Wydawca: Muza Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Pamiętnik ze starego domu ebook

Ilona Gołębiewska  

4.42105263157895 (19)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 434 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pamiętnik ze starego domu - Ilona Gołębiewska

Nowa powieść autorki bestsellerowych

Tajemnic starego domu!

Stary dom w Pniewie jest dla Alicji Pniewskiej i jej bliskich miejscem, gdzie odnaleźli spokój i wzajemne wsparcie. Alicja zaczyna pisać pamiętnik, bo pragnie zatrzymać wspomnienia i uchwycić zachodzące w jej życiu zmiany. Nauczyła się już, że szczęście jest ulotne, a życie ciągle wystawia człowieka na kolejne próby.

Rodzinną sielankę psuje Joanna, żona Adama, która pojawia się zupełnie nieoczekiwanie. Ponadto Alicja czuje się oszukana przez odnalezioną po latach siostrę, Ewę, która zaskakuje ją całkowicie nagłą zmianą w ich ułożonych już dobrze wzajemnych relacjach. Postanawia jednak dać jej ostatnią szansę i wesprzeć w działaniach związanych z chorobą jej matki. Musi również podjąć decyzję, co należy zrobić z cudem odnalezionymi dokumentami, które jej dziadek Jan razem z Elizabeth tłumaczyli w obozie zagłady Stutthof. Ujawnienie treści dokumentów może zmienić życie bardzo wielu osób.

Alicja zaczyna się gubić w gąszczu problemów i zapomina chwilami o swoim szczęściu. Jak sobie poradzi? Czu uda jej się pogodzić z Adamem i stworzyć prawdziwą rodzinę? Jakie ostatecznie podejmie decyzje?

Tajemnicza, wciągająca i pełna emocji powieść, która przenosi czytelnika do świata wspomnień i rodzinnego domu. Opowiada o nieuchronności zmian, trudnych wyborach i przeszłości, która zawsze wpływa na nasze życie. Autorka przekonuje, że często jedna decyzja ma nieodwracalne konsekwencje, że najbardziej potrafią nas zaskoczyć najbliższe osoby, a spełnienie marzeń zawsze wymaga ciężkiej pracy i wielu wyrzeczeń.

Opinie o ebooku Pamiętnik ze starego domu - Ilona Gołębiewska

Fragment ebooka Pamiętnik ze starego domu - Ilona Gołębiewska

Projekt okładki: Izabella Marcinowska

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Korekta: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Ta książka jest fikcją literacką i wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe. Prawdziwe są tylko miejscowości, w których rozgrywa się akcja powieści: Pniewo, Pułtusk, Wyszków i Warszawa.

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© iravgustin/Shutterstock

© Elina-Lava/Shutterstock

© by Ilona Gołębiewska

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

ISBN 978-83-287-0900-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Powieść dedykuję

Mieszkańcom Kurpi Białych za szczególną dbałość o tradycję i kulturę regionu oraz za serdeczność okazywaną wszystkim osobom, które odwiedzają moje rodzinne strony.

Moim przyjaciołom z dzieciństwa, dzięki którym było ono wyjątkowe, a zapisane w pamięci wspomnienia są bezcenne.

Istotne jest nie tyle to, by mieć wspomnienia, ile by wyrównać z nimi rachunki.

UMBERTO ECO

PrologSłowa mają moc zachowania przeszłości

Wrzosowe pole skąpane w porannych promieniach jesiennego słońca rozciągało się po sam horyzont. Powoli opadała gęsta mgła, która jak zawsze dodawała temu miejscu tajemniczości. Wrzosowisko przypominało misternie tkany dywan. Było po prostu piękne. Unoszący się w powietrzu zapach zasuszonych krzewów i liści zapowiadał rychło zbliżającą się zimę. Po lazurowym niebie snuły się leniwie chmury. Czas jakby się zatrzymał. Wszystko miało właściwe miejsce.

Tego dnia nie trzeba było nigdzie szukać szczęścia. Alicja miała je na wyciągnięcie ręki. Stała pośrodku wrzosowiska, ściskając w dłoni swój pamiętnik. Wzięła głęboki wdech, by jeszcze mocniej poczuć ten piękny zapach. Zapach dzieciństwa, w którym były zaklęte wszystkie marzenia małej Alicji. Minęło już tyle lat, a tu wciąż jest jej miejsce na ziemi. Tu zaczęła się jej historia.

Spojrzała za siebie. Pośrodku zadbanego podwórka stał jej stary drewniany dom. Wzruszyła się na jego widok. Za każdym razem odkrywała w nim coś nowego. Była w nim jakaś magia. Z komina unosił się dym. Porośnięta mchem dachówka mieniła się kolorowo. Rosnące koło domu dwa rozłożyste świerki chroniły go przed wiatrem. Przez otwarte okiennice wpadały do środka promienie słońca, a uchylone drzwi zapraszały do wnętrza.

Spadające wokół jesienne liście sprawiały, że dom wyglądał jak z baśni. Widać było, że skrywa w sobie wiele tajemnic i historii zamieszkujących go pokoleń.

Alicja doskonale wiedziała, że nie ma na świecie drugiego takiego domu! Tu rozczarowani życiem ludzie odnajdują spokój, tu spełniają się najskrytsze marzenia, tu wszystkie problemy zostają przed progiem.

– Mamusiu! Spójrz! Jeszcze nigdy tak wysoko nie poleciał! – Z rozmyślań wyrwał ją radosny głos Michałka. Odmieniane przez niego na wszystkie sposoby słowo „mama” wciąż było dla niej najpiękniejszym darem od losu. Tak samo jak jej syn.

Spojrzała na niego. Stał na skraju wrzosowiska i małymi rączkami z wielkim trudem utrzymywał wijący się w powietrzu latawiec. Obok niego biegała Rozalka. Śmiała się w głos z kota Jowisza, który za wszelką cenę chciał dogonić ciągnący się za latawcem ogon.

– Pięknie! Prawie do samego nieba! – odpowiedziała z wielką miłością w głosie. – Mocno trzymaj! Inaczej będziemy musieli szukać go u sąsiadów!

– Albo spadnie na drzewo! Tatuś będzie musiał na nie wchodzić – wtórowała Rozalka.

– Ja dowodzę tym latawcem. Nic złego się nie stanie! – uspokoił je Michałek.

Alicja jeszcze długo patrzyła, jak tych dwoje maluchów skutecznie radzi sobie z coraz wyżej unoszącym się latawcem. Bardzo dawno temu, dokładnie w tym miejscu, to ona biegała z latawcem po wrzosowisku. A nad stawem stał jej ojciec i łowił ryby. Teraz, tuż przy mostku, siedział jej ukochany Adam i ciosał drewno na kolejną rzeźbę. Poczuła w sercu niebywały spokój. I wzruszenie. Pojawiało się u niej zawsze, gdy uświadamiała sobie, ile miłości, ciepła i wsparcia dostała od Adama. Była po prostu kochana.

Raz jeszcze spojrzała na swój stary dom i podziękowała w myślach za ogrom szczęścia, jakim los ją obdarzył. Usiadła na brzozowej karpie. Otworzyła swój pamiętnik. Pachnący jeszcze nowością. Już jakiś czas temu wpadła na pomysł, by spisywać wszystkie swoje myśli, uczucia i sytuacje, które przynosi życie. Miała taką potrzebę serca. Ale i nadzieję, że ten pamiętnik będzie dowodem, że Alicja Pniewska była kobietą, która potrafiła walczyć o szczęście swoje i swojej rodziny. Chciała też naśladować swojego dziadka Jana. Dzięki pamiętnikowi, który pisał w obozie zagłady, Alicja mogła lepiej go poznać. Odkryła też jego wielką tajemnicę. Lada chwila miała ona zmienić życie wielu ludzi.

Dotknęła czystej kartki. Przez moment się zawahała. O czym mogłaby teraz napisać? Czy jej historia jest warta opowiedzenia? A może powinna pisać o innych? O ludziach, dzięki którym odnalazła swoje miejsce w życiu? Którzy ją pokochali? A może o tym starym domu? Nieśmiało nakreśliła pierwsze słowa.

Pniewo, 3 października

Kiedy byłam małą dziewczynką, uwielbiałam przyglądać się dziadkowi, który zawsze czytał książki, siedząc pod kaflowym piecem w naszym starym domu. Myślałam wtedy, że jego książki mają czarodziejską moc. Bo gdy dziadek czytał, cały świat wokół niego przestawał istnieć. Nic się nie liczyło. Potem wytłumaczył mi, że to właśnie słowa zapisane w książkach mają taką moc. Mogą wzruszać, rozśmieszać, przenosić w  inne miejsca, umożliwiają poznanie niezwykłych ludzi. To one dają nam niezwykłą siłę. Chronią też przeszłość przed zapomnieniem. Teraz sama już to dobrze wiem. Życie mnie tego nauczyło. Słowa mają moc. Dlatego piszę. Chcę zachować przeszłość od zapomnienia.

Pamiętam ten dzień, a właściwie noc, kiedy po wielu latach przyjechałam do starego domu. Boże! Jak ja się wtedy bałam! Wszystkiego! Bałam się życia, ludzi, siebie. Od tej chwili niedługo miną dwa lata. Niby niedużo, ale w moim życiu zaszły ogromne zmiany. Właśnie tu, w tym starym domu znalazłam niepokojący dokument. I zamarłam… Po latach dowiedziałam się, że mam siostrę Ewę. Odnalazłam ją. Nie było wielkich wyznań, płaczu, tęsknoty. Było poprawnie. Nic więcej. Potrzeba nam czasu. I zaufania. O to teraz najtrudniej.

Gdy tu przyjechałam, byłam kobietą, która przegrała swoje życie. Tak przynajmniej mi się wtedy wydawało. Porzucił mnie mąż, straciłam pracę. A na domiar złego wiedziałam już, że nigdy nie będę mieć dziecka. Taki pstryczek w nos od losu. Ale było mi pisane co innego. Poznałam Michałka. Mojego sąsiada. Dziecko o tragicznej przeszłości. Pokochałam go całym sercem i przysięgłam jego babci, że zrobię wszystko, by zostać jego mamą. Kilka batalii w sądzie, mnóstwo zszarganych nerwów, nieprzespane ze strachu noce. A na koniec wiadomość. Michałek zostanie moim synem! I tak się stało. Mam syna. Michała Pniewskiego.

Ale życie nieustannie zaskakuje. To, co jest pewne, za chwilę takim być nie musi. Okazało się, że moja rodzina ma mnóstwo tajemnic. Jedna zaskoczyła mnie najbardziej. Mój dziadek Jan i jego przeszłość. Długo nie mogłam w to uwierzyć. Ratował ludzkie życie. Wiele ludzkich istnień. Pozostawił po sobie zadanie. Dostałam w spadku jedynie listę. Listę ludzi bez przeszłości. Teraz to do mnie należy decyzja, co dalej z nią zrobię.

Całe szczęście, że nie jestem sama. Mam blisko tych, których kocham całym sercem. I jestem przez nich kochana. Niby proste w teorii, ale tak trudne do zrealizowania w życiu. To właśnie tu, po przyjeździe do Pniewa dowiedziałam się, że ludzi nie kocha się za coś, ale mimo wszystko. To Adam pokazał mi, czym jest miłość mężczyzny do kobiety. Dał mi wszystko, o czym marzyłam przez trzynaście lat toksycznego małżeństwa z Pawłem.

Teraz wiem jedno. W naszym życiu może się zdarzyć dosłownie wszystko. Wystarczy jedna chwila, jedno spotkanie, jedno spojrzenie. Właśnie tylko tyle, by wywrócić codzienność do góry nogami. Można się tego bać. Można wyczekiwać tego, co nieuchronne. Ale można też po prostu żyć. Cieszyć się każdym dniem, rozmową z dzieckiem, miłym spotkaniem. Doceniać drobne chwile szczęścia. Bo to właśnie z nich składa się nasze życie.

Odeszła w zapomnienie historia szarych dni,

Był w nich potężny smutek i niespokojne sny.

Uśpione serce zaczęło kochać od nowa,

Przed tobą swoich uczuć już nie chowam.

W szalonym pędzie czas zatoczył wielki krąg,

Na mojej mapie znów jest dzisiaj stary dom.

Rozdział IW rytmie codzienności – o tęsknocie za siostrą, tajemniczych dokumentach, kobiecie jak zły cień i „Wrzosowisku” jak marzenie

Wciąż przede mną uciekasz

W pośpiechu zbiegłam po schodach. Dni takie jak ten dodają mi skrzydeł. Wystarczy jedno spotkanie z Dorotą, a od razu mamy kilka nowych pomysłów, omówione plany na kolejne pół roku i jeszcze więcej zapału do pracy. To dopiero początek naszych coraz śmielszych działań. A do tego zawsze znajdziemy chwilę na dobrą kawę i szczerą rozmowę od serca. Odkąd Dorota zaczęła pracę w moim „Wrzosowisku” i otworzyłyśmy filię w jej warszawskim mieszkaniu w starej zadbanej kamienicy, nasz biznes mocno się rozwinął. Wreszcie jesteśmy paniami swojego czasu! Kochamy naszą pracę, bo projektowanie ogrodów to nasza pasja i dzięki niej się poznałyśmy. Czego chcieć więcej?

Wychodząc, pchnęłam mocno frontowe drzwi i po chwili stałam pośrodku podwórka. Rozejrzałam się wokół, podziwiając misterne zdobienia nad oknami kamienicy. Raźnym krokiem ruszyłam do głównej bramy. Wciągnęłam głośno powietrze i pomyślałam, że na wiosnę Warszawa staje się miastem pełnym radości. W sumie jak wszystko, co budzi się z zimowego snu.

Dołączyłam do spieszącego się tłumu w Alejach Jerozolimskich. Przyglądałam się z uwagą twarzom mijających mnie ludzi. Kiedyś tego nie robiłam. Bałam się, że ściągnę na siebie czyjś złowrogi wzrok. Chciałam być niewidzialna. Ludzie wzbudzali we mnie lęk i taką dziwną pewność, że wszystko, co dobre, już mnie ominęło. Ale to już za mną.

Nagle stanęłam. Moje serce zabiło szybciej. Jeszcze raz spojrzałam przed siebie. Chciałam się upewnić. Ewa? To na pewno ona? Dostrzegłam ją w tłumie. Nie mogłam się mylić. Rozpoznałabym ją nawet na końcu świata. Przyspieszyłam kroku, wpadłam niechcący na jakiegoś mężczyznę.

– Uważaj, jak chodzisz, kobieto! – oburzył się.

– Przepraszam pana, bardzo się spieszę – wyjaśniłam zdawkowo.

– Jeszcze pod samochód pani wpadnie przez ten pośpiech – ostrzegł.

Dalej go nie słuchałam. Zaczęłam biec, nerwowo rozglądając się na wszystkie strony. Ewy nigdzie nie było. Dobiegłam do pasów. Cholera! Jak na złość czerwone światło! Spojrzałam na drugą stronę ulicy. Ewa szła chodnikiem, trzymając za rękę Sylwię. A jednak! Nic mi się nie przewidziało. Zerknęłam na sygnalizator. Niech już będzie to zielone!

– Ewa! Zaczekaj! – wołałam za nią. Obejrzała się. Nasze spojrzenia się spotkały.

– Czego tak pani krzyczy?! Nie pali się! – zwróciła mi uwagę rozzłoszczona staruszka.

– Muszę! Tam jest moja siostra! – tłumaczyłam zdenerwowana. Zapaliło się zielone światło. Tłum ruszył, a ja razem z nim. Nie miałam ani chwili do stracenia.

Przebiegłam przez pasy. W popłochu rozglądałam się na wszystkie strony. Skierowałam się do miejsca, w którym widziałam je przed chwilą. Sprawdziłam dwie sąsiednie ulice. Nigdzie ich nie było. Wyjęłam telefon i wybrałam numer Ewy. Abonent czasowo niedostępny. Cholera!

Weszłam do pobliskiej kawiarni i usiadłam przy oknie. Uważnie przyglądałam się przechodniom. Miałam nadzieję, że gdzieś wypatrzę Ewę i Sylwię. Tak bardzo chciałam chociaż chwilę z nimi porozmawiać. Nie widziałyśmy się od dawna.

– Co podać? – usłyszałam nad sobą miły głos kelnerki.

– Yyy… kawę poproszę – odpowiedziałam zmieszana.

– Jaką? Latte? Czarną z mlekiem? Cappuccino?

– To może poproszę po prostu czarną. Bez mleka.

Kawa i tak była wymówką. Przyszłam tu jedynie obserwować ludzi. Byłam wściekła. Na siebie i na Ewę.

Miało być przecież zupełnie inaczej. W dniu, kiedy otrzymałyśmy wyniki badań potwierdzające, że jesteśmy siostrami, miał się rozpocząć nowy etap mojego życia. Przecież miałam siostrę. A z siostrą się spotyka, rozmawia, ma się wspólne plany i marzenia. My ich nie mamy. Ewa nie chce utrzymywać ze mną kontaktu. Nawet ją trochę rozumiem. Tak nagle wtargnęłam do jej życia. Wcześniej zastanawiałam się, czy mój ojciec rzeczywiście mógł być takim draniem, który zdradza żonę, a potem jeszcze porzuca swoje dziecko. To mi się w głowie nie mieściło. Ale prawda okazała się bolesna. Mam siostrę.

Nie mogę odżałować, że Ewa nie chce dać nam szansy. Nawet nie wiem, gdzie mieszka. Nigdy nie podała mi swojego adresu. Dzwoniłam do niej dziesiątki razy, chociaż obiecałam sobie, że nie będę tego robić. Albo nie odbierała, albo miała wyłączony telefon. Adam irytuje się, że tak narzucam się komuś, kto nie chce mieć ze mną kontaktu. I ma rację.

Ostatni raz widziałyśmy się przed Bożym Narodzeniem. Ewa poprosiła o spotkanie. Naiwnie wierzyłam, że czas świąt i świąteczna atmosfera sprawiły, że chce mnie lepiej poznać i ułożyć nasze relacje. Myliłam się. Po prostu miała do mnie interes. Nic wielkiego, potrzebowała kilku dokumentów naszego ojca. Akt urodzenia, akt zgonu i czegoś tam jeszcze. Chciała ustalić sądownie, że Piotr Pniewski był także jej ojcem. Miała już dosyć kłopotliwej odpowiedzi „ojciec nieznany” w rubrykach z pytaniem o dane rodziców. Chciałam pomóc i liczyłam na to, że bardziej się do siebie zbliżymy.

Przyjechała do Pniewa. Poszłyśmy razem na grób naszego ojca, chociaż z początku była temu niechętna. Przekonałam ją. Potem odwiedziła mnie w starym domu. Nikt nam nie przeszkadzał, mimo to czułam, że dzieli nas niewidzialny mur.

– Jak sobie radzisz ze wszystkim? – pytałam ostrożnie, by jej nie spłoszyć. Wyglądała na bardzo zmęczoną. Ciągle zerkała na telefon.

– Razem dajemy radę. Mówię razem, bo Sylwia to niezwykłe dziecko. Nie sprawia żadnych problemów, a czasami mam wrażenie, że jest bardziej rozsądna niż ja. – Roześmiała się, chociaż nie zabrzmiało to szczerze. – Pomaga nam sąsiadka. Bardzo polubiła Sylwię i jak muszę gdzieś bez niej wyjść, wtedy pani Bogusia chętnie się nią zajmuje.

– Czyli można powiedzieć, że wreszcie macie spokój. A Marek? Już was nie nęka?

– Marek… Wiesz, chyba nie chciałabym o nim rozmawiać. To już zamknięty rozdział. Staram się żyć tym, co jest teraz – odparła beznamiętnie. Zrobiło mi się przykro. Byłyśmy siostrami, a gdyby ktoś z boku przysłuchiwał się naszej rozmowie, zapewne pomyślałby, że jesteśmy dla siebie zupełnie obce.

– Przepraszam, nie powinnam o niego pytać. Cieszę się, że zaczęło się wam układać. Trochę się o was martwiłam. W ogóle się nie odzywałaś. – Próbowałam ją skłonić do zwierzeń.

– Wiesz… Chyba nic mądrego ci nie odpowiem. Tak wyszło. Miałam na głowie mnóstwo spraw. Znalazłam pracę. Nic wielkiego, na razie na trzy miesiące. Pomagam księgowej w małej firmie. Może przedłużą mi umowę. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Tak to wyglądało. Rozstałyśmy się bez większych emocji. Nawet nie pytałam, czy zadzwoni, bo byłam pewna, że i tak zrobi po swojemu. Od tamtej pory minęły trzy miesiące. Nie odezwała się ani razu. Dopiero dziś dostrzegłam ją wśród tłumu. Chociaż… Już sama nie wiem, czy to na pewno była ona.

Wróciłam do domu. Adam nie musiał o nic pytać. Od razu dostrzegł, że coś mnie gryzie. Miałam mu o niczym nie mówić, ale mocno nalegał. Wysłuchał mnie. Nie oceniał.

– Nie martw się, jeszcze zmysłów nie postradałam – uspokoiłam go.

– Wkurza mnie ta Ewa. Za kogo ona się uważa? Zachowuje się jak rozkapryszona dziewucha – odburknął zniesmaczony.

– Sam ciągle podkreślasz, że mało ją znam. Może ma powody, by się nie odzywać.

– Musisz jednak przyznać, że po tak wielkiej pomocy, jaką od ciebie dostała, to jednak mało grzecznie się teraz zachowuje – podsumował Adam.

Nic nie odpowiedziałam. Miał rację. Nie oczekuję od Ewy zbyt wiele, ale mogłaby się postarać o zwyczajną życzliwość.

Ludzie bez przeszłości

Tajemnice są czymś, co nas intryguje, czasami wzbudza strach lub daje do myślenia. W mojej rodzinie była, jest i obawiam się, że będzie, kumulacja tajemnic. Najpierw pamiętnik mojego dziadka, potem tajemnicze poświadczenie schowane w starej szafie i wreszcie dokumenty skrzętnie ukryte „na polskiej ziemi pośród polskich drzew”, które mój dziadek Jan tłumaczył razem z Elizabeth w obozie zagłady Stutthof. To była ich wielka tajemnica.

Nie przypuszczałam, że kiedyś uda mi się je odnaleźć. Nie było na to żadnych szans. Aż nagle przyszedł dzień, kiedy wszystko stało się jasne i oczywiste. Razem z Henrykiem Sokolskim i Jonasem Kleinem, wnukiem Elizabeth, odnaleźliśmy je pod najstarszą jabłonią w moim sadzie. To tam zakopał je dziadek. Jeszcze za życia wiele razy powtarzał, że mam o tę jabłoń dbać szczególnie.

Odnalezienie dokumentów było porównywalne do trzęsienia ziemi. Nikt z nas nie spodziewał się, że będą dotyczyć spraw życia i śmierci. Tak to można określić. Działania Elizabeth i mojego dziadka Jana były ocaleniem dla kilkuset dzieci. Podrabiali ich akty urodzenia i wywozili je poza obóz. W innym wypadku te dzieci czekałaby pewna śmierć. Bo w obozie nie były do niczego potrzebne. Szczególnie te najmłodsze, które nie nadawały się do pracy. Zapewne Elizabeth wykradała je prosto ze szpitala. Niektóre zaraz po urodzeniu. Musiała mieć wspólnika, który wywoził je poza obóz. Zanim to jednak nastąpiło, musiała podrobić dokumenty. Do tego potrzebowała pomocy mojego dziadka Jana, który znał język niemiecki, a poza tym był kimś, komu Elizabeth mogła zaufać.

Przez pierwsze dni po odnalezieniu dokumentów zapadła totalna cisza. Nikt z nas nie wiedział, co należy zrobić. Bałam się nawet najmniejszej decyzji. Czy można tak na szybko decydować o życiu kilkuset osób? Domyślałam się, że znaczna ich część jeszcze żyje. Mają swoje rodziny, dzieci, wnuki. I co? Nagle ma się ktoś pojawić i powiedzieć, że są kimś zupełnie innym? Mają inne pochodzenie, innych rodziców? Że ktoś postanowił ich uchronić przed śmiercią, co wiązało się z oddaniem pod opiekę obcym ludziom?

Przerażała mnie sama myśl o tym. Jonasa zresztą też. Razem z nim i Henrykiem spędziliśmy mnóstwo godzin na rozmowach. Przychodziły nam do głów różne pomysły, które i tak po jakimś czasie wydawały się albo głupie, albo mało odpowiedzialne. Przeczytałam stosy książek o ludziach, którzy po latach dowiedzieli się o swoich wojennych losach, na przykład o rozdzieleniu z rodziną. To były prawdziwe dramaty! I co? Czasami i po kilkudziesięciu latach, często przez przypadek, dowiadywali się, że są kimś zupełnie innym! Nie mogłam sobie nawet wyobrazić ich bólu i żalu wobec losu. Potem szukałam fundacji, stowarzyszeń, instytucji, które mogłyby pomóc. Tylko że to wszystko było dla mnie bardzo trudne.

Nawet dzwoniłam do kilku instytucji, ale jak już dochodziło do konkretów, wtedy się wycofywałam. Zwyczajnie tchórzyłam. Bałam się ujawnić, jakie właściwie dokumenty mam u siebie i potwierdzić, że mają one niezwykłą wartość. Zaklinałam się na wszystkie świętości, że jeżeli ta sprawa będzie mieć szczęśliwy finał, to zrobię wszystko, by nikt nie zapomniał o Elizabeth, o Janie i wszystkich, dzięki którym ocalono tyle dzieci. Ale jak to zwykle bywa, łatwiej było coś obiecać, niż to osiągnąć.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz