Pamiętnik ze starej szafy - Patrycja May, Joanna Jax - ebook

15 osób właśnie czyta

Opis

Zabawna opowieść o dorastaniu młodej, zakompleksionej dziewczyny w czasach chylącego się ku upadkowi socjalizmu i początkach wolnej Polski. Zwariowana rodzina, nieobliczalni przyjaciele, a wreszcie proza życia przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, widziana oczami młodości, gdzie wzniosłość przemian przegrywa z drapieżną chęcią przeżycia przygody. Historie czwórki przyjaciół wkraczających w dorosłe życie, szalonego dziadka Staśka i ciotek: Felicji, której największym pragnieniem jest powtórne zamążpójście, i Amelii – despotki wzbudzającej strach całej rodziny. Dawka śmiechu gwarantowana.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 213

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Projekt okład­ki

Maksym Leki

Ilu­stra­cja na okład­ce

@PV production / shut­ter­stock.com

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Da­mian Wa­la­sek

Opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie II, Cho­rzów 2019

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 600 472 609

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

Tekst © Pa­try­cja May

ISBN 978-83-7835-752-0

Miesz­ka­li w le­sie, mo­dli­li się do pni, bra­li ślub wo­kół świer­ka, a dia­bły im dzie­ci ko­ły­sa­ły.

Edward Ra­dziń­ski

Rozdział I. Mój jest ten kawałek podłogi

Naj­gor­szy kom­ple­ment, jaki usły­sza­łam w ży­ciu? „Je­steś mą­drym chłop­cem…”.

Mia­łam czter­na­ście lat i ty­siąc kom­plek­sów. Owym wy­szu­ka­nym kom­ple­men­tem ura­czy­ła mnie nowa ko­le­żan­ka mo­jej mamy, tak zwa­na dama z wyż­szych sfer. Moja mat­ka bar­dzo chcia­ła się za­przy­jaź­nić z pa­nią Wan­dzią i jej wi­zy­tę trak­to­wa­ła jako no­bi­li­ta­cję, nie­ste­ty wszyst­ko ze­psu­łam. Mój nie­co star­szy strasz­ny brat Olek kwi­czał ze śmie­chu cały wie­czór, mama była prze­ra­żo­na, a pani Wan­dzia już ni­g­dy wię­cej się nie po­ja­wi­ła. Bar­dzo ża­ło­wa­łam, bo chcia­łam się jej od­wdzię­czyć tek­stem w ro­dza­ju: „Jaki pięk­ny swe­te­rek. Ile wa­żył?” albo: „Ta pani są­siad­ka z na­prze­ciw­ka jest okrop­na, mówi, że pani co­dzien­nie goli bro­dę”. No cóż, może kie­dyś bę­dzie oka­zja.

Fak­tem jest, że wy­glą­da­łam jak chło­pak i gło­sik mia­łam grub­szy niż nie­je­den mój ko­le­ga z kla­sy, ale żeby za­raz…

Jak się oka­za­ło, pani Wan­dzia nie była ostat­nia.

Miesz­ka­li­śmy w tym cza­sie w sta­rej ka­mie­ni­cy, w czte­ro­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu z tak zwa­ny­mi wy­go­da­mi. Owe wy­go­dy wy­glą­da­ły na­stę­pu­ją­co: w naj­więk­szym po­ko­ju, zwa­nym sto­ło­wym, miesz­ka­li moi ro­dzi­ce, w na­stęp­nym dzia­dek Sta­siek, w ko­lej­nym znie­na­wi­dzo­na prze­ze mnie ciot­ka Fe­li­cja, w ostat­nim zaś ja i mój strasz­ny brat. Olek dłu­bał w no­sie, pusz­czał me­tal, be­kał do ryt­mu i oglą­dał ga­ze­ty z go­ły­mi ko­bie­ta­mi. Były to cza­sy bez kom­pu­te­rów i In­ter­ne­tu, a w te­le­wi­zji kró­lo­wa­ły dwa pro­gra­my: pierw­szy i dru­gi. W koń­cu, jako osób­ka wraż­li­wa, nie mo­głam dłu­żej tego zdzier­żyć i po­wie­si­łam wzdłuż po­ko­ju za­słon­kę. Dzię­ki temu nie mu­sia­łam już oglą­dać pa­lu­cha w no­sie mo­je­go bra­ta ani go­łych bab, nie­mniej jed­nak wra­że­nia aku­stycz­ne po­zo­sta­ły.

Moją ciot­kę Fe­li­cję prze­sta­łam lu­bić od pierw­sze­go dnia jej po­by­tu, z dwóch po­wo­dów. Co praw­da nie pusz­cza­ła me­ta­lu i nie dłu­ba­ła przy mnie w no­sie, ale za­anek­to­wa­ła po­kój, któ­ry miał być mój. Ciot­ka była świe­żo po roz­wo­dzie i — jak twier­dzi­ła — dla świę­te­go spo­ko­ju po­zo­sta­wi­ła cały do­by­tek by­łe­mu mę­żo­wi, przez co zbu­rzy­ła na­dzie­ję na mój świę­ty spo­kój. „Wszyst­ko” nie obej­mo­wa­ło ży­we­go in­wen­ta­rza, za­tem ciot­ka przy­pro­wa­dzi­ła się do nas wraz ze śle­pym psem o wdzięcz­nym imie­niu He­niek, dwo­ma si­ka­ją­cy­mi gdzie po­pad­nie ko­ta­mi (Do­cen­tem i Me­ce­na­sem) oraz wszyst­ko­żer­nym kró­li­kiem, Bol­kiem, któ­ry wy­glą­dał jak po che­mio­te­ra­pii. Do kom­ple­tu były jesz­cze ryb­ki o dziw­nym wy­glą­dzie, ale moż­li­we, że po pro­stu były je­dy­nie zbyt do­brze od­ży­wio­ne. Dru­gą kwe­stią, za któ­rą nie lu­bi­li jej wszy­scy, były nie­kon­tro­lo­wa­ne na­pa­dy szlo­cha­nia. W naj­mniej spo­dzie­wa­nych mo­men­tach. Ilo­ści po­tłu­czo­nych na­czyń oraz plam na ob­ru­sach nie da się po­li­czyć.

Z dziad­kiem Staś­kiem też było spo­ro pro­ble­mów. Był nad wy­raz ży­wot­ny, sta­ry jak ka­mie­ni­ca, w któ­rej miesz­ka­li­śmy, i miał pro­ble­my z gło­wą. Lu­bił dość czę­sto wra­cać do cza­sów wo­jen­nych, ale nie tyl­ko we wspo­mnie­niach, jak mo­gli­by­ście po­my­śleć — za­kła­dał hełm, mun­dur po­lo­wy i cho­dził po miesz­ka­niu z du­bel­tów­ką (na szczę­ście nie­na­bi­tą). Hełm i du­bel­tów­ka były zresz­tą je­dy­ny­mi rze­cza­mi, któ­rych nie ob­gryzł kró­lik, za to ob­si­ka­ły koty. Stu­kot bu­tów (jak dzia­dek miał war­tę), na któ­ry wszy­scy, łącz­nie z są­sia­da­mi, byli uod­por­nie­ni, do­pro­wa­dza­ły do sza­łu Heń­ka. Pa­dło po­dej­rze­nie, iż on też mógł pa­mię­tać cza­sy woj­ny, cho­ciaż psy z na­tu­ry tak dłu­go nie żyją. Kie­dy dzia­dek Sta­siek ru­szał na pa­trol po po­ko­jach, do domu nie mógł wejść nikt obcy. Ani li­sto­nosz, ani in­ka­sent, ani, nie­ste­ty, nasi zna­jo­mi.

Po­śród tych wszyst­kich dzi­wo­lą­gów krę­ci­ła się je­dy­na nor­mal­na oso­ba, moja mama. Ojca pra­wie nie było w domu. Pew­nie ucie­kał. Wca­le mu się nie dzi­wię, bo ja rów­nież czę­sto mia­łam ta­kie my­śli. Żeby więc nie­co po­pra­wić swo­ją sy­tu­ację lo­ka­lo­wą, co da­wa­ło ni­kłą na­dzie­ję, że nie zwa­riu­ję, w koń­cu po­sta­no­wi­łam zdo­być swój ka­wa­łek pod­ło­gi…

Jak w każ­dym tego typu miesz­ka­niu oprócz nor­mal­nych po­koi były tam roz­licz­ne po­miesz­cze­nia typu skła­dzik opa­łu, spi­żar­nia czy izba na szczot­ki. Je­den z ta­kich obiek­tów przy­spo­so­bi­łam na swój po­ko­ik. Było na­wet okno. Spa­łam na roz­kła­da­nym fo­te­lu, któ­ry w ta­kiej po­zy­cji zaj­mo­wał całą po­wierzch­nię. Mia­ło to tę do­brą stro­nę, że ta­ra­so­wał drzwi i nikt nie mógł znie­nac­ka wie­czo­rem do mnie wtar­gnąć. Zła wia­do­mość to taka, że jak za­chcia­ło mi się siu­siu, mu­sia­łam zło­żyć fo­tel, żeby się wy­do­stać. Gdy­by ogło­szo­no kon­kurs na skła­da­nie i roz­kła­da­nie ta­kich fo­te­li na czas, za­pew­ne by­ła­bym mi­strzy­nią. La­tem w tej no­rze pa­no­wał chłód, zimą nie­ste­ty też.

Cie­szy­łam się jed­nak, że mam swój azyl. I była to wręcz peł­nia ra­do­ści, do mo­men­tu aż mój strasz­ny brat wy­my­ślił, że owo po­miesz­cze­nie słu­ży­ło nie­gdyś jako ustęp dla służ­by (co nie było praw­dą) i z per­wer­syj­ną sa­tys­fak­cją in­for­mo­wał o tym wszyst­kich wo­kół. Za­ra­ził tym, na moją zgu­bę, całe oto­cze­nie i póź­niej, gdy py­ta­no, gdzie je­stem, pa­da­ła od­po­wiedź: „W sra­czu”.

Pew­ne­go razu przy­by­li do nas z kil­ku­dnio­wą wi­zy­tą krew­ni. Wu­jek po po­da­niu przez do­mow­ni­ków miej­sca mo­je­go po­by­tu ze współ­czu­ciem po­wie­dział: „To dla­te­go ona jest taka chu­da. Bi­dul­ka ca­ły­mi dnia­mi sie­dzi w ustę­pie”. Mniej­sza jed­nak o krew­nych, w koń­cu wy­je­cha­li, ale przy­cho­dził, na przy­kład, do mnie chło­pak, a mój strasz­ny brat mó­wił do nie­go: „Po­cze­kaj, chy­ba jest w sra­czu”. Bar­dzo ro­man­tycz­ny po­czą­tek rand­ki. O ile w ogó­le fa­ty­gant do­stał się do domu, bo dzia­dek Sta­siek nie peł­nił aku­rat służ­by.

Mimo tych nie­do­god­no­ści po­sta­no­wi­łam zo­stać sław­ną i po­czyt­ną pi­sar­ką. Wie­dzia­łam, że nic tak nie szli­fu­je warsz­ta­tu, jak pro­wa­dze­nie dzien­ni­ka. Mój pierw­szy wpis brzmiał: „Go­łę­bie ob­sra­ły mi pa­ra­pet”.

Nie trze­ba się zbyt moc­no wy­si­lać, żeby zgad­nąć, że w owym cza­sie do szko­ły tak­że cho­dzi­łam. Za­nim jed­nak wy­szłam z domu, naj­więk­szym pro­ble­mem było za­bez­pie­cze­nie mo­je­go skrom­ne­go do­byt­ku przed do­mow­ni­ka­mi. W na­szym domu każ­dy przy­własz­czał so­bie róż­ne rze­czy, nie py­ta­jąc o po­zwo­le­nie. Ja też. Je­dy­nie dzia­dek nic nie przy­własz­czał, ale za to wpusz­czał do mnie koty, któ­re uzna­ły mój po­ko­ik za naj­lep­szą ku­we­tę (może w isto­cie był tu kie­dyś ustęp). Ciot­ka Fela twier­dzi­ła, że to im z cza­sem mi­nie, bo jej koty są do­brze wy­cho­wa­ne i je­dy­nie ozna­cza­ją te­ren. Naj­wy­raź­niej jed­nak nie do­ty­czy­ło to po­miesz­cze­nia, w któ­rym re­zy­do­wa­łam.

Mó­wiąc o ciot­ce Feli, mu­szę na­po­mknąć, że no­to­rycz­nie ko­rzy­sta­ła z mo­jej za­gra­nicz­nej kred­ki do oczu, za każ­dym razy mla­ska­jąc i mru­cząc z za­chwy­tem, jak to na Za­cho­dzie po­tra­fią wszyst­ko do­brze zro­bić. Kred­kę tę do­sta­łam od bra­ta, Olka, któ­ry po­sta­no­wił zo­stać świę­tym. Wy­trwał w tym po­sta­no­wie­niu ja­kieś trzy go­dzi­ny, ale tyle wy­star­czy­ło, że­bym zdą­ży­ła do­stać ten wspa­nia­ły pre­zent. Kred­ka mia­ła na­kle­jo­ną cenę z ja­kie­goś za­chod­nio­nie­miec­kie­go skle­pu i była po­wie­wem wiel­kie­go świa­ta. Po pew­nym cza­sie oka­za­ło się, że była to zwy­kła, mięk­ka kred­ka ołów­ko­wa, a cena po­cho­dzi­ła nie wia­do­mo skąd. Kie­dy się od­kle­iła, oczom uka­zał się na­pis w ro­dzi­mym ję­zy­ku: „Kred­ka szkol­na Pa­ja­cyk”. Może to nie był aku­rat „pa­ja­cyk” tyl­ko „mi­sio”, pa­mię­tam je­dy­nie mo­ment głę­bo­kie­go roz­cza­ro­wa­nia. Ja, dla od­mia­ny, uży­łam kil­ka razy szam­po­nu do wło­sów ciot­ki Feli, któ­ry co praw­da ani się nie pie­nił, ani też nie pach­niał, ale wy­jąt­ko­wo do­brze ro­bił mi na wło­sy. Nie­ste­ty i tu na­stą­pił krach. Oka­za­ło się bo­wiem, że był to szam­pon na pchły Heń­ka, prze­la­ny do bu­te­lecz­ki ze słod­kim na­pi­sem „Szam­pon wzmac­nia­ją­cy Bia­ła Róża”. Tu też mogę się my­lić co do kwiat­ka. Na szczę­ście wło­sy mi nie wy­pa­dły, co do pcheł wie­dzy nie po­sia­dam.

Kie­dy już opusz­cza­łam dom, o go­dzi­nie siód­mej dwa­dzie­ścia, cze­ka­ła mnie ba­ta­lia o do­sta­nie się do au­to­bu­su. Przy­sta­nek przy­po­mi­nał nasz po­bli­ski sklep mię­sny przed rzu­ce­niem szyn­ki — jak to w tam­tych cza­sach by­wa­ło, chęt­nych było znacz­nie wię­cej niż to­wa­ru. Z au­to­bu­sa­mi było po­dob­nie. Roz­kład jaz­dy ist­niał je­dy­nie w teo­rii, au­to­bu­sy się psu­ły, za­ma­rza­ły, spóź­nia­ły albo po­ry­wa­li je ko­smi­ci. Je­śli uda­ło mi się do­stać do pierw­sze­go au­to­bu­su, wy­ro­ko­wa­łam, że cze­ka mnie do­bry dzień. Nie­jed­no­krot­nie sły­sza­łam: „Gdzie się pchasz, ło­bu­zie” albo „Do po­praw­cza­ka z ta­kim”, co było kwin­te­sen­cją stwier­dze­nia pani Wan­dzi. Za­nim na­by­łam so­bie bi­let mie­sięcz­ny, na­le­ża­ło za­opa­trzyć się w bi­le­ty zwy­kłe. Oso­ba przy ka­sow­ni­ku mia­ła prze­chla­pa­ne, bo ze­wsząd do­cie­ra­ły proś­by o ska­so­wa­nie bi­le­tu. Ja tak­że pro­si­łam. Bi­le­ty cza­sa­mi wra­ca­ły do mnie, a nie­kie­dy nie. Nie ba­łam się ka­na­rów; na­wet je­śli ja­kiś do­stał się do środ­ka, to nie był w sta­nie prze­pchać się przez tłum lu­dzi. Naj­bar­dziej upar­tych wy­sa­dza­no na na­stęp­nym przy­stan­ku. Win­nych nie było.

Moja wróż­ba o za­leż­no­ści mię­dzy szczę­ściem w ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej a po­myl­no­ścią da­ne­go dnia przy­lgnę­ła do mnie i kie­dy cze­ka­ło mnie w szko­le coś istot­ne­go, pcha­łam się do au­to­bu­su ni­czym ta­ran. Tak też było przed kla­sów­ką z fi­zy­ki. Szłam do szko­ły w cha­rak­te­rze be­to­nu, tę­pej dzi­dy, ciem­nej masy. Po­sta­no­wi­łam li­czyć na cud i oczy­wi­ście, by zy­skać po­twier­dze­nie tego cudu, we­pchnę­łam się do pierw­sze­go au­to­bu­su. Z na­ra­że­niem ży­cia sta­łam na ostat­nim stop­niu, z na­dzie­ją że jed­nak kie­row­cy uda się za­mknąć drzwi. Uda­ło się, z tym że ja i pa­sek od mo­jej tecz­ki by­li­śmy w środ­ku, a tecz­ka na ze­wnątrz. Szarp­nę­łam za pa­sek. Tecz­ka po­tur­la­ła się po chod­ni­ku. Nie­ste­ty, mimo mo­jej de­ter­mi­na­cji mu­sia­łam wy­siąść na na­stęp­nym przy­stan­ku. Od­zy­ska­łam zgu­bę, znik­nął je­dy­nie port­fe­lik. Cudu nie było, rzecz ja­sna, i do­sta­łam dwó­ję (je­dy­nek i szó­stek jesz­cze wte­dy w pol­skim szkol­nic­twie nie wy­na­le­zio­no).

Oprócz fi­zy­ki złe oce­ny mia­łam tak­że z ro­syj­skie­go, po­nie­waż na­uka tego ję­zy­ka była w złym gu­ście. Pa­da­ło po­dej­rze­nie o sym­pa­ty­zo­wa­nie z „wiel­kim bra­tem”, co — jak wia­do­mo — było passé. Nad przy­dat­no­ścią tego ję­zy­ka w przy­szło­ści nikt się nie za­sta­na­wiał. W mo­jej ro­dzi­nie do PZPR-u na­le­żał tyl­ko oj­ciec. Przez trzy mie­sią­ce, bo ja­koś go na­mó­wio­no. Po kwar­ta­le prze­ko­ny­wa­no go jed­nak, żeby zre­zy­gno­wał. Nie z po­wo­du wy­wro­to­wych po­glą­dów, ale dla­te­go, że no­to­rycz­nie przy­sy­piał na ze­bra­niach, chra­piąc tak gło­śno i na­tar­czy­wie, że za­kłó­cał ob­ra­dy. Na tym za­koń­czy­ła się ka­rie­ra po­li­tycz­na mo­je­go ojca. W la­tach pięć­dzie­sią­tych uzna­no by ta­kie drzem­ki za wro­gie, ale w póź­niej­szych la­tach nikt tego nie trak­to­wał po­waż­nie. Z pol­skie­go by­łam pil­ną uczen­ni­cą, wszak mia­łam zo­stać dru­gą Mar­ga­ret Mit­chell, inne zaś przed­mio­ty trak­to­wa­łam mniej po­waż­nie albo wręcz nie­po­waż­nie, jak to oce­nia­ła moja mat­ka po każ­dej wy­wia­dów­ce. Nie za­mie­rza­jąc zmie­niać swo­je­go na­sta­wie­nia, da­łam jej wte­dy su­per­ra­dę — żeby po pro­stu prze­sta­ła cho­dzić na ze­bra­nia, bo po co się nie­po­trzeb­nie stre­so­wać. Tak też zro­bi­ła i re­ago­wa­ła je­dy­nie na te­le­fo­ny ze szko­ły do jej za­kła­du pra­cy.

Rozdział II. Niech żyje bal

Ma­jąc wciąż czter­na­ście lat, wy­dę­bi­łam od ro­dzi­ców po­zwo­le­nie na spę­dze­nie syl­we­stra poza do­mem. No nie na balu oczy­wi­ście, tyl­ko w domu ze­zo­wa­tej Jul­ki. Oprócz mnie i Jul­ki była jesz­cze dru­ga moja przy­ja­ciół­ka, bla­da Kaś­ka. By­ły­śmy bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­ne tym fak­tem, zwłasz­cza że ro­dzi­ców Jul­ki mia­ło nie być przez dwa dni, któ­ry to fakt, rzecz ja­sna, po­mi­nę­łam, pro­sząc mamę o zgo­dę. Po­sta­no­wi­ły­śmy pierw­szy raz w ży­ciu pić wino i pa­lić pa­pie­ro­sy. Zde­cy­do­wa­ły­śmy się na men­to­lo­we ze­fi­ry w złud­nej na­dziei, że będą pach­nia­ły mię­tą. Po­trze­bo­wa­ły­śmy jesz­cze wina. Je­dy­ny­mi do­stęp­ny­mi w skle­pach były tak zwa­ne beł­ty, ze znacz­ną za­war­to­ścią siar­ki, ist­nia­ła też oba­wa, że mogą ich nam nie sprze­dać. Na­le­ża­ło za­tem po­pro­sić ko­goś star­sze­go. Pa­dło na mo­je­go strasz­ne­go bra­ta, Olka. Wzię­łam pod pa­chę ana­lo­go­wy al­bum Boba Mar­leya i po­szłam na ne­go­cja­cje. Kasę na wino też mia­łam. We­szłam do jego po­ko­ju. Mój brat pró­bo­wał grać na gi­ta­rze. Był to je­den z wie­lu po­my­słów, do któ­rych miał sło­mia­ny za­pał. Po­wie­dzia­łam jed­nym tchem:

— Po­trze­bu­ję dwa si­ka­cze, dam ci za to pły­tę Boba.

Zde­cy­do­wał się na­tych­miast.

— Do­bra, i ka­ska na wina.

O nic nie py­tał, zero ko­men­ta­rzy, Bob za­ła­twił wszyst­ko. Ob­ju­czo­na za­ka­za­ny­mi owo­ca­mi, do­tar­łam o sie­dem­na­stej do ze­zo­wa­tej Jul­ki, za­raz za mną przy­je­cha­ła bla­da Kaś­ka i roz­po­czę­ły­śmy li­ba­cję al­ko­ho­lo­wą. Wino było o sma­ku ana­na­so­wym, aro­mat iden­tycz­ny z na­tu­ral­nym, a na za­ką­skę mia­ły­śmy żół­ty ser i ze­fi­ry. Kie­dy opróż­ni­ły­śmy obie bu­tel­ki, do­szły­śmy do wnio­sku, że je­ste­śmy zu­peł­nie trzeź­we. Spraw­dzi­ły­śmy to, wrzu­ca­jąc plu­szo­we ma­skot­ki do ko­sza z brud­ną bie­li­zną i pra­wie za­wsze tra­fia­jąc. Za­tru­cie al­ko­ho­lo­we uzna­ły­śmy za od­stra­sza­ją­cy mło­dzież wy­mysł do­ro­słych. Jul­ka, pró­bu­jąc ra­to­wać sy­tu­ację, po­szła do piw­ni­cy w po­szu­ki­wa­niu wi­śni na spi­ry­tu­sie. Wi­sien­ki były cał­kiem smacz­ne i po­czu­ły­śmy przy­pływ do­bre­go hu­mo­ru. Przy­rze­ka­ły­śmy so­bie przy­jaźń po grób i od­ra­bia­nie lek­cji na zmia­nę. Wte­dy Jul­ka wpa­dła na ten sza­tań­ski po­mysł.

— Wiesz — po­wie­dzia­ła do mnie — jak­by ci tak skró­cić wło­sy, to wy­glą­da­ła­byś su­per.

Na moje nie­szczę­ście Kaś­ka bar­dzo en­tu­zja­stycz­nie ją po­par­ła. Jul­ka mia­ła smy­kał­kę do tych spraw, wy­bie­ra­ła się do szko­ły fry­zjer­skiej (pew­nie by tam tra­fi­ła, gdy­by nie la­rum jej ro­dzi­ców), zgo­dzi­łam się więc na pod­cię­cie, tak do szyi. Jul­ka pod­ci­na­ła, wy­rów­ny­wa­ła, w koń­cu w po­ło­wie dzie­ła odło­ży­ła no­życz­ki i stwier­dzi­ła, że jest jed­nak pi­ja­na. Wło­sy jesz­cze mi nie wy­schły, tro­chę się zmar­twi­łam, że są krót­sze, niż chcia­łam, ale nie­spe­cjal­nie.

Im­prez­ka nam się roz­krę­ca­ła. Mó­wi­ły­śmy o po­li­ty­ce, straj­kach, wy­mie­nia­ły­śmy się in­for­ma­cja­mi, któ­rych próż­no było szu­kać w ga­ze­tach. Z wiel­ką po­wa­gą wy­zna­łam, że ża­łu­ję mo­je­go mło­de­go wie­ku, bo nie mogę wal­czyć z ko­mu­ną, na przy­kład no­sząc bi­bu­łę czy pi­sząc wy­wro­to­we ha­sła na mu­rach. I wte­dy Jul­cia, spe­cja­list­ka od głu­pich po­my­słów, stwier­dzi­ła, że bi­bu­ła od­pa­da, ale na­pis na mu­rze, w syl­we­stra, cze­mu nie. Ko­lej­ny raz ze­szła do piw­ni­cy i przy­nio­sła pusz­kę ru­dej far­by. Może to była mi­nia chro­nią­ca przed rdzą, może zwy­kła olej­na, mniej­sza z tym. Po pół­no­cy na­ra­da wo­jen­na trwa­ła w naj­lep­sze — kłó­ci­ły­śmy się o treść na­pi­su. Jul­ka opto­wa­ła za „PZPR — pa­choł­ki Mo­skwy”, Kaś­ka chcia­ła „Precz z ko­mu­ną”. Pierw­sze od­pa­dło z uwa­gi na to, że nie mo­gły­śmy się zde­cy­do­wać przez ja­kie „h” pi­sze się „pa­cho­łek”. Dru­gie nie bu­dzi­ło ta­kich kon­tro­wer­sji, ale wy­da­wa­ło się zbyt mało ory­gi­nal­ne. To miał być wy­raz na­sze­go bun­tu wo­bec ko­le­jek, kar­tek, bra­ku dżin­sów i gum Do­nald. Po ja­kiejś go­dzi­nie osią­gnę­ły­śmy kon­sen­sus. Mu­sia­łam na­ma­lo­wać sym­bol Pol­ski Wal­czą­cej, Kaś­ka mia­ła trzy­mać pusz­kę z far­bą, a Jul­ka za­bez­pie­czać tyły. Z pod­nie­ce­nia nie spoj­rza­łam w lu­stro, wło­sy bo­wiem już mi wy­schły. Ubra­ły­śmy się i po­szły­śmy na swo­ją pierw­szą ak­cję wy­wro­to­wą. Dłu­gi mur na­le­żą­cy do po­bli­skiej pie­kar­ni wy­dał się nam ide­al­ny. Kie­dy upew­ni­ły­śmy się, że ni­ko­go nie ma, pod­bie­gły­śmy z bla­dą Kaś­ką do muru i roz­po­czę­łam swo­je ma­lar­skie dzie­ło. Po­szło pio­ru­nem, na­pis miał słusz­ny roz­miar, far­ba na­wet nie ście­ka­ła, więc ucie­kły­śmy co sił w no­gach do klat­ki scho­do­wej po­bli­skie­go bu­dyn­ku. Tam też zo­sta­wi­ły­śmy pusz­kę z far­bą i pę­dze­lek. Jul­ka się nie­co wa­ha­ła, bo jesz­cze dużo far­by zo­sta­ło, ale jed­nak po­sta­no­wi­ły­śmy się nie na­ra­żać. By­ły­śmy już cał­ko­wi­cie trzeź­we albo nam się tak wy­da­wa­ło. I wte­dy Kaś­ka szarp­nę­ła mnie za rę­kaw.

— Ty, ale z tym na­pi­sem jest coś nie tak.

Przyj­rza­łam się do­kład­niej. No ja­sne… P mia­ło brzu­szek po dru­giej stro­nie i wy­glą­da­ło jak lu­strza­ne od­bi­cie.

— Idiot­ki, trze­ba to po­pra­wić — za­wy­ro­ko­wa­ła Jul­ka.

Ła­two po­wie­dzieć. Kaś­ka stwier­dzi­ła, że trze­ba je­dy­nie do­ma­lo­wać brzu­szek po do­brej stro­nie i po­gru­bić wła­ści­wą ca­łość, tak żeby ten nie­wła­ści­wy brzu­szek nie rzu­cał się w oczy, i po kło­po­cie. Jak wy­my­śli­ły­śmy, tak zro­bi­ły­śmy. Szyb­ka ak­cja i po­wrót do klat­ki.

— I jak to te­raz wy­glą­da z da­le­ka? — za­py­ta­ły­śmy Jul­kę, bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­ne.

Od­po­wiedź była krót­ka i tre­ści­wa:

— Jak dupa…

Nie było wyj­ścia, pro­fa­na­cja jak nic. Po­sta­no­wi­ły­śmy wró­cić, za­ma­lo­wać to nie­cne dzie­ło i obok na­ma­lo­wać wła­ści­we. Nie­ste­ty, far­by wy­star­czy­ło je­dy­nie na za­tar­cie śla­dów na­szej głu­po­ty. Jako po­sta­no­wie­nie no­wo­rocz­ne po­przy­się­głam zre­ha­bi­li­to­wać się na­stęp­nym ra­zem.

W po­łu­dnie wra­ca­łam do domu, z cięż­kim bó­lem gło­wy, kap­ciem w ustach, pra­wie bez wło­sów oraz z my­ślą, że Bob Mar­ley na­le­ży już do Olka. Za ob­cię­cie wło­sów do­sta­łam szla­ban na mie­siąc i łat­kę chło­pa­ka. O resz­cie wy­da­rzeń nikt się nie do­wie­dział.

Rozdział III. Ostatni dzwonek

Zgod­nie z po­sta­no­wie­nia­mi no­wo­rocz­ny­mi na­le­ża­ło po­pra­wić oce­ny. Ko­niec roku był już za pa­sem, a w dzien­ni­ku — „przy­wi­ta­nie z pa­sem”. Bla­da Kaś­ka, ze­zo­wa­ta Jul­ka (na­praw­dę nie była ani tro­chę ze­zo­wa­ta, tyl­ko ro­bi­ła zeza za każ­dym ra­zem, kie­dy jej się coś nie po­do­ba­ło), ja i Woj­tek Ją­ka­ła (też się nie ją­kał, tyl­ko na­zy­wał się Ją­kal­ski) pod­ję­li­śmy w koń­cu mę­ską de­cy­zję. W tym celu zro­bi­li­śmy ze­bra­nie u mnie. Jul­ka sie­dzia­ła w fo­te­lu, ja z Kaś­ką na pod­ło­dze, a Woj­tek na pa­ra­pe­cie, bo na pod­ło­dze się już nie zmie­ścił. Oce­ny na­le­ża­ło po­pra­wić i w tym za­kre­sie pa­no­wa­ła jed­no­myśl­ność. Z na­uki zre­zy­gno­wa­li­śmy od razu, bo wy­da­wa­ło nam się to nie­do­rzecz­ne. Zresz­tą mie­li­śmy już skry­sta­li­zo­wa­ne pla­ny na przy­szłość. Kaś­ka mia­ła zo­stać le­ka­rzem, za­tem przed­mio­ty hu­ma­ni­stycz­ne były zbęd­ne, po­dob­nie rzecz się mia­ła z Wojt­kiem, któ­ry chciał zo­stać na­ukow­cem wy­na­laz­cą. Mnie, jako przy­szłej no­bli­st­ce z dzie­dzi­ny li­te­ra­tu­ry, przed­mio­ty ści­słe nic nie da­wa­ły, a Jul­ce, jako przy­szłej fry­zjer­ce, wy­star­cza­ła je­dy­nie umie­jęt­ność do­da­wa­nia i odej­mo­wa­nia. Na­le­ża­ło więc wejść do po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go, wziąć sto­sow­ny dzien­nik i do­pi­sać tu i ów­dzie kil­ka do­brych stop­ni. Oczy­wi­ście z gło­wą. Nie żad­ne tam pięt­na­ście pią­tek po ko­lei, ale tak o je­den sto­pień wy­żej niż nor­mal­nie. Pa­mię­ta­jąc moją wpad­kę z na­pi­sem na mu­rze, ze mnie, jako skry­by, zre­zy­gno­wa­no. Mia­ła się tym za­jąć Jul­ka. Za­da­niem Wojt­ka było skon­stru­owa­nie wy­try­cha, któ­ry otwo­rzył­by drzwi do po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go. Ja mia­łam przez ty­dzień ob­ser­wo­wać i po­czy­nić sto­sow­ne no­tat­ki, któ­ry na­uczy­ciel ja­kim dłu­go­pi­sem czy pió­rem sta­wia stop­nie. Kaś­ka mia­ła zor­ga­ni­zo­wać błysz­czą­ce ro­bo­cze far­tu­chy oraz mio­tły i ku­bły, że­by­śmy z da­le­ka wy­glą­da­ły na sprzą­tacz­ki. Na dzień ak­cji wy­bra­li­śmy czwar­tek, bo w tym dniu od­by­wa­ło się naj­wię­cej za­jęć po­za­lek­cyj­nych. Pro­wa­dzo­ne były one przez oso­by z ze­wnątrz, któ­re nas nie zna­ły i nie ko­rzy­sta­ły z miej­sca, do któ­re­go za­mie­rza­li­śmy się do­stać. W cza­sie trwa­nia rze­czo­nych za­jęć na­sza obec­ność nie zdzi­wi­ła woź­ne­go. Poza tym w tym­że dniu ty­go­dnia od­by­wa­ły się za­ję­cia SKS-u i przez okno w dam­skiej szat­ni za­mie­rza­li­śmy prze­my­cić wia­dra i mio­tły.

Plan był go­to­wy. O szes­na­stej czter­dzie­ści pięć Woj­tek otwie­rał drzwi, naj­pierw do po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go, a na­stęp­nie do dam­skiej szat­ni. Tre­ning miał trwać już wte­dy od pięt­na­stu mi­nut, więc nikt nie po­wi­nien się tam krę­cić. Po­tem w od­stę­pach pię­cio­mi­nu­to­wych mia­ły­śmy wejść z Jul­ką, Kaś­ka na­to­miast z wia­dra­mi mia­ła wa­ro­wać przy okien­ku szat­ni. Żeby nie bu­dzić po­dej­rzeń, prze­cha­dza­ła się z psem, ku­bły zaś ukry­ła w krza­kach. Spo­tka­ły­śmy się z Jul­ką przed szat­nią, wło­ży­ły­śmy far­tu­chy i dzi­wacz­ne chust­ki na gło­wę oraz prze­ję­ły­śmy od Kaś­ki ku­bły, szma­ty i mio­tły. Po­tem uda­ły­śmy się do punk­tu prze­zna­cze­nia. Na scho­dach mi­nę­ły­śmy Wojt­ka, któ­ry ski­nie­niem gło­wy dał nam znak, że pierw­sza faza pla­nu uda­ła się i drzwi sto­ją otwo­rem. By­łam tak zde­ner­wo­wa­na, że czy­ści­łam przez cały czas je­den ka­wa­łek pod­ło­gi. O mało nie zro­bi­łam w tym miej­scu dziu­ry. W koń­cu Jul­ka wy­szła, zro­bi­ła swo­je­go zeza i prze­braw­szy się w ła­zien­ce, wy­szły­śmy ze szko­ły. Całą spra­wę opa­li­li­śmy we czwór­kę eks­tra moc­ny­mi pa­pie­ro­sa­mi i cze­ka­li­śmy na ciąg dal­szy. I tym ra­zem, jak i wie­le lat póź­niej, do­bry los się nad nami uli­to­wał. Cen­zur­ki wy­szły jak ma­rze­nie. Jul­ka była praw­dzi­wą pro­fe­sjo­na­list­ką.

Za­rów­no z po­wo­du do­pi­sa­nia ocen, jak i wy­bry­ku z syl­we­stra po­sta­no­wi­łam za­dać so­bie małą po­ku­tę. Pod wpły­wem chwi­li i za­pew­ne za­ćmie­nia umy­sło­we­go zgło­si­łam się na ochot­ni­ka do czy­ta­nia Pi­sma Świę­te­go pod­czas mszy po­ran­nej, co­dzien­nie o siód­mej rano, przez cały ty­dzień. Idąc tam nad ra­nem pierw­szy raz, prze­klę­łam się ze sto razy za ten głu­pi po­mysł. Nie po­tra­fi­łam funk­cjo­no­wać o tej go­dzi­nie, by­łam nie­przy­tom­na. Mia­łam do prze­czy­ta­nia krót­ki tekst, bo­daj­że z Księ­gi Wyj­ścia, któ­ry miał mię­dzy in­ny­mi ta­kie zda­nie: „O wy, dziel­ni wo­jow­ni­cy, któ­rzy za­sia­da­cie na ko­bier­cach”. W moim wy­ko­na­niu wy­glą­da­ło to tak: „O wy, dziel­ni wo­jow­ni­cy, któ­rzy za­sia­da­cie na ko­bie­tach…”. Ksiądz zbladł, ja się w koń­cu obu­dzi­łam i nie wy­po­wie­dzia­łam już ani jed­ne­go sło­wa, du­sząc się ze śmie­chu. Tak się za­koń­czy­ła moja krót­ka ka­rie­ra lek­to­ra ko­ściel­ne­go.

Wkrót­ce po­szłam do li­ceum i moje dzie­ciń­stwo się skoń­czy­ło.

Rozdział IV. Windą do nieba

Czas spę­dzo­ny w ko­lej­kach był nie­od­łącz­nym ele­men­tem co­dzien­no­ści. Nikt już nie uty­ski­wał, nie wspo­mi­nał, jak było kie­dyś, gdy w skle­pach moż­na było ku­pić do­bra pod­sta­wo­we bez wie­lo­go­dzin­ne­go ocze­ki­wa­nia, tyl­ko uwzględ­niał w swo­im gra­fi­ku sta­nie w ta­siem­co­wych ogon­kach. Mie­li­śmy w domu ja­sny po­dział ról. Mama mia­ła naj­go­rzej, bo przy­padł jej w udzia­le za­kup mię­sa i wę­dlin. Nie do­ty­czy­ło to świąt wsze­la­kich, wszak wów­czas sta­li wszy­scy, so­li­dar­nie, zmie­nia­jąc się co kil­ka go­dzin. Jed­nak przy la­dzie kró­lo­wą za­ku­pów była mat­ka. Pod wzglę­dem wy­bo­ru mię­si­wa nie do­wie­rza­ła ni­ko­mu i je­śli spo­ra­dycz­nie ktoś ją wy­rę­czał w re­ali­za­cji kart­ko­wych przy­dzia­łów, ma­ru­dzi­ła, że „gów­no ja­kieś” ku­pi­li­śmy. Olek usta­wiał się po sło­dy­cze, oj­ciec po al­ko­hol i pa­pie­ro­sy, zaś ciot­ka i ja mia­ły­śmy do­star­czać che­mię i ko­sme­ty­ki. Sto­jąc w ogo­ło­co­nych z to­wa­ru skle­pach, snu­ły­śmy ma­rze­nia o tym, co mo­gło­by przyjść z ko­lej­ną do­sta­wą.

— Ja to bym ja­kieś ład­ne my­deł­ko so­bie ku­pi­ła — wes­tchnę­ła z no­stal­gią ciot­ka Fe­li­cja. — Te, co te­raz rzu­ca­ją, to bar­dziej śmier­dzą, niż pach­ną.

— Pach­ną, tyl­ko sła­biej — mruk­nę­łam nie­pew­nie.

— A gdzie tam pach­ną! Cał­kiem jak­by chłop skar­pe­ty zdjął i po­sy­pał naf­ta­li­ną — od­po­wie­dzia­ła nie­co ura­żo­na ciot­ka.

Wszyst­kie oso­by sto­ją­ce w ko­lej­ce naj­pierw spoj­rza­ły nie­pew­nie na ciot­kę, a po­tem po­czę­ły się ob­wą­chi­wać, wszak nie­mal każ­dy uży­wał po­dob­nych my­deł.

— A ja to bym chcia­ła pa­stę mię­to­wą. Naj­le­piej Pol­le­ny. Od tej zio­ło­wej to mnie mdli. — Wznio­słam wzrok ku gó­rze w nie­mej proś­bie do wyż­szej in­stan­cji.

— Ojcu to by się przy­dał krem do go­le­nia i ży­let­ki, bo wy­glą­da, jak­by uciekł z lasu. — Fe­li­cja wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i chwi­lę po­tem za­mil­kła, bo dało się od­czuć nie­ja­kie oży­wie­nie wśród na­szych współ­to­wa­rzy­szy w ko­lej­ko­wej nie­do­li.

Mo­gło to ozna­czać tyl­ko jed­no — wła­śnie wje­chał to­war. Lu­dzie co­raz bar­dziej par­li do przo­du i wy­gi­na­li szy­je, by do­strzec, co do­wie­zio­no i czy dla wszyst­kich wy­star­czy.

— Chry­ste Pa­nie! — ob­ru­szy­ła się pi­skli­wym gło­sem ciot­ka. — Co się pan tak pcha i mnie tu ob­ma­cu­je, jak ja­kieś jabł­ka na stra­ga­nie.

— Chy­ba jak su­szo­ną śliw­kę — za­re­cho­tał ktoś sto­ją­cy nie­opo­dal.

— Ja? — nie­mal wy­darł się czło­wiek sto­ją­cy za Fe­li­cją. — Co pani, zgłu­pia­ła? Nie wi­dzi pani, że tam­ten cwa­niak pcha się bez ko­lej­ki?

Ja­kiś je­go­mość w wy­świech­ta­nej ku­faj­ce w isto­cie na­pie­rał na lu­dzi sto­ją­cych naj­bli­żej lady i nie zwa­żał na ką­śli­we, acz­kol­wiek de­li­kat­ne uwa­gi, wszak jego ga­ba­ry­ty bu­dzi­ły nie­ja­ki re­spekt.

— Sły­sza­łaś? — wark­nę­ła mi do ucha ciot­ka. — Wszy­scy się pcha­ją, to ty też się pchaj, bo nam sprząt­ną i pa­stę, i my­deł­ko, i krem dla ojca.

Jako że by­łam nie­mi­ło­sier­nie chu­da, wdar­łam się mię­dzy ple­cy ja­kiejś star­szej pani i wiel­ki brzuch owe­go cha­ma, któ­ry oszu­ki­wał lu­dzi sto­ją­cych w ko­lej­ce i parł przed sie­bie jak ta­ran. Ktoś jed­nak nie wy­trzy­mał i po­kle­pał te­goż czło­wie­ka po ra­mie­niu, po czym zwró­cił się do nie­go de­li­kat­nie:

— Nie­ład­nie tak, ja wi­dzia­łem, pan przy­sze­dłeś po mnie, a już je­steś…

— Czło­wie­ku, od ty­go­dnia myję zęby po­pio­łem, a we wło­sach to już mi się pew­nie wszy za­lę­gły — wy­sa­pał czło­wiek z wiel­kim brzu­chem.

Tłu­mek wo­kół je­go­mo­ścia, usły­szaw­szy to, jak­by nie­co się prze­rze­dził. Ja tak­że prze­su­nę­łam się na tyły.

— Po coś wy­la­zła z ko­lej­ki? Wiel­kie mi halo, wszy się wy­bi­je — syk­nę­ła mi do ucha ciot­ka Fe­li­cja.

Chcia­łam za­pro­te­sto­wać, kie­dyś bo­wiem przy­wle­kłam to dia­bel­stwo ze szko­ły i po­tem cho­dzi­łam kil­ka dni z naf­ta­li­ną we wło­sach i w chu­st­ce na gło­wie. Parę mi­nut póź­niej nikt już nie zwa­żał na ewen­tu­al­ne wszy męż­czy­zny, bo ktoś krzyk­nął:

— Szam­pan…

— Że co? — zdzi­wi­łam się.

— No, do wło­sów. W li­tro­wych bu­tel­kach, Zie­lo­ne Ja­błusz­ko. Ale dają tyl­ko po trzy sztu­ki — od­po­wie­dzia­ła mi życz­li­wie ja­kaś ko­bie­ci­na.

— A co jesz­cze rzu­ci­li?! — krzyk­nę­ła grom­ko Fe­li­cja.

— To mało? Pani, bierz, co dają, po­tem bę­dzie moż­na na pa­pie­ro­sy wy­mie­nić. — Ja­kaś ko­bie­ta pchnę­ła ciot­kę w stro­nę lady.

Ja już by­łam pra­wie przy kon­tu­arze, ale zo­sta­łam za­klesz­czo­na z każ­dej stro­ny i zdo­ła­łam je­dy­nie za­dać idio­tycz­ne py­ta­nie:

— Ile brać?

— Jak ile? Ile dają! — krzyk­nę­ła ciot­ka i z wi­go­rem za­czę­ła prze­su­wać się do przo­du.

W koń­cu na­de­szła moja ko­lej. Ci­snę­łam zmię­to­szo­ne bank­no­ty na ladę i chwy­ci­łam przy­dzia­ło­we bu­tel­ki szam­po­nu, wy­peł­nio­ne gę­stym, ja­sno­zie­lo­nym pły­nem. Nie­mal na czwo­ra­kach wy­szłam z ko­lej­ki i zna­la­złam się na ze­wnątrz. By­łam tak samo dum­na ze zdo­by­czy, jak i szczę­śli­wa, że przy­naj­mniej szam­po­nu nam nie za­brak­nie. Pół go­dzi­ny póź­niej ze skle­pu wy­szła rów­nież ciot­ka. Roz­czo­chra­na, z prze­krzy­wio­ny­mi oku­la­ra­mi i oczkiem w raj­sto­pach.

— Co za ho­ło­ta — jęk­nę­ła. — Wię­cej do ko­lej­ki nie pój­dę. Sama bę­dziesz cho­dzić.

— Jak to? — za­py­ta­łam, prze­ra­żo­na. — Jed­na oso­ba to za mało.

— Za­du­si­li­by mnie… Swo­łocz. — Fe­li­cja nie da­wa­ła za wy­gra­ną i dzier­żąc w dło­niach dwie pla­sti­ko­we bu­tel­ki i jed­ną pod pa­chą, ru­szy­ła w stro­nę domu.

Po­wle­kłam się za nią, za­sta­na­wia­jąc się nad swo­im lo­sem. Je­śli w isto­cie ciot­ka od­mó­wi uczest­ni­cze­nia w ko­lej­ko­wym ży­ciu, będę mu­sia­ła ob­ra­cać dwa razy, co — jak wia­do­mo — wy­dłu­ży czas spę­dza­ny w skle­pach z che­mią i ko­sme­ty­ka­mi. Mia­łam na­dzie­ję, że do na­stęp­ne­go razu ciot­ce mi­nie foch i nie będę zda­na je­dy­nie na sie­bie.

We­szły­śmy do domu, usta­wi­ły­śmy na­sze do­bra na pół­ce w ła­zien­ce i uda­ły­śmy się do po­ko­ju sto­ło­we­go, gdzie byli już wszy­scy do­mow­ni­cy.

Za­mar­łam w pro­gu. Mu­sia­ło wy­da­rzyć się ja­kieś nie­szczę­ście, bo dzia­dek Sta­siek sie­dział na wóz­ku in­wa­lidz­kim, owi­nię­ty ple­dem.

— Co się sta­ło? — za­py­ta­ła po­bla­dła ciot­ka i prze­że­gna­ła się.

— Nic. — Olek wzru­szył ra­mio­na­mi. — Tata sko­ło­wał wó­zek.

— Po co? — za­py­ta­łam mało przy­tom­nie.

Dzia­dek co praw­da li­czył już so­bie tro­chę wio­sen, ale wciąż dziar­sko cho­dził na wła­snych no­gach.

— Masz po­ję­cie?! Te­raz to wszyst­ko już bez ko­lej­ki do­sta­nie­my — od­po­wie­dział szczę­śli­wy brat.

— A to nie na ja­kieś ta­lo­ny albo kwi­ty od dok­to­ra? — za­trwo­ży­łam się.

Mój oj­ciec stał dum­nie po­środ­ku po­ko­ju i za­cie­rał ręce.

— Ten jest wy­bra­ko­wa­ny. Ha­mu­lec mu po­szedł i kół­ko cza­sa­mi od­pa­da, ale prze­cież oj­ciec nie bę­dzie sam jeź­dził, tyl­ko z kimś.

W koń­cu po­ję­łam. Wó­zek był zde­ze­lo­wa­ny i nie­bez­piecz­ny dla in­wa­li­dy, ale w isto­cie mógł być ist­ną prze­pust­ką do raju. Tacy nie sta­li w ko­lej­kach, cho­ciaż po praw­dzie na­le­ża­ło­by rzec, iż nie sie­dzie­li w ko­lej­kach.

— Łeee… — Ciot­ka mach­nę­ła ręką. — O le­gi­ty­ma­cję po­pro­szą i po balu.

— Co ty, Fela… — ob­ru­szył się oj­ciec. — Po­wie, że za­po­mniał. I co, nie sprze­da­dzą? Lu­dzie la­rum pod­nio­są, że to się nie go­dzi i ta­kie tam.

— Ja w tym oszu­stwie nie będę bra­ła udzia­łu — dum­nie od­po­wie­dzia­ła ciot­ka.

Mat­ka zła­pa­ła się za ser­ce.

— Wszyst­kich nas po­za­my­ka­ją, jak nic — po­wie­dzia­ła zło­wróżb­nie.

— I faj­nie — mruk­nął Olek. — Tam wszyst­ko pod nos pod­sta­wią, ko­lej­ki od­pad­ną, a i o kart­ki nie bę­dzie trze­ba się mar­twić.

— Może wy pój­dzie­cie, ja nie. Zresz­tą co ze zwie­rzę­ta­mi? A idź­cie, ja się do­mem za­opie­ku­ję — sta­now­czo rze­kła ciot­ka Fela, któ­ra rzad­ko kie­dy lu­bi­ła żar­to­wać.

— A ja tam mogę dziad­ka wy­pró­bo­wać… — mruk­nę­łam nie­śmia­ło, bo mia­łam ser­decz­nie do­syć sta­nia w ko­lej­kach.

Ni­g­dy nie było wia­do­mo, co rzu­cą, a że sta­ło się go­dzi­na­mi, bra­łam, co było. Ta­kim spo­so­bem nie­dłu­go mo­gli­by­śmy skoń­czyć jak pan my­ją­cy zęby po­pio­łem, ale za to szam­po­nu mie­li­śmy za­pas na ja­kieś dwa lata.

Pcha­nie zde­ze­lo­wa­ne­go wóz­ka in­wa­lidz­kie­go wca­le nie było ta­kie pro­ste, jak mo­gło­by się zda­wać i za­nim do­tar­łam do skle­pu, gdzie kłę­bił się tłum lu­dzi cze­ka­ją­cy na do­sta­wę to­wa­ru, stra­ci­łam cały ani­musz. Na do­da­tek nie mo­głam ani na chwi­lę wy­pu­ścić z rąk uchwy­tów wóz­ka, bo ów wie­ko­wy we­hi­kuł nie po­sia­dał spraw­ne­go ha­mul­ca. Dzia­dek przy­kry­ty był ple­dem, dło­nie opie­rał na po­rę­czach wóz­ka i stwier­dził z ra­do­ścią, że taka prze­jażdż­ka cał­kiem mu się po­do­ba. Na mnie ro­bi­ło to znacz­nie mniej­sze wra­że­nie, ale sta­nie w ko­lej­kach do­pro­wa­dza­ło mnie do obłę­du.

Z tru­dem po­pchnę­łam wó­zek w kie­run­ku drzwi. Dro­ga wio­dła nie­co pod górę i do­sta­łam za­dysz­ki, a pot ob­fi­cie zro­sił mi czo­ło. I na­gle mój hu­mor się po­pra­wił. W gru­pie sto­ją­cych osób do­strze­głam jego. Naj­pięk­niej­sze­go chło­pa­ka ze szko­ły, któ­ry w do­dat­ku no­sił praw­dzi­we dżin­sy i fir­mo­we adi­da­sy, któ­re wzbu­dza­ły dzi­ką za­zdrość wśród ko­le­gów i zwięk­sza­ły po­wo­dze­nie u płci prze­ciw­nej o ja­kieś pięć­dzie­siąt pro­cent.