Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pan Chartwell - Rebecca Hunt

Brawurowy debiut Rebbeki Hunt to urzekająca humorem opowieść o walce z – depresją.

Jest rok 1964. Odchodzący na emeryturę sędziwy Winston Churchill ma kłopot z niechcianym gościem – panem Chartwellem, który nawiedza jego oraz innych członków rodziny Churchillów z nieregularną częstotliwością już od kilkudziesięciu lat. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Pan Chartwell to... olbrzymi czarny pies.

Wydawałoby się, że tak pomyślana powieść nie może się udać. O jakiejś dorosłej wersji Kłapouchego, który miałby zachęcać ludzi do podcinania nadgarstków i łykania garściami leków nasennych? A jednak książka jest przejmująca, dzięki temu, że Hunt utrzymuje równowagę między tonem komedii romantycznej, jakim opisuje relacje Esther z kolegami z pracy – i tragedii, gdy przedstawia stoicki smutek młodej kobiety.

The Washington Post

Opinie o ebooku Pan Chartwell - Rebecca Hunt

Fragment ebooka Pan Chartwell - Rebecca Hunt

Re­bec­ca Hunt

PAN CHAR­TWELL

prze­ło­żył Szy­mon Żu­chow­ski

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Mr Char­twell

Co­py­ri­ght © Re­bec­ca Hunt, 2010

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Książ­kę tę de­dy­ku­ję moim ro­dzi­com – z mi­ło­ścią i wdzięcz­no­ścią

Podziękowania

Ogrom­ne po­dzię­ko­wa­nia kie­ru­ję do mo­ich przy­ja­ciół i ro­dzi­ny, Sary Lu­ty­ens, Ju­liet An­nan i Su­san Ka­mil.

I do­dat­ko­we „dzię­ku­ję” dla Si­mo­na Da­vi­so­na.

Środa, 22 lipca 1964

1

5.30

Win­ston Le­onard Spen­cer Chur­chill skrzy­wił się, jak­by miał w ustach pla­ste­rek cy­try­ny. Miał już osiem­dzie­siąt dzie­więć lat, więc czę­sto bu­dził się wcze­śnie. Sza­ry świt wni­kał przez szcze­li­nę mię­dzy za­sło­na­mi, jak­by szy­ku­jąc się do ata­ku. Chur­chill przy­go­to­wy­wał się na cze­ka­ją­cy go dzień. Jego umysł wy­cią­gał ana­li­tycz­ne pal­ce i za­ci­skał je w pięść, by być go­to­wym na spo­tka­nie z dniem.

Za oknem roz­cią­gał się wi­dok na We­ald of Kent za­snu­te war­stew­ką mgły. Czer­wo­ny ce­gla­ny dom Chur­chil­la są­sia­do­wał od za­cho­du z Croc­kham Hill, a od wscho­du z Toys Hill. Le­żał w płyt­kiej do­li­nie oto­czo­nej z trzech stron sta­rym la­sem jak pod­ko­wą otwie­ra­ją­cą się na dłu­gi zie­lo­ny ko­ry­tarz od stro­ny po­łu­dnio­wej.

Cho­ciaż Chur­chill już się obu­dził, oczy wciąż miał za­mknię­te. Zmię­te prze­ście­ra­dło zwi­nę­ło mu się pod lę­dź­wia­mi. Le­żał z rę­ka­mi wy­cią­gnię­ty­mi wzdłuż cia­ła opa­tu­lo­ne­go koł­drą. W prze­ciw­le­głym skrzy­dle domu w łóż­ku z bal­da­chi­mem spa­ła Cle­men­ti­ne. Po­my­ślał o żo­nie, ża­łu­jąc, że nie ma jej obok nie­go.

Nie był jed­nak w po­ko­ju sam; coś du­że­go, ma­syw­ne­go przy­glą­da­ło mu się z ciem­no­ści w peł­nym udrę­ki sku­pie­niu.

Chur­chill zda­wał so­bie spra­wę z jego obec­no­ści. Nie mu­siał go wi­dzieć ani sły­szeć, by wie­dzieć, że jest obok. Do­sko­na­le wy­czuł mo­ment, kie­dy się po­ja­wi­ło, był tego in­stynk­tow­nie pe­wien. Pa­li­ło go wzro­kiem, bła­ga­jąc, by się obu­dził. Po wie­lo­go­dzin­nym cze­ka­niu mia­ło nie­od­par­tą ocho­tę wy­sko­czyć z kąta po­ko­ju i po­trzą­snąć nim.

Chur­chill ode­zwał się pra­wie bez­gło­śnie, co i tak nie mia­ło zna­cze­nia – wie­dział, że zo­sta­nie usły­sza­ny.

– Od­pieprz się.

Za­pa­dła dłu­ga ci­sza. Po­tem to coś od­zy­ska­ło re­zon. Chur­chill czuł, jak uśmie­cha się krzy­wo w ciem­no­ści i od­po­wia­da z nie­skry­wa­nym ukon­ten­to­wa­niem:

– Nie.

2

8.30

W jed­nym z dom­ków sze­re­go­wych w Bat­ter­sea Es­ther Ham­mer­hans po­spiesz­nie ze­szła na par­ter z jed­ną ręką w rę­ka­wie swe­tra, któ­re­go po­zo­sta­ła część plą­ta­ła jej się mię­dzy no­ga­mi, i wy­łą­czy­ła ku­chen­kę. Czaj­nik prze­stał pisz­czeć, te­raz hi­ste­rycz­nie wy­rzu­cał z sie­bie ob­ło­ki pary. Es­ther chwy­ci­ła fi­li­żan­kę i na­peł­ni­ła ją wrząt­kiem, roz­chla­pu­jąc tro­chę na stół. Za­po­mnia­ła wsy­pać her­ba­ty, z cze­go zda­ła so­bie spra­wę pięć mi­nut póź­niej, po gwał­tow­nej i dra­ma­tycz­nej wal­ce ze zmy­wa­niem. „Gnoj­ki” – za­klę­ła pod ad­re­sem li­ści, wrzu­ca­jąc je do na­czy­nia, i ener­gicz­nie za­mie­sza­ła ły­żecz­ką.

Uda­ło jej się wło­żyć swe­ter do koń­ca. Wy­glą­da­ło to na wła­ści­we po­su­nię­cie, ruch w do­brym kie­run­ku. Po chwi­li się uspo­ko­iła; trze­ba było wy­glą­dać spo­koj­nie. Pan Char­twell mógł przyjść w każ­dej chwi­li, a za­le­ża­ło jej na zro­bie­niu do­bre­go pierw­sze­go wra­że­nia. Spoj­rza­ła z po­dzi­wem na żół­te drzwicz­ki i szu­fla­dy, któ­re wcze­śniej wy­szo­ro­wa­ła, i ścia­ny w ja­śniej­szym od­cie­niu, oświe­tlo­ne ja­rze­niów­ką umiesz­czo­ną na su­fi­cie. Ciem­no­po­ma­rań­czo­wa po­sadz­ka była wy­pu­co­wa­na, a sło­je z zio­ła­mi i przy­pra­wa­mi po­rząd­nie usta­wio­ne na lśnią­cych bia­łych pół­kach. Na nie­bie­skim la­mi­no­wa­nym sto­le ku­chen­nym stał wa­zon z kwia­ta­mi, a obok świecz­nik ze sta­li nie­rdzew­nej, uda­ją­cy, że uży­wa się go na co dzień; w po­zba­wio­nej uchwy­tów cu­kier­nicz­ce w kształ­cie ko­gu­ci­ka le­ża­ły kost­ki cu­kru. Po­kryw­ka w kształ­cie gło­wy ko­gu­ci­ka była scho­wa­na w szu­fla­dzie ze sztuć­ca­mi.

Es­ther po­de­szła do lu­stra wi­szą­ce­go przy oknie i uważ­nie się so­bie przyj­rza­ła. Zo­ba­czy­ła drob­ną ko­bie­tę z dłu­gi­mi wło­sa­mi i lek­ko wy­su­nię­tą żu­chwą. Za­wsze była szczu­pła, a te­raz jesz­cze schu­dła i czu­ła się przez to nie­co ob­na­żo­na. Lu­stro od­wza­jem­ni­ło uśmiech, któ­ry wy­ra­żał znu­że­nie i od­sła­niał cień me­lan­cho­lii skry­ty w ry­sach twa­rzy. Es­ther do­szła do wnio­sku, że ca­ło­kształt nie zy­ska na dal­szych oglę­dzi­nach.

Cia­sny po­ko­ik, któ­ry za­mie­rza­ła wy­na­jąć, wy­po­sa­że­nie miał mi­zer­ne, ale jego okna wy­cho­dzi­ły na ogród. Świa­tło od sa­me­go świ­tu prze­ni­ka­ło do wszyst­kich ką­tów, uka­zu­jąc nie­zwy­kłą schlud­ność po­miesz­cze­nia. Do­kład­nie od­ku­rzo­ny dy­wan spra­wo­wał się świet­nie i olśnie­wał bar­wą ochry, przy­wo­dzą­cą na myśl ko­lor plu­szo­we­go lew­ka. Ozdob­ny ka­fe­lek z ma­lo­wa­nej ce­ra­mi­ki wi­szą­cy na ścia­nie nad łóż­kiem przed­sta­wiał grec­ką wio­skę na zbo­czu góry: bia­łe dom­ki oko­lo­ne osza­ła­mia­ją­cym zie­lo­no-po­ma­rań­czo­wym li­sto­wiem z wy­raź­ny­mi czar­ny­mi li­nia­mi, któ­re wy­glą­da­ły, jak­by na­ma­lo­wa­no je kciu­kiem. Beth, przy­ja­ciół­ka Es­ther, od­stą­pi­ła jej po­je­dyn­cze łóż­ko, bar­dzo­li­che sta­re łóż­ko, któ­re jed­nak nie wy­glą­da­ło już tak bied­nie przy­kry­te świe­żym prze­ście­ra­dłem i ko­cem. Ża­rów­kę osła­niał wi­kli­no­wy ży­ran­dol na­by­ty przed ty­go­dniem. We­dług Es­ther nada­wał po­miesz­cze­niu styl. Nowa sza­fa do­peł­ni­ła prze­mia­ny po­ko­iku w sy­pial­nię. W ra­zie po­trze­by Es­ther mo­gła­by do­dat­ko­wo za­ofe­ro­wać wy­naj­mu­ją­ce­mu moż­li­wość ko­rzy­sta­nia z sa­mo­cho­du od cza­su do cza­su.

Ku jej roz­cza­ro­wa­niu na ogło­sze­nie o wy­naj­mie od­po­wie­dzia­ła tyl­ko jed­na oso­ba, nie­ja­ki pan Char­twell, od któ­re­go list przy­szedł ja­koś po­przed­nie­go wie­czo­ra. Pi­smo było dziw­ne, nie­wy­ro­bio­ne; pi­szą­cy wy­ci­skał zna­ki tak moc­no, że prze­cin­ki po­ro­bi­ły w pa­pie­rze dziu­ry na wy­lot. Es­ther od­nio­sła wra­że­nie, że au­tor li­stu mu­siał być nie­na­wy­kły do po­słu­gi­wa­nia się dłu­go­pi­sem, że trzy­mał go jak pal, któ­ry miał­by wbić w zie­mię. W pierw­szym od­ru­chu zmię­ła kart­kę w gar­ści, zszo­ko­wa­na świa­do­mo­ścią, że mia­ła­by dzie­lić z kimś dom. Myśl o in­tru­zie spra­wi­ła, że po­czu­ła mdło­ści, jak­by była na stat­ku.

Może – po­my­śla­ła, sto­jąc w ba­wial­ni przy od­twa­rza­czu – po­win­na pu­ścić ja­kąś mu­zy­kę, by dać go­ścio­wi do zro­zu­mie­nia, że jest wła­ści­ciel­ką nie tyl­ko sta­tecz­ną, lecz tak­że po­stę­po­wą. Pan Char­twell z pew­no­ścią lubi mu­zy­kę, a jej li­sta prze­bo­jów po­win­na przy­paść mu do gu­stu. Na pierw­szym miej­scu byli Rol­ling Sto­ne­si z prze­bo­jem It’s All Over Now, Es­ther mia­ła sin­giel. Śmia­ło za­bra­ła się do dzie­ła. Usta­wi­ła igłę na pły­cie i z gło­śni­ków ogłu­sza­ją­co ryk­nął głos Mic­ka Jag­ge­ra. Pod­nio­sła igłę.

Re­zy­gna­cja z mu­zy­ki przy­wró­ci­ła ci­szę, któ­ra jed­nak nie po­trwa­ła dłu­go.

Za­brzę­czał dzwo­nek u drzwi. Es­ther znie­ru­cho­mia­ła w kuch­ni, czu­jąc ukłu­cie ner­wów. Mi­nę­ło kil­ka se­kund. Dzwo­nek za­brzmiał po­now­nie.

„Do­bra, no to do dzie­ła” – po­wie­dzia­ła do zdję­cia Mi­cha­ela sto­ją­ce­go na pa­ra­pe­cie. Pod­bró­dek za­baw­nie prze­krzy­wio­ny w lewo, sze­ro­kie ra­mio­na w nie­bie­skiej dżin­so­wej ko­szu­li z roz­pię­ty­mi dwo­ma gu­zi­ka­mi na gó­rze. Duża twarz uchwy­co­na w chwi­li spo­ko­ju, oczy wpa­trzo­ne w ja­kiś punkt poza ka­drem. Es­ther wy­obra­zi­ła so­bie, co by do niej te­raz po­wie­dział, i jego głos za­dźwię­czał jej w uszach, przy­wo­ła­ny z bi­blio­te­ki wspo­mnień, sły­sza­ny jak­by przez musz­lę: były to prak­tycz­ne uwa­gi, wy­po­wia­da­ne za­chę­ca­ją­cym to­nem, więc sta­ła i słu­cha­ła. „Tę­sk­nię za tobą” – po­wie­dzia­ła. Od­szep­nął coś i po­gła­skał ją po po­licz­ku. Dzwo­nek dzwo­nił za­wzię­cie. Mi­cha­el znik­nął, a Es­ther po­szła wpu­ścić pana Char­twel­la.

Pierw­sze, co rzu­ci­ło się jej w oczy, to jego ogrom­na po­stu­ra. Syl­wet­ka go­ścia wy­peł­ni­ła ga­nek ni­czym ma­te­rac, prze­sła­nia­jąc drzwi z okien­kiem z ma­to­we­go szkła. Gdy pod­cho­dził do drzwi, po­czu­ła dziw­ny za­pach, któ­ry za­czął przy­bie­rać na sile. Pach­nia­ło czymś sta­rym i za­wil­got­nia­łym jak zie­mia w piw­ni­cy.

In­stynkt Es­ther wy­ge­ne­ro­wał ko­mu­ni­kat in­tu­icyj­ny o wy­so­kiej czę­sto­tli­wo­ści. Gło­sił on, że cze­ka ją coś dzi­wacz­ne­go i nie­po­ko­ją­ce­go, coś, co nie mie­ści się w jej ska­li. In­stynkt ka­zał jej szu­kać schro­nie­nia. Ale gdzie? W przed­po­ko­ju nie było ni­cze­go, za czym mo­gła­by się ukryć. No i co ze spo­tka­niem? Sto­py, po­py­cha­ne po­czu­ciem obo­wiąz­ku, za­pro­wa­dzi­ły ją ku drzwiom.

Szok, któ­ry prze­ży­ła, gdy otwo­rzy­ła drzwi, był szo­kiem naj­więk­szym z moż­li­wych, zwa­la­ją­cym z nóg jak na­głe za­wy­cie sy­re­ny. Es­ther cof­nę­ła się pod ścia­nę i sto­jąc nie­ru­cho­mo, pa­trzy­ła oczy­ma wiel­ki­mi jak spodki.

Czar­ne war­gi pana Char­twel­la uło­ży­ły się w ser­decz­ny uśmiech.

– Pani Es­ther Ham­mer­hans?

Wy­cią­gnął łapę wiel­ko­ści do­rod­nej rze­py.

– Dzień do­bry, ja w spra­wie po­ko­ju.

3

9.00

Pan Char­twell do­tknął jej ra­mie­nia fu­trem, gdy prze­cho­dził przez przed­po­kój do kuch­ni, gdzie sta­nął, czuj­nie na­słu­chu­jąc. Cze­kał tam sam, Es­ther bo­wiem nie była w sta­nie ru­szyć się spod drzwi. Pod­ręcz­ni­ko­wa re­ak­cja, cał­ko­wi­cie do prze­wi­dze­nia. Na­słu­chi­wał. Nie­śmia­ły krok. Do­brze, więc szu­ra za nim do kuch­ni. Do­tar­ła wresz­cie, ale trwa­ło to wie­ki. W mia­rę jak się zbli­ża­ła, ad­re­na­li­na ude­rza­ła jej do gło­wy. Tak, te­raz po­zna­wał ten za­pach.

Es­ther, cała bla­da, pa­trzy­ła, jak pan Char­twell na­le­wa so­bie go­rą­cej czar­nej her­ba­ty. Za­mo­czył w niej ję­zyk i za­czął chłep­tać, ci­cho, lecz sku­tecz­nie. Od­sta­wił pu­stą fi­li­żan­kę na stół i wy­glą­da­jąc przez okno, ła­god­ny i wiel­ki jak słoń, uda­wał, że po­dzi­wia wi­dok. W ten uprzej­my spo­sób da­wał Es­ther czas na oswo­je­nie się z sy­tu­acją. Wie­dział, że to nie­ła­twe. Od­wró­cił się do ko­bie­ty z miną, któ­ra mó­wi­ła: Wiem, co so­bie my­ślisz, ale może przejdź­my nad tym do po­rząd­ku dzien­ne­go? Mina ta mó­wi­ła rów­nież: Cześć! Jak się masz?

Gdy po­ru­szył gło­wą, Es­ther pod­sko­czy­ła i za­sło­ni­ła twarz rę­ka­mi.

– Ład­ny ogród – za­ga­ił pan Char­twell. – Ho­du­je pani wa­rzy­wa?

Es­ther spoj­rza­ła na nie­go zza sple­cio­nych pal­ców i po­wo­li opu­ści­ła dło­nie. Wciąż prze­ra­żo­na, po­wie­dzia­ła z we­rwą god­ną więd­ną­cej sa­ła­ty:

– Prze... prze­pra­szam, ale pan...

Pan Char­twell po­ki­wał gło­wą z roz­cza­ro­wa­niem, wi­dząc, że wbrew jego na­dzie­jom nie ma szans na szyb­kie przej­ście do me­ri­tum.

– Jest pan...

Po­ki­wał z jesz­cze więk­szym roz­cza­ro­wa­niem.

– Psem...

Pan Char­twell od­parł nie bez sym­pa­tii:

– Tak.

Za­pa­dła dłu­ga ci­sza, pod­czas któ­rej nic się nie dzia­ło.

– Jest pan do­praw­dy duży jak na la­bra­do­ra – wy­ar­ty­ku­ło­wa­ła Es­ther.

– Nie je­stem la­bra­do­rem – od­parł pan Char­twell, opie­ra­jąc się o blat ku­chen­ny. Wy­da­wał się roz­luź­nio­ny.

– Więc jest pan du­chem? – Es­ther na­ma­ca­ła krze­sło przy sto­le i usia­dła, na­wet na nie nie pa­trząc. – Czymś w ro­dza­ju du­cha?

– To ra­czej oczy­wi­ste, że je­stem psem – od­po­wie­dział pan Char­twell. – Usta­li­li­śmy to dwie se­kun­dy temu.

Es­ther za­bra­kło słów; po­sta­no­wi­ła nic nie mó­wić. Po­wio­dła wol­no oczy­ma od jego gło­wy do nóg i z po­wro­tem.

Pan Char­twell był bez wąt­pie­nia psem, gi­gan­tycz­nych roz­mia­rów psem. Na czte­rech ła­pach wy­da­wał­by się niż­szy, stał jed­nak bez tru­du na tyl­nych, któ­rych pię­ty ster­cza­ły do tyłu. Sze­ro­ka klat­ka pier­sio­wa i ma­syw­ne koń­czy­ny przy­sto­so­wa­ne do po­ru­sza­nia się w trud­nym te­re­nie na­praw­dę czy­ni­ły go po­dob­nym do la­bra­do­ra. Był to jed­nak la­bra­dor wy­jąt­ko­wo przy­sa­dzi­sty i ude­rza­ją­co pa­skud­ny. Nie miał w so­bie nic ład­ne­go, krót­ka czar­na sierść była gę­sta i zda­wa­ła się wo­do­od­por­na, ze wstręt­ne­go sze­ro­kie­go py­ska zwi­sał po­tęż­ny sza­ry ję­zor, a kro­ple śli­ny ska­py­wa­ły na pod­ło­gę.

Es­ther po­wo­li oswa­ja­ła się z tym wi­do­kiem, któ­re­go obrzy­dli­wość była wręcz hip­no­ty­zu­ją­ca. Jej prze­ra­że­nie nie­co ze­lża­ło. Im dłu­żej pa­trzy­ła na go­ścia, tym bar­dziej ma­la­ło i prze­ra­dza­ło się w apa­tycz­ny lęk. Pan Char­twell nie prze­szka­dzał jej w pa­trze­niu, cho­ciaż nie czuł się kom­for­to­wo. Zli­zał struż­kę bia­łej śli­ny z wy­wi­nię­tej war­gi; nie dało się tego zro­bić ele­ganc­ko.

W koń­cu Es­ther ze­bra­ła się na od­wa­gę, by znów prze­mó­wić.

– Czy za­mie­rza pan mnie za­ata­ko­wać?

– Nie­ko­niecz­nie – od­parł pan Char­twell po­gar­dli­wie.

Ci­sza.

– Pan w spra­wie po­ko­ju? – za­py­ta­ła Es­ther szep­tem.

– Tak jest – od­po­wie­dział pan Char­twell, rad, że w koń­cu prze­cho­dzą do rze­czy.

Es­ther czu­ła, że gdy­by nie trzy­ma­ła się kur­czo­wo krze­sła, tak że aż bie­la­ły jej kost­ki, to nie­chyb­nie ru­nę­ła­by na pod­ło­gę i roz­pa­dła się na ka­wał­ki jak upa­da­ją­ca faj­ka z drew­na je­sio­no­we­go.

– Pan by u mnie chciał po­kój wy­na­jąć...?

Pan Char­twell po­ki­wał gło­wą.

– Chęt­nie prze­niósł­bym się w tę oko­li­cę.

– Na jak dłu­go? – spy­ta­ła Es­ther i od razu do­da­ła: – Dla­cze­go?

– Nie wiem, na parę dni – od­rzekł, od­po­wia­da­jąc na po­ło­wę py­ta­nia.

Es­ther od­par­ła zgod­nie z praw­dą:

– Wie pan, chcę wy­na­jąć ten po­kój na dłuż­szy czas. Okres kil­ku­dnio­wy nie do koń­ca mi od­po­wia­da.

– Może na dłu­żej, kil­ka ty­go­dni, może na ty­dzień... – Urwał i przyj­rzał się jej. – Zo­ba­czy­my, jak bę­dzie – do­dał ci­cho. – Tak czy in­a­czej – pod­jął gło­śno i prze­ko­nu­ją­co – je­stem go­tów za­pro­po­no­wać pani umo­wę krót­ko­ter­mi­no­wą na bar­dzo do­god­nych wa­run­kach.

Zno­wu za­pa­dła ci­sza. Es­ther spoj­rza­ła na nie­go. Brzmia­ło to ab­sur­dal­nie – żad­ne wa­run­ki nie mo­gły jej się wy­dać w tej sy­tu­acji do­god­ne. Pan Char­twell kon­ty­nu­ował:

– Za okres mo­je­go po­by­tu u pani, pani Ham­mer­hans, gwo­li za­dość­uczy­nie­nia za wszel­kie nie­do­god­no­ści zwią­za­ne z tak krót­kim wy­naj­mem, pro­po­nu­ję so­wi­tą za­pła­tę.

Spy­ta­ła, ile. Mu­sia­ła. On zaś tyl­ko na to cze­kał. To­nem pro­wa­dzą­ce­go te­le­tur­niej, któ­ry ob­wiesz­cza wy­so­kość wy­gra­nej, rzekł:

– Ty­siąc fun­tów.

Prze­li­cy­to­wał? Trud­no, za póź­no.

Twarz Es­ther wy­ra­ża­ła bez­gra­nicz­ne zdzi­wie­nie. Ty­siąc fun­tów to była ogrom­na suma, wręcz po­ra­ża­ją­ca. Jej rocz­ne po­bo­ry urzęd­nicz­ki w pa­ła­cu west­min­ster­skim1 wy­no­si­ły za­le­d­wie pięć­set fun­tów. Psi­sko, pew­ne sie­bie i świa­do­me swo­jej hoj­no­ści, ki­wa­ło gło­wą z pół­przy­mknię­ty­mi oczy­ma, wi­dząc, jak Es­ther bije się z my­śla­mi.

Na­gle na twa­rzy ko­bie­ty po­ja­wił się gry­mas po­wąt­pie­wa­nia. Gdzie niby on ma te pie­nią­dze?

– Czy ma pan pie­nią­dze przy so­bie? – spy­ta­ła. Wy­da­wa­ło się to nie­praw­do­po­dob­ne, po­dej­rza­ne.

– Ty­siąc fun­tów! – po­wtó­rzył szyb­ko pan Char­twell, po­ka­zu­jąc łapą na Es­ther i gra­jąc na jej am­bi­cji.

Es­ther wbi­ła w nie­go wzrok. Na koń­cu ję­zy­ka mia­ła py­ta­nie, skąd pies może mieć taką sumę, nie po­wie­dzia­ła jed­nak nic, nie chcąc na­ra­żać na szwank kru­che­go ro­zej­mu.

– Czy jest pan pe­wien? Bo tak so­bie my­ślę...

– Je­stem pe­wien – prze­rwał. – Ty­siąc fun­tów, owszem. – Po­chy­lił się do przo­du, tak że mo­gła zo­ba­czyć jego wąsy w wy­so­kiej roz­dziel­czo­ści, i przy­su­nął się jesz­cze parę cen­ty­me­trów. Es­ther nie pro­te­sto­wa­ła. Mó­wił da­lej:

– Oto moja pro­po­zy­cja. Czy mogę zo­ba­czyć po­kój?

Es­ther zmarsz­czy­ła brwi w za­my­śle­niu. Chce obej­rzeć po­kój? Niech oglą­da. W su­mie jak niby mia­ła­by go po­wstrzy­mać? Gdy­by się na nią rzu­cił, nie da­ła­by mu rady. W star­ciu z nim mia­ła­by ta­kie szan­se jak gąb­ka z piłą me­cha­nicz­ną. Ge­stem po­ka­za­ła, by po­szedł za nią.

Otwo­rzy­ła drzwi do po­ko­iku. Gdy mi­jał ją, wcho­dząc do środ­ka, cof­nę­ła gło­wę i opar­ła się o ścia­nę, od­rzu­co­na smro­dem stę­chłej piw­ni­cy bi­ją­cym od pana Char­twel­la, któ­ry za­raz od­su­nął prze­ście­ra­dło i koc, żeby spraw­dzić sprę­ży­stość ma­te­ra­ca. Łóż­ko wy­pa­dło do­brze. Na­stęp­nie kil­ka­krot­nie za­mknął i otwo­rzył sza­fę, jak­by spraw­dza­jąc, czy drzwi dzia­ła­ją. Wsa­dził gło­wę do środ­ka i oce­nił po­jem­ność me­bla.

– Więc tak wy­glą­da po­kój – po­wie­dzia­ła Es­ther.

Pan Char­twell przyj­rzał mu się uważ­nie. Jego wzrok padł na biur­ko z drew­na ró­ża­ne­go umiesz­czo­ne pod ścia­ną. Sto­ją­ce przy nim krze­sło mia­ło znisz­czo­ne sie­dze­nie, po­dusz­ka była sfa­ty­go­wa­na i po­wgnia­ta­na. Nie da­ło­by się jej przy­wró­cić wła­ści­wej for­my, ale też żal by­ło­by ją wy­rzu­cić. Na biur­ku stał sze­reg po­jem­nicz­ków z ołów­ka­mi, dłu­go­pi­sa­mi i zwy­czaj­ny­mi ru­pie­cia­mi. W jed­nym – sta­ry ka­wa­łek ska­ły, w ko­lej­nym – pla­sti­ko­wa kro­wa i pa­łecz­ka per­ku­syj­na z na­ma­lo­wa­ną twa­rzą. Po­śród ołów­ków były też oko­ro­wa­na ga­łąz­ka, kom­pas i mała rzeź­ba z ko­ści sło­nio­wej. Ko­li­ste pla­my na bla­cie two­rzy­ły kro­ni­kę na­po­jów go­rą­cych. To biur­ko było jak mu­zeum. Pan Char­twell się­gnął łapą do szu­fla­dy i prze­krę­cił uchwyt, któ­ry oka­zał się ob­lu­zo­wa­ny. Po­grze­cho­tał nim chwi­lę z za­do­wo­le­niem i prze­stał.

Na ścia­nie nad biur­kiem wid­niał ślad po usu­nię­tej fo­to­gra­fii. Pan Char­twell wciąż wpa­try­wał się w to miej­sce, gdy Es­ther prze­mó­wi­ła:

– Kie­dyś był tu ga­bi­net. Stąd biur­ko.

Pan Char­twell od­wró­cił się od śla­du po fo­to­gra­fii i za­czął się in­ten­syw­nie roz­glą­dać wo­ko­ło, a luź­na skó­ra na szyi ko­ły­sa­ła mu się na boki. Po ja­kimś cza­sie spy­tał:

– A co z sa­mo­cho­dem? Czy będę mógł cza­sem z nie­go sko­rzy­stać?

– Nie – od­par­ła z prze­ko­na­niem. – Nie ofe­ru­ję lo­ka­to­rom ta­kiej moż­li­wo­ści.

Spoj­rzał na nią, wie­dząc, że kła­mie. Pod­gar­dle nie prze­sta­wa­ło mu się ko­ły­sać. Po­wiódł oczy­ma po su­fi­cie.

– A są­sie­dzi? Są w po­rząd­ku?

– Ra­czej tak – po­wie­dzia­ła Es­ther. – Nie­spe­cjal­nie czę­sto ich wi­du­ję. – Po czym do­da­ła: – Ale oni mają kota, nie wiem, czy to nie pro­blem...

Pan Char­twell ob­rzu­cił ją nie­życz­li­wym spoj­rze­niem.

– A dla pani to pro­blem?

– Nie – od­po­wie­dzia­ła. – Tyle że po­my­śla­łam... – Nie zdra­dzi­ła mu jed­nak, co wła­ści­wie so­bie po­my­śla­ła.

– Są inni lo­ka­to­rzy? – spy­tał pan Char­twell.

– Nie, pan jest je­dy­ny – od­par­ła Es­ther.

– Je­stem je­dy­ny? – po­wtó­rzył pan Char­twell z na­dzie­ją, trak­tu­jąc te sło­wa jak za­chę­tę.

Es­ther szyb­ko się po­pra­wi­ła:

– Mam na my­śli to, że mogę przy­jąć tyl­ko jed­ne­go lo­ka­to­ra.

– To zna­czy mnie?

– Hm...

Na­sta­ła bar­dzo krę­pu­ją­ca ci­sza.

Es­ther prze­mó­wi­ła, wzno­sząc się na wy­ży­ny dy­plo­ma­cji:

– Pa­nie Char­twell, nie chcia­ła­bym su­ge­ro­wać, że nie in­te­re­su­je mnie pań­ska ofer­ta lub że nie uwa­żam pana za lo­ka­to­ra god­ne­go za­ufa­nia, jed­nak­że nie je­stem prze­ko­na­na, czy­by­śmy się do­ga­da­li. My­śla­łam o lo­ka­to­rze, któ­ry był­by bar­dziej... W sen­sie... Tro­chę bar­dziej...

– Ma pani coś prze­ciw­ko psom, pani Ham­mer­hans? – za­py­tał pan Char­twell.

– Wręcz prze­ciw­nie – od­po­wie­dzia­ła. – Lu­bię psy. Psy są w po­rząd­ku. Nie przy­wy­kłam jed­nak do nich w cha­rak­te­rze lo­ka­to­rów. Do tej pory trak­to­wa­łam psy ra­czej jako – to sło­wo pa­dło, za­nim zdo­ła­ła się po­wstrzy­mać – pu­pil­ków.

– Nie je­stem pu­pil­kiem – od­rzekł pan Char­twell.

– To wi­dzę.

Po mi­nie pana Char­twel­la wy­wnio­sko­wa­ła, że nie na­dą­ża za jej my­ślą. Spró­bo­wa­ła więc wy­ja­śnić:

– Cho­dzi mi głów­nie o na­sze re­la­cje. O pew­ne ich aspek­ty. Wy­obraź­my so­bie, że wy­naj­mie pan po­kój... – Do­koń­cze­nie przy­szło jej z tru­dem. – A co, je­śli­by się ko­muś sta­ła krzyw­da?

– Za­raz, komu mia­ła­by się stać krzyw­da?

Jak mu to po­wie­dzieć.

– Gdy­by ktoś zo­stał po­gry­zio­ny...

Pan Char­twell ode­zwał się nie­przy­jem­nym to­nem:

– Kto miał­by zo­stać po­gry­zio­ny?

– No bo na przy­kład...

Znu­żo­ny tymi pod­cho­da­mi pan Char­twell wes­tchnął jak zmę­czo­ny ży­ciem czło­wiek.

– Na­sze sto­sun­ki wy­glą­da­ły­by tak samo jak sto­sun­ki każ­de­go wy­naj­mu­ją­ce­go i na­jem­cy. Na­sze wza­jem­ne zo­bo­wią­za­nia ogra­ni­cza­ły­by się wy­łącz­nie do kwe­stii wy­naj­mu. Poza tym nie bę­dzie­my so­bie wcho­dzić w dro­gę.

– Słusz­nie – przy­zna­ła Es­ther za­wsty­dzo­na. – Słusz­nie, ja­sne. – Zmie­ni­ła te­mat: – Czy coś pan już gdzieś wy­naj­mo­wał?

– Masę razy. Mu­szę. Ze wzglę­du na pra­cę.

– Pan pra­cu­je? – spy­ta­ła Es­ther, zdu­mio­na samą my­ślą o tym. – Czym się pan zaj­mu­je?

Pan Char­twell zi­gno­ro­wał to py­ta­nie.

– Mu­szę się tu cza­sem za­trzy­my­wać, bo do­jaz­dy by­ły­by do suki nie­po­dob­ne – stwier­dził i roz­po­czął przy­ja­ciel­ską po­ga­węd­kę na te­mat uciąż­li­wo­ści zwią­za­nych z do­jeż­dża­niem do pra­cy. Es­ther wciąż nie mo­gła uwie­rzyć, że on w ogó­le ma pra­cę.

– Pan pra­cu­je tu­taj?

– Nie­kie­dy... Nie­kie­dy tak. Ale róż­nie. Je­stem wol­nym strzel­cem, więc mu­szę jeź­dzić do klien­tów.

– Klien­tów? – spy­ta­ła Es­ther z rap­tow­nie ro­sną­cą cie­ka­wo­ścią.

Pan Char­twell udał, że nie sły­szy.

– To jak z tym po­ko­jem?

Es­ther za­ci­snę­ła war­gi, jak­by wcie­ra­ła po­mad­kę. Jesz­cze nie zde­cy­do­wa­ła. Po­ran­ne słoń­ce świe­ci­ło tak moc­no, że przy­da­ły­by się ciem­ne oku­la­ry. Drze­wa w ogro­dzie na tle błę­ki­tu nie­ba. Pta­ki za­czę­ły śpie­wać. Za­po­wia­da­ło się pięk­ne po­po­łu­dnie, w sam raz, by usiąść so­bie nad gi­nem z to­ni­kiem. Po­my­śla­ła o gi­nie, o tej bu­tel­ce w kre­den­sie, wa­bią­cej ją ni­czym sy­re­ni śpiew.

Pan Char­twell za­uwa­żył, że Es­ther się waha. On nie był z tych, wo­lał dzia­ła­nie niż wa­ha­nie.

– Do­brze, pani Ham­mer­hans, pro­szę po­słu­chać, może pani so­bie to spo­koj­nie prze­my­śli, z mę­żem omó­wi? – To zda­nie za­wi­sło w po­wie­trzu jak tru­ją­cy gaz.

Es­ther po­czu­ła przy­pływ emo­cji. Opa­no­wa­ła się.

– Męża chwi­lo­wo nie ma. De­cy­zję po­dej­mę sama.

– A kie­dy wró­ci?

Nig­dy – po­my­śla­ła.

– Póź­niej – po­wie­dzia­ła.

– Do­brze.

– Wró­ci póź­niej – po­wtó­rzy­ła, za­sta­na­wia­jąc się, czy jej uwie­rzył.

Pan Char­twell przyj­rzał się jej tak samo jak wów­czas, gdy mó­wi­ła o sa­mo­cho­dzie. Nie­stru­dze­nie lu­stro­wał ją brzyd­ki­mi oczy­ma. Ile by dała, żeby móc spy­tać, jak dużo wie. Ale cóż on mógł wie­dzieć? Oznaj­mi­ła więc tyl­ko:

– Te­raz mu­szę iść do pra­cy... Mamy ro­bo­tę. Ter­mi­ny go­nią i wszy­scy... – urwa­ła. Co jej pra­ca mo­gła ob­cho­dzić ja­kie­goś psa?

– Ach, tak – po­wie­dział pan Char­twell. – Ja też mu­szę do pra­cy.

Ale do ja­kiej? – po­my­śla­ła, umie­ra­jąc z cie­ka­wo­ści.

– Ma pani pla­ny na dzi­siaj? – spy­tał pan Char­twell.

– Cze­mu?

– Bo może wpadł­bym omó­wić spra­wę?

– Tak, mam już pla­ny. – Nie mia­ła.

Spy­tał pro­sto z mo­stu:

– Na­praw­dę ma pani pla­ny?

– Nie – od­par­ła kwa­śno. – Ale my­śla­łam, żeby...

Pana Char­twel­la to nie in­te­re­so­wa­ło.

– Świet­nie, za­tem do zo­ba­cze­nia wie­czo­rem – pod­su­mo­wał.

– Och, hm... – Dała za wy­gra­ną, nie ma­jąc siły opo­no­wać. – Do­brze, ale ni­cze­go nie obie­cu­ję – po­wie­dzia­ła z pa­to­sem. – Pro­szę so­bie nie ro­bić na­dziei.

– Ab­so­lut­nie żad­nych – przy­tak­nął pan Char­twell.

Na­sta­ła nie­zręcz­na ci­sza. Pan Char­twell wy­cią­gnął łapę. Es­ther uję­ła ją nie­chęt­nie, jak­by mia­ła chwy­cić gra­nat. Wy­mie­ni­li dzi­wacz­ny uścisk.

– No więc – po­wie­dzia­ła jed­no­cze­śnie z pa­nem Char­twel­lem. Przez chwi­lę trwa­li w za­wie­sze­niu, jak­by nor­mal­na che­mia kon­wer­sa­cji w ich przy­pad­ku ab­so­lut­nie nie dzia­ła­ła.

– Do­brze – po­wie­dział pan Char­twell.

– Okej... – za­czę­ła Es­ther.

– Do­brze – po­wtó­rzył.

Wresz­cie pan Char­twell po­trzą­snął ener­gicz­nie gło­wą. Mo­kre pla­śnię­cia to­wa­rzy­szy­ły ude­rze­niom jego luź­nych po­licz­ków o dzią­sła.

– No to do wi­dze­nia – po­wie­dział i za­mknął za sobą drzwi.

Es­ther usły­sza­ła naj­pierw, jak cięż­ko opa­da przed­ni­mi ła­pa­mi na zie­mię, po­tem do­biegł ją zgrzyt pa­zu­rów o be­ton, a na­stęp­nie cięż­kie kro­ki zwie­rzę­cia, ze zde­cy­do­wa­niem zmie­rza­ją­ce­go przed sie­bie.

4

11.37

Chur­chill stał na dwo­rze, nad je­zio­rem w ob­ni­że­niu te­re­nu. Z góry spo­glą­dał na nie­go dom, wzno­szą­cy się nad ogro­dem ta­ra­so­wym ni­czym wy­so­ki sa­mot­ny punkt ob­ser­wa­cyj­ny. Jego czer­wo­ne ce­gla­ne ścia­ny od­ci­na­ły się od ciem­ne­go lasu ople­cio­ne­go blusz­czem, na­pie­ra­ją­ce­go na bu­dy­nek. Spo­kój traw­ni­ków i ogro­dów ota­cza­ją­cych po­sia­dłość zda­wał się prze­czyć nie­usta­ją­cej woj­nie, któ­rą mu­sia­ły one pro­wa­dzić z la­sem, któ­ry pa­mię­tał śre­dnio­wie­cze i któ­ry chciał je za­gar­nąć. Ar­mia pni i ga­łę­zi wy­ra­sta­ją­cych z brą­zo­we­go dy­wa­nu li­ści po­prze­ci­na­ne­go ścież­ka­mi zwie­rząt nie­ubła­ga­nie par­ła na­przód. Po­przew­ra­ca­ne dęby i so­sny uka­zy­wa­ły splą­ta­ne ko­rze­nie po­kry­te rdza­wą zie­mią, a mło­de drzew­ka strze­la­ły w górę ja­sno­zie­lo­ny­mi pę­da­mi.

Chur­chill udał się nad je­zio­ro, żeby na­ma­lo­wać kra­jo­braz, mu­siał więc przy­wdziać luź­ną ko­szu­lę i sze­ro­ki ka­pe­lusz ar­ty­sty. Wy­świech­ta­ne pędz­le, sta­re sło­iki, ołów­ki i far­by le­ża­ły wo­kół nie­go na tra­wie. Pod­czas ma­lo­wa­nia wo­lał stać; kie­dy pra­co­wał w tej po­zy­cji, miał więk­szą swo­bo­dę ru­chów niż pod­czas ma­lo­wa­nia na sie­dzą­co. Nie żeby to co­kol­wiek zmie­nia­ło – i tak stał nie­ru­cho­mo z rę­ka­mi opusz­czo­ny­mi po bo­kach. Małe płót­no roz­pię­te przed nim na szta­lu­gach było czy­ste.

Wy­mam­ro­tał pod no­sem zda­nie, któ­re czę­sto po­wta­rzał: „Bło­go­sła­wie­ni ma­la­rze, al­bo­wiem oni sa­mot­ni nie będą”. W tym mo­men­cie wy­da­ło mu się ono ab­sur­dal­ne. W jego wy­pad­ku zu­peł­nie się to nie spraw­dza­ło.

Zmarsz­czył brwi i roz­chy­lił usta, bro­dą do­tknął koł­nie­rzy­ka. Spod cie­nia rzu­ca­ne­go przez ka­pe­lusz jego wzrok po­dą­żył za parą czar­nych ła­bę­dzi za­ta­cza­ją­cych koła na wo­dzie. Pod­pły­nę­ły do nie­go, prę­żąc szy­je w na­dziei na chleb, ale nie do­staw­szy ani ka­wał­ka, od­da­li­ły się z po­wro­tem. W trzci­nach za­skrze­cza­ła ły­ska. Po­ryw wia­tru za­ko­ły­sał sta­ry­mi so­sna­mi, strzą­sa­jąc z nich igły i mło­de szysz­ki. Ła­god­ne fale prze­szły przez je­zio­ro, bu­rząc od­bi­cie bez­chmur­ne­go nie­ba. To­wa­rzysz Chur­chil­la, brą­zo­wy pu­del imie­niem Ru­fus, znik­nął ja­kiś czas wcze­śniej gdzieś w sa­dach, gdzie znaj­do­wa­ły się domy służ­by. Był wy­stra­szo­ny i nie­chęt­nie cho­dził przy no­dze. Chur­chill wie­dział, cze­go Ru­fus się boi. I pro­szę bar­dzo, oto jest.

Usły­szał wy­raź­ny szept:

– Przede mną się nie ukry­jesz. I wy­glą­dasz ża­ło­śnie w tej ko­szu­li. Jak sta­ra ro­pu­cha.

Chur­chill mil­czał.

– Re, re, kum, kum – po­wie­dział głos i za­niósł się zło­śli­wym śmie­chem. – Kum, kum! – do­dał z prze­kor­ną groź­bą.

Ob­raz ła­bę­dzi zmęt­niał, gdy Chur­chil­lo­wi oczy za­szły mgłą. Nie po­do­ba­ła mu się jego re­ak­cja, nie chciał jej. Ści­snął lewy kciuk pra­wą dło­nią.

– Ocze­ki­wa­łeś mnie – po­wie­dział bez­dusz­ny głos. – Cze­ka­łeś na mnie; sły­sza­łem, jak cze­kasz.

Chur­chill po­my­ślał o spo­tka­niu za­pla­no­wa­nym na po­po­łu­dnie, pra­gnąc, by czas się za­krzy­wił, by mógł uciec przed wy­czer­pu­ją­cą mo­no­to­nią ocze­ki­wa­nia przez wie­le go­dzin. Po­my­ślał o nad­cho­dzą­cym spo­tka­niu i ucze­pił się go, sta­ra­jąc się wy­rzu­cić z gło­wy głos.

Ale głos prze­mó­wił po­now­nie, ci­szej i wy­star­cza­ją­co bli­sko, żeby Chur­chill po­czuł na twa­rzy go­rą­cy od­dech mię­so­żer­cy.

– Obaj wie­my, dla­cze­go tu je­stem.

– Od­pieprz się, upier­dli­wy gno­ju – wy­sy­czał Chur­chill.

Od­dech owio­nął mu kark i po­li­czek.

– Cze­ka nas spo­tka­nie.

5

13.00

Es­ther sie­dzia­ła scho­wa­na za re­ga­łem z książ­ka­mi w sali B, wy­so­kiej drew­nia­nej czy­tel­ni w bi­blio­te­ce Izby Gmin. Pół­ki wo­ko­ło wy­peł­nia­ło ty­sią­ce ksią­żek. Po­środ­ku jed­nej ze ścian znaj­do­wał się sze­ro­ki ka­mien­ny ko­mi­nek z ozdob­ną kra­tą. Na ze­wnątrz zaś był Lon­dyn – bia­ły, ja­sno­nie­bie­ski i ha­ła­śli­wy. Ale nie tu. Sala B była ciem­na i su­ro­wa ni­czym ka­te­dra wie­dzy, wy­ło­żo­na ciem­nym drew­nem, ze wzo­rzy­stym dy­wa­nem i obi­cia­mi z zie­lo­nej skó­ry. Skry­te po ką­tach dę­bo­we dra­bi­ny wy­śli­zga­ne od lat uży­wa­nia po­wy­krzy­wia­ły się tu i ów­dzie. Bi­blio­te­ka­rze he­ro­icz­nie wspi­na­li się ku gór­nym pół­kom, by po­tem wra­cać z jed­ną ręką za­ję­tą, co było jesz­cze gor­sze. Roz­ga­łę­zio­ne ży­ran­do­le ze szkla­ny­mi klo­sza­mi zwie­sza­ły się ni­sko na mo­sięż­nych łań­cu­chach. Dwa wi­tra­żo­we okna na koń­cu sali wy­cho­dzi­ły na Ta­mi­zę, któ­ra w słoń­cu mia­ła od­cień bu­ro­brą­zo­wy.

Bi­blio­te­ka przy­po­mi­na­ła am­fi­la­dę w domu z epo­ki Tu­do­rów. Dłu­gi ko­ry­tarz prze­bie­gał przez śro­dek każ­de­go po­ko­ju. Za Es­ther było łu­ko­wo skle­pio­ne drew­nia­ne wej­ście, któ­re pro­wa­dzi­ło do dal­szych, bar­dziej lud­nych czę­ści bi­blio­te­ki, skąd do­bie­ga­ły od­gło­sy ży­cia – czy­tel­ni C i D oraz ozdo­bio­nej wy­ku­szem sali A, w któ­rej mie­ści­ły się ka­ta­lo­gi.

Sala B, opusz­czo­na przy­stań. Es­ther zgar­bi­ła się nad biur­kiem i pró­bo­wa­ła ze­brać my­śli. Wspo­mnie­nie o panu Char­twel­lu i jego wi­zy­cie było jak rana, z któ­rej chcia­ło­by się ścią­gnąć ban­da­że, by – po­mi­mo mdło­ści – oce­nić jej stan. Okrop­ne, coś od­ra­ża­ją­ce­go. Es­ther sie­dzia­ła, roz­bie­ra­jąc sy­tu­ację na czę­ści.

Z za­my­śle­nia wy­rwa­ła ją przy­ja­ciół­ka, Beth Oli­ver, któ­ra cięż­kim bio­drem od­su­nę­ła na bok książ­ki i usia­dła na jej biur­ku.

Twarz przy­ja­ciół­ki była atrak­cyj­na, peł­na swo­bo­dy i zdo­bił ją na­tu­ral­ny słod­ki uśmiech. Beth mia­ła w so­bie nie­skrę­po­wa­ną zmy­sło­wość, któ­ra wy­ra­ża­ła się w ape­ty­cie na wszyst­ko. W tym aku­rat mo­men­cie na mar­chew­kę, któ­rą wła­śnie ogry­za­ła, po­dzi­wia­jąc ją mię­dzy kę­sa­mi. Za­ło­ży­ła za ucho ko­smyk wło­sów ostrzy­żo­nych na pa­zia, któ­ry na­tych­miast wró­cił na po­przed­nie miej­sce. Pró­ba po­pra­wie­nia go mar­chew­ką za­owo­co­wa­ła zło­wie­niem na nią wło­sa.

– Cześć, Es­ther. Co po­ra­biasz?

– O, w za­sa­dzie nic spe­cjal­ne­go, pra­cu­ję – od­rze­kła Es­ther obo­jęt­nym to­nem, któ­re­go uży­wa­ła, gdy nie bar­dzo mia­ła ocho­tę na po­ga­dusz­ki.

– A, no tak – mruk­nę­ła Beth, zer­ka­jąc nie­uważ­nie na książ­kę wień­czą­cą stos. Ar­chi­tek­tu­ra rzym­ska w re­gio­nie West Mi­dlands. Prze­kart­ko­wa­ła tom. – No do­bra, opo­wia­daj.

Na­chy­li­ła się głę­biej nad biur­kiem, spy­cha­jąc ko­lum­nę ksią­żek, któ­re spa­dły Es­ther na ko­la­na. Es­ther bez sło­wa po­wstrzy­ma­ła la­wi­nę i od­su­nę­ła na bok.

– O czym?

– O prze­ro­bie­niu cia­sne­go ga­bi­ne­ci­ku na luk­su­so­wą sy­pial­nię. Po to ci prze­cież od­da­łam to okrop­ne sta­re łóż­ko, nie? Że­byś mo­gła wy­na­jąć po­kój ni­cze­go nie­podej­rze­wa­ją­cej ofie­rze.

– Z nową po­ście­lą to łóż­ko wca­le nie jest ta­kie złe. – Es­ther uśmiech­nę­ła się do niej. – Wy­glą­da na­praw­dę miło, przy­najm­niej do­pó­ki się na nim nie usią­dzie lub nie po­ło­ży.

– Nie ta­kie złe?! To musi być ja­kaś ma­gicz­na po­ściel. Czy ktoś nie miał cza­sem wpaść dziś rano, żeby obej­rzeć po­kój?

Es­ther wzię­ła dłu­go­pis i, ba­wiąc się nim, od­po­wie­dzia­ła:

– Ktoś wpadł.

– Su­per! Więc kie­dy ten nie­szczę­śnik za­mie­rza się wpro­wa­dzić?

Es­ther za­wzię­cie żuła skuw­kę dłu­go­pi­su. Nie wy­pusz­cza­jąc jej z ust, od­po­wie­dzia­ła:

– Och, nie wiem. – W ostat­niej chwi­li zła­pa­ła skuw­kę, któ­ra pra­wie się jej wy­śli­zgnę­ła. – Jesz­cze nie je­stem pew­na.

Ale coś od­wró­ci­ło uwa­gę Beth, któ­ra uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko i wy­ko­na­ła nie­okre­ślo­ny gest. Es­ther po­chy­li­ła się, żeby zo­ba­czyć, o co cho­dzi, tak że nogi krze­sła ode­rwa­ły się od pod­ło­gi, gdy wy­glą­da­ła przez drzwi. John Den­nis-John, dy­rek­tor bi­blio­te­ki, bęb­nił za­cie­kle w ma­szy­nę do pi­sa­nia, sie­dząc przy biur­ku w re­cep­cji. Beth spa­pu­go­wa­ła go: uda­ła, że pi­sze, ude­rza­jąc pię­ścia­mi w książ­kę. Den­nis-John uniósł wzrok, zło­wiw­szy uchem ten dźwięk. Es­ther cof­nę­ła się, a nogi krze­sła ude­rzy­ły o pod­ło­gę. Wzrok sze­fa padł na Beth, któ­ra za­czę­ła wy­gła­dzać spód­ni­cę. Bar­dzo spryt­nie – po­my­śla­ła Es­ther, przy­glą­da­jąc się zma­ga­niom Beth i usi­łu­jąc się nie ro­ze­śmiać.

Par­sk­nę­ła ci­chut­ko z iskier­ką roz­ba­wie­nia, któ­ra nie­ba­wem zga­sła. Zmar­twie­nie ścią­gnę­ło Es­ther na zie­mię.

Beth zer­k­nę­ła ukrad­kiem na Den­ni­sa-Joh­na, wy­cią­ga­jąc szy­ję. Po­cze­ka­ła, aż dy­rek­tor wró­ci do pi­sa­nia. Od­wró­ci­ła się i przyj­rza­ła przy­ja­ciół­ce.

– Hej. – Wy­pro­sto­wa­ła rękę w łok­ciu, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z Es­ther. – Wszyst­ko w po­rząd­ku?

– Tak, ja­sne, je­stem tyl­ko tro­chę zmę­czo­na. – Nie za­brzmia­ło to prze­ko­ny­wa­ją­co.

Beth przy­bra­ła pozę peł­ną nie­do­wie­rza­nia.

– Nie ze mną te nu­me­ry, za do­brze cię znam, moja pan­no. Za­wsze wiem, kie­dy pró­bu­jesz coś przede mną ukryć.

– Je­stem po pro­stu za­ję­ta, i tyle.

– Za­ję­ta? Czym? – Beth od­su­nę­ła książ­ki na bok, czu­jąc, że tra­fi­ła na coś cie­ka­we­go. – Że niby tym?

W są­sied­nim po­miesz­cze­niu za­ro­iło się od bi­blio­te­ka­rzy, któ­rzy wła­śnie wy­szli z pię­cio­ki­lo­me­tro­we­go la­bi­ryn­tu pa­ła­cu west­min­ster­skie­go. Po­nad jed­no­staj­ny ton roz­mów wy­bił się krót­ki śmiech przy­po­mi­na­ją­cy od­głos roz­cią­ga­nia i od­ry­wa­nia ta­śmy kle­ją­cej. Ktoś ode­brał te­le­fon. Beth prze­su­nę­ła dło­nią po książ­kach i się­gnę­ła po jed­ną z nich. Pod­nio­sła ją za okład­kę tak, że stro­ny zwi­sa­ły do dołu. Świę­ci Ir­lan­dii, An­glii, Szko­cji i Wa­lii... – Co to ma być, Es­ther?

– Mam wy­no­to­wać parę rze­czy dla pre­mie­ra – skła­ma­ła Es­ther, za­pi­su­jąc coś drob­nym pi­smem w no­tat­ni­ku. – Ka­zał mi coś zna­leźć.

– No­tat­ki o świę­tych dla Do­ugla­sa-Home’a2? Już to wi­dzę. – Beth wy­pu­ści­ła książ­kę. – E tam – pod­ję­ła – znam to ta­jem­ni­cze spoj­rze­nie. A... Wiem już, co się świę­ci. Po­zna­łaś ko­goś?

Es­ther mla­snę­ła.

– Mia­łaś rand­kę? – spy­ta­ła Beth z ra­do­sną na­dzie­ją, pod­eks­cy­to­wa­na wy­obra­że­niem sie­dzą­cej w re­stau­ra­cji przy świe­cach Es­ther, któ­rej wła­śnie po­da­no je­den de­ser z dwo­ma ły­żecz­ka­mi.

– Nic z tych rze­czy, nie­ste­ty – od­po­wie­dzia­ła Es­ther. – Aż trud­no wy­ra­zić, jak bar­dzo nie z tych rze­czy...

– Pa­nie i pa­no­wie przy­się­gli – po­wie­dzia­ła Beth uro­czy­ście, zwra­ca­jąc się do nie­wi­dzial­ne­go tłu­mu – moja dro­ga przy­ja­ciół­ka za chwi­lę do­pu­ści się ob­ra­zy sądu, je­śli ze szcze­gó­ła­mi nie opi­sze przy­się­głym rand­ki.

– Prze­stań, nie było żad­nej rand­ki. – Za­brzmia­ło to chłod­niej, niż Es­ther za­mie­rza­ła.

Beth wy­co­fa­ła się, zdzi­wio­na taką re­ak­cją. Coś było na rze­czy, ale do­wo­dy wy­da­wa­ły się za sła­be. A może to po pro­stu po­mył­ka.

– Tyl­ko się dro­czę, Es.

Es­ther po­wie­dzia­ła do no­tat­ni­ka:

– Nie je­stem w na­stro­ju.

Beth chcia­ła się po­prze­ko­ma­rzać, ale dała za wy­gra­ną.

– Rand­ki nie było, a ja nie je­stem w na­stro­ju, Beth. Nie mów­my już o tym.

– Okej... – Beth zro­bi­ła smut­ną min­kę w ra­mach prze­pro­sin. – Wy­bacz. Przez chwi­lę my­śla­łam, że może jed­nak... – Unio­sła dłoń w uspra­wie­dli­wia­ją­cym ge­ście i opar­ła ją o stół. – No, prze­cież nie by­ło­by to ta­kie zno­wu dziw­ne, praw­da? Nie je­steś aż taka pa­skud­na, Es.