Pan K. na wolności - Matei Visniec - ebook + książka

Pan K. na wolności ebook

Matei Vişniec

4,8

Opis

Oskarżony kiedyś na podstawie niejasnych zarzutów, zamknięty od lat w zakładzie karnym o tajemniczych podziemnych rozgałęzieniach, gdzie okazuje się więźniem cierpliwym i zdyscyplinowanym, Kosef J. budzi się pewnego ranka jako człowiek wolny, choć wcale tego nie pragnął. Nikt nie mówi mu, dlaczego został uwolniony. Nikt nie informuje go też, co oznacza „być wolnym”. W oczekiwaniu na spotkanie z dyrektorem więzienia (odkładane sine die) Pan K. stopniowo odkrywa z narastającym zdumieniem okolice kolonii karnej. Przemierzając wraz z „uprzywilejowanym” bohaterem kręgi kafkowskich światów, czytelnik powieści – paradoksalnie – może poczuć się jak u siebie w domu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 292

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




„Pewnego dnia pan K. został aresztowany”. Tak zaczyna się Proces Kafki. Miałem prawdopodobnie jedenaście lub dwanaście lat, kiedy ta powieść wpadła mi wręce. Był to okres otwarcia wRumunii, około 1968 roku, itłumaczono wiele dobrych książek zliteratury obcej. Pamiętam też, jak ta powieść znalazła się wdomu moich rodziców wRadowcach. Mój ojciec pracował wtedy wfabryce mebli i pewnego razu związek zawodowy zorganizował akcję wstylu: „każdy pracownik nabędzie za pośrednictwem komitetu zakładowego dziesięć książek”. Itak oto pewnego dnia zobaczyłem ojca wracającego do domu zpaczką książek. Przez lata stały na półce obok łóżka, gdzie spałem. Stopniowo nauczyłem się ich tytułów na pamięć. Znajdowały się więc wśród nich: Proces napisany przez niejakiego Kafkę, Armia konna – powieść napisana przez niejakiego Babla, Dusza zaczarowana (trzy tomy!) napisana przez niejakiego Romain Rollanda, Śmierć pana Galleta napisana przez niejakiego Georges’a Simenona, Człowiek izjawa napisana przez niejakiego Adriana Rogoza, Trzej muszkieterowie (wdwóch tomach!) napisana przez niejakiego Aleksandra Dumasa... Później zdałem sobie sprawę, że obok mojego łóżka wylądował prawdziwy skarb.

Ze wszystkich tych powieści tylko Proces mnie zaskoczył. Przez około dwa lata czytałem jedynie pierwsze strony iponownie do nich wracałem, nie będąc wstanie dobrnąć do końca. Apotem pewnego dnia przeczytałem książkę wcałości. Ta powieść naznaczyła mnie na całe życie.

Piszę to wszystko dlatego, że moja powieść Pan K. na wolności jest przede wszystkim hołdem dla Kafki. Ta książka wiąże się również zpewnym momentem wmoim życiu: wyjazdem zRumunii w1987 roku. Wrodzinnym kraju nigdy nie zamierzałem pisać powieści, która odnosiłaby się bezpośrednio do Kafki, napisałem tylko sztuki nawiązujące do kafkowskiego świata, wktórym żyłem. Dotarłszy do Paryża, przeżyłem szok: szok wolności. Jakbym wyszedł zwięzienia, nie wiedząc, co począć zmoją wolnością. Poczułem się nagle jak postać Kafki, Pan K., ale przeżywający swoją traumę wodwrotnej kolejności, innymi słowy – nie szok aresztowania, lecz szok uwolnienia.

Zacząłem więc pisać powieść Pan K. na wolności. To wistocie prosta historia. Mój bohater zauważa pewnego dnia, że został uwolniony, awolność zdaje się wpewnym sensie anormalnym wydaleniem ze świata, do którego przywykł... Wychodząc na wolność, mój bohater staje się niepewny, zaczyna mieć tysiące wątpliwości, błąka się wokół zakładu karnego itd.

Pisałem tę książkę zpasją przez około sześć miesięcy, wpierwszej połowie roku 1988. Wsierpniu 1988 roku wyjechałem jednak zParyża do pracy wBBC wLondynie. Zabrałem książkę ze sobą, ale nie mogłem jej kontynuować. Właściwie nie wiedziałem, jak ją zakończyć. Potem, w1989 roku, nadeszła rewolucja rumuńska... co wydawało mi się niewiarygodne, bo ta rewolucja „zamykała” moją powieść, zarówno fikcyjnie, jak i... fizycznie.

Pan K. na wolności pozostał potem wszufladzie na dwadzieścia lat. Od czasu do czasu myślałem onim, zamierzałem ponownie przeczytać tę książkę. Nigdy tego nie zrobiłem. Pisanie powieści jest również historią, ateraz historia tej mojej powieści „dojrzała”, nabrała kształtów. Poczułem, że nadszedł czas, aby ją uwolnić, opublikować. Powieść, która czekała dwadzieścia lat, ponieważ autor miał czas, by czekać, to historia, która zasłużyła na to, żeby puścić ją wobieg.

Autor

1.

Pewnego ranka Kosef J. został uwolniony. Najpierw zabrzęczały łańcuchy dwóch kłódek, które zamykały windę. Potem otworzyły się drzwi na końcu korytarza. Wreszcie dało się słyszeć kilka przekleństw, azaraz potem zaskrzypiał wózek, na którym przywożono tace ze śniadaniem. Dopiero gdy dwaj starzy strażnicy minęli celę Kosefa J., nie zatrzymując się, ten ostatni zdał sobie sprawę, że stało się coś dziwnego.

Wpierwszych chwilach Kosef J. pozostał głęboko zakłopotany, anawet nieco obrażony. To był pierwszy raz, gdy Franz Hoss ijego zastępca, Fabius, przechodzili obok jego celi, jak gdyby jego, Kosefa J., nie było wśrodku. Klapy okienek, przez które wsuwano jedzenie, nadal podnosiły się jak zwykle, wszystkie inne znajome odgłosy podkreślały, wich zwyczajnym rytmie, precyzyjny rytuał śniadania. Stary Franz Hoss nie przestawał krzyczeć iuderzać wżelazne drzwi. Fabius, jak zwykle poirytowany do gruntu, nie przestawał mamrotać iskarżyć się na gnuśność więźniów.

Potem nastało około pięciu minut ciszy. Dochodziły tylko jakieś przytłumione mlaskania, aczasem rzężenie jakiegoś osadzonego, który się krztusi.

Kosef J. wyskoczył złóżka ipodbiegł do drzwi. Przytknął skroń do zimnego metalu idługo nasłuchiwał. Poczuł, że jego żołądek zaczyna pulsować jakby wzburzony rodzajem nudności. Nagle uświadomił sobie, że wszyscy pozostali więźniowie posilają się, że pozostałych czterdziestu dziewięciu więźniów zpozostałych czterdziestu dziewięciu cel posila się, aon, ten pięćdziesiąty zpięćdziesiątej celi, został zniewiadomego powodu zupełnie pominięty. Wtym momencie stary Franz Hoss zjawił się na końcu korytarza.

Nikt nie mógł pomylić człapiącego kroku starego strażnika. Blaszki jego obuwia szorowały po betonie, apodeszwy sprawiały wrażenie papieru ściernego. Kosef J. słyszał, jak te buty zbliżały się do drzwi jego celi, jakby to były dwa dziwne, nieco ułomne, ale wciąż groźne zwierzęta. „Boże– powiedział nagle wduchu Kosef J.– mam nadzieję, że to nic złego”. I nie zdając sobie sprawy dlaczego, cofnął się kilka kroków, usiadł na brzegu łóżka ipróbował wstrzymać na parę sekund oddech.

Franz Hoss otworzył drzwi, wsparł się wprogu celi, spojrzał na niego zuśmiechem ipowiedział:

– Dzień dobry, panie Kosefie J.

– Jak to?– bąknął ten, do którego skierowano pozdrowienie, stając odruchowo na baczność.

Franz Hoss wszedł do celi izaczął badać ściany. Chodził zaniepokojony wkoło ikilka razy pokiwał zniezadowoleniem głową. Położył obie dłonie na ścianie ibacznie czekał, jakby chciał zmierzyć wtym miejscu wilgotność. Potem westchnął iusiadł na brzegu łóżka.

– Pogoda się psuje– powiedział stary strażnik.– Tak, tak– dodał jeszcze ipodrapał się wbrodę.

Kosef J. pomyślał, że śni. Przede wszystkim nie mógł uwierzyć własnym oczom, że stary Franz był wstanie pokazać taką twarz: zmęczoną, spokojną wswoim zmęczeniu, smutną, ajednocześnie bardzo ciepłą iludzką wswoim smutku. Poza tym wydawało się niewiarygodne, że mściwy strażnik mógł mówić łagodnym, anawet gawędziarskim tonem, co rzeczywiście zachęcało do ucięcia sobie pogawędki.

– Te deszcze mnie dobijają– usłyszał Kosef J. jak przez sen.– Dawniej tak nie padało.

– Jak to?– ocknął się Kosef J., odzywając się ponownie. To było jego drugie „jak to”, które wydusił zsiebie zotępieniem, izrobiło mu się trochę wstyd, że nie potrafi sprostać rozmowie.

– Nie, nie– odpowiedział natychmiast, lekko ożywiony, stary Franz– to oczywiste, że tak nie padało.

Wumyśle więźnia zrodziło się kilka strasznych podejrzeń, które pojawiały się jedno za drugim zprędkością kul. „Może chcą mnie zabić, może oszaleli, może przyjechała wodwiedziny moja matka”– usłyszał swoje myśli Kosef J. iprzez chwilę był niemal pewien, że głośno myślał. Ale nie, nie myślał na głos, bo stary Franz wciąż siedział spokojnie na brzegu łóżka iod czasu do czasu drapał się po brodzie.

– Już listopad izaraz przyjdzie grudzień– rozważał Franz Hoss, patrząc Kosefowi J. woczy długo inatarczywie, jakby chciał wspojrzeniu tego drugiego wyczytać opinię.

– Ale we wrześniu nie padało– powiedział nagle Kosef J. zdumiony, że słyszy siebie mówiącego.

– Jak to nie padało?– zapytał szorstko strażnik.

– Nie padało– upierał się Kosef J.

– Jak to nie padało?– ryknął strażnik zszorstką przyjaźnią.

– Nie padało– nalegał Kosef J. pewny siebie. Chciał dodać „po prostu”, ale zrezygnował, wydawało mu się, że już zbytnio naciągnął strunę. Mimo to poczuł, jak zalewa go fala radości. Sprowokował starego strażnika do, ni mniej, ni więcej, lecz dwóch „jak to”, co oznaczało, że miał odwagę sprzeciwić mu się dwukrotnie. „Teraz– powiedział wduchu KosefJ.– mnie uderzy”.

Ale Franz Hoss nie uderzył go. Spuścił jedynie wzrok ku ziemi, pozwalając, by jego twarz wyglądała na jeszcze bardziej zmęczoną ijeszcze bardziej starą. Kosefowi J. zrobiło się nagle żal starego strażnika. Prawie żałował, że nalegał ztym „nie padało”. Jaki sens było dręczyć starego imoże schorowanego człowieka?

Zkorytarza dobiegło kilka niejasnych zdań. Ktoś coś mamrotał iwlókł się, utykając, wzdłuż linii drzwi. „To Fabius”– zerwał się Kosef J. znieprzyjemną myślą zablokowaną wgłowie.

– To Fabius– powiedział stary strażnik, jakby usłyszał myśl wmózgu osadzonego ichciał go uspokoić.

– Dzień dobry, panie Kosefie J.– powiedział Fabius, gdy dotarł przed otwarte drzwi.

Kosef J. skinął szybko głową iwbił wzrok gdzieś wpustkę. Wkońcu strażnik mógł sobie pozwolić na wszystko. Jeśli ci dwaj starcy mieli ochotę przywitać go wten sposób, nikt nie mógł im zabronić pozdrawiania go tak serdecznie. Po czym, gdyby ci dwaj strażnicy chcieli złoić mu skórę iprzy każdym zadanym ciosie mówić: „Dzień dobry, panie Kosefie J.”, nikt nie mógłby im przeszkodzić wzrealizowaniu tej intencji do końca.

Ale zastępca, Fabius, ijego zwierzchnik, Franz Hoss, nie mieli tamtego ranka żadnych złych zamiarów. Fabius wciąż opierał się oframugę drzwi ze skonfundowanym wyrazem twarzy, jakby wstydził się wejść, ajednocześnie bardzo pragnął to zrobić. Nastąpiło kilka długich sekund milczenia. Fabius wyjął paczkę papierosów, zważył ją wdłoni, anastępnie wyciągnął wstronę Franza Hossa. Stary strażnik wyjął papierosa zgłębokim wyrazem wdzięczności na twarzy.

– Pali pan, panie Kosefie J.?

Kosef J. usłyszał pytanie imiał wrażenie, że jest schwytany wwilgotny cyklon ikilkakrotnie zanurzono mu głowę wwodzie. Coś mglistego przewijało się przed jego zmysłami, coś bardzo nieprzyjemnego właściwie, jak koszmar, którego jest się świadomym.

– Tak jest lepiej– usłyszał zbardzo daleka głos Fabiusa.

Obaj strażnicy zapalili papierosy iKosef J. zauważył, że Fabius zamierza schować paczkę do kieszeni. Prawdopodobnie moment zamroczenia został odczytany jako odmowa.

– Nie, nie– pospieszył się Kosef J.– Ja też chcę.

– Palenie to nieszczęście– skomentował Fabius, wyciągając rękę zpaczką papierosów.– Szczególnie wdeszczową pogodę– ciągnął dalej.

– Zgadza się– potwierdził Franz Hoss.

– Prawda?– dodał Fabius, odwracając do swojego przełożonego radosną twarz.

– Tak, tak!– zachęcił go Franz Hoss iKosef J. ujrzał nagle fantastyczny obraz dwóch strażników uśmiechających się do siebie wgłębokim porozumieniu, które ich najwyraźniej uszczęśliwiało.

– Dobry– powiedział Kosef J., wskazując na papieros, bardziej dlatego, że poczuł się zobowiązany uczestniczyć wharmonii tej chwili.

– Mam jeszcze– zareagował Fabius.– Jeśli chce pan jeszcze, to mam.

Cela wypełniła się szybko dymem. Papieros jeszcze bardziej odurzył Kosefa J. Zaczęły mu drżeć nogi. Jego serce pompowało do mózgu coraz mniej krwi, powodując urywany hałas, jakby ktoś siekał wkuchni cebulę. Kosef J. zastanawiał się zakłopotany, czy bicie jego serca nie rozchodzi się zbyt głośno wpomieszczeniu. Chciał usiąść, choćby na chwilę, na skraju łóżka, ale nie wiedział, czy ijak poprosić opozwolenie.

Franz Hoss zachichotał. Fabius zrobił dwa kroki wprzód, zatrzymał się przed Kosefem J. ipoklepał go protekcjonalnie po ramieniu. Wnastępnej sekundzie wszyscy trzej siedzieli na skraju łóżka ipalili. Kosef J. czuł się tak zrelaksowany itak otoczony opieką, jak nigdy dotąd. Zapragnął umrzeć, żeby móc opóźnić czas i zatrzymać na zawsze to uczucie.

2.

Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył Kosef J., kiedy się obudził, były uchylone drzwi jego celi. Podniósł się na łokciach iprzyjrzał uważniej. Przedmioty wpomieszczeniu straciły swój zarys, ale mimo to próbował je zidentyfikować. Ogromny strach uwił sobie gniazdo wjego gardle, gdy uświadomił sobie, jak bardzo jest późno. Światło, które przenikało przez wąskie okno jego celi, wskazywało godzinę południową. Kosef J. zerwał się na równe nogi ipodbiegł do ściany, wktórej było wykute okno. Uczepił się dłońmi dwóch prętów, apotem, pomagając sobie kolanami, zdołał unieść brodę powyżej dolnej krawędzi okna.

Więźniowie pracowali wogródku warzywnym zakładu karnego.

Kosef J. opadł na ziemię irozcierał sobie dłonie przygnębiony. Wkońcu jego mózg zaczął działać. Jeśli więźniowie pracowali wogródku warzywnym zakładu karnego, to oznaczało, że jest niedziela. Ponieważ tylko wniedziele, wgodzinach rekreacyjnych, więźniowie pracowali wogródku warzywnym zakładu karnego. Kosef J. natychmiast uświadomił sobie całą anomalię tego poranka. Przypomniał sobie bardzo dokładnie, że nie dostał śniadania. Nagle zdał sobie sprawę, że został wykluczony zprogramu pracy wogródku, pracy, którą więźniowie bardzo lubili, ponieważ pozwalano im jeść zieloną fasolkę igroszek.

„Nie jest dobrze”– powiedział wduchu Kosef J. Wceli pozostał zapaszek tanich papierosów, który przyprawiał go omdłości. Całe jego usta były jedną wielką raną, paliły go wargi, ana czubku języka czuł ździebełka kwaśnego tytoniu. Pozwolono mu jednak spać cały niedzielny poranek, co nigdy wcześniej nie miało miejsca. Ta ostatnia myśl uspokoiła go otyle oile, podobnie jak uczucie, że jest głęboko wypoczęty. Nigdy nie czuł się tak wypoczęty ani tak trzeźwy. Nigdy nie czuł większego pragnienia, by pracować wogródku warzywnym.

Podszedł do półotwartych drzwi izbadał uważnie kawałek korytarza, który mógł objąć wzrokiem. Głęboka cisza panowała na całym piętrze. Kosef J. odczekał kilka minut, zupełnie zdezorientowany, przed otwartymi na oścież drzwiami. Nie miał najmniejszego pojęcia, co powinien ani czego nie powinien robić. Po chwili postanowił otworzyć uchylone drzwi szerzej, aby zobaczyć jeszcze większą część korytarza. Wyciągnął rękę ipchnął je lekko, dusząc się niemal zemocji inie mogąc uwierzyć, że drzwi nie stawiały żadnego oporu. Spoglądał tak, jak chciał, wzdłuż korytarza, jednakże nie mógł go widzieć wcałości. Po chwili postanowił otworzyć drzwi na dobre ispróbować zobaczyć cały korytarz.

Korytarz był pusty. Na jego końcu drzwi prowadzące do windy także były uchylone. Kosef J. pomyślał, że ostatecznie, skoro sprawy miały się tak, jak się miały, może sobie pozwolić na krótki spacer po korytarzu. Przemykał się powoli przy ścianach, zaglądając do innych cel. Nigdzie nikogo. Dotarł do końca korytarza, gdzie znajdowała się winda. Zatrzymał się, rozmyślił się iwrócił. Znalazł się ponownie wswojej celi, bardziej zaintrygowany niż kiedykolwiek. Ponownie uczepił się krat okna iwyjrzał na zewnątrz.

Więźniowie kontynuowali żywo pracę wogródku warzywnym zakładu karnego. Dzień był słoneczny iniektórzy rozebrali się do pasa.

Kosefa J. ogarnęła wręcz zazdrość, anawet rodzaj złości. Jego żołądek dawał wyraźne oznaki niepokoju. Opuszczone wten sposób śniadanie było niemal katastrofą. Głód doskwierał mu nie tyle wżołądku, ile wmózgu, wywołując gwałtowne pytania iuczucie totalnego niezadowolenia. Kosefa J. ogarnął głęboki smutek, zwłaszcza że nikt nie mówił mu, co ma robić. Było jasne, że stało się coś nowego, coś związanego znim ijego losem, ale co dokładnie, tego nie mógł sprecyzować.

– Panie Hoss!– zawołał po chwili Kosef J. zza drzwi celi, mając nadzieję, że stary strażnik usłyszy go na przykład zszybu windy.

Nikt nie odpowiedział, awtedy Kosef J. przyłożył dłonie do ust iznów zawołał jak przez tubę:– Panie strażniku! Panie strażniku, to ja, Kosef J.!

Chciał kontynuować: „Panie strażniku, do diabła, to ja, zna mnie pan przecież”.

– Panie Hoss, czy mogę zejść do ogródka warzywnego?– odezwał się ponownie Kosef J., zachwycony, że przyszło mu na myśl, by poprosić opozwolenie.

Tym razem też nikt nie odpowiedział. Ale Kosef J. czuł się znacznie pewniejszy siebie. Fakt, że zapytał, dawał mu pewne przekonanie, że nie popełnił żadnego błędu. Zasadniczo nie miał formalnego zakazu wyjścia do ogródka warzywnego wniedzielę. Minęło kilka dobrych lat, od kiedy co niedzielę uprawiał ogródek, izawsze okazywał się sumiennym izdyscyplinowanym człowiekiem.

Pewny siebie ruszył wstronę windy, z której nigdy jeszcze nie zdarzyło mu się korzystać samemu. Zbadał wzrokiem owe sześć, siedem przycisków wskazujących poszczególne piętra. Nacisnął przycisk ze strzałką wgórę ikabinanadjechała. Wszedł do klatki windy, która przypominała mu jego własną celę, zaciągnął kratkę ochronną inacisnął przycisk zcyfrą zero. Winda ruszyła. Kosefowi J. zebrało się na wymioty. Przycisnął żołądek dłońmi iskulił się wkącie. Wymiotowanie wtym miejscu wydało mu się okropne ipróbował stłumić swoją reakcję. Wstrzymał oddech izacisnął mocno szczęki. Winda zatrzymała się, ale Kosef J. nie odważył się wstać. Nagle jego żołądek stał się ciężki. Coś kłuło go od środka, zalewając lepką, trującą cieczą. Kosef J. zamknął oczy, zaciskając jeszcze mocniej zęby, iskulił się jeszcze bardziej. Drżał cały, ajego mięśnie stały się zdrewniałe.

Drzwi windy otworzyły się ipojawiła się wnich głowa Fabiusa.

– Chce pan wymiotować?– zapytał znajspokojniejszym na świecie wyrazem twarzy Fabius, jakby takie było przeznaczenie tej windy: przewozić na parter ludzi, którzy chcieli zwymiotować.

– Tak– jęknął Kosef J.

– Proszę iść do klozetu– powiedział Fabius ipomógł Kosefowi J. wstać.

Wlekli się obaj wzdłuż korytarza, podpierając się wzajemnie. Fabius, kulejąc idysząc zwysiłku, Kosef J., oszalały zbólu igotów eksplodować. To był pierwszy raz, gdy Kosef J. szedł tym korytarzem, ale natychmiast wyczuł, że Fabius prowadzi go do klozetu strażników. Ogarnęła go jakaś dziwna duma rozprzestrzeniająca się wjego ciele ponad silnymi dreszczami zbólu iuczuciem mdłości.

Fabius pomógł mu zwymiotować, trzymając go cały czas za kark. Kosef J. miał wrażenie, że wypluwa zsiebie, po kolei, wszystkie wnętrzności. Pot spływał mu po szyi itwarzy, łzy, które pociekły zwysiłku, mieszały się zpotem. Fabius próbował go nieco uspokoić, powtarzając mu stale:

– Jeszcze trochę, panie Kosefie, jeszcze trochę.

Ale Kosef J. wybuchał od nowa, raz po raz, charcząc; asłysząc siebie, jak charczy, miał wrażenie, że będzie tak wymiotował do końca życia. To był moment, wktórym Fabius, trzymając go za kark iramiona, powiadomił Kosefa J., że od tego ranka jest wolny.

3.

Kosef J. oświadczył, że czuje się znacznie lepiej, ipoprosił Fabiusa, aby ten pozwolił mu zostać przez chwilę samemu. Fabius wyjął chusteczkę, wytarł mu nią twarz iusta, apotem przymusił go delikatnie, by ją zatrzymał, iodpowiedział:

– Tak, oczywiście.

Pozostawszy sam, Kosef J. zaczął się stopniowo uspokajać. Wklozecie strażników było czysto, wkafelkach prawie odbijało się jego oblicze. Pachniało dobrej jakości środkiem dezynfekującym iKosef J. wciągnął powietrze wpłuca. Potem próbował, przez długą chwilę, przypomnieć sobie zdanie Fabiusa. Nie był pewien, jak Fabius to sformułował, jakich właściwie użył słów. Próbował sobie przypomnieć, szperając wpamięci słuchowej. Wmózgu pobrzmiewało mu coś wrodzaju: „Odwagi, panie Kosefie, dziś rano wyszedł pan na wolność”. Ale nie, to było za długie, Fabius wyraził się inaczej: „Powoli, powolutku. Od teraz jest pan wolny”. Tak też nie. Fabius użył oficjalnego terminu, coś wstylu: „Okres pańskiego więzienia dobiegł końca”. Ajednak nie. To, co powiedział Fabius, miało charakter informacji przekazanej troskliwym tonem: „Niech pan uważa, od dziś jest pan wolny jak ptak”. Też nie.

Kosef J. chciał poczuć coś wyjątkowego, szaleć ze szczęścia lub wzruszyć się do łez. Ale nie przeżywał nawet wpołowie czegoś takiego. Przekazano mu wiadomość, jego mózg ją zarejestrował ityle. Jedyne, co czuł, to ból żołądka iuporczywy głód. Oczywiście to, co powiedział mu Fabius, wyjaśniało wszystkie dziwaczności poranka. Pozwolono mu zatem na dodatkowe trzy godziny snu, ponieważ on, Kosef J., miał do nich prawo. Był wolnym człowiekiem. Ajednak nie powiedziano mu od samego początku, że jest wolny. Spał, co prawda, swoim pierwszym snem wolnego człowieka, ale przez cały ten czas nie wiedział, że jest wolny. Dwaj starzy strażnicy zachowywali się dość dziwnie, byli mili, to fakt, ale dziwni. Być może poinformowanie Kosefa J. otym, że jest wolny, nie było ich obowiązkiem, ato znów wszystko wyjaśniało. Ale jeśli powiadomienie go otym, że jest wolny, nie było ich obowiązkiem, kto inny powinien był to zrobić? Kosef J. zrezygnował zrozmyślania otym wszystkim ipróbował się cieszyć. Próbował się cieszyć zpewnym uporem, wytężając całą swoją wolę.

– To najpiękniejszy dzień wmoim życiu– wyszeptał Kosef J., pragnąc wywołać usiebie wzruszenie.

Odczekał kilka chwil na efekt tego zdania, apotem, niezadowolony, powtórzył znacznie głośniej:

– To najpiękniejszy dzień wmoim życiu!

– Mówił pan coś?– usłyszał głos Fabiusa imusiał zaprzeczyć ze wszystkich sił, by powstrzymać strażnika przed otworzeniem drzwi.

– Potrzebuje pan czegoś?– zapytał jeszcze raz Fabius, po tym, jak się przekonał, że nie ma sensu ciągnąć za klamkę.

– Nie, nic– odpowiedział Kosef J. czułym tonem zwnętrza zklozetu.

Teraz, poza głodem, już nic go nie dręczyło. Przejrzał się wkafelkach ścian iuśmiechnął się. Kafelki były białe ijego skóra nabrała perłowej barwy. Odkrył obok, zamontowany wścianie, oprawiony wrodzaj marmurowej ramy, pierścień, na którym zawieszono rolkę papieru toaletowego. Zapragnął instynktownie odwinąć jak najwięcej papieru ischować kilka pasm na później. Jednak szybko ocenzurował, zwyższością, te zakusy. Nałożył spodnie, pociągnął złoty łańcuch spłuczki iwyszedł.

Fabius zniknął. Kosef J. przestał czuć skrępowanie. Mył długo ręce itwarz wumywalce na korytarzu, pod jednym zokien. Gdy skończył rozkoszować się chłodem wody na twarzy, Kosef J. wyjrzał przez okno.

Okno wychodziło na jedną ze stron więzienia, której Kosef J. nigdy wcześniej nie widział. Uświadomił sobie, że ma przed sobą ciało administracyjne, zbiurami, magazynami isypialniami strażników. Aleja pokryta małymi kamyczkami prowadziła do jednej zbocznych bram zakładu karnego. Aleję otaczało kilka starych topoli, które niezmiernie go cieszyły. Brama na końcu alejki była mniej imponująca niż wejście numer jeden, które znał od tak dawna. Dwie lampy po obu stronach przydawały tej małej bramie dyskretnego, intymnego, ponętnego wyglądu.

Myśl, że wreszcie jest wolny, ponownie zakiełkowała wjego umyśle. Wcałej jego istocie obudziło się niesamowite pragnienie, by pobiec do tej strzeżonej przez latarnie bramy. Boże, co takiego mogła oznaczać wolność? Czy wolność oznaczała, że wolno mu było spacerować aleją topolową? Czy wolno mu było wrócić do okna po zapadnięciu zmroku, by zobaczyć, jak świecą latarnie?

Kosef J. przygryzał wargi zbezradności. Właściwie jeszcze zupełnie nie wiedział, jak będzie wyglądało jego życie teraz. Ktoś zpewnością powinien mu wyjaśnić kilka spraw, ale ten ktoś się jeszcze nie pojawił. Ci dwaj strażnicy też wydawali się zakłopotani. Być może jego obowiązkiem było zadać kilka pytań, poprosić odokładne informacje. Wkońcu to on był na wolności. Ztrudem przyszłoby mu uwierzyć, że stary Franz Hoss nigdy nikogo nie wypuścił na wolność. „Jestem głupcem”– powiedział do siebie Kosef J. iruszył zdecydowanym krokiem wstronę ogródka warzywnego.

Ujrzał zdaleka dwóch strażników wylegujących się na ławce, cieszących się kilkoma promieniami słońca, które cudem zdołały przebić sufit chmur. Obaj mężczyźni jedli nasiona słonecznika, aFranz Hoss miał przymknięte oczy.

Więźniowie uwijali się wesoło wokół grządek kapusty ipomidorów. Kiedy zobaczyli Kosefa J., przestali pracować, aniektórzy znich zaczęli szeptać ze zdziwionym, choć pełnym szacunku wyrazem twarzy. Kosef J. poczuł się przez chwilę winny, że przespał cały ranek, zamiast wyjść popracować zinnymi jak zwykle. Ale szybko stłumił poczucie winy, mówiąc sobie wduchu, że przecież jest wolnym człowiekiem ima zupełnie inne obowiązki. Gdy zbliżał się do ławki, gdzie drzemali dwaj strażnicy, Kosef J. postanowił, ni mniej, ni więcej, że poprosi ich, aby jak najszybciej odprowadzili go do bramy więzienia znumerem jeden.

– Jak leci?– zapytał go Franz Hoss, otwierając oczy, zanim on, Kosef J., zbliżył się na tyle, by rozpocząć rozmowę.

Fabius, nie wiedzieć czemu, wstał. Kosefowi J. zabrakło tchu iwszystkie jego zamiary, by zadać kilka pytań, ulotniły się nagle. Więźniowie powrócili do pracy.

– Dobrze– powiedział Kosef J., bo stary strażnik oczekiwał, co było jasno widać, odpowiedzi.

– Chce pan posiedzieć znami trochę?– zapytał Fabius, aKosef J. odpowiedział twierdząco.

– To zadziwiające, że jeszcze wychodzi słońce– burknął Franz Hoss.

Fabius podał Kosefowi J. garść nasion.

– Proszę, niech się pan częstuje.

Kosef J. nie odmówił. Był straszliwie głodny izjadłby wszystko. Pobiegłby do ogródka, by zebrać trochę groszku, ale nie wiedząc właściwie czemu, wstydził się.

– Spójrzcie na tych nicponi– powiedział stary strażnik– nic nie zrobili od rana. Napełnili sobie brzuchy, tyle zrobili. Napełnili sobie bandziochy. To wszystko.

Kosef J. poczerwieniał nagle, ajego palce zastygły wpowietrzu. Zdołał wypluć kilka łusek słonecznika izotwartymi ustami czekał, aż powietrze wypełni mu płuca, pchane skądś zzewnątrz. Czy Franz Hoss zawoalował wtej wypowiedzi wyrzut?

– Szkoda, że jest niedziela– powiedział Fabius, patrząc na Kosefa J. długo, ale on niczego nie rozumiał ztego zdania.

Wszyscy trzej milczeli przez chwilę. Pęknięcie wchmurach zaczęło się zamykać ku wielkiemu smutkowi Franza Hossa. Kiedy ostatni promień słońca został przysłonięty przez lawinę chmur, stary strażnik natychmiast zerwał się na równe nogi iwydał polecenie. Więźniowie błyskawicznie ustawili się wkolumny. Była pora obiadu iwszyscy czekali na powrót do zakładu karnego.

– Tak bywa– powiedział Fabius do Kosefa J., kończąc dyskusję, która właściwie nie miała miejsca.

Kolumna więźniów wyruszyła. Franz Hoss wrzeszczał bez przerwy, wydając różnego rodzaju polecenia ilżąc raz jednych, raz drugich. Fabius strzepnął łuski nasion zbrody iruszył za Franzem Hossem.

Kosef J. poczuł się nagle niewymownie samotny. Ogarnęła go ciężka, przytłaczająca samotność, przyćmiona nieznośnym smutkiem. Nigdy nie czuł się tak opuszczony, ajego istota nigdy nie doświadczyła większego skonfundowania. Ze wszystkich sprzecznych impulsów, którym był poddawany, Kosef J. wybrał ten najbardziej naturalny iorganiczny. Postanowił wejść do swojej celi ipoczekać na obiad.

Ruszył prawie biegiem, by dogonić kolumnę.

4.

Tym razem Kosef J. był naprawdę wściekły. Po raz drugi tego dnia strażnicy przeszli obok jego celi, nie zostawiając mu regulaminowej tacy zjedzeniem. Na całym piętrze rozbrzmiewał zwykły zgiełk godziny posiłku. Słychać było mlaśnięcia, krótkie wybuchy śmiechu, jakieś beknięcie. Naczynia same zsiebie nie wydawały wiele hałasu, bo były zplastiku. Dźwięki przedzierały się przytłumione jak zotoczonego oparami ula.

Kosef J. nienawidził głodu. Był gotów znieść wszystko, ale nie głód. Był gotów zrozumieć wiele rzeczy, ale nie rozumiał, dlaczego już mu nie podawano jedzenia. Podejrzewał jednak, że wszystkie nieścisłości dotyczące jego uwolnienia były związane ze szczególną atmosferą niedzieli, dnia, kiedy cały program był właściwie wywrócony do góry nogami. Zastanawiając się głębiej nad tym, co działo się na zewnątrz, Kosef J. uznał, że słowa Fabiusa: „Szkoda, że jest niedziela”, mogły mieć tylko takie znaczenie. Gdyby to był jakikolwiek inny dzień tygodnia, sprawy prawdopodobnie potoczyłyby się inaczej, aon, Kosef J., byłby już po drugiej stronie, po drugiej stronie bramy zlampami, na przykład. Tak, można było zrozumieć taką sytuację, można było zrozumieć izaakceptować wiele innych spraw. Ale historii ze śniadaniem, azwłaszcza zobiadem już nie.

Kosef J. wyruszył na poszukiwanie Franza Hossa, nie wołając go już zza drzwi celi, tak jak to robił nieco wcześniej, inie pytając już opozwolenie na jej opuszczenie. Wkońcu był wolnym człowiekiem. Przeszedł, nie bez dumy, pomiędzy zaryglowanymi drzwiami innych cel, choć głód doprowadzał go po prostu do szaleństwa isprawiał, że był wręcz zazdrosny.

Franz Hoss iFabius posilali się na końcu korytarza, obok windy. Obaj byli tak skupieni na tym, co robili, że nie usłyszeli zbliżającego się Kosefa J. Franz Hoss skończył jeść zupę izabrał się za kawałek mięsa. Fabius, który jadł wolniej, delektując się każdą sekundą, miał jeszcze ostatnie pięć, sześć łyżek zupy. Kosefowi J. wydało się, nie wiadomo dlaczego, że posiłek tych dwóch strażników był nieco obfitszy, niż powinien być. Miska, której przeznaczenie trudno było odgadnąć, zdawała się ukryta pod krzesłem Fabiusa. Miała formę żołnierskiego kasku, kołysała się lekko, jakby dopiero co została tam umieszczona idlatego nie zdołała jeszcze osiągnąć stanu bezruchu.

Kosef J. zwolnił kroku, ale jego twarz zachowała całą zaciekłość ideterminację.

– O, pan Kosef– powiedział Franz Hoss zpełnymi ustami.

– Panie Hoss, zcałym szacunkiem, ja nie wiem, co się dzieje– zdołał wybąkać Kosef J.

– To znaczy co?– strażnik przestał przeżuwać, wybałuszając oczy, wielce zatroskany.

– Jedzenie, proszę pana– wyszeptał Kosef J. dławiąco, bliski wybuchu płaczu. Jabłko Adama, wprawione wruch przez kto wie jaki podekscytowany nerw, podskakiwało góra–dół, zmuszając go stale do przełykania.

– Jedzenie?– powtórzył strażnik.

– Jedzenie, tak, jedzenie– zdołał jeszcze przesylabizować Kosef J.

Dwaj strażnicy spojrzeli na siebie. Franz Hoss mrugał często oczami, szukając prawdopodobnie wswoim mózgu ukrytych związków między słowem „jedzenie” aobecnością Kosefa J. wtym miejscu.

– Cóż, panie Kosefie– wymamrotał Franz Hoss– wydawało mi się, że panu powiedziano.

– Co?– zapytał Kosef J.

Franz Hoss spojrzał karcąco na Fabiusa:

– Powiedziano mu czy nie?

– Powiedziano mu, powiedziano mu– powtórzył przestraszony Fabius.

– Proszę– powiedział Franz Hoss do Kosefa J.

– Ale co? Ale co?– próbował wydobyć zsiebie ten ostatni.

Moment był tak żenujący, jak to tylko możliwe, aprzynajmniej tak się wydawało Kosefowi J. Patrząc na talerz Fabiusa, zdał sobie sprawę, że ostatnie łyżki zupy ostygły, ato mogło rozzłościć straszliwie starca.

– Jest pan wolny, Kosefie, jest pan wolny– wykrzyknął Franz Hoss, pragnąc podkreślić tę ideę bez cienia nienawiści czy nerwowości.

„Znów zaczynają”– pomyślał Kosef J.

– Rozumie pan– kontynuował Franz Hoss.– Koniec. Został pan obcięty.

Fabius wybuchnął śmiechem, co poniekąd dodało Kosefowi J. odwagi, choć coraz bardziej pragnął powrócić do swojej celi ischować głowę pod poduszkę.

– Nie należą się już panu posiłki– wyjaśnił bardzo spokojnie Fabius. – Pana porcja została obcięta. Rozumie pan? Obcięto pana zbudżetu. Wtej chwili, jako że jest pan wolny, wie pan... więzienie właściwie nie jest już zobowiązane do niczego... Rozumie pan?

Kosef J. zrozumiał. Tamci dwaj dalej jedli.

– Ale jeśli chce pan sobie coś kupić...– usłyszał Kosef J. jak przez sen, nie zdając sobie sprawy, który zdwóch strażników przemówił.

– Naturalnie, może pan sobie coś kupić– kontynuował drugi głos.

– Coś dobrego– powiedział pierwszy głos.

– Kiełbaski brzmią dobrze?

„Co tu robić, co tu robić, co tu robić?” – to pytanie krążyło po mózgu Kosefa J. Wolność spadła na niego wbardzo odległej inierealnej postaci. Aon, były więzień zceli numer 50, zwolniony teraz, nie miał żadnego punktu odniesienia, żaden gest nie miał już konsystencji, żadna myśl nie była dostatecznie silna, by popchnąć go do działania. Fabius wysiorbał ostatnie łyżki zimnej zupy ztaką samą przyjemnością, zjaką siorbał, gdy była jeszcze gorąca. Franz Hoss skończył kawałek mięsa, ateraz zbierał okruszki chleba ipołykał je ztaką samą przyjemnością, zjaką połknął wcześniej kawałek mięsa. Fabius jadł swój kawałek mięsa ztaką samą przyjemnością, zjaką Franz Hoss zjadł swój kawałek mięsa. „Dla nich – pomyślał KosefJ. – wszystkie sprawy są proste, wiedzą, co mają robić wkażdym momencie, dla nich wszystko ma sens...”

– Człowiek jest głodny– powiedział Fabius.

Kosef J. próbował spojrzeć Fabiusowi prosto woczy, aby wten sposób okazać mu swoją wdzięczność.

– Zaprowadzić go do kuchni?– zapytał, nie wiedzieć kogo, Fabius.

– Zaprowadź– odpowiedział Franz Hoss iKosef J. szybko przeniósł wzrok na twarz starego strażnika, ztym samym infantylnym zapałem, by okazać swoją wdzięczność.

– Proszę iść za mną– powiedział Fabius, wzdychając ciężko, jak człowiek, który wie, że jego sjestę diabli wzięli.

„To jednak wspaniali ludzie”– pomyślał Kosef J. ipodążył za Fabiusem do windy.

Chociaż zagłodzony idość oszołomiony niezwykłymi wydarzeniami dnia, Kosef J. cieszył się, że może wreszcie przejść alejkami prowadzącymi do kuchni. To była inna strefa zakładu karnego, gdzie jego stopa nigdy jeszcze nie stanęła, ina którą patrzył zawsze zdaleka, zpoczuciem przewrotnego pragnienia. Był żądny nowych obrazów, ioto nowe obrazy przewijały się przed jego oczami. Czuł pod stopami żwir alejek, jak coś długo oczekiwanego, coś, co mogło go zregenerować. Wmiarę jak zbliżał się do kuchni, cieszył się, że mógł oglądać kominy nad dachem iduże okna wjadalni personelu.

Niebo przysłoniły poszarpane chmury. Dość zimny wiatr wprawiał wdrżenie liście topoli. Czarny dym zkuchennych kominów rysował się nieprzyjemnie na niebie.

– Będziemy mieli długą zimę– powiedział Fabius przygnębiony.

Kosef J. chciał odpowiedzieć najserdeczniej inajuprzejmiej, jak potrafił, ale nie znalazł innych słów prócz:

– Możliwe.

– Będzie siedem długich zim, zobaczy pan– kontynuował Fabius.– Było już siedem krótkich zim iteraz będzie siedem długich.

Kosef J. próbował przypomnieć sobie, czy ostatnie siedem zim było naprawdę krótkie. Ale wszystkie zimy były dla niego raczej irytujące, aściślej mówiąc identyczne, równe, niezmiernie równe wirytowaniu go.

– Będzie, będzie– przytaknął jednak, karcąc się wmyślach za to, że uciekał się do tak głupawych wypowiedzi.

Weszli do budynku, wktórym znajdowała się kuchnia. Wkorytarzu było znacznie cieplej niż wkażdym innym pomieszczeniu, do którego Kosef J. kiedykolwiek wszedł. Pachniało również niezmiernie przyjemnie.

– Rozette!– zawołał Fabius. Potem zwrócił się do Kosefa J.: – posila się.

Kosef J. nie widział nic niezwykłego w tym, że osoba oimieniu Rozette, będąc wkuchni, posilała się.

– Rozette!– krzyknął jeszcze raz Fabius, tak głośno, że aż się zakrztusił izaczął kaszleć.

Kosef J. czuł się zobowiązany coś powiedzieć, zwłaszcza że całą tę drogę przebyli wjego interesie. Dlatego on też wołał najuprzejmiej, jak potrafił:

– Rozette!

– Nic ztego– powiedział Fabius zgrymasem rozczarowania.– Kiedy je, nic nie słyszy.

Weszli do dość dużego pomieszczenia, wktórym znajdowało się kilka pieców elektrycznych. Kosef J. zwolnił kroku onieśmielony, pragnąc przyjrzeć się bliżej tym fantastycznym urządzeniom. Ale Fabius pociągnął go za rękę, minęli dwie lub trzy zmywarki izbliżyli się do jednego znajbardziej ukrytych zakątków sali, za szafkami pełnymi sztućców. Przy drewnianym stole jakaś kobieta karmiła dziecko.

– To jest Rozette– powiedział Fabius iusiadł wyczerpany na krześle.

Dziecko patrzyło zrozbawieniem na Fabiusa, aon wykrzywił się.

– To jest pan Kosef J., októrym ci mówiłem– kontynuował.– Ten pan tu zje.

Kosef J. nabrał powietrza wpłuca, by coś powiedzieć, ale nic nie przyszło mu do głowy. Dziecko mierzyło go wzrokiem iwtedy uśmiechnął się do niego.

– Dobrze– usłyszał głos Rozette.

Kobieta miała tak przyjemny tembr głosu, że Kosef J. drgnął iczekał, aż powie coś jeszcze. Rozette natomiast zadowoliła się wypowiedzeniem tylko tego. Nałożyła na talerz coś kruchego, ale ciepłego iparującego i postawiła go przed Kosefem J.

– Chleb bez ograniczeń– dodał Fabius, aby uzupełnić gest kobiety.

Kosef J. zaczął jeść niezmiernie zadowolony. Dziecko nadal nie odrywało od niego wzroku izastanawiał się, czy aby ono też nie jest wciąż głodne. Ale nie, dziecko zjadło wszystko, teraz było po prostu ciekawe. „Jestem dla niego obcym, prawda?”– wyjaśnił sobie Kosef J. Przeżuwając dokładnie, spojrzał ponownie na dziecko, aono uśmiechnęło się do niego. Kosef J. przyjął ten uśmiech zniezmierną radością. „To dobry dzieciak”– powiedział sobie wduchu. „Jedzenie też jest dobre”– dodał. Wtej części zakładu karnego wszystko było niezwykle ciepłe iprzyjazne.

– Smakuje, smakuje?– zapytał Fabius, śmiejąc się.

Kosef J. skinął głową iroześmiał się zpełnymi ustami.

Kobieta też się roześmiała. Cała trójka patrzyła teraz na niego zwyrazem głębokiego zrozumienia na twarzach. KosefJ. po raz pierwszy wżyciu poczuł się szczęśliwy.

– Jeśli chce pan jeszcze, dam panu dokładkę– powiedziała Rozette swoim jakże przyjemnym głosem.

– Och, nie– odpowiedział Kosef J.

– Nie ma się czego wstydzić– odrzekła kobieta.

„Tak, tak mów do mnie, mów do mnie jak najwięcej”– pomyślał Kosef J. Mógłby słuchać Rozette bez końca, nawet gdyby opowiadała otym, jak działają zmywarki. „Pomogę jej na końcu”– postanowił wmyślach. Tak, musiał coś również zrobić dla tych ludzi. „IFabiusowi też pomogę”– rozmyślał dalej, choć jeszcze nie wiedział, wjaki sposób mógłby pomóc Fabiusowi.

Kobieta nałożyła mu kolejną porcję, nie pytając onic. Wszyscy troje znów się roześmiali, gdy zaczął ponownie jeść. „Są mili, są dobrzy, są prawdziwymi ludźmi”– powtarzał sobie wmyślach Kosef J. To było życie, to była wolność, oto, wreszcie, cała wolność, prawdziwa, przed nim.

– Idę sobie– oznajmił Fabius.

– Dziękuję, bardzo dziękuję!– zawołał Kosef J. za strażnikiem.

– Chce pan wody?– zapytała kobieta.

– Tak, tak– odpowiedział Kosef J. entuzjastycznie, znadzieją, że nawiąże znią krótki dialog.

– Przynieś panu Kosefowi szklankę wody– poleciła dziecku Rozette.

Dziecko zerwało się zkrzesła iprzyniosło szklankę wody. „Jakie usłuchane”