Wydawca: Wydawnictwo Zakładka Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Pan Przypadek i korpoludki ebook

Jacek Getner

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pan Przypadek i korpoludki - Jacek Getner

Pan Przypadek i korpoludki” to już trzeci tom przygód rodzimego detektywa geniusza. Tytułowy bohater, Jacek Przypadek, trochę romantyk, bardziej cynik, ponownie musi rozwiązać trzy niecodzienne zagadki. Wszystkie one dzieją się w świecie pracowników wielkich międzynarodowych korporacji. Pierwsza ze spraw nosi kryptonim „Morderstwo w Orient Espresso” i opowiada o tytułowym zabójstwie dokonanym w modnej kafejce serwującej ulubione przez korpoludków sushi. Druga zagadka, „Zbrodniarz i kara”, to historia największej zbrodni, jaką można sobie wyobrazić w świecie korporacji. Ponieważ jednak zbrodni tej nie przewiduje kodeks karny, firma musi wynająć do jej wyjaśnienia detektywa Przypadka. W ostatniej sprawie, „Moralności pana Julskiego”, Jacek musi z kolei odnaleźć złodzieja, który okradł… złodzieja. Przy rozwiązywaniu tych zagadek Przypadek przysporzy sobie jak zwykle wielu wrogów. W tle będzie się wciąż czaił największy wróg detektywa, złowrogi Klempuch, szykujący dla niego szczególną niespodziankę. Chociaż tym razem Jacka zaskoczy najbardziej samo życie… Więcej o bohaterze można dowiedzieć się z jego bloga znajdującego się pod adresem www.panprzypadek.blogspot.com Jacek Getner – pisarz, scenarzysta, dramaturg. Laureat licznych konkursów pisarskich i dramaturgicznych. Autor scenariuszy do kilkuset odcinków różnych seriali telewizyjnych i dialogów do fabularnych gier komputerowych.

Opinie o ebooku Pan Przypadek i korpoludki - Jacek Getner

Fragment ebooka Pan Przypadek i korpoludki - Jacek Getner

JA­CEK GET­NER

PAN PRZY­PA­DEK I KOR­PO­LUD­KI

Wy­daw­nic­two Zakładka

Pro­jekt okładki: Ewa Ny­kiel

Re­dak­cja: Klau­dia Dróżdż

Ko­rek­ta: Au­re­lia Ko­tycz­ka

Skład: Małgo­rza­ta Wie­czo­rek

ISBN: 978-83-64459-06-1

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Zakładka, War­sza­wa 2014

© Co­py­ri­ght by Ja­cek Get­ner

Wy­daw­nic­two Zakładka

ul. Szolc-Ro­go­zińskie­go 19/3

02-777 War­sza­wa

Zamówie­nia hur­to­we: biu­ro@wy­daw­nic­two­za­klad­ka.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Roz­dział IMor­der­stwo w Orient Espres­so

Poczu­cie wyższości jest jedną z tych rze­czy, które fan­ta­stycz­nie re­kom­pen­sują mężczyźnie fakt po­sia­da­nia wzro­stu prze­ciętne­go dżoke­ja. In­nym er­za­cem nie­otrzy­ma­nych od Mat­ki Na­tu­ry cen­ty­metrów jest ogrom­nych roz­miarów sa­mochód te­re­no­wy. Nie­ważne, że siedząc w nim, przy­po­mi­na on Gu­li­we­ra w Kra­inie Ol­brzymów. Istot­ne jest to, że może zająć dwa pasy ru­chu, prze­ko­nując wszyst­kich na­około o własnej męskości. Jeśli dołoży do tego jesz­cze blon­dynkę, która po założeniu szpi­lek prze­wyższa swo­je­go part­ne­ra o dwie głowy, to nie­wy­so­ki mężczy­zna na bar­dzo wy­so­kim sta­no­wi­sku może się już czuć spełnio­ny.

Żad­ne­go z tych atry­butów nie bra­ko­wało wszyst­kim trzem pa­nom, którzy spędza­li obec­nie czas w Orient Espres­so, nie­wiel­kiej, gu­stow­nie urządzo­nej ka­fej­ce z su­shi, scho­wa­nej przy Osob­nej, jed­nej z bocz­nych uli­czek war­szaw­skie­go Śródmieścia. Każdy z nich sie­dział w tej chwi­li sa­mot­nie przy czte­ro­oso­bo­wym sto­li­ku, rozłożyw­szy swo­je rze­czy tak, iż miało się wrażenie, że wszyst­kie miej­sca są zajęte. Na stojących obok krzesłach leżały bo­wiem a to ele­ganc­ka, bar­dzo dro­ga skórza­na tecz­ka; a to płaszcz, wart tyle, ile kil­ku­let­nie nie naj­gor­sze auto; a to sza­lik, po sprze­daży którego nie­za­można ro­dzi­na mogłaby jakoś przeżyć ko­lej­ny mie­siąc.

Wszyst­ko to były pre­zen­ty od ko­chających żon, na­rze­czo­nych lub part­ne­rek. Oczy­wiście one same nie zaprzątały so­bie swo­ich uro­czych główek tak przy­ziem­ny­mi czyn­nościa­mi, jak za­ra­bia­nie pie­niędzy, które wy­star­czałyby na owe „dro­bia­zgi”. Owszem, cza­sem gdzieś pra­co­wały, żeby się nie za­nu­dzić cze­ka­niem na wiecz­nie zajętych obo­wiązka­mi mężczyzn. Ale ze swo­ich do­chodów nie byłyby w sta­nie opłacić na­wet kar­ne­tu w od­po­wied­niej kla­sy fit­ness clu­bie. Nie mówiąc już o niezbędnych współcze­snej ko­bie­cie za­bie­gach ko­ry­gujących ka­pry­sy Mat­ki Na­tu­ry, która również im poskąpiła tego i owe­go. Na szczęście wy­na­gro­dziła je hoj­nie, sta­wiając na ich życio­wej dro­dze panów z klasą, którzy zna­ko­mi­cie ro­zu­mie­li ich po­trze­by. One zaś w za­mian mogły dla nich wy­bie­rać te wszyst­kie gu­stow­ne pre­zen­ty, rozłożone te­raz z non­sza­lancją na krzesłach.

Na sa­mych stołach, w porówna­niu z oto­cze­niem, pa­no­wał właści­wie su­ro­wy asce­tyzm. Stały na nich mi­kro­sko­pij­ne filiżanki do kawy, kil­ka pod­sta­wo­wych przy­praw oraz po dwie pary pałeczek do su­shi, każda osob­no za­pa­ko­wa­na. No i naj­wyższej kla­sy te­le­fo­ny komórko­we, z ogrom­nych roz­miarów ekra­na­mi do­ty­ko­wy­mi.

W tej chwi­li twa­rze mężczyzn były scho­wa­ne za wiel­ki­mi płach­ta­mi ga­zet. Nie były to oczy­wiście żadne zwykłe dzien­ni­ki czy, nie daj Boże, ta­blo­idy. Była to od­po­wied­nia pra­sa w od­po­wied­nim języku, po­zwa­lająca śle­dzić naj­now­sze tren­dy w ich branżach, co na­ka­zy­wały im zaj­mo­wa­ne sta­no­wi­ska. Przekładając ko­lej­ne stro­ny, byli przy tym prze­ko­na­ni, że pro­fe­sjo­na­lizm, z ja­kim tę czyn­ność wy­ko­nują, wywołuje po­wszech­nie duże wrażenie.

Nie­ste­ty, żyli prze­cież w kra­ju za­wist­ników, którzy nie po­tra­fią do­ce­nić ich suk­ce­su. Dla­te­go też ni­ko­go nie po­win­no zdzi­wić, że bar­man Ka­rol Łatka, osiłek większy dwu­krot­nie od każdego z gości, kie­dy zo­ba­czył wra­cającą do baru swoją sze­fową, ener­giczną czter­dzie­sto­latkę Agatę Szycką szepnął złośli­wie:

– Cza­sem mam ochotę wbić w nich szpi­leczkę i posłuchać, jak z tych nadętych dupków ucho­dzi po­wie­trze.

– Oba­wiam się, że nie zna­lazłbyś szpi­lecz­ki, która byłaby w sta­nie prze­bić ich grubą skórę – za­uważyła zgryźli­wie właści­ciel­ka Orient Espres­so.

– Wku­rzają mnie te dup­ki.

– Ostat­nio zro­biłeś się jakiś ner­wo­wy. – Szyc­ka spoj­rzała na nie­go za­nie­po­ko­jo­na. – Nie myśl o nich i le­piej ciesz się, że nie mu­siałeś dla nich pra­co­wać. Ja do­pie­ro rok po tym, jak prze­stałam być kor­po­lud­kiem, zaczęłam spać jak człowiek. A gdzie jest ten czwar­ty? – za­py­tała, rozglądając się po sali.

– Nie wiem. Ale chy­ba nie uciekł, bo wszyst­kie jego rze­czy są na sto­li­ku. Cho­ciaż nie wi­działem go już z pół go­dzi­ny. Albo i dłużej… Może coś mu za­szko­dziło i jest w ubi­ka­cji?

– Sprawdzę to – zde­cy­do­wała pani Aga­ta i chciała ru­szyć w stronę to­a­le­ty, ale bar­man przy­trzy­mał ją za ramię.

– Prze­cież on tam może sie­dzieć ze spusz­czo­ny­mi spodnia­mi – spoj­rzał na nią z łagod­nym wy­rzu­tem.

– Ale w ka­bi­nie, a ja…

– I tak nie wy­pa­da, pani dy­rek­tor. Pójdę sam spraw­dzić.

Ka­rol minął za­czy­ta­nych pro­fe­sjo­na­listów, którzy na­wet nie drgnęli, gdy koło nich prze­cho­dził. Do­pie­ro kie­dy kil­ka­dzie­siąt se­kund później usłysze­li krzyk prze­rażenia do­chodzący z to­a­le­ty, opuścili na mo­ment płach­ty czy­ta­nych ga­zet. Za­raz jed­nak pew­nie powróci­li­by do prze­rwa­nej lek­tu­ry, gdy­by nie to, że właści­ciel­ka Orient Espres­so prze­biegła obok nich jak błyska­wi­ca i do­padła drzwi to­a­le­ty. One jed­nak, mimo ener­gicz­ne­go szar­pa­nia za klamkę, nie miały za­mia­ru ustępować.

– Ka­rol! Ka­rol, otwórz mi! – krzy­czała zde­ner­wo­wa­na. – Ka­rol, co się tam stało?!

Od­po­wie­dzią był je­dy­nie prze­dziw­ny, potępieńczy jęk wy­do­by­wający się z to­a­le­ty, choć brzmiący, jak­by po­cho­dził gdzieś z głębi pie­kieł.

W Szy­pułce, jed­nym z naj­mod­niej­szych lo­ka­li przy pla­cu Trzech Krzyży, często bywały piękne ko­bie­ty, dla­te­go ich wi­dok nie wzbu­dzał szczególne­go za­in­te­re­so­wa­nia po­zo­stałych by­walców. W końcu po to są również ta­kie miej­sca, żeby przy­cho­dzi­li do nich młodzi, ślicz­ni i per­spek­ty­wicz­ni. Poza tym nie należało tu do do­bre­go sma­ku zwra­ca­nie prze­sad­nej uwa­gi na nie­zwykłych gości, bo prze­cież zwy­kli śmier­tel­ni­cy tu ra­czej nie zaglądali. Dla­te­go w przy­pad­ku po­ja­wie­nia się kogoś zna­ne­go, co naj­wyżej ktoś tam kogoś trącił ra­mie­niem, po­ka­zał głową lub dys­kret­nie szepnął coś na ucho.

Ale ta ko­bie­ta, zaj­mująca sto­lik przy wiel­kim pa­no­ra­micz­ny oknie, ze świet­nym wi­do­kiem na plac Trzech Krzyży, ostat­nio wprost nie scho­dziła z czołówek ga­zet. Gościła tam zresztą często wspólnie z to­wa­rzyszącym jej również obec­nie mężczyzną. Bo­wiem cały kry­zys go­spo­dar­czy, ka­ta­kli­zmy w kra­ju i na świe­cie, za­ma­chy i mniej­sze zbrod­nie nie były ostat­nio dla mediów tak in­te­re­sującą sprawą jak roz­pad małżeństwa wi­ce­mi­ni­stra Urban­ka i jego prześlicz­nej żony. Może nie tyle sam roz­pad, ile fakt, że wpływo­wy po­li­tyk, członek złowiesz­czej Opus Dei, zo­stał po­dob­no przyłapa­ny w ja­kimś ge­jow­skim klu­bie. A może chciał zgwałcić ja­kie­goś nie­win­ne­go chłopa­ka? Albo urządzał orgię w mi­ni­ster­stwie?

Tego dokład­nie nie wie­dzia­no i ni­ko­go to spe­cjal­nie nie in­te­re­so­wało. Grunt, że nie­lu­bia­ne­mu tu po­li­ty­ko­wi udo­wod­nio­no hi­po­kryzję, przez co stał się wdzięcznym obiek­tem do chłosta­nia słusznym obu­rze­niem przez szcze­rych do bólu i uczci­wych lu­dzi. Dla­te­go w za­sa­dzie nikt nie miał pre­ten­sji do pięknej pani Urba­nek, że po­szu­kała opar­cia w in­nym mężczyźnie.

Za­strzeżenia bu­dził tyl­ko jej wybór. Wszy­scy prze­cież wie­dzie­li, że ten Przy­pa­dek, który z nią te­raz sie­dział przy sto­li­ku, dopuścił się wie­lu wy­kro­czeń prze­ciw­ko ogólnie przyjętemu ko­dek­so­wi postępo­wa­nia. A już naj­większą jego zbrod­nią było do­pro­wa­dze­nie do aresz­to­wa­nia zna­ne­go dzien­ni­ka­rza Szołty­si­ka. I to za co?! Za po­sia­da­nie, w ce­lach lecz­ni­czych, głupie­go pół ki­lo­gra­ma ma­ri­hu­any.

Ta zbrod­nia była świet­nym po­wo­dem do da­ro­wa­nia so­bie wszyst­kich kon­we­nansów i możliwości nie­skrępo­wa­ne­go ko­men­to­wa­nia obec­ności tej pary w Szy­pułce. Tak też właśnie ro­bio­no w tej chwi­li, jed­nak ku zdzi­wie­niu by­walców ob­ga­dy­wa­ni nie przej­mo­wa­li się wro­gi­mi spoj­rze­nia­mi czy ko­men­ta­rza­mi. Nie prze­szka­dzało im również to, że ktoś cza­sem pstryknął im fotkę swo­im naj­now­szym mo­de­lem te­le­fo­nu. Choć prze­cież mu­sie­li wie­dzieć, że za­raz ich po­do­bi­zny znajdą się na czy­imś kon­cie mod­ne­go por­ta­lu społecz­nościo­we­go, opa­trzo­ne od­po­wied­nio złośli­wym ko­men­ta­rzem.

Tej at­mos­fe­ry niechęci nie mógł nie­ste­ty po­czuć pod­ko­mi­sarz Łoś, który ob­ser­wo­wał panią Urba­nek i Przy­pad­ka nie z wewnątrz lo­ka­lu, ale z za­par­ko­wa­ne­go kil­ka­dzie­siąt metrów od Szy­pułki sa­mo­cho­du. On jed­nak również żywił do słyn­nej pary uczu­cia nie­odbie­gające od tych, ja­ki­mi da­rzy­li ich by­wal­cy owe­go lo­ka­lu. Trud­no mu się było dzi­wić. To przez Urba­nek i Przy­pad­ka za­miast zaj­mo­wać się czymś sen­sow­nym, na przykład łapa­niem przestępców, mu­siał tu tkwić.

– Długo ich jesz­cze będzie­my śle­dzić, pa­nie ko­mi­sa­rzu? – za­py­tał smętnie star­szy aspi­rant Smańko, z nudów i odro­binę dla roz­grzew­ki pu­cujący szmatką wnętrze ra­dio­wo­zu.

– Prze­szka­dza wam to?! – warknął Łoś.

– Nie, nie… Ale nie spusz­cza­my ich z oka od Wszyst­kich Świętych, czy­li już ja­kieś dwa ty­go­dnie. A oni tyl­ko do kina, na spa­cer, do re­stau­ra­cji, a na noc do domu tego Przy­pad­ka.

– I co z tego?!

– No… to żadne przestępstwo jest.

– Myśli­cie, że nie wiem?! Ale sko­ro in­spek­tor Za­sa­da kazał nam nie spusz­czać z nich oka, to zna­czy, że ma jakiś powód. Ro­zu­mie­cie?

Smańko tyl­ko kiwnął głową i uznał, że nie ma sen­su nic więcej mówić przełożone­mu, bo tyl­ko go tym zde­ner­wu­je. Nie prze­ko­nają też z pew­nością pod­ko­mi­sa­rza plot­ki krążące po po­li­cyj­nych ko­ry­ta­rzach, że wi­ce­mi­ni­ster spraw wewnętrznych Urba­nek, od­po­wie­dzial­ny za tę właśnie służbę, jest już właści­wie na wy­lo­cie, bo pre­mier się na nie­go zde­ner­wo­wał.

– Do wszyst­kich ra­dio­wozów. Na Osob­nej w Orient Espres­so praw­do­po­dob­nie popełnio­no mor­der­stwo. Odbiór – za­ter­ko­tało na­gle w po­li­cyj­nym ra­diu i ta wia­do­mość tak ze­lek­try­zo­wała star­sze­go aspi­ran­ta, że aż ude­rzył głową w pod­su­fitkę.

– Pa­nie ko­mi­sa­rzu, słyszał pan?

– A czy wyglądam na głuche­go?

– Osob­na to taka mała ulicz­ka nie­da­le­ko. Bocz­na od Wspólnej.

– Myśli­cie, że nie znam War­sza­wy, Smańko?!

– No to może… może byśmy…

– Mamy swo­je za­da­nia, Smańko.

– To może ja sam. Sko­czyłbym tam szyb­ko i zo­rien­to­wał się we wszyst­kim. Do pa­trze­nia na nich wy­star­czy sam pan ko­mi­sarz. – Słowa star­sze­go aspi­ran­ta jesz­cze nie zdążyły prze­brzmieć, a on sam wie­dział już do­sko­na­le, jaki strasz­li­wy błąd popełnił.

– Co?! Co wy so­bie myśli­cie, Smańko?! Je­steście tyl­ko star­szym aspi­ran­tem. I jeśli ktoś ma spraw­dzić, co się tam stało, to ja!

Do pi­sa­nia można zna­leźć wie­le mo­ty­wa­cji. Można to robić dla­te­go, że ktoś po­sta­no­wił dać nam ta­kie zle­ce­nie, a my przy­pad­kiem upra­wia­my zawód, który na pi­sa­niu po­le­ga. Można też robić to, po­nie­waż uważamy, że mamy coś in­te­re­sującego do po­wie­dze­nia i chce­my się tym po­dzie­lić z in­ny­mi ludźmi. Można też umiejętnością składa­nia słów po­pi­sy­wać się dla zdo­by­cia po­kla­sku lub wzbu­dze­nia za­in­te­re­so­wa­nia płci prze­ciw­nej.

Ale bez cie­nia wątpli­wości naj­lepszą mo­ty­wacją, która po­wo­du­je, że na­sze pi­sa­nie wspi­na się na szczy­ty i spra­wia, że inni czy­tają nas z wy­pie­ka­mi na twa­rzy, jest twórcza pa­sja. Czy­li coś ta­kie­go, co oneg­daj kazało chwy­cić za pióro, a dziś każe stu­kać w kla­wia­turę kom­pu­te­ra. Bo jeśli się tego nie zro­bi, to człowiek po pro­stu wy­buch­nie i roz­pad­nie się na tysiąc kawałeczków.

Ta­kie­go sta­nu twórcze­go przy­mu­su doświad­czała właśnie re­dak­tor Anna So­ba­nia. Co więcej, po­zo­sta­wała w nim od dwóch ty­go­dni, zbie­rając ze­wsząd po­chwały za swe nie­zwy­kle do­cie­kli­we i de­ma­ska­tor­skie tek­sty, które z dnia na dzień pogrążały nie­zbyt lu­bia­ne­go w śro­do­wi­sku dzien­ni­kar­skim wi­ce­mi­ni­stra Urban­ka. Te­raz właśnie kończyła ko­lej­ny z nich, którym miała za­miar osta­tecz­nie za­to­pić po­li­ty­ka.

– No, no, widzę, że na­sza gwiaz­da jest w swo­im żywio­le – uśmiechnęła się Mal­wi­na Żar­ska, naj­lep­sza przy­ja­ciółka re­dak­tor So­ba­ni, przy­sia­dając na krze­sełku obok niej.

– Za­zdro­sna? – za­py­tała od nie­chce­nia Ania, pra­co­wi­cie stu­kając w kla­wia­turę kom­pu­te­ra.

– Ależ skąd, bar­dzo się cieszę z two­je­go suk­ce­su – za­pew­niła z właściwą so­bie szcze­rością Mal­wi­na. – Ale chętnie skosz­to­wałabym owoców swo­je­go – dodała, cedząc po­wo­li słowa, jak­by chciała mieć pew­ność, że każde z nich do­trze do uszu przy­ja­ciółki. Efekt ten bez wątpie­nia udało jej się osiągnąć. So­ba­nia wpraw­dzie nie za­prze­stała pi­sa­nia, ale jej pal­ce nie biegły już z taką szyb­kością po kla­wia­tu­rze, z twa­rzy zaś znikł zapał i radość z do­brze wy­ko­ny­wa­nej pra­cy.

– To nie jest twój suk­ces, ale moja… – szu­kała przez chwilę od­po­wied­nie­go słowa, bo określe­nie „porażka” utknęło jej gdzieś głęboko w gar­dle i nie chciało się wy­do­stać na zewnątrz. – To zna­czy moje po­tknięcie.

– Na­zy­waj to, jak chcesz. Grunt, że po­win­naś opłacić mój trzy­mie­sięczny kar­net w fit­ness clu­bie. Bo chy­ba nie masz już cie­nia wątpli­wości, że pan Przy­pa­dek oparł się two­je­mu uro­ko­wi?

– Wątpli­wości to nie mam co do tego, że go nie mam ocho­ty więcej wi­dzieć. I cieszę się, że nie udało mi się od­nieść suk­ce­su. Wszyst­ko przez ten zakład z tobą. In­a­czej nig­dy bym się nie za­in­te­re­so­wała tak iry­tującym dup­kiem jak on. Poza tym, pew­nie gdy­bym wte­dy nie wypiła trochę za dużo, w życiu bym się z tobą nie założyła.

– Pro­po­no­wałam ci po­tem kil­ka razy re­zy­gnację z tego zakładu.

– Nie mu­sisz mi tego przy­po­mi­nać! – zi­ry­to­wała się So­ba­nia.

– Po co te ner­wy? Czyżbyś tak bar­dzo od­czu­wała brak pana Sa­ko­wi­cza?

Pal­ce re­dak­tor So­ba­ni, które jesz­cze przed chwilą z pew­nym wysiłkiem kle­pały kla­wia­turę, te­raz za­trzy­mały się na do­bre, a jej oczy, patrzące w tej chwi­li na Żarską, zwęziły się nie­bez­piecz­nie.

– A to już nie jest twój in­te­res – fuknęła. – Czep się tego swo­je­go… mi­sia!

– Taki mam za­miar i to już dziś wie­czo­rem. I chy­ba go nie wy­puszczę przed północą.

– Przed północą? – So­ba­nia po­czuła, że jest możliwość in­te­re­sującej ri­po­sty. – Cze­kaj, cze­kaj, to zna­czy, że on musi wra­cać na noc do domu. Pew­nie jesz­cze miesz­ka z ma­mu­sią i ma mlecz­ko pod no­sem. Za­wsze gu­sto­wałaś w gównia­rzach. Tyle razy ci mówiłam, że po­win­naś so­bie po­szu­kać ja­kie­goś do­rosłego fa­ce­ta – pokręciła głową z dez­apro­batą. – A za twój kar­net zapłacę przy naj­bliższej oka­zji.

– Czy­li?

– Nie wiem. Te­raz, jak wi­dzisz, mam bar­dzo dużo pra­cy. Ale myślę, że już bar­dzo niedługo będzie po wszyst­kim.

– Uwierz, że wprost nie mogę się tego do­cze­kać. – Mal­wi­na pod­niosła się z krze­sełka. – No lecę. Po­dob­no kogoś za­mor­do­wa­li na mieście.

– Za­raz, za­raz. – Anię coś za­sta­no­wiło na tyle, że po­sta­no­wiła na ra­zie za­rzu­cić w ogóle pi­sa­nie. – Tak się nie możesz do­cze­kać, bo brak ci pie­niędzy na kar­net, czy tak bar­dzo nie lu­bisz wi­ce­mi­ni­stra Urban­ka, że życzysz mu dy­mi­sji?

– Ani jed­no, ani dru­gie. Jako doświad­czo­na dzien­ni­kar­ka po pro­stu wiem, że praw­dy można się do­wie­dzieć do­pie­ro wte­dy, gdy emo­cje opa­dają.

– Ja­kie emo­cje? O co ci cho­dzi?

– Je­stem po pro­stu cie­ka­wa, po co pan Przy­pa­dek sprze­dał ci tę hi­sto­rię.

– Jak to mi sprze­dał?! – zde­ner­wo­wała się nie na żarty re­dak­tor So­ba­nia. – On mi nic nie sprze­dawał…

– Aha, i ja mam uwie­rzyć, że po pro­stu dał ci się przyłapać na rand­ce z żoną wi­ce­mi­ni­stra Urban­ka?

– No… umówił się z nią po spo­tka­niu ze mną.

– Aniu, ty na­prawdę wie­rzysz, że to był zbieg oko­licz­ności? A in­for­ma­cja o tym, że Urba­nek to pedał, tak ci spadła sama z nie­ba, czy nie­chcący wy­psnęła się z ust pana Przy­pad­ka?

– Ty mi jed­nak za­zdrościsz! – Re­dak­tor So­ba­nia roz­pacz­li­we szu­kała ja­kie­goś ra­cjo­nal­ne­go uspra­wie­dli­wie­nia dla okrut­nych słów Mal­wi­ny. – Po pro­stu nie możesz znieść, że wy­tro­piłam naj­większą aferę od czasów Ry­wi­na!

– Oj Aniu, Aniu. – Żar­ska spoj­rzała na koleżankę z do­bro­tli­wym pobłażaniem i to było chy­ba dla So­ba­ni naj­gor­sze. – Ja wiem, że ty szcze­rze żałujesz, że za­in­te­re­so­wałaś się Jac­kiem, ale chy­ba zda­jesz so­bie sprawę, że to nie jest idio­ta, który by po­ka­zy­wał za­wie­dzio­nej ko­bie­cie swoją nową wy­brankę?

Tak, pa­sja to naj­lep­szy powód do pi­sa­nia. Dzięki niej słowa same składają się w zda­nia, zda­nia w aka­pi­ty, a aka­pi­ty w jesz­cze większą całość. Ta całość zaś po­tra­fi po­rwać czy­tel­ni­ka tak, że ten wprost nie może ode­rwać się od tek­stu.

Gdy jed­nak pa­sja zni­ka, au­to­ro­wi nie jest łatwo zna­leźć jakąkol­wiek mo­ty­wację do pi­sa­nia. Bo każda z nich jest gor­sza od tej, która na­gle się ulot­niła. I nie chce się stuknąć choćby na­wet w jedną małą li­terkę na kla­wia­tu­rze.

Ja żądam, pod­kreślam, żądam na­tych­mia­sto­we­go wy­pusz­cze­nia mnie z tego miej­sca! – Mężczy­zna w bar­dzo dro­gim płasz­czu, z jesz­cze droższą teczką w ręku usiłował do­stać się do drzwi wyjścio­wych z Orient Espres­so, ale prze­szko­dził mu w tym dru­gi mężczy­zna dys­po­nujący po­dob­ny­mi atry­bu­ta­mi.

– Nie, proszę pana, to ja żądać, aby mnie wy­pusz­czo­no w pierw­sza ko­lej­ność. – Dru­gi z mężczyzn prze­ciągał i ak­cen­to­wał słowa w sposób cha­rak­te­ry­stycz­ny dla ro­daków, którzy przy­by­li zza Wiel­kiej Wody. – Pan so­bie nie zda­je spra­wa z tego, jaka stra­ta może po­nieść go­spo­dar­ka ten kraj przez moja nie­obec­ność w dżob – ode­pchnął pierw­sze­go i być może zna­lazłby się już przy drzwiach, gdy­by trze­ci z gości lo­ka­lu nie chwy­cił go za ramię i nie krzyknął:

– Na pew­no nie ta­kie jak moja! Ja au­to­ry­zuję wszyst­kie większe trans­ak­cje na­sze­go fun­du­szu eme­ry­tal­ne­go na giełdzie! Kto wie, czy tam aku­rat nie pa­nu­je bes­sa, a pre­mier nie rwie so­bie włosów z głowy!

Pod­ko­mi­sarz Łoś już po pięciu se­kun­dach po­by­tu w Orient Espres­so szcze­rze żałował swo­jej de­cy­zji o po­ja­wie­niu się w tym miej­scu i prze­kli­nał star­sze­go aspi­ran­ta Smańkę za to, że go do tego pod­ku­sił. Ale te­raz nie mógł się już wy­co­fać. Cen­tra­la do­wie­działa się o tym, że „uda­je się na miej­sce zda­rze­nia” i te­raz musi jakoś opa­no­wać sy­tu­ację do cza­su przy­jaz­du eki­py tech­nicz­nej za­bez­pie­czającej ślady.

To mogło jed­nak nie nastąpić tak szyb­ko, po­nie­waż aku­rat nie­da­le­ko War­sza­wy pe­wien guru po­sta­no­wił po­zbyć się większości swo­ich wy­znawców. Dla­te­go chwi­lo­wo wszy­scy spe­cja­liści uda­li się na miej­sce tam­te­go zda­rze­nia, a pod­ko­mi­sarz miał przez kil­ka naj­bliższych go­dzin sam opa­no­wać sprawę. Tym­cza­sem miał na­prze­ciw sie­bie trzech roz­ju­szo­nych samców alfa, którzy na „dzień do­bry” wcisnęli mu swo­je wi­zytówki i chcie­li się od razu pożegnać. Łosio­wi zro­biło się ciepło, gdy tyl­ko zo­ba­czył, z kim ma do czy­nie­nia.

Ste­fan Nie­dzie­lak, dy­rek­tor fun­du­szu eme­ry­tal­ne­go, o którego re­kla­my jesz­cze nie­daw­no pod­ko­mi­sarz po­ty­kał się na każdym kro­ku. Ad­rian Żubrzyk, pre­zes fir­my de­ve­lo­per­skiej, o której słyszał, że prak­tycz­nie nabyła na własność kawałek War­sza­wy. Ten trze­ci, Ralph Ko­sic­ki, wydał się pod­ko­mi­sarzowi z początku nie­co mniej ważny, choć też był dy­rek­torem cze­goś tam, cze­go na­zwa składała się z kil­ku dziw­nych li­te­rek. Ale gdy Łoś za­py­tał, co ozna­cza ta na­zwa, to wszy­scy mężczyźni na­raz spoj­rze­li na nie­go z nie­wy­po­wie­dzia­nym obu­rze­niem. A ów Ralph złowiesz­czo oznaj­mił, że te kil­ka li­te­rek to, ni mniej, ni więcej, tyl­ko dru­ga co do wiel­kości agen­cja PR na świe­cie. Po­li­cjant przełknął ze stra­chu ślinę, bo aż za do­brze wie­dział, że od tego pi­ja­ru jest uza­leżnio­ny los całego państwa.

Dla­te­go pew­nie sam Łoś już daw­no spi­sałby je­dy­nie obec­nych i wypuścił ich do domu, ale na swo­je nieszczęście zna­lazł na miej­scu so­jusz­niczkę w po­sta­ci właści­ciel­ki Orient Espres­so. To właśnie ona nie po­zwo­liła żad­ne­mu z Bar­dzo Ważnych Dy­rek­torów opuścić swo­jego lo­ka­lu do cza­su przy­by­cia po­li­cji. A te­raz oskarżała ich o to, że za­bi­li tego gościa, który sie­dział w ka­wiar­nia­nej to­a­le­cie z pałeczką do su­shi wbitą w splot słonecz­ny. I o ile świadków pod­ko­mi­sarz mógł wypuścić, zo­sta­wiając ich przesłucha­nie na czas później­szy, o tyle z „po­dej­rza­ny­mi w spra­wie” nie mógł już tego zro­bić.

Oni sami na­tu­ral­nie za­prze­cza­li, żeby mie­li co­kol­wiek wspólne­go z tym zabójstwem. Tyl­ko sie­dzie­li przy sto­li­kach, wy­ko­rzy­sty­wa­li chwilę wy­tchnie­nia w ciężkim dniu pra­cy, pili swo­je ulu­bio­ne espres­so i za­po­zna­wa­li się z prasą. Żaden z nich nie zbliżał się do to­a­le­ty. A za wszyst­ko był od­po­wie­dzial­ny ten bar­man Ka­rol, który po za­bi­ciu nieszczęśnika za­mknął drzwi to­a­le­ty.

– Zro­bić panu, pa­nie ko­mi­sa­rzu, kaw­ki? – Łoś usłyszał koło sie­bie sym­pa­tycz­ny głos pani Aga­ty.

– Jeśli pani tak łaska­wa – od­po­wie­dział z wdzięcznością po­li­cjant. – Łeb już mnie boli od tego ich krzy­ku i nie wiem od cze­go zacząć…

– To niech pan wyj­dzie na zewnątrz i usiądzie przy sto­licz­ku, li­sto­pad ciepły w tym roku, to jesz­cze ich nie sprzątałam – wska­zała ge­stem głowy mi­kro­sko­pij­ny ka­wiar­nia­ny ogródek przed Orient Espres­so. – A ja tu ich jesz­cze chwilkę przy­pil­nuję.

Łoś bar­dzo skwa­pli­wie sko­rzy­stał z pro­po­zy­cji, co oczy­wiście zo­stało za­uważone przez grupę Bar­dzo Ważnych Dy­rek­torów, która rzu­ciła się za nim. I pew­nie wy­pa­dli­by za­raz wszy­scy na zewnątrz, gdy­by dro­gi nie zastąpiła im pani Aga­ta. Minę miała przy tym tak groźną, że gdy­by na­wet nie na­cie­rała na nią gru­pa wściekłych mi­krusów, ale wiel­kich jak dęby chłopów, to i tak stanęliby jak wry­ci.

Pod­ko­mi­sarz usiadł przy sto­licz­ku i z na­dzieją cze­kał na obie­ca­ne espres­so, jak­by wierząc, że ono pomoże mu co­kol­wiek wymyślić. Albo cho­ciaż po­pra­wi mu odro­binę hu­mor, gdyż ten był te­raz co naj­mniej wi­siel­czy.

„Że też mi się mu­siała tra­fić taka zgra­ja ważnych dy­rek­torów. Czy nie mógłbym do­stać wresz­cie spra­wy ze zwykłymi, nor­mal­ny­mi ludźmi?! Ta­ki­mi, których mogę na­tych­miast usa­dzić i po­ka­zać, że władzy należy się sza­cu­nek? Ech… ja to je­stem pe­cho­wy. Prze­cież ta­kich bęcwałów to by się bał tknąć na­wet in­spek­tor Za­sa­da. Albo na­wet sam mi­ni­ster! Z ta­ki­mi to by się tyl­ko nie pa­tycz­ko­wał ten idio­ta Przy­pa­dek…”

Pod­ko­mi­sarz Łoś pod­sko­czył na krze­sełku tak, jak­by na­gle w sie­dze­nie wbi­to mu na­raz przy­najm­niej tu­zin igieł. Dla­te­go pani Aga­ta mu­siała użyć całego dostępne­go jej pro­fe­sjo­na­li­zmu, żeby nie roz­lać przy­nie­sio­nej kawy.

– Coś się stało, pa­nie ko­mi­sa­rzu?

– Już chy­ba mam sposób na tych dy­rek­torów – uśmiechnął się Łoś i wyciągnął z kie­sze­ni te­le­fon, by po chwi­li wy­stu­kać szyb­ko nu­mer na kla­wia­tu­rze. – Smańko?… Ma­cie tam jesz­cze tego Przy­pad­ka?… To świet­nie, przy­pro­wadźcie go tu na miej­sce zda­rze­nia na Osob­nej… Co?!… Nie mam cza­su od­po­wia­dać na wa­sze głupie py­ta­nia, Smańko! Nie in­te­re­su­je mnie, jak go tu spro­wa­dzi­cie. Ma tu być i już!

Myślę, Małgo­siu, że na nas już czas. – Przy­pa­dek zerknął roz­ba­wio­ny na salę, której cie­ka­wość jak­by po­wo­li zaczęła opa­dać. Już od kwa­dran­sa nikt nie zro­bił im żad­ne­go zdjęcia, lu­dzie po­wo­li zaj­mo­wa­li się własny­mi spra­wa­mi. Po­je­dyn­cze oso­by, które cza­sem wcho­dziły, nie były w sta­nie zbu­do­wać at­mos­fe­ry tego napięcia, ja­kie to­wa­rzy­szyło im przez po­nad go­dzinę.

– Szko­da, bo na­prawdę do­brze się bawiłam. – Urban­ko­wa wstała i założyła płaszcz po­da­ny jej przez Jac­ka. Jesz­cze nie­daw­no używała swo­je­go dru­gie­go imie­nia. Iza­be­la bar­dziej po­do­bała się kre­ato­rom mody, a po­tem jej mężowi. Te­raz wróciła do Małgosi, a za­raz po tym, jak zakończy się jej małżeństwo, pla­no­wała także zmianę na­zwi­ska. Wte­dy sta­nie się zwykłą Małgosią Gra­bowską, której nikt nie będzie ko­ja­rzył z tym, co minęło.

– Spo­koj­nie, jesz­cze od­wie­dzi­my to miej­sce kil­ka razy. Ale pamiętaj, że ja muszę tre­no­wać do ma­ra­to­nu, a przez na­sze spra­wy ostat­nio się za­nie­dbałem. – Ja­cek podał swo­jej part­ner­ce ramię, bo sa­mo­dziel­ne zejście w szpil­kach po krętych scho­dach z pięter­ka Szy­pułki nie byłoby do­brym po­mysłem.

– Czyżbym była aż tak ab­sor­bująca? – za­py­tała z nie­winną miną Urban­ko­wa, jak­by nie za­uważając, że wszyst­kie męskie spoj­rze­nia kon­cen­tro­wały się w tej chwi­li na jej nie­wia­ry­god­nie długich no­gach, które le­d­wie, a w do­dat­ku nie­zbyt dokład­nie, za­kry­wał płaszcz.

– To praw­da, odkąd miesz­kasz ze mną, rza­dziej mam ochotę wy­cho­dzić z domu. – Ja­cek otwo­rzył drzwi przed Małgosią.

– Za­tem po­sta­ram ci się to jakoś wy­na­gro­dzić, kie­dy wrócisz już z tre­nin­gu. Po­bie­gniesz od razu, czy mam cię gdzieś pod­rzu­cić? – Po­de­szli do za­par­ko­wa­ne­go sa­mo­cho­du Urban­ko­wej.

– Nie ma po­trze­by. – Ja­cek otwo­rzył bagażnik i wyjął stamtąd swój ple­cak. – Prze­biorę się obok w to­a­le­cie, a po­tem zbiegnę Książęcą na dół, a tam już mam mnóstwo wspa­niałych tras do po­bie­ga­nia… No chy­ba że ktoś inny ma wo­bec mnie od­mien­ne pla­ny – zerknął na drugą stronę uli­cy, a Urban­ko­wa powędro­wała za jego wzro­kiem.

– Czy to je­den z tych dwóch po­li­cjantów, którzy za nami sta­le chodzą? – za­py­tała, a Ja­cek kiwnął twierdząco głową. – Chy­ba nie idzie nas aresz­to­wać?

– Za­raz się o tym prze­ko­na­my… Wi­tam, pa­nie Smańko!

– Pan Ja­cek Przy­pa­dek? – Star­szy aspi­rant, choć pytał Jac­ka, to tak na­prawdę wzrok miał skie­ro­wa­ny w stronę Urban­ko­wej. Był wpraw­dzie wier­nym mężem i przykład­nym oj­cem, ale jed­nak nie po­tra­fił się po­wstrzy­mać od przyj­rze­nia się z bli­ska ko­bie­cie, którą od daw­na ob­ser­wo­wał z od­da­li. Zwłasz­cza ta­kiej ko­bie­cie.

– Wy­da­wało mi się, że już kie­dyś prze­ra­bia­liśmy tę za­bawę, pa­nie star­szy aspi­ran­cie. I zna­my się nie od dziś. No chy­ba że to dziw­ne py­ta­nie wy­ni­ka może z tego, że nie pa­trzy pan na mnie.

– Co?… A tak, prze­pra­szam… O co to ja pytałem?

– O to, czy ja to ja – pod­po­wie­dział mu Przy­pa­dek.

– No właśnie… – przy­taknął wciąż jak­by lek­ko zdez­o­rien­to­wa­ny Smańko. – Czy pan… to pan?

– Zde­cy­do­wa­nie tak, pa­nie star­szy aspi­ran­cie. Czy za­tem może pan przejść do rze­czy?

– No… więc… chwi­lo­wo pana aresz­tuję.

– Za­cie­ka­wia mnie pan. Domyślam się, że to nie pana ini­cja­ty­wa, tyl­ko pana przełożone­go… Nie wi­działem go już od pół go­dzi­ny, a do tej pory pana nie opusz­czał. Czy­li coś ważnego mu­siało się stać w naj­bliższej oko­li­cy. Na tyle bli­skiej, że do­tarł tam pie­chotą, zdążył się zo­rien­to­wać, że spra­wa jest po­nad jego siły i po­trze­bu­je posiłków.

– Bra­wo, Sher­loc­ku – uśmiechnęła się Urban­ko­wa. – Myślę, że w sprawę są również za­mie­sza­ne bar­dzo ważne oso­by, którym pan pod­ko­mi­sarz nie śmie zadać py­ta­nia.

– Za­pew­ne masz rację, Wat­so­nie.

– Państwo te­raz pra­cują ra­zem? – Smańko mru­gał ocza­mi, prze­nosząc wzrok z Przy­pad­ka na Urban­kową.

– Do­pie­ro się roz­grze­wa­my – uśmiechnął się Ja­cek. – Ale właści­wie, dro­gi Wat­so­nie, może przeszłabyś się ze mną i po­mogła mi roz­wiązać tę sprawę?

– Tę roz­rywkę zo­sta­wię to­bie, Sher­loc­ku. Wrócę do domu, żeby przy­go­to­wać ci obiad i będę cze­kać. Muszę tyl­ko wie­dzieć, o której wrócisz?

– Jest wpół do pierw­szej. Sko­ro spra­wa wy­ma­ga na­tych­mia­sto­wej in­ter­wen­cji, to pew­nie ślady są gorące, a wszy­scy po­dej­rza­ni na miej­scu. Myślę, że do trze­ciej po­wi­nie­nem ją roz­wiązać. Po­tem wrócę bie­giem…

– Gdy­by roz­wiązy­wa­nie spra­wy nie­co się prze­ciągnęło, możesz po­pro­sić pana aspi­ran­ta o pod­wie­zie­nie.

– Nie mogę zre­zy­gno­wać z tre­nin­gu – Ja­cek pokręcił przecząco głową. – Czuję, że ma­ra­ton, w którym wy­star­tuję, zbliża się do mnie wiel­ki­mi kro­ka­mi.

– To na którą ten obiad?

– Myślę, że może być na czwartą.

– Za­tem cze­kam z utęsknie­niem – po­wie­działa Urban­ko­wa, wsiadła do auta i od­je­chała.

Smańko przez chwilę pa­trzył w ślad za sa­mo­cho­dem, a po­tem prze­niósł wzrok na Przy­pad­ka i za­py­tał z nie­do­wie­rza­niem:

– Ona na­prawdę ugo­tu­je panu obiad?

Pod­ko­mi­sarz Łoś ner­wo­wo przestępował z nogi na nogę, wy­pa­trując w per­spek­ty­wie uli­cy mającej na­dejść od­sie­czy. Gdy wresz­cie się po­ja­wiła, nie rzu­cił się ku niej z wdzięcznością ale, wzo­rem ce­sa­rza Le­opol­da, dum­nie spoj­rzał na nad­chodzącego Przy­pad­ka i nie miał za­mia­ru uchy­lić przed nim ka­pe­lu­sza. Ja­cek jed­nak, pamiętając lekcję So­bie­skie­go, minął po pro­stu po­li­cjan­ta i po­szedł da­lej.

– Ej, gdzie pan idzie? – za­py­tał zdez­o­rien­to­wa­ny Łoś.

– Z oko­licz­ności wno­siłem, że za­pew­ne po­trze­bu­je pan mo­jej po­mo­cy, ale sądząc po pana mi­nie, chy­ba mu­siałem się po­my­lić.

– Oczy­wiście, że się pan po­my­lił, jak zwy­kle – za­pew­nił pod­ko­mi­sarz, ale błyska­wicz­nie mu­siał zmie­nić zda­nie, po­nie­waż de­tek­tyw znów zaczął się od­da­lać. – To zna­czy… przy­dałaby mi się kon­sul­ta­cja. Gdy­by był pan tak miły. – Ostat­nie słowa przeszły przez gardło Łosia z taką trud­nością, że na zewnątrz wyszły już moc­no znie­kształcone.

– Ależ oczy­wiście, dla pana pod­ko­mi­sa­rza wszyst­ko – uśmiechnął się Przy­pa­dek. – Proszę mi za­tem po­wie­dzieć, co się tu stało?

– To może ja – ode­zwała się stojąca obok Łosia właści­ciel­ka Orient Espres­so. – Około je­de­na­stej wyszłam z ka­wiar­ni załatwić kil­ka spraw, zo­sta­wiając na miej­scu mo­je­go pra­cow­ni­ka, Ka­ro­la Łatkę. Gdy wy­cho­dziłam, na sali było czte­rech klientów. Wróciłam po nie­całej go­dzi­nie. Wte­dy zo­stało ich trzech, ale wie­dzie­liśmy, że czwar­ty wciąż musi być na te­re­nie ka­wiar­ni, bo nie za­brał rze­czy. Ka­rol nie wi­dział go już do­bre pół go­dzi­ny, więc pomyśleliśmy, że jest w to­a­le­cie. On po­szedł to spraw­dzić i po chwi­li usłyszałam strasz­ny krzyk. Za­nim zdążyłam tam do­biec, za­mknął drzwi i… – urwała.

– I próbował zbiec z miej­sca przestępstwa przez okien­ko, pro­wadzące na wewnętrzne podwórko – dokończył za nią Łoś. – Nie­ste­ty, okien­ko oka­zało się zbyt małe i utknął w nim. Zresztą, tkwi tam do tej pory, bo cofnąć się również nie może. Za­kli­no­wał się.

– A dla­cze­go próbował zbiec? – za­py­tał Ja­cek.

– Kie­dy wresz­cie udało mi się wyważyć drzwi, zo­ba­czyłam tego czwar­te­go klien­ta… Sie­dział na ubi­ka­cji, opar­ty o ścianę z pałeczką do su­shi wbitą w klatkę pier­siową. – Właści­ciel­ka Orient Espres­so wzdrygnęła się na samo wspo­mnie­nie tego wi­do­ku.

– Ro­zu­miem, że żaden z po­zo­stałych trzech klientów nie wi­dział ni­ko­go, kto wcho­dziłby w między­cza­sie do tej to­a­le­ty?

– Dokład­nie tak – po­wie­dział, po­ta­kując głową Łoś. – Wszy­scy mówią, że ten Łatka był pierw­szym, który tam wszedł. No i twierdzą, że on za­wsze pa­trzył na nich ta­kim wzro­kiem, jak­by chciał ich czymś prze­bić.

– Bzdu­ra, Ka­rol nie mógł tego zro­bić – za­prze­czyła ener­gicz­nie pani Aga­ta. – To naj­bar­dziej po­czci­wy fa­cet, ja­kie­go znam, on by mu­chy nie skrzyw­dził.

– Ale z dru­giej stro­ny to osiłek. A żeby wbić taką drew­nianą pałeczkę komuś w klatkę pier­siową, trze­ba mieć nie lada krzepę. No i próbował zbiec z miej­sca przestępstwa.

– Po pro­stu spa­ni­ko­wał. – Pani Aga­ta twar­do bro­niła swo­je­go pra­cow­ni­ka. – Prze­cież to bez sen­su, idzie do to­a­le­ty spraw­dzić, czy fa­ce­to­wi nic się nie stało, wrzesz­czy ze stra­chu, a po­tem próbuje uciec przez maleńkie okien­ko. To na pew­no któryś z tych dupków.

– Nie lubi pani swo­ich klientów – uśmiechnął się Ja­cek.

– Tych aku­rat nie. Tacy strasz­ni ważnia­cy z kor­po­ra­cji, z za­wo­du dy­rek­to­ro­wie. Znam ta­kich aż za do­brze. Prze­pra­co­wałam w kor­po­ra­cjach dzie­sięć lat, za­nim rzu­ciłam tę ro­botę w cho­lerę i założyłam ka­wiar­nię. – A tych kon­kret­nych pani też zna?

– Z wi­dze­nia. Od ja­kie­goś cza­su przy­chodzą tu do mnie, zwy­kle przed południem, siedzą przez dwie, trzy go­dzi­ny. Ta­kie tu so­bie wy­chod­ne biu­ro zro­bi­li, trochę dzwo­nią, trochę czy­tają ga­ze­ty. Le­nie pa­ten­to­wa­ne, pew­nie im się nie chce pra­co­wać, mówią, że mają ważne spo­tka­nie i wy­chodzą z biu­ra. A po­tem tu so­bie głównie kawkę po­pi­jają.

– A wia­do­mo o nich coś więcej? – Przy­pa­dek za­py­tał Łosia, ale bar­dziej od od­po­wie­dzi zaczął go in­te­re­so­wać tłumek, który po­wo­li gro­ma­dził się w oko­li­cach Orient Espres­so. Szczególnie za­cie­ka­wiła go jed­na z osób, próbująca w tej chwi­li prze­ko­nać pil­nujących porządku po­li­cjantów, że po­win­ni dopuścić ją na miej­sce. W tym cza­sie Łoś sięgnął do kie­sze­ni i podał de­tek­ty­wo­wi trzy wi­zytówki, a po chwi­li po­ka­zał też czwartą, za­pa­ko­waną w fo­liową to­rebkę. Do­pie­ro wte­dy Ja­cek spoj­rzał w kie­run­ku po­li­cjanta. – Ta w to­reb­ce jest de­na­ta?

– Tak. Zna­leźliśmy ją na podłodze. Mu­siała wypaść mu z kie­sze­ni. – Ja­cek przez chwilę pa­trzył na wi­zytówkę, na której w trzech li­nij­kach było na­pi­sa­ne: Je­rzy Sam­bor, dy­rek­tor, Bank Po­lo­nia.

– Wątpię, żeby wy­padła mu z kie­sze­ni.

– Słucham?!

– Nie­ważne… – Ja­cek po­now­nie spoj­rzał w kie­run­ku tłumku. – Mógłby pan spra­wić, żeby pana ko­le­ga prze­puścił do nas panią Żarską?

– Kim ona jest? – Wzrok Łosia powędro­wał za spoj­rze­niem Jac­ka i zo­ba­czył atrak­cyjną bru­netkę.

– Zna­jo­ma z „No­we­go Życia”.

– Jesz­cze mi tu tyl­ko dzien­ni­ka­rzy bra­ko­wało!

– Me­dia po­tra­fią być przy­dat­ne, pa­nie pod­ko­mi­sa­rzu. Zwłasz­cza jeśli się umie z nich ko­rzy­stać.

Czter­dzieści i czte­ry – wy­sa­pał szczęśliwy Bol­ko i, ciężko dysząc, opadł na podłogę swo­jej celi.

„Co­raz le­piej – pomyślał – z każdym dniem co­raz le­piej. Jak stąd wyjdę, znów będę w su­per­for­mie i będę mógł li­czyć na po­wo­dze­nie wśród la­sek. W końcu nikt by mi nie dał tych sześćdzie­sięciu lat, które po­dob­no mam. Zresztą to chy­ba nie­możliwe, ktoś się mu­siał po­my­lić przy wy­da­wa­niu do­wo­du”.

Bol­ko pod­niósł się i zaczął lek­ko truch­tać po swo­jej celi, licząc każdy z kroków. Dzi­siaj był w sza­tańskim na­stro­ju, dla­te­go po­sta­no­wił do­li­czyć do sześćset sześćdzie­sięciu sześciu, ale gdy do­szedł do czte­ry­stu trzy­dzie­stu sied­miu, drzwi celi otwo­rzyły się i wszedł zna­jo­my kla­wisz.

– Pa­nie Szołty­sik, jakiś ad­wo­kat do pana przy­szedł.

– Miał być ju­tro…

– Nie pański, jakiś inny.

Bol­ko przy­stanął i się skrzy­wił. Obcy ad­wo­kat mógł ozna­czać kłopo­ty. Nie bar­dzo wie­dział, co się działo przez dłuższy czas przed aresz­to­wa­niem i zakładał, że mógł zro­bić kil­ka nie­rozsądnych kroków. Kroków, za które te­raz ktoś może chcieć zapłaty. Dla­te­go najchętniej po­zo­stałby chwi­lo­wo w celi. Ale oba­wiał się, że to i tak nie na wie­le się zda. Tak, trze­ba mężnie sta­wić czoła prze­zna­cze­niu, żeby po­tem wie­dzieć, co zle­cić ad­wo­katowi na naj­bliższej wi­zy­cie.

W po­ko­ju wi­dzeń cze­kał na Bol­ka miły, sym­pa­tycz­ny i uśmiech­nięty mężczy­zna w nie­na­gan­nie skro­jo­nym gar­ni­tu­rze, który pod­niósł się na wi­dok „szołmena” i wyciągnął do nie­go dłoń.

– Dzień do­bry, me­ce­nas Saw­czuk-Kel­ler…

– Nic nie płacę, je­stem zruj­no­wa­ny! Nie czy­tał pan?!

– Proszę się uspo­koić, nie po to przy­szedłem. – Ad­wo­kat ge­stem ręki za­pro­sił Szołty­si­ka na krzesło.

– To po co? – spoj­rzał na nie­go po­dejrz­li­wie „szołmen”.

– Chciałem spraw­dzić, czy jest pan już w do­brej for­mie i gotów na opusz­cze­nie tego miej­sca.

– Oczy­wiście, że je­stem gotów. Zupełnie nie ro­zu­miem, co ja tu jesz­cze robię?! Je­stem w świet­nej for­mie, przed chwilą zro­biłem czter­dzieści i czte­ry pomp­ki!

– Cieszę się, ale pańska kon­dy­cja fi­zycz­na in­te­re­su­je mnie znacz­nie mniej od pana for­my psy­chicz­nej. Szczególnie cie­ka­wi mnie, czy wciąż od­wie­dza pana pew­na piętna­sto­lat­ka o imie­niu Ka­ro­li­na…

– A co to pana ob­cho­dzi?! Może od­wie­dza, a może nie.

– Jeśli pana wciąż od­wie­dza, to będzie pan tu mu­siał jesz­cze jakiś czas po­zo­stać – uśmiechnął się nie­mal prze­pra­szająco Saw­czuk-Kel­ler. – Do cza­su, aż osta­tecz­nie znik­nie z pana głowy.

– Pa­nie, za kogo pan się uważa?! Moje wyjście nie zależy od pana. Mnie bro­ni całe śro­do­wi­sko! Pan słyszał, kto pod­pi­sał list w mo­jej obro­nie?! Sie­dem­naście pio­sen­ka­rek, dwu­dzie­stu je­den pio­sen­ka­rzy, dwu­dzie­stu sied­miu ak­torów, trzy­dzieści czte­ry ak­torki, czter­dzie­stu je­den dzien­ni­ka­rzy i na­wet dwóch fi­lo­zofów i je­den etyk! Pan wie, w ja­kich ga­ze­tach i te­le­wi­zjach mnie bro­nili? Kto mnie tu­taj od­wie­dza i składa wy­ra­zy po­par­cia mo­jej wal­ce?!

– A panu się na­prawdę wy­da­je, że to wszyst­ko było spon­ta­nicz­ne?

Bol­ko najchętniej by przy­taknął, bo miło jest wie­rzyć, że tak wie­le osób bez­in­te­re­sow­nie się za nim ujęło. Że stanęło w obro­nie god­ności człowie­ka i pra­wa do po­sia­da­nia dużej ilości ma­ri­hu­any prze­zna­czo­nej w ce­lach własnych i lecz­ni­czych. Ale prze­cież wie­dział nie od dziś, jak to się od­by­wa. Sam wie­lo­krot­nie pod­pi­sy­wał li­sty w obro­nie je­dy­nie słusznych spraw i prawd. Li­sty pod­su­wa­ne przez nie­wi­dzialną rękę służącą spra­wie­dli­wości, która za­wsze, dziw­nym zbie­giem oko­licz­ności, miała przy­go­to­wa­ny od­po­wied­ni tekst i długo­pis na po­dorędziu. I była wyciągnięta z ta­kiej wy­so­kości, że nie sposób było jej ni­cze­go odmówić. Czyżby za­tem te­raz miał przed sobą ramię, które ste­ro­wało tą ręką w jego przy­pad­ku? Nig­dy nie słyszał o ja­kimś Saw­czu­ku-Kel­le­rze.

– Miałem do­bre­go ad­wo­ka­ta – za­uważył Bol­ko wy­mi­jająco.

– Któremu ja na­pi­sałem linię obro­ny. I który nie wziął od pana ani gor­sza ho­no­ra­rium. A wie pan dla­cze­go?

– Je­stem sławny. Chciał się przy mnie wy­lan­so­wać.

– Och, pa­nie Szołty­sik – po­ki­wał głową Saw­czuk-Kel­ler. – Sławny był pan kie­dyś. A po­tem pan zaczął za dużo palić „traw­ki”, po­mie­szało się panu w głowie, na­ra­ził się pan pre­mie­ro­wi i wy­padł na aut. Wiem, panu się cały czas wy­da­wało, że jest wciąż na to­pie i ma pro­gram. Pana me­ce­nas mi o tym mówił. Ale tak na­prawdę przez po­nad dwa lata był pan bez pra­cy i pies z ku­lawą nogą o panu już nie pamiętał. Pana aresz­to­wa­nia też nikt by pew­nie nie za­uważył, być może ktoś tyl­ko by stwier­dził, że się pan sto­czył na dno. Ale miał pan szczęście, że zna­lazł się ktoś, kto po­sta­no­wił podać panu po­mocną dłoń i dzięki któremu wyj­dzie pan wkrótce na wol­ność. I wróci pan do za­wo­du, pro­wadząc już naj­bliższej wio­sny nowe show.

– Na­prawdę!? – Bol­ko­wi zaświe­ciły się oczy, ale za­raz włączyła się też czuj­ność. – Co mam zro­bić?

– Ależ nic. – Saw­czuk-Kel­ler rozłożył ręce jak­by po­dej­rze­nie o in­te­re­sow­ność oso­biście go obrażało. – Ma pan po pro­stu być sobą. I tro­pić wrogów postępu i no­wo­cze­sności. Szczególnie jed­ne­go z nich.

Mal­wi­na Żar­ska spi­sała błyska­wicz­nie dane z wi­zytówek, które wręczył jej Ja­cek, następnie mu je oddała i już miała odejść, kie­dy on na­gle nie­spo­dzie­wa­nie przy­ciągnął ją do sie­bie. Chciał jej tyl­ko prze­ka­zać coś, co nie było prze­zna­czo­ne dla uszu po­zo­stałych, dla­te­go po­pro­sił ją, żeby się uśmiechnęła, jak­by opo­wie­dział jej właśnie nie­przy­zwo­ity żart. Ale ona po­czuła się nie­swo­jo, będąc znów bli­sko nie­go. I była świa­do­ma, że nie udało jej się wy­ko­rzy­stać zbyt do­brze swo­ich umiejętności ak­tor­skich. Dla­te­go jej śmiech nie wy­padł na­tu­ral­nie. Na szczęście nikt nie zaj­mo­wał się tu oceną jego au­ten­ty­zmu.

– To jak, do­wiesz się tego dla mnie? – Przy­pa­dek mrugnął do niej po­ro­zu­mie­waw­czo.

– Po­sta­ram się, ale… to nie będzie ta­kie łatwe.

– Mal­win­ka, nie cza­ruj mnie. Dla cie­bie nie ma rze­czy nie­możli­wych.

– Te­raz to ty mnie nie cza­ruj. Po­sta­ram się, ale po­tem mi wi­sisz dokładną opo­wieść o tym, co tu zaszło.

– Dla cie­bie jak zwy­kle wszyst­ko.

„Wszyst­ko? – żachnęła się. – Nie byłeś w sta­nie wy­trzy­mać jed­ne­go mo­je­go małego hu­mor­ku, dra­niu! Nig­dy ci tego nie za­pomnę!” – po­sta­no­wiła.

Żar­ska za­cisnęła moc­no zęby, ale w taki sposób, że tyl­ko ona o tym wie­działa. Ktoś inny mógł zo­ba­czyć wyłącznie jej kpiący uśmiech. I to, jak, od­chodząc, wdzięcznie kołysała bio­dra­mi, co z praw­dziwą sa­tys­fakcją ob­ser­wo­wał Ja­cek.

– Może za­nim ta pani coś usta­li, ze­chciałby pan łaska­wie posłuchać, co mają do po­wie­dze­nia tam­ci trzej? – za­py­tał zgryźli­wie Łoś.

– Wszyst­ko w swo­im cza­sie, pa­nie pod­ko­mi­sa­rzu. Naj­pierw wolałbym po­roz­ma­wiać z chwi­lo­wo naj­bar­dziej po­dej­rza­nym, czy­li pa­nem Łatką.

– Po­wta­rzam, Ka­rol jest ab­so­lut­nie nie­win­ny – obu­rzyła się pani Aga­ta. – To na pew­no któryś z nich, pa­nie ko­mi­sa­rzu, niech pan mi wie­rzy.

– Pan pod­ko­mi­sarz pani wie­rzy bez za­strzeżeń – za­pew­nił ją Ja­cek.

– A skąd pan to wie?! – zi­ry­to­wał się Łoś.

– Bo lu­dzie są ba­nal­nie prze­wi­dy­wal­ni…

– A tak kon­kret­nie?!

– A tak kon­kret­nie, pa­nie pod­ko­mi­sa­rzu, w życiu nie odważyłby się pan za­trzy­mać lu­dzi na sta­no­wi­skach, jeśli nie byłby pan ab­so­lut­nie prze­ko­na­ny o ich wi­nie. Panu również ten Ka­rol nie pa­su­je na mor­dercę.

– To praw­da – przy­znał niechętnie Łoś. – Ale na nich też nic nie mam. I jak cze­goś za­raz nie znajdę, to dłużej ich tu nie za­trzy­mam, bo za­raz mogę mieć na głowie praw­ników ich firm.

– Tym aku­rat bym się nie mar­twił. Proszę im po­wie­dzieć, że jeśli so­bie życzą, oso­biście za­dzwo­ni pan do ich se­kre­ta­rek i wyjaśni, w ja­kiej spra­wie zo­sta­li za­trzy­ma­ni. Zo­ba­czy pan, że grzecz­nie usiądą i po­wiedzą, że właści­wie to nig­dzie im się nie spie­szy.

– Jest pan tego pe­wien? – Łoś spoj­rzał nie­uf­nie na de­tek­ty­wa.

– Ab­so­lut­nie tak.

– Na ja­kiej pod­sta­wie?

– Za­wo­do­wej ru­ty­ny.

– Ja­kiej ru­ty­ny?! Pan nie jest żad­nym de­tek­ty­wem!

– Za to od dziec­ka cier­pię na ja­sno­widz­two. – Ja­cek przy­mknął oczy i wyglądało, jak­by wpa­dał w trans. – I prze­wi­duję, że tych oto trzech mężczyzn usiądzie grzecz­nie, jeśli tyl­ko pan wspo­mni, że za­dzwo­ni do ich se­kre­ta­rek.

Pod­ko­mi­sarz przy­gryzł wargę. Ten Przy­pa­dek znów wyraźnie z nie­go kpi. Na szczęście tym ra­zem może go stąd prze­gnać i de­tek­tyw nic na to nie po­ra­dzi. Po pro­stu stan­dar­do­wo przesłucha po­dej­rza­nych i ich wypuści. W su­mie żadne ry­zy­ko, lu­dzie na ta­kich sta­no­wi­skach nie rozpłyną się z dnia na dzień i w ra­zie po­trze­by sta­wią się na we­zwa­nie. A jeśli na­wet nie, łatwo ich będzie na­mie­rzyć. Na ra­zie zaś pod­ko­mi­sarz za­do­wo­li się za­trzy­ma­niem bar­ma­na Łatki, który i tak w tej chwi­li nie mógł się ru­szyć. A po­tem przy­je­dzie eki­pa, zdej­mie od­ci­ski i może od­cisk któregoś z dy­rek­torów da się do­pa­so­wać do ewen­tu­al­nych od­cisków na narzędziu zbrod­ni, to spra­wa się sama roz­wiąże. Wpraw­dzie trochę to po­trwa, a może na­wet nie da się zna­leźć mor­der­cy, lecz przy­najm­niej ten utra­pio­ny de­tek­tyw też nie za­li­czy ko­lej­ne­go suk­ce­su!

Gdy­byż jesz­cze pani Aga­ta nie pa­trzyła na nie­go tak błagal­nie. Pod­ko­mi­sarz Łoś był wpraw­dzie za­ko­cha­ny nie­zwy­kle silną, ab­so­lut­nie nie­ule­czalną, pan­to­flarską miłością we własnej żonie, ale nie zna­czyło to, że ta­kie spoj­rze­nia nie robią na nim wrażenia. A Szyc­ka po­tra­fiła pa­trzeć na mężczyznę w sposób mówiący jed­no­znacz­nie: „bądź moim bo­ha­te­rem, nie za­wiedź mnie”. A ta­kim spoj­rze­niom żaden fa­cet nie jest w sta­nie się oprzeć…

Jesz­cze przez chwilę Łoś za­sta­na­wiał się tyl­ko nad tym, jak ta­kie ba­nal­ne słowa, zwykła pro­po­zy­cja za­dzwo­nie­nia do se­kre­ta­rek po­dej­rza­nych, może za­trzy­mać na miej­scu oso­by, które chwilę wcześniej mało nie roz­niosły go na strzępy, usiłując wyjść. Jeśli jed­nak Przy­pa­dek mówi se­rio i nie chce z nie­go tyl­ko zażar­to­wać, to ta próba usa­dze­nia dy­rek­torów może być do­brym te­stem na to.

– Proszę iść przesłuchać tego Łatkę – ode­zwał się w końcu pod­ko­mi­sarz. – Oczy­wiście ra­zem z aspi­ran­tem Smańko. A ja tym­cza­sem po­sta­ram się za­trzy­mać tych gości – po­ka­zał ge­stem głowy na salę.

– Chętnie panu po­mogę – uśmiechnęła się pani Aga­ta i podążyła za po­li­cjan­tem. Za właści­cielką Orient Espres­so podążył zaś wzrok Przy­pad­ka, który z za­in­te­re­so­wa­niem oglądał jej drobną, szczupłą, ener­giczną syl­wetkę czter­dzie­sto­lat­ki.

Tę jakże in­te­re­sującą ob­ser­wację prze­rwał syk star­sze­go aspi­ran­ta.

– Jak pan tak może! – Trud­no było wy­czuć, czy Smańko ma do Jac­ka bar­dziej żal, czy też po pro­stu potępia go w czam­buł.

– Słucham? – Przy­pa­dek spoj­rzał zdzi­wio­ny na po­li­cjan­ta.

– No… tam taka wspa­niała ko­bie­ta po­je­chała panu go­to­wać obiad, a pan tu… Naj­pierw ta dzien­ni­kar­ka, a te­raz pani Aga­ta.

– Chy­ba nie ma pan za­mia­ru stać na straży mo­jej mo­ral­ności? – uśmiechnął się szcze­rze roz­ba­wio­ny Ja­cek. – Dla spo­ko­ju pańskie­go su­mie­nia po­wiem, że kształty obu pań oglądam wyłącznie ze względów za­wo­do­wych, a z panią Urba­nek łączy mnie je­dy­nie przy­jaźń. A te­raz chodźmy po­roz­ma­wiać z na­szym pe­cho­wym ucie­ki­nie­rem.

Karol Łatka za­wsze był pe­wien, że nie po­sia­da żad­ne­go zbędne­go ki­lo­gra­ma i po pro­stu jest mężczyzną o so­lid­nej po­stu­rze. Jadł w ilościach hur­to­wych i to, że przy me­trze dzie­więćdzie­sięciu wzro­stu ważył nie­całe sto ki­lo­gramów, za­wdzięczał wyłącznie wspa­niałej prze­mia­nie ma­te­rii, która do­pie­ro od nie­daw­na, z chwilą gdy skończył lat trzy­dzieści, zaczęła szwan­ko­wać. Wte­dy zaczął nie­co dbać o linię i udało mu się na­wet zrzu­cić trochę wagi. Ale na­wet gdy­by był lżej­szy o trzy­dzieści ki­lo­gramów, nie miałby wiel­kich szans, żeby prze­cisnąć się przez to mi­kro­sko­pij­ne okien­ko.

Wytłuma­czył więc so­bie już kwa­drans temu, że za­kli­no­wa­nie się nie było winąjego tu­szy, ale słusznych roz­miarów. Mimo to nie mógł się po­zbyć wrażenia, że wszy­scy ob­ser­wujący go śmieją się w tej chwi­li z nie­go jako gru­ba­sa. Do­brze cho­ciaż, że wewnętrzne podwórko ka­mie­ni­cy, nad którym te­raz zwi­sał na wy­so­kości po­nad dwóch metrów, po­zba­wio­ne było bal­konów i dużych okien. Wy­cho­dziły na nie je­dy­nie małe luf­ci­ki łazie­nek i to­a­let, nie­sta­no­wiące zbyt do­god­nych punktów ob­ser­wa­cyj­nych. Choć i tak kil­ka­naście osób, co i raz wspi­nając się na pal­ce lub pod­sta­wio­ne stołecz­ki, wyglądało cie­ka­wie na zewnątrz i wi­działo, w ja­kiej kłopo­tli­wej sy­tu­acji zna­lazł się bar­man.

Jed­nak dużo bar­dziej od nich de­ner­wo­wał go ten dziw­ny gość, który z do­bro­tli­wo-iro­nicz­no-pobłażli­wym wy­ra­zem twa­rzy oglądał go z każdej stro­ny.

– Już się pan na­pa­trzył?!

– W za­sa­dzie tak, pa­nie Łatka – od­po­wie­dział Przy­pa­dek.

– Kim pan jest?! Jeśli po­li­cjan­tem, po­wi­nien mi się pan przed­sta­wić i po­ka­zać od­znakę służbową!

– No proszę, skończył pan Wy­dział Pra­wa…

– Skąd pan wie?

– Z ta­ki­mi tek­sta­mi wyjeżdżają u nas głównie ab­sol­wen­ci tego kie­run­ku. Ale chy­ba nie na uni­wer­ku, bo byśmy się mu­sie­li kie­dyś spo­tkać.

– Skończyłem bar­dzo dobrą, pry­watną uczel­nię. – Łatka najchętniej uniósłby dum­nie głowę, ale w jego obec­nej po­zy­cji było to nie­zwy­kle trud­ne.

– No to gra­tu­la­cje, dzięki temu do­stał pan pracę bar­ma­na.

– To był mój wybór!

– Wie pan, wybór to miałem ja, bo miej­sce na apli­ka­cji miałem za­re­zer­wo­wa­ne od uro­dze­nia przez mo­je­go papę.

– Pan jest… pan jest tym de­tek­ty­wem?

– Tak, ten pan to ten de­tek­tyw – przy­taknął Smańko, bo Ja­cek aku­rat zajął się ogląda­niem pu­stych pla­sti­ko­wych skrzy­nek po na­po­jach, które były wy­sta­wio­ne obok. Następnie chwy­cił je, usta­wił trzy, jed­na na dru­giej przy ścia­nie obok zwi­sającego Łatki.

– No to