Pan Perfekcyjny - Jewel E. Ann - ebook

23 osoby właśnie czytają

Opis

Ta kobieta musi odejść! Niestety, jest jeden problem…

Ellen Rodgers wydawała się idealną kandydatką do wynajęcia lokalu nad biurem Flinta Hopkinsa. Miła, dobrze wyglądająca kobieta sprawiała przy tym wrażenie cichej i spokojnej. Tymczasem dziewczyna okazała się… bardzo energiczną muzykoterapeutką. Teraz Flint, zamiast skupić się na pracy, musi wysłuchiwać dźwięków bongosów, gitar i śpiewania.

Co gorsza, Ellen jest wkurzająco szczęśliwa i odczuwa ciągłą potrzebę naruszania przestrzeni osobistej Flinta – bez przerwy poprawia mu krawat, zapina guziki w koszuli i robi wiele innych rzeczy, wprowadzających w głowie mężczyzny niezły zamęt. Na dodatek kobieta trzyma w charakterze zwierzątek domowych… szczury. Tak, szczury!
Choć Flint marzy o wręczeniu Ellen wypowiedzenia najmu, jego autystyczny syn Harrison zdaje się przepadać za kobietą. Tych dwoje jest więc chwilowo na siebie skazanych, a z czasem ich miłosno-nienawistna relacja zaczyna się przeradzać w coś jednocześnie pięknego i tragicznego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 396

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla wszystkich poszukujących drugiej szansy

OD AUTORKI

To nie jest historia o autyzmie. To opowieść o życiu, a w nim występują przecież dzieci z tym schorzeniem i rodzice stąpający po nieznanym gruncie, by zapewnić swoim pociechom przyszłość. Każde dziecko jest wyjątkowe. Każda podróż wymaga innej mapy. Oto jedna z nich. Postać Harrisona zainspirowały dzieci, które mam zaszczyt znać i kochać.

PROLOG

Heidi urodziła mi syna, po czym ją zabiłem. Zazdrościłem idiotom, potrafiącym uczyć się na błędach innych.

– Nie pij dziś. Chcę, żebyś zrobił mi kolejne dziecko – szepnęła żona, kładąc dłoń na moim udzie pod stołem, przy którym siedziało dwanaście bliskich nam osób. Heidi wybrała mój ulubiony steak house w Omaha i wyprawiła mi w tym szczególnym dniu imprezę. Nie miałem pojęcia, o co chodziło, póki wszyscy nie krzyknęli „niespodzianka”.

Ogromnie ją kochałem.

– A co dla solenizanta? – Ciemnowłosa kelnerka puściła do mnie oko, stając obok z notesikiem i długopisem.

– Whisky.

Heidi zmarszczyła brwi.

Wziąłem ją za rękę i położyłem sobie na wzwiedzionym członku.

– Nie będę miał żadnego problemu ze spełnieniem twojej prośby.

– Zobaczymy – odparła, choć brakowało w tym pewności siebie.

Rodzice przyjechali aż z Denver, by zrobić mi niespodziankę, ale to mój dwuletni synek Harrison skradł ich uwagę. Bawili się z nim na zmianę z mamą Heidi. Nie spodziewałem się zostać ojcem przed ukończeniem studiów, tak samo jak nie spodziewałem się poznać kobiety, bez której nie mogłem żyć w chwili, w której najbardziej jej potrzebowałem.

Była na stażu pielęgniarskim w szpitalu, do którego trafiłem po tym, jak uraz kolana zakończył moją futbolową karierę. Nazwałem ją aniołem. Heidi upierała się, że to przez leki, które mi podano.

– Monaghan stwierdził, że zostaniesz jego agentem, gdy zacznie grać zawodowo. – Tata spojrzał na mnie z zaciekawieniem.

– Monaghan pieprzy trzy po trzy. Żadna drużyna przy zdrowych zmysłach nie weźmie tego pięknisia. Zostanie nauczycielem. Tak się dzieje, gdy jest się za wielką cipką, by dostać prawdziwą szansę w lidze.

Młody rozgrywający drużyny Cornhuskers uśmiechnął się do mnie z drugiej strony stołu. Obaj wiedzieliśmy, że zostanie zawodowcem, ale w swoje urodziny nie zamierzałem prawić mu komplementów.

– Wyrażaj się, Hopkins – ostrzegła Heidi.

Poruszyłem się na krześle, gdy zwróciła się do mnie po nazwisku. Zawsze oznaczało to karę – zadawaną w sypialni.

Kochałem tę dziewczynę jak szaleniec.

Wieczór upływał idealnie.

Kolacja, przyjaciele, rodzina, alkohol.

Żona przeszła samą siebie. Każdego dnia była perfekcyjna. Równie doskonale marudziła na temat mojego picia. Za każdym razem, gdy kelnerka stawiała przede mną kolejną szklankę, Heidi krzywiła się z dezaprobatą.

Ignorowałem to, żeby uniknąć kłótni. Przed śmiercią jej ojciec zbyt wiele pił i wyżywał się na rodzinie. Kiedy się poznaliśmy, sądziła, że w ogóle nie tykałem alkoholu. Wtedy była to prawda. Futbol był całym moim życiem. Traktowałem swoje ciało z należytym szacunkiem, ale po kontuzji prowadziłem egzystencję, nie wielbiąc już własnego ciała i pijąc okazjonalnie, by zagłuszyć ból po straconych marzeniach.

Heidi sądziła, że każdy, kto używał alkoholu, był agresywnym alkoholikiem. Postanowiłem pokazać jej, jak bardzo się myliła, by może pewnego dnia odpuściła trochę i sama napiła się przy wyjątkowych okazjach.

– Wszystkiego najlepszego, Flint. Troszcz się o moje cukiereczki – powiedziała moja teściowa Sandy, ściskając mnie jako ostatnia na odchodne.

– To znaczy: „Oddaj swojej żonie kluczyki do auta”. – Heidi szturchnęła mnie z uśmiechem, choć wiedziałem, że była poważna.

Sandy objęła moją twarz i popatrzyła mi w oczy.

– Chyba nic mu nie jest, kochanie. Nie jest taki jak twój ojciec, więc mu odpuść.

Posłałem żonie wymowne spojrzenie. Jej matka mnie uwielbiała. Byłem zupełnie inny niż jej mąż. Heidi nie podobało się to, że w oczach jej matki nie mogłem zrobić nic złego, ale ja to kochałem. Z pewnością siebie wiąże się niebezpieczna duma.

Kiedy Heidi zapięła Harrisona w foteliku, wyprostowała się i wyciągnęła rękę.

– Nic mi nie jest. – Otworzyłem drzwi po stronie kierowcy.

– Wcale nie. Dużo dziś wypiłeś.

– Dużo też ważę.

– Flint.

Wsiadłem za kierownicę.

– Nazwij mnie Hopkinsem, kochanie. Podoba mi się to, do czego to prowadzi.

– Mówię poważnie, Flint. Z tyłu jest nasze dziecko. – Stanęła przed drzwiami, bym nie mógł ich zamknąć.

– Chcę dostać od ciebie prezent urodzinowy, więc wsiadaj, byśmy mogli położyć Harrisona spać.

Skrzyżowała ręce na piersiach, kruczoczarne włosy rozsypały się na jej ramionach, a niebieskie oczy wpatrywały się we mnie ostro.

– Nic mi nie jest.

Wzruszyła ramionami.

– Świetnie, ale nie bądź szowinistyczną świnią i pozwól mi prowadzić.

W oddali huknął grzmot, z nieba spadło kilka kropel deszczu.

– Zmokniesz.

Prychnęła i przeszła na drugą stronę samochodu.

– Uparty jak osioł – mamrotała pod nosem, zapinając pas.

– Wyrażaj się, mamusiu – powiedziałem i odpaliłem silnik.

– Dostaniesz specjalne miejsce w piekle, Flincie Hopkins, jeśli prowadząc po pijanemu, zabijesz nas lub kogoś innego.

Wrzuciłem bieg, położyłem dłoń na jej karku, po czym przysunąłem ją do siebie, trzymając stopę na hamulcu.

– Jesteś dla mnie wszystkim i nigdy nie zrobiłbym ci krzywdy. Bardzo cię kocham.

– Jezu, Flint… – szepnęła. – Cuchniesz whisky. Błagam cię. Pozwól mi prowadzić.

Puściłem ją i ruszyłem. Choć kochałem swoją żonę, kochałem również być mężczyzną. A silny mężczyzna zna swoje granice i nie trzeba mu mówić do czego jest, a do czego nie jest zdolny.

***

Trzy dni później pochowałem żonę na cmentarzu znajdującym się dwie przecznice od naszego domu.

ROZDZIAŁ 1

Specjalne miejsce w piekle, dziesięć lat później…

Szczęśliwi ludzie powinni nosić jakieś tabliczki ostrzegawcze.

– Dzień dobry, kancelaria adwokacka Flinta Hopkinsa. Przy telefonie Amanda… Tak… Dobrze… Poinformuję pana Hopkinsa. Dziękuję za telefon. Fantastycznego dnia.

Kto mówi „fantastycznego dnia”? Słowo pochodzi od fantazji, co oznacza coś nierealnego. Moja sekretarka, która niestety nie posiada tabliczki ostrzegawczej, życzy wszystkim dzwoniącym, by mieli „nieprawdziwy” dzień. Powinna pracować w Disney Worldzie.

Odzywa się interkom w moim telefonie. Wzdycham.

– Amando, moje drzwi są przecież otwarte i nikogo tu nie ma. Nie musisz używać interkomu. Wyraźnie cię słyszę.

– A skąd mam niby wiedzieć, że nie rozmawiasz przez telefon?

– Obróć się.

Spełnia polecenie. Wyglądam zza komputera, patrząc na nią.

– Nie lubię cię podglądać. Kiedy to robię, posyłasz mi spojrzenie, które mnie denerwuje.

Drapię się po podbródku.

– Posyłam ci spojrzenie?

Zakłada blond włosy za uszy i się krzywi.

– Tak. Nigdy się nie uśmiechasz. To okropne.

– Nigdy? – Przechylam głowę na bok.

– Cóż, poza chwilami, kiedy Harrison przychodzi tu po szkole. Kąciki twoich ust unoszą się jakby… – Zaciska wargi. – …o kilka milimetrów. Trzeba się dokładnie przyjrzeć, by to zobaczyć.

Uśmiech jest przereklamowany. I kobieta ma rację, syn sprawia, że się staram. Pozostały we mnie szczątki dobra.

– Kto dzwonił?

– Co?

– Zanim poinformowałaś mnie, że cię denerwuję, użyłaś interkomu.

– A, tak. Ellen Rodgers spóźni się o kwadrans. Zatrzymano ją w pracy.

– Spóźni się. Niedobrze. Oznacza to zapewne, że co miesiąc będzie spóźniać się z czynszem.

– Tak, Flint. Prawdopodobnie masz rację. Utknęła w pracy, w miejscu, w którym zarabia pieniądze. To definitywnie znak, że będzie zalegać z czynszem. – Amanda obraca się do swojego biurka.

– Przewracasz oczami. – Wracam uwagą do ekranu komputera.

– Nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła, szefie.

Dwadzieścia pięć minut później z poczekalni dobiega rozmowa. Nadal wpatruję się w monitor. Nie ma powodu, by pani Rodgers myślała, że nie mam nic lepszego do roboty niż czekanie na nią.

Wibruje leżąca na biurku komórka.

Amanda: PRZYSZŁA ELLENRODGERS. PRZYPUSZCZAM, ŻE O TYM WIESZ. NIE JEST KLIENTKĄ, WIĘC NIE JESTEM PEWNA, CZY ZAPOWIEDZIEĆ JĄ PRZEZ INTERKOM, CZY MOŻE ZAWOŁAĆ PRZEZ OTWARTE DRZWI. JAK, WEDŁUG CIEBIE, MAM ZACHOWAĆ SIĘ W TEJ DELIKATNEJ SYTUACJI?

Ja: JESTEŚ ZWOLNIONA.

Amanda: NAPRAWDĘ?! RANY, MAM W DOMU TYLE RZECZY DO WYPRANIA. DZIĘKUJĘ!

Zapamiętać: nigdy nie zatrudniać do pomocy kobiety.

Ja: NIE NAPRAWDĘ. WPUŚĆ JĄ DO MNIE I PRZYNIEŚ DANE, O KTÓRE PROSIŁEM TRZY DNI TEMU.

Amanda: WPUSZCZĘ, A DANE POŁOŻYŁAM NA REGALE ZA TWOIMI PLECAMI JUŻ DWA DNI TEMU. :)

– Kobiety – mamroczę.

– Dzień dobry. – Wyciągając rękę, idzie w moją stronę kobieta, która chce wynająć przestrzeń biurową nad kancelarią. – Ellen Rodgers. Przepraszam za spóźnienie.

Wstaję i ściskam jej dłoń. Nie spodziewałem się kogoś takiego – wesołego, przed kim świat również powinien ostrzegać. Tym razem nie spinam się jednak z powodu jej życiowego entuzjazmu, ponieważ dziewczyna jest miła dla oka.

– Flint Hopkins. I nic nie szkodzi. – Zerkam ponad jej ramieniem na naszą publiczność. Amanda uśmiecha się chytrze. Mrużę oczy, aż się odwraca. – Proszę usiąść. – Wskazuję krzesło naprzeciwko biurka.

Ellen upuszcza z hukiem torebkę na podłogę. Musi mieć w niej cały dobytek. Przyglądam się, jak roztrzęsionymi dłońmi rozpina szary wełniany płaszcz, który przy szesnastu stopniach jest poważną przesadą.

– Proszę wybaczyć mi ten wygląd. Jadłam lunch z czterolatką, która ma problemy z koordynacją.

Ironia. Wydaje się, że sama również je ma.

Długie kasztanowe włosy nie zasłaniają krwistoczerwonej plamy na jej dopasowanej białej bluzie.

Natychmiast unoszę wzrok, gdy dociera do mnie, że wpatruję się w zabrudzenie, które, tak się składa, ma na piersi.

– Czy otrzymała pani od Amandy umowę do wglądu, gdy przyszła pani oglądać lokal?

– Tak. Dziękuję. – Przerzuca płaszcz przez oparcie krzesła i zajmuje miejsce.

– Ma pani do niej jakieś uwagi?

– Nie. Wygląda standardowo. Bardzo podoba mi się lokalizacja, ale nieczęsto można znaleźć w niej wolne miejsce. Ucieszyłam się więc, gdy znalazłam pana ogłoszenie tego samego dnia, którego je pan opublikował.

Czytam jej wniosek o najem, choć wielokrotnie zrobiłem to już wcześniej.

– Jest pani muzykoterapeutą?

– Tak.

– Muzyka uważana jest za środek terapeutyczny?

Ellen chichocze. Jak dziecko. Jej twarz również jest dziecięca. Musi zawdzięczać to piegom i jasnoniebieskim oczom.

– Tak. Proszę pomyśleć o tym jak o terapii alternatywnej, ale to normalna praca. Mam dyplom w swojej specjalizacji jak każdy inny pracownik służby zdrowia. – Wskazuje na moje złożone na biurku dłonie. – A tak w ogóle, fajne spinki do mankietów.

Zerkam w dół i poprawiam wyżej wspomniane.

– Dziękuję.

Przygryza pomalowaną błyszczykiem wargę, jakby chciała się uśmiechnąć, ale coś ją przed tym powstrzymywało.

– Przepraszam. To nie było konieczne. Chyba jestem zdenerwowana.

– A dlaczego? – pytam, otwierając e-mail od klienta.

Z jakiegoś powodu dziewczyna nuci.

– Ponieważ chcę, by wynajął mi pan ten lokal.

– Ma pani referencje?

– Ee, tak. Wysłałam je pańskiej sekretarce.

Wciskam guzik interkomu.

– Amando, potrzebne mi referencje pani Rodgers.

– Na półce obok danych, o które prosiłeś – woła przez drzwi, po czym odzywa się interkom. – Proszę, panie Hopkins.

Ellen dusi się ze śmiechu, kiedy nabieram powoli powietrza, próbując nad sobą zapanować.

– Cóż, zatem sprawdzę pani referencje…

– Sprawdziłam je – mówi Amanda przez interkom.

– Jesteś zwolniona.

Wstaje i zakłada torebkę na ramię.

– Rano zarejestruję się jako bezrobotna.

– Miłego wieczoru – mamroczę, posyłając jej spojrzenie, może nawet „to” spojrzenie.

– Dobranoc, Flint. – Puszcza do mnie oko.

Kiedy zamykają się za nią drzwi, wracam uwagą do wielkich, niebieskich, niemrugających oczu. Nawet policzki dziewczyny, które były lekko zaróżowione, gdy tu przyszła, pobladły. Zostały na nich jedynie ciemne piegi.

– Zwalniam ją codziennie. Ta kobieta nie szanuje swojego szefa.

Ellen pozostaje nieruchomo, wpatrując mi się w oczy.

Obracam się i biorę referencje z regału. Na kartkach, które trzymam, jest ich sporo. Są dobre, więc naprawdę nie mam powodu nie wynajmować jej lokalu, prócz mojej obsesji zapinania wszystkiego na ostatni guzik. Zawsze muszę sprawować absolutną kontrolę.

Na jej twarzy pojawia się ostrożny uśmiech.

– Jest pan trudny do odczytania, panie Hopkins.

Jestem mroczny.

– A pani jest nowym najemcą. Witam w naszych skromnych progach. Proszę o dwumiesięczny czynsz i złożenie podpisu na dokumentach. – Podsuwam jej ostateczną wersję umowy najmu, którą Amanda przypięła spinaczem do referencji, i podaję jej długopis.

Czuję w stosunku do niej pewną zazdrość. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się z czegoś śmiałem. A twarz tej dziewczyny rozpromieniona jest niczym w wakacyjny dzień z powodu czegoś tak nieistotnego, jak przestrzeń biurowa w budynku poza centrum Minneapolis.

– Dziękuję. Poprawił mi pan nastrój na cały dzień. Do diaska, na cały tydzień. – Podpisuje się pełnym imieniem i nazwiskiem oraz parafuje w miejscach, w których Amanda umieściła strzałki na karteczkach samoprzylepnych. Na papierze ze wzorem w nuty wypisuje również czek.

– Proszę. – Otwieram szufladę z boku biurka i wyjmuję z niej klucze. – Oto dwa komplety. Jeden jest do głównych drzwi budynku, drugi do pani lokalu. Wszystko zabezpiecza alarm, więc później pokażę pani, jak wprowadzić własny kod. Od szóstej wieczorem do siódmej rano główne drzwi budynku są zamknięte. Jeśli będzie pani umawiała w tych godzinach spotkania z klientami, będzie ich pani musiała wprowadzić i wyprowadzić z budynku. W razie jakichkolwiek problemów proszę powiadomić Amandę, a gdyby nie odbierała, niech Pani zadzwoni do mnie.

– Amandę? Tę kobietę, którą właśnie pan zwolnił?

Wstaję, wkładam marynarkę, zapinam guzik i poprawiam krawat. Ellen uśmiecha się, jakby czekała na moją reakcję na swoje ostatnie pytanie.

– Tak. – Krótko i treściwie. Tylko tyle ode mnie uzyska.

Pięć lat zajęło Amandzie, by zadomowić się tu na tyle, bym jej potrzebował – ale tylko pod względem zajmowanego etatu. Mogłaby nasikać mi do kawy, a i tak bym jej nie zwolnił, ponieważ jest kobietą, której potrzebuje jeden z najlepszych adwokatów w Minneapolis – czyli ja. A jedyne, z czego cieszę się bardziej niż z jej zdolności przewidywania każdego mojego ruchu na dwadzieścia cztery godziny, zanim go wykonam, jest to, że ma męża i troje dzieci. Ja jestem dla niej tylko kwestią zawodową. Kropka.

– Proszę za mną. – Mijam Ellen, unikając szczęścia, które bije falami z jej zbyt obezwładniającego uśmiechu.

– Wydaje się, że na zewnątrz jest naprawdę chłodno. W zeszłym roku o tej porze było cieplej. – Ellen zaciera ręce i dmucha w nie, gdy jedziemy windą.

Mrużę oczy.

– W Minnesocie szesnaście stopni nie oznacza zimna. W zeszłym roku o tej porze było nienaturalnie ciepło. Teraz panuje zupełnie normalna temperatura.

– Przeprowadziłam się tu z Kalifornii. – Wzrusza ramionami i ponownie chucha na ręce.

– Wiem. – Ruchem głowy wskazuję na drzwi, które się rozsuwają.

– Oczywiście. – Uśmiecha się i wysiada z windy. – Z moich referencji.

Zerkam na jej tył. Choć nie chcę zwracać uwagi na jej subtelne krągłości i jędrne pośladki, robię to mimowolnie.

– Idzie pan? – Przez ramię rzuca zalotne spojrzenie.

Nie sądzę, by próbowała flirtować, to tylko przyjazny gest. W ten sam sposób patrzyła na mnie żona.

– Tak. – Odpycham od siebie tę myśl i idę za nią do drzwi po lewej.

– W sumie są tu cztery pomieszczenia, prawda?

Używam swojego klucza, by otworzyć drzwi, i wyłączam alarm.

– Tak. Na dole jest mój gabinet, po drugiej stronie lobby znajduje się optometrysta, a po drugiej stronie pani lokalu mieści się biuro rachunkowe. Proszę… – Odsuwam się. – …panel jest gotowy, by wprowadziła pani sześć cyfr.

Wpisuje dwie, następnie zerka na mnie.

– Przygląda się pan, jakie cyfry wprowadzam?

– Dzięki mojemu kodowi mam dostęp do wszystkich pomieszczeń. Nie może mi go pani ograniczyć.

– Często używam tego samego kodu do różnych celów. – Zaciska usta w sztywny uśmiech.

Wzdycham i odwracam się do niej plecami.

– Dziękuję. – Klawiatura pika czterokrotnie.

Wracam do panelu i wciskam klawisz, by zatwierdzić.

– Ten kod umożliwi pani również wejście do budynku.

Kiwa głową i rozgląda się po pustym pomieszczeniu, na którego końcu znajduje się łazienka. Wypełnia je znajome nucenie. Melodia to You Are My Sunshine. Znam ją, ponieważ Heidi śpiewała to Harrisonowi milion razy. Dlaczego dziewczyna nuci tę piosenkę?

– Bardzo podoba mi się ta przeszklona ściana.

Odchrząkuję, kiedy orientuję się, że ponownie wgapiam się w nią zbyt intensywnie.

– Ma pani jeszcze jakieś pytania, zanim odejdę?

Obraca się, kontynuując nucenie. Spoglądam przez okno ponad jej ramieniem, ponieważ nie potrafię patrzeć na nią, nie wpatrując się natarczywie. Jest w niej coś takiego, co mnie pobudza i wpływa na moją samokontrolę. Parokrotnie zaciskam dłonie w pięści, po czym zerkam na zegarek. Może zdążę pójść na siłownię, nim będę musiał odebrać syna z robotyki, którą ma po szkole.

– Nie, żadnych. W weekend przeniosę rzeczy, jeśli to panu nie przeszkadza.

– Lokal jest teraz do pani dyspozycji, więc nie musi mnie pani prosić o zgodę.

– A mogę go pomalować?

– Proszę bardzo.

– Dziękuję. – Uśmiecha się i obraca kilkakrotnie.

Co, u diabła?

– Podoba mi się! – Zatrzymuje się i przyciska ręce do mostka. Niebieskie oczy są pełne wdzięczności, jakbym sprezentował jej właśnie nowy samochód lub coś bardziej ekscytującego niż lokal o powierzchni czterdziestu pięciu metrów kwadratowych, za który będzie mi płacić spory czynsz.

– Dobrze więc. – Powoli wycofuję się do drzwi. – Ma pani numer do Amandy, więc wszystko ustalone? – To kryptonim dla „nie muszę już pani oglądać, no chyba że wydarzy się jakaś katastrofa”.

– Tak, wszystko ustalone. – Kciuk i palec wskazujący układa w kółko, pokazując, że wszystko jest okej.

ROZDZIAŁ 2

Najtrudniejsza w odebraniu komuś życia jest świadomość, że nic nigdy tego nie naprawi.

Ani milion „przepraszam”.

Ani najsilniejszy klej.

Ani nieskończona dobroć dla świata.

Przeważnie udaje mi się oszukiwać samego siebie, by wierzyć, że mój syn jest darem i jestem wart bycia jego rodzicem, choć czasami widzę jasno, że wychowywanie go i kochanie stanowi dla mnie największą karę. Kiedy będzie na tyle duży, by zrozumieć, co stało się z jego matką, znienawidzi mnie niemal tak mocno, jak sam siebie nienawidzę.

– Jestem jedynym dzieckiem, które je takie dziwaczne rzeczy na lunch. – Harrison popija swojego shake’a bez laktozy przy kuchennej wyspie, gdy przygotowuję mu wolne od alergenów drugie śniadanie.

– Wydałem sporo pieniędzy na twoje testy alergiczne. Nie wspominając już o niezliczonym czasie poświęconym na czytanie wiadomości w tej kwestii. Lepiej idzie ci w szkole, lepiej też się dogadujemy, więc mam gdzieś to, że jesteś jedynym, który je „zdrowe” rzeczy na lunch.

– Dzieci się ze mnie śmieją.

– Dzieci są głupie.

– Ja też jestem dzieckiem.

– Jesteś wyjątkiem, dlatego się z ciebie wyśmiewają.

– Są zazdrosne, że nie jestem głupi?

– No właśnie. – Wkładam do pudełka zamarznięty wkład żelowy.

Przewraca oczami. Ten dzieciak jest stanowczo za mądry.

– Napisała do mnie twoja nauczycielka fizyki. Twierdzi, że nie oddałeś pracy.

Harrison wkłada kurtkę i bierze pojemnik z lunchem.

– Bo jest bez sensu.

– Dlaczego? – Zamykam aktówkę i upewniam się, że wszystkie światła są pogaszone, nim wyjdziemy z domu i zaczniemy nowy tydzień.

– Podręczniki są przestarzałe. Przekazują nam nieaktualne wiadomości. Mamy listę źródeł informacji i nie możemy korzystać z żadnych innych, więc generalnie rzecz biorąc, nauczycielka chce, bym bazując na starożytnych źródłach, napisał kiepską pracę, a to przecież strata czasu.

Poganiam go w drzwiach, by szybciej znalazł się w samochodzie.

– Masz dwanaście lat. Nie pracujesz, nie masz poważnych obowiązków. Masz wiele wolnego czasu. Powtarzałem ci już milion razy, że masz traktować szkołę jak pracę.

Zapina pas, gdy wyjeżdżam z garażu.

– Dobra, mam czas, ale i tak tego nie zrobię, ponieważ obraża to moją inteligencję.

Moje dziecko jest „lekko” autystyczne. Lekarze zdają się nie dostrzegać problemu, jeśli chodzi o to pokolenie. Nie ma jednoznacznego sposobu na zdiagnozowanie go, nie ma szczepionki, by zapobiec chorobie, ani leku, by zlikwidować objawy.

Harrison nałogowo pożąda informacji. Rzadko widuje się go bez słuchawek, gdy wchłania programy na wszelkie tematy, począwszy od sztuki nowoczesnej po teorię ewolucji. Ma problemy z zapanowaniem nad emocjami, więc niezbyt dobrze radzi sobie w kontaktach z rówieśnikami, i zaskakujące poczucie humoru, co jest interesujące, bo rzadko trafia z tym w gust innych osób. Prócz tego jest dość „normalnym” dwunastolatkiem.

– Zagrajmy, Harrisonie.

– To głupie. – Jak na zawołanie wkłada słuchawki do uszu, ucinając rozmowę.

– Uwali cię, jeśli nie napiszesz tej pracy. To będzie chyba jeszcze większa obraza dla twojej inteligencji. – Zerkam na niego, ale już nie słucha.

***

Poranek spędzam w sądzie, przed udaniem się do biura kupuję lunch.

– Hej, jak poszło? – pyta Amanda, kiedy rzucam aktówkę na biurko i rozpinam marynarkę.

– Wygraliśmy.

– Gratulacje. Kiedy ostatni raz przegrałeś? Nie pamiętam. – Ściąga usta na jedną stronę.

Nie musi pamiętać. Ja pamiętam aż za dobrze. Pamiętam wszystkie sprawy, które przegrałem, odtwarzam je w głowie w nieskończoność, zastanawiając się, co mogłem zrobić inaczej. Następnie mój umysł zawsze wraca do Heidi, mojej największej przegranej, bez możliwości apelacji.

– Co to za dźwięk? – Siadam w fotelu i wyciągam kanapkę z brązowej papierowej torebki, zerkając przy tym na sufit.

– Ellen. Wprowadziła się w weekend. I pomalowała lokal.

– I? – Krzywię się do sufitu, gdy hałasy nie ustają.

– I dziś przyjmuje już pacjentów. W tej chwili grają na bębnach, ale jakąś godzinę temu słyszałam gitarę i śpiew. Chyba Koła autobusu.

– Wyjaśnij. – Odwijam kanapkę, wzdrygając się.

Amanda przerzuca jasne włosy za ramię.

– To o autobusie i kołach, które się kręcą, ludzie wsiadają i wysiadają, klakson trąbi…

Przerywam jej spojrzeniem, może nawet „tym” spojrzeniem. Właśnie dlatego muszę zwalniać ją każdego dnia.

Szczerzy zęby w uśmiechu. Jej przemądrzała postawa wciąż się utrzymuje, podobnie jak pewność siebie. Dzięki pracy dla mnie zarabia przyzwoite pieniądze, więc po trzech ciążach zakończonych cesarskim cięciem mogła pozwolić sobie na operację plastyczną brzucha i członkostwo na siłowni, poza tym wydaje mi się, że zrobiła coś z żylakami. Jestem pewien, że kiedy schudnie, zostawi męża. Cały czas się z tym spotykam. Do diabła, żyję z tego.

– Jest muzykoterapeutą, Flint. Powiedz, proszę, że wiedziałeś, iż z jej działalnością będzie wiązała się muzyka. Jeśli nie, będę musiała się za ciebie wstydzić.

Łup, łup… Łup… Łup, łup, łup…

Ponownie spoglądam w górę, przeżuwając powoli.

– To nie wypali.

– Umowę najmu podpisałeś na rok.

– Mogę ją rozwiązać.

Amanda się śmieje.

– Który punkt narusza ta kobieta? W umowie nie zawarłeś żadnych postanowień dotyczących dźwięku. Przekazała ci pełne informacje o swojej profesji, ale poważnie… musisz mi powiedzieć, na czym, według ciebie, polega muzykoterapia.

– Na siedzeniu na wygodnej kanapie i słuchaniu muzyki relaksacyjnej w redukujących hałas słuchawkach.

Uśmiecha się.

– Powinieneś był sprawdzić to w internecie. Istnieje wiele filmików pokazujących, co dokładnie dzieje się w gabinecie muzykoterapeuty. Jestem zdziwiona, że ci to umknęło.

– Wiedziałaś? – Wrzucam niedojedzone resztki kanapki do torby. Nierówny rytm dochodzący z góry skutecznie odebrał mi apetyt.

– Tak. A niby skąd według ciebie wiem o filmikach?

– Ale nie pomyślałaś, że powinienem o tym wiedzieć, zanim zaproponowałem jej wynajem lokalu?

– Założyłam, że wiedziałeś. Jesteś najbystrzejszym znanym mi mężczyzną. To jakby upadek idola. Właśnie przestałam postrzegać cię jako wszystkowiedzącego boga, a zaczęłam widzieć jako zwykłego śmiertelnika o przeciętnej inteligencji, jaką ma reszta z nas.

Zapamiętać, nigdy więcej nie zatrudniać do pomocy kobiety.

– Zaraz wrócę. – Natychmiast znajduję się pod drzwiami własnego biura. Bębnię palcami o poręcz w windzie. Kiedy rozsuwają się drzwi, wysiadam, a wsiada dziewczynka z matką.

– Flint. Wesołego poniedziałku. – Ellen uśmiecha się, klęcząc na podłodze i chowając przeróżne instrumenty perkusyjne do koszyka.

Kto życzy „wesołego poniedziałku”?

Wstaje i otrzepuje kremowe spodnie, opinające jej pośladki w sposób, który mnie wkurza niemal tak samo jak obcisły niebieski golf uwydatniający jej jędrne piersi. Dziewczyna bawi się mną, rozprasza swoim ciałem i tańcem szczęścia z powodu nowego lokalu, po czym, bam! Przez cały dzień czymś tłucze.

– Zdecydowanie był to „wesoły poniedziałek”. Rano wygrałem sprawę, po drodze do pracy kupiłem ulubioną kanapkę, ale kiedy usiadłem za biurkiem, by ją zjeść, usłyszałem jakieś okropne, dochodzące z góry walenie.

– Nie okropne. – Kręci głową. – Ta dziewczynka poczyniła wielkie postępy w ćwiczeniu rytmu. Kiedy do mnie trafiła, nie potrafiła odtworzyć pojedynczego tonu, a teraz gra sześć różnych piosenek ze skomplikowaną melodią. Nie jest tak rozkojarzona w szkole, a jej mowa znacznie się poprawiła.

Ellen

Jest coś ekscytującego, a nawet nieco zakazanego w mężczyźnie w idealnie skrojonym ubraniu. Flint Hopkins nosi wspaniały trzyczęściowy garnitur.

Nie ma na nim ani jednego zagniecenia.

Wszystko pasuje.

Nie ma również najmniejszej plamki na lśniących butach.

Jego usta poruszają się, ale słyszę jedynie „noszę dziś ten garnitur specjalnie dla ciebie”, gdy porusza dłońmi, dotykając guzika marynarki, poprawiając mankiety i krawat. To wyrafinowane.

– Mówiła pani, że jest terapeutką, a nie nauczycielką muzyki.

Spostrzegawczy mężczyźni są tacy seksowni.

– Tak, jestem. Zajmuję się muzykoterapią. Mam wyjaśnić, na czym to dokładnie polega?

– Nie. Chcę jedynie, by poszukała sobie pani innego lokalu. Dam pani dwa tygodnie. – Odwraca się i w trzech długich krokach podchodzi do drzwi.

Natychmiast zbiegam za nim po schodach.

– Chwileczkę. Eksmituje mnie pan?

– Daję pani wypowiedzenie.

– Wypowiedzenie? Za co mnie pan wyrzuca? Za wykonywanie swojej pracy?

– Za uniemożliwianie mi wykonywania mojej. – Wychodzi z klatki schodowej i gwałtownie skręca w prawo.

– Hej, szefie, jak poszło… – Amanda przeskakuje wzrokiem pomiędzy nim a mną, gdy spieszę za nim do jego gabinetu.

– Cześć, Amando. Znasz może jakiegoś dobrego prawnika specjalizującego się w prawie nieruchomości? Być może będę musiała pozwać człowieka, od którego wynajmuję lokal, za niesłuszną eksmisję.

– Eee…

Flint odwraca się, więc przystaję na sekundę przed tym, nim zderzę się z jego piersią.

– Amando, zamknij drzwi, proszę. – Mruży oczy.

Nie dbam o to, jak przystojny jest ten facet w garniturze. Nie dam się zwieść jego urokowi.

– Proszę, zostaw je otwarte, Amando. Być może będę potrzebowała świadka.

Widzę, jak mężczyzna krzywi się arogancko.

– Świadka?

– Kiedy będzie mi pan groził.

Rozpina marynarkę i odsuwa się o krok. Powietrze opuszcza moją klatkę piersiową, jakby było z nim powiązane. Ten człowiek emanuje pewnością siebie i tajemniczością, które przyciągają uwagę.

Kiedy krótką chwilę temu ponownie stanął do mnie twarzą, zobaczyłam błysk w jego przymrużonych oczach i poruszające się nozdrza, ale to minęło. Nietrudno wyobrazić sobie Flinta Hopkinsa na sali sądowej – chłodnego, wyrachowanego, bezwzględnego.

– Wydaje się pani inteligentną osobą, więc zapewne zdaje sobie pani sprawę, że poziom hałasu przy pani sesjach terapeutycznych może rozpraszać mnie przy pracy. Myślę, że przy takiej dziedzinie dzielenie powierzchni biurowej z innymi firmami nie jest najlepszym pomysłem. Potrzebuje pani własnego budynku lub może powinna pani pracować w domu.

– Mieszkam w mieszkaniu i przykro mi, panie Kupa Kasy, ale nie zarabiam tyle, by kupić lub wynająć sobie cały budynek. Jest pan przecież adwokatem. Jak często przesiaduje pan w kancelarii? A kiedy pan w niej jest, co robi pan takiego, że wymaga to absolutnej ciszy? Zaklina pan węże? Nagrywa audiobooki?

Poprawia krawat i bawi się mankietami, piorunując mnie jednocześnie wzrokiem.

– Myślę. Właśnie to robię, gdy tu jestem. Myślę, jak wygrać dany proces. Moja praca wymaga koncentracji.

– Jeśli ma pan z nią problemy, mogę panu pomóc. Dam panu nawet zniżkę na kilka sesji.

Flint siada za biurkiem i otwiera komputer.

– Tak. Mam problemy z koncentracją, ale terapia nie pomoże. Pani wyprowadzka rozwiąże ten problem. Dwa tygodnie. Amanda pomoże pani znaleźć nowe miejsce do wynajęcia albo jakiś stary budynek do zakupu. Amando? Możesz dać pani Rodgers wizytówkę Philipa?

Chwytam skraj jego biurka. Ciemny drewniany blat jest gładki jak wszystkie gesty, które wykonuje ten irytująco przystojny mężczyzna. Gęste, idealnie ukształtowane brwi Pana Onieśmielającego unoszą się, gdy pochylam się, by być bliżej niego.

– Wpływam na poprawę ludzkiego życia. Niektórzy z moich klientów używają słowa „cudowna” na opisanie mojej pracy i tego, jak zmieniam świat dla tych, dla których nie ma nadziei. A pan jest padlinożercą, zarabiającym na złym zachowaniu, ale wydaje się pan osobą inteligentną i z pewnością zauważy pan, że ława przysięgłych będzie wolała sympatyzować ze mną, a panu pozostanie tylko moja muzyka, by ukoić poobijane ego, kiedy proces dobiegnie już końca.

Ledwie zauważalne drgnienie warg przypomina mi o tym, jak mama patrzyła na mnie, kiedy wpadałam w furię, a ona nie chciała pogarszać sytuacji śmiechem, ale powstrzymywanie się od niego było niemal zbyt bolesne.

– Jest pani uparta. – Przenosi wzrok ze mnie na ekran komórki.

– Tylko na tyle pana stać? „Jest pani uparta”? Wiele spraw wygrał pan taką linią obrony? „Panie i panowie ławnicy, powódka wyraźnie cierpi z powodu uporu”. – Ściszam głos, opuszczam głowę, gdy próbuję przedrzeźniać Flinta bez wyraźnego powodu, prócz tego, że jego ciemne chmury przysłaniają słońce w ten naprawdę wspaniały dzień.

– Cześć, Harrisonie, jak było w szkole?

Flint pochyla się na bok, by spojrzeć za mnie, więc zerkam przez ramię, by popatrzyć tam, gdzie on. Chłopak, młodsza wersja właściciela budynku, odsuwa kruczoczarne włosy z czoła, ujawniając niespodziewanie niebieskie oczy.

– Marnotrawstwo idealnego dnia. – Wzrusza ramionami, nawet w najmniejszym stopniu się nie uśmiechając.

Amanda chichocze.

– Masz dwanaście lat. Co innego masz do roboty?

– Znaleźć dom bezdomnym, nakarmić głodujących, wyleczyć raka. Możliwości są naprawdę nieograniczone.

– Tata ma spotkanie. – Amanda ścisza głos. – Chyba trafił na godnego przeciwnika.

Uśmiecham się do Flinta, który natychmiast na mnie spogląda.

– Przykro mi panią rozczarowywać, pani Rodgers, ale nie jest pani dla mnie godnym przeciwnikiem. Dwa tygodnie, a teraz, jeśli mi pani wybaczy… – Ponownie odchyla się na bok. – Dlaczego nie jesteś w szkole, Harrisonie?

– Wyszedłem wcześniej. Nancy niemal zapomniała odebrać mnie i Troya. Wciąż była w piżamie. Nazwała to luźnymi spodniami, ale nie jestem głupi. Były różowe w białe króliczki. – Chłopiec przechodzi obok mnie i rzuca plecak na biurko ojca.

Flint marszczy brwi i odkłada go na podłogę.

– Dlaczego wcześniej wyszedłeś?

– Nie wiem.

– Nauczyciel nawalił?

Chłopak wzrusza ramionami, zerkając na mnie przelotnie, gdy siada na głębokim parapecie, na którym ustawione są podpisane piłki do futbolu.

– Nie wiem.

– Jak możesz jednocześnie wiedzieć tak dużo i tak mało?

– Nie wiem.

Uśmiecham się, ale poważnieję, gdy Flint posyła mi surowe spojrzenie.

– Dwa tygodnie. Udanego wieczoru.

Mrużę oczy.

– Tato, jeden dzieciak w mojej klasie sprzedaje gitarę elektryczną. Chyba chciałbym ją kupić.

Flint przenosi zdenerwowane spojrzenie ze mnie na syna.

– Nie.

– Grasz na gitarze? – Uśmiecham się do dziecka.

– Nie – odpowiada jego ojciec.

– Dlatego mam zamiar kupić instrument. – Harrison przewraca oczami.

Już go lubię.

– Mam kilka gitar akustycznych. Jeśli nigdy nie grałeś, może zaczniesz z nylonowymi strunami, żebyś nie pokaleczył sobie palców jak w przypadku metalowych. Z chęcią ci którąś pożyczę. – Odwracam się tyłem do Flinta i siadam na skraju jego biurka, patrząc na Harrisona. Wydaje mi się, że Pan Prawnik mamrocze coś pod nosem, co zaczyna się na „K”, a kończy na „A”, ale nie mogę być pewna.

Harrison wzrusza ramionami.

– Jasne.

– Nie. – Flint obniża głos o oktawę.

– Mam je na górze. Mogę pokazać ci parę akordów, podczas gdy twój tata będzie medytował, czy cokolwiek porabia, gdy potrzebuje absolutnej ciszy.

– Okej. – Harrison wstaje i odsuwa z oczu zmierzwione włosy. Nie zwraca uwagi na milczącą bitwę, która rozpoczęła się jeszcze przed jego przybyciem.

– Harrisonie, usiądź w poczekalni. Muszę zamienić kilka słów z panią Rodgers.

– Spotkamy się na górze, Harry. Wynajmuję lokal na piętrze, w razie gdyby tata ci nie mówił. Pod tylną ścianą stoją dwie gitary w futerałach. Wyjmij je i zobacz, która ci bardziej odpowiada. Zaraz przyjdę, tylko zamienię kilka słów z twoim ojcem.

Chłopiec kiwa głową. Wciąż nie widzę, by wyczuł panujące w pomieszczeniu napięcie.

Kiedy wychodzi, a Amanda odwraca się do nas plecami, staję twarzą w twarz z panem Seksownym Garniturkiem.

Flint również się podnosi, ma zapewne sporo ponad metr osiemdziesiąt. Pochyla się i opiera koniuszki palców na blacie.

– To Harrison, nie Harry.

Kopiuję jego postawę, pragnąc, by moje kolana pozostały na miejscu, ponieważ mężczyzna pachnie tak dobrze, że mam ochotę wskoczyć na jego biurko i zatopić zęby w jego szyi – oczywiście w żaden wampiryczny czy kanibalistyczny sposób.

– Krawat się panu przekrzywił.

– Wcale nie. – Nawet nie mruga.

Mężczyzna co kilka sekund poprawia garderobę. Wie, że krawat ma prosto. Jego włosy są idealnie ułożone. Cała jego postawa jest irytująco perfekcyjna. W tej chwili mogę być nieco podniecona.

– To szalone. Nigdy nie myślałam o studiach prawniczych, ale w tej chwili mam ochotę stanąć z panem na sali sądowej. Kilkakrotnie odeprzeć pana argumenty i nieco się pokłócić, zaciskając dłonie w pięści, ale… – Odsuwam się od jego biurka, prostuję się i gwiżdżę całą gamę, a kiedy kończę, uśmiecham się. – …muszę iść na górę i nauczyć pana syna kilku akordów. Może mama Harry’ego bardziej doceni zainteresowanie syna muzyką niż jego ojciec.

Odwracam się na pięcie i puszczam oko do Amandy, jednak jej grymas sprawia, że się zatrzymuję. Miałam ją za zadziorną, dlaczego więc wygląda na przerażoną?

– Matka Harrisona nie żyje, więc to ja mam ostatnie słowo w tym muzycznym przedsięwzięciu, a brzmi ono „nie” – mówi Flint ze stanowczością, która podkopuje moją pewność siebie.

Amanda się kuli. A ja mało nie padam trupem.

Śmierć przebija wszystko inne. Pozostawia bez argumentów.

– Przepraszam. – Nie potrafię na niego spojrzeć. Nie chcę widzieć, jak wygląda śmierć na twarzy Flinta Hopkinsa. Powinniśmy pamiętać ludzi w ich najpiękniejszych chwilach, ale zazwyczaj tak nie jest. To brzydota i ból pozostawiają niezatarte wrażenie.

– Wyprowadzi się pani za dwa tygodnie?

Amanda przeskakuje wzrokiem pomiędzy nami, jakbyśmy znajdowali się nie na sali sądowej, a na ringu bokserskim.

– Jestem miła, panie Hopkins, nie słaba.

ROZDZIAŁ 3

Flint

Mijają dwa tygodnie, a pani Rodgers nadal całymi dniami wygrywa tę swoją kocią muzykę. Znajdę lukę. Będę mógł ją eksmitować. Zawsze jest jakaś luka. W tej chwili uniemożliwia mi to jednak Harrison i jego obsesja na punkcie grania na gitarze i samej kobiety, więc zbijam bąki zamiast wywalić ją na zbity pysk.

Nauczyłem się na własnej skórze, że nie mogę odbierać mu pasji. Syn mówi teraz tylko o tym. Kiedy nie ma zajęć pozalekcyjnych z robotyki, zostawia plecak w moim gabinecie i biegnie na górę, gdzie czeka, aż Ellen skończy sesję z pacjentem, by mogli razem pograć na gitarach. A ona jest jeszcze gorsza. Zachowuje się tak, jakbym nie dał jej dwóch tygodni na wyprowadzkę. Gdy nadejdzie czas, będę musiał siłą usunąć ją z lokalu.

– Pomagasz mu w przeprowadzce? – Amanda jest mistrzynią dziwnych pytań. Nie zadaje ich, stając ze mną twarzą w twarz. Wiem, że może mówić do telefonu, choć mam świadomość, że tak nie jest. To ją właśnie cechuje: milczy przez wiele godzin, po czym zadaje pytanie, na które nie jestem w stanie odpowiedzieć.

– Komu?

– Cage’owi. Wiem, że nie jesteś wylewny, ale twój przyjaciel cię porzuca, a ty nie pisnąłeś nawet słówka. Nie prosiłeś, bym zarezerwowała ci czas w kalendarzu, żebyś mógł pomóc mu w pakowaniu ani nic takiego.

– On się wyprowadza, a nie mnie „porzuca”. I zatrudnił firmę przeprowadzkową. To jego życie, nie moje. Jest jak jest. Wyjęłaś akta Petersona?

– Masz je na biurku, dziesięć centymetrów od swojej ręki. Jeśli nią ruszysz, teczka cię ugryzie, bo jesteś zbyt zaabsorbowany wyprowadzką przyjaciela oraz nową lokatorką, która skradła uwielbiające muzykę serce twojego syna.

Super. Ma rację, ale Ellen Rodgers nie jest prawdziwa. Tak osobliwe kobiety żyją jedynie w fantazjach. Idealne cycki są jedyną prawdziwą jej częścią i stanowią swoistą anomalię, ponieważ perfekcyjne piersi zazwyczaj istnieją tylko w wyobraźni.

Muszę przestać myśleć o jej zderzakach.

– Powiedz Harrisonowi, że wychodzę za pięć minut.

Amanda wstaje i wkłada marynarkę.

Wzdycham.

– Proszę…

– Przykro mi, jestem już po pracy. Będziesz musiał sam tam pójść i mu o tym powiedzieć. Pozdrów ode mnie Elle.

– Kto to jest „L”?

– Zdrobnienie od Ellen.

– Jesteś zbyt leniwa, by dodać „N” na końcu?

– Przestań być aż tak… – Wykrzywia usta. – …sobą.

– Mną?

– Elle jest zdrobnieniem od Ellen, jak Flint jest zdrobnieniem od Flinton.

Wracam wzrokiem do ekranu komputera. Dobrze wie, że nie mam na imię Flinton. Jestem zmęczony tym udawanym obłędem.

– Jesteś zwolniona.

– Super! A już się bałam, że nie będzie dziś złośliwości. Do poniedziałku.

– Do poniedziałku. – Odprawiam ją spojrzeniem i uśmiecham się lekko, mimo że torturuje mnie swoimi uwagami.

Udawało mi się unikać wchodzenia na piętro, odkąd nie zdołałem eksmitować pani Rodgers. Podróż windą jest stanowczo za krótka, ubranie za grube, krawat za ciasny, a skóra nazbyt się poci. I na dodatek swędzi mnie kark. To alergia na Ellen. Harrison z pewnością zrozumie, dlaczego muszę się jej pozbyć, gdy pokażę mu dowód na to moje uczulenie. Chociaż zapewne tak się nie stanie. Poziom jego empatii znacząco się podniósł, ale daleko mu jeszcze do postawienia się na czyimś miejscu.

– Nadal tańczysz? – Ellen pyta Harrisona, gdy staję przed drzwiami, by mnie nie widzieli.

– Nie.

– A jakieś inne zajęcia ruchowe?

– Gram w futbol.

– Poważnie?

– Nie. Tata twierdzi, że powinienem tak mówić. Ha! Ucieszy się, gdy powiem, że o tym pamiętałem.

Zamykam oczy i kręcę głową. To nie tak. Dzieciak uważa, że może zawrzeć piętnastominutową dyskusję w kilku słowach, które wcale nie są trafne.

Ellen się śmieje. To denerwujące. Jej szczęście mnie wkurza. I swędzi. Pociągam za krawat, unoszę głowę i drapię się po szyi.

– Tata ma w gabinecie wiele piłek. Chyba rozumiem, dlaczego pragnie, byś grał.

– Sam grał.

– Ach tak? Na studiach?

– Chyba tak.

Niewiarygodne. Pamięta nieistotne fakty, o których przeczytał tylko raz, a nie kojarzy mojej kariery sportowej – choć opowiadałem mu o niej już chyba tysiące razy.

– Gdzie? – Oczywiście, że drąży temat.

No to lecimy.

– Nie pamiętam.

Bingo.

– Ogląda nagrania z przyjacielem.

– Tata ma przyjaciela?

Odchrząkuję i wychodzę zza drzwi.

– Niech się pani tak nie dziwi, pani Rodgers. Mogę mieć więcej niż jednego.

– Nie. – Harrison kręci głową. – Masz tylko jednego.

Mam ochotę nim potrząsnąć. Ellen próbuje zdusić uśmiech, ale tak bardzo zaciska wargi, że zaraz są wilgotne. Wpatruję się więc w jej lśniące usta, ponieważ rozpraszają moją uwagę – i wszystko mnie swędzi.

– Pozbieraj swoje rzeczy i poczekaj w samochodzie. – Podaję synowi kluczyki.

Kobieta odprowadza go spojrzeniem jasnych niebieskich oczu. Są takie jak u Heidi, tylko żywsze, bardziej jaśniejsze.

– Pa, Harry.

– Pa, Elle.

– On pozwala pani zwracać się do siebie w ten sposób?

Nuci i się uśmiecha. Ciągnę za krawat, który mnie dusi.

– Najwyraźniej. – Wzrusza lekko ramionami.

– A Elle?

Zbliża się. Dlaczego, u diabła, się do mnie przysuwa?

– Przyjaciele tak mnie nazywają. Mogłabym zostać pana drugą przyjaciółką i też mógłby pan tak do mnie mówić, ale… – Gwiżdże melodię z teleturnieju Va banque, przerzuca burzę rudych włosów za ramię i chwyta mój krawat. Ciągnie nim najpierw w lewo, potem w prawo, aż przeklęty znajduje się tam, gdzie był, zanim idąc tu, zacząłem go poprawiać. – Będzie pan musiał dać sobie spokój z tą eksmisją. Przyjaciele nie wykopują się nawzajem z budynków.

Pociągam nosem.

– Pachnie pani ananasem.

Uśmiecha się.

– To balsam do ust o smaku piña colady.

Nie znoszę tego drinka.

– Zamierza pani puścić mój krawat? – Przesuwam wzrok z jej umalowanych błyszczykiem ust do palców, którymi mocno trzyma materiał.

– Chce pan, bym puściła? – Pociera o siebie pachnącymi ananasem wargami.

W moich spodniach następuje zdrada, członek staje na baczność. Głupek nie pamięta, że nie kręcą nas tropikalne drinki.

– Żartuję. – Puszcza krawat i się odsuwa. – Działam ludziom na nerwy i przybyłam, by podziałać i panu.

– A dlaczegóż to? – Poprawiam mankiety koszuli i sprawdzam guziki marynarki. Nie ma powodu, żebym dał się wciągnąć w tę niedorzeczną rozmowę, ale nie potrafię przestać na nią patrzeć. Jest… no nie wiem… irytująco piękna.

– Chodzi o garnitur. Ojciec był krawcem. Dziadek był krawcem. I pradziadek… – Uśmiecha się. – Rozumie pan, o co mi chodzi. Mamy w rodzinie długą linię krawców. Mama uśmiechała się, chwytała ojca za klapy marynarki i mówiła: „Jonathanie Samuelu Andersonie, wyglądasz, jak się patrzy”. Obejmowała go i całowała. Marszczyłam z niesmakiem nos, ale nigdy nie odwracałam głowy. Tata pytał: „A jak się patrzy?”, na co odpowiadała: „Jak na mojego mężczyznę, oczywiście”.

– Przypominam pani ojca?

– Tylko ten pana idealnie skrojony garnitur. – Śmieje się, pakując gitarę do futerału. – Tata jest skromnym człowiekiem. Szczodrym do bólu. Nigdy nie spogląda na ludzi tak, jak pan patrzy na mnie.

Wkładam ręce do kieszeni i wzdycham. Dlaczego nadal tu stoję?

– A w jaki sposób na panią patrzę?

Pochylona nad futerałem, zerka na mnie, mrużąc jedno oko.

– Jakbym była zmorą pańskiej egzystencji.

Sprawiedliwa ocena.

– Dałem pani więcej niż dwa tygodnie na wyprowadzkę, ponieważ nie jestem gotowy na reakcję Harrisona na pani odejście, ale w końcu będzie musiała pani opuścić ten budynek. Nie dlatego, że jest pani zmorą mojej egzystencji, tu chodzi o interesy. To nic osobistego.

Staje prosto, wzdycha powoli, nim na jej twarzy pojawia się promienny, niemal dziecięcy uśmiech.

– Uważam, że osoby, które twierdzą, że chodzi o interesy i to nic osobistego, nie mają silnej osobowości. Jesteśmy ludźmi, nie robotami. Wszystko, co robimy, jest osobiste.

Musi pozbyć się tej wrażliwości. Posyłam jej sztywny uśmiech.

– Dobranoc, pani Rodgers. – Kieruję się do drzwi.

– Dobranoc, Flincie.

– Może pani zwracać się do mnie „panie Hopkins”. – Naciskam guzik windy.

– Mmm, właściciel budynku, w którym mam lokal, lubi bawić się w odgrywanie ról. Mnie również to kręci.

Sztywnieję – wszędzie – i spoglądam na nią przez ramię. Ellen wychyla się zza rogu i puszcza do mnie oko.

Opieram się pokusie, by pociągnąć za krawat i podrapać się po szyi. Flirtuje ze mną… Droczy się. Miesza mi w głowie.

***

Harrison wkłada słuchawki do uszu w chwili, w której wsiadam do samochodu, i ignoruje mnie przez całą drogę do domu. Kiedy idziemy do drzwi, wyciągam mu jedną słuchawkę z ucha.

– Co? – Krzywi się i zatrzymuje piosenkę w telefonie.

Kładę aktówkę na blacie w kuchni i wyjmuję mrożoną kawę z lodówki.

– Dlaczego pozwalasz, by mówiła do ciebie „Harry”?

– Nie wiem.

– Kiedy ja przez lata próbowałem cię tak nazywać, wpadałeś w złość. Nauczyciele i rówieśnicy w szkole również nie mogą się tak do ciebie zwracać, a przecież to nie jest żadna ksywka, tylko zdrobnienie twojego imienia. Pojawia się jednak nieznajoma z gitarą, gra z tobą kilka akordów, a ty pozwalasz, by zwracała się do ciebie w sposób, którego nie znosisz? Pomóż mi to zrozumieć.

– Nie wiem.

– Jesteś zbyt bystry, by odpowiadać: „nie wiem” na wszystko, o co zapytam.

Wzrusza ramionami i potrząsa głową, by odrzucić włosy z czoła.

– Kiedy ona to mówi, brzmi to fajnie, nie jak wtedy, kiedy robią to inni.

– Harry.

– Niezła próba. Ty nie wymawiasz tego, jak należy.

Śmieję się.

– Nie chodzi o to, jak ona to mówi. Jest atrakcyjną kobietą i dlatego nie przeszkadza ci, gdy zdrabnia twoje imię.

– Wcale nie. – Przewraca oczami. – I nie mów „atrakcyjna”.

Zakręcam butelkę z mrożoną kawą.

– A jak mówi teraz taka wyluzowana młodzież jak ty?

Znów przewraca oczami. Mój syn ma wielką głowę z wytrzeszczonymi oczami.

– Gorąca, tato. Nie żebyś to zauważył. – Ponownie wkłada słuchawki do uszu.

Wyciągam je, przez co mamrocze pod nosem.

– Dlaczego miałbym nie zauważyć „gorącej” kobiety?

– Ponieważ nie uprawiasz z nimi seksu.

Kiedy już myślę, że nie powie niczego, co mnie zaskoczy… on mnie zaskakuje.

– Uważasz, że „gorącą” kobietę można zauważyć tylko, jeśli chce się iść z nią do łóżka? Obawiam się, że nie słuchałeś, gdy o tym rozmawialiśmy.

– Tata Simona ma kobiety tylko do seksu. I tylko wtedy pozwala mu oglądać telewizję przez więcej niż dwie godziny.

– Ponad dwie godziny, co? – Ojciec Simona to szczęśliwy gnojek.

– Simon najbardziej lubi Ginę. Najpierw słyszy, jak ona na górze w kółko dziękuje Bogu, po czym, gdy schodzi na dół, piecze mu czekoladowe ciasteczka. Ostatnim razem, gdy tam byłem, obiecała zrobić dla mnie bezglutenowe i bezlaktozowe ciastka, bym też mógł zjeść.

Ostatnio dwunastolatki są bardzo wyszczekane. Gdy byłem w jego wieku, nie rozmawiałem w taki sposób ze starymi. Mówiliśmy o meczach futbolowych i o tym, czyja kolej na koszenie trawnika. Chyba padło kilka zdań na temat narkotyków i wsiadania do samochodów obcych osób, ale to tyle.

– Wydaje mi się, że powinieneś na jakiś czas przestać chodzić do Simona.

– Jak chcesz – odpowiada dzieciak, który nie ma prawdziwych przyjaciół.

Choć przecież według niego ja mam tylko jednego, który przeprowadza się właśnie na drugi koniec kraju.

– Daj pudełko na drugie śniadanie, bym mógł je umyć, i idź odrobić lekcje, a ja zrobię jakiś obiad.

Znów mamrocze coś pod nosem. Jestem pewien, że narzeka, że nigdy nie wychodzimy na miasto, by coś zjeść. Otwieram pojemnik, z którego na blat wybiega jakiś gryzoń.

– Co, u diabła? – Zdejmuję patelnię z haka i biorę zamach, by zabić szkodnika.

– Nie! – Harrison rzuca się po zwierzę.

W moim domu jest szczur. Jak się tu, u licha, dostał?

– Nie dotykaj… – mówię, ale nim mam szansę dokończyć, chłopak bierze gryzonia na ręce. Krzywię się, wciąż ściskając w dłoni patelnię. – Puść go, nim cię ugryzie! – ostrzegam.

Tuli go do piersi, głaszcząc po głowie.

– Co robisz? Prawie zabiłeś Mozarta.

– Mozarta? – Z głośnym brzękiem rzucam patelnię na blat. – Wyjaśnij mi to i to natychmiast!

Harrison krzywi się z powodu hałasu.

– Skąd, do cholery, wziąłeś to coś?

– Wolfgang Amadeusz Mozart jest szczurem dumbo, a nie „tym czymś”. Widzisz, że jego uszy są większe i bardziej okrągłe? Jak u słonika Dumbo. Podoba mi się jego biała głowa i szare ciało. Elle mówi, że jest przyjazny i ma wspaniałą osobowość.

Mam do syna świętą cierpliwość. Kocham go. Słucham wnikliwych opisów ostatnich pasji. Dzięki niemu jestem ekspertem w dziedzinach, które nigdy mnie nie interesowały, ale to już przesada. Nie zgodziłem się na rybkę. Nie ma więc mowy, bym pozwolił na hodowanie w domu pieprzonego szczura.

Odwołuję wcześniejsze stwierdzenie, Ellen naprawdę jest zmorą mojej egzystencji.

– Możesz zacząć płakać i tupać, ale odpowiedź brzmi „nie”. Nie możesz tego zatrzymać.

– Jego. – Znów przewraca oczami. – I nie mówiłem, że chcę. Elle miała go dziś ze sobą i powiedziała, że może czasami mógłbym go zabrać do siebie.

– Może? Czasami? – Biorę się pod boki i pochylam, by spojrzeć synowi w oczy. – Powiedziała, że możesz wziąć go dziś do siebie?

Wzrusza ramionami, głaszcząc małego szkodnika.

– To proste pytanie.

– Nie wiem. Powiedziała, że może mógłbym go czasami zabrać do siebie, na co powiedziałem, że chciałbym, po czym wsadziłem go do futerału na gitarę, ale przyszedłeś. Bawiłem się z nim w aucie, gdy na ciebie czekałem, po czym włożyłem go do plecaka, kiedy wyszedłeś z budynku.

– Wie, że go masz?

Kolejne wzruszenie ramion.

Szarpię kilkakrotnie za krawat, aż w końcu go rozwiązuję. Rozpinam górny guzik koszuli. Nie jestem dziś w nastroju na takie rzeczy.

– Włóż to do pudełka. Odwiozę to pani Rodgers, gdy będziesz odrabiał lekcje.

– Umrze zamknięty w plastiku.

Biorę papierową torbę po zakupach i przytrzymuję ją otwartą. Harrison patrzy na nią przez chwilę, nim spogląda w moją pełną zniecierpliwienia twarz. Wkłada gryzonia do torby, więc zwijam jej górną część.

– Co, jeśli nie będzie miał wystarczająco dużo powietrza? Cały czas miałem uchylony zamek w plecaku.

Widelcem z jego szkolnego zestawu robię dziurki w górnej części torby.

– Rety! Mogłeś go zabić!

– Nie mam dziś na tyle szczęścia, Harrisonie. A teraz… nie otwieraj drzwi. Zostań w swoim pokoju i weź się za odrabianie zadania. Niedługo wrócę.

Posyła mi swoje zwyczajowe spojrzenie, obraca się i człapie do siebie.

Zastanawiam się, czy nie potrząsnąć torebką, by drapanie na dnie ustało, ale nie jestem aż takim potworem – przynajmniej już nie.

ROZDZIAŁ 4

Ellen

Zachowaj spokój. On gdzieś tu jest. Nieważne, że przez ostatnią godzinę przeszukiwałam budynek i nigdzie nie znalazłam Mozarta. Nieważne, że istnieje tu pierdylion zakamarków, w które mógłby wcisnąć swoje małe ciałko. Nie myślę nawet o pułapkach na myszy i trutkach na szczury. Znajdzie się.

Zachowaj spokój.

– Mozarcie?! – wołam przez lobby, gdy ostatnia osoba opuszcza budynek, krzywiąc się z odrazą i niezbyt szczerze życząc mi powodzenia. Ludzie zachowują się dziwnie, jeśli chodzi o szczury hodowlane – to mocno niedoceniane zwierzaki.

Spokojnie. Nie płacz.

Odzywa się mój telefon.

– Ellen. – Próbuję brzmieć wesoło, choć łzy napływają mi do oczu.