Wydawca: Amber Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 269 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pamiętniki Wampirów. Księga 8: Bez szans - L.J. Smith, Aubrey Clark

Dwa wampiry. Dwaj nienawidzący się bracia. I piękna dziewczyna, której obaj pragną.
Teraz zrozumieją, że najgroźniejsze jest to, co niewidoczne.

Elena: po raz pierwszy w życiu jest szczęśliwa. Razem ze Stefano zbudowali dla siebie dom. Jej moc podpowiada jej jednak, że to nie koniec, że zbliża się kolejne niebezpieczeństwo.

Damon: odwiedza swoje ulubione miejsca w Europie z radością tym większą, że podróżuje ze swą ukochaną Katherine. Lecz oboje padają ofiarą przerażającego ataku.

Stefano: już wie, że Elena pozostanie z nim na zawsze. Ale nagle dawny wróg powraca. Najstraszliwsze obawy Eleny stają się rzeczywistością.

Gdy otaczają ich mroczne moce, Elena, Stefano i Damon podejmują znów walkę o życie w jedyny sposób, jaki znają – razem. Lecz każda chwila, którą dzielą, może być ich ostatnią…

Opinie o ebooku Pamiętniki Wampirów. Księga 8: Bez szans - L.J. Smith, Aubrey Clark

Fragment ebooka Pamiętniki Wampirów. Księga 8: Bez szans - L.J. Smith, Aubrey Clark

Strona redakcyjna

Korekta

Joanna Egert-Romanowska

Renata Kuk

Zdjęcie na okładce

© Oleg Babkin/Shutterstock

Tytuł oryginału

The Vampire Diaries: The Salvation #1: Unseen

Copyright © 2013 by Alloy Entertainments and L.J. Smith.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4899-8

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Publikację elektroniczną przygotował:

Rozdział 1

Rozdział 1

Drogi Damonie,

wczoraj poczułam się szczęśliwa. Nie było to zwyczajne, codzienne uczucie zadowolenia, lecz dzikie, gwałtowne szczęście, które przepłynęło przez moje żyły jak ogień.

Mimo że nie poczułam szarpnięcia więzi pomiędzy nami, od razu domyśliłam się, że to uczucie płynie od Ciebie. Czułam, że to od Ciebie. Co robiłeś? Gdzie wczoraj byłeś?

Cieszę się, że jesteś szczęśliwy, Damonie.

Tęsknię za Tobą. Dzięki więzi, którą zadzierzgnęli Strażnicy, nigdy tak naprawdę nie oddalamy się od siebie. Jestem bezustannie świadoma Ciebie, szmer Damonowatości wciąż krąży we mnie. Chciałabym jednak zobaczyć Cię osobiście.

Nie mogę uwierzyć, że minęły już cztery lata. Myśłę o naszym pożegnaniu, o ostatnim wieczorze w Dalcrest, o tej nowej więzi pomiędzy naszymi aurami, o tym, jak płakałam, żałując, że nie potrafię przekonać Cię, abyś pozostał.

Stefano również za Tobą tęskni. Powtarzamy sobie, że wkrótce weźmiemy parę tygodni wolnego i odnajdziemy Cię, gdziekolwiek będziesz. Stefano oprowadzi mnie po uliczkach, którymi nie chodził od wieków, potem zabierzesz nas do najmodniejszych nocnych klubów i znów będziemy razem. Będziemy rodziną.

Czasami czuję się tak, jakbym traciła zbyt wiele z mojej przeszłości. Ciocia Judith powiedziała mi wczoraj, że chce sprzedać nasz dom w Fell’s Church i przeprowadzić się do Richmond. Ma to sens. Robert nie będzie musiał tak daleko dojeżdżać, a moja mała siostrzyczka pójdzie do świetnej szkoły w mieście. Poza tym i tak tam już przecież nie mieszkam.

Wciąż jednak nawiedzają mnie wspomnienia o tym, jak razem z mamą urządzałyśmy moją sypialnię tuż przed jej śmiercią, ile nocy spędziłyśmy tam z Bonnie, Meredith i Caroline, dzieląc się w piżamach sekretami. Jak Ty i Stefano trzymaliście mnie tam w ramionach, w różnych okresach i z różnych przyczyn.

Mogę pożegnać się z tym domem, choć odczuwam ból, lecz nie mogę pożegnać się z Tobą. Proszę, Damonie, obiecaj mi, że jeszcze się zobaczymy.

Elena Gilbert westchnęła i przeczesała palcami długie jasne włosy. Dlaczego tak trudno było jej przejść do rzeczy? Rozpraszały ją emocje, choć przecież miała konkretny powód, by napisać ten e-mail do Damona.

Przecież już wiesz, że za Tobą tęsknię, dopisała Muszę Cię jeszcze przed czymś ostrzec.

Podniosła głowę znad laptopa i rozejrzała się po salonie. Wszystko w mieszkaniu jej i Stefano było takie spokojne. Ciepłe, złote światło lamp oświetlało jasne ściany ozdobione oprawionymi reprodukcjami z wystaw, na które razem chodzili: fragment obrazu obejmującej się pary, której ciała wtapiają się w siebie; renesansowy anioł o surowym wyrazie twarzy; pole pełne słoneczników. Młodsza siostra Eleny, Margaret, uśmiechała się ze zdjęcia na stoliku przy kanapie, wykonanego w dniu zakończenia szkoły podstawowej; na innym zdjęciu Bonnie i Elena stały w srebrnych sukniach druhen po obu stronach Meredith, której twarz rozświetlał tak rzadki u niej uśmiech. Okna zasłaniały ciężkie brokatowe zasłony, odgradzając ciemność. Sammy, długowłosy biały kot, rozciągał się wygodnie na poduszkach kanapy, tylko błysk w jego złotym oku był dowodem, że nie śpi.

Na blacie ciężkiej mahoniowej komody leżały drobiazgi, które Stefano nosił w kieszeniach przez te wszystkie lata błąkania się po świecie: kilka złotych monet, sztylet z rękojeścią z kości słoniowej, kamienny kubek oprawiony srebrem, złoty zegarek na łańcuszku, mała żelazna szkatułka. I w końcu najnowszy nabytek w jego kolekcji skarbów: jedwabna wstążka do włosów w kolorze brzoskwiń poplamiona błotem, którą Elena zgubiła kiedyś na cmentarzu.

Przypomniała sobie, kiedy po raz pierwszy zobaczyła te przedmioty w pokoju Stefano w Fell’s Church, gdy jeszcze był dla niej tajemniczym, niemal przerażającym nieznajomym. Teraz znała historię każdego drobiazgu, rozumiała znaczenie tych talizmanów z przeszłości Stefano.

Ciche mieszkanie było zapewne całkowitym przeciwieństwem miejsc, w których obecnie przebywał Damon — jego otaczały niechybnie jaskrawe światła i szybkie samochody. Elena nie zaznała spokoju przez tak wiele lat, lecz tu, w domu, który stworzyli dla siebie ze Stefano, czuła zadowolenie.

Rzecz jasna, wciąż nie byli bezpieczni. Odkąd jednak pięć lat temu pokonali Klausa, nic bardziej niebezpiecznego niż gniewny młody wilkołak czy nowo stworzony wampir nie przekroczyło granic Dalcrest. Musieli udać się dalej, by walczyć z prawdziwym złem, tutaj byli chronieni.

A ona była szczęśliwa. Przez większość czasu.

Tyle że... ostatnio nie odstępowało jej ciągłe przeczucie niebezpieczeństwa, które nawiedzało jej sny pod postacią cienia i kryło się uparcie w zakamarkach umysłu. A pośrodku tego niebezpieczeństwa wciąż czuła mroczną, gwałtowną obecność Damona.

Marszcząc brwi, znów zaczęła pisać.

Gdziekolwiek teraz jesteś, Damonie, proszę, uważaj na siebie. Po prostu wiem, że coś jest nie tak, próbowałam wielokrotnie dowiedzieć się, co takiego — wysilałam moje Moce Strażniczki aż do granic, a nawet zadzwoniłam do Andrésa w Kostaryce, by sprawdzić, czy on może zdefiniować, co wyczuwam — nic to jednak nie dało.

Wiem tylko, że wydarzy się coś strasznego. Ty będziesz w to w jakiś sposób zaangażowany. Proszę, Damonie, uważaj na siebie. Muszę wiedzieć, że jesteś bezpieczny.

W tej samej chwili gdy Elena nacisnęła „Wyślij”, w zamku zachrobotał klucz. Sammy zeskoczył z kanapy jednym zwinnym ruchem. Elena również się zerwała i pobiegła do drzwi.

— Stefano! — zawołała, otwierając je na oścież. — Witaj w domu!

Choć Stefano był już teraz dla niej równie znajomy i równie niezbędny jak tlen, jego widok nadal czasami zbijał ją z nóg. Był taki piękny ze swoim klasycznym rzymskim profilem i ciemnymi włosami, które kusiły, by wplatać w nie palce. Jego dolna warga wygięła się zmysłowo, gdy się do niej uśmiechnął, jego twarz rozjaśniła się w sposób, który widywała tylko ona; podbiegła do niego, by go pocałować. Przelała w ten pocałunek całą swoją miłość, w odpowiedzi poczuła miłość Stefano, ciepłą i pewną.

Sammy plątał się wokół ich kostek, obwąchując Stefano, po chwili odsunął się, machając ogonem.

W końcu Elena także się odsunęła i spojrzała na Stefano — pomimo głębokich cieni pod zielonymi oczami jego twarz była spokojna. Polowanie zakończyło się najwyraźniej sukcesem. Był bezpieczny, Meredith była bezpieczna. Elena odetchnęła z wdzięcznością i położyła głowę na jego ramieniu. Był w domu, wiedziała, że wszystko będzie dobrze.

Otoczył ją ramionami. Czuła gładkość skórzanej kurtki na policzku. Nagle coś przykleiło się do jej twarzy.

— Stefano? — zapytała, odsuwając się i dotykając mokrej plamki na jego czarnej skórzanej kurtce. Jej palce pokryły się czerwienią krwi. — Stefano? — powtórzyła podniesionym głosem; zaczęła nerwowo badać dłońmi jego tors i boki, szukając obrażeń.

— Eleno, nic się nie stało. — Stefano wziął ją za ręce. — To nie moja krew. — Jego uśmiech stał się szerszy. — Zabiliśmy Celine.

Elena ze zdumienia gwałtownie wciągnęła powietrze. Ścigali Celine od miesięcy. Była Pierwotną, jedną z pierwszych wampirów — starożytnym, bezwzględnym potworem, który krył się w mroku każdego kontynentu przez niezliczone stulecia. Była ostatnią z trojga Pierwotnych, których zdołali namierzyć, ostatnią, którą musieli zabić, by uczynić tę część świata bezpieczną.

Z początku Elena ścigała ją razem ze Stefano i Meredith...

— Uważaj na głowę — ostrzegł Elenę Stefano, podtrzymując gałązkę winorośli, by mogła pod nią przejść. Za winoroślą kryło się złowrogie, mroczne wejście do ukrytej jaskini. Meredith weszła do środka za nimi, włócznię niosła na wysokości ramienia, gotową do uderzenia. Stefano trzymał swój kołek nieco bardziej swobodnie, luźno zaciskając na nim palce.

— Celine jest tutaj, jestem tego pewna — powiedziała Elena. Wyczuwała obecność Pierwotnej, dostrzegała śład aury Celine, pawi błękit ze smugami złota i czerni, splamiony mdlącym, rdzawym odcieniem starej krwi. — Jest naprawdę potężna — dodała szeptem. — I wie, że nadchodzimy.

— Świetnie — mruknęła Meredith. Ostrożnie szukali drogi w tunelu, niemal ślepi w ciemnościach; Stefano szedł pierwszy. Grunt pod ich stopami był nierówny i kamienisty. Elena przyciskała dłonie do zimnych kamiennych ścian, by nie upaść. Tunel prowadził coraz głębiej pod ziemię, oddychała powoli, próbując nie myśleć o tonach ziemi i kamieni nad sobą.

— Wszystko w porządku — szepnął Stefano, ściskając jej dłoń. — Ona nie może cię skrzywdzić.

Żadna nadprzyrodzona istota nie mogła skrzywdzić Eleny, była to zaleta jej Mocy Strażniczki, które mieli utrzymywać w tajemnicy.

Srebrne groty ich włóczni były pokryte charakterystycznymi plamami — kroplami krwi Eleny, która była trucizną dla Pierwotnych. Tylko jej krew mogła zabić Celine, tylko ona mogła wyśledzić aurę Celine. Czuła już, jak jej inne Moce szykują się do walki, gromadząc się niczym burzowe chmury.

Była gotowa. Nie boję się, powiedziała sobie ostro. Stefano ma rację. Nic nadprzyrodzonego nie może jej zabić.

Wyszli ostrożnie zza zakrętu tunelu i nagle zaczęli mrugać, oślepieni powodzią światła. Słońce wpadało do środka przez szczelinę gdzieś wysoko nad ich głowami i odbijało się od kryształów, którymi usiane były ściany pieczary, rozbłyskując setkami jaskrawych promieni. Dopiero po chwili Elena dostrzegła na środku pieczary postać, kolumnę mroku pośród światła.

Celine stała sztywno i nieruchomo niczym posąg, jej gęste ciemne włosy opadały ciężkimi falami na ramiona. Aura wirowała wokół niej, znacząc złotem i czerwienią jej rysy, jakby kąpała się we krwi. Wyglądała młodo, jej twarz była gładka i spokojna — dopóki nie podniosła oczu i nie spojrzała na Elenę.

Jej oczy były ciemne, puste... i bardzo, bardzo stare. Były to oczy, które widziały cywilizacje rozkwitające z maleńkich wiosek do wielkich miast i obracające się w ruiny, ciągle i ciągle od nowa. Delikatne brwi Celine były wygięte, pełne wyczekiwania i rozbawione, gdy mierzyła ich wzrokiem.

Elena znieruchomiała w wejściu, a Stefano i Meredith rozproszyli się w przeciwległych kierunkach z nastawionymi włóczniami, obliczając swoje szanse. Celine była zbyt potężna na bezpośredni atak, gdyby jednak udało się ją rozproszyć, gdyby Elena użyła przeciwko niej Mocy Strażniczki... Meredith zerknęła na Elenę, a Elena sięgnęła po swoje Moce, zrozumiawszy ją bez słowa. Czy zdoła unieruchomić Pierwotną na tyle, by jedno z jej przyjaciół uderzyło?

Celine nie poruszała się, utkwiwszy okrutne ciemne oczy w Elenie. Nie może mnie skrzywdzić, przypomniała sobie Elena. Wzięła głęboki oddech i sięgnęła po odpowiedni impuls do swojej Mocy, jakby ciągnęła za sznurek. Energia zbierająca się w jej umyśle zaczęła się koncentrować. Przybrała formę strzały wymierzonej w Celine.

Pierwotna wygięła wargi w uśmiechu.

— Nie tak szybko, mała Strażniczko — powiedziała, w jej głosie pobrzmiewał śmiech. — Znam twoją tajemnicę.

Uniosła dłoń do sufitu. W powietrzu rozległ się głuchy trzask, sufit nad nimi zaczął się rozdzielać.

— Uciekaj, Eleno! — zawołał Stefano.

Kamienie zaczęły spadać, zanim zdołała się poruszyć.

— Stefano... — wykrztusiła, gdy wszystko wokół spowił mrok.

Skrzywiła się, przypomniawszy sobie, jak obudziła się z wstrząśnieniem mózgu. Celine dawno zniknęła. Po tym wydarzeniu Stefano i Meredith postanowili nie zabierać jej więcej na polowania. Celine dowiedziała się jakoś, że Elenę można zabić normalnymi środkami — na przykład lawiną skał — a nie nadprzyrodzonymi, uznali więc, że to zbyt niebezpieczne, by zbliżała się do Pierwotnych. Elena używała swoich Mocy Strażniczki na odległość, tak jak Bonnie i Alaric prowadzili poszukiwania i wykorzystywali magię, by namierzyć Celine.

Teraz jednak Celine była martwa.

Nie zwracając uwagi na plamy krwi, Elena przyciągnęła Stefano i pocałowała go, najpierw czule, potem bardziej namiętnie.

— Dokonałeś tego. Jesteś wspaniały — szepnęła w jego wargi.

Jego usta wygięły się w uśmiechu, odsunął się, dotknął dłonią jej policzka i spojrzał prosto w oczy z taką miłością, że Elenie aż zakręciło się w głowie.

— Nie dokonalibyśmy tego bez ciebie — odparł.

— No, jasne — mruknęła żartobliwie, zerkając na wąską skórzaną walizkę u ich stóp, w której Stefano przechowywał swoją włócznię ze strzykawkami na obu końcach wypełnionymi jej zabójczą krwią.

— Nie chodzi tylko o to. — Stefano pokręcił głową. — Niczego nie dokonałbym bez ciebie, Eleno. Wszystko robię dla ciebie. — Jego oczy zalśniły, musnął delikatnie palcami jej policzek. — Jesteś bezpieczna. To koniec. Celine nie żyje, nie ma więcej Pierwotnych.

— O których wiemy — dodała Elena, wyginając smutno wargi. Jeśli czegoś się nauczyła w ostatnich latach, to właśnie tego, że to się nigdy tak naprawdę nie kończy.

— Jesteśmy bezpieczni.

Znów ją pocałował, przyciskając do swego twardego torsu. Zatraciła się w tym pocałunku. Ich umysły się splotły, przesyłając sobie miłość i pożądanie, dopiero po chwili odsunęła się z ociąganiem.

— Za kilka minut wychodzimy na przyjęcie urodzinowe Bonnie — powiedziała stanowczo.

Stefano uśmiechnął się i wycisnął miękki pocałunek na czubku jej głowy, po czym się cofnął.

— W porządku — odrzekł. — Mamy mnóstwo czasu.

Swobodnym, zrelaksowanym krokiem poszedł do łazienki, by się umyć.

Spoglądała za nim z namysłem. Miał rację. Elena piła z Fontanny Wiecznej Młodości i Życia, dzięki czemu będzie przy boku Stefano już zawsze. Mieli przed sobą wieczność.

Wiedziała, że powinna być zadowolona. Każde rytmiczne uderzenie jej serca przypominało jej jednak o obawie kryjącej się w jej umyśle. Pomimo wizji wspólnej nieśmiertelności, pomimo śmierci Celine, Elena czuła, że ich czas się kończy.

Rozdział 2

Rozdział 2

Tego dnia Bonnie była naprawdę szczęśliwa.

Obudziła się, gdy Zander przygotowywał dla niej przepyszne śniadanie, słońce zaświeciło na jej cześć, przez co czuła się tak, jakby nastał pierwszy dzień lata. A potem jej przedszkolna grupa odśpiewała dla niej Sto lat i wręczyła jej ogromną kartkę z dwudziestoma jeden odciskami małych dłoni i dwudziestoma jeden imionami, od Astrid do Zachary’ego, wypisanymi dziecinnymi, krzywymi literami, których nauczyła ich ona sama w mijającym roku.

— Było to urocze — powiedziała Bonnie, spoglądając z radością na zebranych wokół niej przyjaciół. — Jedna z mam upiekła nawet dla mnie babeczki.

A teraz mogła siedzieć na aksamitnej kanapie w uroczym barze udekorowanym bożonarodzeniowymi lampkami z różowym koktajlem w dłoni i świetnie się bawić.

Meredith, elegancka jak zawsze w klasycznej czarnej sukience, podała Bonnie kieliszek szampana, siadając obok niej. Alaric, mąż Meredith od sześciu miesięcy, poklepał Bonnie po ramieniu z uczuciem i także usiadł.

— Twoja grupa musi być urocza — przyznała Meredith. — Moim zdaniem jednak o wiele bardziej urocze jest to, że namówiłaś Zandera do wizyty w klubie o nazwie Znak Piękności.

— Zander lubi mnie uszczęśliwiać — odparła Bonnie z prostotą. Zerknęła na swojego chłopaka, który rozsiadł się na małym, bogato zdobionym, złotym krześle z siedziskiem w różowe cętki lamparta. Zander odchylił krzesło na dwie nóżki i rozrzucił szeroko ramiona, mówiąc coś do swego kumpla z watahy, Jareda. Krzesło zaskrzypiało i zachybotało się złowieszczo pod jego ciężarem. Bonnie się skrzywiła. — Choć może nie jest to jego naturalne środowisko — przyznała.

Wilkołaki rodzaju męskiego zawsze wydawały się za duże i zbyt hałaśliwe, by przebywać we wnętrzach, jakby w każdej chwili mogły przez przypadek coś zepsuć. Wilkołaki rodzaju żeńskiego natomiast... zastępczyni Zandera, Shay, spojrzała Bonnie w oczy i uniosła kieliszek w niemym toaście. Shay nieczęsto miała okazję zachowywać się jak dziewczyna i najwyraźniej świetnie się bawiła. Bonnie zmrużyła lekko powieki, dostrzegając blask na bladej skórze dziewczyny. Czyżby nałożyła brokat na ciało?

— Dobrze, że Shay zaczęła umawiać się z Jaredem, prawda? — zapytała Elena, siadając po drugiej stronie Bonnie i zerkając w tę samą stronę. Stefano stanął przed nimi i schylił głowę, formalnie kłaniając się solenizantce.

— Wszystkiego najlepszego, Bonnie — oświadczył uroczyście, podając jej dwie paczuszki. Większa była owinięta papierem w kropki i przewiązana różową wstążką, mniejsza była o wiele cięższa, zapakowana w ciemny jedwab lśniący subtelnymi tęczami.

— Ten duży jest od nas — wyjaśniła Elena. — Ten drugi od Damona. Przesłał go do nas i poprosił, byśmy ci wręczyli.

— Och, dziękuję — odparła Bonnie, przyglądając się paczuszkom z ciekawością. Nigdy dotąd nie dostała prezentu od Damona, przeczuwała, że będzie to coś wyjątkowego. Damon był taki elegancki, taki wyrafinowany, taki intrygujący, ze swoimi lśniącymi ciemnymi włosami i ostrym uśmiechem, który czasami łagodniał dla Bonnie... taki facet nie mógłby podarować dziewczynie na przykład płyty DVD. Nie żeby było coś złego w dawaniu płyt DVD.

Z uprzejmości najpierw otworzyła prezent od Eleny i Stefano: delikatny, zwiewny top, który spodobał się jej, gdy parę tygodni temu wybrała się z Eleną na zakupy.

— Cudowny — powiedziała, mrugając; gdy przyłożyła top do siebie, rozległ się zgodny pomruk aprobaty. — Bardzo dziękuję. — Wyciągnęła nadgarstek do Eleny i Meredith, by pokazać im filigranową złotą bransoletkę wysadzaną półszlachetnymi kamieniami. — Patrzcie, co dostałam od Zandera! Dał mi też roczny zapas lebiodki kreteńskiej, zioła do rzucania uroków — dodała do Eleny. — Naprawdę trudno je znaleźć. Musiał je zamówić specjalnie dla mnie.

— Bransoletka jest piękna — przyznała Elena, a Meredith przytaknęła. Jak na tak męskiego faceta, zauważyła Bonnie, Zander był zaskakująco dobry w kupowaniu prezentów dla dziewczyny. Zwłaszcza jeśli tą dziewczyną była Bonnie.

Nie mogła jednak pogrążyć się w rozmyślaniach o licznych zaletach Zandera teraz, gdy na jej kolanach leżała tajemnicza przesyłka od Damona i tylko czekała na otwarcie.

Ostrożnie rozpakowała jedwab. W środku znalazła małe, okrągłe pudełko, które idealnie mieściło się w jej dłoni. Wyglądało prawie jak kamień rzeczny, wypolerowana szarość z delikatnym niebieskim połyskiem. Po otwarciu pudełka jej oczom ukazał się misternie rzeźbiony ptaszek z tego samego błękitnoszarego kamienia na cienkim srebrnym łańcuszku. Do wisiorka dołączony był list spisany na grubym, kremowym papierze.

— Ojej — powiedziała Elena, pochylając się, by przyjrzeć się ptaszkowi. — Co to? Wygląda na bardzo stary.

Bonnie rozłożyła list.

Mój mały rudziku — głosiło eleganckie pismo Damona. Gratulacje z okazji dwudziestych czwartych urodzin. To wciąż śmiesznie mało, lecz przynajmniej nie jesteś już dzieckiem. Załączony podarunek pochodzi z Egiptu i jest starszy nawet ode mnie. Ten ptak to sokół. Czarownica, którą spotkałem w Luksorze, twierdzi, że symbolizuje on moc, mądrość i ochronę — tego wszystkiego Ci życzę. Bądź silna, mądra i bezpieczna.

Bonnie się uśmiechnęła. Damon bywał czasami zaskakująco słodki i sentymentalny.

Poniżej, innym atramentem, jakby dopisywał te słowa w ostatniej chwili, Damon dodał:

Podobno wciąż biegasz wokół tego przerośniętego wilczka. Przekaż mu, żeby się zachowywał, jeśli nie chce mieć ze mną do czynienia.

To też całkiem słodkie, uznała Bonnie i wsunęła list do kieszeni.

— Proszę, pomogę ci go zapiąć. — Zander podszedł, odsunął jej włosy na ramię, zapiął łańcuszek na jej szyi i musnął wargami kark.

— Damon nazwał cię przerośniętym wilczkiem — powiedziała mu. — Masz się zachowywać.

— O, wspomniał o mnie? — mruknął Zander przyjaźnie. — Jestem wzruszony.

Jared prychnął wzgardliwie, a Shay zmrużyła powieki. Większość watahy Zandera nigdy nie rozumiała Damona.

A może, uznała Bonnie, rozumieli go nawet za dobrze. Gdy się po raz pierwszy spotkali, Damon przechodził... trudny okres. Szczerze mówiąc, był niebezpieczny i choć raz czy dwa walczyli ramię w ramię z niebezpieczeństwem, mała grupa Pierwotnych wilkołaków ochraniających okolice Dalcrest nigdy mu nie zaufała.

Teraz jednak, gdy Strażnicy połączyli jego i Elenę, Damon przestał stanowić zagrożenie. Gdyby skrzywdził jakiegoś człowieka, to skrzywdziłoby Elenę. Gdyby kogoś zabił, Elena by umarła. A każdy, kto widział malującą się na twarzy Damona gwałtowną desperację, gdy Elena znajdowała się w niebezpieczeństwie, wiedział, że Damon nigdy by jej nie skrzywdził.

Poza tym, pomyślała Bonnie pragmatycznie, czując chłodny ciężar sokoła na szyi, Damon wyjechał na dobre. Jakaś jej część tęskniła za nim — specjalna więź pomiędzy nią a Damonem nigdy nie zniknie — lecz może lepiej im było bez niego. Na pewno spokojniej.

— Matt przyszedł — powiedział Stefano, podnosząc głowę i odrywając się od szeptania czegoś Elenie do ucha.

Wampira nie zaskoczysz, pomyślała kpiąco Bonnie.

W końcu wszyscy zobaczyli Matta, który torował sobie drogę do ich kąta w barze. Pocałował Bonnie w policzek i wręczył jej małą paczuszkę.

— Cześć — powiedział. — Wszystkiego najlepszego. Przepraszam za spóźnienie.

— Nic się nie stało — odparła Bonnie, ukradkiem ściskając prezent, by się przekonać, co jest w środku. Płyta DVD, pomyślała. — Gdzie jest Jasmine?

Matt zrobił krzywą minę.

— Naprawdę chciała przyjść, lecz ma dyżur telefoniczny w izbie przyjęć. Kazała przekazać ci najserdeczniejsze życzenia i powiedzieć, że w zamian zaprosi cię na lunch w przyszłym tygodniu.

— To całkiem niezła wymówka — uznała Bonnie. — No wiesz, przyjść na przyjęcie urodzinowe Bonnie czy być w pogotowiu, gdy trzeba będzie ratować życie.

— Jako że Jasmine nie mogła przyjść — dodał Matt, uśmiechając się do Meredith i Stefano — możecie mi opowiedzieć, co przydarzyło się Celine. Nie żyje?

Z Jasmine był tylko jeden problem, pomyślała Bonnie, upijając łyk swojego drinka. Umawiała się z Mattem od paru lat i wszyscy naprawdę ją lubili, lecz nie znała prawdy o nim, o nich wszystkich. Wiedziała, że Bonnie lubi przepowiadanie przyszłości, zioła i cały ten New Age, lecz nie podejrzewała nawet, że to prawdziwa czarownica. Wiedziała, że Alaric ma doktorat ze studiów paranormalnych i folkloru, lecz nie sądziła, by było to prawdziwe, myślała, że jest po prostu naukowcem. I bez wątpienia nie znała prawdy o Stefano, Zanderze i jego przyjaciołach czy Elenie. Nie znała nawet faktów z życia Matta, nie wiedziała, jak wielokrotnie walczył ze złem, jaki był silny i dzielny. Myślała, że to miły, zwyczajny facet.

Bonnie uznała, że powinna powstrzymać się od zamawiania kolejnych koktajli z szampanem, gdy z jej ust padło głośne pytanie:

— Matt. Jak możesz mówić, że kochasz Jasmine, jeśli ona nie wie, kim naprawdę jesteś?

Twarz Matta pociemniała, jego usta zacisnęły się w wąską kreskę, a Bonnie zalała fala wstydu. Kiedy nauczy się trzymać buzię na kłódkę? Po chwili Matt odpowiedział sztywno:

— Tak jest bezpieczniej dla niej. — Spojrzał jej prosto w oczy. — Chcę, by Jasmine wiodła normalne życie.

Bonnie poczuła ucisk w gardle. Przypomniała sobie, kiedy ona i Zander w końcu powiedzieli sobie prawdę ponad pięć lat temu. Jak trzymała go za rękę, zdenerwowana. Normalność jest przeceniana, powiedziała mu, a potem się pocałowali, słodko i szczerze, nie mając już przed sobą tajemnic. Nie wyobrażała sobie, by można tak długo utrzymywać coś w tajemnicy przed kimś, kogo się kocha.

Zdołała uśmiechnąć się do Matta, choć sama czuła, że jest to uśmiech wymuszony, i skinęła głową, mrugając, by pozbyć się pieczenia pod powiekami.

— Jasne.

Zapadła niezręczna cisza.

— Cóż — odezwała się Meredith, śmiejąc się słabo. — Skoro już zapytałeś... — Zaczęła opisywać bitwę, którą wraz ze Stefano stoczyli z Celine.

Była to dramatyczna historia. Roiło się w niej od tajemnych przejść, łutów szczęścia, hojnego wykorzystywania umiejętności Meredith i wampirzej siły i szybkości Stefano, zanim zdołali w ogóle zbliżyć się do Celine. W końcu jednak wyśledzili ją w Atlancie, wymknęli się jej wampirzym żołnierzom i zabili ją dzięki magicznej krwi Eleny.

Gdy Meredith i Stefano opowiadali tę historię po raz pierwszy i drugi tego wieczoru, Bonnie wsłuchiwała się w każde ich słowo.

Tym razem jednak uprzejmie stłumiła ziewnięcie i zaczęła się rozglądać. Wszyscy inni słuchali z uwagą. Nawet Alaric, który zazwyczaj podzielał raczej zainteresowanie Bonnie magicznym aspektem zwalczania potworów niż czysto fizyczną stroną, zadawał inteligentne pytania na temat uzbrojenia.

Bonnie westchnęła i posłusznie utkwiła wzrok w Meredith. Możliwe, przyznała w duchu, że jest trochę zazdrosna. Nie poprosili jej o pomoc w namierzeniu Celine.

Bonnie naprawdę nieźle sobie radziła ze zwalczaniem zła. Tyle że teraz, gdy jej przyjaciele jeszcze wzmocnili swoje umiejętności — stali się szybsi, silniejsi, nieśmiertelni w przypadku Eleny — chyba już jej nie potrzebowali.

Odepchnęła od siebie to uczucie i podniosła do ust kieliszek. Nie bądź śmieszna, nakazała sobie stanowczo.

Meredith dotarła do końca historii — Stefano miał właśnie odciąć głowę Celine, a Pierwotna miała zacząć wić się w śmiertelnych spazmach — gdy nagle Zander spojrzał Bonnie w oczy, po czym zerwał się z filigranowego krzesła, przewracając je z trzaskiem.

— Ojej — powiedział, mrugając do Bonnie i podchodząc bliżej. Uśmiechnęła się do niego. Może wcale nie była taka dobra w ukrywaniu emocji, za jaką się uważała. — Czas na toast za zdrowie solenizantki — ogłosił, a wszyscy się podnieśli. — Okej — kontynuował Zander z namysłem. — Ja pierwszy. Co mogę powiedzieć o Bonnie McCullough, czego jeszcze nie wiecie? — Przyciągnął ją do siebie, otoczył ciepłym, silnym ramieniem, a ona z radością się do niego przytuliła. — Cóż, wydarzyło się to pierwszej nocy po przeprowadzce do naszego nowego mieszkania. Dziwnie się czułem w nowym miejscu i nie mogłem zasnąć. Wtedy Bonnie zaczęła opowiadać mi te wszystkie mity o kobietach-selkie, które przeczytała. Była taka mądra, tak ładnie wyglądała w świetle księżyca, że zakochałbym się w niej właśnie wtedy, gdybym już od dawna nie był w niej bez pamięci zakochany. Zasypiając, pomyślałem sobie, że zamieszkanie z Bonnie było najlepszą decyzją, jaką podjąłem w życiu. — Pocałował ją przelotnie, kąciki jego błękitnych oczu zmarszczyły się z uczuciem, gdy podniósł kieliszek. — Co, rzecz jasna, od dawna wiedziałem. Za Bonnie!

Gdy wszyscy wypili, Meredith odchrząknęła.

— Nie przetrwałabym dnia mojego ślubu bez Bonnie — oświadczyła. Jej oliwkowe policzki pokryły się rumieńcem, gdy dodała: — Wszyscy wiecie, jacy są moi rodzice. Gdy już nie mogłam znieść tego, jak przejmują planowanie całego ślubu, Bonnie i Elena porwały mnie i zabrały na „wycieczkę dla zdrowia psychicznego”. Oczywiście był to pomysł Bonnie.

Elena zaczęła się śmiać.

— Od początku do końca pomysł Bonnie.

— Zabrały mnie na boisko bejsbolowe w parku — kontynuowała Meredith — zapięły mi kask na głowie i włączyły maszynę do podawania piłek, a ja odbijałam dopóty, dopóki nie odeszła mnie ochota, by uciec do Vegas. Bonnie przez cały czas siedziała obok i wykrzykiwała porady, a potem kupiła mi hot doga. — Otoczyła Bonnie ramieniem i przytuliła ją do siebie, przyciskając swój chłodny policzek do jej policzka. — Moja najlepsza przyjaciółka.

— Teraz ja — odezwała się Elena, gdy Meredith wypuściła Bonnie z objęć. — Jak zapewne pamiętacie, przez cztery lata college’u mieszkałyśmy z Bonnie i Meredith w jednym pokoju. Gdy w zeszłym roku ukończyliśmy naukę, zrobiło się — wzruszyła ramionami — strasznie. Wiedziałyśmy, że nie będziemy już razem we dnie i w nocy. Ostatniego wieczoru Bonnie uznała, że powinnyśmy zorganizować piżamowe przyjęcie, całkiem jak w liceum. Zrobiłyśmy sobie nawzajem włosy i paznokcie, dzwoniłyśmy dla żartu do naszych chłopaków....

— Ja byłem szczerze zaskoczony — wtrącił Alaric uroczyście.

— Była to noc pełna wygłupów — kontynuowała Elena. — Miałyśmy z Meredith pewien problem, by wczuć się w odpowiedni nastrój, lecz Bonnie pociągnęła nas za sobą i ostatecznie było idealnie. Siostrzana jedność. — Gdy uniosła kieliszek, Bonnie przypomniała sobie, jak Elena wyglądała tamtego wieczoru, jej zazwyczaj perfekcyjnie ułożone włosy były zaplecione w setkę niedbałych warkoczyków, śmiała się w różowej piżamie. Elena, pomyślała, powinna się więcej śmiać.

— Siostrzana jedność welociraptorów — poprawiła ją, a Elena uśmiechnęła się, słysząc ich dawny, prywatny żart.

Matt wyprostował się nieco.

— Moje ulubione wspomnienie o Bonnie z tego roku pochodzi z dnia ślubu Alarica i Meredith. Jasmine wciąż jeszcze czuła się przy nas niezręcznie, wiedziała, że od dawna się przyjaźnimy, a to chyba dziwne dla nowych ludzi...

— Owszem — przytaknął Zander głośno. — Jasmine i ja jesteśmy po prostu super.

Bonnie go uciszyła.

— Teraz mówimy o mnie, kochanie.

— W każdym razie — kontynuował Matt — na przyjęciu Bonnie wzięła Jasmine pod swoje skrzydła i zanim się zorientowałem, Jasmine tańczyła już z dziewczynami i świetnie się bawiła.

— Jej umiejętności taneczne mnie zawstydzają — odparła Bonnie. Jasmine wyglądała cudownie tamtego wieczoru, krótka turkusowa sukienka podkreślała jej długie ciemne loki i karmelowy odcień skóry. Najpiękniejsze było jednak to, jak jej oczy błyszczały, ilekroć spojrzała na Matta. Matt zasługuje na kogoś, kto dostrzeże, jaki jest wspaniały, uznała wtedy Bonnie, i dlatego tak bardzo się starała, by Jasmine dobrze się poczuła.

Gdy Matt się zakochiwał, zakochiwał się mocno i długoterminowo, a w przeszłości niewiele miał szczęścia w tej dziedzinie. Nawet gdyby miał nigdy nie powiedzieć Jasmine całej prawdy o sobie, Bonnie chciała, by się im ułożyło, dla jego dobra.

Stefano uniósł swój kieliszek.

— Bonnie, gdy cię poznałem, wydałaś mi się słodka, niewinna i młoda. Nie traktowałem cię tak poważnie, jak powinienem był. Szybko jednak zdałem sobie sprawę ze swojego błędu. Jesteś spontaniczna, masz intuicję i ciepłe, kochające serce. Oby dwudziesty piąty rok twojego życia był jeszcze lepszy niż poprzedni.