Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pan Pip - Lloyd Jones

 

 

Na podstawie tej powieści powstał dramat wojenny w reżyserii Andrew Adamsona.

W roli głównej wystąpił słynny Hugh Laurie!

Lata 90., wyspa Bouganville. Trzynastoletnia Matylda jest świadkiem traumatycznych wydarzeń. Z powodu wojny i rządowej blokady wyspę opuścił personel medyczny, nauczyciele i urzędnicy – mieszkańcy mogą być zdani jedynie na siebie. Gdy sytuacja stabilizuje się, pan Watts, ostatni biały człowiek na wyspie, wznawia działalność szkoły. Na zajęciach, na które uczęszcza również Matylda, odczytuje dzieciom rozdziały z Wielkich nadziei Charlesa Dickensa. Uczniowie z zapartym tchem śledzą losy bohatera książki, Pipa. Na dotkniętej wojną rajskiej wyspie fascynująca historia powoli przenika do rzeczywistości. Pewnego dnia, rozmarzona Matylda zapisuje na plaży imię bohatera. Sprawujące władzę wojska rozpoczynają poszukiwania tajemniczego przywódcy rebeliantów, Pipa, którego nikt nigdy nie widział.

Opinie o ebooku Pan Pip - Lloyd Jones

Fragment ebooka Pan Pip - Lloyd Jones

Lloyd Jo­nes

Pan Pip

prze­ło­żył Ja­cek Ko­niecz­ny

Wy­da­no zpo­mo­cą fi­nan­so­wą Cre­ati­ve New Ze­aland

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Mi­ster Pip

Co­py­ri­ght © 2006 by Lloyd Jo­nes. By ar­ran­ge­ment with the au­thor. All ri­ghts re­se­rved. First pu­bli­shed by The Text Pu­bli­shing Com­pa­ny Au­stra­lia.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Mo­jej ro­dzi­nie

Po­sta­cie wę­dru­ją.

Umber­to Eco

&

Wszy­scy mó­wi­li na nie­go Wy­trzeszcz. Na­wet w cza­sach gdy by­łam szczu­płą trzy­na­sto­lat­ką, mia­łam po­czu­cie, że o tym wie. Tyle że nic so­bie z nie­go nie ro­bił. Był zbyt za­ab­sor­bo­wa­ny po­waż­niej­szy­mi spra­wa­mi, aby zwra­cać uwa­gę na bo­so­no­gie dzie­ci.

Wy­glą­dał na czło­wie­ka, któ­ry kie­dyś był świad­kiem wiel­kich cier­pień lub ich do­świad­czył i nie po­tra­fi o nich za­po­mnieć. Wiel­kie oczy osa­dzo­ne w wiel­kiej gło­wie po­tra­fił wy­ba­łu­szyć bar­dziej niż kto­kol­wiek inny – wy­glą­da­ły, jak­by chcia­ły wy­sko­czyć z twa­rzy. Przy­po­mi­nał czło­wie­ka nie­cier­pli­wie cze­ka­ją­ce­go, aż wresz­cie wyj­dzie z domu.

Wy­trzeszcz co­dzien­nie ubie­rał się w ten sam bia­ły płó­cien­ny gar­ni­tur. W tro­pi­kal­nym upa­le ko­ści­ste ko­la­na wy­py­cha­ły prze­po­co­ne no­gaw­ki. Cza­sa­mi za­kła­dał nos klau­na. Już jego praw­dzi­wy nos był wiel­ki, więc czer­wo­na bul­wa tyl­ko nie­znacz­nie go po­więk­sza­ła, ale z nie­zna­nych nam po­wo­dów ro­bił to w nie­któ­re dni, być może w ja­kiś spo­sób dla nie­go szcze­gól­ne. Nig­dy nie wi­dzie­li­śmy go uśmiech­nię­te­go, a kie­dy za­kła­dał nos klau­na, lu­dzie od­wra­ca­li wzrok, po­nie­waż nie zna­li bar­dziej za­smu­ca­ją­ce­go wi­do­ku.

Na li­nie cią­gnął wó­zek, na któ­rym sta­ła pani Wy­trzesz­czo­wa. Przy­po­mi­na­ła kró­lo­wą lodu. Nie­mal wszyst­kie ko­bie­ty na na­szej wy­spie mia­ły roz­wi­chrzo­ne wło­sy – Gra­ce swo­je roz­cze­sy­wa­ła. Upię­te na czub­ku gło­wy z po­wo­dze­niem za­stę­po­wa­ły ko­ro­nę. Wy­glą­da­ła na nie­sa­mo­wi­cie dum­ną, jak­by nie mia­ła świa­do­mo­ści, że ma bose sto­py. Kto spoj­rzał na jej wiel­ki ty­łek, za­czy­nał się oba­wiać o los de­ski klo­ze­to­wej, my­ślał o jej mat­ce, po­ro­dzie i tym po­dob­nych rze­czach.

O dru­giej trzy­dzie­ści po po­łu­dniu pa­pu­gi przy­sia­da­ły w cie­niu drzew i spo­glą­da­ły na ludz­ki cień o jed­ną trze­cią dłuż­szy niż ja­ki­kol­wiek im zna­ny. Pan Wy­trzeszcz i pani Wy­trzesz­czo­wa, choć byli tyl­ko we dwo­je, star­cza­li za całą pro­ce­sję.

Młod­sze dzie­ci nie za­mie­rza­ły prze­ga­pić oka­zji i ru­sza­ły za nimi. Nasi ro­dzi­ce na to nie pa­trzy­li. Wo­le­li śle­dzić po­czy­na­nia ko­lo­nii mró­wek bu­szu­ją­cych na gni­ją­cej pa­pai. Nie­któ­rzy nie­ru­cho­mie­li z ma­cze­ta­mi w dło­niach, cze­ka­jąc na ko­niec wi­do­wi­ska. Młod­sze dzie­ci do­strze­ga­ły je­dy­nie bia­łe­go męż­czy­znę cią­gną­ce­go na wóz­ku czar­ną ko­bie­tę. Wi­dzia­ły to samo, co pa­pu­gi oraz psy, któ­re przy­sia­da­ły na wy­chu­dłych za­dkach i kła­pa­ły py­ska­mi, pró­bu­jąc zła­pać prze­la­tu­ją­ce mo­ski­ty. Star­sze dzie­ci, w tym ja, wy­czu­wa­ły do­dat­ko­wy kon­tekst tej sy­tu­acji. Cza­sa­mi do na­szych uszu do­cie­ra­ły strzęp­ki roz­mów. Pani Watts była zła jak gą­sior. Pan Watts naj­wy­raź­niej od­pra­wiał po­ku­tę za ja­kieś daw­ne prze­wi­nie­nie. A może po pro­stu prze­grał za­kład. Obo­je wpro­wa­dza­li odro­bi­nę nie­prze­wi­dy­wal­no­ści do na­sze­go pod każ­dym wzglę­dem prze­wi­dy­wal­ne­go świa­ta.

Pani Wy­trzesz­czo­wa trzy­ma­ła w dło­ni nie­bie­ską pa­ra­sol­kę, któ­rą chro­ni­ła się przed słoń­cem. Mó­wio­no, że była to je­dy­na pa­ra­sol­ka na ca­łej wy­spie. Nie pró­bo­wa­li­śmy się do­wie­dzieć, co w ta­kim ra­zie z tymi wszyst­ki­mi czar­ny­mi pa­ra­so­la­mi, któ­re wi­dy­wa­li­śmy u in­nych lu­dzi, ani wy­ja­śnić róż­ni­cy mię­dzy czar­ny­mi pa­ra­so­la­mi a pa­ra­sol­ką. Nie tyle oba­wia­li­śmy się wyjść na głup­ków, ile nie chcie­li­śmy spro­wa­dzić tej oso­bli­wo­ści na sza­ry, co­dzien­ny po­ziom. Uwiel­bia­li­śmy sło­wo „pa­ra­sol­ka” i nie za­mie­rza­li­śmy go stra­cić przez ja­kieś kre­tyń­skie py­ta­nia. Wie­dzie­li­śmy też, że kto­kol­wiek je zada, do­sta­nie w skó­rę i bę­dzie miał za swo­je.

Dzie­ci nie mie­li. A je­śli mie­li, mu­sia­ły do­ro­snąć i za­miesz­kać gdzie in­dziej, może w Ame­ry­ce albo w Au­stra­lii, albo w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Mie­li za to imio­na. Ona mia­ła na imię Gra­ce i po­dob­nie jak my była czar­na. On na­zy­wał się Tom Chri­stian Watts i był bia­ły jak biał­ka w oczach (ta­kie cho­ro­wi­te).

Na przy­ko­ściel­nym cmen­ta­rzu moż­na zna­leźć kil­ka an­giel­skich na­zwisk. Le­karz miesz­ka­ją­cy na dru­giej stro­nie wy­spy miał an­glo­sa­skie imię i na­zwi­sko, choć był czar­ny jak my. Dla­te­go choć zna­li­śmy prze­zwi­sko Wy­trzeszcz, mó­wi­li­śmy „pan Watts”, po­nie­waż było to je­dy­ne po­dob­nie brzmią­ce na­zwi­sko w oko­li­cy.

Miesz­ka­li w sta­rym bu­dyn­ku mi­sji, nie­wi­docz­nym z dro­gi. We­dług mamy w prze­szło­ści ota­cza­ła go tra­wa, ale po śmier­ci pa­sto­ra wła­dze zo­sta­wi­ły mi­sję odło­giem i ko­siar­ka po­kry­ła się rdzą. Nie mi­nę­ło wie­le cza­su, a oko­li­ca za­ro­sła krza­ka­mi i w ten spo­sób jesz­cze przed mo­imi na­ro­dzi­na­mi pań­stwo Wy­trzesz­czo­wie znik­nę­li z pola wi­dze­nia świa­ta. Wi­dy­wa­li­śmy ich tyl­ko wte­dy, kie­dy Wy­trzeszcz cią­gnął żonę w wóz­ku ni­czym sta­ra zmor­do­wa­na szka­pa wy­cią­ga­ją­ca wodę ze stud­ni. Wó­zek miał bam­bu­so­we ba­rier­ki. Pani Wy­trzesz­czo­wa opie­ra­ła na nich dło­nie.

Do ta­kich po­pi­sów po­trzeb­na jest wi­dow­nia, ale pani Wy­trzesz­czo­wa nie zwra­ca­ła na nas uwa­gi. Nie by­li­śmy god­ni. Zu­peł­nie jak­by­śmy nie ist­nie­li. Nie­spe­cjal­nie się tym przej­mo­wa­li­śmy. Bar­dziej in­te­re­so­wał nas pan Watts.

Wy­trzeszcz był je­dy­nym bia­łym czło­wie­kiem w pro­mie­niu wie­lu ki­lo­me­trów. Małe dzie­cia­ki wpa­try­wa­ły się w nie­go jak urze­czo­ne, aż w czar­nych dło­niach roz­ta­pia­ły im się kost­ki lodu. Star­sze dzie­ci prze­ła­my­wa­ły lęk i pu­ka­ły do drzwi, aby za­py­tać, czy mogą na­pi­sać o nim „wy­pra­co­wa­nie”. Kie­dy otwie­rał drzwi, nie­któ­re nie­ru­cho­mia­ły spa­ra­li­żo­wa­ne stra­chem. Zna­łam jed­ną star­szą dziew­czy­nę, któ­ra zo­sta­ła za­pro­szo­na do środ­ka. Nie każ­dy do­stę­po­wał tego za­szczy­tu. Cały dom wy­peł­nia­ły po­dob­no książ­ki. Po­pro­si­ła, żeby opo­wie­dział jej o swo­im ży­ciu. Sie­dzia­ła na krze­śle, po­ło­ży­ła przed sobą no­tes. On na­lał jej wodę do szklan­ki. Po­wie­dział: „Moje dziec­ko, spo­ro tego było. I pew­nie nie­jed­no mnie jesz­cze cze­ka”. Za­pi­sa­ła to w no­te­sie. Przy­nio­sła go na­wet do nas i po­ka­za­ła mi i mo­jej ma­mie. W ten spo­sób się o tym do­wie­dzia­łam.

Ko­lor skó­ry nie był je­dy­ną ce­chą, któ­ra czy­ni­ła Wy­trzesz­cza ta­jem­ni­czą po­sta­cią, nie­mniej był po­twier­dze­niem pew­nej praw­dy, w któ­rą świę­cie wie­rzy­li­śmy.

Do­ra­sta­li­śmy w prze­ko­na­niu, że wszyst­kie rze­czy waż­ne są bia­łe: lody, aspi­ry­na, wstąż­ka, księ­życ, gwiaz­dy. Bia­łe gwiaz­dy i księ­życ w peł­ni były waż­niej­sze w cza­sach mło­do­ści mo­je­go dziad­ka niż te­raz, kie­dy ko­rzy­sta­my z ge­ne­ra­to­rów elek­trycz­nych.

Kie­dy nasi przod­ko­wie zo­ba­czy­li pierw­szych bia­łych, po­my­śle­li, że pa­trzą na zja­wy albo lu­dzi, któ­rych do­tknę­ło nie­szczę­ście. Psy przy­sia­da­ły na tyl­nych ła­pach i otwie­ra­ły py­ski w ocze­ki­wa­niu na wi­do­wi­sko. My­śla­ły, że tra­fi­ła im się praw­dzi­wa grat­ka. Kto wie, może bia­li lu­dzie po­tra­fią wy­wi­jać fi­koł­ki do tyłu albo ro­bić sal­ta nad drze­wa­mi. Może po­dzie­lą się je­dze­niem. Psy za­wsze na to li­czą.

Pierw­szym bia­łym, któ­re­go zo­ba­czył mój dzia­dek, był roz­bi­tek. Męż­czy­zna do­pły­nął do pla­ży i po­pro­sił o kom­pas. Dzia­dek nie znał sło­wa „kom­pas”, ale wie­dział, że nie jest wła­ści­cie­lem cze­goś ta­kie­go. Wy­obra­żam go so­bie, jak przy­ci­ska dło­nie do bo­ków i się uśmie­cha. Nie chciał wyjść na głup­ka. Bia­ły czło­wiek za­py­tał o mapę. Dzia­dek i tym ra­zem nie wie­dział, o co cho­dzi, więc tyl­ko wska­zał na roz­cię­tą nogę męż­czy­zny. Dziw­ne, że re­ki­ny prze­pu­ści­ły taką oka­zję. Bia­ły czło­wiek za­py­tał, na jaki ląd wy­rzu­ci­ło go mo­rze. Tym ra­zem dzia­dek mógł po­móc. Wy­ja­śnił roz­bit­ko­wi, że tra­fił na wy­spę. Bia­ły czło­wiek za­py­tał, czy ta wy­spa ma ja­kąś na­zwę. Dzia­dek wy­po­wie­dział sło­wo, któ­re zna­czy w na­szym ję­zy­ku „wy­spa”. Kie­dy bia­ły czło­wiek po­pro­sił o wska­za­nie dro­gi do naj­bliż­sze­go skle­pu, dzia­dek wy­buch­nął śmie­chem. Wska­zał na pal­mę ko­ko­so­wą, a po­tem na roz­cią­ga­ją­cy się za męż­czy­zną po­twor­nie wiel­ki oce­an pe­łen ryb. Lu­bi­łam słu­chać tej opo­wie­ści.

Poza Wy­trzesz­czem, czy­li pa­nem Wat­t­sem, oraz gór­ni­ka­mi z Au­stra­lii wi­dzia­łam na wła­sne oczy tyl­ko kil­ku in­nych bia­łych. Zo­sta­li uwiecz­nie­ni na sta­rym fil­mie. W szko­le po­ka­za­no nam wi­zy­tę księ­cia cze­goś tam, sprzed wie­lu lat przed ty­siąc dzie­więć­set któ­rymś ro­kiem. Z pro­jek­to­ra nie wy­do­by­wał się ża­den dźwięk. Ob­ser­wo­wa­li­śmy, jak ksią­żę je. On i po­zo­sta­li bia­li męż­czyź­ni mie­li wąsy i bia­łe spodnie. Byli ubra­ni w za­pię­te pod szy­ję gar­ni­tu­ry. Sie­dze­nie na zie­mi nie szło im naj­le­piej i obi­ja­li się o sie­bie łok­cia­mi. Śmia­li­śmy się – wszyst­kie dzie­ci – z tych bia­łych, bo pró­bo­wa­li sie­dzieć na zie­mi tak samo, jak na krze­śle. Po­da­no im świń­skie nóż­ki w li­ściach ba­na­now­ca. Je­den z męż­czyzn w heł­mie o coś po­pro­sił. Nie wie­dzie­li­śmy o co, do­pó­ki nie przy­nie­sio­no mu bia­łej ser­wet­ki z ma­te­ria­łu. Wy­cie­rał nią usta. Za­ry­ki­wa­li­śmy się ze śmie­chu.

Ja wy­pa­try­wa­łam sce­ny, kie­dy miał się po­ja­wić dzia­dek. Był jed­nym z wy­chu­dzo­nych dzie­cia­ków ma­sze­ru­ją­cych boso w bia­łych ko­szu­lach; dru­gim od góry dziec­kiem w ludz­kiej pi­ra­mi­dzie ufor­mo­wa­nej przed bia­ły­mi męż­czy­zna­mi w heł­mach za­ja­da­ją­cy­mi świń­skie nóż­ki. W szko­le ka­za­no nam na­pi­sać wy­pra­co­wa­nie o tym, co obej­rze­li­śmy. Nie mia­łam po­ję­cia, o czym był film, więc na­pi­sa­łam o dziad­ku i przy­to­czy­łam opo­wieść o roz­bit­ku, któ­re­go zna­lazł wy­rzu­co­ne­go na pla­żę przy wio­sce jak ja­kaś roz­gwiaz­da. W tam­tych cza­sach miesz­kań­cy nie mie­li jesz­cze prą­du, bie­żą­cej wody ani nie od­róż­nia­li Mo­skwy od rumu.

&

U źró­deł hi­sto­rii, któ­rą za­mie­rzam opo­wie­dzieć, leży, jak są­dzę, nie­zna­jo­mość świa­ta ze­wnętrz­ne­go. Moja mama wie­dzia­ła tyl­ko tyle, ile usły­sza­ła od ostat­nie­go pa­sto­ra pod­czas ka­zań i roz­mów. Zna­ła ta­blicz­kę mno­że­nia i na­zwy sto­lic da­le­kich państw. Sły­sza­ła, że czło­wiek po­le­ciał na Księ­życ, choć ra­czej w to nie wie­rzy­ła. Nie lu­bi­ła chwa­li­pię­tów. Jesz­cze mniej po­do­ba­ła jej się myśl, że może zo­stać przy­ła­pa­na na nie­wie­dzy albo zro­bić z sie­bie idiot­kę. Nig­dy nie opu­ści­ła wy­spy Bo­uga­invil­le. Pa­mię­tam, że w moje ósme uro­dzi­ny za­py­ta­łam ją, ile ma lat. Szyb­ko od­wró­ci­ła twarz, a ja po raz pierw­szy w ży­ciu zda­łam so­bie spra­wę, że ją za­wsty­dzi­łam.

Zre­wan­żo­wa­ła się py­ta­niem.

– A jak są­dzisz?

Kie­dy mia­łam je­de­na­ście lat, oj­ciec po­le­ciał pra­co­wać w ko­pal­ni. Wcze­śniej ka­za­no mu przyjść do na­szej szko­ły i obej­rzeć fil­my o kra­ju, do któ­re­go się uda­wał. Do­wie­dział się, jak pa­rzyć her­ba­tę. Do fi­li­żan­ki na­le­wa­ło się naj­pierw mle­ko, z ko­lei pod­czas przy­go­to­wy­wa­nia płat­ków ku­ku­ry­dzia­nych mle­ko wle­wa­ło się na koń­cu. Mama wspo­mi­na­ła, że w tej ostat­niej spra­wie ska­ka­li so­bie z oj­cem do oczu jak ko­gu­ty.

Cza­sa­mi wi­dzia­łam, że wra­ca my­śla­mi do tych kłót­ni. Prze­ry­wa­ła to, co aku­rat ro­bi­ła, i mó­wi­ła: „Być może na­le­ża­ło sie­dzieć ci­cho. By­łam zbyt sil­na. Co o tym my­ślisz, dziec­ko?”. Były to rzad­kie chwi­le, gdy wy­ra­ża­ła au­ten­tycz­ne za­in­te­re­so­wa­nie tym, co mam do po­wie­dze­nia, a ja, po­dob­nie jak w przy­pad­ku py­ta­nia o wiek, za­wsze wie­dzia­łam, jaka od­po­wiedź po­pra­wi jej hu­mor.

Ojcu po­ka­za­no też inne fil­my. Zo­ba­czył sa­mo­cho­dy, cię­ża­rów­ki, sa­mo­lo­ty. En­tu­zjazm wzbu­dził w nim wi­dok au­to­strad, ale mina mu zrze­dła, gdy wy­świe­tlo­no pre­zen­ta­cję przej­ścia dla pie­szych. Na­le­ża­ło za­cze­kać, aż chło­piec w bia­łej kurt­ce pod­nie­sie znak z na­pi­sem: „Wol­no prze­cho­dzić”.

To wzbu­dzi­ło w nim iry­ta­cję. Na fil­mie wi­dać mnó­stwo dróg z wy­raź­nie wy­ty­czo­ny­mi kra­wę­dzia­mi, tym­cza­sem ja­kieś dzie­cia­ki w bia­łych kurt­kach kon­tro­lu­ją ruch za po­mo­cą zna­ków? Znów za­czę­li się kłó­cić. Mama stwier­dzi­ła, że u nas jest po­dob­nie. Czło­wiek nie może cho­dzić, gdzie mu się po­do­ba, bo może obe­rwać w ucho. Bo prze­cież, jak mówi Pi­smo Świę­te, na­wet je­śli czło­wiek sły­szał o nie­bie, nie przy­słu­gu­je mu au­to­ma­tycz­nie pra­wo wstę­pu.

Przez ja­kiś czas prze­cho­wy­wa­li­śmy ni­czym skarb pocz­tów­kę, któ­rą oj­ciec przy­słał z Town­svil­le. Oto, co na­pi­sał. Do­pó­ki sa­mo­lot nie scho­wał się w chmu­rach, miał oka­zję po raz pierw­szy obej­rzeć z góry miej­sce, w któ­rym miesz­ka­li­śmy. Znad mo­rza wi­dać było łań­cuch gór­skich szczy­tów. Nie mógł się na­dzi­wić, że wy­spa wy­da­je się nie więk­sza od kro­wie­go plac­ka. Ale to wszyst­ko mamy nie in­te­re­so­wa­ło. Chcia­ła wie­dzieć, czy do­sta­wał ko­per­ty z wy­pła­ta­mi.

Mie­siąc póź­niej przy­szła ko­lej­na pocz­tów­ka. Na­pi­sał, że ko­per­ty z wy­pła­ta­mi wi­szą na fa­brycz­nych kro­kwiach ni­czym owo­ce drze­wa chle­bo­we­go. To roz­strzy­gnę­ło spra­wę. Mie­li­śmy do nie­go do­łą­czyć, ale wła­śnie wte­dy Fran­cis Ona i jego re­be­lian­ci wy­po­wie­dzie­li woj­nę za­rząd­cy ko­pal­ni mie­dzi, przez co (wte­dy jesz­cze tego nie ro­zu­mia­łam) na na­szej wy­spie po­ja­wi­li się czer­wo­no­skó­rzy żoł­nie­rze z Port Mo­res­by. We­dług Port Mo­res­by two­rzy­my jed­no pań­stwo. Z na­szej per­spek­ty­wy wy­glą­da­ło to tak, że my je­ste­śmy czar­ni jak noc, a ich żoł­nie­rze wy­glą­da­ją, jak­by zo­sta­li ule­pie­ni z czer­wo­nej gle­by. Wła­śnie dla­te­go na­zy­wa­li­śmy ich czer­wo­no­skó­ry­mi.

Wie­ści o prze­bie­gu woj­ny roz­cho­dzą się w po­sta­ci skraw­ków do­my­słów i po­gło­sek. Plot­ka jest jej ulu­bie­ni­cą. Plot­ka, w któ­rą się wie­rzy lub któ­rą się igno­ru­je. Sły­sze­li­śmy, że nikt nie może się do­stać na wy­spę ani się z niej wy­do­stać. Mie­li­śmy wąt­pli­wo­ści, bo czy moż­na od­gro­dzić całe pań­stwo? Czym na­le­ża­ło­by je ob­wią­zać albo w co za­wi­nąć? Nie wie­dzie­li­śmy, w co wie­rzyć. Póź­niej przy­by­li czer­wo­no­skó­rzy żoł­nie­rze i do­wie­dzie­li­śmy się o blo­ka­dzie.

Ota­cza­ło nas mo­rze. Ka­no­nier­ki czer­wo­no­skó­rych pa­tro­lo­wa­ły wy­brze­że, w po­wie­trzu la­ta­ły ich he­li­kop­te­ry. Nie po­tra­fi­li­śmy so­bie wy­ro­bić zda­nia o tych zda­rze­niach, po­nie­waż bra­ko­wa­ło nam ga­zet i ra­dia. By­li­śmy uza­leż­nie­ni od wia­do­mo­ści prze­ka­zy­wa­nych ust­nie. Czer­wo­no­skó­rzy chcie­li spa­cy­fi­ko­wać wy­spę i stłu­mić opór re­be­lian­tów. A przy­najm­niej ta­kie in­for­ma­cje do nas do­cie­ra­ły. „A niech so­bie tłu­mią”, stwier­dzi­ła mama. Zu­peł­nie nas to nie ob­cho­dzi­ło. Mie­li­śmy ryby. Mie­li­śmy na­sze kur­cza­ki. Mie­li­śmy na­sze owo­ce. Mie­li­śmy wszyst­ko to, co daw­niej. Zwo­len­nik re­be­lian­tów mógł­by jesz­cze do­dać: „Mie­li­śmy dumę”.

Pew­nej nocy świa­tła zga­sły na do­bre. Skoń­czy­ło się pa­li­wo do ge­ne­ra­to­rów. Mó­wio­no, że re­be­lian­ci wła­ma­li się do szpi­ta­la w nad­mor­skim mie­ście Ara­wa i za­bra­li cały sprzęt me­dycz­ny oraz le­kar­stwa. Wia­do­mość ta moc­no za­nie­po­ko­iła na­sze mamy. Wkrót­ce naj­mniej­sze dzie­ci za­cho­ro­wa­ły na ma­la­rię, a my nie mo­gli­śmy im w ża­den spo­sób po­móc. Po­cho­wa­li­śmy je i od­cią­gnę­li­śmy łka­ją­ce mat­ki od ma­leń­kich gro­bów.

Trzy­ma­li­śmy się bli­sko na­szych mam. Po­ma­ga­li­śmy w ogro­dach. Ba­wi­li­śmy się w pod­cho­dy mię­dzy drze­wa­mi wzno­szą­cy­mi się na­wet na sto me­trów w górę. Ta­pla­li­śmy się w stru­mie­niach spły­wa­ją­cych ka­ska­da­mi po stro­mych gór­skich zbo­czach. Od­kry­wa­li­śmy je­zior­ka, w któ­rych mo­gli­śmy zo­ba­czyć na­sze roz­ko­ły­sa­ne fi­glar­ne twa­rze. Ką­pa­li­śmy się w mo­rzu. Na słoń­cu na­sza czar­na skó­ra sta­wa­ła się jesz­cze bar­dziej czar­na.

Prze­sta­li­śmy cho­dzić do szko­ły, kie­dy nasi na­uczy­cie­le od­pły­nę­li ostat­nim stat­kiem do Ra­baul. Ostat­nim stat­kiem. Na te sło­wa opa­dły nam szczę­ki. Gdy­by­śmy chcie­li wy­do­stać się w wy­spy, mu­sie­li­by­śmy na­uczyć się cho­dzić po wo­dzie.

Ku po­wszech­ne­mu zdu­mie­niu Wy­trzeszcz nie wy­je­chał. Pani Watts po­cho­dzi­ła co praw­da z wy­spy, ale mógł­by za­brać ją ze sobą. Inni bia­li tak po­stą­pi­li. Za­bra­li swo­je żony i dziew­czy­ny. Ale to oczy­wi­ście byli lu­dzie za­trud­nie­ni na kon­trak­tach.

Nikt nie wie­dział, czym zaj­mo­wał się Wy­trzeszcz. Ży­li­śmy w prze­ko­na­niu, że nig­dzie nie pra­cu­je. Przez więk­szość cza­su po­zo­sta­wał nie­wi­dzial­ny.

Na­sze domy cią­gnę­ły się wzdłuż pla­ży nie­rów­nym sze­re­giem; ze wszyst­kich roz­cią­gał się wi­dok na mo­rze. Drzwi i okna zo­sta­wia­no za­wsze otwar­te, więc czę­sto sły­sza­ło się roz­mo­wy są­sia­dów. Nikt nie wie­dział, o czym roz­ma­wia­ją ze sobą pań­stwo Wat­t­so­wie, po­nie­waż sta­ra mi­sja, gdzie miesz­ka­li, znaj­do­wa­ła się w znacz­nej od­le­gło­ści od po­zo­sta­łych trzy­dzie­stu do­mów.

Cza­sa­mi wi­dy­wa­li­śmy pana Wat­t­sa na koń­cu pla­ży, kie­dy in­dziej mi­ga­ły nam w od­da­li jego ple­cy. Za­sta­na­wia­li­śmy się wte­dy, skąd szedł i co ro­bił. Do­dat­ko­wą oka­zją były oczy­wi­ście te dziw­ne pro­ce­sje. Wat­t­so­wie wy­ła­nia­li się z bu­szu nie­opo­dal bu­dyn­ku szko­ły, a kie­dy do­cie­ra­li na skraj wio­ski, spo­mię­dzy do­mów wy­cho­dzi­ły im na spo­tka­nie kury i ko­gu­ty. Na dru­gim koń­cu sze­re­gu do­mów pan Watts prze­cią­gał wó­zek z żoną przez wy­bo­isty płat tra­wy i mi­jał za­gro­dy dla świń, kie­ru­jąc się w stro­nę za­ro­śli. Sie­dzie­li­śmy na drze­wach, cze­ka­jąc, aż prze­ja­dą pod na­szy­mi dyn­da­ją­cy­mi no­ga­mi. Mie­li­śmy na­dzie­ję, że pan Watts zro­bi so­bie prze­rwę i za­mie­ni kil­ka słów z żoną; żad­ne z nas nie było nig­dy świad­kiem ich roz­mo­wy. Po­dej­rze­wa­li­śmy, że aby przy­cią­gnąć uwa­gę pani Watts, na­le­ża­ło się po­słu­gi­wać wiel­ki­mi, ol­brzy­mi­mi sło­wa­mi ukła­da­ją­cy­mi się w se­rię grzmo­tów.

Ła­two było uznać ją za wa­riat­kę. Pan Watts był więk­szą za­gad­ką, po­nie­waż po­cho­dził ze świa­ta, któ­re­go w za­sa­dzie nie zna­li­śmy. Mama twier­dzi­ła, że jego ple­mię o nim za­po­mnia­ło. W prze­ciw­nym ra­zie nie zo­sta­wi­li­by na pa­stwę losu pra­cow­ni­ka du­żej fir­my.

Nie zda­wa­łam so­bie spra­wy z wpły­wu szko­ły na na­sze ży­cie, do­pó­ki nie zo­sta­ła za­mknię­ta. Rok szkol­ny wy­zna­czał nam upływ cza­su – po­czą­tek i ko­niec se­me­stru oraz wci­śnię­te mię­dzy nie wa­ka­cje. Od­kąd mo­gli­śmy cie­szyć się wol­no­ścią, nie wie­dzie­li­śmy, co ze sobą ro­bić. Rano nie bu­dzi­ły nas ude­rze­nia mio­tły po ple­cach ani krzy­ki na­szych mam: „Ru­szże się! Ru­szże się, le­niu!”.

Nadal bu­dzi­li­śmy się bla­dym świ­tem, ale mo­gli­śmy le­żeć, przy­słu­chu­jąc się po­war­ku­ją­cym przez sen psom oraz bzy­cze­niu mo­ski­tów, któ­rych oba­wia­li­śmy się bar­dziej niż czer­wo­no­skó­rych i re­be­lian­tów.

Na­uczy­li­śmy się pod­słu­chi­wać ro­dzi­ców, co wię­cej – uda­wa­ło nam się zo­ba­czyć rze­czy, któ­re daw­niej zna­li­śmy wy­łącz­nie ze sły­sze­nia. By­li­śmy przy­zwy­cza­je­ni do he­li­kop­te­rów czer­wo­no­skó­rych, któ­re krą­ży­ły w chmu­rach nad gór­ski­mi szczy­ta­mi. Te­raz prze­la­ty­wa­ły wprost nad na­szy­mi gło­wa­mi, zmie­rza­jąc nad otwar­te mo­rze. He­li­kop­ter le­ciał po li­nii pro­stej, aż osią­gnął pe­wien punkt, po czym za­wra­cał, jak­by cze­goś za­po­mniał. Kie­dy wy­ko­ny­wa­ły zwrot, były drob­ny­mi punk­ci­ka­mi na ho­ry­zon­cie. Nie wi­dzie­li­śmy lu­dzi, któ­rych, jak się mó­wi­ło, wy­rzu­ca­no do mo­rza. Czer­wo­no­skó­rzy wy­py­cha­li schwy­ta­nych re­be­lian­tów przez otwar­te drzwi he­li­kop­te­ra; lu­dzie spa­da­li do wody, wy­ma­chu­jąc roz­pacz­li­wie rę­ka­mi i no­ga­mi. Kie­dy na­sze mamy i oj­co­wie mil­kli na nasz wi­dok, ro­zu­mie­li­śmy, że do­szło do ja­kiejś no­wej po­twor­no­ści, któ­rej szcze­gó­łów jesz­cze nie zna­my.

Mi­ja­ły ko­lej­ne ty­go­dnie. W koń­cu zro­zu­mie­li­śmy, cze­mu ma słu­żyć ten cały wol­ny czas. Mie­li­śmy go wy­ko­rzy­stać na cze­ka­nie. Cze­ka­li­śmy na czer­wo­no­skó­rych żoł­nie­rzy albo na re­be­lian­tów – nie wie­dzie­li­śmy tyl­ko, któ­rzy zja­wią się pierw­si. A upły­nę­ło na­praw­dę wie­le cza­su, za­nim przy­by­li do na­szej wio­ski. Po­tra­fię na­wet do­kład­nie okre­ślić, kie­dy do tego do­szło, po­nie­waż wła­śnie tym się wte­dy zaj­mo­wa­łam – od­mie­rza­łam czas. Na trzy dni przed mo­imi czter­na­sty­mi uro­dzi­na­mi czer­wo­no­skó­rzy po raz pierw­szy przy­szli do na­szej wio­ski. Czte­ry ty­go­dnie póź­niej zja­wi­li się re­be­lian­ci. Za­nim jed­nak do­szło do tych fa­tal­nych w skut­kach wy­da­rzeń, w na­szym ży­ciu za­go­ścił Wy­trzeszcz i jego żona Gra­ce.

&

– Ru­szże się, Ma­tyl­do! – za­wo­ła­ła mama pew­ne­go po­ran­ka. – Idziesz dziś do szko­ły.

Mu­sia­ło jej to spra­wić ra­dość. Samo wy­po­wie­dze­nie tych słów wy­raź­nie po­pra­wi­ło jej hu­mor. Zu­peł­nie jak­by­śmy wró­ci­ły do daw­nej, spraw­dzo­nej ru­ty­ny. W od­róż­nie­niu od mamy wie­dzia­łam, że była aku­rat śro­da. Trzy­ma­łam pod matą ołó­wek, a na na­roż­nym palu wi­siał ka­len­darz. Od ostat­nie­go dnia w szko­le mi­nę­ło osiem­dzie­siąt sześć dni.

Mama szur­nę­ła mi mio­tłą koło gło­wy. Krzyk­nę­ła na ko­gu­ta, któ­ry wle­ciał przez drzwi.

– Ale prze­cież nie mamy na­uczy­cie­li – za­pro­te­sto­wa­łam.

Przez twarz mamy prze­biegł uśmiech.

– Wy­obraź so­bie, że uczyć was bę­dzie Wy­trzeszcz.

Bo­uga­invil­le to jed­no z naj­żyź­niej­szych miejsc na zie­mi. Wy­star­czy­ło rzu­cić w gle­bę na­sion­ko, a trzy mie­sią­ce póź­niej ro­sła w tym miej­scu ro­śli­na z lśnią­cy­mi zie­lo­ny­mi li­ść­mi. Gdy­by nie ma­cze­ty, nie mie­li­by­śmy na­wet skraw­ka zie­mi do ży­cia. Busz speł­zł­by ze wzgórz i po­grze­bał na­sze wio­ski pod gru­bą war­stwą kwia­tów i pną­czy.

Ktoś mógł­by po­my­śleć, że nig­dy nie cho­dzi­li­śmy do szko­ły. Pną­cza oplo­tły gę­sto dwa drze­wa, po­kry­wa­jąc je fio­le­to­wy­mi i czer­wo­ny­mi kwia­ta­mi, jak­by chcia­ły im osło­dzić pod­bój. Z drzew prze­sko­czy­ły na dach szko­ły, wdar­ły się przez okna i roz­peł­zły po su­fi­cie. Gdy­by zo­sta­wić szko­łę na ko­lej­nych sześć mie­się­cy, zu­peł­nie by znik­nę­ła.

Do kla­sy przy­szły dzie­ci w naj­róż­niej­szym wie­ku: od sied­miu do pięt­na­stu lat. Na­li­czy­łam dwa­dzie­ścio­ro uczniów, mniej wię­cej po­ło­wę daw­nej kla­sy. Dwóch star­szych chło­pa­ków ucie­kło w góry i przy­łą­czy­ło się do re­be­lian­tów. Trzy ro­dzi­ny od­pły­nę­ły ostat­nim stat­kiem do Ra­baul. Przy­czy­ny nie­obec­no­ści po­zo­sta­łych nie zna­łam. Może nie do­tar­ła do nich wia­do­mość o otwar­ciu szko­ły. W na­stęp­nych ty­go­dniach po­ja­wi­ło się jesz­cze kil­ku chłop­ców.

W kla­sie cze­kał na nas Wy­trzeszcz. Pa­no­wa­ły tam nie­mal zu­peł­ne ciem­no­ści, mimo to wi­dzie­li­śmy wy­so­ką, chu­dą syl­wet­kę bia­łe­go męż­czy­zny ubra­ne­go w lnia­ny gar­ni­tur. Stał na przo­dzie kla­sy i spo­glą­dał w bok, jak­by nie­świa­do­my na­szych lu­stru­ją­cych spoj­rzeń. Wszy­scy by­li­śmy cie­ka­wi, czy ma czer­wo­ny nos klau­na. Nie miał. Jego wy­gląd zmie­nił się od cza­su, gdy wi­dzia­łam go po raz ostat­ni. Za­pu­ścił dłu­gie, się­ga­ją­ce nie­mal ra­mion wło­sy. Wcze­śniej ści­nał je na krót­ko, przez co nie wie­dzie­li­śmy nic o ru­dych i si­wych pa­sem­kach. Dłu­ga bro­da się­ga­ła klat­ki pier­sio­wej.

Na­szą ostat­nią na­uczy­ciel­ką była pani Siau. Była drob­ną ko­bie­tą, nie­wie­le więk­szą od młod­szych dzie­ci. Te­raz Wy­trzeszcz zaj­mo­wał jej miej­sce i wy­da­wał się nie­do­pa­so­wa­ny ga­ba­ry­ta­mi do roz­mia­rów kla­sy. Bia­łe dło­nie oparł po bo­kach. Nie pa­trzył, jak wcho­dzi­my przez drzwi, tyl­ko stał ze wzro­kiem utkwio­nym w ja­kimś punk­cie z tyłu sali. Jego oczy były nie­ru­cho­me – nie drgnę­ły na­wet wte­dy, kie­dy w kla­sie po­ja­wił się czar­ny pies mer­da­ją­cy ogo­nem. To aku­rat po­dzia­ła­ło na nas po­krze­pia­ją­co, po­nie­waż pani Siau kla­snę­ła­by w dło­nie i prze­go­ni­ła­by zwie­rzę kop­nia­kiem w za­dek.

Choć wró­ci­łam do szko­ły, czu­łam się nie­swo­jo, jak­bym tra­fi­ła w inne miej­sce. Być może dla­te­go, że pró­bo­wa­li­śmy do­sto­so­wać się do daw­ne­go ży­cia, któ­re prze­sta­ło ist­nieć, a przy­najm­niej wy­glą­da­ło in­a­czej, niż je za­pa­mię­ta­li­śmy. Wszy­scy zna­leź­li swo­je sta­re ław­ki, ale na­wet one wy­da­wa­ły się inne. Zna­jo­my był tyl­ko chłod­ny do­tyk gład­kiej drew­nia­nej bel­ki, o któ­rą opie­ra­łam tyły nóg. Nikt nie roz­glą­dał się po kla­sie, wszy­scy sie­dzie­li wpa­trze­ni w no­we­go, nie­spo­dzie­wa­ne­go na­uczy­cie­la. A jemu naj­wy­raź­niej to nie prze­szka­dza­ło. Do­pie­ro kie­dy wszyst­kie dzie­ci za­ję­ły miej­sca, Wy­trzeszcz prze­bu­dził się z transu.

Spoj­rzał na nas, za­trzy­mu­jąc krót­ko wzrok na każ­dej twa­rzy. Chciał się zo­rien­to­wać, kto przy­szedł. Na ko­niec ski­nął gło­wą. Po­tem spoj­rzał na zie­lo­ne pną­cze zwi­sa­ją­ce z su­fi­tu. Wy­cią­gnął rękę, ze­rwał je i zgniótł w dło­ni, jak­by to była kart­ka pa­pie­ru.

Nig­dy wcze­śniej nie sły­sza­łam jego gło­su i z tego co wie­dzia­łam, nikt inny z kla­sy też go nie sły­szał. Trud­no mi okre­ślić, cze­go się spo­dzie­wa­łam, ale oka­zał się za­ska­ku­ją­co ci­chy. Wy­trzeszcz był po­tęż­nie zbu­do­wa­nym męż­czy­zną i gdy­by krzyk­nął, jak to ro­bi­ły na­sze mamy, su­fit za­wa­lił­by nam się na gło­wę. Tym­cza­sem on mó­wił tak, jak­by zwra­cał się do każ­de­go z nas z osob­na.

– Chciał­bym, aby ta kla­sa była miej­scem oświe­ce­nia – po­wie­dział. – Nie­za­leż­nie od tego, co się zda­rzy.

Prze­rwał, da­jąc nam czas na prze­my­śle­nie tych słów. Kie­dy nasi ro­dzi­ce mó­wi­li o przy­szło­ści, da­wa­li do zro­zu­mie­nia, że bę­dzie czymś lep­szym od ży­cia, któ­re zna­li­śmy. Po raz pierw­szy usły­sze­li­śmy, że przy­szłość jest nie­pew­na, a że ob­wie­ścił nam to ktoś po­cho­dzą­cy spo­za na­sze­go świa­ta, wi­zja ta wy­da­wa­ła się bar­dziej praw­do­po­dob­na. Wo­dził wzro­kiem po kla­sie. Je­że­li szu­kał oznak sprze­ci­wu, nie do­strzegł żad­nych.

– Mu­si­my upo­rząd­ko­wać to po­miesz­cze­nie i spra­wić, aby nada­wa­ło się do na­uki – oświad­czył. – Niech wy­glą­da jak nowe.

Jego wiel­kie oczy zwró­ci­ły się z po­wro­tem w stro­nę otwar­te­go, przy­sło­nię­te­go zie­le­nią okna, a ja do­pie­ro wte­dy za­uwa­ży­łam, że ma pod szy­ją kra­wat – wą­ski, czar­ny, ele­ganc­ki. Nie za­piął ostat­nie­go gu­zi­ka ko­szu­li, uła­twia­jąc so­bie od­dy­cha­nie. Uniósł de­li­kat­ną bia­łą dłoń i po­pra­wił kra­wat. Zwró­cił się zno­wu w na­szą stro­nę i uniósł brew.

– Tak? – za­py­tał.

Spoj­rze­li­śmy po so­bie i ski­nę­li­śmy gło­wa­mi.

– Tak, pa­nie Watts – ode­zwał się ktoś przy­tom­nie.

– Tak, pa­nie Watts – po­wtó­rzy­li­śmy wszy­scy chó­rem.

Uniósł pa­lec, jak­by wła­śnie przy­po­mniał so­bie o czymś waż­nym.

– Wiem, że nie­któ­rzy z was mó­wią na mnie Wy­trzeszcz. Nic w tym złe­go. Wy­trzeszcz mi się po­do­ba.

I wte­dy po raz pierw­szy, od­kąd wi­dy­wa­łam go cią­gną­ce­go wó­zek z pa­nią Wy­trzesz­czo­wą, uśmiech­nął się. Póź­niej już nig­dy nie na­zy­wa­łam go Wy­trzesz­czem.

Za­bra­li­śmy się do sprzą­ta­nia. Ścią­gnię­cie z da­chu roz­kwi­tłe­go pną­cza oka­za­ło się dość ła­twe. Naj­wy­raź­niej ro­zu­mia­ło, jaki nie­uchron­ny los je cze­ka, i dla­te­go nie sta­wia­ło zbyt­nie­go opo­ru. Od­cią­gnę­li­śmy je od bu­dyn­ku i wrzu­ci­li­śmy do ogni­ska; pa­li­ło się, wy­dzie­la­jąc gę­sty, bia­ły dym. Pan Watts wy­słał kil­ko­ro dzie­ci po mio­tły. Oczy­ści­li­śmy nimi kla­sę. Po po­łu­dniu ni­sko wi­szą­ce słoń­ce pod­świe­tli­ło pa­ję­czy­ny. Usu­nę­li­śmy je szyb­ko rę­ka­mi.

Pierw­szy dzień szko­ły spra­wił nam wie­le ra­do­ści. Pan Watts miał nas cały czas na oku. Po­zwa­lał nam się wy­sza­leć, ale kie­dy za­bie­rał głos, słu­cha­li­śmy w mil­cze­niu.

W koń­cu usie­dli­śmy z po­wro­tem w ław­kach, cze­ka­jąc, aż po­zwo­li nam się ro­zejść do do­mów. Prze­mó­wił tym sa­mym ci­chym gło­sem, któ­rym za­sko­czył nas na po­cząt­ku dnia.

– Chciał­bym, że­by­ście coś zro­zu­mie­li. Nie je­stem na­uczy­cie­lem, ale dam z sie­bie wszyst­ko. To aku­rat mogę wam obie­cać. Wie­rzę, że z po­mo­cą wa­szych ro­dzi­ców bę­dzie­my w sta­nie do­ko­nać cze­goś waż­ne­go.

Prze­rwał, jak­by do gło­wy przy­szła mu nie­spo­dzie­wa­na myśl. Naj­wy­raź­niej tak się rze­czy­wi­ście sta­ło, po­nie­waż ka­zał nam wyjść na śro­dek kla­sy, sta­nąć w krę­gu, a na­stęp­nie chwy­cić się za dło­nie albo wziąć pod ręce.

Ci z nas, któ­rzy sły­sze­li ka­za­nia pa­sto­ra i orien­to­wa­li się w ce­re­mo­niach ko­ściel­nych, za­mknę­li oczy i opu­ści­li ni­sko gło­wy. Ale pan Watts nie za­czął od­ma­wiać mo­dli­twy ani wy­gła­szać ka­za­nia, tyl­ko po­dzię­ko­wał nam wszyst­kim za obec­ność.

– Nie by­łem pe­wien, czy przyj­dzie­cie – przy­znał. – Nie chcę was zwo­dzić. Nie po­sia­dam żad­nej mą­dro­ści, choć­by naj­mniej­szej. Praw­da jest taka, że mo­że­my li­czyć wy­łącz­nie na sie­bie. Och, no i oczy­wi­ście na pana Dic­ken­sa.

Kim był pan Dic­kens? I dla­cze­go nig­dy wcze­śniej go nie spo­tka­li­śmy w wio­sce za­miesz­ka­nej przez nie­ca­łe sześć­dzie­siąt osób? Nie­któ­re star­sze dzie­ci pró­bo­wa­ły uda­wać, że wie­dzą, o kogo cho­dzi. Je­den chło­pak stwier­dził na­wet, że pan Dic­kens był przy­ja­cie­lem jego wuj­ka, a wi­dząc na­sze za­in­try­go­wa­ne spoj­rze­nia, do­dał, że na­wet go kie­dyś po­znał. Ko­lej­ne py­ta­nia po­zwo­li­ły szyb­ko oba­lić to twier­dze­nie i chwa­li­pię­ta zmył się jak nie­pysz­ny. Oka­za­ło się, że nikt nie zna pana Dic­ken­sa.

– Ju­tro po­zna­my pana Dic­ken­sa – ob­wie­ści­łam po po­wro­cie do domu.

Mama prze­rwa­ła za­mia­ta­nie.

– To na­zwi­sko bia­łe­go męż­czy­zny – stwier­dzi­ła po na­my­śle. Po­trzą­snę­ła gło­wą i splu­nę­ła na ze­wnątrz przez drzwi. – Nie, Ma­tyl­do, mu­sia­łaś źle usły­szeć. Wy­trzeszcz to ostat­ni bia­ły czło­wiek na wy­spie. In­ne­go nie ma.

– Pan Watts twier­dzi, że jest.

Sły­sza­łam do­kład­nie sło­wa pana Wat­t­sa, w tym obiet­ni­cę, że za­wsze bę­dzie z nami szcze­ry. Sko­ro za­tem za­po­wie­dział, że po­zna­my pana Dic­ken­sa, by­łam pew­na, że tak się sta­nie. Nie mo­głam się do­cze­kać, kie­dy zo­ba­czę in­ne­go bia­łe­go męż­czy­znę. Nie przy­szło mi na­wet do gło­wy, żeby za­py­tać, gdzie pan Dic­kens się ukry­wa, ale nie mia­łam żad­nych po­wo­dów, aby wąt­pić w sło­wa pana Wat­t­sa.

Mama mu­sia­ła zmie­nić zda­nie w nocy, po­nie­waż na­stęp­ne­go ran­ka przy­wo­ła­ła mnie do sie­bie, kie­dy wy­bie­ga­łam do szko­ły.

– Ma­tyl­do, gdy­byś mia­ła oka­zję, za­py­taj tego ca­łe­go pana Dic­ken­sa, czy nie na­pra­wił­by nam ge­ne­ra­to­ra.

Wszyst­kie po­zo­sta­łe dzie­ci przy­szły do szko­ły z po­dob­ny­mi za­le­ce­nia­mi. Mia­ły po­pro­sić pana Dic­ken­sa o pa­styl­ki na ma­la­rię, aspi­ry­nę, pa­li­wo do ge­ne­ra­to­rów, piwo, naf­tę, świecz­ki wo­sko­we. Usie­dli­śmy w ław­kach z li­sta­mi próśb i cze­ka­li­śmy, aż pan Watts przed­sta­wi nam pana Dic­ken­sa. Ten ostat­ni jesz­cze nie przy­szedł. W szko­le za­sta­li­śmy tyl­ko pana Wat­t­sa, któ­ry po­dob­nie jak dzień wcze­śniej stał na środ­ku kla­sy. Uzna­łam, że nad czymś duma, po­nie­waż tyl­na ścia­na nie mo­gła kryć w so­bie żad­nych no­wych ta­jem­nic. My skie­ro­wa­li­śmy wzrok na okno. Nie za­mie­rza­li­śmy prze­ga­pić mo­men­tu, kie­dy przej­dzie za nim bia­ły czło­wiek.

Na tle nie­bie­skie­go nie­ba od­ci­na­ły się ro­sną­ce na pla­ży pal­my. Tur­ku­so­we mo­rze było tak spo­koj­ne, że po­zo­sta­wa­ło w za­sa­dzie nie­wi­docz­ne. W po­ło­wie ho­ry­zon­tu znaj­do­wa­ła się ka­no­nier­ka czer­wo­no­skó­rych. Przy­po­mi­na­ła sza­rą mysz mor­ską – peł­zła wzdłuż brze­gu z dzia­ła­mi wy­ce­lo­wa­ny­mi w na­szą stro­nę. Z gór do­bie­ga­ły od cza­su do cza­su od­gło­sy strza­łów. By­li­śmy do nich przy­zwy­cza­je­ni. Re­be­lian­ci cza­sa­mi te­sto­wa­li od­re­stau­ro­wa­ną broń, zresz­tą na­wet gdy­by była to strze­la­ni­na, mu­sia­ła mieć miej­sce znacz­nie da­lej, niż mo­gło się wy­da­wać. Na­uczy­li­śmy się, że woda wzmac­nia siłę dźwię­ku. Od­gło­sy strza­łów zle­wa­ły się z chó­rem chrzą­ka­ją­cych świń i skrze­czą­cych pta­ków.

Cze­ka­li­śmy, aż pan Watts prze­bu­dzi się z za­my­śle­nia, a ja w tym cza­sie zlo­ka­li­zo­wa­łam na su­fi­cie trzy żół­to­zie­lo­ne ge­ko­ny i jed­ne­go bla­de­go. Ptak z ro­dzi­ny kwia­tó­wek wle­ciał przez otwar­te okno i wy­le­ciał z po­wro­tem na dwór. Zda­rze­nie to przy­ku­ło na­szą uwa­gę, bo gdy­by­śmy mie­li pod ręką sieć, mo­gli­by­śmy go zła­pać i zjeść. Kie­dy ptak wy­le­ciał przez okno, pan Watts za­czął czy­tać.

Nikt nie czy­tał mi wcze­śniej po an­giel­sku. In­nym też. W do­mach nie mie­li­śmy ksią­żek, a przed wpro­wa­dze­niem blo­ka­dy do­cie­ra­ły do nas wy­łącz­nie książ­ki z Mo­res­by, a one były na­pi­sa­ne w pi­dżyn. Kie­dy pan Watts za­czął czy­tać, wszy­scy umil­kli­śmy. W na­szym świe­cie po­ja­wił się nowy dźwięk. Czy­tał po­wo­li, dzię­ki cze­mu sły­sze­li­śmy kształt każ­de­go­sło­wa.

Na­zwi­sko mo­je­go ojca brzmia­ło Pir­rip, a mnie dano imię Fi­lip. Mój dzie­cin­ny ję­zyk nie po­tra­fił od­dać wy­raź­nie tych dwu dźwię­ków i sta­piał je w krót­kie mia­no Pip. Na­zwa­łem więc sam sie­bie Pi­pem i wszy­scy za­czę­li mnie tak na­zy­wać1.

Tak bez ostrze­że­nia. Pan Watts po pro­stu za­czął czy­tać. Sie­dzia­łam w ław­ce w przed­ostat­nim rzę­dzie. Gil­bert Ma­soi przede mną za­sła­niał mi cały wi­dok swo­imi gru­by­mi ra­mio­na­mi i wiel­ką gło­wą po­kry­tą weł­ni­stą czu­pry­ną. Dla­te­go w pierw­szej chwi­li są­dzi­łam, że pan Watts opo­wia­da o so­bie. Że to on ma na imię Pip. Do­pie­ro kie­dy za­czął krą­żyć mię­dzy ław­ka­mi, do­strze­głam w jego ręku książ­kę.

On czy­tał, a my słu­cha­li­śmy. Mi­nę­ło tro­chę cza­su, za­nim prze­rwał, ale kie­dy na nas spoj­rzał, nadal sie­dzie­li­śmy w mil­cze­niu. Po­tok słów ustał. Po­wo­li po­wró­ci­li­śmy do swo­ich ciał i ży­wo­tów.

Pan Watts za­mknął książ­kę i uniósł ją wy­so­ko w górę, jak­by był pa­sto­rem dzier­żą­cym w dło­ni Bi­blię. Z uśmie­chem na ustach ro­zej­rzał się po kla­sie.

– Prze­czy­ta­łem wam pierw­szy roz­dział Wiel­kich na­dziei, naj­lep­szej po­wie­ści na­pi­sa­nej przez naj­wy­bit­niej­sze­go an­giel­skie­go pi­sa­rza dzie­więt­na­ste­go wie­ku, Ka­ro­la Dic­ken­sa.

Oka­za­li­śmy się głu­pi jak nie­to­pe­rze. Spo­dzie­wa­li­śmy się, że fak­tycz­nie po­zna­my czło­wie­ka o na­zwi­sku Dic­kens. Pan Watts naj­wy­raź­niej do­my­ślił się, o czym my­śli­my.

– Kie­dy czy­ta­my dzie­ło wiel­kie­go pi­sa­rza – za­uwa­żył – to tak, jak­by­śmy go oso­bi­ście po­zna­wa­li. Mo­że­cie mó­wić, że po­zna­li­ście pana Dic­ken­sa na pa­pie­rze, je­śli moż­na się tak wy­ra­zić. Ale jesz­cze go nie zna­cie.

Jed­na z młod­szych dziew­czy­nek, Ma­bel, pod­nio­sła rękę. W pierw­szej chwi­li po­my­śle­li­śmy, że pan Watts jej nie za­uwa­żył, bo da­lej mó­wił, nie zwa­ża­jąc na ma­cha­ją­cą w dole dłoń.

– Chcę, że­by­ście za­da­wa­li py­ta­nia, choć nie mogę obie­cać, że za­wsze będę umiał na nie od­po­wie­dzieć. Pa­mię­taj­cie o tym – po­wie­dział. – A kie­dy pod­no­si­cie rękę, żeby mnie o coś za­py­tać, bądź­cie tak mili i przed­staw­cie się.

Ski­nął gło­wą w stro­nę Ma­bel. Ona naj­wy­raź­niej nie usły­sza­ła tego, co wła­śnie po­wie­dział, po­nie­waż za­czę­ła od razu za­da­wać py­ta­nie. Pan Watts prze­rwał jej w pół zda­nia unie­sie­niem brwi, a my po raz pierw­szy od dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin przy­po­mnie­li­śmy so­bie o jego prze­zwi­sku.

– Ma­bel, pa­nie Watts – wy­ja­śni­ła.

– Do­brze. Bar­dzo miło mi cię po­znać, Ma­bel. Ład­ne imię – do­dał.

Roz­pro­mie­nio­na Ma­bel po­pra­wi­ła się na krze­śle.

– Kie­dy bę­dzie­my mo­gli po­wie­dzieć, że zna­my pana Dic­ken­sa? – spy­ta­ła.

Pan Watts pod­parł bro­dę dwo­ma pal­ca­mi. Za­sta­na­wiał się przez chwi­lę.

– To bar­dzo traf­ne py­ta­nie, Ma­bel. Naj­pierw po­my­śla­łem, że nie ma na nie od­po­wie­dzi. Mimo to za­ry­zy­ku­ję. Nie­któ­rzy z was będą zna­li pana Dic­ken­sa, kie­dy skoń­czy­my czy­tać książ­kę. Li­czy so­bie ona pięć­dzie­siąt dzie­więć roz­dzia­łów. Je­że­li będę wam czy­tać je­den roz­dział dzien­nie, za­bie­rze nam to pięć­dzie­siąt dzie­więć dni.

Wró­ci­li­śmy do do­mów z trud­ny­mi do wy­ja­śnie­nia in­for­ma­cja­mi. Po­zna­li­śmy pana Dic­ken­sa, ale jesz­cze go nie zna­my – to mia­ło na­stą­pić do­pie­ro za pięć­dzie­siąt osiem dni. Był 10 grud­nia 1991 roku. Szyb­ko po­li­czy­łam, że nie bę­dzie­my znać pana Dic­ken­sa do 6 lu­te­go 1992 roku.

&

W tro­pi­kach noc za­pa­da szyb­ko. Wspo­mnie­nie o mi­nio­nym dniu nie utrzy­mu­je się dłu­go. Jesz­cze chwi­lę wcze­śniej czło­wie­ko­wi krę­ci­ły się przed ocza­mi wy­chu­dłe, par­cha­te psy, a te­raz po­zo­sta­ły po nich same czar­ne cie­nie. Kto nie ma pod ręką świe­cy czy lam­py naf­to­wej, w szyb­ko za­pa­da­ją­cych ciem­no­ściach może się po­czuć jak we­pchnię­ty do nie­oświe­tlo­nej celi. Wol­ność przy­no­sił do­pie­ro świt.

W trak­cie trwa­nia blo­ka­dy mu­sie­li­śmy oszczę­dzać pa­li­wo i świe­ce. Re­be­lian­ci i czer­wo­no­skó­rzy ma­sa­kro­wa­li się na­wza­jem, co do­dat­ko­wo skła­nia­ło nas do ko­rzy­sta­nia z osło­ny nocy. Tym­cza­sem pan Watts po­da­ro­wał nam nowy świat, w któ­rym mo­gli­śmy spę­dzać noce. Schro­nie­nie, do któ­re­go mo­gli­śmy ucie­kać. Nie mia­ło zna­cze­nia, że była to wik­to­riań­ska An­glia. Od­kry­li­śmy, jak ła­two się do niej do­stać. I tyl­ko te pie­roń­skie psy i pie­roń­skie ko­gu­ty pró­bo­wa­ły nas za­trzy­mać na wy­spie.

Kie­dy pan Watts skoń­czył czy­tać pierw­szy roz­dział, mia­łam po­czu­cie, jak­by przez ostat­nich kil­ka chwil prze­ma­wiał do mnie Pip. Chło­piec, któ­re­go nie mo­głam zo­ba­czyć ani do­tknąć, ale któ­re­go zna­łam ze słu­chu. Zna­la­złam no­we­go przy­ja­cie­la.

Za­ska­ku­ją­ce było to, gdzie go zna­la­złam – nie sie­dzą­ce­go na drze­wie, nie dą­sa­ją­ce­go się w cie­niu, nie plu­ska­ją­ce­go się w jed­nym z gór­skich po­to­ków, lecz w książ­ce. Nig­dy wcze­śniej nikt nie po­wie­dział nam, dzie­ciom, że mo­że­my tam szu­kać przy­ja­ciół. Albo że mo­że­my wejść w skó­rę in­nej oso­by, albo wy­ru­szyć w po­dróż do kra­iny oto­czo­nej ba­gna­mi, gdzie źli lu­dzie mó­wi­li ję­zy­kiem pi­ra­tów. My­ślę, że pan Watts czer­pał przy­jem­ność z czy­ta­nia dia­lo­gów. Każ­dy bo­ha­ter mó­wił wła­snym gło­sem. Była to ko­lej­na umie­jęt­ność, któ­rą nam za­im­po­no­wał – w cza­sie czy­ta­nia wy­da­wał się nie­obec­ny. Za­po­mi­na­li­śmy, że w ogó­le prze­by­wa z nami w kla­sie. Kie­dy Ma­gwitch, zbie­gły wię­zień, gro­ził, że wy­rwie Pi­po­wi ser­ce i wą­tro­bę, je­śli chło­piec nie przy­nie­sie mu je­dze­nia i pil­ni­ka do kaj­dan na no­gach, nie sły­sze­li­śmy pana Wat­t­sa – sły­sze­li­śmy Ma­gwit­cha i mie­li­śmy po­czu­cie, jak­by ska­za­niec znaj­do­wał się z nami w kla­sie. Wy­star­czy­ło za­mknąć oczy.

Wie­lu rze­czy nie ro­zu­mia­łam. W nocy le­ża­łam na ma­cie, roz­my­śla­jąc, czym są ba­gna. A jesz­cze te wik­tu­ały i kaj­da­ny? Czę­ścio­wo do­my­śla­łam się tego z brzmie­nia słów. Ba­gna. Czy były tym sa­mym co ru­cho­me pia­ski? Wie­dzia­łam, co to są ru­cho­me pia­ski, po­nie­waż je­den z gór­ni­ków zo­stał przez nie wcią­gnię­ty i tyle go wi­dzia­no. Zda­rzy­ło się to ja­kiś czas wcze­śniej, kie­dy ko­pal­nia wciąż dzia­ła­ła, a bia­li lu­dzie pa­no­szy­li się w Pan­gu­nie jak mrów­ki na tru­pie.

Pan Watts po­da­ro­wał nam, dzie­ciom, skra­wek in­ne­go świa­ta. Od­kry­łam, że mogę się do nie­go prze­no­sić, kie­dy tyl­ko mia­łam ocho­tę. Do tego mo­głam wy­brać do­wol­ny frag­ment opo­wie­ści. A wte­dy nie mia­łam prze­cież jesz­cze po­ję­cia, że słu­cha­my opo­wie­ści. Naj­mniej­sze­go. Są­dzi­łam, że słu­cham re­la­cji uczest­ni­ków praw­dzi­wych zda­rzeń. Mia­łam wie­le ulu­bio­nych frag­men­tów. Wy­so­kie miej­sce zaj­mo­wa­ła sce­na, kie­dy Pip znaj­du­je się na cmen­ta­rzu mię­dzy na­grob­ka­mi zmar­łych ro­dzi­ców i pię­ciu bra­ci. Śmierć nie była dla nas ob­cym te­ma­tem – wi­dzie­li­śmy dzie­ci cho­wa­ne w gro­bach na zbo­czu góry. A z Pi­pem łą­czy­ło mnie coś jesz­cze: mia­łam je­de­na­ście lat i po­dob­nie jak Pip nie zna­łam swo­je­go ojca, któ­ry wy­je­chał z wio­ski.

Oczy­wi­ście go pa­mię­ta­łam, ale tyl­ko w ten spo­sób, w jaki dziec­ko zna swo­ich ro­dzi­ców: jako przy­bli­żo­ny, jed­no-, dwu­ko­lo­ro­wy za­rys. Tata nig­dy nie oka­zał przy mnie stra­chu ani nie pła­kał. Nig­dy nie sły­sza­łam, aby przy­znał się do błę­du. Nie mia­łam po­ję­cia, ja­kie były jego ma­rze­nia. Raz, kie­dy mama na nie­go krzy­cza­ła, zo­ba­czy­łam na jego twa­rzy mie­sza­ni­nę uśmie­chu i mro­ku. Od­kąd wy­je­chał, po­zo­sta­ło po nim je­dy­nie wy­obra­że­nie – mę­skie­go cie­pła, wiel­kich ra­mion i gło­śne­go śmie­chu.

Z kształ­tu li­ter na na­grob­kach Pip wy­wnio­sko­wał, że jego oj­ciec to był „krę­py, kwa­dra­to­wy męż­czy­zna o ciem­nych wi­ją­cych się wło­sach”2.

Idąc za przy­kła­dem Pipa, pró­bo­wa­łam stwo­rzyć so­bie w umy­śle ob­raz mo­je­go taty. Zna­la­złam kil­ka pró­bek jego ręcz­ne­go pi­sma. Po­słu­gi­wał się ma­ły­mi dru­ko­wa­ny­mi li­te­ra­mi. O czym to świad­czy­ło? Chciał być do­strze­ga­ny, ale nie za bar­dzo? Na­le­ża­ło rzecz ja­sna wziąć pod uwa­gę jego grom­ki śmiech. Tam­tej nocy za­py­ta­łam mamę, czy tata był szczę­śli­wym czło­wie­kiem.

– Nig­dy w sto­sow­nym mo­men­cie – od­par­ła – choć szczę­śli­wy czuł się za­zwy­czaj, jak się na­pił.

Za­py­ta­łam, czy we­dług niej był „krę­pym męż­czy­zną”. Usły­sza­łam, jak uno­si się w ciem­no­ści, pod­pie­ra­jąc na łok­ciu.

– Krę­pym!? A gdzie­żeś ty usły­sza­ła to sło­wo, dziew­czy­no?

– Od pana Wat­t­sa.

– Wy­trzesz­cza. No pro­szę – po­wie­dzia­ła, kła­dąc się z po­wro­tem.

– Było w książ­ce.

– Ja­kiej, u li­cha, książ­ce?

– W Wiel­kich na­dzie­jach.