Wydawca: Wydawnictwo Zakładka Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Pan Przypadek i Trzynastka ebook

Jacek Getner

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pan Przypadek i Trzynastka - Jacek Getner

Pan Przypadek i Trzynastka” to pierwsza z czternastu książek opowiadających o przygodach rodzimego detektywa geniusza. Jej bohater, Jacek Przypadek, mimo swoich blisko trzydziestu lat, nie ma konkretnych planów na życie i cieszy się z tego, że nie musi ich robić. Ale któregoś dnia prosi go o pomoc ulubiona sąsiadka, pani Irmina Bamber, której skradziono obrazy. Tak zaczyna się jego detektywistyczna kariera, która z każdą rozwiązaną sprawą coraz bardziej irytuje różne ważne osoby.

Jacek Przypadek łączy w sobie przenikliwość Sherlocka Holmesa z łobuzerskim wdziękiem porucznika Borewicza i irytującym charakterem doktora Housea. Ta wybuchowa mieszanka powoduje, że może liczyć na sympatię wielu kobiet i szczerą nienawiścią rosnącej rzeszy swoich wrogów, którzy za jego sprawą trafili za kratki.

Więcej o bohaterze można dowiedzieć się z jego bloga pod adresem www.panprzypadek.blogspot.com

Jacek Getner – pisarz, scenarzysta, dramaturg. Laureat licznych konkursów pisarskich i dramaturgicznych. Autor scenariuszy do kilkuset odcinków różnych seriali telewizyjnych i dialogów do fabularnych gier komputerowych.

Opinie o ebooku Pan Przypadek i Trzynastka - Jacek Getner

Fragment ebooka Pan Przypadek i Trzynastka - Jacek Getner

JA­CEK GET­NER

PAN PRZY­PA­DEK

I TRZY­NAST­KA

Wy­daw­nic­two Za­kład­ka

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Za­kład­ka, War­sza­wa 2013

© Co­py­ri­ght by Ja­cek Get­ner

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ża­den frag­ment nie może być pu­bli­ko­wa­ny ani re­pro­du­ko­wa­ny bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Pro­jekt okład­ki na pod­sta­wie po­my­słu Jac­ka Get­ne­ra:

Iza­be­la Sur­dy­kow­ska-Ju­rek, Mag­da­le­na Mu­szyń­ska

Ko­rek­ta i re­dak­cja: Dag­ma­ra Gor­czyń­ska, Klau­dia Drożdż

Skład: Woj­ciech Ław­ski

Wy­da­nie II

ISBN 978-83-64459-01-6

Wy­daw­nic­two Za­kład­ka

ul. Szolc-Ro­go­ziń­skie­go 19/3

02-777 War­sza­wa

Za­mó­wie­nia hur­to­we: biu­ro@wy­daw­nic­two­za­klad­ka.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Rozdział IArszenik i stare obrazy

Anty­kwa­riat na­le­żą­cy do An­to­nie­go Gel­ber­ga był miej­scem ci­chym i spo­koj­nym. Nie znaj­do­wał się przy głów­nych szla­kach han­dlo­wych, nie prze­wi­ja­ły się przez nie­go tłu­my. Ale ci, któ­rzy zna­li jego go­spo­da­rza le­piej, wie­dzie­li, że czę­sto dys­po­no­wał on wy­jąt­ko­wo atrak­cyj­nym to­wa­rem. Ci, któ­rzy zna­li pana An­to­nie­go na­praw­dę do­brze, wo­le­li nie py­tać, skąd ten to­war po­cho­dzi.

Tę samą za­sa­dę wy­zna­wa­ła ru­do­wło­sa He­le­na, stu­dent­ka Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych w War­sza­wie, do­ra­bia­ją­ca w an­ty­kwa­ria­cie do skrom­ne­go sty­pen­dium. Dla­te­go kie­dy dzwo­nił te­le­fon na biur­ku jej sze­fa, za­kła­da­ła na uszy słu­chaw­ki i pusz­cza­ła gło­śno mu­zy­kę ze swo­je­go iPo­da. Wpraw­dzie więk­szość roz­mów pro­wa­dzo­nych przez pana An­to­nie­go do­ty­czy­ła spraw ab­so­lut­nie zgod­nych z pra­wem, jed­nak nie­któ­ry­mi z pew­no­ścią chęt­nie za­ję­ły­by się or­ga­ny ści­ga­nia. I z tego po­wo­du ru­do­wło­sa pra­cow­ni­ca an­ty­kwa­ria­tu wo­la­ła sły­szeć jak naj­mniej.

Tym ra­zem ter­kot te­le­fo­nu do­padł He­le­nę, gdy w jed­nej z ga­blot po­pra­wia­ła usta­wie­nie kil­ku waz z bar­dzo sza­cow­nej epo­ki. Szyb­ko na­ło­ży­ła na uszy swo­ją dźwię­ko­chłon­ną ba­rie­rę i bły­ska­wicz­nie za­czę­ła prze­szu­ki­wać pa­mięć iPo­da w po­szu­ki­wa­niu od­po­wied­nie­go re­per­tu­aru. Gel­berg, sie­dzą­cy w ką­ci­ku an­ty­kwa­ria­tu przy swo­im biur­ku, z uśmie­chem ob­ser­wo­wał tę czyn­ność. Z ode­bra­niem te­le­fo­nu jed­nak po­cze­kał jak zwy­kle do chwi­li, gdy ze słu­cha­wek po­pły­nę­ły pierw­sze tak­ty wy­jąt­ko­wo gło­śnej mu­zy­ki.

– Gel­berg, słu­cham… Pan Klem­puch… – twarz an­ty­kwa­riu­sza stę­ża­ła. – Tak, oczy­wi­ście, pa­mię­tam… Na­praw­dę bar­dzo sta­ram się na­mó­wić tę Bam­ber na sprze­daż ob­ra­zów, ale to nie jest ła­twe… Roz­ma­wia­łem o tym z jej wnu­kiem, Wojt­kiem… Wiem, że mija mój ter­min… Do­brze, ja­koś to za­ła­twię.

Odło­żył słu­chaw­kę. Ru­do­wło­sa He­le­na zer­k­nę­ła w jego stro­nę, ale wi­dząc minę sze­fa, uzna­ła, że na ra­zie le­piej nie zdej­mo­wać słu­cha­wek z uszu. Gel­berg tym­cza­sem od­su­nął szu­fla­dę w swo­im biur­ku. Się­gnął głę­bo­ko ręką po coś, co nie znaj­do­wa­ło się w sa­mej szu­fla­dzie, ale było scho­wa­ne w skryt­ce pod bla­tem. Po chwi­li na­ma­cał chłod­ną stal me­ta­lo­wej ob­rę­czy, na któ­rą na­ni­za­ne było mnó­stwo prę­ci­ków róż­nej gru­bo­ści. Prę­ci­ki były po­wy­krzy­wia­ne w naj­róż­niej­sze kształ­ty, dzię­ki cze­mu trud­no było zna­leźć za­mek, któ­ry był­by w sta­nie się im oprzeć. An­ty­kwa­riusz przez chwi­lę do­ty­kał ich, jak­by chcąc po omac­ku zna­leźć ten wła­ści­wy. Nie wy­brał jed­nak żad­ne­go, tyl­ko za­mknął szu­fla­dę.

„Cho­ler­na prze­szłość – po­my­ślał. – Znów trze­ba to bę­dzie zro­bić”.

Stara ka­mie­ni­ca na Sta­rym Mo­ko­to­wie miesz­czą­ca się pod ad­re­sem Ko­nec­ka 40 nie­jed­no wi­dzia­ła w swo­jej hi­sto­rii. Trwa­ła tu już bądź co bądź osiem­dzie­siąt lat i wie­le mo­gła opo­wie­dzieć o swo­ich lo­ka­to­rach. Na szczę­ście zwy­kle za­cho­wy­wa­ła da­le­ko po­su­nię­tą dys­kre­cję, dla­te­go wie­le ta­jem­nic po­zo­sta­wa­ło na za­wsze w jej ścia­nach. Ta dys­kre­cja róż­ni­ła ją szcze­gól­nie od świe­żo wy­bu­do­wa­ne­go są­sia­da z na­prze­ciw­ka, no­wo­cze­sne­go apar­ta­men­tow­ca. Na­szpi­ko­wa­ny elek­tro­ni­ką, ka­me­ra­mi i wszel­kie­go ro­dza­ju in­ny­mi re­je­stra­to­ra­mi rze­czy­wi­sto­ści i złu­dzeń spra­wiał, że prze­cięt­nie uzdol­nio­ny ha­ker mógł czy­tać w ży­cio­ry­sie jego miesz­kań­ców jak w otwar­tej księ­dze.

Dla­te­go Ja­cek Przy­pa­dek cie­szył się, że miesz­ka w sta­rej ka­mie­ni­cy, któ­rej nie tyl­ko gru­be mury, ale i zży­ta spo­łecz­ność sku­tecz­nie chro­ni­ły przed na­trę­ta­mi z ze­wnątrz. Rów­nież dzię­ki tej dys­kre­cji miej­sce to wy­da­wa­ło się oazą spo­ko­ju po­śród roz­pę­dzo­ne­go mia­sta na­sta­wio­ne­go pod każ­dym wzglę­dem na suk­ces i szyb­ki roz­wój. Miesz­kań­cy ka­mie­ni­cy nie spie­szy­li się tak bar­dzo i mie­li dla sie­bie cał­kiem spo­ro cza­su. A, co cie­ka­we, spo­kój ich wzra­stał z każ­dym pię­trem. Tak jak­by od­le­głość od wyj­ścia na gwar­ną uli­cę do­dat­ko­wo wy­ci­sza­ła ludz­kie wnę­trza.

O każ­dym z miesz­kań­ców ka­mie­ni­cy moż­na by­ło­by po­wie­dzieć coś cie­ka­we­go i nie moż­na wy­klu­czyć, że kie­dyś au­tor to uczy­ni. Na ra­zie jed­nak naj­bar­dziej dla nas in­te­re­su­ją­cy będą lo­ka­to­rzy z ostat­nie­go, czwar­te­go pię­tra, za­miesz­ku­ją­cy lo­ka­le o nu­me­rach 12, 13, 14. Pod dwu­nast­ką miesz­kał wła­śnie Ja­cek, ka­wa­ler lat bli­sko trzy­dzie­stu, wy­kształ­ce­nie wyż­sze, choć moc­no nie­peł­ne. Zna­ny był wśród są­sia­dów z za­mi­ło­wa­nia do chi­ro­man­cji oraz moc­ne­go po­sta­no­wie­nia wy­star­to­wa­nia w ma­ra­to­nie. Przy­go­to­wy­wał się do tego już z górą sześć lat, za­wzię­cie szli­fu­jąc for­mę bie­go­wą na po­bli­skim Polu Mo­ko­tow­skim. Nig­dy jed­nak nie uda­ło mu się osią­gnąć od­po­wied­niej dys­po­zy­cji, dla­te­go wciąż był dłu­go­dy­stan­sow­cem teo­re­ty­kiem.

Pod czter­nast­ką miesz­ka­ła pani Ir­mi­na Bam­ber, wdo­wa lat… tego au­tor, jako dżen­tel­men, wy­ja­wić nie może. Żeby uła­twić jed­nak czy­tel­ni­kom okre­śle­nie jej wie­ku, po­wiedz­my, że jej wnu­czek był tro­chę młod­szy od Jac­ka, i na tym za­kończ­my te dy­wa­ga­cje. Stu­dio­wa­ła psy­cho­lo­gię, zdo­by­ła na­wet ty­tuł ma­gi­stra, ale nig­dy nie prak­ty­ko­wa­ła w za­wo­dzie. Za to umie­jęt­no­ści, któ­re na­by­ła na uni­wer­sy­te­cie, skrzęt­nie wy­ko­rzy­sty­wa­ła do spraw­ne­go pod­trzy­my­wa­nia kon­tak­tów to­wa­rzy­skich z wie­lo­ma oso­ba­mi w mie­ście. Szcze­rze mó­wiąc, trud­no było zna­leźć ko­goś na­praw­dę waż­ne­go w War­sza­wie, kto nie znał­by pani Ir­mi­ny.

Naj­mniej moż­na by po­wie­dzieć o lo­ka­to­rze spod trzy­nast­ki, bo…

Ale o tym póź­niej, żeby za bar­dzo nie uprze­dzać fak­tów.

Tego dnia Ja­cek obu­dził się w miej­scu, w któ­rym naj­bar­dziej lu­bił to ro­bić, czy­li we wła­snym łóż­ku. Ziew­nął i prze­cią­gnął się. Po­tem prze­krę­cił się na dru­gi bok, chcąc przy­tu­lić oso­bę, któ­rą spo­dzie­wał się za­stać z tej stro­ny. Na­stęp­nie, zdzi­wio­ny, że jest już w łóż­ku sam, pod­niósł się, opie­ra­jąc na łok­ciach. Lu­stru­jąc spoj­rze­niem po­kój, mru­żył wciąż po­wie­ki nie­przy­zwy­cza­jo­ne do świa­tła. Na tle okna do­strzegł po­spiesz­nie ubie­ra­ją­cą się mło­dą ko­bie­tę, któ­ra wy­da­wa­ła się nie­za­do­wo­lo­na z jego po­bud­ki.

– Już le­cisz? – za­py­tał z nutą roz­cza­ro­wa­nia w gło­sie.

– Tro­chę się spie­szę do re­dak­cji.

– Nie chcesz cze­goś zjeść? – jego głos był co­raz bar­dziej roz­ża­lo­ny. – Mogę zro­bić ja­jecz­ni­cę – za­pro­po­no­wał.

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na nie­go odro­bi­nę roz­cza­ro­wa­na. Wczo­raj nie wy­glą­dał na fa­ce­ta, dla któ­re­go pro­ble­mem może być fakt, że to bę­dzie tyl­ko jed­no­ra­zo­we spo­tka­nie. Ba, od­nio­sła na­wet wra­że­nie, że nie­zo­bo­wią­zu­ją­ca for­ma zna­jo­mo­ści jest ich obo­pól­nym pra­gnie­niem.

– By­łeś su­per, ale chy­ba so­bie nie ro­bi­łeś na­dziei na coś wię­cej? – do­pię­ła ostat­ni gu­zik w swo­jej gar­son­ce.

– Szcze­rze mó­wiąc, Aniu, to my­śla­łem…

– Chy­ba za bar­dzo uwie­rzy­łeś w te swo­je wróż­by z ręki – po­gła­ska­ła go po twa­rzy i po­ca­ło­wa­ła po­że­gnal­nie w po­li­czek.

– Czy­li już wię­cej się nie zo­ba­czy­my? – za­py­tał z miną zbi­te­go psa Ja­cek.

– War­sza­wa to bar­dzo małe mia­sto – po­pa­trzy­ła na nie­go z li­to­ścią. – Za­wsze gdzieś mo­że­my na sie­bie wpaść – po­wie­dzia­ły jej usta, za to oczy do­da­ły: „ale nie li­czy­ła­bym na to”.

– Ale…

– Na­praw­dę się spie­szę.

Ja­cek otwo­rzył szu­fla­dę swo­jej noc­nej szaf­ki i wy­jął jed­ną z le­żą­cych na wierz­chu wi­zy­tó­wek. Wrę­czył ją Ani.

– Gdy­byś zmie­ni­ła zda­nie, to za­dzwoń.

„Boże, co za iry­tu­ją­cy gość! – po­my­śla­ła. – A Mal­wi­na mó­wi­ła… Nie­waż­ne, nie ma co so­bie nim gło­wy za­wra­cać. Grunt, że wy­gra­łam za­kład. Jak zwy­kle!”

Ania nie­chęt­nie wzię­ła wi­zy­tów­kę i, nie za­szczy­ciw­szy już jej wła­ści­cie­la na­wet spoj­rze­niem, wy­szła. Ja­cek po­czła­pał za nią do drzwi i prze­krę­cił w nich za­su­wę. Gdy zo­stał sam, wes­tchnął z ża­lem:

– Boże, jacy lu­dzie są ba­nal­nie prze­wi­dy­wal­ni.

A po­tem uśmiech­nął się ra­do­śnie i po­szedł do kuch­ni, żeby zro­bić ja­jecz­ni­cę tak, jak naj­bar­dziej lu­bił.

Dla sa­me­go sie­bie.

W chwi­li, gdy za drzwia­mi miesz­ka­nia na­le­żą­ce­go do Jac­ka Przy­pad­ka roz­po­czy­na­ły się przy­go­to­wa­nia do śnia­da­nia, do ka­mie­ni­cy przy uli­cy Ko­nec­kiej 40 wcho­dził pan An­to­ni Gel­berg. W le­wej ręce miał sty­lo­wą, za­byt­ko­wą la­skę, dru­gą przy­trzy­my­wał dużą kre­ślar­ską tubę prze­wie­szo­ną przez pra­we ra­mię. W drzwiach mi­nął się z atrak­cyj­ną ko­bie­tą, któ­ra po­dar­ła wła­śnie czy­jąś wi­zy­tów­kę, a jej reszt­ki rzu­ci­ła nie­dba­le na chod­nik. Gdy był już na klat­ce, tuż przed scho­da­mi, za­trzy­mał się na chwi­lę i sap­nął cięż­ko.

Wy­pra­wa na czwar­te pię­tro mo­gła mu się wy­da­wać pew­nym wy­zwa­niem, bo do­bie­gał sześć­dzie­siąt­ki. Ale la­ska w jego ręku była je­dy­nie ka­mu­fla­żem. Mia­ła tyl­ko do­da­wać wia­ry­god­no­ści temu, że za­trzy­mu­je się na każ­dym pół­pię­trze, sa­piąc kil­ka razy na znak, jak bar­dzo się zmę­czył. Ten po­stój słu­żył jed­nak głów­nie do­kład­ne­mu ro­zej­rze­niu się wko­ło i spraw­dze­niu, czy nikt go nie wi­dzi.

Kie­dy był już w po­ło­wie mię­dzy trze­cim a czwar­tym pię­trem, z miesz­ka­nia nu­mer trzy­na­ście, znaj­du­ją­ce­go się na wprost scho­dów, wy­szedł jego nowy wła­ści­ciel. Był to pan Ro­man Bą­czek ubra­ny w po­chla­pa­ny far­bą strój bu­dow­lań­ca. Jego wi­dok na mo­ment stro­pił an­ty­kwa­riu­sza. Gdy­by był na jed­nym z niż­szych pię­ter, mógł­by po pro­stu omi­nąć lo­ka­to­ra spod „trzy­nast­ki” i pójść spo­koj­nie do góry. Ale w tej sy­tu­acji było to nie­moż­li­we. Dla­te­go mu­siał wy­my­ślić bły­ska­wicz­nie coś in­ne­go. Z po­mo­cą przy­szedł mu jego nie­sfor­ny but, któ­ry miał skłon­ność do roz­wią­zy­wa­nia się i w tej chwi­li był rów­nież bli­ski tego sta­nu. Pan An­to­ni schy­lił się, roz­wią­zał do koń­ca sznu­rów­kę, a na­stęp­nie sta­ran­nie za­czął ją za­wią­zy­wać.

Pan Bą­czek rów­nież wy­da­wał się być nie­co za­sko­czo­ny wi­do­kiem an­ty­kwa­riu­sza. Był jed­nak no­wym lo­ka­to­rem, dla­te­go nie miał po­ję­cia, czy ten star­szy je­go­mość nie przy­szedł w od­wie­dzi­ny do ko­goś z jego są­sia­dów. Po­sta­no­wił za­tem go zi­gno­ro­wać. Spo­koj­nie za­mknął drzwi i ru­szył na dół. Mi­nął Gel­ber­ga dość obo­jęt­nie i po chwi­li był już pię­tro ni­żej.

An­ty­kwa­riusz od­cze­kał jesz­cze mo­ment, ukła­da­jąc sy­me­trycz­nie na bu­cie za­wią­za­ne sznu­ro­wa­dła. Do­pie­ro gdy osią­gnę­ły one per­fek­cyj­ny stan, wy­pro­sto­wał się i rzu­cił spoj­rze­nie w dół scho­dów, spraw­dza­jąc, czy pan Bą­czek od­da­lił się do­sta­tecz­nie. Na­stęp­nie wszedł na czwar­te pię­tro i sta­nął przed drzwia­mi miesz­ka­nia pani Ir­mi­ny Bam­ber. Drzwi te wy­glą­da­ły naj­so­lid­niej ze wszyst­kich na pię­trze, a na do­da­tek były za­opa­trzo­ne w dużą ilość zam­ków. Za­pu­kał do nich ener­gicz­nie. Bar­dziej jed­nak wciąż in­te­re­so­wał się tym, czy nikt go nie wi­dzi, niż fak­tem, czy ktoś mu za chwi­lę otwo­rzy. Kie­dy się upew­nił, że żad­na para oczu go nie ob­ser­wu­je, się­gnął do kie­sze­ni po kom­plet wy­try­chów i po krót­kim na­my­śle wło­żył je­den z nich do zam­ka w drzwiach. Spró­bo­wał go prze­krę­cić, jed­nak bez po­wo­dze­nia. Wte­dy chwy­cił za klam­kę, by po­ru­szyć odro­bi­nę drzwia­mi i w ten spo­sób uła­twić pra­cę wy­try­cha. Jed­nak, ku jego zdzi­wie­niu, drzwi otwo­rzy­ły się cał­ko­wi­cie, za­pra­sza­jąc do wej­ścia.

„Czyż­by za­po­mnia­ła je za­mknąć?” – zdzi­wił się. Jesz­cze raz upew­nił się, że nikt go nie wi­dzi, i wszedł do miesz­ka­nia pani Ir­mi­ny Bam­ber.

Mylił­by się ten, kto by po­my­ślał, że Ja­cek jest sła­bym ku­cha­rzem i dla­te­go na śnia­da­nie ser­wo­wał po­spo­li­tą ja­jecz­ni­cę. Przy­pa­dek go­to­wał świet­nie, wszyst­kie jego zna­jo­me je­dzą­ce u nie­go ko­la­cję z uzna­niem wy­po­wia­da­ły się o jego ku­li­nar­nych moż­li­wo­ściach. Tyl­ko że Ja­cek za­wsze hoł­do­wał naj­prost­szym roz­wią­za­niom. A dla sa­me­go sie­bie szko­da mu było cza­su na ro­bie­nie cze­goś bar­dziej wy­szu­ka­ne­go.

Ra­do­sny jak szczy­gie­łek wszedł do kuch­ni, ale za­nim otwo­rzył lo­dów­kę, by wy­do­stać z niej jaj­ka, się­gnął na jed­ną z pół­ek. Za­nim chwy­cił po­ło­żo­ne tam na płask zdję­cie w ram­ce przyj­rzał się uważ­nie, pod ja­kim ką­tem le­ża­ło. Uśmiech­nął się. Nie mo­gło być wąt­pli­wo­ści. Ktoś po­ru­szył fo­to­gra­fią w nocy. Wła­ści­wie mógł się tego spo­dzie­wać. Prze­cież wie­dział, że Ania jest dzien­ni­kar­ką śled­czą.

Usta­wił zdję­cie na sto­le, gdzie zwy­kle spo­ży­wał do­mo­we po­sił­ki. Na fo­to­gra­fii była uśmiech­nię­ta dwu­dzie­sto­kil­ku­lat­ka ubra­na w cie­płą pu­cho­wą kurt­kę. Za nią, w tle, ma­ja­czy­ły wiel­kie góry oko­lo­ne błę­kit­nym nie­bem.

– Wi­dzisz, Baś­ka, znów mu­si­my jeść we dwo­je. Te ko­bie­ty…

Baś­ka, jak za­wsze, od­wza­jem­ni­ła jego uśmiech i spo­koj­nie przy­glą­da­ła się, jak przy­rzą­dza ja­jecz­ni­cę, cze­ka­jąc na ko­lej­ny po­si­łek we dwo­je. Jed­nak tym ra­zem nie dane im było w spo­ko­ju spo­żyć śnia­da­nia. Le­d­wie tyl­ko Ja­cek wło­żył pierw­szy kęs do ust, za­dzwo­ni­ła jego ko­mór­ka. Spoj­rzał na wy­świe­tlacz i cięż­ko wes­tchnął. „Cze­go on może ode mnie zno­wu chcieć?” – po­my­ślał z nie­chę­cią. Ode­brał jed­nak.

– Cześć, tato… No do­brze, przy­bie­gnę do cie­bie… Jak tyl­ko zjem śnia­da­nie.

Ja­cek roz­łą­czył się i odło­żył ko­mór­kę. Spoj­rzał na zdję­cie i za­py­tał:

– Za co ty go lu­bi­łaś, Baś­ka?

Kiedy ta­lerz po ja­jecz­ni­cy wy­lą­do­wał w zle­wie, pod ka­mie­ni­cę na uli­cy Ko­nec­kiej 40 za­je­cha­ła tak­sów­ka. Jej kie­row­ca zer­k­nął na tak­so­metr i po­wie­dział do pa­sa­żer­ki:

– Dwa­dzie­ścia pięć zło­tych.

Pani Ir­mi­na się­gnę­ła do to­reb­ki i wy­ję­ła port­mo­net­kę. Chwi­le w niej grze­ba­ła, w koń­cu po­da­ła tak­sów­ka­rzo­wi trzy­dzie­ści zło­tych.

– Pro­szę i dzię­ku­ję.

Za­do­wo­lo­ny kie­row­ca scho­wał za­pła­tę okra­szo­ną na­piw­kiem, wy­siadł i otwo­rzył ba­gaż­nik. Pani Ir­mi­na sta­nę­ła obok, cze­ka­jąc, aż wyj­mie jej wa­liz­ki. Ta chwi­la jed­nak nie na­stę­po­wa­ła, a ta­ry­fiarz stał z nie­wzru­szo­ną miną.

– Może by mi pan po­mógł to wnieść na czwar­te pię­tro? Tu nie ma win­dy.

– Nie­ste­ty, pro­szę pani, le­karz za­bro­nił mi dźwi­gać cię­ża­ry.

– No tak, a ja wy­gra­łam ple­cy na lo­te­rii – mruk­nę­ła pod no­sem pani Ir­mi­na i chwy­ci­ła swo­je wa­liz­ki.

– Jak pani chce, to mogę pani drzwi przy­trzy­mać.

Pani Ir­mi­na naj­chęt­niej od­burk­nę­ła­by coś nie­mi­łe­go, ale po­wstrzy­ma­ła się, bo przy tar­ga­niu dwóch wa­li­zek na­wet otwar­cie drzwi na coś się mo­gło przy­dać. Kiw­nę­ła więc przy­zwa­la­ją­co gło­wą. Tak­sów­karz pod­szedł do ogrom­nych drzwi z nie­prze­zro­czy­ste­go szkła. Szarp­nął za klam­kę, ale drzwi na­wet nie drgnę­ły.

– Za­mknię­te są – po­in­for­mo­wał swo­ją klient­kę, któ­ra po­sta­wi­ła wa­liz­ki i się­gnę­ła do to­reb­ki po klu­cze.

Wy­si­łek ten oka­zał się jed­nak zbęd­ny, bo drzwi otwo­rzy­ły się z im­pe­tem i wy­padł z nich pan An­to­ni Gel­berg. Nor­mal­nie nie miał­by pew­nie pro­ble­mów z utrzy­ma­niem się na no­gach, ale tak­sów­karz wciąż cią­gnął za klam­kę z dru­giej stro­ny. Dla­te­go an­ty­kwa­riusz opu­ścił ka­mie­ni­cę o wie­le szyb­ciej, niż­by so­bie tego ży­czył. La­ska wy­pa­dła mu z le­wej ręki i gdy­by nie tuba kre­ślar­ska, któ­ra za­mor­ty­zo­wa­ła jego upa­dek, mógł so­bie zro­bić krzyw­dę. I tak jed­nak padł jak dłu­gi u stóp pani Ir­mi­ny, wy­wo­łu­jąc jej prze­ra­że­nie.

– Mógł­by pan uwa­żać!

– Pro­szę mi wy­ba­czyć – Gel­berg pod­niósł się z prze­pra­sza­ją­cym uśmie­chem, któ­ry za­marł na jego twa­rzy, gdy zo­ba­czył, przed kim stoi. Szyb­ko schy­lił się po la­skę i po­pra­wił na ra­mie­niu tubę, jak­by bo­jąc się, że za­raz ktoś mu ją od­bie­rze.

– Co pan tu robi? – pani Ir­mi­na była rów­nie zdzi­wio­na jak an­ty­kwa­riusz. – Prze­cież wy­raź­nie panu po­wie­dzia­łam, że nie sprze­dam mo­ich ob­ra­zów!

– Tak, tak, oczy­wi­ście.

Gel­berg z bły­skiem prze­ra­że­nia w oczach ukło­nił się ni­sko i ru­szył w stro­nę Ra­ko­wiec­kiej. Po­cząt­ko­wo usi­ło­wał uda­wać, że tak na­praw­dę się nig­dzie nie spie­szy i drep­tał ma­ły­mi krocz­ka­mi. Po­tem za­czął prze­bie­rać nóż­ka­mi odro­bi­nę szyb­ciej. A kie­dy obej­rzał się za sie­bie i zo­ba­czył, że pani Ir­mi­na i tak­sów­karz cią­gle na nie­go pa­trzą, pu­ścił się pę­dem, po­trą­ca­jąc na rogu uli­cy ja­kie­goś prze­chod­nia.

– Wa­riat ja­kiś? – wy­ra­ził przy­pusz­cze­nie ta­ry­fiarz.

– Nie, an­ty­kwa­riusz.

– No to bli­sko by­łem.

Widać było w tej chwi­li, że od stro­ny teo­re­tycz­nej Ja­cek jest na­praw­dę świet­nie przy­go­to­wa­ny do prze­bie­gnię­cia ma­ra­to­nu. Zna­ko­mi­te buty naj­lep­szej fir­my, pre­cy­zyj­ny sto­per uży­wa­ny przez pro­fe­sjo­na­li­stów i T-shirt, ide­al­nie wchła­nia­ją­cy pot, spra­wia­ły, że wy­glą­dał w tym mo­men­cie, jak­by miał za kil­ka se­kund wy­star­to­wać do bie­gu. I pew­nie by to zro­bił, gdy­by na pierw­szym pię­trze nie spo­tkał swo­jej są­siad­ki.

– Dzień do­bry, pani Ir­mi­no, mia­ła pani wró­cić w so­bo­tę – chciał schy­lić się po po­sta­wio­ne przez są­siad­kę wa­liz­ki, ale za­dzwo­ni­ła jego ko­mór­ka. Zer­k­nął na wy­świe­tlacz, uśmiech­nął się, lecz nie ode­brał.

– Znu­dzi­ło mi się na tej wsi. Mo­żesz ode­brać, ja po­cze­kam.

– To tyl­ko Bła­żej – chwy­cił wa­liz­ki i ru­szy­li na górę.

– Ten ero­to­man ga­wę­dziarz?

– Prze­sa­dza pani. Na pa­nią po pro­stu nie dzia­ła jego zwie­rzę­cy ma­gne­tyzm.

– Nie znam ta­kiej, na któ­rą dzia­ła – uśmiech­nę­ła się iro­nicz­nie. – Bez­wa­run­ko­wo nie znam – pod­kre­śli­ła swo­je zda­nie przy uży­ciu ulu­bio­ne­go zwro­tu. – Ten Bą­czek skoń­czył re­mont?

– Od dwóch dni ci­sza. Coś tam jesz­cze chy­ba robi, ale już po ci­chu.

– No to chwa­ła Bogu. Jak się wte­dy do mnie prze­bił przez ścia­nę, to my­śla­łam, że umrę ze stra­chu.

– Do­brze, że bły­ska­wicz­nie ją za­ła­tał.

– Ale i tak mu­sia­łam wy­je­chać, żeby się choć tro­chę uspo­ko­ić. – Do­szli na czwar­te pię­tro i Ja­cek po­sta­wił wa­liz­ki przed drzwia­mi star­szej pani. – A do cie­bie nikt się nie wpro­wa­dził w mię­dzy­cza­sie?

– Ja od­stra­szam ko­bie­ty.

– Co ty za głup­stwa opo­wia­dasz?!

– Sło­wo ho­no­ru. Ostat­nia ucie­ka­ła ode mnie tak szyb­ko, że na­wet jej śnia­da­nia nie zdą­ży­łem zro­bić.

– Ma­rze­na chęt­nie by zja­dła wspól­ne śnia­da­nie.

– Mu­szę le­cieć, tata na mnie cze­ka. – Ja­cek wie­dział, że w dys­ku­sji na te­mat Ma­rze­ny jest na stra­co­nej po­zy­cji, dla­te­go po­sta­no­wił jej nie kon­ty­nu­ować. Za­nim są­siad­ka zdą­ży­ła za­re­ago­wać, był już pię­tro ni­żej.

Star­sza pani po­krę­ci­ła gło­wą z odro­bi­ną dez­apro­ba­ty. Bar­dzo lu­bi­ła tego pę­dzi­wia­tra, jego nie­sta­ły cha­rak­ter, któ­ry nie prze­szka­dzał mu pod­kre­ślać kon­ser­wa­tyw­nych po­glą­dów. Lu­bi­ła na­wet to, że zmie­niał zna­jo­me w bły­ska­wicz­nym tem­pie. Gdy je cza­sem wi­dzia­ła, stwier­dza­ła, że z całą pew­no­ścią nie za­słu­gi­wa­ły na wię­cej niż chwi­la za­in­te­re­so­wa­nia. Ale nie mia­ła­by nic prze­ciw­ko temu, żeby po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza po­ja­wił się ja­kiś ma­luch, któ­rym mo­gła­by się cza­sem za­jąć i znów po­czuć się bab­cią.

Wes­tchnę­ła i wło­ży­ła klucz do zam­ka. Ku jej zdzi­wie­niu nie chciał się prze­krę­cić we wła­ści­wą stro­nę. Chwy­ci­ła za klam­kę, żeby spró­bo­wać po­now­nie. Drzwi jed­nak ustą­pi­ły, wy­wo­łu­jąc u niej zdzi­wie­nie nie mniej­sze niż u Gel­ber­ga.

„Chy­ba Woj­tuś nie za­po­mniał za­mknąć?” – po­my­śla­ła z nie­po­ko­jem. Szyb­ko we­szła do środ­ka, zo­sta­wia­jąc wa­liz­ki przed drzwia­mi.

Po kil­ku­na­stu se­kun­dach wy­bie­gła na ze­wnątrz, z tru­dem ła­piąc po­wie­trze. Chcia­ła coś krzyk­nąć, ale nie była w sta­nie. Je­dy­ne, co wy­do­by­ło się z jej ust, to krót­kie i ci­che:

– O Boże…

W swo­im ga­bi­ne­cie, urzą­dzo­nym gu­stow­nie z nut­ką re­tro, sie­dział Mło­dy Bóg Sek­su. Wpraw­dzie miał tyl­ko metr sześć­dzie­siąt w ka­pe­lu­szu, na no­sie śmiesz­ne oku­lar­ki i był ra­czej mi­zer­nej po­stu­ry, ale to nie prze­szka­dza­ło w ni­czym jego świet­ne­mu sa­mo­po­czu­ciu. Bo temu nic w ko­smo­sie nie było w sta­nie za­szko­dzić. Dla­te­go Mło­dy Bóg Sek­su, któ­ry ak­tu­al­nie urzę­do­wał w kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kiej Sa­ko­wicz & Sa­ko­wicz, był jed­nym z naj­szczę­śliw­szych lu­dzi na świe­cie. W tej chwi­li prze­cią­gnął się w swo­im fo­te­lu i pod­niósł słu­chaw­kę te­le­fo­nu. Wy­stu­kał szyb­ko nu­mer na kla­wia­tu­rze i cze­kał przez chwi­lę na po­łą­cze­nie – Ja­cek? No cześć, sta­ry, Bła­żej mówi. Cze­mu nie od­bie­rasz? A ro­zu­miem, tre­nu­jesz do ma­ra­to­nu – uśmiech­nął się iro­nicz­nie. – Może wpad­niesz wie­czo­rem do Za­kra­pial­ni? Mam prze­czu­cie,

że dzi­siaj coś na pew­no wy­rwę. A wiesz, mnie ta­kie prze­czu­cia nig­dy nie mylą. Chcesz się za­ło­żyć? – uśmiech­nął się z dużą dozą pew­no­ści sie­bie, któ­rej miał za­wsze w nad­mia­rze. Chciał coś jesz­cze do­rzu­cić, ale w tej chwi­li we­szła do jego po­ko­ju se­kre­tar­ka. – Po­cze­kaj chwi­lę – rzu­cił do słu­chaw­ki i za­krył ją ręką. – Tak?

– Dzwo­ni pan Klem­puch w spra­wie tego Bam­be­ra.

– Za­raz od­bio­rę. – Se­kre­tar­ka zni­kła za drzwia­mi. – Mu­szę koń­czyć, mam dru­gi te­le­fon. To co, do zo­ba­cze­nia o dzie­wią­tej?

Choć pani Ir­mi­na była oso­bą to­wa­rzy­ską, to jej miesz­ka­nie daw­no już nie prze­ży­wa­ło ta­kie­go na­lo­tu go­ści. Tym ra­zem jed­nak pani Ir­mi­na nie mo­gła im słu­żyć to­wa­rzy­stwem i czę­sto­wać ich swo­imi słyn­ny­mi kru­chy­mi cia­stecz­ka­mi po­sy­py­wa­ny­mi gru­bym cu­krem. Kie­dy bo­wiem go­ście krę­ci­li się tam i z po­wro­tem z róż­ny­mi dziw­ny­mi urzą­dze­nia­mi w ręku, ona sama sie­dzia­ła przy sto­li­ku ba­da­na przez le­ka­rza po­go­to­wia. Zaś jej ci­śnie­nie pod­ska­ki­wa­ło nie­bez­piecz­nie za każ­dym ra­zem, gdy tyl­ko spoj­rza­ła na któ­rąś z czte­rech ja­snych plam o kształ­cie pro­sto­ką­tów wi­docz­nych na ścia­nie po­ko­ju.

Pra­cy eki­py tech­nicz­nej przy­glą­dał się z uwa­gą pod­ko­mi­sarz Łoś, po­li­cjant z dwu­dzie­sto­let­nim sta­żem, ob­da­rzo­ny im­po­nu­ją­cy­mi wą­sa­mi. Za­rost nie był jed­nak wy­łącz­nie ozdo­bą jego twa­rzy, ale po wie­lo­kroć słu­żył mu do my­śle­nia. Tyl­ko wte­dy, kie­dy pró­bo­wał na­krę­cić jed­ną z koń­có­wek wą­sów na wska­zu­ją­cy pa­lec, jego umysł pra­co­wał na naj­wyż­szych ob­ro­tach.

Tak było i te­raz. Przed sobą na sto­le miał fo­to­gra­fie ścia­ny jesz­cze sprzed kra­dzie­ży, gdy znaj­do­wa­ły się na niej ob­ra­zy uzna­nych pol­skich twór­ców prze­ło­mu XIX i XX wie­ku z jed­nym z mniej zna­nych au­to­por­tre­tów Mal­czew­skie­go na cze­le. Łoś przez kil­ka do­brych chwil pa­trzył to na fo­to­gra­fie, to na ścia­nę, nie za­po­mi­na­jąc przy tym pod­krę­cać wąsa. Kie­dy za­koń­czył tę czyn­ność, zwró­cił się do le­ka­rza.

– Mo­że­my jesz­cze chwi­lę po­roz­ma­wiać? – wska­zał na pa­nią Ir­mi­nę.

– Ale do­słow­nie mo­ment. Mu­szę pa­nią za­brać na ob­ser­wa­cję do szpi­ta­la.

Po­li­cjant kiw­nął po­ta­ku­ją­co gło­wą.

– Te ob­ra­zy były ubez­pie­czo­ne?

– Oczy­wi­ście.

– A więc do­sta­nie pani nie­złe od­szko­do­wa­nie – uśmiech­nął się pod wą­sem Łoś.

– Czyż­by pan coś su­ge­ro­wał? – ob­ru­szy­ła się pani Ir­mi­na, a le­karz spoj­rzał na pod­ko­mi­sa­rza z wy­rzu­tem.

– Ja tyl­ko py­tam, nie su­ge­ru­ję – za­zna­czył sta­now­czo po­li­cjant. – Po­dej­rze­wa pani ko­goś o kra­dzież?

– Naj­bar­dziej tego ło­bu­za Gel­ber­ga.

– Tego an­ty­kwa­riu­sza?

– Tego sa­me­go. Na­cho­dził mnie od paru mie­się­cy, bo miał po­dob­no do­bre­go kup­ca na te ob­ra­zy. A dziś zde­rzy­łam się z nim na dole w drzwiach. Strasz­nie się prze­stra­szył, gdy mnie zo­ba­czył.

– Coś tam na nie­go mamy w ak­tach… – po­ki­wał gło­wą Łoś. – A jesz­cze ko­goś pani po­dej­rze­wa?

– Mo­je­go no­we­go są­sia­da, Bącz­ka. Prze­bił się do mnie ty­dzień temu przez ścia­nę – wska­za­ła gło­wą na miej­sce, z któ­re­go wy­szło okrut­ne wier­tło są­sia­da.

– Tu­taj? – upew­nił się pod­ko­mi­sarz, wska­zu­jąc na małą, bia­łą plam­kę na ścia­nie.

– Tak. To bia­łe to ślad po dziu­rze.

– Do­my­śli­łem się. Ale ra­czej trud­no było przez ten otwo­rek wy­nieść ob­ra­zy.

– Ale on za­raz po­tem do mnie przy­szedł i mało mu oczy z or­bit nie wy­szły, jak to wszyst­ko zo­ba­czył. On ma ta­kie małe chy­tre oczka.

– Ro­zu­miem – po­li­cjan­ta chy­ba nie prze­ko­na­ły do­wo­dy na udział pana Bącz­ka w kra­dzie­ży. – No nic, my się tu jesz­cze tro­chę po­roz­glą­da­my a po­tem za­bez­pie­czy­my to miej­sce.

– Tyl­ko do­kład­nie – pani Ir­mi­na pod­nio­sła pa­lec w ge­ście na­po­mnie­nia. – In­spek­tor Za­sa­da to mój do­bry zna­jo­my.

Łoś skrzy­wił się i spoj­rzał na aspi­ran­ta Smań­kę, któ­ry wła­śnie wró­cił po prze­słu­cha­niu trój­ki są­sia­dów miesz­ka­ją­cych na trze­cim pię­trze. Smań­ko po­ki­wał gło­wą, że ro­zu­mie ból prze­ło­żo­ne­go. Roz­wią­zy­wa­nie za­ga­dek, w któ­rych prze­wi­ja­ją się zna­jo­mi róż­nych ko­men­dan­tów po­li­cji, nig­dy nie na­le­ża­ło do przy­jem­nych za­jęć.

To był na­praw­dę pięk­ny kosz róż. Już na pierw­szy rzut oka było wi­dać, że jest ich tam przy­najm­niej pięć­dzie­siąt. Wpraw­ne dło­nie uło­ży­ły je z kunsz­tem god­nym wiel­kie­go ar­ty­sty i pre­cy­zją ma­szy­ny. A te­raz inne wpraw­ne dło­nie prze­li­cza­ły bank­no­ty, któ­re wrę­czył im me­ce­nas Fry­de­ryk Przy­pa­dek. Przy ostat­nim z nich dło­nie jak­by się za­wa­ha­ły.

– Resz­ty nie trze­ba – roz­wiał wąt­pli­wo­ści dło­ni ad­wo­kat. Dło­nie, ra­zem z całą po­sta­cią, do któ­rej na­le­ża­ły, po­chy­li­ły się grzecz­nie w po­dzię­ko­wa­niu i wy­szły.

Choć kosz róż stał na biur­ku tuż przed jej no­sem, Ma­rze­na sta­ra­ła się go nie za­uwa­żać. Wpa­try­wa­ła się pil­nie w ekran swo­je­go kom­pu­te­ra i wy­peł­nia­ła grzecz­nie obo­wiąz­ki apli­kant­ki ad­wo­kac­kiej, stu­ka­jąc w kla­wia­tu­rę. Jej pa­tron nie miał­by nic prze­ciw­ko temu, gdy­by rze­czy­wi­ście nie za­uwa­ży­ła tego ko­sza, ale sko­ro już się to sta­ło, po­czuł się w obo­wiąz­ku wy­tłu­ma­czyć.

– To dla żony… – Ma­rze­na po­ki­wa­ła twier­dzą­co gło­wą, ale wciąż nie od­ry­wa­ła wzro­ku od ekra­nu kom­pu­te­ra. Pan Fry­de­ryk po­czuł się lek­ko nie­zręcz­nie, dla­te­go po­sta­no­wił zmie­nić te­mat. – Pa­mię­tasz, Ma­rzen­ko, że w so­bo­tę je­ste­ście z Jac­kiem u nas na obie­dzie?

– Tak, oczy­wi­ście – od­po­wie­dzia­ła apli­kant­ka, wciąż nie spo­glą­da­jąc na swo­je­go pa­tro­na. Tyl­ko na mo­ment po­ja­wił się na jej twa­rzy de­li­kat­ny gry­mas nie­za­do­wo­le­nia. Ką­tem oka za­uwa­ży­ła, że me­ce­nas spo­glą­da na ze­ga­rek. – Cze­ka pan na ko­goś?

– Na two­je­go „na­rze­czo­ne­go” – pan Fry­de­ryk wy­dął iro­nicz­nie war­gi. Na dźwięk znie­na­wi­dzo­ne­go sło­wa twarz jego apli­kant­ki stę­ża­ła na mo­ment, zaś pal­ce prze­sta­ły stu­kać w kla­wia­tu­rę. – Spóź­nia się jak zwy­kle. Pew­nie mu się nie spie­szy…

Przy­pusz­cze­nie pana Fry­de­ry­ka było głę­bo­ko nie­spra­wie­dli­we. Ja­cek chciał do nie­go do­trzeć jak naj­szyb­ciej i wca­le nie za­mie­rzał się spóź­nić. Ale jak tu się nie za­trzy­mać w par­ku i nie zro­bić paru skło­nów, kie­dy tuż obok gim­na­sty­ku­ją się dwie sym­pa­tycz­ne pa­nie? Prze­cież dzię­ki temu i one, i on będą mie­li dużo mil­szą po­zo­sta­łą część dnia. Bo obo­pól­na wy­mia­na kom­ple­men­tów i nu­me­rów te­le­fo­nów nic nie kosz­tu­je, a może dać tyle przy­jem­no­ści.

Pan Ro­man Bą­czek był wła­śnie za­ję­ty przy­bi­ja­niem li­stwy przy­po­dło­go­wej u dołu jed­nej ze ścian, kie­dy usły­szał ener­gicz­ne pu­ka­nie do drzwi. Wstał i otrze­pał ro­bo­cze spodnie z bia­łe­go pyłu, któ­re­go wciąż było peł­no w po­miesz­cze­niu. Miesz­ka­nie było świe­żo wy­re­mon­to­wa­ne i w po­ko­ju nie znaj­do­wa­ło się nic poza czte­re­ma ścia­na­mi. No i sta­rym, po­ła­ma­nym ży­ran­do­lem, któ­ry smęt­nie zwi­sał z su­fi­tu.

Pan Bą­czek, za­nim po­szedł otwo­rzyć drzwi, spoj­rzał jesz­cze na świe­żo przy­bi­tą li­stwę. Nie dało się ukryć, że róż­ni­ła się od po­zo­sta­łych. Trud­no było jed­nak o co in­ne­go, sko­ro ta była nowa, a po­zo­sta­łe mia­ły już swo­je lata. Ale tyl­ko ta wy­ma­ga­ła wy­mia­ny, bo jej po­przed­nicz­ka po ode­rwa­niu do ni­cze­go się nie nada­wa­ła. Po­zo­sta­łe zaś mo­gły słu­żyć jesz­cze wie­le lat i oszczęd­ne­mu panu Ro­ma­no­wi szko­da było je wy­mie­niać, na­wet je­śli mia­ły­by le­piej pa­so­wać.

Ener­gicz­ne pu­ka­nie do drzwi po­wtó­rzy­ło się. Pan Ro­man odło­żył mło­tek, po­wo­li ru­szył w ich stro­nę i, nie wy­glą­da­jąc przez ju­da­sza, otwo­rzył je. Już wcze­śniej za­uwa­żył, że na pię­trze krę­ci się peł­no po­li­cji. Dla­te­go nie miał wąt­pli­wo­ści, kto ma go za­miar od­wie­dzić i przy­go­to­wał się na tę wi­zy­tę.

Przed drzwia­mi sta­ło dwóch po­li­cjan­tów, je­den przy­sa­dzi­sty, z su­mia­stym wą­sem, dru­gi wy­so­ki, szczu­pły, z pta­sią głów­ką.

– Pod­ko­mi­sarz Łoś – przed­sta­wił się przy­sa­dzi­sty. – Mo­że­my po­roz­ma­wiać?

– Coś się sta­ło?

– Pań­skiej są­siad­ce skra­dzio­no ob­ra­zy. Chcie­li­śmy za­py­tać, czy nic pan nie wi­dział? A może coś pan sły­szał? Moż­na?

– Pro­szę – Bą­czek bez en­tu­zja­zmu wpu­ścił po­li­cjan­tów do swo­je­go miesz­ka­nia.

– Nie­wie­le tu u pana – stwier­dził star­szy aspi­rant Smań­ko po obej­rze­niu go­łych ścian.

– Nie­daw­no ku­pi­łem to miesz­ka­nie i do­pie­ro skoń­czy­łem re­mont.

– Chy­ba pan jesz­cze nie skoń­czył? – Smań­ko wska­zał na le­żą­cy na pod­ło­dze mło­tek i małe gwoź­dzi­ki obok nie­go.

– To tyl­ko ostat­nie parę puk­nięć. Ale wcze­śniej to tu była ro­bo­ta na ca­łe­go. Zna­czy gło­śno było i nie­wie­le mo­głem usły­szeć.

Łoś przyj­rzał się uważ­nie ścia­nie, u pod­sta­wy któ­rej Bą­czek przed chwi­lą przy­bi­jał przy­po­dło­go­wą li­stwę.

– Dziu­rę pan ele­ganc­ko za­ła­tał.

– Już na­skar­ży­ła? – prych­nął nie­za­do­wo­lo­ny. – Ja to nie mam szczę­ścia do są­sia­dów. My­śla­łem, że mnie za­mor­du­je, jak się do niej prze­bi­łem! Cały czas wrzesz­cza­ła, że mało jej au­to­por­tre­tu Mal­czew­skie­go nie po­dziu­ra­wi­łem.

– Czy­li wie­dział pan, że jej ob­ra­zy są cen­ne?

– Ja tam się nie znam na ob­ra­zach. Dla mnie Mal­czew­ski czy Ma­tej­ko to je­den chłam.

– Ale orien­tu­je się pan – Ło­sia co­raz bar­dziej fa­scy­no­wa­ła na­pra­wio­na ścia­na i przy­glą­da­ła się jej z ro­sną­cą uwa­gą – że ob­ra­zy oby­dwu pa­nów są bar­dzo cen­ne?

– Może i tak. Ale chy­ba mnie pa­no­wie o nic nie po­dej­rze­wa­cie?! Co pan się tak tej ścia­nie przy­glą­da?!

– Po co te ner­wy? – Łoś spoj­rzał na nie­go zdzi­wio­ny. – Po­dzi­wiam ro­bo­tę fa­chow­ca. Śla­du nie ma. Pan jest tyn­ka­rzem?

– Z wy­kształ­ce­nia je­stem ślu­sa­rzem. Ale tak w ogó­le to zło­ta rącz­ka je­stem, wszyst­ko po­tra­fię.

– Ro­zu­miem. Bę­dzie­my pana mu­sie­li ofi­cjal­nie prze­słu­chać. Pro­szę do mnie ju­tro przyjść – pod­ko­mi­sarz wrę­czył Bącz­ko­wi swo­ją wi­zy­tów­kę.

– Ale­ja nic nie wiem…

– To tyl­ko zwy­kła, ru­ty­no­wa czyn­ność. Do wi­dze­nia.

Kie­dy Bą­czek za­mknął drzwi za po­li­cjan­ta­mi, ner­wo­wo wy­cią­gnął z kie­sze­ni ko­szu­li pacz­kę pa­pie­ro­sów i wy­jął jed­ne­go z nich. Za­pa­lił, za­cią­ga­jąc się in­ten­syw­nie dy­mem. Po­tem kil­ka razy po­wtó­rzył tę czyn­ność. Póź­niej otwo­rzył okno i pstryk­nię­ciem pal­ca­mi po­zbył się nie­do­pał­ka. Po chwi­li schy­lił się po mło­tek oraz gwoź­dzi­ki i wró­cił do pra­cy, któ­rą prze­rwa­ła mu wi­zy­ta po­li­cjan­tów.

– Dupę czło­wie­ko­wi za­wra­ca­ją, za­miast zło­dziei ła­pać – burk­nął pod no­sem, stu­ka­jąc w je­den z ostat­nich gwoź­dzi­ków.

Pan me­ce­nas Fry­de­ryk Przy­pa­dek stał przed lu­strem i uważ­nie się przy­glą­dał wła­snej syl­wet­ce. Mimo że do­bie­gał już sześć­dzie­siąt­ki, to wciąż mógł ucho­dzić za atrak­cyj­ne­go męż­czy­znę. Co gor­sza, nie tyl­ko mógł, ale na­wet ucho­dził. I choć od z górą trzy­dzie­stu lat po­zo­sta­wał w szczę­śli­wym związ­ku ze swo­ją żoną Fe­li­cją, to wciąż nie po­tra­fił po­wstrzy­mać się przed wy­ko­rzy­sty­wa­niem swo­je­go mę­skie­go uro­ku. I to była chy­ba je­dy­na ce­cha łą­czą­ca obu pa­nów Przy­pad­ków.

Jed­ną z bar­dziej róż­nią­cych ich spraw był ubiór. Pan Fry­de­ryk, dżen­tel­men sta­rej daty, wła­ści­wie nig­dzie nie po­ka­zy­wał się bez gar­ni­tu­ru. A już prze­nig­dy by mu nie przy­szło do gło­wy, żeby przyjść na ja­kie­kol­wiek spo­tka­nie w stro­ju spor­to­wym. Dla­te­go skrzy­wił się z nie­sma­kiem, kie­dy Ja­cek, wkro­czyw­szy do jego ga­bi­ne­tu, nogę za­rzu­cił na jego biur­ko i za­czął wy­ko­ny­wać ja­kieś dziw­ne ćwi­cze­nia.

Pan Fry­de­ryk, cze­ka­jąc na chwi­lę, gdy syn za­koń­czy tę gim­na­sty­kę, usiadł w swo­im fo­te­lu i na­pił się dwa łyki soku mar­chwi owe­go ze szklan­ki na biur­ku. Po­tem jesz­cze prze­biegł wzro­kiem le­żą­cą na bla­cie ulot­kę fit­ness clu­bu „Su­per­men”. Uśmiech­nął się na wi­dok wy­spor­to­wa­nych pań, któ­re na niej wy­stę­po­wa­ły. Póź­niej przez mo­ment, co­raz bar­dziej znie­cier­pli­wio­ny, ob­ra­cał w dło­ni swo­ją nową ko­mór­kę.

– Usiądź wresz­cie – rzu­cił w koń­cu do syna.

– Nie mogę. Mu­szę roz­cią­gnąć mię­śnie. In­a­czej nici z mo­ich przy­go­to­wań do ma­ra­to­nu.

– Czy ty na­praw­dę nie masz za­mia­ru za­jąć się w ży­ciu czymś po­waż­nym?

Ja­cek na chwi­lę prze­stał roz­cią­gać mię­śnie i spoj­rzał na ojca po­dejrz­li­wie.

– To mo­głeś mi wy­po­mnieć przy ro­dzin­nym obie­dzie.

– Nie chcia­łem roz­ma­wiać przy mat­ce.

– Roz­wo­dzi­cie się?

– Ależ skąd! – pan Fry­de­ryk spoj­rzał na syna z wiel­kim obu­rze­niem. Jak on mógł w ogó­le coś ta­kie­go po­my­śleć?! Prze­cież w ro­dzi­nie Przy­pad­ków nig­dy nie było żad­nych roz­wo­dów! – Cho­dzi o to, że mat­ka wciąż moc­no prze­ży­wa te złe re­cen­zje swo­je­go to­mi­ku po­ezji. Aja ostat­nio mam wię­cej pra­cy. Do­brze, że nie wie o two­im roz­sta­niu z Ma­rze­ną.

– Mam czę­ściej od­wie­dzać mamę? – do­my­ślił się Ja­cek. – W po­rząd­ku. Tyl­ko nie licz na to, że wró­cę na stu­dia.

– Jak chcesz. Ale to by na pew­no ucie­szy­ło mat­kę i pod­nio­sło ją na du­chu.

– Ma­mie na tym nie za­le­ży. Aja nie skoń­czę pra­wa, nie zro­bię apli­ka­cji i nie obej­mę po to­bie kan­ce­la­rii. I do­brze by było, żeby to wresz­cie do cie­bie do­tar­ło.

– Niby dla­cze­go?

– Bo tak ci bę­dzie ła­twiej żyć. A tak za każ­dym ra­zem, kie­dy spró­bu­jesz mnie do tego na­mó­wić, znów się roz­cza­ru­jesz. Na­praw­dę masz ocho­tę raz na kil­ka mie­się­cy prze­ży­wać ko­lej­ny za­wód?

– Nig­dy nie zro­zu­miem two­je­go ośle­go upo­ru – pan Fry­de­ryk po­krę­cił gło­wą z nie­do­wie­rza­niem. – Mo­gli­by­śmy wte­dy wspól­nie pra­co­wać, za­wsze o tym ma­rzy­łem…

– To po­myśl, że wte­dy by­ło­by ci trud­niej ukryć każ­dą nową przy­ja­ciół­kę. – Ja­cek skoń­czył roz­cią­gać nogi i za­jął się pro­sto­wa­niem ple­ców. – Tę obec­ną tak­że…

Pan Fry­de­ryk uniósł się z obu­rze­nia na fo­te­lu. Na co ten gów­niarz so­bie po­zwa­la?!

– Skąd ci to przy­szło do gło­wy?!

– Bo lu­dzie są ba­nal­nie prze­wi­dy­wal­ni, tato.

– Co ty mó­wisz?! I prze­stań mi się przy­pa­try­wać z tym swo­im iro­nicz­no-do­bro­tli­wo-po­błaż­li­wym wy­ra­zem twa­rzy! Czy ty wiesz, jak to in­nych iry­tu­je?! No tak, ale ty się nig­dy nie przej­mo­wa­łeś, że wciąż iry­tu­jesz wszyst­kich lu­dzi!

– Po pro­stu przy­zwy­cza­iłem się do tego.

– No to może naj­wyż­szy czas się od tego od­zwy­cza­ić i na­uczyć się pew­nych za­sad współ­ży­cia spo­łecz­ne­go. I po­wiedz mi wresz­cie, skąd ci przy­szło do gło­wy, że zdra­dzam two­ją mat­kę.

– Nie chcę mi się – Ja­cek ru­szył do drzwi, ale za­trzy­mał się w ostat­niej chwi­li. – No chy­ba, że obie­casz mi, że przez naj­bliż­szy rok sło­wem nie wspo­mnisz o moim po­wro­cie na stu­dia.

– Tyl­ko je­śli uznam, że two­je po­dej­rze­nia mają ja­kiś sens. A po­nie­waż wiem, że są po­zba­wio­ne sen­su…

– Po pierw­sze – prze­rwał mu Ja­cek – masz dużo pra­cy i póź­no wra­casz do domu, choć każ­dy wie, że nie lu­bisz się prze­pra­co­wy­wać.

Ja­cek po­truch­tał w kąt ga­bi­ne­tu ojca i wy­cią­gnął stam­tąd dwie kil­ku­ki­lo­we han­tle.

– Po dru­gie: tre­nu­jesz w pra­cy. Czy­li po­trze­bu­jesz lep­szej kon­dy­cji. Zmie­ni­łeś na­wet die­tę na zdrow­szą – wziął do ręki szklan­kę z so­kiem mar­chwi owym i wy­pił ją dusz­kiem.

– Je­stem co­raz star­szy, mu­szę o sie­bie wię­cej dbać.

– Masz ulot­kę z fit­ness clu­bu, czy­li han­tle to za mało.

– To bar­dzo ele­ganc­ki fit­ness club, moż­na tam spo­tkać od­po­wied­nich lu­dzi.

– Zna­czy jest spo­ro młod­sza, bo po­trze­bu­jesz su­per­kon­dy-cji – Ja­cek zi­gno­ro­wał tłu­ma­cze­nie ojca. – Po trze­cie: masz też dru­gi te­le­fon, na któ­ry dzwo­ni pew­nie tyl­ko ona. Trzy­masz go bli­sko sie­bie, bo­isz się wy­pu­ścić z ręki, żeby ktoś inny nie zo­ba­czył, kto te­le­fo­nu­je. Pew­nie gdy do cie­bie dzwo­ni, gra ja­kaś pięk­na mu­zy­ka.

Ja­cek otwo­rzył na­gle wiel­ką prze­szklo­ną sza­fę. Stał tam wspa­nia­ły kosz róż skła­da­ją­cy się na oko z pięć­dzie­się­ciu sztuk. Moż­na było po­wie­dzieć, że były krwi­ście czer­wo­ne, ale ich ko­lor bladł w tej chwi­li strasz­li­wie, bo nie wy­trzy­my­wał kon­ku­ren­cji z obec­ną bar­wą twa­rzy pana Fry­de­ry­ka.

– To dla two­jej mamy – me­ce­nas zda­wał so­bie spra­wę, że jego obro­na jest co­raz bar­dziej roz­pacz­li­wa i bez­sen­sow­na. Ale nie miał wyj­ścia, bo prak­ty­ka za­wo­do­wa pod­po­wia­da­ła mu, że pod­sta­wą suk­ce­su jest trzy­ma­nie się kie­run­ku raz ob­ra­ne­go kłam­stwa.

– Po czwar­te: od dzie­się­ciu lat nie da­łeś ma­mie róży. Je­steś skne­rą, któ­ry na­wet nie za­trud­nia se­kre­tar­ki, tyl­ko wy­ko­rzy­stu­je do wszyst­kie­go swo­ją apli­kant­kę. Hoj­ny ro­bisz się wy­łącz­nie wte­dy, gdy w grę wcho­dzi nowa ko­bie­ta. I jak, wciąż ma­rzysz o pra­cy ze mną?

Za­nim me­ce­nas zdą­żył po­wie­dzieć co­kol­wiek, ko­mór­ka na jego biur­ku za­czę­ła wy­gry­wać bar­dzo zna­ne mi­ło­sne tre­le. Ja­cek uśmiech­nął się kpią­co i wy­cią­gnął z ko­sza jed­ną z róż, bu­rząc całą mi­ster­ną kon­struk­cję. Wy­szedł z ga­bi­ne­tu z kwia­tem i z szel­mow­skim uśmie­chem wrę­czył go Ma­rze­nie. A po­tem wy­biegł na do­bre z kan­ce­la­rii, po­zo­sta­wia­jąc jej oby­dwu pra­cow­ni­ków w osłu­pie­niu.

Pan Fry­de­ryk sie­dział za swo­im biur­kiem przez kil­ka mi­nut jak ra­żo­ny gro­mem. Nie był na­wet w sta­nie ode­brać dzwo­nią­ce­go wciąż te­le­fo­nu. Za to apli­kant­ka od­zy­ska­ła re­zon już po chwi­li. Spoj­rza­ła wście­kła na różę i wy­rzu­ci­ła ją do sto­ją­ce­go obok jej biur­ka ko­sza na śmie­ci.

Anna So­ba­nia, dzien­ni­kar­ka pra­cu­ją­ca w re­dak­cji ga­ze­ty „Nowe Ży­cie”, bar­dzo lu­bi­ła swo­je ży­cie i swój za­wód. Wy­ko­ny­wa­ła go z nie­kła­ma­ną pa­sją i była prze­świad­czo­na o jego nie­zbęd­no­ści i wa­dze dla współ­cze­sne­go świa­ta. Tak jak jej wie­lu ko­le­gów uwa­ża­ła, że są na­wet nie tyle czwar­tą wła­dzą w de­mo­kra­cji, ale pierw­szą i ab­so­lut­nie naj­waż­niej­szą. Trud­no się było dzi­wić ich prze­ko­na­niu. Prze­cież jako je­dy­ni nie pod­le­ga­li de­mo­kra­tycz­nej kon­tro­li! Wy­bor­cy z dnia na dzień nie mo­gli zde­cy­do­wać, że pa­no­wie re­dak­to­rzy już nie będą u wła­dzy. To da­wa­ło im po­czu­cie sta­bil­no­ści, któ­re za­wsze świet­nie wpły­wa na hu­mor rzą­dzą­cych.

Re­dak­tor So­ba­nia rze­czy­wi­ście czu­ła, że ma wła­dzę, po­zo­sta­jąc poza kon­tro­lą. I że zde­cy­do­wa­nie po­win­na z niej ko­rzy­stać, po­ka­zu­jąc rzą­dzo­nym, co po­win­ni my­śleć, ja­kich wy­bo­rów do­ko­ny­wać, żeby móc uwa­żać się za lu­dzi świa­tłych i mą­drych. Ta­kich jak ona, ko­bie­ta zu­peł­nie nie­za­leż­na, wy­zwo­lo­na z płcio­wych ste­reo­ty­pów, świa­do­ma swo­jej siły i umie­jęt­nie z niej ko­rzy­sta­ją­ca. Sło­wem, kro­czą­ca od suk­ce­su do suk­ce­su! I nie­za­trzy­mu­ją­ca się nie­po­trzeb­nie po dro­dze, bo szko­da tra­cić czas.

Dziś zresz­tą od­nio­sła ko­lej­ny suk­ces. W mi­strzow­ski spo­sób po­że­gna­ła swo­je­go no­we­go zna­jo­me­go, któ­ry wy­da­wał się być cał­ko­wi­cie roz­bi­ty jej po­sta­wą. Na do­da­tek czu­ła, że to nie ko­niec za­ba­wy z nim. Zna­ła się do­brze na ta­kich jak on. Była prze­ko­na­na, że przez ja­kiś czas nie bę­dzie mo­gła się opę­dzić od jego te­le­fo­nów, wy­znań mi­ło­ści i okrut­nych gróźb za­wie­dzio­ne­go ko­chan­ka. Dzię­ki temu bę­dzie mia­ła oka­zje po­tre­no­wać zło­śli­we ri­po­sty i jesz­cze raz utwier­dzić się w prze­ko­na­niu, że fa­ce­ci ge­ne­ral­nie to ża­ło­sne dup­ki.

Te­raz jed­nak z nie­po­ko­jem spo­glą­da­ła na wy­świe­tlacz swo­jej ko­mór­ki le­żą­cej tuż obok. Prze­cież mi­nę­ły już pra­wie trzy go­dzi­ny, a te­le­fon upar­cie mil­czał! Czyż­by ten Przy­pa­dek zgu­bił gdzieś jej nu­mer?!

Jej nie­po­kój nie uszedł uwa­gi roz­ma­wia­ją­cej w tej chwi­li przez ko­mór­kę Mai winy Żar­skiej, jej re­dak­cyj­nej ko­le­żan­ki. Zresz­tą nie tyl­ko ko­le­żan­ki, może na­wet przy­ja­ciół­ki. Obie były tro­chę jak dwie stro­ny tego sa­me­go me­da­lu. Cele, do któ­rych dą­ży­ły, zda­wa­ły się być zbli­żo­ne. Tyl­ko że w od­róż­nie­niu od So­ba­ni Żar­ska wy­zna­wa­ła sta­rą ro­syj­ską za­sa­dę. Ci­szej je­dziesz, da­lej za­je­dziesz. I kie­dy ko­le­żan­ka bły­ska­ła swo­imi suk­ce­sa­mi gdzie po­pad­nie, ona ci­chut­ko wkła­da­ła je do ele­ganc­kiej to­reb­ki.

– No to pa, mi­siu, do zo­ba­cze­nia – wi­dząc roz­draż­nie­nie ko­le­żan­ki, Żar­ska po­sta­no­wi­ła nie­co szyb­ciej za­koń­czyć pro­wa­dzo­ną roz­mo­wę. – Nie dzwo­ni? – za­py­ta­ła.

– Kto?

– Pan Przy­pa­dek.

– Cze­mu miał­by dzwo­nić?

– Za­wsze dzwo­nią. Nie spodo­ba­łaś mu się? – Mal­wi­na uśmiech­nę­ła się iro­nicz­nie.

– Chy­ba żar­tu­jesz?! – obu­rzy­ła się Ania. – Wiesz, jak rano skam­lał o dru­gie spo­tka­nie? Cze­mu się śmie­jesz?

– To jego sta­ry nu­mer. Me­to­da „na za­ko­cha­ne­go fra­je­ra”. Nic tak nie znie­chę­ca do dru­gie­go spo­tka­nia jak płacz­li­wa proś­ba o nie.

– To