Pan Darcy nie żyje - Magdalena Knedler - ebook
Opis

„Tak dumny i zarozumiały, że wszyscy wprost znieść go nie mogli” (Pani Bennet o Panu Darcym, „Duma i uprzedzenie”).

To miała być kolejna wielka ekranizacja dzieła Jane Austen. Epicki romans, gwiazdorska obsada i produkcja z hollywoodzkim rozmachem. Pan Darcy nie zdążył jednak wywołać rumieńca na twarzy Elizabeth Bennet …

Po sentymentalnej aurze „Dumy i uprzedzenia” pozostaje tylko piękna okolica i urokliwy dworek. Produkcja filmu zostaje wstrzymana. Jednak gra trwa nadal: śledztwo w sprawie ewentualnego zabójstwa i sekrety gwiazd inicjują zabawną komedię intryg. Bohaterowie spiskują, knują i robią wszystko, by kompromitujące fakty z ich życia nie ujrzały światła dziennego.

Niespodziewane zwroty akcji, błyskotliwe dialogi i atmosfera hollywoodzkiego skandalu tworzą literacką mieszankę wybuchową. „Pan Darcy nie żyje” to soczysta opowieść, nie tylko dla fanów Jane Austen.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 404

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © Magdalena Knedler -Zając, 2015

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2015

 

 

Redaktor prowadząca: Magdalena Genow-Jopek

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Alicja Krawczak

Projekt okładki: Urszula Gireń

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Maciej Majchrzak

 

 

Wydanie elektroniczne 2015

 

ISBN 978-83-7976-279-8

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

Od autorki

 

 

 

 

 

 

Pomysł na powieść Pan Darcy nie żyje narodził się w mojej głowie już siedem lat temu, kiedy kompletowałam materiały do pracy magisterskiej, zatytułowanej Obraz życia szlachty angielskiej z przełomu XVIII i XIX wieku w kilku filmowych adaptacjach powieści Jane Austen. Wbrew pozorom wtedy, przed siedmioma laty, zgromadzenie materiału źródłowego do tej pracy nie było wcale łatwą sprawą. Wielu tekstów napisanych w języku angielskim do tej pory nie przetłumaczono na język polski. Wielu książek nie mogłam też zwyczajnie kupić, ponieważ w poszczególnych bibliotekach Londynu, Bath, Nowego Jorku czy Bostonu znajdowały się ich pojedyncze egzemplarze, często dostępne tylko w czytelniach. Postanowiłam wówczas poradzić sobie inaczej i poprzez wortale, strony internetowe i fora nawiązałam szereg kontaktów z wielbicielami prozy Jane Austen, a także amatorami dobrego kina i niezłej telewizji. To dzięki nim dotarłam do rozmaitych i niezwykle cennych materiałów, które pozwoliły mi napisać – że tak nieskromnie powiem – świetną pracę. Wtedy również zaczęła się moja prawie dwuletnia przygoda z portalem Ogród Jane Austen, na którym pojawiały się moje artykuły, recenzje i tłumaczenia tekstów związanych z twórczością Austen i filmowymi adaptacjami jej powieści.

Pewnego dnia, kiedy przeglądałam zdjęcia z planu filmowego Dumy i uprzedzenia (2005), w którym to obrazie główne role zagrali Matthew Macfadyen i Keira Knightley, zerknęłam na dach Groombridge Place (filmowe Longbourn) i pomyślałam sobie: „Ale fajny dom. I dach... A gdyby tak z tego dachu zleciał któryś aktor? Na przykład główny? Co by się wtedy stało z całą produkcją? Jak by wyglądały dalsze losy projektu? Jak czuliby się pozostali aktorzy?”. Wiem, wiem, to są nie do końca zdrowe myśli, mnie jednak nie chodziło, rzecz jasna, o prawdziwe „zlatywanie”. W mojej głowie powstał zalążek może jeszcze nie książki, ale pomysłu na całkiem inną fabułę. Inną, a jednak w pewnych momentach – zwłaszcza dotyczących relacji damsko-męskich – pewnie i odrobinę podobną. W końcu wychowałam się na Jane Austen i jej schematy fabularne na długo zawładnęły moją wyobraźnią. Austen była w mojej głowie jeszcze przed Agathą Christie i innymi „kryminalistami”, których bardzo sobie cenię. Później nasze relacje trochę się ochłodziły, a teraz...

A teraz wracam do dworku Longbourn, wracam do Lizzie i Darcy’ego, którzy... zaraz, zaraz! Są jacyś dziwni! Dlaczego Lizzie jest taka chuda?! I dlaczego – na Boga – Darcy ma blond włosy?! I loka na grzywce? Kto zatrudnił do tej roli tak fatalnego aktora?! No, pytam?! Kto?!

 

Rzadko, bardzo rzadko w jakichkolwiek wyjaśnieniach pomiędzy ludźmi wyłania się całkowita prawda, rzadko zdarza się, by coś nie było choć trochę zatajone lub trochę mylnie zrozumiane.

JaneAusten,Emma

 

Zobaczyłam wszystkie możliwe filmy oraz – w wyspecjalizowanych bibliotekach Londynu, Los Angeles i Nowego Jorku – ich recenzje; w trybie błagania, kupna lub pożyczki gromadziłam całą bibliotekę książek i artykułów poświęconych filmowym adaptacjom literatury, by wreszcie dojść do ostatecznego wniosku w sprawie wiernego i wiarygodnego odtworzenia „świata JaneAusten” w filmie, satysfakcjonującego janeitów. Wniosek ten można zamknąć w dwóch słowach: „Dajcie spokój !”.

Elsa Solender, była przewodnicząca Północnoamerykańskiego Stowarzyszenia Jane Austen (2002)

 

Po zakończeniu zdjęć do „Dumy i uprzedzenia”(1995), w każdym moim kolejnym filmie miała miejsce przynajmniej jedna taka scena, podczas której ktoś stwierdzał: „Myślę, że właśnie w tym momencie zabiłeś pana Darcy’ego”. AleDarcy jest figurą, która nigdy nie umrze. On zawsze błądzi gdzieś w tle. Nie mogę go kontrolować. Chciałem zabawić się z jego zjawiskiem w „Dzienniku Bridget Jones”(2001). Nigdy nie czułem się z tego powodu obrażony. Pokutuję zaDarcy’ego, ale część mnie myśli, że powinienem porwać się na ten postmodernistyczny akt i zmienić nazwisko właśnie na „Darcy”. Wtedy ludzie mogliby zacząć tłumaczyć mi: „Ale przecież nie jesteś panem Darcym”. A to by było coś nowego... Śmiem nawet twierdzić, że Darcy być może stanie się moim ocaleniem, kiedy jedynym zatrudnieniem, jakie znajdę, będzie otwieranie supermarketów w bryczesach i peruce.

Colin Firth (pan Darcy, Duma i uprzedzenie 1995)

 

„Duma i uprzedzenie”(2005) obrazuje także kontrast między zachowaniem w sytuacjach oficjalnych a zachowaniem w sytuacjach prywatnych. Swoboda rodziny Bennetów za zamkniętymi drzwiami ich salonu kontrastuje ze sformalizowanym i bardziej wyważonym sposobem postępowania w towarzystwie. Między światem oficjalnym i prywatnym przebiega tutaj pewna granica, przybierająca kształty kurtyny opadającej i wznoszącej się, dającej sygnał do rozpoczęcia i zakończenia przestawienia, jakim jest życie społeczne, wspólnotowe.

Magdalena Knedler, fragment pracy magisterskiej

pt. Obraz życia szlachty angielskiej z przełomu

XVIII i XIX wieku w kilku filmowych adaptacjach

powieści Jane Austen (2007)

 

Na początku wszyscy byliśmy dla siebie bardzo mili. Nagle oprócz dynamiki postaci pojawiły się prawdziwe emocje.

Rosamund Pike (JaneBennet,

Duma i uprzedzenie 2005)

 

Duma i uprzedzenie (2014)

 

Reżyseria :

Alan Fawley

 

Scenariusz:

Oscar Lyne

 

Na podstawie:

Jane Austen, Duma i uprzedzenie (powieść)

 

Obsada :

Zoe Alcott: ELIZABETH BENNET

Peter Murphy: PAN DARCY

Rosie Hinds: JANE BENNET

Nicole Roth: LYDIA BENNET

Irene Lovell: CAROLINE BINGLEY

Ben Rudd: PAN BINGLEY

Cornelius Black: PAN BENNET

Penelope Holder: PANI BENNET

 

Produkcja :

Eric Hittock

 

Kierownik produkcji:

Jimmy Hittock

 

Zdjęcia :

Paul Maddock

 

Dźwięk :

Liza Webster

 

Charakteryzacja :

Sofie Baranski

 

Kostiumy:

Bell Kennedy

 

Scenografia :

Mark Greenwood

 

Montaż:

Jean-Pierre François Beurnonville

 

Muzyka :

Billy Humby Jr.

 

 

 

 

 

Bruk zbliżał się. Z każdą sekundą jego widok stawał się wyraźniejszy i bardziej realistyczny. Peter Murphy zrozumiał wreszcie, że on i bruk należą do tego samego świata. Nie istnieje między nimi żadna niewidzialna, miękka jak puch bariera, która zamortyzuje upadek czy też odbije ciało Petera niczym gumową piłkę. A później jeszcze raz i jeszcze, aż wreszcie pozwoli mu bezpiecznie wylądować. Nie. Peter wiedział, że tym razem lądowanie nie będzie bezpieczne i z pewnością nie zakończy się dobrze. Ten bruk, który przed chwilą oglądał z góry, wydawał się nierealny, odległy, niegroźny, niemal śmieszny. A teraz?

Peter niewiele z tej sytuacji rozumiał. Co on właściwie zrobił? Kiedy? Komu jaką krzywdę wyrządził? Nie dopuszczał do siebie prostych prawd. Całe to mętne tłumaczenie, hektolitry alkoholu, dziewczyna na festynie, która śpiewała piosenkę Adele... Schody, taras, widok na Krainę Jezior. Potworne zawroty głowy, barierka i... bruk. Mógł tylko czekać. Tak, czekać. Czym bowiem innym jest bezwolne spadanie, które – choć trwa zaledwie kilka sekund – wydaje się wiecznością? Niczego nie da się zrobić. Nie można spowolnić lotu ani zmienić kierunku. Tym bardziej nie ma szansy na zatrzymanie się czy cofnięcie czasu. Zostaje oczekiwanie.

Murphy nie raz słyszał, że tuż przed śmiercią człowiek przypomina sobie całe swoje życie. Wtedy obrazy z przeszłości przesuwają się przed oczyma niczym klatki w niemym filmie. A jednak on nie zobaczył całego swojego życia. Nie trawił wspomnień, nie uśmiechał się na widok znajomych twarzy, nie czuł zapachów i smaków. Myślał o bruku. O tym, że jest tak czysty i gładki. I coraz wyraźniejszy. Okrągły srebrzysty księżyc przegląda się w nim jak w lustrze. Poszczególne kamienie są odrobinę wypukłe i za dnia z pewnością ogrzewało je słońce. Sprawiają niemal wrażenie przyjaznych. Ale tak naprawdę wcale nie są przyjazne. Są twarde. I zimne. Jak to kamienie nocą. Bezwzględne. Pogrążone w niemym oczekiwaniu. Na niego.

Peter Murphy chciał krzyknąć, jednak zrobił to za późno. One pożarły dźwięk. Połknęły go w całości, kiedy Peter wreszcie się zjawił. Kiedy w szalonym pędzie zbliżył się do nich, kiedy dotknął ich zimnej powierzchni swoim rozgrzanym ciałem. One. Kamienie. Grawitacja zawsze wygrywa, pomyślał jeszcze Peter, zanim wszystko na dobre się zakończyło. Zanim spadł ostatni klaps. Zanim na ekranie wykwitły te litery, które tak dobrze znał. The end.

 

 

Przed wschodem słońca

 

 

 

 

1.

 

 

Dyskusja na temat domniemanej anoreksji Zoe Alcott, aktorki zaangażowanej do roli ElizabethBennet, zatoczyła koło i utknęła w martwym punkcie. Od dobrych kilkunastu minut nie padło ani jedno odkrywcze zdanie, które wniosłoby do rozmowy cokolwiek nowego. Dyskutanci, rzecz jasna, zdawali się w ogóle tego nie zauważać. Wręcz przeciwnie. Nakręcali się nawzajem coraz bardziej, a emocje, z początku rozmaite i indywidualnie zabarwione, ulegały stopniowemu ujednoliceniu. Każdy był już do granic możliwości wściekły, spocony i chorobliwie rumiany, nawet blada zazwyczaj charakteryzatorka. Na stół wjechała whisky. No to teraz się zacznie... Dźwięki nie straciły nic na swej intensywności, ale artykulacja rozmówców z sekundy na sekundę stawała się coraz mniej precyzyjna.

Bell Kennedy jeszcze niżej pochyliła się nad kartką papieru i w skupieniu szkicowała. Z dyskusji wyłączyła się już dawno temu. Pamiętała, że kiedy ostatecznie umilkła i poprzysięgła sobie więcej się nie odezwać, na dworze było jeszcze całkiem jasno. Teraz za prostokątnym, olbrzymim oknem ziała czarna pustka. Nawet księżyc nie uraczył ich choćby wątłym, rachitycznym światłem. Nic dziwnego. Pewnie nie chciał tracić energii na rozpraszanie złowieszczego mroku i kreowanie nastroju, kiedy spojrzał z góry na tę bandę kretynów... Na oświecenie było tutaj i tak stanowczo za późno...

– Ale czego wy się tak spinacie? Przecież Keira Knightley w wersji sprzed dziesięciu lat też była chuda, a jakoś zagrała, dostała nominację do Oscara... – To był operator obrazu. On lubił chude aktorki. Najlepiej bardzo chude. Oczywiście chciał być super poprawny politycznie, ale nie potrafił udawać. Może gdyby posiadł tę umiejętność, zamiast operatorem zostałby aktorem... Oczywiście chudym...

– Racja. Dostała nominację. Niezły wyczyn jak na kostiumówkę. Moda na kino gorsetowe przeminęła pod koniec lat dziewięćdziesiątych i teraz możemy już liczyć na nominacje tylko za jakiś montaż, scenografię, kostiumy, charakteryzację, muzykę i inne gówienka. Skończyły się czasy, kiedy Emma Thompson siadała i pisała scenariusz, a później film dostawał Oscary, BAFTY, Złote Globy, Niedźwiedzie, Lwy, Palmy... – Reżyser chciał coś jeszcze dodać, ale został zagłuszony. Istniało ryzyko, że owo zagłuszenie za chwilę przerodzi się w ogłuszenie i ktoś jak nic padnie trupem.

– No taaaak! Gówienka! Ciekawe, jak by twój filmik wyglądał bez tych GÓWIENEK! Jeszcze zobaczymy! – wydzierał się scenograf.

– Właśnie! Właśnie! Co ty sobie myślisz? Niby jak by wyglądała ta cała podstarzała diwa, która gra Jane Bennet, gdybym jej nie zamalowała worów pod oczami? – dołączyła się charakteryzatorka, zazwyczaj blada, a teraz wściekle rumiana. I jeszcze bardziej zła niż na co dzień.

– Ty jesteś jakiś popierdolony! Myślisz, że film będzie się bujał bez montażu? Co, wystarczy sobie nakręcić i po sprawie?! Widać, że to twój pierwszy film! No wiesz, sorry, kino to nie teatr! Nie teatr, stary! Ja rozumiem, reżyserowałeś na West Endzie, masz nominację do nagrody Laurence’a Oliviera, zbierałeś same ekstra recenzje, jesteś mega ważniak i w ogóle, ale no weeeź już! Pora załapać konwencję! Kino-to-nie-teatr! Że też jego musieli wziąć na reżysera... No mówiłem, Sam Mendes ma dosyć kręcenia Bonda, to nie! Facet od Downton Abbey się interesował, to też nie! Koleś od Gry o tron zasugerował, że znudziły mu się smoki i zarzynanie głównych bohaterów, to też nie, nie i nie! Świeża krew! Zachciało im się! – wrzeszczał, zaciągając z francuska, montażysta. Tego wieczoru po raz pierwszy – chyba w życiu? – użył słowa „popierdolony”. Ciekawa rzecz, usłyszeć takie wrzaski z francuskim akcentem...

– Taaaak! On myśli, że jest jakimś pieprzonym Angiem Lee... Albo lepiej! Cholernym Jamesem Ivorym! – znowu wydarł się scenograf.

– Ang Lee jest lepszy niż James Ivory! – ryknął... ktoś.

Dyskusja po raz kolejny zatoczyła koło. Tym razem pod względem wyzwisk. Whisky poszła w ruch. Bell przycisnęła ołówek do kartki. Rysik złamał się i odskoczył, trafiając wprost do oka lekko pobladłego kierownika produkcji, który również od kilku minut siedział cicho. Głosy umilkły równocześnie. Bell przełknęła ślinę. Zmarszczyła brwi i wyprostowała się niechętnie.

– Ile ona waży? Ta ElizabethBennet? Znaczy Zoe Alcott? – spytała. Jej głos był dziwnie zachrypnięty. Upiła łyk whisky, ale to tylko pogorszyło sprawę.

– Jakieś... Czterdzieści? Czterdzieści dwa kilo? I powinnaś się zorientować wcześniej, Bell. Zaangażowano ją do filmu jako pierwszą. No i, do cholery, jest znana, co nie? Poza tym chwila! Przecież wy już pracowałyście razem! Czego się głupio pytasz? W poprzednim filmie nie była taka chuda, co? Na pewno nie! – odezwał się niechętnie świeżo zwyzywany reżyser.

W tle wybrzmiały wymykające się definicjom pojękiwania. Z żalu? A może zazdrości? W końcu siedział tam też operator obrazu, więc nigdy nie wiadomo...

– Aha. No to wymyśliłam takie coś... – Bell uniosła do góry arkusz papieru. – Talia odcięta pod samym biustem, sporo marszczeń i rękawy do łokcia, tutaj koronka, tutaj bufy, tutaj...

– Jesteś genialna! – ucieszyła się charakteryzatorka, z rozmachem stawiając na stole opróżnioną szklaneczkę. – Ta cała Alcott będzie wyglądała na grubszą. Dużo grubszą.

– Nie spodoba jej się. To gwiazda. Jedyna w tej cholernej obsadzie! Nominowana do nagród. Trzeba się liczyć z jej zdaniem. Ona nie pójdzie na takie... – zaczął operator-obrazu-pro-ana.

– Pójdzie. Będzie musiała – wycedził kierownik produkcji i z wolna uniósł się z krzesła. W pokoju zapanowała uroczysta atmosfera, zupełnie jak gdyby wreszcie rozpoczęło się wyczekiwane od dawien dawna przemówienie królowej. – Będzie musiała! Nie ma, powtarzam – nie ma, ludzi niezastąpionych!

Producent mrugnął porozumiewawczo do Bell i uniósł w górę pustą szklankę. Przez chwilę wyglądał jak Statua Wolności. Charakteryzatorka pociągnęła nosem. Zawsze ryczała, kiedy trochę wypiła. Bell westchnęła. Temat domniemanej anoreksji Lizzie Bennet poszedł chwilowo w odstawkę. Na tym jednak nie kończyły się ich kłopoty. Z pewnością nie na tym.

 

 

 

 

Bell wiedziała, że Zoe Alcott ma problemy z wagą. Zauważyła to już podczas pierwszego dnia na planie. Ogólnie dziewczyna nie była zła do tej roli. Może trochę zblazowana i nieświeża jak na energiczną Lizzie Bennet, ale miała talent i potrafiła wcielać się w skrajnie różne postaci. Kiedy pojawiła się na zdjęciach, operator był zachwycony. Jednak reżyser, Alan Fawley, zaczął zaraz jęczeć, że musiała stracić jakieś dziesięć, może nawet piętnaście kilo. Przecież w czasach Jane Austen nie panowała jeszcze moda na anoreksję! Poza tym trzeba kreować wzorce, dawać dobry przykład, a nie wywierać dodatkową presję na biedne kobiety, które i tak torturują się, by zbliżyć się do okładkowych ideałów...

Jednym słowem, Alan wydawał się niezadowolony. Kiedy Zoe Alcott włożyła na siebie suknię zaprojektowaną przez Bell, cała ekipa dziwnie przygasła. Entuzjazm opadł. Piękna kreacja w stylu późnej Regencji wisiała na aktorce jak worek pokutny. Bell była załamana. Robiła przecież przymiarki, wszystko było skrupulatnie wyliczone. Wystarczyło kilka tygodni i taka zmiana... Reżyser przymknął oczy i lekko się zakołysał, za to operator zaślinił się z zachwytu. Producent – zwany przez wszystkich po prostu Producentem przez duże „P” – wezwał później Zoe Alcott na rozmowę, ale dziewczyna tłumaczyła się, że dopiero co zakończyła jakiś film o narkomance, musiała sporo schudnąć, a przecież nie da się tak prostu, w kilka dni, przytyć! Poza tym dobrze się czuła we własnym ciele... Właśnie. Zdjęcia przełożono pod pretekstem poszukiwania odpowiedniego aktora do roli pana Darcy’ego, ale kiedy je wznowiono, Alcott wyglądała nadal przeraźliwie chudo. I zupełnie nie dało się z nią gadać. Była wielką gwiazdą. Faktycznie, jako jedyna w całej obsadzie... To ona miała przyciągnąć ludzi do kin.

Producent machnął ręką i uznał, że coś się wymyśli. Czyli, mówiąc wprost, ktoś coś wymyśli, a on to uzna lub nie uzna i zrzuci problem na innego „wybrańca”. Sam natomiast zaangażował się w casting na Darcy’ego, stwierdził bowiem, że w kwestii Darcy’ego to nie przelewki, wszyscy pamiętają Colina Firtha z wersji ’95, a jego następca ’05 – Matthew Macfadyen – był... no jakiś tam był, ale żeby coś specjalnego? Producent uważał, że to właśnie odpowiedni pan Darcy wyniesie ten film na wyżyny. Odpowiedni amant. Odpowiednia chemia, odpowiednie maślane oczy, odpowiednia arystokratyczna wyniosłość, odpowiednia DUMA, bo w końcu kręcimy nową wersję Dumy i uprzedzenia! Trzeba się zatem postarać. Wybrać dobrze, żeby się później nie męczyć i tylko spijać śmietankę... Producent zatem wybrał. Blondyna. Piegowatego. Z zawadiackim lokiem na czole... I w dodatku, jak się szybko okazało, dawnego kochanka Zoe Alcott, która szczerze go nie znosiła. Darcy i Lizzie, pałający do siebie nienawiścią i plujący sobie w twarze jadem... Tak, to było zdecydowanie coś nowego! Oryginalnego. Intensywnego... Nad produkcją szybko zawisły czarne chmury. A najlepsze miało się dopiero zacząć...

 

 

 

 

– Może ona, ta Alcott, myśli, że my kręcimy film Duma i uprzedzenie i zombie?

W pokoju zapanowała cisza. A później wszyscy jak na komendę ryknęli śmiechem. Na dworze robiło się szaro i rześko. Gdzieniegdzie dało się słyszeć głosy, że pora już pójść spać, choć na chwilę, bo przecież wybiła czwarta, a o szóstej trzeba wstać. Nie można codziennie pracować na kacu. To niemoralne. I niezdrowe. Poza tym należy zabrać się do roboty, uszyć nowe kiecki dla ElizabethBennet i namówić Darcy’ego na ścięcie loka... Bell uniosła się z krzesła i lekko chwiejnym krokiem ruszyła w kierunku drzwi. Ostrożnie zeszła po schodach i wyszła na ganek. Ostre, chłodne powietrze sprawiło, że poczuła się momentalnie nieco bardziej trzeźwa. Ktoś stanął za jej plecami.

– Idziesz ze mną?

Bell przymknęła oczy. Nie, nie, nie, nie... Trzeba powiedzieć „nie”. Trzeba...

– Dobrze. Ale to już... – zaczęła i zawiesiła głos.

– Ostatni raz – szepnął mężczyzna tuż nad jej uchem. – Jak zwykle.

Bell wzdrygnęła się lekko i obróciła na pięcie. Weszła z powrotem do domu, nie patrząc na zarumienionego i odrobinę wstawionego mężczyznę. On zawsze wstawiał się zaledwie odrobinę. Zawsze potrafił zachować umiar. Nie to, co reszta...

Kiedy wspinała się na piętro, słyszała miarowe stukanie obcasów o schody. Ich kroki zlewały się w jeden dźwięk. Poczuła nagły skurcz w żołądku. Cieszyła się na myśl o tym, co za chwilę miało się wydarzyć. Z każdym kolejnym krokiem stawała się coraz bardziej niespokojna, coraz bardziej niecierpliwa. Było jej potwornie gorąco, a serce waliło jak szalone. Jednocześnie obiecywała sobie, że to już na pewno ostatni raz. Na pewno już ostatni. Nigdy więcej nie da się namówić. Nigdy więcej nie będzie tego chciała. Nie tak bardzo. Nie tak bardzo, jak w tej konkretnej, ulotnej, pachnącej whisky chwili.

 

 

 

 

2.

 

 

Rosie Hinds uwielbiała spacerować o świcie. A tutaj teren wprost idealnie nadawał się na poranną włóczęgę. Park usytuowany był tak malowniczo, że kiedy przystanęła, by popatrzeć na ciemnozielone skłębione krzewy i powykręcane, stuletnie drzewa unurzane w błękitno-srebrnej porannej mgle, poczuła niemal ból w klatce piersiowej. Podobne cuda można oglądać tylko o świcie – tylko o tej dziwnej porze, kiedy nocne koszmary wydają się już odrobinę śmieszne, ale rzeczywistość jeszcze nie rozbudziła się na tyle, by wessać człowieka bez reszty, pozbawić go złudzeń i marzeń. Tak, Rosie Hinds uwielbiała spacery o świcie. Dlatego jak zwykle o piątej trzydzieści wskoczyła w tenisówki i legginsy, po czym bezszelestnie wymknęła się z domu. Modliła się, by nikt jej nie zauważył. Ten krótki wycinek czasu zamierzała zagarnąć tylko dla siebie.

Rosie nigdy nie była typem śpiocha i uważała, że wylegiwanie się do południa to potworna strata czasu. Dlatego też bardzo odpowiadało jej poddane żelaznej rutynie życie na planie filmowym. Pobudka o siódmej, czasem nawet o szóstej, jeśli potrzebne były specjalne ujęcia, wymagające odpowiedniego światła, lub zapowiadało się sporo dubli. Rosie nigdy nie narzekała. Ta Zoe Alcott wiecznie marudziła, krzyczała, żeby wynosić się z jej pokoju, iść w cholerę i pozwolić spać. W końcu jest gwiazdą, no nie? Gwiazdy mogą mieć swoje kaprysy i zachcianki, ostatecznie to niewygórowana cena za sukces komercyjny, który Alcott z pewnością zagwarantuje... Tak. Niewygórowana... Zoe Alcott to wielka gwiazda, ma nominację do Oscara i trzy BAFTY, jakąś Emmy, chyba Złotego Globa... I pewnie w cholerę innych nagród, których nazw ona – Rosie Hinds – w życiu nie słyszała. Bo ona – Rosie Hinds – nie jest wielką gwiazdą. Jest po prostu aktorką, a to różnica. Naprawdę paskudnie spora różnica...

Agent Rosie uważał, że mogło być gorzej. Przecież mogła mieć pecha i po opuszczeniu murów uczelni w ogóle nie znaleźć zatrudnienia, łazić od studia do studia, od teatru do teatru, statystować w jakichś głupich sitcomach. No pewnie. Mało to takich „absolwencików”? Mogło być gorzej. A tak? Rosie Hinds nie była byle kim. Występowała na deskach londyńskich teatrów i raz na Broadwayu, miała na swoim koncie kilka udanych ról w brytyjskich serialach i filmach telewizyjnych, plus gościnny występ w amerykańskim serialu detektywistycznym, po którym posypały się dobre recenzje i padła obietnica włączenia Rosie do regularnej obsady. Tylko że – nagle i niespodziewanie dla całej ekipy, a także i dla widzów – serial zdjęto z anteny. Rosie wróciła do Londynu i przez kilka miesięcy nie miała pracy. Nikt się o nią nie upomniał. Nie chcieli jej w Downton Abbey i Grze o tron. W teatrze nie było dla niej ani jednej roli, bo przecież nikt nie spodziewał się, że wróci tak szybko. Że serial o zblazowanym detektywie, który wieczorami pali trawkę i pisze sonety włoskie, nagle zejdzie z anteny. Kto by pomyślał? Naprawdę świetny serial... I tak spektakularnie uśmiercili jego poprzednią asystentkę! Zupełnie jak gdyby szykowali etat dla nowej aktorki... A tu proszę! Niespodzianka! Rosie uśmiechała się sztucznie, kiedy ludzie mówili, jak bardzo jej współczują. Wiedziała, że tak naprawdę na West Endzie i w Narodowym cieszą się i zacierają ręce. Pewnie za bardzo chełpiła się tą rolą za oceanem. Pewnie była zbyt zadowolona z siebie – zbyt przekonana, że wreszcie odniesie sukces...

O planach wyprodukowania nowej wersji Dumy i uprzedzenia dowiedziała się z gazet. Siedziała wówczas na trawie pod Pałacem Buckingham i jadła grillowanego kurczaka. Było jej wszystko jedno. Wiedziała, że niedługo zostanie zmuszona do tego, by zamienić dom na mniejszy i mocno zredukować wydatki, dopóki coś się nie trafi. I nagle to! Duma i uprzedzenie! Jej ulubiona powieść. Rosie starała się o rolę w poprzedniej adaptacji, z 2005 roku, ale wówczas uznano, że jest za młoda i niedoświadczona. Rosie nie do końca zgadzała się z tą opinią. Miała dwadzieścia dwa lata i była absolwentką prestiżowej Royal Academy of Dramatic Art. Grała w teatrach... I tyle. No dobrze, Rosie nie była może wówczas doświadczona, ale przecież posiadała odpowiednie przygotowanie! Do RADA nie dostają się byle głupki... A poza tym oni zaangażowali do filmu Keirę Knightley! Keirę Knightley, która miała niecałe dwadzieścia lat i ZERO studiów aktorskich, ale za to grała w Piratach z Karaibów! No...! Piraci z Karaibów! Magiczne hasło! To załatwiało sprawę!

Rosie zaczęła żałować, że zamiast łazić na castingi i starać się o rolę w niezłym blockbusterze, siedziała na wykładach, uczyła się oddychać przeponą, operować gestem i stosować metodę Stanisławskiego. I milion innych metod. Po co jej to było? Ciekawe, czy Keira Knightley znała jakiekolwiek METODY?! Jasne! Na pewno! A teraz co? Teraz historia się powtórzyła. Do roli ElizabethBennet zaangażowano tę małą szmatę, Zoe Alcott, która może i potrafi coś zagrać, ale gwiazdorzy, jakby była Meryl Streep! A ma dopiero dwadzieścia trzy lata. Dwadzieścia trzy! I już taki dorobek, tyle filmów, tyle nagród, tyle kasy! Kolejna młoda gwiazda, która lepiej sobie radzi w tym światku, niż ona, wykształcona aktorka, absolwentka pieprzonej RADY. Dobrze, że w ogóle wzięli ją do tego filmu. Z początku nie chcieli, ale – całe szczęście – Alan się uparł. Mówił, że albo będzie kręcił z Rosie, albo w ogóle. Ryzykował. Mogli go wywalić na zbity pysk, w końcu wśród reżyserów nie był jakąś cholerną gwiazdą. A przecież Sam Mendes interesował się projektem... Mówił, że mu się znudził Bond...

Mimo to Producent nie wziął Mendesa i nie wywalił Alana. I Rosie również nie wywalił, choć z początku nie wiedział, do jakiej roli ją wcisnąć. Na młodsze siostry ElizabethBennet była stanowczo za stara, a na starszą – Jane... Chyba trochę... Za... Brzydka... Producent wyartykułował to powoli i umilkł zażenowany, kiedy Rosie patrzyła na niego bez słowa. Po upływie najdłuższej minuty w jej życiu zaczął się głupio tłumaczyć, że tutaj nie chodzi o taką prawdziwą brzydotę, tylko po prostu z książki wynika, że Jane Bennet jest dużo ładniejsza od Elizabeth, a Zoe Alcott jest bardzo piękna, więc aktorka do roli Jane powinna być już mega-hiper-do-entej-potęgi-powalająca. I w ogóle nie powinna być człowiekiem, tylko jakimś sztucznie wykreowanym, idealnym tworem, bez skazy, zmazy i wad. Bo trudno – naprawdę bardzo trudno – przebić pod względem urody Zoe Alcott. Ostatecznie jednak do roli Jane zaangażowano Rosie. Szefowa castingu wydawała się zadowolona. Mówiła, że Rosie ma takie ładne, naturalne, brązoworude włosy, a nigdy nie było Jane z takimi włosami. No i umie grać. Fajnie, że ktoś umie grać... Miła odmiana... A jak się umie grać, to się zagra nawet urodę...

Producent z początku jeszcze lekko kręcił nosem, przestał jednak, kiedy zobaczył Rosie w zaprojektowanej przez Bell, zielonej sukni z delikatnego muślinu. Oniemiał wtedy i przez chwilę bezgłośnie poruszał ustami. A później nigdy już więcej nie powiedział, że Rosie nie nadaje się do roli Jane. Poczuł się spokojnie i bezpiecznie. Mógł wreszcie wycofać się do swoich biur i kombinować nad rozciąganiem budżetu, bo ekipa ciągle meldowała mu o nowych, nieprzewidzianych, rzecz jasna, wydatkach. Rosie również odetchnęła. Została jej tylko charakteryzatorka. Charakteryzatorka nie była zadowolona. Raz po raz jęczała nad głową Rosie, że trzydzieści jeden lat to za dużo jak na bohaterkę Dumy i uprzedzenia, bo w tamtych czasach trzydziestolatki były już matronami. Rosie nie miała pojęcia, że charakteryzatorka zna takie słowa... Postanowiła urabiać ją delikatnie i co jakiś czas zostawiała na toaletce czekoladki z wódką. Charakteryzatorka miała do nich słabość.

I był jeszcze Alan. Alan Fawley, nadzieja brytyjskiej reżyserii... Jej dawny narzeczony. Wielka, stara miłość, która z pewnością jeszcze nie zardzewiała. Przynajmniej z jednej strony. Rosie wiedziała, że gdyby jej sytuacja materialna nie wyglądała fatalnie i gdyby, rzecz jasna, nie chodziło o Dumę i uprzedzenie, nigdy nie zdecydowałaby się pracować z nim na planie. Zwłaszcza że zatrudniono jeszcze Petera Murphy’ego. Peter Murphy, Alan Fawley i Rosie Hinds, a w tle Kraina Jezior. Zupełnie jak wtedy, przed laty. Rosie na samą myśl o przeszłości przeszedł dreszcz. Do tego, Alan i Peter pracujący przy tym samym projekcie! Uzależnieni od siebie zawodowo i... towarzysko! Spotykający się na planie, ale i po zdjęciach. W korytarzu, w parku, w wiosce Bridebridge na niewinnych zakupach... Dzień w dzień! Stanowczo zbyt wiele okazji do pogawędki, a może nawet wypicia czegoś mocniejszego. A to mogłoby skończyć się źle. Bardzo źle. Nie trzeba mieć wyjątkowo lotnego umysłu, by wiedzieć, że alkohol rozwiązuje języki. A język Petera musiał pozostać za jego wybielonymi i idealnie wyprostowanymi zębami. Na długo. Na zawsze.

Za późno dowiedziała się o Peterze, za późno! Ale wtedy nie było już odwrotu. Nie mogła zerwać kontraktu, choć czuła, że ponowne przebywanie przez dłuższy czas w tym samym składzie nie zaowocuje niczym dobrym. Niczym... Minęło wprawdzie dziesięć lat, a jednak... Za dużo wspomnień, za dużo demonów przeszłości, za dużo żalu i uczuć, które gdzieś tam, w głębi serca, wciąż się tliły. Peter Murphy wiedział o niej coś naprawdę paskudnego, jeżeli zaś chodziło o Alana...Rosie nadal go kochała. Beznadziejnie i bezsensownie. Nigdy nie pogodziła się z ich rozstaniem. Powiedziała mu, że nie powinien odchodzić, bo będzie tego żałować. A raczej nie powiedziała. Zagroziła mu. Bo sformułowanie: „jeszcze tego pożałujesz”, zawierało w sobie bardziej groźbę niż informację. Zagroziła mu zatem i zaklinała, by nie odchodził, choć przecież to ona zawiniła... A teraz Alan nieźle się pozbierał. Miał przed sobą przyszłość, jego kariera nabierała tempa i w dodatku... I w dodatku Rosie widziała go z nią. Z tą dziewczyną, kostiumografką... Nie miała pojęcia, czy to prawdziwy związek, czy może tylko seks, ale... Coś się działo. Z pewnością.

Rosie wspięła się na wzgórze i wciągnęła w nozdrza zapach mokrej trawy. Legginsy i tenisówki miała już całkiem przemoczone, ale zupełnie się tym nie przejmowała. Spojrzała na piękne Bridebridge Hall, dom, w którym kręcono pierwsze sceny Dumy i uprzedzenia. Siedemnastowieczna, urokliwa budowla wyłaniała się powoli z porannej mgły i stopniowo zawłaszczała dla siebie całą przestrzeń. To wspaniałe, że ekipa mogła zamieszkać tutaj, a nie w przyczepach. Dzięki temu dane im było w pełni zasmakować nastroju Bridebridge, pooddychać historią, znaleźć łączność z minionym światem i przeszłymi pokoleniami, które niegdyś również kroczyły tymi samymi korytarzami i spały pod tym samym dachem. Rosie ceniła sobie podobną pomoc w żmudnym procesie pracy nad rolą. Nie grała wprawdzie głównej bohaterki, ale zawsze...

Mgła całkiem już opadła i Bridebridge Hall ukazało się w pełnej krasie. Rosie zmrużyła oczy. W jednym z okien na pierwszym piętrze zarysowała się sylwetka nagiej dziewczyny. Za jej plecami wyrosła druga postać, tym razem męska. Dziewczyna odwróciła się i wzięła z rąk mężczyzny prześcieradło. A może duży ręcznik? Rosie nie potrafiła tego dokładnie określić. Jej gardło ścisnęła lodowata obręcz. Alan. I ta mała kostiumografka. Bell Kennedy. Czyli tę noc spędzili razem. Czyli Alan nie obracał się w pustym łóżku z boku na bok i nie myślał o dawnej miłości, która na nowo wtargnęła w jego życie. Świetnie się bawił. Tak. Pracował i świetnie się bawił.

Rosie skręciła w lewo i zbiegła ze wzgórza. Po chwili zwolniła do marszu i równym tempem wkroczyła na żwirowaną alejkę. Między krzewami dostrzegła przemykające postaci. Przystanęła i wytężyła wzrok. Próbowała wychwycić jakieś dźwięki, ale poza szelestem traw i liści niczego nie usłyszała. Chciała podjąć przerwaną wędrówkę w kierunku domu, kiedy wreszcie dobiegł ją stłumiony śmiech. A później coś innego. Jakieś słowa.

– To takie beznadziejne! On nie może grać Darcy’ego! Ja nie dam rady, jeśli on będzie grał Darcy’ego. No każdy, tylko nie on, do cholery! To ty powinieneś go grać. Pasujesz znacznie bardziej! Dlaczego ciebie nie wybrali?

– Nie wiem, ale daj już spokój. Trudno. Musisz udawać. To właśnie jest twoja praca, prawda? Udawanie!

Rosie przykucnęła i jak najciszej przesunęła się w kierunku źródła dźwięku. Ostrożnie rozchyliła wilgotne liście pobliskiego krzewu, który zasłaniał jej widok. Wstrzymała oddech. Tego się nie spodziewała...

– Nienawidzę ich za ten casting! Wszystko bym zrobiła, żeby zmienili obsadę. Poza tobą i mną, oczywiście! Czego się krzywisz?! Chociaż, mówię ci, ty grasz niewłaściwą rolę. No? Przestań się tak na mnie gapić! Masz papierosa?

– Nie powinnaś palić. Musisz dbać o cerę.

– W dupę z cerą! Masz?! O! Wspaniale... Najpierw ten cholerny Darcy z pedalskim lokiem, z którym kiedyś, jak debilka jakaś, poszłam do łóżka, a później on myślał, że to pieprzony poważny związek! Kretyn, co nie? Najpierw on, a teraz ta cała stara dupa Rosie na Jane. No kurwa, mówię ci, cyrk na kółkach...!

Postaci oddaliły się w głąb parku. Rosie dopiero po chwili zorientowała się, że zaciska dłonie w ciasne piąstki.

 

 

 

 

– Nie możesz tak tu stać! – powiedział Alan ze śmiechem i pociągnął Bell w kierunku łóżka. – A jeśli przyuważy cię jakiś paparazzo?

– Paparazzo będzie czatował na Zoe Alcott, mnie oleje. Nawet pewnie nie wiedzą, kim jestem. Mogłabym paradować nago po parku, a i tak nie uraczyliby mnie pojedynczym, zakichanym zdjęciem...

Bell owinęła się ciaśniej prześcieradłem i usiadła na brzegu łóżka. Dyskretnie rozejrzała się po pokoju w poszukiwaniu butelki wody. Była na siebie zła. Zła za nadmiar wypitej whisky i za kolejną noc z Alanem. Jednak teraz, kiedy tak przyglądała mu się spod półprzymkniętych powiek, gniew powoli ją opuszczał. Alan leżał na brzuchu, z twarzą odwróconą do niej. Brodę opierał na splecionych dłoniach. Jego półdługie, czarne włosy odcinały się wyraźnie na tle białej pościeli. Przełknęła ślinę. Nie znosiła u siebie tej słabości. Alan przyciągał ją jak magnes. Pragnęła go obsesyjnie, dziwnie, do bólu, niemal organicznie. Nie była to jednak tylko czysta fizjologia, zimna kalkulacja, mająca na celu dostarczenie chwilowej przyjemności i kilkusekundowego zapomnienia. Bell naprawdę lubiła Alana. I ceniła go. Był autentycznym artystą w całym tym dziwnym bajzlu. Ale on... Bell nie wiedziała właściwie, w jakich kategoriach Alan ją postrzegał. Kim dla niego była. Nigdy jednak nie ośmieliłaby się przypuszczać, że kimś ważnym.

– O czym myślisz? – spytał nagle, unosząc się na łokciu.

– Wiesz... – Bell zawahała się na chwilę i rzuciła okiem w kierunku okna. Na szczycie wzgórza nikogo już nie było. Wzięła głęboki wdech. – Tam... Tam na wzniesieniu chyba widziałam Rosie Hinds. Wcześnie jakoś na spacer. Co?

W pokoju zapanowała cisza. Alan zerwał się z łóżka i wciągnął dżinsy. Przez chwilę stał odwrócony plecami do Bell i mechanicznie drapał się po karku. Następnie przeczesał dłonią splątane włosy i sięgnął po t-shirt. Wreszcie na nią spojrzał. Bell zauważyła, że pobladł lekko i zrobił się nagle dziwnie poważny.

– Rosie zawsze lubiła spacerować o świcie. Zwłaszcza kiedy byliśmy gdzieś... Kiedy była gdzieś na wsi – poprawił się szybko i wykrzywił wargi w nieporadnym uśmiechu. Zbliżył się do Bell i mocno pocałował ją w usta. – Nie wiedziałem, że nadal to robi, w końcu nie jesteśmy ze sobą już od dawna – mruknął i wciągnął na siebie koszulkę. – To dobra aktorka. Nie gwiazda, ale cholernie dobra aktorka. Mimo wszystko cieszę się, że jest z nami.

– Tak, mimo wszystko – powiedziała cicho Bell, choć nie miała zielonego pojęcia, o co chodzi. Nigdy nie rozmawiała z Alanem o sprawach osobistych. W ogóle mało ze sobą rozmawiali. Głównie o pracy i zagadnieniach czysto estetycznych, związanych z filmem. Trochę o swoich pasjach, ale nie za dużo. I na tym koniec.

– Idę na dół. Zrobię kawę – rzucił Alan i chwycił za klamkę.

– Mhm...

Bell wyciągnęła się na łóżku i westchnęła z rezygnacją. Kawa jak kawa, ale o wodę musiała się postarać, i to natychmiast!

 

 

 

 

3.

 

 

W nocy musiało padać. Inaczej skąd tu tyle wody? Oscar Lyne z niesmakiem przejechał dłonią po włosach i spojrzał w górę na zielony baldachim utkany z liści dębu. Tyle zachodu, żeby cyknąć jedno głupie zdjęcie. Ale skoro już tu był i zobaczył tę ciekawą scenkę, fotka mogła się przydać. Nawet bardzo. Tyle tylko, że Oscarowi brakowało odpowiedniego przygotowania i wprawy. Nie był przecież jakimś durnym paparazzo, tylko zwykłym scenarzystą. Zazwyczaj siedział i pisał. Ot, prozaiczne skrzyżowanie dupy z krzesłem. Nic wielkiego. No, owszem, czasem musiał coś przeżyć, coś zaobserwować, doświadczyć rozległego repertuaru emocji, ale – należało to głośno i wyraźnie zaznaczyć – do jego zawodowych obowiązków nie wliczało się bieganie po mokrej trawie i pod równie mokrymi liśćmi. I tutaj, w parku okalającym Bridebridge Hall, Oscar również nie wykonywał swoich obowiązków. Jechał do pracy, to fakt, ale pracować – de facto – jeszcze nie zaczął. A później wydarzyły się te wszystkie dziwne rzeczy, które zmusiły go do zaparkowania auta w jakichś podejrzanych krzakach i sięgnięcia po aparat. Dobry aparat zawsze woził ze sobą. Zdarzało się czasem, że zupełnym przypadkiem trafiał w ciekawe miejsce, które idealnie nadawało się do jakiejś wymyślonej przez niego sceny i należało ową przestrzeń uwiecznić, by mieć inspirację do pisania. A tutaj... Co się tutaj wydarzyło, do cholery? Minął dopiero pierwszy dzień zdjęciowy, a ludzie zaczynali kombinować i za kulisami już odgrywał się inny spektakl, o wiele prawdziwszy od tego zaaranżowanego.

Droga była bardzo wąska i w większości gruntowa. Tu i ówdzie pojawiały się wprawdzie żałosne skrawki asfaltu, ale nie zasługiwały nawet na miano szosy. Kiedy wjechał między wzgórza, a po obu stronach pojawiły się lśniące tafle pobliskich jezior, wiedział, że odległość do celu malała z każdą sekundą. Oscar nie miał pojęcia, co też szczególnego Producent i reżyser widzieli w podobnym miejscu. On w swoim scenariuszu nigdzie nie napisał, że akcja tej wersji Dumy i uprzedzenia będzie się rozgrywała na wesołych bagniskach. Oscar wymarzył sobie zielone łąki, wypielęgnowane parki, gładkie, niepozarastane chaszczami lasy i zagajniki... Wszystko ślicznie angielskie i nadęte. Jak w książkach dobrej, starej cioci Jane Austen.

Ale nie! Cholerny Producent, ten sztywny idiota, wiecznie naburmuszony i zadumany nad nie wiadomo czym, wymyślił sobie, że angielskie łąki i przystrzyżone żywopłoty już były i się przejadły. Uparł się na mroczniejszy klimat, na dzikie wrzosowiska, falujące jeziora, parujące uroczyska i w ogóle na niebezpieczną, nieokiełznaną przyrodę. Mówił, że tak będzie dobrze dla treści. Zrobił wielki wykład o tym, jak dobór podobnej przestrzeni wydobędzie na wierzch sztywność angielskiej etykiety dziewiętnastego wieku... Kurwa, kontrasty mu się zamarzyły! Dualizm! A wszystkiemu przyklaskiwał reżyser, ten chłopek roztropek z West Endu, który nie miał pojęcia o kręceniu filmu...

Oscar już teraz miał dość Dumy i uprzedzenia. A robota nie zdążyła się jeszcze dobrze rozkręcić. Jedyne, co naprawdę ciągnęło go do Bridebridge Hall, to świadomość, że Bell Kennedy już tam jest. I wreszcie będzie mógł spędzić z nią trochę czasu. Ta dziewczyna była interesująca. Młoda, zdolna, ambitna, ale jakaś taka cicha... Oczywiście nie zawsze. Widział ją na kilku imprezach, na których potrafiła dać czadu, napić się i potańczyć, całkiem zresztą nieźle. Oscar obserwował Bell już od dawna. Pamiętał ich pierwsze spotkanie w teatrze Old Vic w 2007 roku. Na deskach Vica wystawiano w tym czasie Wszystko o mojej matce – sztukę Samuela Adamsona na podstawie filmu Pedra Almodóvara. Bell miała wówczas dwadzieścia dwa lata i dopiero zaczynała swoją przygodę z kostiumografią, choć kilka osób liczących się w filmowo-teatralnym światku już zdążyło dostrzec w niej potencjał. Przy projektowaniu kostiumów do spektaklu Wszystko o mojej matce asystowała jakiejś innej kostiumografce, której Oscar zupełnie nie pamiętał. W jakim celu on sam znalazł się w Vicu podczas prób do przedstawienia? Nie mógł sobie przypomnieć... Chyba chodziło o jego pierwszą sztukę. Jakieś rozmowy, obiecanki, „zobaczymy, co da się zrobić”... Oscar również miał wówczas dwadzieścia parę lat i mimo bólu pleców i pogorszenia wzroku w wyniku nieustannego ślęczenia przed komputerem – niczego wielkiego jeszcze nie osiągnął. Ale jego także karmiono zapewnieniami, że ma potencjał.

Właśnie o tym rozmawiali z Bell. O potencjale. Zobaczył ją, jak siedziała na schodach i szkicowała. Średniego wzrostu, szczupła, ale nie chuda, z długimi, czarnymi, kręconymi włosami. Zajrzał jej przez ramię i powiedział, że rysunek jest bardzo ładny – bo był – a później zaproponował herbatę. Zgodziła się niechętnie. I tylko dlatego, że czytała jego sztukę. Całkiem niezłą. Choć miała marne szanse, żeby ją wystawili w Vicu, może za kilka lat... Bell wypiła herbatę z Oscarem i rozmawiało im się całkiem miło. Dziewczyna zdradziła mu nawet, że marzy o tym, by porozmawiać z Kevinem Spaceym, zapytać o American Beauty, o Siedem i Północ w ogrodzie dobra i zła. Brakowało jej jednak odwagi, by zaczepić dyrektora. Oscar zaś zdradził, że niekiedy trudno mu się utrzymać w ryzach wyznaczanych przez scenariusz. Chciałby zaszaleć z metaforyką, strumieniem świadomości, pobawić się językiem i... napisać powieść. Bell uznała, że powinien spróbować. On z kolei stwierdził, że powinna zagadać do Spaceya i zapytać jeszcze o Podejrzanych. Pośmiali się, pokiwali głowami... I rozeszli każde w swoim kierunku. Spotykali się później przy różnych okazjach, na imprezach, uroczystościach teatralnych i filmowych, kilka razy nawet na gruncie neutralnym. Na kawie czy drinku. Tylko że... No właśnie. Na tym koniec.

Urok osobisty Oscara Lyne’a i jego inteligentny wyraz twarzy – wszyscy mówili mu, że wygląda na inteligentnego i to pewnie przez fakt, że pisze, a zatem musi dużo myśleć, głowić się i często marszczyć brwi – w ogóle na nią nie działały. Mało tego! Bell miała swój świat. Kiedy reszta ekipy kłóciła się o pierdoły, ona siadała gdzieś w kącie i rysowała kiecki... Rzadka umiejętność. Oscar żałował, że wczoraj nie mógł do nich dołączyć, kiedy awanturowali się o anoreksję Zoe Alcott i chlali whisky. Taka okazja... W dodatku – jak już zdążył dowiedzieć się z telefonicznej relacji charakteryzatorki – Bell uratowała sytuację. Zaprojektowała jakieś – ponoć powalające – nowe szmaty, w których wieszak-Alcott ma wyglądać na bardziej, hmm, okazałą. Oscar zmrużył oczy i skrzywił się. Powinien tu być. Wczoraj. Pogratulować Bell, zasypać ją komplementami i może odrobinę spić, ale nie! Musiał zapierniczać do Londynu, dopisać coś do sceny w głupkowatym serialu o Marii Tudor. Jakby nie mogli sobie dać rady bez niego!

Docisnął pedał gazu i popędził między wzgórzami. Wreszcie jego oczom ukazało się Bridebridge Hall. Mgła całkiem już opadła i budowla kąpała się w promieniach bladego, porannego słońca. I wtedy Oscar gwałtownie zahamował. Na wzgórzu stała Rosie Hinds. Na pewno ona. Tylko Rosie była w stanie zerwać się o świcie, by pójść na spacer. Oscar zjechał ze ścieżki, wepchnął auto w krzaki, wysiadł, jak najciszej zatrzasnął drzwi i z wolna zbliżył się do niej. Nie wiedział jeszcze, czy chce ujawnić swoją obecność, czy też raczej zabawić się w szpiega. Nagle przystanął i gwałtownie przykucnął. Kobieta musiała coś zobaczyć. Wydała z siebie zduszony okrzyk, przyłożyła dłonie do ust i szybko zbiegła ze wzgórza.

Oscar wyprostował się i stęknął. Nie ma to, jak porządna poranna gimnastyka... Wspiął się na szczyt wzniesienia i spojrzał w tym samym kierunku, w którym wcześniej patrzyła Rosie Hinds. W oknie na pierwszym piętrze zamajaczyły dwie sylwetki. Jedna naga. Jakiś facet... A druga owinięta w białe prześcieradło lub ręcznik... Oscar przełknął ślinę. Mimo iż odległość była spora, wiedział, kogo zobaczył. To była na pewno Bell Kennedy. Tylko ona z całej ekipy miała takie długie, mocno kręcone i kruczoczarne włosy. Sylwetki odsunęły się od okna i zniknęły poza kadrem. Oscar zachwiał się lekko, po czym rozejrzał w poszukiwaniu Rosie Hinds. I wtedy zobaczył coś jeszcze. W dole, skryte w jakichś chaszczach, czaiły się dwie inne postaci. Chuda dziewczyna z rozczochranymi jasnymi włosami, ubrana w czarne dżinsy i szarą bluzę z kapturem, mówiła coś, gestykulując przy tym intensywnie. Towarzyszył jej wysoki mężczyzna. Bardzo przystojny. On również coś mówił, ale był znacznie bardziej opanowany. Sięgnął do kieszeni i z wyraźną rezerwą podał dziewczynie paczkę papierosów. Po chwili nad jej głową wykwitła siwa chmura. Umilkli i ruszyli w głąb parku. Oscar patrzył za nimi przez chwilę, a kiedy zniknęli mu z oczu, zawrócił, kierując się w stronę swojego samochodu.

Po drodze starał się poskładać w całość to, co zobaczył. Zoe Alcott na tajnej schadzce z Benem Ruddem. Nowym filmowym panem Bingleyem. Wszyscy mówili, że to on właśnie powinien grać Darcy’ego, a nie ten przygłupi blondyn z lokiem na grzywce. Nadawał się idealnie. Był świetnym aktorem, o powalającej urodzie i miał niski, aksamitny głos. Producent jednak wybrał przygłupiego blondyna z lokiem. Przygłupi blondyn z lokiem kompletnie nie nadawał się na następcę Colina Firtha z wersji ’95, ani nawet Matthew Macfadyena z wersji ’05, ale za to był popularny, bo grał w jakimś idiotycznym serialu o londyńskich prawnikach. Kto ogląda seriale o londyńskich prawnikach?! A później blondyn z lokiem wystąpił jeszcze w innym serialu, tym razem o londyńskich lekarzach. Zdobył nominację do telewizyjnej BAFTY. Lekarze. Prawnicy. Oscar miał wrażenie, że teraz wszystkie – absolutnie wszystkie! – seriale są o lekarzach i prawnikach. Jakby nie było czego oglądać...