z widowni, przeszły do galerii typów zapomnianych, minionych.

Wiemy swoim zasadom eksmajor kazał się pogrzebać w zachodniej stronie cmentarza, bo się przez całe życie na zachód oglądał; stary lekarz empiryk we wschodniej części grób sobie za życia jeszcze wymurował, a neutralny rewizor spoczął na środku cmentarza, pod trzema płaczącymi brzozami.

Zapomniano już prawie o tych ludziach, bo starsza generacja wymarła – a młodsza, bieżącymi troskami zajęta, nie bardzo się we wspomnieniach zagłębia. Mało kto już przypomina sobie granatowy płaszcz majora i rozwianą szeroko almavive lekarza... mało kto wspomni ich nazwiska w rozmowie.

I niby to niedawno – a dawno; niby taż sama mieścina a nie ta sama, bo jak się w niej rozejrzeć bliżej, to widzi sic, że tego typu nie ma, tamtego brakuje... że z inteligentnej sfery mieszkańców wszystko rozproszyło się, rozwiało, niby pożółkłe bicie na jesieni, gdy je wiatr po szerokim świecie rozrzuci...

Nie ma was, nie ma już, dobrzy, starzy znajomi! Fala czasu jak wzburzonych wód fala, uniosła was swoim ruchliwym grzbiecie, uniosła bezpowrotnie

Któżby cię poznał dzisiaj mała mieścino, osiadła na piaskach, otoczona lasami?!

Wczesnym rankiem, cicho jeszcze było w miasteczku. Z kościołów rozlegały się dźwięki sygnaturki – a jednocześnie, siwy jak gołąb, długobrody szkolnik żydowski kołatał zakrzywionym kijem w okiennice, budząc tym sposobem ze san swych współwyznawców i przypominając im, że trzeba dzień rozpocząć modlitwą,

Z jednej i drugiej kamienicy wysuwali się Żydzi, z czerwonymi workami pod pachą i spieszyli ku wielkiej, na żółto malowanej synagodze, która, jak starożytny zamek nad jeziorem, rozsiadła się nad wielką, czarną jak smoła kałużą.

Na środku pryncypalnej ulicy zjawił się obdarty, głupowaty pastuch miejski i glośnym trzaskaniem z bicza oznajmiał, że czas bydło na pastwisko wypędzać... Na to hasło, ze skrzypieniem i zgrzytem otwierały się bramy i wychodziły z nich krowy z dzwonkami i klekotkami na szyi.

Bury, kusy, o zjeżonej sierści pies pastuszy, patrzył pilnie na gromadkę bydła, jak gdyby policzyć pragnął wszystkie sztuki i sprawdzić, czy której nie braknie.

Miasto nie mogło się pochwalić zegarem, bo ażeby mieć zegar potrzeba wieży, aby mieć wieżę trzeba posiadać ratusz. Ratusza tymczasem nie było, a urząd miejski miał swoją „posiedzialność” jak mówili mieszczanie, w kamienicy pana Kiszla Fajn, pierwszego bogacza w mieście, członka dozoru bóżniczego i innych korporacji.

Powiadają starzy ludzie, że niegdyś, ale to już bardzo dawno, był tu w miasteczku ratusz, jak się należy, fundamentnie zbudowany, z wieżą, zegarem, nawet z trębaczem miejskim – ale siało się nieszczęście. Ogień zniweczył wspaniały gmach, wieża runęła, zegar zginął w płomieniach, a trębacz rozpił się ze zmartwienia i umarł.

Od czasu tej smutnej katastrofy, mniej oświeceni mieszkańcy, w letnim sezonie zwłaszcza, liczyli czas „według wy gnania i przypędzania bydła” – i dobrze im się z tym działo.

Gdy trzaskanie pastuchowego bicza rozległo się na pryncypalnej ulicy, budzili się mieszczanie rolnicy, budzili Żydzi, szynkarze i kramarze otwierali swe zakłady, słowem w miasteczku ruch się zaczynał.

Na ulicach, na rynku, robiło się ludno dość i gwarno, wozy zaczynały dudnić po bruku, a jeżeli to był dzień targowy to i furki chłopskie z wszelkiego rodzaju prowiantem ciągnęły od rogatek.

O tej porze zwykle, to jest w chwili wypędzenia bydła stawał przed drzwiami swego domostwa garbaty Żydek Szulim, z którym musimy zapoznać bliżej czytelnika.

Mały ten, jak wszyscy ułomni, ruchliwy, prędki o bystrych, przenikliwych oczach człowieczyna, był znany całemu miastu. Współwyznawcy wołali na niego: rebe Szulim, chłopi i mieszczanie. Szulim Garbaty, w obliczu magistratu i innych władz zwal się on Szulim Geliebter – a na szyldzie nad drzwiami mieszkania i zakładu swego miał napisane: „Szulim Angielski, starszy felczer z Londynu”.

Najbardziej mu się podobało, gdy kto na niego zawołał „panie Angielski” W takich wypadkach rozczulony Szulim gotów był nawet wyrwać, komu ząb naw pół darmo, lub postawić bańki niżej ceny kosztu. Londyn albowiem był jego czułą, stroną, jego słabością. Uwielbiał to miasto i przejęty był zasadami cywilizacji angielskiej tak dalece, że wbrew zwyczajom miejscowym, nosił kapotę sięgającą zaledwie do kolan, strzygł krotko włosy na brodzie, a w uroczystych godzinach życia ubierał się w cylinder odwiecznego fasonu.

Innemu Żydowi może by takie nowatorstwo nie uszło na sucho – dla Szulinia jednak istniały pewne koncesje. Był z niego przecież felczer i to sławny felczer, o mały włośnie doktór; miał stanowisko i stosunki, golił albowiem wszystkich dygnitarzy miasta, samego pana burmistrza przynajmniej dwa razy na tydzień za nos trzymał... a przy tym człowiek, który tyle świata zwiedził, takie podróże odbywał, miał, bądź co bądź, pewną wyższość nad domatorami, którzy co najwyżej gubernialne miasta widzieli w swym życiu.

Słynny bogacz – pisze Fajn – wielki kupiec zbożowy, był dwukrotnie w Gdańsku, a Markus Rybie oko, utrzymujący handel win, dotarł w peregrynacjach aż do Brodów, ale cóż to znaczy wobec podróży Szulima, wobec jego dość długiego pobytu w Londynie! Wybaczano mu więc zbyt krótką kapotę, przystrzyżoną brodę i oryginalny cylinder, wybaczano, bo znakomitym ludziom wiele rzeczy uchodzi...

Może się, kto zapyta, z jakiej przyczyny i w jakim celu biedny Żydzina, felczer z małego miasteczka odbywał tak daleką wędrówkę? Stało się to niespodziewanie. Pewnego dnia nadszedł pocztą list z Anglii, donoszący że jakiś krewny Szulima, dziadek czy wujaszek, od dawna w stolicy Anglii zamieszkały, przeniósł się do lepszego życia, a zapisawszy Selimowi cały majątek, wynoszący coś sto osiemdziesiąt, czy podobno nawet cale dwieście funtów.

Radosna ta wieść skłoniła Szulima do podróży. Jako szczęśliwy sukcesor, Szulim miał zaraz w miasteczku otwarty kredyt; pożyczył więc sto rubli, z których połowę dał żonie na założenie sklepiku, żeby tymczasem miała, z czego żyć, z drugą zaś połową puścił się w podróż.

Jechał bardzo długo, ale tanim kosztem. Akurat tak, ale szczęśliwie zdarzyło, że to była wiosna i jeden z miejscowych kupców wyprawił drzewo do Gdańska. Dzięki uprzejmości kupca, Szulim dostał miejsce na tratwie i popłynął na falach Wieprza do Wisły, a Wisłą het, het dalej, aż do Gdańska.

Na tratwie niewiele miał do roboty. Był wprawdzie na niej niby okrętowym lekarzem, ale zdrowi jak konie, nie dostarczali mu wielkiej praktyki. Miał więc czas, mógł rozmyślać o tym, co zrobi z sukcesją, w jaki sposób stanie się milionerem z owych dwustu funtów?

Rozmyślając po całych dniach na ten temat, dopłynął nareszcie, po długiej podróży do Gdańska, a tamtejsi Żydkowie dali mu informacje, co do dalszej podróży, i ulokowali go na pierwszym okręcie dążącym do Londynu.

Opowiadał później Szulim, że morze wywarło na nim wielkie wrażenie; opowiadał, że jest ono tak ogromne, tak straszne, że gdyby w nie świat wrzucić, to ten świat wyglądałby jak jedno ziarnko pieprzu, pływające w kadzi browarnej...

Okręt bujał się i kołysał jak łupina orzecha rzucona na rzekę – i Szulim był przekonany najmocniej, że ani spodziewanych dwustu funtów, ani Londynu, ani żony swej i rodzinnego miasteczka już nigdy w życiu nie zobaczy.

Szulim miał głębokie przekonanie, że dusza jego uleci lada chwila w nadziemskie krainy, błagał tylko Boga, aby to rozstanie się ducha z ciałem odbyło się w sposób najmniej dla ciała bolesny.

Niezapisanym jednak było w księdze przeznaczeń, aby Szulim Geliebter miał zginąć w słonych falach. Po chwilowej słabości, wrócił mu moc ducha i energia, bałwany morskie wydały się mniej strasznemu. Na drugi dzień patrzył na nie już z pewną wyższością a przy końcu podróży z lekceważeniem nawet.

Przybywszy do Londynu i zobaczywszy olbrzymie miasto, biedny Szulim przeraził się znowu, i zaczęła go męczyć obawa, w jaki sposób on, prosty Żydek, w takim ogromnym rojowisku ludzi, w takim nagromadzeniu sklepów i wszelakich bogactw, zdoła znaleźć swoje biedne dwieście funtów?

Szulim miął jednak szczęście, które jak wiadomo w handlu znaczy więcej aniżeli pieniądz; i w tym razie dopisało mu ono. Znalazł kilku Żydków, którzy za niewielkim wynagrodzeniem zaprowadzili go gdzie należało i pomogli załatwić pomyślnie interes.

Przez kilka tygodni trwał pobyt Szulima w stolicy trzech królestw, po czym szczęśliwy sukcesor, zgarnąwszy pieniądze do kieszeni, wsiadł znowuż na okręt i dostał się szczęśliwie do Gdańska, stamtąd zaś do Warszawy.

Tu zmienił angielskie funty na ruble i pewną część tego kapitału umieścił w kieszeni; pewną zaś znacznie większą, dla większego bezpieczeństwa, zaszył pod podszewkę kapoty. Tęsknota ciągnęła go do rodzinnego miasta, wynajął więc sobie miejsce na żydowskiej furze i w licznym gronie współwyznawców pojechał w swoje strony.

Było gorąco – upał nieznośny, koniska wlokły się noga za nogą, a Szulim skracał podróżnym czas opowiadaniem o dziwnych osobliwościach i bogactwach, które widział za morzem.

Zmęczony upałem i szybkim mówieniem, Szulim zrzucił z siebie kapotę i jechał dalej w negliżu... Dopiero już prawie u celu podróży spostrzegł, że mu kapota zginęła.

Czy niezauważona spadła z fury i stała się łupem pierwszego lepszego przechodnia, który nawet nie domyślał się jej wartości – czy też ją, który współpasażer ukradł – dość, że przepadła jak kamień w wodę.

Szulim wydzierał sobie włosy z brody, krzyczał, lamentował, złorzeczył, wzywał pomsty niebios i wszystkich plag pieklą na sprawcę nieszczęścia, ale to nic nie pomogło. Kapota zginęła bezpowrotnie i o dalszych jej losach nie można się było dowiedzieć.

Niepiękne przywitanie z żoną miał dzięki temu wypadkowi nasz podróżnik – ale z czasem pogodził się z losem i przestał się martwić. Stracił kapitał, to prawda, ale bądź co bądź, świat zwiedził, zbogacił się mądrością i doświadczeniem, co także jest majątkiem, o tyle od pieniędzy lepszym, że go ani w kapotę zaszyć, ani nieopatrznie zgubić nie można.

Szulim me został Szulimem bogatym, lecz Szulimem angielskim, o całe niebo wyższym od zwyczajnych Szulimów krajowych. Posiadał puszczadło, dwa lancety i pięć brzytew najoryginalniejszych angielskich, gdyż sam je kupił w Londynie, w tym mieście gdzie nie ma żadnego oszukaństwa, gdzie najzwyczajniejszy nóż, prosty nóż do krajania chleba, jest autentycznie angielski.

Otworzywszy okiennice, Szulim szedł do bóżnicy pomodlić się – a powróciwszy do domu zabierał się do codziennych zatrudnień.

Włożywszy do kieszeni swoje oryginalne angielskie brzytwy i wszystkie przybory potrzebne do sztuki golarskiej, puszczał się na wędrówkę do mieszkań dygnitarzy miejskich.

W owym czasie wąsy nie były w modzie, brody nosili tylko Żydzi, stąd też Szulim miał dosyć zatrudnienia. Najpierw stawiał się zwykle u pana burmistrza, który od swego urzędowania musiał wstawać najwcześniej; później szedł do doktora, następnie zaś operował członków sadownictwa, administracji, golił głowy zakonnikom w klasztorze, słowem jako jedyny „Figaro” miejski bywał wszędzie.

Przyjeżdżających do miasta chłopów operowała pani Szulimowa, przy pomocy dwóch swoich synów wyrostków.

Dziś, wbrew zwyczajowi, Szulim ominął magistrat i skierował swe kroki w boczną uliczkę, przy której miał swoją posiadłość dr Zabłocki, stary już człowiek, niegdyś chirurg wojskowy.

Realność rzeczona składała się z domku drewnianego, zabudowań gospodarskich i ogrodu; cała otoczona była wysokimi sztachetami i utrzymana bardzo porządnie.

Pan doktór posiadał maleńkie gospodarstwo, trzymał kilka krów, parę koni i liczył się do zamożniejszych obywateli miasta. Mówiono nawet, że ma jakiś kapitalik – wypierał się tego jednak, chociaż widziano nieraz jak zaglądał do gazet i szukał kursu listów zastawnych.

Szulim otworzywszy furtkę, wszedł prosto do gabinetu doktora. Przed biurkiem, w wielkim staroświeckim fotelu, siedział wysłużony syn Eskulapa, w szlafroku, w paciorkami wyszywanej czapeczce na głowie. Na nosie dźwigał duże okulary w niezgrabnej rogowej oprawie, a w ręku długi cybuch z wiśni tureckiej, ozdobiony kilkoma dużymi bursztynami.

Doktór był to sympatyczny staruszek; pełną j dość jeszcze czerstwą twarz jego otaczały białe starannie utrzymane faworyty, w oczach znać było inteligencję i spryt pewien.

Szulim wszedłszy do gabinetu ukłonił się nisko.

– Dzień dobry, panie konsyliarzu – rzekł.

– Hajdujudu, mester Szulim.

– Pan doktór zawsze po angielsku! Ja, bo już, co prawda trochę zapomniałem tę mowę, ho to było dawno... oj dawno, panie doktorze.

– To umie dziwi, taki sprytny człowiek, jak ty, mój Szulimku, powinien mieć lepszą pamięć.

– At! Proszę pana doktora, niby to w Londynie to każdy po angielsku ma gadać?

– Po jakiemu więc?

– Ja tam gadałem sobie jak w domu – po żydowsku! Co pan doktór chce, za tę trochę sukcesji, co mi ukradli, miałem sobie, broń Boże, gębę popsuć.

Rzekłszy to, Szulim zaczął z wielką energią ostrzyć brzytwę na pasku.

– Cóż mi powiesz nowego? Co słychać w mieście? – spytał doktór.

– Aj, wielmożny panie konsyliarzu, dobrego to nic nie słychać. Powiadają nasze Żydzi, że... nie wiem czy oni prawdę powiadają, ale tak słyszałem – że za tydzień ma się tu do nas sprowadzić nowy doktór.

– Ho! Ho!... a nie wiesz ty Szulimku, co on będzie tu jadł?

– Nie wiem jakie on w swojej głowie pomyślenie ma, ale mnie się widzi, co cała ta bieda wylazła z apteki.

– Intrygant! – szepnął przez zęby konsyliarz – nienasycony! Mało mu recept zapisuję?! Chyba chce żeby epidemia spadła na miasto.

– Aj, aj; panie doktorze! To nawet grzech pomyśleć, co się takiemu aptekarzowi może zachciewać!!

– Jak to grzech?

– No tak proszę, pana konsyliarza... Aptekarze, to całkiem paskudny naród! Jak mają, co dać to rachują na uncje, na drachmę, na grany – a brać to chcieliby zaraz na centnary! Mam ja już dosyć z naszym panem aptekarzem! On mi całkiem praktykę chce popsuć.

– Ciekawym bardzo, w jaki sposób?

– Aj, aj, on ma na wszystko sposób – zwyczajnie jak aptekarz! On powiada, że krew puścić to już wychodzi z mody... baliki postawić nie pasuje, bo to jest chłopska kuracja... pijawki to, powiada, są szkodzące na oczy... a ząb wyrwać, to już cały gwałt! Po co ząb wyrwać? Kiedy on ma takie krople od zębów, co od nich cały język człowiekowi spuchnie!... Pan konsyliarz myśli, że ja nie wiem, co w tych kroplach jest! Ja wiem, jedno z drugim nic... trochę gorczycowy olejek, trochę miętowy olejek, a trochę okowity... Wielgie mecyje takie lekarstwo!

– Skądżeż to ten nowy doktór?

– Dalibóg nie wiem. Powiadają, że młody, że dopiero, co swoje uczenie skończy! Skąd on jest? Diabli jego wiedzą... pewnie musi być fuszer.

– Co ty się możesz znać na tym, mój Szulimku.

– Przez urazy wielmożnego pana konsyliarza, czy to mnie pierwszego doktora widzieć.

– Tego przecież nie widziałeś jeszcze.

– To jest prawda żem nie widział, ale mogę sobie miarkować. Już skoro go nasz aptekarz sprowadza to nie będzie wielki cymes, bo co on sprowadzi to zawsze jest i drogie i gałgaństwo! Niech no pan konsyliarz podniesie troszkę brodę... Oj, oj – mówił dalej Szulim przeciągając brzytwę po twarzy doktora – on by chciał mieć nawet na rumianek hazukę...

– Jak to hazukę?

– Żeby broń Boże nikt nie sprzedał rumianku tylko on! Tu jedna Żydówka, ślepego Lejbki żona, miała trochę rumianek w sklepiku – pan aptekarz zaraz ją zaskarżył, że utrzymuje wszystkich materiałów! Napisał całe dwa arkusze, co ona sprzedaje wronie oko... opium, arszenik, hiszpańskie muchę, co pan tylko chce! Żeby nasze Żydki nie wdali się w ten interes, to ja nie wiem, co by to buło!

– No, no, Szulimku – rzekł śmiejąc się doktór – aptekarz miał rację... ta pani Lej okowa naprawdę sprzedawała różne rzeczy.

– Co z tego? Sprzedawała! Wielkie rzeczy... ja wiem, że ona sprzedawała – ale co miała z tego? Cała parada to tylko jeden ambaras! Pan konsyliarz myśli, że u nas może być jaki handel? W Londynie to całkiem co innego! Tam każdy sprzedaje, co mu się podoba; może nawet trzymać w sklepie armatę i pikę i jeszcze gorszy interes niż wronie oko. Co to komu przeszkadza? Jak się kto chce zastrzelić albo otruć, na co mu bronić? Niech on się truje!

– A – tak nie można.

– To, widzi pan konsyliarz ja powiadam dla przykładu, że u nas to wszystko inaczej niż na świecie. Co by mnie pan konsyliarz powiedział żebym ja chłopu postawił, dajmy na to, sto ciętych baniek na plecy, albo puścił tyle krwi ile by on sam chciał?

– Miałbyś się z pyszna! Z urzędu bym cię ścigał.

– Ja wiem o tym, i nią robię takich interesów – ale tylko pytam, dlaczego? Skoro chłop chce postawić sto baniek na plecy, co komu do tego? Postawić muf Przecież to za pozwoleniem ani pana konsyliarza plecy, ani z przeproszeniem rządowe plecy... tylko chłopskie plecy. Dlaczego jemu nie wolno robić ze swymi własnymi plecami, co on chce?

Doktór, ogolony już, poprawił na nosie okulary, odchrząknął i zabierał się do wytłumaczenia Szulimowi ważności przyczyn, dla których plecy obywatela otoczone są troskliwą opieką państwa, gdy wbiegła do gabinetu małżonka pana konsyliarza – i nie dając nikomu przyjść do słowa zasypała Szulima gradem różnorodnych zapytań i poleceń.

– Dzień dobry mężu! Jak się masz Szulimku! Spodziewam się, że przepędziłeś noc spokojnie, bez kaszlu?

– Dziękuję pani konsyliarzowej – rzekł z ukłonem Szulim. – Bogu dziękować, co nie mam kaszel...

– Głupi jesteś... cóż to mnie obchodzi? Pytałam się męża... podobno dziś są bardzo ładne ryby na targu?

– Nie wiem duszko...

– Szulim! Cóż stoisz jak kołek! Są ryby czy nie? Bo jak są, w tej chwili posyłam na targ... Dowiesz się czy pani burmistrzowa kupiła i po czemu płaciła? Bo ja nie myślę drożej, każdy pan za swoje trzy grosze... Może sobie mieć burmistrz tańsze mięso, to jego przywilej – ale ryby należą do całego świata! Proszę cię także daj mi znać jak będzie drzewo... mogą tu wprost zajechać, notabene jeżeli nie drogie. Ale co tu mówię... Ręczę, że co było to już aptekarzowa wykupiła.

– Aj, aj – wtrącił potakując Szulim.

– A co? Nie mówiłam? Ta kobieta chyba o północy wstaje i biegnie za rogatki czatować, jak przekupka... Jednak mają ludzie przywiązanie do grosza... Szczególne, jak dzieci kocham, szczególne!... Widziałeś ją za rogatkami Szulimku, założyłabym się żeś ją tam widział... Zabawne, jak dzieci kocham, zabawne! Powiedzże gdzieś ją widział?

– Mnie się zdaje, proszę pani konsyliarzowej, co pani aptekarka z córeczką szła sobie chyba do kościoła, w tamtą stronę szły.

– Komedia dalibóg!... Tym paniom się zdaje, że oszukają Pana Boga! Coś w tym musi być! Bardzo były pokrojone? Co? Gadaj.

– Bardzo... nawet bardzo postrojone – rzekł Szulim.

– Pewnie w granatowych sukniach?

– Nie pamiętam, ale wyglądały jak granie; miały spódnice do samej ziemi, jak zwyczajnie, nawet trochę opadnięto, bo się ciągnęły po bruku... mieli wielkie czepki ze wstążkami...

– Co ty pleciesz chyba kapelusze.

– Nie wiem – może oni są i kapelusze.

– Ależ kochana Salusiu – odezwał się doktor – nie dasz nikomu przyjść do słowa. Szulim właśnie przyniósł ciekawą nowinę.

– Więc czemu stoi jak kołek i nic nie mówi? Ja zawsze powiadam, że ten Żydzisko jest patentowany niedołęga! Sto tysięcy razy to powtarzałam i jeszcze raz powtórzę. Cóż więc? Nie wykrztusisz nareszcie tej nowiny? Czy się magistrat zawalił? Czy rabin z Kocka ma przyjechać? Ba pytam, jaka by i ty nowinę lepszą mógł przynieść?

– Przepraszam panią konsyliarzową...

– Nie przepraszaj, tylko mów, co masz mówić; bo nie mam czasu... muszę zaraz pójść wyszamerować sługi, że do kawy jeszcze nie nakryły.

– Ależ Salusiu, Salusieczko, pozwólże mówić... nowość jest ważna... nowy lekarz ma się tutaj osiedlić. Pani konsyliarzowa usiadła na sofie.

– Nowy doktór?! Nowy doktór – rzekł po chwili milczenia. – Kto by się to spodziewał? Nowy doktór – ale może to nieprawda Szulimie?

– Oj, żebym ja tak zdrów był, jak to prawda jest...

– Cóż nic jakoś nie mówisz Salusiu? – zapytał pan konsyliarz z ironicznym uśmiechem.

Ten uśmiech wywołał burzę natychmiast.

– Ciekawa jestem co mam mówić? – rzekła na wpół z płaczem. – Chyba powtórzyć to, co już tysiąc razy powiedziała... Wychodząc za ciebie popełniłam mezalians... gdyż matka moja była z domu hrabianka, a ja wychowywałam się w pałacach. Pomimo tego poświęciłam ci moją młodość, piękność i jaki taki posążek, chociaż ty nie byłeś już pierwszej młodości. I cóż mam za to? Wieczna niewolnica! Zamurowana w tej obrzydliwej mieścinie, zapoznana. Gdzie je gdzie? Czy to towarzystwo, jakie mam jest towarzystwem dla mnie? A w co się obrócił mój posag? W tę nędzną chałupę z ogródkiem! Taką samą posiada przecie lada łyk...

– Przepraszam wielmożnej pani konsyliarzowej, wtrącił Szulim – takie piękne posesję żaden łyk nie malin by ją zaraz przepił...

– Czego tu stoisz? Czego chcesz? Po co się wtrącasz w nie swoje rzeczy? Czy wiesz gdzie jesteś?

Szulim pospiesznie zebrał swoje przybory golarskie i po cichutku wyniósł się z pokoju.

– Aj waj! – szepnął w progu – konsyliarz będzie miał teraz gorących kataplazmów!!

– Czyś już skończyła Salusiu? – zapytał flegmatycznie doktór, założywszy ręce na piersiach.

– Ja nie zaczęłam jeszcze! – krzyknęła w uniesieniu.

– To się pospiesz moje sercu, bo już dziewiąta; mam kilku chorych na mieście, a nie chciałbym wychodzić nie dosłyszawszy do końca...

– Ach! Ty kamieniu! Rybo! Głazie! Istoto bez uczucia! Moje łzy padają na ciebie jak na drewno, na bruk!...

– Owszem Salusiu duszko, każde twoje przemówienie zawsze mnie wzrusza, ale jak w tym wypadku, nie mam wyobrażenia, o co ci idzie?

– O co mi chodzi? Tyle lat tu siedzisz i nie było doktora, a teraz, gdy się drugi sprowadza... praktykę ci wydrze, intrygować będzie – tu, tu, pod bokiem, to ty nic!? Ty opowiadasz najobojętniej w świecie „nowy doktór przyjeżdża”... i ty jesteś mężczyzna? Masz energię... Siłę? Ha! Ha! Gorzka ironio... Ty masz tylko jedną odpowiedź na wszystko: „róbcie, co chcecie byle mnie nie ruszcie”.

– Przecież tamtego z miasta nie wyrzucę.

– O! Jestem tego pewna... że go nie wyrzucisz – wolisz cierpliwie czekać aż on ciebie wyrzuci.

– Nie dam się... – rzekł flegmatycznie.

– Ty się nie dasz? Z takim usposobieniem, z takim temperamentem!! Ależ on cię sprzeda dziesięć razy i pieniądze weźmie – a ty nawet wiedzieć o tym nie będziesz. Ty nawet gotów jesteś zaprzyjaźnić się z nim, w karty grywać! Kieliszkiem się trącać!!

– Dlaczego nie? Jeżeli człowiek porządny...

– Mój mężu, ty mnie chcesz do grobu wpędzić! Ty mnie umyślnie tak drażnisz...

– Uroń Boże... życzę ci lepiej niż sądzisz.

– Więc dlaczego takie rzeczy mówisz?

– Naprzód dlatego, że nie mam zasady nienawidzić człowieka, który mi dotychczas nic z tego nie wyrządził – a po wtóre, że jestem ojcem córki dorastającej.

– Bronci?! Cóż nasza Broncia ma do tego?

– Różnie bywa na świecie... Słyszę, że ma to być człowiek młody... któż wie czy nie zechce wejść do naszej rodziny? – a jeżeli chłopak uczciwy to pobłogosławię...

– Nie ty pobłogosławisz tylko ja! Bo córka do matki należy. Zresztą i ja nie pobłogosławię!... dość mam już doktora! Dość, dość tej rozkoszy! Póki młodszy to biega za praktyką i ani chwili w domu nie posiedzi – jak zaś starszy to pozwala żeby mu inny lekarz osiedlał się pod bokiem. Mieć męża flegmatyka i wiecznie pełną sień chorych Żydówek i płaczących dzieci – to wcale nie rozkosz! Moja Brońcia warta trochę lepszego losu...

– I... nie wydziwiaj, bo nasz los nie jest bardzo zły. Masz, co jeść, w czym chodzić.

– To samo ma każda sługa; ostatnia wyrobnica nawet za swoją pracę dostaje łachman na grzbiet i pożywienie.

– Przyznaj, że cokolwiek gorsze, aniżeli twoje...

– Gorsze?! Ty nie masz pojęcia jak one teraz grymaszą!... żeby im wolu upiec to jeszcze mało! Nienasycone gęby... spiżarnia dla nieb nie wystarczy! Żebyś ty widział ile nasza Maryśka zjada, to przeląkłbyś się. Nawet będę cię prosiła żebyś im, co zapisał na zmniejszenie apetytu, bo ja, jak cię kocham, nie wystarczę. Proszę cię mój Ignasiu, siądź i zaraz zapisz... to będzie najlepiej.

– Co znowu? Niech jedzą, to znaczy, że są zdrowe.

– Tego jeszcze brakuje żebym im dawała tyle ile chcą! Tobie się zdaje, że one mają żołądki!

– O ile mi wiadomo z anatomii...

– Widać, że ten, kto anatomię wymyślił nigdy sług nie trzymał. One nie mają wcale żołądków, tylko studnie, przepaście bezdenne! No proszę cię, siadaj zaraz i zapisz tę receptę; w tej chwili poślę do apteki.

– Salusiu... Salusiu! Cóż znowu?

– Bez żadnych wymówek! Proszę cię pisz!...

– Przyznam ci się, że tego zrobić nie potrafię.

– To wyborne! Doprawdy wyborne! Doktór medycyny, były chirurg wojskowy! Ludzi leczy, na konsylia jeździ, nieboszczyków kraje! A głupiej recepty dla sług nie potrafi zapisać! I dziwić się, że nowy lekarz przyjeżdża i osiedla mu się pod samym nosem

– Ależ nie pod nosem, Salusiu... skądże znowu?

– Takiemu ciamajdzie jak ty, mógłby osiąść nawet i na nosie!

– Być może – odpowiedział flegmatycznie doktór – ale już dziewiąta... idę do chorych... Rozmowę naszą możemy dokończyć jak powrócę.

– Możesz sobie nie zaprzątać tym głowy... bo czy mówić do ściany czy do ciebie, to wszystko jedno.

Doktór nic nie odrzekł, wziął kapelusz, skłonił się grzecznie małżonce i wyszedł.

Pani rzuciła się na sofę. Przez jakiś czas siedziała w milczeniu. Tysiące myśli cisnęło się do jej głowy. Nowy lekarz, możliwa stąd utrata, lub przynajmniej zmniejszenie się praktyki męża... wilczy apetyt sług, kapelusz aptekarzowej... wszystko to razem niecierpliwiło ją i gniewało.

Nagle zerwała się z siedzenia i wyszła.

– Bronciu! Bronciu! – wołała przebiegając przez stołowy pokój, sypialnię i salonik – Bronciu, chodźże tu prędzej! Gdzie jesteś?

– Jestem w ogródku, mateczko – ozwał się z za okna dźwięczny głosik – maliny zbieram.

– Tobie tylko maliny w głowie!

– Przecież mateczka kazała – mamy konfitury smażyć...

– Co mi tam konfitury! Chodź do pokoju.

Na to wezwanie Broncia pospieszyła natychmiast. Była to przystojna, siedemnastoletnia dzieweczka, o pełnej, kwitnącej zdrowiem twarzyczce i jasnych włosach.

– Moja kochana – rzekła tonem wymówki pani konsyliarzowa – ty nic nie dbasz o twoją toaletę. Dziewczyna w twoim wieku powinna być zawsze wystrojona jak laleczka.

– Zawsze mateczka mówi, że nie powinnam uganiać się za strojami; ja też staram się stosować...

– No tak; nieraz to mówiłam, ale nie można się znowu zaniedbywać... jesteś już w tym wieku, że możesz się komu podobać.

– Podobać?!

– Cóż się tak patrzysz? Ciekawa jestem, dlaczego nie miałabyś się podobać i pójść za mąż?

– Ach, marno! Czyż mi to źle w domu?

– Źle czy dobrze, to wszystko jedno. Kiedy starsza aptekarzówna wyszła, to i ty powinnaś wyjść za mąż.

– Nikt się o mnie nie stara, mateczko.

– Skąd ty możesz wiedzieć, czy kto stara się o ciebie, lub nie? Zresztą tak czy owak, potrzeba pomyśleć o jakiejś strojniejszej sukience. Ubierz się, pójdziemy do sklepów i poszukamy. Może znajdzie się, co u Berkowej, a w razie gdyby się nie znalazło, to każę natychmiast sprowadzić. Tylko proszę cię pospiesz, żebym nie potrzebowała czekać na ciebie. Ty wiesz, że ja nie lubię bałamucić, co z myśli to z głowy, nie odkładając do jutra!

– Dobrze, dobrze, mateczko – za pięć minut będę gotowa.

– Znam ja twoje pięć minut... Ciebie tylko do preferansa zasadzić z majorem i z twoim tatusiem razem!

Inteligencja miasteczka lubiła bardzo spacerować po pięknym parku pobliskim, w którym znajdował się stary, od dawna opuszczony pałac.

Gmach ten, niegdyś świetny i błyszczący, był pańską rezydencja; później opuszczony, niezamieszkały i zaniedbany, służył za przytułek sowom i nietoperzom, które się w nim masami gnieździły.

Pałac opustoszał i do upadku się chylił, ale parkowi za to nie zaszkodził ząb czasu. Przeciwnie, drzewa rozrosły się w nim potężnie, krzewy potworzyły niezbite gąszcze, a od dawna niestrzyżone szpalery lipowe, wybujały, poplątały swe gałęzie tak, że nawet promień słońca nie zdołał przedrzeć się przez nie.

Było w tym parku chłodno i zacisznie jak w boru, na polankach między drzewami poziomki rosły, a nieraz i grzyb się tam znalazł. Przez uszkodzone w kilku miejscach ogrodzenie dostawały się tu zające z pól sąsiednich – słowem było tu zupełnie jak w lesie. Spod stóp ogromnego dębu wytryski wato źródło, a woda szumiąc po kamykach, spływała do małej ocembrowanej studzienki, z której każdy spragniony mógł czerpać dowoli. Wiele osób umyślnie dla tej wody przychodziło do parku, przypisywano jej nawet jakieś lecznicze własności.

Oprócz źródła, znajdował się jeszcze w parku staw ogromny, ale zaniedbany, do połowy już zarośnięty trzciną i sitowiem.

W głównej alei stało jeszcze kilkanaście ławek niezgrabnych, ciosanych z kamienia, a przed jedną z nich był stół duży, okrągły, z takiegoż materiału. Powierzchnia owego stołu była poszczerbiona i porysowana. Bóg wie czyje ręce wyrzeźbiły na niej cyfry, daty i wizerunki serc strzałami przeszytych – a siady nabazgranych kredą rachunków świadczyły, że nie tylko zakochani, ale i kupcy siadali przy tym stole.

Dalej nieco, w grupie drzew zasadzonych w półkole, znajdował się marmurowy posąg „rycerza”, jak mówiono w miasteczku. Trzeba wierzyć tej wersji – gdyż z samego posągu nie można się było domyśleć na czyją cześć został tu postawiony. Posągowi odtrącił ktoś obie ręce, nos i cały tył głowy; marmur zlasował się i popękał pod wpływem dreszczów, a z napisu, jaki niegdyś istniał, nie zostało nawet i śladu.

Pomimo opuszczenia i zaniedbania zupełnego, park był bardzo miłym ustroniem; nic też dziwnego, że mieszkańcy miasteczka przychodzili tu szukać wytchnienia i spoczynku. Tu nie dolatywał zgiełk rynku, ani dudnienie wozów po bruku – tu wiosną śpiewały cale chóry słowików, zdziczałe róże kwitły, a z pobliskich łąk dolatywał zapach świeżej trawy i kwiecia.

Pod cieniem drzew parkowych, doktór z majorem kreślili często laskami na ziemi mapy Europy, według nowego, przez nich samych wykoncypowanego podziału. Tu opowiadam sobie o dawnych czasach, o kłopotach codziennych lub o preferansowych turniejach; tu zakochani promieniom księżyca powierzali swe smutki, tu wreszcie wesoła, szczęśliwa dziatwa, nieznająca jeszcze cierni i goryczy życia – igrała wesoło, aż się jej śmiech szczery po całym parku rozlegał.

Latem, przed wieczorem zwykle, gromadził się w parku cały wielki świat małego miasteczka i lokował się po różnych alejach, według tego jak był na różne podzielony koterie.

Mały, krzywy cokolwiek i bardzo złośliwy podpisarz sądowy ponadawał nawet alejom rozmaite nazwiska. Jedną nazwał aleją pani aptekarzowej, drugą aleją wyższej dyplomacja inną preferansową znowuż...

Doktór załatwiwszy się z pacjentami, odbywszy poobiednią drzemkę, ubierał się w swój szeroki płaszcz hiszpański i szedł do parku, pewien, że majora tam znajdzie.

Dziwna przyjaźń łączyła tych ludzi... Kie nie potrafili oni trzech zdań z sobą wymienić bez sprzeczki, a zarazem obejść się jeden bez drugiego nie mogli.

Gdy major zachorował i bezprzytomny zupełnie, znajdował się, jak to mówią, jedną nogą w grobie... stary doktór nie odstępował prawie jego łóżka; w krytycznej chwili konsylium zwołał, żadnych kosztów nie szczędził, aby tylko przyjaciela ratować; lecz gdy niebezpieczeństwo minęło i przyjaciel mógł już rozmawiać – pokłócili się jak najbardziej zawzięci wrogowie. Pomimo tego, na drugi dzień z rana, doktór z największą troskliwością badał rekonwalescenta.

Major znacznie od doktora był starszy, ale pomimo różnicy wieku, żwawszy i ruchliwszy. Chodził zwykle prędko, mówił dobitnie, wyraźnie, węzłowato, nie znosił przeczenia i opozycji. Rodziny nie mając, żył samotnie i oszczędnie, szczupła pensyjka wystarczała mu jednak na opędzenie skromnych potrzeb życia.

– Powiadam ci majorze – mówił doktór wchodząc ze swym przyjacielem do parku – że ten ostatni artykuł daje wiele do myślenia... w tym coś jest...

– Głupstwo!

– Ale pozwólże...

– Głupstwo jest!

– Gorączka z ciebie, poczekaj, rozważ tylko te słowa: burza, która przyjdzie ze wschodu...

– Fałsz!

– Powtarzam ci „burza”, która przyjdzie...

– Nawet kulawy pies stamtąd nie przyjdzie!!

– U ciebie, mój majorze, zaraz: piesi kot! Nie umiesz porządnego dyskursu poprowadzić.

– Nieprawda! Umiem – ale jak jest, o czym. Wschód! Wschód! Wielka rzecz – cóż, kiedy stamtąd dobrego wyszło? Nie tam patrz, mój szanowny chirurgu. Obróć się w przeciwną stronę – a uważaj, co się tam dzieje. Co tam myślą?

– To zgadnąć nietrudno...

– Jak to?

– Boć wiadomo, że tam myślą tylko jakby nas oszukać.