Wydawca: Amber Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 274 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pamiętniki wampirów 9. Bez słów - L.J. Smith, Aubrey Clark

Elena, Stefano i Damon nie są już razem. A czeka ich walka, która odmieni nie tylko ich losy, lecz losy całego ich świata…

Elena: wszystko się dla niej zmieniło, odkąd serce Stefano, jej największej miłości, przestało bić.

Stefano: zginął z ręki naukowca, który stworzył nową rasę wampirów. Przy ich pomocy chce zapanować nad światem i zrobi wszystko, by dawne wampiry zniknęły z powierzchni ziemi.

Damon: teraz, po śmierci Stefano, jest następnym celem uczonego. Lecz nie zamierza poddać się bez walki. I marzy o zemście.

Elena rozpoczyna szaleńczy wyścig z czasem, by znaleźć klucz do zniszczenia tych przerażających istot, zanim skrzywdzą każdego, kogo kocha…

Opinie o ebooku Pamiętniki wampirów 9. Bez słów - L.J. Smith, Aubrey Clark

Fragment ebooka Pamiętniki wampirów 9. Bez słów - L.J. Smith, Aubrey Clark

Korekta

Renata Kuk

Halina Lisińska

Zdjęcie na okładce

© Valua Vitaly/Shutterstock

Tytuł oryginału

The Vampire Diaries: The Salvation: Unspoken.

The Vampire Diaries: The Salvation: Unspoken

© 2013 by Alloy Entertainment and L.J. Smith

Published by arrangement with Rights People, London.

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5009-0

Warszawa 2014. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620

Rozdział 1

Meredith bezsilnie szarpała się w metalowych okowach, którymi jej ręce i nogi zostały przymocowane do stołu operacyjnego. Czując, jak w jej żyłach krąży adrenalina, zamknęła oczy i napięła mięśnie, ale pęta ani drgnęły.

– Proszę – błagała ze łzami, które spływały jej po policzkach.

Jack nie zwracał uwagi na jej błagania, w skupieniu wprowadzając igłę pod skórę na jej szyi.

– Prawie gotowe – powiedział, wciskając tłoczek strzykawki.

Szyja Meredith była zbyt odrętwiała, by odczuć ukłucie, ale wstrzyknięta substancja paliła, rozchodząc się po jej ciele. Meredith gwałtownie wciągnęła powietrze i znowu spróbowała wyrwać ramię napastnikowi.

Jack patrzył na jej bezskuteczne wysiłki brązowymi oczami, które wydawały się równie ciepłe jak wtedy, kiedy uważała go za mentora i jednego z najlepszych łowców, jakich znała. Zanim dowiedziała się, że on sam jest wampirem. Zanim zamordował Stefano.

Zanim dotarło do niej, że on chce ją przemienić.

– Nie chcę być wampirem – wyszeptała drżącym głosem. Oczy zaszły jej łzami. Pomyślała o Cristianie, swoim bracie – wampirze, którego musiała zabić, i całych pokoleniach swojej rodziny, której misją była likwidacja nadprzyrodzonej rasy. Nie mogła stać się jedną z ich wrogów, nie po tym wszystkim, co przeszła.

Przez twarz Jacka przemknął uśmiech, w kącikach oczu ukazały się zmarszczki.

– Gotowe.

Meredith bolało całe ciało. Zaczęła powoli potrząsać głową, w przód i w tył; oddychała nierówno, spazmatycznie.

– Zabiję się – powiedziała z rozpaczą.

Jack uśmiechnął się szerzej.

– Proszę bardzo, spróbuj – odparł. – Udoskonaliłem środek. Nie można nas zabić.

W nagłym ataku paniki Meredith szarpnęła rękami i nogami. Uczucie ciężkości i odrętwienia ustępowało; metalowe pęta ostro wbiły się w jej nadgarstki. Szarpnęła jeszcze raz, z całej siły, i teraz była wolna. Stoczyła się ze stołu operacyjnego, nogi się pod nią ugięły i runęła ciężko na podłogę.

Na czworakach ruszyła do drzwi, pewna, że Jack zaraz znowu spróbuje przykuć ją do stołu. Ale on nie zrobił żadnego ruchu, tylko obserwował jej wysiłki. Słyszała swój własny oddech, chrapliwy, dyszący, desperacko posuwając się w stronę wyjścia. Musi się stąd wydostać.

Dotarła do drzwi i podniosła się na nogi, chwytając za gałkę.

– Wrócisz tu! – zawołał za nią Jack, z upiornym spokojem.

Meredith otworzyła drzwi i potykając się, tak szybko, jak tylko potrafiła, wybiegła na korytarz. Był długi, oświetlony jarzeniówkami. Podłoga została wyłożona ciemnoszarymi kaflami jak w szpitalu albo w szkole. Nasłuchiwała kroków Jacka za sobą, ale tylko jego obłąkańczy śmiech dobiegał ją zza drzwi sali, z której wybiegła.

– Wrócisz tu! – zawołał znowu. – Nic na to nie poradzisz.

Meredith nie pozwoliła sobie myśleć o niczym poza ucieczką. Rozejrzała się dookoła gorączkowo. Podwójne drzwi na końcu korytarza prowadziły na schody; pchnęła je i ruszyła w dół, uderzając stopami w betonowe stopnie. Miała nadzieję, że zaraz znajdzie się na zewnątrz.

Schody zdawały się nie mieć końca. Wreszcie dopad­ła kolejnych podwójnych drzwi i wypadła na chodnik. Zatrzymała się na moment, z trudem chwytając powietrze i rozglądając się wokół. Za nią ciągnęły się jakieś biurowce. Nie miała pojęcia, gdzie jest. Było jeszcze ciemno, ale czerń nieba powoli ustępowała szarości.

Wszystko w niej krzyczało „uciekaj”; serce w panice waliło jej jak młotem. A jeśli okrutne, nieśmiertelne wampiry Jacka są gdzieś w pobliżu? Meredith przycis­nęła plecy do zimnej ceglanej ściany, usiłując skryć się w ciemności, i rozejrzała się ostrożnie dookoła. Nikogo.

Wzięła głęboki oddech, próbując uspokoić rozszalałe serce. Zacisnęła dłonie w pięści i rozluźniła je, chcąc pozbyć się napięcia z całego ciała. Teraz już pewniej trzymała się na nogach, w dłoniach i stopach czuła mrowienie, odrętwienie mijało. Wokół było zupełnie pusto. Po lewej usłyszała samochód przejeżdżający autostradą. Ruszyła w tę stronę, gotowa odszukać drogę do domu.

Świtało, kiedy Meredith otworzyła drzwi mieszkania i cicho weszła do środka, rzucając klucze na stół. Nic mi nie jest, mówiła sobie. Jack powiedział, że została wampirem, ale ona czuła się dokładnie tak jak zwykle. Może środek nie zadziałał.

Odetchnęła głęboko, rozglądając się po swojej znajomej sypialni. Przez zasłonięte okna sączyło się już światło wczesnego ranka; wszystko tu wydawało się tak uspokajająco zwyczajne. Podręczniki prawa stały na półce naprzeciw łóżka; na sekretarzyku stało zdjęcie ślubne jej i Alarica. Nie zdejmując ubrania, Meredith odsunęła chłodną kołdrę i wślizgnęła się do łóżka. Tuż obok Alaric wymruczał coś przez sen i zakopał się głębiej w pościeli.

Jest bezpieczna. To wszystko było takie straszne: Stefano nie żyje, Jack okazał się wampirem, ale do najgorszego nie doszło. Nic mi nie jest, powtórzyła sobie. Na próbę przesunęła palcem po zębach. Normalne. Żadnych ostrych kłów. Ręce miała ciepłe, serce biło szybko jak u każdego innego człowieka. Wszystko jest w porządku. Jej ciało musiało zwalczyć efekty substancji, którą wstrzyknął jej Jack.

Przysunęła się bliżej do Alarica, ale zaraz zmarszczyła brwi. W kieszeni dżinsów coś było. Sięgnęła do środka i jej palce trafiły na cienki prostokątny kartonik. Wizytówka. Zmrużyła oczy i odwróciła go do słabego porannego światła. Na wizytówce widniał czarny symbol nieskończoności i nazwa firmy: Lifetime Solutions. A poniżej, ręcznie dopisany czarnym atramentem, numer telefonu.

Jack jest bardzo pewny siebie, pomyślała ze złością. Zacisnęła palce na wizytówce, zginając ją trochę, a potem wrzuciła ją do szuflady nocnej szafki. Nie ma najmniejszego zamiaru kiedykolwiek spotkać się z Jackiem.

Według zegara nie było jeszcze piątej. Meredith wzięła kolejny głęboki oddech, próbując uspokoić się i zasnąć, i zapomnieć twarz Jacka, kiedy wbijał w jej ciało ostatnią igłę.

Łóżko było miękkie, pościel pachniała lekko detergentem. Ale czuła jeszcze inny zapach. Jakby… słony. Lekko metaliczny. Zmarszczyła brwi, usiłując zorientować się, co tak pachnie.

Stopniowo zaczął do niej docierać też dźwięk. Dobiegający ze wszystkich stron miarowy szum przypominający ocean, głęboki, powolny rytm fal. Oddychając wraz z nim, Meredith coraz bardziej zbliżała się do snu.

Ale coś nie dawało jej spokoju, zaostrzając apetyt. Bezwiednie oblizała wargi. Ten słonawy, metaliczny zapach… było w nim coś bardziej smakowitego niż kurczak, którego piekła jej mama, niż świeżo upieczona szarlotka. Coś znajomego, czego jednak nie była w stanie nazwać.

Do ust Meredith napłynęła ślina, kiedy nagle coś w nich drgnęło. Zaskoczona podniosła szybko rękę do twarzy.

Znowu ten ruch. Ostrożnie dotknęła warg. Były tak wrażliwe, że skrzywiła się, jednocześnie z bólu i przyjemności. Palcami musnęła zęby. I jeszcze ostrożniej, zrobiła to jeszcze raz.

Kły były długie i ostre. Miała prawdziwe kły.

Ten szum i powolny rytm, ten zapach – słonawy i jakby… miedziany – wydawał się teraz wszechobecny. Z każdą chwilą coraz bardziej bolał ją żołądek i zęby.

Alaric. Słyszała uderzenia jego serca. Czuła zapach jego krwi.

Przerażona zerwała się z łóżka i spojrzała na Alarica, który spał spokojnie, niczego nieświadomy.

Jackowi jednak się udało. Zmienił ją w wampira.

I umierała z głodu.

Rozdział 2

Drogi Pamiętniku,

Straciłam wszystko. Zgubiłam się.

Nie wiem, kim jestem bez Stefano.

Od wielu dni nie byłam w stanie niczego tu napisać. Jakbym się bała, że opisując te wydarzenia, sprawię, że wszystko stanie jeszcze bardziej realne.

Ale taka jest prawda, czy to napiszę, czy nie.

Stefano nie żyje.

Elena oderwała ręce od laptopa, jakby ją oparzył i przycisnęła palce mocno do ust. Stefano nie żyje. Do oczu napłynęły jej gorące łzy; otarła je szorstko. Ostatnio ciągle tylko płakała, a od tego nie robiło się wcale lepiej.

Wydaje mi się, że ziemia powinna przestać się obracać. Skoro Stefano nie żyje, słońce nie powinno wschodzić. Ale czas mija i nadchodzą kolejne, nowe dni. Tylko dla mnie nie mają już żadnego znaczenia, bo Stefano ciągle nie żyje.

Wszyscy zaufaliśmy Jackowi. On i Stefano walczyli ramię w ramię, tropiąc Pierwotnego, Solomona. Ale kiedy powinniśmy byli wszyscy cieszyć się ze zwycięstwa nad Solomonem, nareszcie szczęśliwi i bezpieczni, Jack nagle wbił kołek w serce Stefano. Jack go zabił.

Elena przestała pisać i oparła głowę na rękach, wspominając. Stefano spojrzał jej w oczy, a ona uśmiechnęła się do niego lekko. Wiedziała, że oboje myślą o tym samym: teraz, kiedy nie ma już Pierwotnych, może rozpocząć się nasze prawdziwe wspólne życie.

To wszystko stało się tak szybko. Elena widziała, że coś jest nie tak, ale zanim zdążyła krzyknąć ostrzeżenie, Jack wbił swój kołek w serce Stefano. I było już za późno.

Uśmiech na twarzy Stefano zbladł; jego oczy rozszerzyły się. Przez chwilę wyglądał na niewinnie zaskoczonego, a potem jego twarz po prostu zgasła. Jego oczy – te zielone jak liście oczy, które zawsze patrzyły na nią z taką miłością – utraciły ostrość. Jego ciało runęło na ziemię, ale Stefano już w nim wtedy nie było.

To prawda, że Jack polował na Pierwotnych tak jak my. Ale nie chciał wcale, by świat stał się dzięki temu bezpieczniejszy. Jack stworzył nową rasę wampirów za pomocą środków chemicznych i chirurgii, zamiast krwi i magii. Jego wampiry są przerażające: odporne na światło słońca i werbenę, a według Damona nie sposób ich zabić żadną ze zwykłych metod.

Jack nie chce konkurencji dla swoich powstałych w laboratorium wampirów. Postanowił więc wyeliminować najniebezpieczniejsze wampiry, te najstarsze. Nie tylko Pierwotne, ale też inteligentne, doświadczone wampiry, istniejące na ziemi od kilku stuleci. Takie jak Katherine i Damon. Jak Stefano.

Jack wykorzystał nas wszystkich – moją Moc Strażniczki, znajomość sztuk walki Stefano i Meredith, magię Bonnie. Byliśmy jego bronią w wojnie przeciw Solomonowi. Pierwotny był zbyt dobrze ukryty, by Jack mógł go odnaleźć sam. A potem, kiedy Solomon został zlikwidowany, Stefano był dla Jacka tylko kolejną przeszkodą na drodze do celu.

Nie wiemy, gdzie teraz jest Jack ani co planuje. Łowcy, którzy z nim podróżowali – Trinity, Darlene i Alex – tak samo dali mu się oszukać jak my. Opuścili miasto, chcąc go odszukać. Ale nie mają pojęcia, gdzie on może być.

Elena przełknęła ślinę i znowu otarła oczy rękawem szlafroka.

Meredith i Damon uważają, że tak naprawdę Jack nigdzie nie wyjechał. Kilka dni temu Meredith walczyła z jednym z tych jego syntetycznych wampirów. Wampir uciekł, a Meredith ledwo uszła z życiem. Czy Jack kontynuuje swoje eksperymenty tu, w Dalcrest?

Powinnam się tym interesować. Powinnam pragnąć zemsty. Ale zamiast tego jestem odrętwiała.

Bez Stefano ja też jestem jakby martwa.

Klucz zazgrzytał w zamku; Elena podniosła głowę znad komputera i zobaczyła Damona. W zimnym mieszkaniu zrobiło się trochę cieplej. Jakby smukły, ciemnowłosy wampir wniósł ostatni powiew letniego powietrza do klimatyzowanego wnętrza. Ale Damon był przygarbiony i wydawał się jakby mniejszy. Przez łączącą ich więź Elena wyczuwała jego żal i ból na widok rzeczy, które należały do Stefano i przypominały mu o śmierci brata.

– Żywiłeś się – zauważyła, patrząc na niemal ludzki rumieniec na jego policzkach.

– Jeśli tak chcesz to nazwać. – Damon skrzywił się z niesmakiem. – Zwierzęca dieta Stefano jest absolutnie ohydna, jak zawsze podejrzewałem.

Elena drgnęła; Damon spojrzał na nią i jego twarz spoważniała.

– Przepraszam – szepnął. – Wiem, że nie powinienem…

Widziała swój własny ból na wspomnienie Stefano odbity w jego oczach.

– W porządku – powiedziała, stanowczo kręcąc głową. – Powinieneś móc wymawiać jego imię, to twój brat. Ja tylko… – Jej oczy znowu wezbrały łzami, powstrzymała je jednak. Musi przestać w końcu płakać.

Damon ujął jej dłoń chłodnymi, gładkimi palcami.

– Obiecuję ci, że Jack za to zapłaci – rzekł cicho, z oczami ciemnymi jak nocne niebo. – Bez względu na wszystko.

Elenę nagle ogarnęła panika, zabrakło jej tchu w piersi. Zacisnęła palce na ręce Damona.

– Nie – powiedziała. – Damonie, musisz być ostrożny. Nawet jeśli oznaczałoby to pozwolić Jackowi uciec.

Damon zesztywniał i wbił w nią swoje ciemne oczy.

– Obiecaliśmy sobie, że zemścimy się na Jacku – stwierdził zdecydowanie. – Jesteśmy to winni Stefano.

Elena pokręciła głową.

– Nie mogę stracić także ciebie. – Słyszała drżenie własnego głosu, ale wyprostowała plecy i spojrzała Damonowi prosto w oczy, zdecydowanie. Czasami miała wrażenie, że to obecność Damona jest tą cienką barierą, odgradzającą ją od szaleństwa. Damon był jedynym, który ją rozumiał, jedynym, który naprawdę kochał Stefano tak głęboko jak ona.

Każdej nocy słyszała, jak chodził cicho po mieszkaniu, od salonu, przez kuchnię i korytarz; zatrzymywał się czasami przed jej sypialnią, ale nigdy do niej nie wchodził, nawet wtedy, kiedy tak bardzo pragnęła, by ją pocieszył. Czuwał nad nią, ale zmagał się też z własnym smutkiem i niepokojem. Na myśl o tym, że on także mógłby zginąć jak Stefano, że jego przystojna twarz też mogłaby nagle zgasnąć, serce Eleny zaczynało walić jak oszalałe.

– Damonie, proszę – powiedziała błagalnie.

Spojrzenie Damona złagodniało. Westchnął i lekko musnął jej dłoń palcami, ale zaraz odsunął się szybko, a jego twarz stężała.

– Nie zrobię nic głupiego. Pamiętaj, dobrze potrafię o siebie dbać.

Elena zaczęła z wdzięcznością kiwać głową, ale nagle znieruchomiała. Nie obiecał, że będzie unikał niebezpieczeństwa, nie tak naprawdę.

– Nie możesz nikogo zabić – przypomniała mu z uporem. – Strażnicy powiedzieli jasno, jeśli kogoś zabijesz, ja umrę. Więc nie ma sensu szukać zemsty.

Damon uśmiechnął się, ale bez cienia wesołości.

– Wampiry to nie ludzie – odparł. – Mogę zabić Jacka i zrobię to.

Elena puściła jego rękę. Damon nigdy nie przestanie próbować schwytać Jacka.

I zginie, była tego pewna. A wtedy jej naprawdę nie zostanie już nic.

Rozdział 3

Damon chodził tam i z powrotem po salonie Eleny, ze złością spoglądając na światło słońca, które wpadało przez okna na podłogę. Kiedy obudził się z niespokojnego snu godzinę wcześniej, mieszkanie było już puste.

Z roztargnieniem musnął palcami pierś i pozwolił, by emocje Eleny wpłynęły w niego przez łączącą ich więź. Żadnej zmiany – znowu odczuł ten sam ostry, pełen gniewu smutek, który sprowadził go z powrotem do Dalcrest, który powiedział mu, że jego brat nie żyje. Ale nic nowego. Dokądkolwiek poszła Elena, nie groziło jej tam żadne niebezpieczeństwo.

Dręczyło go bolesne pragnienie, by odnaleźć Jacka, dopaść go i rozerwać na strzępy. Paliła go wściekłość – jak ktokolwiek śmiał tknąć jego młodszego brata. Nawet w czasach, kiedy się nie znosili, nikomu nie wolno było krzywdzić Stefano.

Ale na razie Damon starał się nie rzucać w oczy, czuwał nad Eleną i czekał na odpowiedni moment.

Meredith poradziła mu to po pogrzebie Stefano.

– Jack uważa, że ciągle jesteś w Europie – powiedziała. – Musimy się postarać, żeby nadal tak myślał. Możliwe, że jesteś naszą najlepszą bronią.

Szarooka łowczyni mówiła to wszystko sztywna z irytacji; nie podobało jej się, że musi o cokolwiek prosić Damona. W innych okolicznościach rozbawiłoby go to. Meredith nie miała żadnego prawa mówić mu, co ma robić, a on nie miał żadnego powodu robić tego, o co go prosiła.

Ale wtedy Elena spojrzała na niego błagalnie.

– Proszę, Damonie. Nie mogę stracić także ciebie – szepnęła.

I Damon zgodził się zrobić wszystko, czego chciała.

Westchnął i usiadł na kanapie, rozglądając się dookoła. Zaczynał nienawidzić tego pokoju, całkiem ładnego, z tymi ciężkimi starymi meblami i artystycznymi plakatami na ścianach. Został umeblowany według upodobań Stefano: był ciemny, tradycyjny, przytulny. Gust Stefano, rzeczy Stefano, Elena Stefano.

Na stoliku przy kanapie leżał gruby notes oprawiony w brązową skórę: dziennik Jacka, zapis eksperymentów, które doprowadziły go do stworzenia nowej rasy wampirów. Damon znalazł go, infiltrując firmę Jacka w Szwajcarii.

Na końcu znajdowała się lista wampirów zgładzonych przez Jacka – i lista tych, które planował zgładzić. Damon wziął notes do ręki i otworzył na długich rzędach nazwisk. Wiele z tych wampirów, których nazwiska zostały już przekreślone grubą kreską, Damon znał osobiście. Przy końcu strony widniały trzy, jeszcze niewykreślone: Katherine von Swartzchild, Damon Salvatore, Stefano Salvatore.

Damon musnął je lekko palcami, przypominając sobie, jak twarz Katherine zbladła nagle, kiedy opuściło ją życie. Znowu poczuł ostre jak nóż przerażenie Eleny, które powiedziało mu, że Stefano nie żyje. Przynajmniej Damon skradł notes, zanim Jack zdążył wykreślić ich nazwiska.

Zacisnął zęby i przerzucił kilka stron. Nawet jeśli nie może po prostu zacząć ścigać Jacka – na razie – może przynajmniej szukać sposobu, jak go pokonać.

Ale w notesie niczego nowego nie znalazł. Przeglądał go już dziesiątki razy. Po kilku minutach jęknął cicho i zamknął oczy, pocierając skronie palcami.

Było tam sporo na temat słabych punktów stworzonych przez Jacka wampirów, to prawda. Ale dziennik traktował głównie o tym, jak Jack pokonywał ich słabości. Światło słoneczne, dekapitacja, kołek w serce: wyglądało na to, że tych stworzonych przez człowieka wampirów nie sposób zlikwidować.

Beznadziejna sprawa. Może powinien dać sobie spokój, zrobić to, czego chce Elena i ukryć się gdzieś.

Nie. Otworzył oczy i zazgrzytał zębami. Jest Damonem Salvatore. Nie pokona go byle obłąkany naukowiec.

Zatrzasnął notes. Musi być coś, co jest prawdziwym zagrożeniem dla tych naukowo wyprodukowanych wampirów, coś, o czym Jack nie pomyślał.

Niemal nieświadomie Damon spojrzał na ciężką mahoniową komodę pod ścianą. Stały na niej talizmany Stefano; przedmioty zbierane w ciągu długiego życia. Monety, kamienny puchar, zegarek. Morelowa wstążka do włosów Eleny, którą zdobył, zanim jeszcze Elenę poznał naprawdę, zanim Damon w ogóle ją poznał. Czy byłoby inaczej, zastanawiał się teraz, gdyby to on, Damon, poznał Elenę pierwszy?

Wstał, podszedł powoli do komody i lekko dotknął zgromadzonych na niej przedmiotów: żelazna skrzyneczka, złote monety, sztylet z rękojeścią z kości słoniowej, jedwabna wstążka.

Damon nie zachowywał rzeczy tak jak Stefano. Nie widział sensu trzymania tego, z czego wyrósł, wleczenia za sobą przeszłości przez świat.

Uświadomił sobie, że robił to Stefano, także dla niego. A teraz, kiedy Stefano i Katherine nie żyją, nie ma już nikogo, kto pamięta Damona z czasów, kiedy był człowiekiem.

Przesunął palcem po ostrzu sztyletu i syknął, cofając dłoń. Stefano dbał, by był naostrzony, choć pewnie minęły całe stulecia od czasu, kiedy go ostatnio użył.

Ich ojciec przez wiele lat zawsze miał ten sztylet przy sobie, Damon pamiętał, jak wisiał w pochwie u jego pasa. Piękny przedmiot, jego gładka biała rękojeść była lekko wygięta tuż nad świetnie wykrojonym, przydatnym ostrzem. Ojciec dał go Stefano na jego piętnaste urodziny.

– Każdy dżentelmen powinien taki mieć – powiedział Giuseppe Salvatore, ze wzruszeniem ściskając ramię młodszego syna. – Nie po to, wszczynać burdy na ulicach jak wieśniak… – Damon poczuł, że ojciec spogląda na niego z ukosa, i czyż spojrzenie to nie było równie ostre jak ten sztylet? – …ale wtedy, gdy zajdzie potrzeba. Ostrze jest z najprzedniejszej stali. Dobrze mi służyło.

Zielone oczy Stefano błyszczały, kiedy podniósł je na ojca.

– Dziękuję ci, ojcze – powiedział. – Będę o niego dbał.

Stojący obok w nonszalanckiej pozie, wyłączony z tej rodzinnej sceny, Damon dotknął własnego, niemal równie pięknego sztyletu z uchwytem z kości, i poczuł nagle smak goryczy w ustach.

Zamrugał teraz, odpędzając wspomnienia. Zmarnował już wiele czasu, rozpamiętując swój gniew na Stefano, swojego małego braciszka o słodkiej buzi.

Teraz też marnuje czas. Serce Damona nagle zabiło mocniej, nasilając ból w jego piersi. Jego szczery, poważny, kochający i irytujący młodszy brat nie żyje. Został zamordowany. A Damon kryje się w cieniu. Jego twarz wykrzywił grymas niesmaku. Już sobie wyobrażał, co powiedziałby na to ojciec.

Jednym szybkim ruchem chwycił sztylet i ruszył do drzwi. Dotrzyma danej Elenie obietnicy, będzie ostrożny. Ale nie będzie się ukrywał, już nie. Jest z rodu Salvatore – teraz już ostatni – a to oznacza, że niczego się nie ulęknie.

Czas przejąć kontrolę nad tą walką. Przede wszystkim musi się więc dowiedzieć, gdzie skrywa się Jack.

Rzeka pluskała cicho, obmywając małe przybrzeżne kamyki, które lśniły łagodnie w słońcu. Elena weszła głębiej w cień rosnącego przy brzegu, pokrytego mchem drzewa.

Prostokąt ziemi, oznaczający grób Stefano, ciągle był wyraźnie widoczny. Ziemia skrywająca jego ciało nie zdążyła jeszcze stwardnieć i porosnąć trawą.

Od jego śmierci nie minęło wcale tak dużo czasu.

Elenę poczuła, że zalewa ją fala bólu. Upadła przy grobie na kolana, wyciągnęła przed siebie rękę i położyła ją na miękkiej ziemi.

Chciała coś powiedzieć, wyznać mu, jak bardzo za nim tęskni, ale kiedy otworzyła usta, była w stanie wydobyć z nich tylko jego imię.

– Stefano – jęknęła bezradnie, łamiącym się głosem. – Och, Stefano.

Jeszcze kilka tygodni temu byli razem. Niedługo przed tym zaskoczył ją, wręczając klucze do jej dawnego domu – kupił dom, w którym dorastała, od ciotki Judith.

– Będziemy podróżować po całym świecie – obiecał, ściskając jej dłonie silnymi, pewnymi rękami. – Ale zawsze będziemy mogli wrócić tutaj, do własnego domu.

Okazało się, że „zawsze” nie trwało nawet tygodnia. Nie zdążyli nawet tam razem pójść. Elena wbiła palce głęboko w ziemię, starając się nie myśleć o tym, że trzy metry niżej leży ciało Stefano.

– Elena?

Spomiędzy drzew dobiegł ją głos Bonnie. Elena wyciągnęła ręce z ziemi. Wydawało się to zbyt intymne, by ktokolwiek mógł to zobaczyć, nawet Bonnie.

– Dziękuję, że przyszłaś – powiedziała cicho, podnosząc się.

– Oczywiście. – Brązowe oczy Bonnie były wielkie i pełne niepokoju. Podeszła do Eleny i objęła ją mocno. – Jak sobie radzisz? Chcieliśmy… Zander i ja, chcieliśmy zapytać, czy możemy ci jakoś pomóc.

– Cóż, prawdę mówiąc, tak – odparła Elena. Wzięła Bonnie za rękę i pociągnęła w stronę grobu Stefano.

– Ciągle mi się wydaje, że nagle znowu się pojawi – przyznała Bonnie, patrząc na grób. – Trudno uwierzyć, że już go nie ma, wiesz?

Nie, Elena nie wiedziała. Od chwili, kiedy budziła się rano, aż do późnego wieczoru, kiedy wreszcie udawało jej się zapaść w niespokojny sen, nie mogła zapomnieć, że Stefano już nie ma. Jego nieobecność nękała ją nawet w snach. Ale nie powiedziała tego, tylko zbliżyła się jeszcze trochę do Bonnie, jakby mogła się skryć w cieple swojej przyjaciółki.

– Pamiętasz, jak rozmawiałaś ze mną, kiedy umarłam? – spytała Elena, ściskając rękę Bonnie.

Bonnie oderwała oczy od grobu i podniosła je na Elenę.

– Och, Eleno, nie sądzę, żeby…

– Udało ci się sprowadzić do mnie Stefano – ciągnęła z wahaniem Elena, nie puszczając ręki przyjaciółki.

Bonnie spróbowała się wyswobodzić.

– Ale ty nie byłaś martwa! Klaus przetrzymywał cię jakby w połowie drogi, uwięził cię, ale nie byłaś tak naprawdę martwa! – Zawahała się, a potem spytała cicho: – Pamiętasz, jak Strażnicy mówili, że wampiry po prostu… się kończą?

– Ale warto spróbować, prawda? – powiedziała Elena szybko. – Strażnicy nie wiedzą wszystkiego, już to udowodniliśmy. Gdybyś mogła mi pomóc się z nim spotkać, Bonnie… – Zdała sobie sprawę, że ściska rękę przyjaciółki za mocno i z wysiłkiem rozluźniła palce. – Proszę – dodała cicho.

Bonnie zagryzła wargi. Elena wyczuła moment, w którym się poddała, bo jej ramiona opadły.

– Nie chcę, żebyś została zraniona bardziej niż już jesteś – protestowała Bonnie cicho.

– Musimy spróbować – upierała się Elena.

Bonnie się zawahała i w końcu kiwnęła głową.

– No dobrze. – Zmrużyła z namysłem oczy i ruszyła w stronę rzeki, pociągając Elenę za sobą. – Kiedy zrobiłam to dla Stefano, weszłam w trans, skontaktowałam się z tobą, a potem wprowadziłam w to jego. Ale myślę, że teraz może powinnyśmy spróbować czegoś innego.

Kamienisty piasek chrzęścił im pod stopami, kiedy podeszły na sam brzeg rzeki. Woda chlupotała, zalewając im tenisówki; Elena poczuła, że robi jej się zimno i mokro w palce stóp.

– Chcę, żebyś pozwoliła mi użyć twojej Mocy – powiedziała Bonnie, ściskając rękę Eleny. – To pomoże mi szukać Stefano. Kiedy kontaktowałam się z tobą, to ty pierwsza do mnie przyszłaś, więc wiedziałam, gdzie cię znaleźć. Podejrzewam, że jego ciężko będzie odszukać.

– Oczywiście – zgodziła się Elena.

Mocno trzymając Bonnie za rękę, starała się skanalizować Moc i wysłać ją do przyjaciółki. Wzięła powolny, głęboki oddech i rozluźniła się z trudem; teraz kątem oka dostrzegała już swoją złocistą aurę. Była przytłumiona szarymi smugami smutku, ale rozciągała się wokół niej szeroko, splatając się z różaną aurą Bonnie.

Bonnie także odetchnęła głęboko, wpatrując się w migotliwe, odbite od wody światło słońca.

– Równie dobre jak świeca, żeby się skupić – mruknęła z roztargnieniem. Elena zauważyła, że drobna twarzyczka Bonnie zmieniła nagle wyraz, a jej źrenice stały się wielkie jak u kota.

Elena zamknęła oczy.

Ciemność. Ale przed nią różowozłoty błysk. Aura Bonnie, spleciona z jej własną, wskazywała jej drogę. Mała postać Bonnie, wyprostowana i pełna determinacji, poruszała się szybko w oddali.

Elena ruszyła spiesznie za nią, z sercem ściśniętym z podniecenia. Znowu zobaczy Stefano. Będzie mogła mu powiedzieć, jak jej bez niego ciężko, każdego dnia, a on weźmie ją w ramiona i pocieszy ją. Będzie tak, jakby wróciła do domu.

Szły przed siebie w mroku, otoczone tylko światłem swoich aur. Ale potem, powoli, to światło zaczęło przygasać. Elena chciała zawołać, ale głos uwiązł jej w gardle. Gdzie jest Bonnie? Elena chciała za nią pobiec, ale postać przyjaciółki oddalała się, stawała coraz mniejsza, aż w końcu całkiem znikła jej z oczu.

Elena zatrzymała się, bliska płaczu.

– Stefano! – krzyknęła. Jej głos wrócił do niej echem: – Stefano!

Była sama w ciemności.

Otworzyła oczy. Stała na brzegu rzeki, z palcami stóp zdrętwiałymi od zimnej wody. Bonnie spojrzała na nią, mrugając. Jej twarz była blada i mokra od łez.

– Tak mi przykro, Eleno – powiedziała. – Nie mogłam go odnaleźć. Jest gdzieś, gdzie nie można go dosięgnąć.

Elena pochyliła się ku przyjaciółce, pozwoliła jej się objąć i zapłakała.

Bonnie czuła się okropnie. Zrzucając mokre tenisówki w przedpokoju swojego i Zandera mieszkania, na próbę pociągnęła nosem. Może popołudnie nad rzeką zaowocuje przeziębieniem. To wyjaśniałoby, dlaczego tak źle, tak parszywie się czuje.

Ale nie, jeśli ma być ze sobą szczera, musi przyznać, że to poczucie winy. Pierwsza rzecz, o jaką poprosiła ją Elena po śmierci Stefano – jedyna rzecz, o jaką Elena poprosiła kogokolwiek – a Bonnie nie potrafiła jej prośby spełnić.

Wspominając wymuszony uśmiech, z jakim Elena dziękowała jej za spróbowanie, Bonnie omal nie potknęła się o ubłocone buty Zandera i musiała oprzeć się ręką o ścianę. Teraz, pod koniec lata, jego firma ogrodnicza sadziła drzewa i krzewy, więc codziennie wracał do domu strasznie brudny.

Usłyszała jego głos i poszła za nim do kuchni. Wyszła zza rogu i zatrzymała się, żeby przez chwilę na niego popatrzeć. Stał odwrócony do niej plecami, wysoki, silny i opalony, a jego jasne jak księżycowe światło włosy były na karku ciągle wilgotne od potu. Byli już parą od lat, ale na jego widok ciągle czasami miała wrażenie, że zaraz rozpłynie się z zachwytu.

– Wiem – rzucił ostro do telefonu. – I nie zmienię zdania.

– Hej – szepnęła, wchodząc do kuchni i muskając dłonią jego plecy.

Zander drgnął.

– Bonnie wróciła – powiedział sucho, odwracając się do niej. – Muszę kończyć. Zadzwonię później. – Rozłączył się.

– Z kim rozmawiałeś? – spytała Bonnie, nachylając się, żeby go pocałować. Wargi Zandera były ciepłe i miękkie. Ale unikał jej wzroku.

– Nikt ważny – zbył ją. – Zjadłabyś pizzę na kolację? Jared zdradził mi tajemnicę tego, co tak chrupie. Płatki kukurydziane.

– Świetnie – odparła Bonnie, ale coś nie dawało jej spokoju. Zmarszczyła brwi. – Wszystko w porządku?

Zander spojrzał na nią i jego twarz rozciągnęła się w uśmiechu, a wokół błękitnych oczu pojawiły się zmarszczki.

– W jak najlepszym – powiedział.

– Dobrze. – Bonnie uśmiechnęła się ostrożnie. Zander znowu odwrócił wzrok; wydawał się spięty

Stłumiła niepokój, który pojawił się na peryferiach jej umysłu. Wszyscy byli spięci od śmierci Stefano. Na pewno tylko o to chodzi.

Na myśl o Stefano Bonnie westchnęła i Zander natychmiast odwrócił się do niej czujnie.

– Co się stało? – spytał z troską.

– Próbowałam dzisiaj skontaktować się ze Stefano, żeby Elena mogła się z nim pożegnać. Ale nie potrafiłam.

– Och, Bonnie – mruknął Zander i tak jak się spodziewała, objął ją ramieniem. Bonnie odruchowo wtuliła się w niego, czerpiąc otuchę z jego siły. – Ona wie, że zrobiłaś wszystko, co mogłaś – dodał pocieszająco. – Przecież zrobiłabyś dla niej wszystko.

Ale Elena wyglądała tak, jakby została złamana, pomyślała. Nie przypominała tej dumnej dziewczyny, którą Bonnie znała od dzieciństwa. Elena kochała Stefano całą sobą i teraz nie zostało jej nic.

Bonnie zadrżała i przytuliła się do Zandera.

– Kocham cię – powiedziała, a on bez słowa przyciągnął ją do siebie jeszcze mocniej.