Pamiętnik z przyszłości - Cecelia Ahern - ebook
Opis

Tamara zawsze miała wszystko, czego zapragnęła. Urodzona w bogatej irlandzkiej rodzinie, wychowywała się w domu z prywatną plażą, szafą pełną markowych ubrań i własną luksusową łazienką. Gdy jej ojciec popełnia samobójstwo, życie Tamary i jej matki zmienia się na zawsze. Sprzedają wszystko, co mają, i przeprowadzają się na wieś. Pewnego dnia w wiosce pojawia się biblioteka objazdowa. Tamara znajduje w niej tajemniczą księgę oprawioną w skórę...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 409

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Book of Tomorrow

Projekt okładki: Katarzyna Konior/bluemango.pl

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Steglińska

Copyright © Cecelia Ahern 2009

All rights reserved.

Zdjęcie na okładce © Aleshyn_Andrei/Shutterstock© Andrekart Photography/Shutterstock

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

© for the Polish translation by Joanna Grabarek, 2011 za pośrednictwem Świat Książki Sp. z o.o.

ISBN 978-83-287-0277-6

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2016

Wydanie I

FRAGMENT

Davidowi, Mimmie, Tacie, Georginii, Nicky, Rocco i Jayowi (oraz Starowi, Doggy’emu i Sniffowi) – bez Was nie potrafiłabym się nawet obudzić rano, nie wspominając o napisaniu powieści. Dziękuję za trzymanie mnie za rękę przez całą tę długą, ekscytującą i intrygującą podróż. „Ponieść cię…?”. Za dni wczorajsze i dzisiejsze oraz za jutra, których nie mogę się doczekać – dziękuję.

Wszystkim Kellysom (ktoś kiedyś napisze o Was książkę), Ahernom, Keoghanom, moim ukochanym pełnoetatowym przyjaciołom i półetatowym psychoterapeutom. Dziękuję.

Mariannie Gunn O’Connor. Dziękuję.

Vicki Satlow, Pat Lynch, Liamowi Murphy’emu, Anicie Kissane, Gerardowi O’Herlihy’emu, Doo Services. Dziękuję.

Lynne Drew, Claire Bord – moje powieści nie byłyby tym, czym są, bez Waszych komentarzy, rad i wskazówek. Dziękuję, bardzo dziękuję.

Amanda Ridout – przy stole, gdzie „wszystko jest możliwe”, stoi krzesło z twoim imieniem. Będzie mi Ciebie brakowało. Dziękuję za wsparcie, zachętę i wiarę we mnie.

Dla całej armii w wydawnictwie HarperCollins – za ciężką pracę nad tak wieloma fantastycznie nowymi i ekscytującymi pomysłami. Jestem niezwykłą szczęściarą, że należę do zespołu. Dziękuję.

Fionie McIntosh, Moirze Reilly i Tony’emu Purdue – bardzo lubię nasze wycieczki! Dziękuję.

Chcę wspomnieć również o Killeen Castle. Chociaż ta powieść nie jest o Killeen, kiedy szukałam miejsca, w którym mogłabym osadzić akcję, trafiłam na ten zamek. Coś nagle zaskoczyło w mojej głowie i natychmiast zaczął się w niej formować świat Tamary i jej rodziny. Dziękuję mieszkańcom Killeen Castle, którzy, acz nieświadomie, otworzyli wrota do świata Pamiętnika z przyszłości.

Księgarzom – za wsparcie. W Pamiętniku z przyszłości mówię o mojej wierze w magię książek, o tym, że muszą posiadać jakiś rodzaj magnesu albo urządzenia naprowadzającego, które pozwala im przyciągnąć odpowiednich czytelników. To książki wybierają ludzi, nie odwrotnie. Wierzę, że księgarze są w tym pośrednikami. Dziękuję.

Marianne, która choć porusza się bezgłośnie, wywołuje sporo hałasu.

Moim Czytelnikom, w podzięce za zaufanie

Rozdział 1

Pole pąków

Powiadają, że każda historia traci coś z każdym jej przypomnieniem. Jeżeli to prawda, ta jeszcze niczego nie straciła, ponieważ przedstawiam ją po raz pierwszy.

Jest to opowieść, przy której niedowiarkowie będą musieli odłożyć na półkę swoje zwątpienie. Gdyby nie chodziło o mnie, gdyby to nie mnie się przytrafiło, sama należałabym do tej grupy.

Wielu ludziom zaufanie moim słowom nie sprawi trudności, ponieważ ich umysły są wolne, otwarte, chłonne. Ci ludzie rodzą się tacy, albo też, gdy są jeszcze dziećmi, a ich umysły są niczym zawiązki kwiatów, pielęgnuje się ich wyobraźnię. Dzięki temu pączki wyobraźni powoli otwierają się i przygotowują na poznanie istoty życia. Rosną i rosną, w słońcu i deszczu, przechodzą przez życie świadomi i akceptujący, widzą światło tam, gdzie panuje ciemność, widzą wyjście nawet ze ślepych zaułków, czują smak zwycięstwa, gdy inni zarzucają im niepowodzenie, proszą o wyjaśnienia, kiedy inni ślepo akceptują okoliczności. Są trochę mniej zblazowani, mniej cyniczni, nie tak łatwo się poddają. Umysły innych znowu ludzi otwierają się później, często po tragicznym lub wspaniałym doświadczeniu. Każda z tych rzeczy działa niczym klucz, który otwiera w ich umyśle szufladę mądrości, pozwala zaakceptować nieznane, pożegnać się z pragmatyzmem i prostymi drogami.

Są jednak tacy, których umysły pozostają bukietem pąków, wyrastających w miarę nabywania nowych informacji – nowego pąka albo nowego faktu – ale nigdy nie otwierają się, nie rozkwitają. Są to ludzie lubiący drukowane litery i kropki na końcu zdania, odrzucający znaki zapytania i kursywę.

Moi rodzice należeli do tej właśnie grupy ludzi. Wszystkowiedzący, zawsze przekonani, że: „jeżeli nie ma tego w książce albo nigdy przedtem tego nie słyszałem, jest to niewątpliwie jakaś głupota”. Trzeźwo myślący, z głowami wypełnionymi przecudnie kolorowymi pąkami, zadbanymi i pachnącymi, ale nigdy nierozkwitłymi, niewystarczająco lekkimi i delikatnymi, aby zatańczyć na wietrze. Zawsze sztywni, rzeczowi i uczciwi, pozostali pąkami do dnia śmierci.

To znaczy, moja mama nie umarła.

Jeszcze nie. Nie fizycznie. Chociaż nawet jeśli nie umarła, to z pewnością nie jest żywa. Zachowuje się jak zombi, od czasu do czasu wydaje z siebie odgłos, jakby sprawdzając, czy jeszcze tli się w niej iskierka życia. Z pozoru może się wydawać, że wszystko z nią w porządku. Z bliska jednak od razu widać, że jasnoróżowa szminka nałożona jest na usta trochę nierówno, a oczy mamy są zmęczone i bez wyrazu. Kojarzy mi się z dekoracją w studiu telewizyjnym – wszystko to fasada, za którą jest tylko pustka. Mama chodzi po domu, przemieszcza się z pokoju do pokoju, ubrana w szlafrok z luźnymi, rozszerzanymi rękawami. Wygląda jak jakaś południowoamerykańska piękność mieszkająca na farmie, rodem z Przeminęło z wiatrem, mająca na głowie wyłącznie martwienie się o jutro. Pomimo wdzięcznego, łabędziego przepływania z pokoju do pokoju, w istocie mama rzuca się wściekle, usiłując utrzymać głowę nad powierzchnią wody, w której tonie. Od czasu do czasu rzuca nam spanikowany uśmiech, żebyśmy myśleli, że nadal jest z nami. Oczywiście, zupełnie nas to nie przekonuje.

Och, nie, nie winię jej. Co za luksus, móc zniknąć tak jak ona, pozostawiając wszystkich innych, żeby sprzątali bałagan i próbowali ocalić resztki dawnego życia.

Ale, ale – niczego wam jeszcze nie opowiedziałam i pewnie jesteście zdezorientowani.

Nazywam się Tamara Goodwin. Good-win, jak „dobre zwycięstwo”. Jedno z określeń, którego nienawidzę. Zupełnie jak „zła strata”, „gorące słońce” albo „kompletnie martwy”. Dwa słowa, które pojawiają się w parze zupełnie niepotrzebnie, aby oznajmić coś, co można określić jednym z nich. Czasem, kiedy przedstawiam się ludziom z nazwiska, opuszczam jedną część: Tamara Good – „dobra”, chociaż nigdy nie można było tego o mnie powiedzieć. Albo Tamara Win, co z kolei ironicznie sugeruje szczęście, którego nie zaznałam.

Mam szesnaście lat, przynajmniej wszyscy tak twierdzą. W tej chwili kwestionuję swój wiek, ponieważ czuję się dwa razy starsza. Dwa lata temu czułam się czternastolatką, zachowywałam się zaś jak jedenastolatka, która chce mieć osiemnaście lat. W ciągu ostatnich kilku miesięcy postarzałam się o ładnych kilka lat. Czy to możliwe? Zamknięte pąki potrząsnęłyby głowami, otwarte umysły powiedziałyby: „to możliwe”. Wszystko jest możliwe.

Otóż nie. Nie wszystko.

Nie można wskrzesić mojego taty. Próbowałam, kiedy znalazłam go leżącego bez życia na podłodze w jego gabinecie. Bardzo martwego. Posiniałego na twarzy, z pustym pudełkiem po tabletkach u boku i opróżnioną butelką whisky na biurku. Nie wiedziałam, co robić, ale przycisnęłam usta do jego ust i jak szalona zaczęłam uciskać jego pierś. Na nic.

Moja mama też nic nie zdziałała, kiedy podczas pogrzebu, na cmentarzu, wyjąc i wbijając paznokcie w lakierowane drewno, rzuciła się na trumnę ojca, gdy opuszczano ją do grobu. Pamiętam, że ziemię przykrywała warstwa sztucznej trawy, jakby chciano nas przekonać, że tata nie został pogrzebany na wieczność w ziemi pełnej robaków. Podziwiam mamę za to, że próbowała, ale jej popis nad grobem taty nie przywrócił mu życia.

Nie udało się to również nieskończonym anegdotom o nim, opowiadanym na stypie, podczas gawędziarskiego konkursu pod tytułem: „Kto znał George’a najlepiej”. Przyjaciele i rodzina trwali w gotowości do wtrącenia komentarza w stylu: „Myślisz, że to było śmieszne? Poczekaj, aż usłyszysz o…”, „Pewnego razu George i ja…”, czy też: „Nigdy nie zapomnę, jak George powiedział…”. Wszyscy byli tacy gorliwi, że wreszcie zaczęli gadać jeden przez drugiego, roniąc łzy i czerwone wino na nowy perski dywan mamy. Widać było, że bardzo się starają, i w pewnym sensie tata prawie pojawił się wśród nas, ale ich opowieści nie przywróciły mu życia.

Nie pomogło też, kiedy mama odkryła, że stan finansów taty był tak chory, jak on sam. Stracił wszystko. Bank wystosował już nakaz przejęcia naszego domu i pozostałego mienia prywatnego. Mamie nie pozostało nic innego, jak tylko sprzedać wszystko – wszystko – co posiadaliśmy, żeby spłacić długi. Tata nie wrócił wtedy, żeby nam pomóc. W tamtej chwili wiedziałam, że odszedł. Naprawdę odszedł. Skoro pozwolił nam przechodzić przez to wszystko samym – mnie przez reanimację, mamie przez publiczne załamanie nerwowe podczas pogrzebu, a potem przyglądał się, jak traciłyśmy wszystko, co kiedykolwiek do nas należało – to z całą pewnością odszedł na zawsze.

Miał rację, że nie chciał brać w tym wszystkim udziału. Było to okropne i upokarzające. Z pewnością zdawał sobie z tego sprawę.

Gdyby moi rodzice byli rozkwitłymi pąkami, może jakoś zdołaliby tego wszystkiego uniknąć. Ale nie uniknęli. Nie było światełka na końcu tego tunelu, a nawet jeżeli, okazało się tylko reflektorami pędzącego z naprzeciwka pociągu. Nie było żadnych innych rozwiązań, wyjść z sytuacji. Rodzice byli praktyczni, a ten konkretny problem nie miał praktycznego rozwiązania. Jedynie ufność, nadzieja i wiara mogłyby pomóc mojemu ojcu przetrwać kryzys. Niestety, tata nie miał wiary, ufności ani nadziei. Kiedy zrobił to, co zrobił, praktycznie rzecz biorąc, pociągnął nas za sobą do grobu.

Zastanawiające, jak śmierć, rzecz tak ostateczna i ponura, potrafi naświetlić charakter człowieka. Nieskończone historie, które słyszałam o tacie po jego śmierci, były cudowne i wzruszające. Przynosiły ukojenie i lubiłam się w nich zatracać, ale szczerze mówiąc, wątpiłam w ich prawdziwość. Tata nie był miłym człowiekiem. Kochałam go oczywiście, ale wiem, że nie był dobrą osobą. Rzadko rozmawialiśmy, a kiedy już do tego dochodziło, zazwyczaj kłóciliśmy się o różne rzeczy albo ojciec dawał mi pieniądze, żeby się mnie pozbyć. Był drażliwy, dość arogancki, często krzyczał, szybko wpadał w gniew i narzucał innym swoje opinie. Ku swojej uciesze sprawiał, że ludzie czuli się przy nim skrępowani, gorsi. Potrafił odesłać stek w restauracji trzy lub cztery razy tylko po to, żeby popatrzeć, jak denerwuje się tą sytuacją kelner. Zamawiał butelkę najdroższego wina, a potem upierał się, że trąci korkiem, tylko po to, żeby zdenerwować właściciela restauracji. Narzekał na rzekome hałasy wywołane przez urządzających przyjęcia sąsiadów, chociaż nigdy nic nie słyszeliśmy, i sprawiał, że policja przerywała im zabawę. Wszystko dlatego, że nie został zaproszony.

Przemilczałam to wszystko podczas pogrzebu i stypy w naszym domu. Właściwie nie powiedziałam ani słowa na żaden temat. Wypiłam butelkę czerwonego wina i skończyłam, wymiotując na podłogę w gabinecie taty, dokładnie tam, gdzie umarł. Mama znalazła mnie tam i spoliczkowała. Powiedziała, że wszystko zrujnowałam. Nie byłam pewna, czy ma na myśli dywan, czy pamięć o tacie. Tak czy owak, uważam, że to on zniszczył jedno i drugie.

Nie usiłuję wylać tu całej swej nienawiści do ojca. Ja też byłam okropna. Najgorszą córką z możliwych. Rodzice dali mi wszystko, a ja rzadko im za to dziękowałam, a jeżeli nawet, to całkowicie nieszczerze. Nie sądzę, że rozumiałam, co znaczy być za coś wdzięcznym – bo to właśnie kryje w sobie słowo „dziękuję”. Mama i tata bezustannie opowiadali mi o głodujących dzieciach w Afryce, jakby w ten sposób mogli mnie nauczyć wdzięczności za to, co miałam. Z perspektywy czasu zdaję sobie sprawę, że najlepszym sposobem na nauczenie mnie wdzięczności mogło być tylko niedawanie mi wszystkiego, o czym zamarzyłam.

Mieszkaliśmy w Killiney, w hrabstwie Dublin, w ogromnej rezydencji o powierzchni 650 metrów kwadratowych, z sześcioma sypialniami, basenem, kortem tenisowym i prywatną plażą. Mój pokój mieścił się na drugim końcu domu, z dala od sypialni rodziców. Miałam balkon wychodzący na plażę, widok, którego chyba nigdy nie doceniałam. Własną łazienkę z prysznicem, jacuzzi i telewizorem plazmowym TileVision wbudowanym w ścianę nad wanną. W mojej szafie wisiały torby od znanych projektantów mody, na biurku stały komputer i PlayStation, spałam w łożu z baldachimem.

Szczęściara. Kolejna prawda o mnie: byłam koszmarną córką. Pyskowałam, byłam niegrzeczna, oczekiwałam podarunków i, co gorsza, uważałam, że wszystko mi się należy tylko dlatego, że moi znajomi też to mieli. Nie przyszło mi do głowy nawet przez chwilę, że te osoby w zasadzie również nie zasłużyły na to, co miały.

Znalazłam sposób, żeby wyślizgiwać się w nocy z sypialni i spotykać z przyjaciółmi: przez balkon, w dół po rynnie na dach basenu, skąd był już krok od ziemi. Na naszej prywatnej plaży mieliśmy miejsce, w którym piłam ze znajomymi. Dziewczyny głównie „koktajle lalek”, czyli zawartość barków naszych rodziców zmieszaną w jednej plastikowej butelce. Dzięki temu z każdej butelki w kolekcji ubywało tylko kilka centymetrów i rodzice nic nie podejrzewali. Chłopcy zadowalali się pierwszym lepszym cydrem, jaki udało im się dorwać. Podobnie jak pierwszą lepszą dziewczyną, którą zdołali dorwać. Głównie mną. Był wśród nich Fiachrá, chłopak, którego odbiłam mojej najlepszej przyjaciółce Zoey. Jego ojciec był sławnym aktorem i jeżeli mam być szczera, tylko dlatego każdej nocy pozwalałam mu wsuwać rękę pod moją spódnicę na mniej więcej pół godziny. Zakładałam, że pewnego dnia w końcu poznam jego tatę. Nigdy się to nie stało.

Rodzice uważali, że to ważne, abym poznała świat i zobaczyła, jak żyją inni. Ciągle powtarzali mi, jakie mam szczęście, że mieszkam w naszym wielkim domu nad morzem. Abym mogła lepiej docenić świat, spędzaliśmy lato w naszej willi w Marbelli, Gwiazdkę w domku alpejskim w Verbier, Wielkanoc zaś w nowo­jorskim Ritzu, dokąd przyjeżdżaliśmy na zakupy. W dniu siedemnastych urodzin miałam dostać ró­żowego mini coopera, a przyjaciel taty, właściciel studia nagraniowego, chciał mnie przesłuchać i możliwe, że podpisać kontrakt. Po tym jednak, jak poczułam jego dłoń na pośladku, nie miałam ochoty spędzić z nim ani chwili dłużej, nawet jeśli straciłam przez to szansę stania się sławną.

Mama i tata uczęszczali na przyjęcia charytatywne przez okrągły rok. Mama wydawała więcej pieniędzy na kupowane na tę okazję sukienki niż na opłacenie miejsca przy stole. Dwa razy do roku oddawała rzeczy, których nigdy na sobie nie miała, swojej bratowej Rosaleen, mieszkającej na wsi. Pewnie na wypadek, gdyby Rosaleen zapragnęła doić krowy w letniej sukni od Pucciego.

Teraz, kiedy wyprowadziłyśmy się z tamtego świata, wiem już, że nie byliśmy miłymi ludźmi. Myślę, że gdzieś pod maską obojętności mama również to rozumie. Nie byliśmy źli, po prostu niemili. Nigdy nie dawaliśmy nikomu niczego od serca, za to bardzo dużo braliśmy od życia.

Niezasłużenie.

Przedtem nigdy nie myślałam o przyszłości. Żyłam chwilą obecną. Chciałam wszystkiego teraz, zaraz, natychmiast. Podczas ostatniej rozmowy z tatą wydarłam się na niego, powiedziałam, że go nienawidzę, i trzasnęłam drzwiami. Nigdy nie spoglądałam wstecz, nie dostrzegałam prawdziwej siebie i tego, jak ograniczony jest mój świat. Nie zastanawiałam się nad tym, co robię albo mówię. Nie przychodziło mi do głowy, że w ten sposób mogę kogoś skrzywdzić. Powiedziałam ojcu, że nie chcę go już nigdy więcej widzieć – i tak się stało. Nie myślałam wtedy o jutrze ani o tym, że miały być to moje ostatnie słowa do taty, a nasza rozmowa ostatnią spędzoną z nim chwilą. Mam sobie wiele do wybaczenia. Zajmie mi to dużo czasu.

Teraz jednak, ze względu na śmierć taty i to, czym mam się z wami podzielić, nie mam wyboru. Muszę myśleć o jutrze i o wszystkich ludziach, na których wpłynie przyszłość. Teraz, budząc się nad ranem, cieszę się na kolejny dzień.

Straciłam tatę. Tata zaprzepaścił przyszłość, ja zaś moje jutra z nim. Teraz nauczyłam się doceniać każdy nowy dzień i robię wszystko, żeby uczynić go możliwie najlepszym.

Rozdział 2

Dwie muchy

Kiedy mrówki chcą znaleźć najbezpieczniejszą drogę do źródła pożywienia, wysyłają jedną z robotnic. Ta, gdy odkryje już szlak, zostawia na nim chemiczne wskazówki dla innych. Kiedy stanie się na sznureczku wędrujących mrówek lub, mniej okrutnie, jeżeli zakłóci się w jakiś sposób ich chemiczną marszrutę, mrówki wpadają w panikę. Te, które nie dotarły na miejsce, kręcą się szaleńczo w tę i we w tę, usiłując odnaleźć drogę. Lubię się przyglądać, jak na początku wydają się zupełnie zdezorientowane, biegają w kółko, wpadają na siebie, usiłując odkryć, w którą stronę mają iść. Potem jednak przegrupowują się, przeorganizowują i wreszcie ruszają tą samą drogą w prostej linii, jakby nigdy nic się nie stało.

Ich panika kojarzy mi się z tym, co stało się z mamą i ze mną. Ktoś zakłócił naszą wędrówkę, odebrał nam przewodnika, zniszczył szlak. W naszym życiu zapanował kompletny chaos. Myślę – mam nadzieję – że z czasem odnajdziemy naszą drogę. Potrzebujemy kogoś, kto by nas poprowadził, a skoro mama najwyraźniej zamierza sobie odpuścić, wygląda na to, że rola przewodnika przypadnie mnie.

Wczoraj obserwowałam muchę. Chciała uciec z pokoju i co chwila atakowała okna, uderzając w nie raz po raz. Potem przestała zachowywać się jak żywy pocisk i skoncentrowała się na jednym oknie. Została blisko szyby, usiłując się przez nią przecisnąć i brzęcząc przy niej jak w ataku paniki. Bardzo frustrujący obrazek, zwłaszcza że gdyby mucha podfrunęła nieco wyżej, zdołałaby się wyrwać na wolność. Ona jednak popełniała bez końca ten sam błąd. Mogłam sobie wyobrazić jej zdenerwowanie: widziała drzewa, kwiaty, niebo, a jednak nie potrafiła się do nich dostać. Kilka razy próbowałam jej pomóc, doprowadzić do otwartej części okna, ale uciekała przede mną, miotając się po całym pokoju. Wreszcie wracała do tej samej szyby. Niemal słyszałam jej myśli: „Przecież tędy właśnie dostałam się do środka, więc…”.

Zastanawiam się, czy obserwowanie muchy z fotela to takie samo uczucie, jak bycie Bogiem. Jeżeli Bóg istnieje. Siedzi sobie i przygląda się wszystkiemu z perspektywy, tak jak ja. Gdyby mucha poleciała do góry, odnalazłaby upragnioną wolność. Tak naprawdę nie była uwięziona, po prostu szukała w niewłaściwym miejscu. Zastanawiam się, czy Bóg widzi też jakieś wyjście dla mnie i dla mamy. Jeżeli ja mogę otworzyć okno dla muchy, Bóg może dostrzegać jutro dla nas obu. Myśl o tym przyniosła mi ulgę, a przynajmniej było tak, dopóki nie wyszłam z pokoju na kilka godzin. Po powrocie zastałam martwą muchę na parapecie. Może to nie był ten sam owad, ale mimo wszystko… Potem wściekłam się na Boga, bo w mojej głowie śmierć muchy oznaczała, że mama i ja możemy nigdy nie odnaleźć drogi wyjścia z tego chaosu. Po co siedzieć tak daleko, że widzi się wszystko z odpowiedniej perspektywy, i nie zrobić nic, żeby pomóc?

Potem zrozumiałam. Przecież usiłowałam pomóc musze, ale ona tego nie chciała. Zrobiło mi się żal Boga, ponieważ zrozumiałam jego frustrację. Czasem, kiedy ktoś wyciąga do innych pomocną dłoń, zostaje odepchnięty. Człowiek zawsze chce najpierw pomóc sobie.

Nigdy wcześniej nie myślałam o tego typu sprawach; o Bogu, muchach i mrówkach. Wolałam umrzeć, niż zostać przyłapaną w sobotni dzień w fotelu, z książką w ręku, wpatrującą się w muchę plujkę walczącą z oknem. Może o tym właśnie myślał tata w ostatniej chwili życia: wolałbym umrzeć tu i teraz, w swoim gabinecie, niż doświadczyć upokorzenia, gdy wszystko, co mam, zostanie mi odebrane.

Soboty zazwyczaj spędzałam z przyjaciółkami w Topshopie, przymierzając absolutnie wszystko, co tam mieli, i chichocząc nerwowo, kiedy Zoey wpychała w spodnie tyle akcesoriów, ile się zmieściło, zanim wyszłyśmy ze sklepu. Jeżeli zaś nie byłyśmy w Topshopie, przesiadywałyśmy w Starbucks, pijąc imbirowe latte i zajadając się babeczkami miodowo-bananowymi. Jestem pewna, że to właśnie robią teraz moje przyjaciółki.

Nie odzywały się do mnie, od kiedy przeprowadziłam się tutaj. Poza Laurą, która przysłała mi esemes, zanim jeszcze wyłączyli mi komórkę za długi. Pośród wielu plotek napisała, że Zoey i Fiachrá znów są razem i zrobili to w domu Zoey, kiedy jej rodzice wyjechali na weekend do Monte Carlo. Tata Zoey był uzależniony od hazardu, co bardzo nam pasowało. Oznaczało to, że kiedy jej rodzice wychodzili na miasto, mogliśmy zostawać w domu Zoey znacznie dłużej niż u kogo innego. W każdym razie Zoey powiedziała podobno, że seks z Fiachrą bolał bardziej, niż kiedy jedna lesbijka z drużyny hokejowej Sutton uderzyła ją kijem między nogi. A było to okropne, uwierzcie mi – widziałam na własne oczy. W każdym razie Zoey twierdziła podobno, że nie spieszy się do następnego razu z facetem. Tymczasem Laura powiedziała mi w sekrecie, że zamierza się spotkać z Fiachrą w weekend, żeby się z nim przespać. Prosiła, żebym nie miała jej tego za złe i nie powiedziała Zoey. Tak jakbym mogła to zrobić, tkwiąc w tej dziurze.

Nie wiecie jeszcze, gdzie teraz jestem, prawda? Wspomniałam już o Rosaleen. To dla niej mama wysyłała w czarnych workach swoje ciuchy kupione w przypływie impulsu, nigdy nienoszone, nadal z metkami. Rosaleen była żoną mojego wujka Arthura, brata mamy. Mieszkali w stróżówce na wsi w Meath, na całkowitym odludziu. Odwiedziliśmy ich do tej pory tylko kilka razy i zawsze nudziłam się tam na śmierć. Dojazd zajmował nam godzinę i piętnaście minut. Oczekiwanie na koniec podróży niezmiennie kończyło się ogromnym rozczarowaniem. Zawsze uważałam, że Arthur i Rosaleen byli prostakami z zapadłej dziury. Nazywałam ich Święconą Parą. To jedyny moment, kiedy pamiętam tatę śmiejącego się z moich dowcipów. Nigdy z nami nie jeździł w odwiedziny do Rosaleen i Arthura. Nie sądzę, żeby się pokłócili czy coś w tym stylu. Po prostu byli niczym pingwiny i niedźwiedzie polarne – zbyt inni, zbyt odseparowani, żeby potrafili spędzić ze sobą chociaż chwilę. W każdym razie to właśnie tutaj teraz mieszkamy. W stróżówce Święconej Pary.

To bardzo ładny dom, wielkości jednej czwartej naszej rezydencji, co wcale nie jest takie złe. Przypomina mi domek z Jasia i Małgosi. Zbudowany z piaskowca, z drewnianymi ramami okiennymi i pomalowanym na oliwkowozielony kolor dachem. Na piętrze są trzy sypialnie, na dole zaś kuchnia i duży pokój. Mama ma własną łazienkę, ale ja muszę dzielić się z Rosaleen i Arthurem. Jestem przyzwyczajona do posiadania swojej własnej toalety i uważam, że dzielenie się jest obrzydliwe. Zwłaszcza kiedy wchodzę po wujku Arthurze i jego sesji z gazetą. Rosaleen ma fioła na punkcie porządków. Obsesyjnie wszystko czyści, nigdy nie przysiądzie nawet na chwilę. Zawsze coś przestawia, pucuje, rozpyla chemikalia w powietrzu, a przy tym gada o Bogu i Jego woli. Kiedyś jej powiedziałam, że mam nadzieję, iż wola Boga jest lepsza niż ostatnia wola mojego ojca. Spojrzała na mnie przerażona i pobiegła ścierać kurz w innym miejscu.

Rosaleen jest płytka jak spodek. Mówi tylko o rzeczach nieistotnych i niepotrzebnych. O pogodzie. O smutnych nowinach dotyczących jakiejś biednej osoby na drugim końcu świata. O jej przyjaciółce z wioski, która złamała rękę, albo o tej, której ojcu zostały dwa miesiące życia. O czyjejś córce, którą okropny mąż zamierza zostawić z drugim dzieckiem. Wszystko to jest bardzo ponure i nieodmiennie zakończone wspomnieniem o Bogu: na przykład „Bóg ich kocha”, „Bóg jest miłościwy”, „Niech Bóg im dopomoże”. Nie żebym ja mówiła tylko o czymś istotnym, ale kiedy usiłuję dotrzeć do sedna którejkolwiek z tych opowieści, Rosa­leen nie potrafi kontynuować rozmowy. Chce tylko mówić o smutnym problemie, nie jest zainteresowana ani tym, dlaczego się on pojawił, ani jego rozwiązaniem. Ucisza mnie swoimi powiedzonkami o Bogu i sprawia, że czuję się, jakbym powiedziała coś niewłaściwego albo była za młoda, żeby zrozumieć życie. Ja uważam, że jest odwrotnie. Myślę, że Rosaleen opowiada o tych wszystkich rzeczach, bo nie chce dopuścić myśli, że unika problemów. Kiedy już zaś zostaną wypowiedziane, nigdy do nich nie wraca.

Wujek Arthur z kolei, od kiedy go znam, powiedział może pięć słów. Zupełnie jakby mama zawsze gadała za nich oboje – co wcale nie znaczy, że mają takie same poglądy na wszystko, o czym mówiła. Teraz jednak Arthur mówi więcej niż ona. Ma swój własny język, który powoli nauczyłam się odcyfrowywać. Komunikuje się chrząknięciami, kiwnięciami głowy i wilgotnymi charknięciami, jakby wciągał nosem smarka. Zawsze tak robi, gdy się z czymś nie zgadza. Zwykłe „ach” i odrzucenie głowy do tyłu oznacza, że sprawa go nie obchodzi.

Pozwólcie, że opiszę wam typowe śniadanie w domu Arthura.

Siedzimy razem w kuchni, Rosaleen jak zwykle się krząta. Na talerzach piętrzą się tosty, obok nich stoją malutkie spodeczki z domowym dżemem, miodem i marmoladą. Radio jak zwykle wrzeszczy tak głośno, że nawet w mojej sypialni słyszę, co mówi spiker – wkurzający mężczyzna z monotonnym głosem. Opowiada o tragicznych wydarzeniach z całego świata. Rosaleen podchodzi do stołu z czajnikiem.

– Herbaty, Arthurze? – Arthur kiwa gwałtownie głową niczym koń usiłujący się opędzić od much. Chce herbaty.

Mężczyzna w radiu opowiada właśnie o tym, że zamknięto kolejną fabrykę w Irlandii i sto osób pozostało bez pracy. Arthur wydaje z siebie wilgotne charknięcie. Nie podoba mu się ta wiadomość.

Rosaleen pojawia się przy stole z kolejnym talerzem pełnym tostów.

– Och, czy to nie okropne, niech Bóg ukocha ich rodziny. I dzieci tych nieszczęśników.

– Ich mamy też powinien kochać, wiesz? – wtrącam, biorąc tost.

Rosaleen przygląda się, jak odgryzam kawałek, i jej zielone oczy rozszerzają się, kiedy go przeżuwam. Zawsze mnie obserwuje, kiedy jem. Strasznie mnie to denerwuje. Zachowuje się jak czarownica z Jasia i Małgosi, czekająca, aż się utuczę wystarczająco, żeby wrzucić mnie do pieca z rękami związanymi na plecach i jabłkiem wepchniętym w buzię. Nie miałabym nic przeciwko jabłku. Byłaby to najmniej kaloryczna rzecz, jaką mnie tu skarmia.

Przełykam kęs chleba i odkładam resztę tostu na talerz.

Rosaleen odchodzi rozczarowana od stołu.

W wiadomościach mówią o nowym podatku rządowym. Arthur znów wydaje z siebie wilgotne charknięcie. Jeżeli usłyszy więcej złych wiadomości, wciągnie tyle smarków, że nie zostanie mu w żołądku miejsca na śniadanie. Ma czterdzieści kilka lat, ale wygląda i zachowuje się, jakby był znacznie starszy. Od ramion w górę przypomina mi krewetkę, zawsze nad czymś pochylony, czy to nad jedzeniem, czy pracą.

Rosaleen powraca z irlandzkim śniadaniem na talerzu. Jest tego tyle, że można by tym wyżywić wszystkie dzieci owych stu pracowników fabryki, którzy właśnie stracili pracę.

Arthur znowu potrząsa głową jak koń. Jest zadowolony z posiłku.

Rosaleen staje przy mnie i nalewa mi herbaty. Oddałabym wszystko za imbirowe latte, ale posłusznie wlewam mleko do filiżanki i upijam trochę. Rosaleen obserwuje mnie, a ja nie odwracam wzroku, kiedy przełykam.

Nie wiem, ile dokładnie Rosaleen ma lat, ale zgaduję, że czterdzieści parę. Niezależnie od jej rzeczywistego wieku, wygląda dużo starzej, jeżeli rozumiecie, co mam na myśli. W swoich kwiecistych, zapinanych na guziki sukienkach, z halką pod spodem, wygląda jak z lat czterdziestych. Mama nigdy nie nosi halek i prawie w ogóle nie nosi bielizny. Rosaleen ma włosy mysiego koloru, długie do brody, rozpuszczone, z przedziałkiem na środku głowy. Zawsze zakłada je za małe, różowe uszy. Nigdy nie nosi kolczyków, nie robi makijażu. Na szyi ma złoty krzyżyk na łańcuszku. Należy do tego rodzaju kobiet, o których Zoey powiedziałaby, że nigdy nie miały orgazmu. Obcinając tłuszcz z boczku (ku zgrozie Rosaleen), zastanawiam się, czy Zoey miała orgazm, kiedy uprawiała seks z Fiachrą. Potem wyobrażam sobie zniszczenia, jakich musiał dokonać kij hokejowy, i natychmiast w to wątpię.

Naprzeciwko naszej stróżówki, po drugiej stronie szosy stoi bungalow. Nie mam pojęcia, kto w nim mieszka, ale Rosaleen chodzi tam codziennie z jedzeniem. Trzy kilometry dalej jest poczta, mieszcząca się w czyimś prywatnym domu. Naprzeciwko poczty mają tu najmniejszą szkołę, jaką kiedykolwiek widziałam. W przeciwieństwie do mojej dawnej szkoły, gdzie przez cały rok odbywają się jakieś zajęcia, ta jest zupełnie opustoszała w ciągu lata. Spytałam, czy mają tam zajęcia jogi albo coś innego. Rosaleen powiedziała, że pokaże mi, jak samemu można zrobić jogurt. Wydawało się, że ta perspektywa tak ją uszczęśliwiła, że nie wyjaśniłam nieporozumienia. Pierwszego tygodnia przyglądałam się, jak robi jogurt truskawkowy. Drugiego tygodnia wciąż go jeszcze nie jadłam.

Stróżówka, która jest domem Rosaleen i Arthura, niegdyś chroniła boczne wejście do zamku Kilsaney. Było to w osiemnastym wieku. Główna brama w stylu gotyckim jest nieużywana i wygląda dość przerażająco. Za każdym razem, kiedy obok niej przechodzę, wyobrażam sobie zwisające nad nią obcięte głowy. Zamek został zbudowany jako fortyfikacja Granicy Normańskiej – oddzielającej obszar w Irlandii wschodniej pozostający pod kontrolą anglo-normańską, po ataku Strongbowa – gdzieś między rokiem 1100 a 1200, co jest datą mało precyzyjną. W każdym razie zamek został wybudowany przez watażkę normańskiego, stąd moje myśli o obciętych głowach, bo Normanowie tak właśnie robili z wrogami, prawda?

Cały obszar, czyli hrabstwo Meath, kiedyś nosił nazwę East Meath i wraz z – uwaga, uwaga – West Meath tworzył niezależną, piątą prowincję Irlandii, terytorium arcykróla. Stolicą „królewskiego hrabstwa” była Tara, położona zaledwie kilka kilometrów stąd. Cały czas wspomina się o niej w wiadomościach, ponieważ w pobliżu budują autostradę. Kilka miesięcy temu musieliśmy odbyć na ten temat dyskusję w szkole. Ja byłam „za” budową, ponieważ uznałam, że arcykról też chciałby mieć drogę szybkiego ruchu. Byłoby mu wtedy łatwiej dotrzeć do pracy, zamiast przedzierać się przez obsrane pola. Wyobraźcie sobie, jakie brudne miał po tym sandały. Powiedziałam też, że dzięki temu miasto będzie dostępniejsze dla turystów. Będą mogli dojechać do samego centrum albo robić zdjęcia, siedząc na górnym pokładzie autobusów turystycznych. Oczywiście stroiłam sobie żarty, ale nauczycielka, która przyszła na zastępstwo, oszalała. Myślała, że naprawdę tak uważam, a była w komisji, która usiłowała zablokować budowę. Jak łatwo jest przyprawić nauczyciela o załamanie nerwowe. Zwłaszcza takiego, który uważa, że może zrobić coś dobrego dla uczniów.

Mówiłam przecież wcześniej, że byłam okropna.

Po śmierci normańskiego psychopaty w zamku mieszkali inni możnowładcy. Zbudowali tu stajnie i szereg pomieszczeń gospodarczych. Co ciekawe, jeden z lordów, poślubiwszy katoliczkę, nawrócił się na katolicyzm i zbudował w podarunku dla rodziny kaplicę przy zamku.

Mama i ja dostałyśmy w prezencie basen.

Cała domena zamku Kilsaney otoczona jest „ścianą głodu”, której budowa miała zapewnić pracę dla głodujących podczas klęski głodu ziemniaczanego. Mur ciągnie się wzdłuż ogrodu i domu Arthura i Rosaleen. Za każdym razem, kiedy go widzę, dostaję gęsiej skórki. Gdyby Rosaleen kiedykolwiek odwiedziła nas w dawnym domu w porze obiadu, pewnie zaczęłaby budować ścianę głodu dla nas, bo nie jadamy węglowodanów. A przynajmniej nie jadałyśmy. Teraz pochłaniam ich ty­le, że mogłabym dostarczyć energii do wszystkich tych zamykanych fabryk, o których gadają w radiu.

Potomkowie władców Kilsaney mieszkali tu aż do lat dwudziestych dwudziestego wieku, kiedy to jacyś podpalacze nie dostali na czas wiadomości, że puszczają z dymem posesję katolików. Potem mieszkańcy zamku mogli już tylko gnieździć się w małej ocalałej części budynku, ponieważ nie stać ich było na naprawę i ogrzewanie całości. Wreszcie, w latach dziewięćdziesiątych, wyprowadzili się gdzieś. Nie wiem, kto jest obecnie właścicielem, ale zamek jest bardzo zaniedbany: nie ma dachu, schodów, ściany się walą. Wszystko porastają chwasty i krzaki, a w ruinach gnieżdżą się zwierzęta. Dowiedziałam się tego wszystkiego dużo wcześniej, dzięki projektowi w szkole. Mama zasugerowała, że powinnam zostać z Rosaleen i Arthurem na weekend i zebrać materiały na pracę domową. Rodzice pokłócili się tego dnia jak nigdy dotąd i tata dostał szału, kiedy mama zasugerowała, żebym wyjechała. Atmosfera w domu była tak fatalna, że z chęcią się stamtąd zmyłam. Poza tym moim wyjazdem mama chciała wkurzyć tatę, a ja czułam, że moim obowiązkiem jako córki jest uczynić jego życie piekłem, zatem posłusznie się podporządkowałam. Po dotarciu na miejsce nie byłam jednak zainteresowana węszeniem i odkrywaniem historii tego miejsca. Udało mi się wytrzymać z wujostwem do lunchu, a potem poszłam do toalety, zadzwoniłam do mojej filipińskiej niani Mae – którą musieliśmy teraz odesłać do domu – i kazałam jej przyjechać. Powiedziałam Rosaleen, że mam problemy z żołądkiem, i usiłowałam się nie roześmiać, kiedy zapytała, czy to może jej placek z jabłkami.

Esej o zamku ściągnęłam z internetu. Dyrektor szkoły wezwał mnie później do siebie i oblał za plagiat, co oczywiście było idiotyczne, bo Zoey też zerżnęła swój tekst o zamku Malahide słowo w słowo z internetu. Zmieniła potem parę zdań i dat, niektóre umyślnie na niewłaściwe, żeby nie wyglądało na kopię, i dostała wyższą ocenę niż ja. Gdzie tu jest sprawiedliwość?

Zamek otacza sto akrów ziemi. Arthur jest tu zarządcą i ponieważ ma dużo roboty, wychodzi z domu bladym świtem. Wraca dokładnie o piątej trzydzieści, brudny jak górnik. Nigdy nie marudzi, nie narzeka na pogodę, po prostu wstaje, zjada śniadanie, ogłuszając się audycją radiową, a potem wychodzi do pracy. Rosa­leen przygotowuje mu termos z herbatą i kilka kanapek. Arthur rzadko kiedy wraca do domu w ciągu dnia, chyba że zapomni czegoś z garażu albo musi skorzystać z toalety. Jest prostym człowiekiem, chociaż ja w to nie do końca wierzę. Nikt, kto mówi tak mało jak on, nie jest tak prostym człowiekiem, jak by się mogło wydawać. Trzeba coś w sobie mieć, żeby mało mówić, bo kiedy się mało mówi, to się myśli, i to dużo. Mama i tata gadali bez przerwy. Gaduły nie myślą wiele; słowa zagłuszają podświadomość, która mogłaby zadać pytania: „Dlaczego to powiedziałeś? Co tak naprawdę sądzisz?”.

W dzień powszedni i w weekendy zwykłam wylegiwać się w łóżku jak najdłużej się dało, dopóki Mae nie wyciągnęła mnie spod kołdry, krzyczącą i wierzgającą. Tutaj jednak budzę się wcześnie. Dom otaczają gigantyczne drzewa, w których gnieździ się liczne ptactwo, tak głośne, że budzi mnie o brzasku. Wstaję o siódmej, co jest w moim przypadku cudem, a w dodatku wcale nie jestem zmęczona. Mae byłaby ze mnie dumna. Wieczory tutaj również są długie. W dzień muszę się czymś zajmować, co jest dość trudne. Mnóstwo czasu do zabicia i prawie nic do roboty.

Tata zdecydował, że ma już dosyć życia, w maju, tuż przed moimi egzaminami do gimnazjum. Było to trochę nie w porządku, bo aż do dnia, w którym umarł, uważałam, że to ja powinnam być osobą pragnącą śmierci. Do egzaminów tak czy owak przystąpiłam i pewnie je oblałam, ale szczerze mówiąc, mało mnie to obchodzi. Myślę, że inni też się tym nie przejmują. Dowiem się o wynikach we wrześniu.

Cała moja klasa przyszła na pogrzeb taty. Jestem pewna, że byli zachwyceni, ponieważ mogli się urwać ze szkoły. Rozpłakałam się przy nich, ale uwierzycie, że byłam z tego powodu zażenowana? Po mnie rozpłakała się Zoey, a potem Laura. Fiona, koleżanka z klasy, z którą nikt nigdy nie rozmawiał, przytuliła mnie bardzo mocno i ofiarowała kartkę od całej rodziny, że o mnie myślą. Dała mi też swój numer telefonu i ulubioną książkę, mówiąc, że jeżeli kiedykolwiek będę potrzebowała z kimś porozmawiać, mogę do niej zadzwonić. Wtedy pomyślałam, że żałosne są te jej próby wykorzystania pogrzebu taty na zaprzyjaźnienie się ze mną. Teraz jednak uważam, że to najmilsza rzecz, jaką ktokolwiek dla mnie zrobił tamtego dnia.

Zaczęłam czytać książkę od Fiony zaraz po przeprowadzce do Meath. Była to historia o duchach. Opowiadała o dziewczynie, której nikt nie dostrzegał, nawet jej rodzina i przyjaciele, chociaż wiedzieli, że istnieje. Po prostu urodziła się niewidzialna. Nie zdradzę wam dalszej części historii. Powiem tylko, że wreszcie zaprzyjaźniła się z kimś, kto ją widział. Spodobał mi się ten wątek. Pomyślałam, że Fiona usiłowała w ten sposób dać mi coś do zrozumienia. Potem jednak, kiedy zostałam na noc w domu Zoey, opowiedziałam o wszystkim jej i Laurze. Obie uznały, że to najidiotyczniejsza rzecz pod słońcem i że Fiona jest większą wariatką, niż sądziły. Po namyśle dochodzę do wniosku, że coraz trudniej jest mi zrozumieć te dziewczyny.

Pierwszego tygodnia po przeprowadzce Arthur zawiózł mnie do Dublina, żebym mogła zostać na noc u Zoey. Podróż samochodem zajęła ponad godzinę i przez ten czas nie zamieniliśmy ani jednego słowa. Arthur rzucił tylko: „Radio?”. Kiedy kiwnęłam głową, włączył stację, w której gadali wyłącznie o problemach w kraju i w ogóle nie puszczali muzyki. Słuchał przez całą drogę, wydając co rusz wilgotne charknięcia. Cóż, lepsze to niż zupełna cisza. Po pełnej narzekań na Arthura nocy spędzonej z Zoey i Laurą czułam się pokrzepiona. Byłam znów sobą. Zgodziłyśmy się, że Arthur i Rosaleen zdecydowanie zasłużyli na miano Święconej Pary i że nie powinnam dopuścić, aby wciągnęli mnie w swoją dziwaczną egzystencję. Oznaczało to, że w samochodzie mam prawo słuchać, czego tylko sobie życzę. Następnego dnia jednak, kiedy Arthur przyjechał po mnie swoim brudnym land-roverem, z którego Zoey i Laura nie przestawały się śmiać, poczułam się nie w porządku w stosunku do wuja. Naprawdę, bardzo nie w porządku.

Konieczność powrotu do nie swojego domu, w nie swoim samochodzie, spania w nie swoim pokoju i prób rozmowy z matką, która też przestała wydawać się moja, sprawiła, że tym usilniej chciałam trzymać się ostatniej rzeczy, która wydawała się znajoma – tego, kim byłam. Może nie była to właściwa decyzja, ale zawsze coś. Dlatego w samochodzie zrobiłam wielką aferę i powiedziałam Arthurowi, że chcę słuchać czegoś innego niż on. Włączył więc moją ulubioną stację na jedną piosenkę, a potem tak się sfrustrował, słuchając Pussycat Dolls śpiewających o sztucznych cyckach, że mruknął coś pod nosem i znów włączył wiadomości. Wpatrzyłam się w okno z naburmuszoną miną, nienawidząc go i jednocześnie nienawidząc siebie. Przez pół godziny słuchaliśmy jakiejś kobiety, wypłakującej się na antenie o tym, że jej mąż właśnie stracił pracę w fabryce komputerów, nie może znaleźć nowej, a mają czwórkę dzieci. Włosy opadały mi na twarz i miałam szczerą nadzieję, że Arthur nie widzi moich łez. Smutne historie teraz naprawdę bardzo na mnie działają. Słyszałam o tym wcześniej, ale byłam odporna. Po prostu mnie nie przytrafiło się wcześniej nic okropnego.

Nie wiem, jak długo będziemy tu mieszkać. Nikt nie potrafi mi odpowiedzieć na to pytanie. Arthur po prostu milczy, mama z nikim się nie komunikuje, a Rosaleen nie jest w stanie poradzić sobie z pytaniem tej skali.

Moje życie nie toczy się zgodnie z planem. Mam szesnaście lat i powinnam do tej pory przespać się z Fiachrą i teraz siedzieć w naszej willi w Marbelli, codziennie pływać, jeść grillowane obiady, chodzić do nocnego klubu Angels & Demons i znaleźć sobie chłopaka numer dwa. Jeżeli pierwsza osoba, z którą się prześpię, będzie tą samą, z którą założę rodzinę, chyba umrę.

Tymczasem mieszkam w dziurze zabitej dechami, w stróżówce, z trojgiem zwariowanych ludzi. Najbliższym zabudowaniem jest bungalow zamieszkany przez kogoś, kogo nigdy nie widziałam, poczta urządzona w czyimś salonie, opustoszała szkoła i ruiny zamku. Nie mam absolutnie nic do roboty.

A przynajmniej tak sądziłam na samym początku.

Chcę zacząć moją historię od chwili, w której tu przybyłam.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz