Pamiętnik Morgana la Fayette - Meryem Czepulonis - ebook

Pamiętnik Morgana la Fayette ebook

Meryem Czepulonis

0,0

Opis

Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, utrzymana w konwencji pamiętników historia psa, którego los nie oszczędzał. W końcu zostaje cudem uratowany i adoptowany przez kobietę pracującą w wojsku. Tego dnia tych dwoje tak naprawdę ratuje siebie nawzajem. Rozpoczyna się historia przyjaźni aż po grób. Spostrzegawczy i inteligentny Morgan opisuje losy ludzi i zwierząt, których miał okazję spotkać. Jego szósty zmysł i doświadczenia życiowe powodują, że trafnie ocenia zachowania ludzkie i zwierzęce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 347

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



Meryem Czepulonis

Pamiętnik Morgana la Fayette

© Meryem Czepulonis, 2020

Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, utrzymana w konwencji pamiętników historia psa, którego los nie oszczędzał. W końcu zostaje cudem uratowany i adoptowany przez kobietę pracującą w wojsku. Tego dnia tych dwoje tak naprawdę ratuje siebie nawzajem. Rozpoczyna się historia przyjaźni aż po grób. Spostrzegawczy i inteligentny Morgan opisuje losy ludzi i zwierząt, których miał okazję spotkać. Jego szósty zmysł i doświadczenia życiowe powodują, że trafnie ocenia zachowania ludzkie i zwierzęce.

ISBN 978-83-8189-467-8

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

„Człowiek posiada wielki dar, dar mowy, ale większość z tego, co mówi jest puste i zwodnicze. Zwierzęta mówią niewiele, ale to niewiele jest prawdziwe i użyteczne; więcej trzeba cenić rzecz małą i prawdziwą, aniżeli wielkie oszustwo.”

Leonardo da Vinci Zapiski c. 1500 r.

Pamiętnik Morgana la Fayette

Mojej rodzinie.

„et in Arkadia ego, sum felix cum illis“. Krąg życia zatoczył koło.

Morgan la Fayette

Pozostawiam ten pamiętnik mojej rodzinie… Najwspanialszej jaką mogłem mieć; zarówno tej zwierzęcej jak i tej ludzkiej. Wiem iż wraz z moim odejściem mogą nadejść nieodwracalne zmiany w waszym życiu.Mam nadzieję, że dzięki tym notatkom cokolwiek się stanie, nie zapomnicie, że byliśmy rodziną. Może skomplikowaną, ale rodziną. Przepraszam jeśli czasami odbieraliście to tak, że najbardziej kochałem Ryszarda. Wiedzcie, że kochałem was wszystkich.Może dzięki temu wy na nowo zaczniecie się kochać.

Morgan la Fayette

Rozdział I — Rok 2007

Rok 2007; tak naprawę to właśnie wtedy się urodziłem, a właściwie przyszedłem na ten świat ponownie. Ludzie, którzy obchodzili moje urodziny uznali dzień adopcji, za dzień moich narodzin. Wtedy obchodziliśmy moje urodziny. Obchodziliśmy je razem wspólnie z moją ludzką i zwierzęcą rodziną. W pewnym sensie to były takie moje drugie narodziny i zarazem najlepszy czas jaki dostałem od losu. Teraz odchodzę i zostawiam im ten pamiętnik pełen wspomnień, gdyż wiem, że będą za mną bardzo tęsknić. Jak to wszystko się zaczęło… Teraz sobie z trudem przypominam. Tyle myśli, które chciałbym przekazać na raz. Po kolei… Może dam radę wszystko sobie przypomnieć.

*

Moja biologiczna matka była bardzo zmęczona, albowiem rodziła nas rok po roku. Mieszkała w tak zwanej „pseudo-hodowli“. Jej właściciela nie interesowało co się z nami dzieje. Tak naprawdę, w ogóle go nie obchodziliśmy; ani nasze zdrowie, wygląd, to czy mamy co jeść czy pić. Mieliśmy się wyłącznie dobrze sprzedać. Myślę, że z mojego rodzeństwa żyłem tak długo tylko ja. Kochałem moją biologiczną matkę i nawet kiedy byłem dorosły, zdarzało się, że mi się śniła. Wtedy mlaskałem przez sen i wyglądało to tak jakbym ssał od niej mleko.Nie potrafię już jej opisać. Jaka dokładnie była? Obraz mi się zamazuje. Dbała o nas jak mogła, choć mieliśmy prymitywne warunki. Nie mieliśmy nawet koca czy czystej słomy. Tak o to właśnie w małej brudnej stodole przyszedłem na świat. Ja Morgan la Fayette- wyżeł niemiecki krótkowłosy, choć wtedy nie miałem jeszcze imienia, a potem dostałem swoje pierwsze imię, leczy było ono zupełnie inne… Do historii przeszedłem jednak jako Morgan la Fayette.

Byłem uroczym szczenięciem i szybko ktoś mnie kupił. Taka brązowa kulka w śliczne symetryczne białe kropki, rozłożone na brązowym tle jakby za pomocą muśnięcia pędzlem. Odróżniałem się od większości wyżłów wyjątkowym umaszczeniem, które ponoć uchodziło za cenne. Tak mówiła o mojej dereszowatej maści Katarzyna. Czy była ona jakaś specyficznie inna?… Nie wiem, choć rzeczywiście wszystkie psy jakie znałem, nie wyglądały tak jak ja. Jedynie moja ukochana Eski miała na klatce piersiowej takie znamię. Miałem również obwódki wokół oczu, co również podwyższało moją wartość, albowiem nie wiele psów ma takie znamię. Pani, która była właścicielką ojca Eski bardzo mnie za to podziwiała. Mój pierwszy pan i moja późniejsza rodzina mawiali, że mam pomalowane oczy tuszem do rzęs, cokolwiek mieli przez to na myśli, bardzo im się to podobało.

Na buzi miałem hreczkę, co też uważano za dobrą oznakę. Sam nie wiem czemu, albowiem przez to większość ludzi odbierała mnie za starszego niż byłem naprawdę. Znawcom rasy, te cechy jednak się podobały. Po wielu latach dorobiłem się piegów na nosie. Nie byłem zadowolony z tego faktu. Powód był prosty, byłem jedynym psem w okolicy, który miał piegi. Ja sam nigdy nie uważałem się za jakąś piękność, jednak ci, którzy mnie znali zawsze starali się zobaczyć we mnie jakąś dobrą cechę. Może chcieli być po prostu dla mnie mili. Nie pamiętam czy od porodu miałem krzywe ucho. Zdaje mi się, że całkowicie straciło formę po wypadku. Jednak już od dziecka miałem bardzo szeroką głowę i to mnie nasza matka rodziła najdłużej. Pewnie dlatego tak bardzo byliśmy ze sobą zżyci.

*

Ten pan, który mnie kupił to był pan Antoni- starszy człowiek, o siwych włosach. Jego dokładny wygląd dziś już mi się zaciera w pamięci. Przypominam sobie też, że nosił duże okulary. Był to stary myśliwy, który mówił o mnie do swoich znajomych „mój wyjątkowy, ukochany deresz”. Uwielbiał mnie. Chodziliśmy razem na spacery, a potem gotowaliśmy razem różne potrawy. To przy nim pokochałem gotowanie. Siedziałem zawsze wpatrzony w niego, podczas gdy on dodawał te swoje magiczne składniki i wyczarowywał posiłki dla siebie i dla mnie. Uczył mnie polować, a także jak mam zachowywać się w domu. Często mnie przytulał, razem jedliśmy posiłki i oglądaliśmy telewizję. Czasem bawiliśmy się w noszenie butów. Wszystko robiliśmy razem. Święta też obchodziliśmy w samotności razem. Były bardzo skromne; razem zjedliśmy posiłek, a potem szliśmy na spacer do lasu. Jego dzieci czasem zadzwoniły, częściej jednak tego nie robiły. Pan Antoni nie stawiał w domu drzewka, gdyż twierdził, że „nie ma dla kogo”. Jak powinny wyglądać prawdziwe święta, miałem się dowiedzieć wiele lat potem. Może nie był bogaty, albo bardzo mnie kochał. Żyliśmy ze sobą bardzo krótko, ale zdążyłem go bardzo mocno pokochać.

Tak naprawdę, to nie interesowało mnie to ile ma pieniędzy; ważne, że był. Kochałem go. Mieszkał sam w starym domu. Czasem przyjeżdżały do niego wnuki i syn, ale rzadko. Potem przestali go odwiedzać. Od tego momentu z dnia na dzień robił się coraz bardziej smutny. Powtarzał, że: mają bardzo wiele obowiązków, bo są już dorośli, ale jak znajdą czas to go odwiedzą. Nie przyjeżdżali jednak i pan Antoni tak jak i ja odkrył, że zapomnieli o nim. Kochałem tego pana, dlatego potem zawsze miałem sentyment do ludzi, którzy mieli siwe włosy. Na widok starszych ludzi zawsze merdałem ogonkiem. Mieszkaliśmy w regionie zwanym Świętokrzyskie. To był piękny region. Maleńkie wzgórza porośnięte lasami. Pan często mówił, że to najstarsze góry Europy i choć dziś tego nie widać, kiedyś były ogromne.

To był wspaniały dom, ale pan Antoni umarł. Początkowo jego rodzina nie chciała mnie wziąć, ale syn pana Antoniego przekonał swoją żonę. Ta kobieta była bardzo złośliwa. Jej mąż nie był złym człowiekiem, ale bardzo się jej bał.

Myślałem, że będzie tak jak z moim panem, ale już nie było. Mimo iż Ci ludzie znali mnie od szczenięcych lat, nie traktowali mnie tak jak on. Jego syn nie chciał się ze mną bawić, choć kiedy przyjeżdżał ze swoimi dziećmi do nas często to robił. Tęskniłem za moim panem, ale nikt tego nie widział.

Myślałem, że będzie moją przybraną mamą, choć była człowiekiem. Nie była. Myślałem, że będzie choć trochę, jak ze starszym panem… Piękne dywany, kanapy, cudowne wnętrze, przytulające mnie dzieci. Początkowo było pięknie. Jednak pani domu przeszkadzało to, że szczekam. Potem przeszkadzało jej, że dzieci bawią się ze mną, podczas gdy powinny się uczyć, zamiast tracić czas na bzdury. Kiedy jej mąż wtrącał, ze jestem wyżłem, a psy myśliwskie potrzebują więcej uwagi ze strony człowieka, bo takie cechy przez wieki utrwalano w hodowli, brukała na niego jeszcze bardziej.

Często kłóciła się z mężem mówiąc: „wzięliśmy tego psa wyłącznie dlatego, że jest rasowy. Miał się na coś przydać. Jesteś teraz biznesmenem, więc powinieneś kandydować do Koła Łowieckiego. W pewnych kręgach, w których przecież chcemy być tak wypada. Dziesięć lat na to harowaliśmy, żeby nie być dalyj wieśniakami, a punami, a tymczasem co? Sprowadziłeś mi tego psioka i zamiast siedzieć grzecznie na podeście w legowisku on wszędzie łazi i na dodatek dywan chiński brudzi. Twój stary jak debil wydał tyle pienindzy na to coś. I na co, mógł dać nam. Po za tym psy powinno trzymać się na dworze, widziałyś, żeby na wsi kto trzymał psa w domu. Dej spokój nie chcę go i już. Męczy mnie to jego szczekanie, wieczne potrzebuje czegoś. Ja pomaluję paznukcie, a ten akurat wtedy musi wyjść. Wisz ile pienindzy idzie na żarcie dla niego, a ja muszę garderobę wymienić”.

Pan zawsze odpowiadał, że: „To rasowy pies, jeszcze szczeniak przeziębi się na dworze. Kobieto to my w końcu jesteśmy z miasta czy ze wsi. Już nie wiem czy jesteś już damą czy jeszcze wieśniaczką, bo brzmisz jak wieśniaczka. To kim jesteśmy się nie zmieni tak szybko. Przynajmniej ty o to dbasz. Szastasz pieniędzmi na prawo i lewo”. Wtedy rozpoczynała swoją scenę z płaczem. Szantażowała go, że odejdzie i zabierze cały jego majątek, a on: „zamieszka z psiokiem na ulicy”. Pan i tak jej w końcu ulegał i jej decyzja była ostateczna. W końcu zdecydował się na to, aby zrobić mi budę. Zamieszkałem na dworze. Tęskniłem za dziećmi i szczekałem. To jeszcze bardziej przeszkadzało tej pani, więc znów kłóciła się z mężem. Kiedy on przedstawiał jakieś argumenty w mojej obronie, ona nie słuchała go, po prostu mnie nienawidziła za nic. Dawała mi jeść wyłącznie kiedy on i dzieci byli w domu, a że ten człowiek długo pracował to właściwie cały czas byłem głodny. Nauczyłem się otwierać bramę poprzez popchnięcie jej moją głową i wtedy udawałem się pod sklep spożywczy. Ludzie wychodzili stamtąd z siatkami pełnymi jedzenia. Nie tylko ja tam przebywałem. Przychodziły jeszcze dwa psy. Jeden z nich nauczył mnie jak podbierać jedzenie z siatki tak, żeby nikt się nie zorientował. Wpierała jemu, że jestem krnąbrny i dlatego uciekam. Nigdy nie przyznała się, że porcje jedzenia, które dla mnie przygotował wyrzucała. Dla niej to był powód do kolejnej awantury i udowodnienia, że muszę zniknąć. Pewnego dnia kiedy pan wyjechał w delegację, a dzieci poszły do szkoły, oddała mnie pewnemu mężczyźnie. Swojemu mężowi i dzieciom powiedziała pewnie, że uciekłem, albo nie powiedziała nic. Nie szukali mnie. Człowiek do którego trafiłem był okrutny i podły. Tamta pani pewnie doskonale wiedziała, że żył z walk psów. Dlatego mnie oddała? Pamiętam, że dużo jej zapłacił. Wtedy zaczął się najgorszy okres w moim życiu. To było moje piekło. Tak poznałem ludzką naturę z jej najgorszej strony.

*

Tego miejsca nie można było nazwać domem, a im bardziej starałem się od tego miejsca uwolnić tym większe otrzymywałem baty. W końcu stałem się taki jak on chciał. Nie przestawał mnie bić nawet kiedy go gryzłem, dopiero potem zrozumiałem, że tego właśnie chciał. Przez pierwsze kilka tygodni w ogóle mnie nie karmił, a potem rzucił mi małego szczeniaka. Nie wiedziałem co mam z nim zrobić. Wtedy zaczął mnie bić, aż w końcu wyszczerzyłem zęby, w tym momencie rzucił tym szczeniakiem o ścianę tak mocno, że roztrzaskał mu czaszkę. I tak nas zostawił, mnie i tą małą bezbronną istotę. Miał ich mnóstwo, skąd je brał? Tego nie wiem, mnie trzymał w ciemnej ciasnej stodole. Robił to tak długo, aż w końcu zabiłem jednego z nich, dopiero wtedy otrzymałem jedzenie. Nie chciałem zabijać innych psów, nie chciałem walczyć, ale nie miałem wyboru. Kiedy tego nie robiłem bił mnie do krwi, nie przestawał nawet kiedy piszczałem. Tak mnie uczył, przyprowadzając bezdomne psy do ciemnej brudnej stodoły i jeśli nie rzuciłem się im do gardła, to bił do krwi. Mijały tygodnie, a tygodnie zamieniały się w miesiące. Nie jest prawdą, że tylko pitbulle biorą udział w walkach psów. Te potwory wykorzystują wszystkie psy, potrafią z każdego z nas zrobić bestię. Każdy z nas może przynieść im pieniądze. Ten mały szczeniak na pożarcie, jak i ten duży pies, który zabija. Rasa nie jest ważna, dla nich ważne jest wyłącznie to, żebyś zabijał, albowiem to daje im ogromne korzyści majątkowe. Miesiącami wystawiał mnie do walk i zbierał swoją gażę. Z dnia na dzień stawałem się coraz bardziej okrutny. Każdy z nas taki się stawał, dlatego walka była zawsze zacięta, bo każdy z nas wiedział, że z ringu może wyjść tylko jeden pies. Tego drugiego porzucą gdzieś w lesie, albo dobiją na miejscu. Nie jest potrzebny, gdy nie przynosi pieniędzy. Potwór znajdzie się nowego psa i stworzy kolejnego potwora. Nie mówimy o kilku tysiącach złotych, ale o kilkuset tysiącach euro za jedną walkę.

Rozdział II -Rok 2008

Ten potwór miał wspaniały dom, a jednak mnie trzymał w starej rozpadającej się ciemnej szopie, nie wypuszczał nawet na podwórko, aby nikt z jego sąsiadów nie wiedział o moim istnieniu. Jego dom znajdował się na uboczu, a mimo to ukrywał przed okolicznymi mieszkańcami swoją profesję. Posiadał prywatny samolot, którym się przemieszczał wraz z żoną. Wieczorami wyjeżdżaliśmy do ustalonych miejsc znajdujących się najczęściej w głębi lasu, bądź w czyjejś prywatnej piwnicy, czy kolejnej obrzydliwej starej szopie, która śmierdziała starą krwią. Płacono ogromne pieniądze, aby nas oglądać, a dodatkową nagrodę zgarniał właściciel tego psa, który wygrał. Nie miałem wyboru, aby przeżyć musiałem wygrywać. Udało mu się zamienić mnie w bestię. Przyznaję, że bardzo długo nią byłem. W końcu, któregoś dnia przeciwnik okazał się silniejszy, przegrałem i wtedy stałem niepotrzebny… Miałem pogryzioną twarz, naderwane ucho i nie miałem pośladka. Nie spełniłem jego woli, a więc po tej walce zbił mnie tak mocno kijem, że przetrącił mi miednicę. Nie drgnęło mu nawet oko, gdy to robił. Patrzył na mnie leżącego i nie ruszającego się z tym dziwnym zachwytem w oku. W jego oczach zobaczyłem, coś czego nie widziałem w oczach innych zwierząt. Tą tajemniczą iskierkę, która pojawia się wyłącznie w oku ludzkim, gdy zadaje ból komuś słabszemu dla swojej przyjemności. Takie oczy mają tylko ludzie, w tej jednej chwili. Nawet my podczas walk, takich oczu nie mieliśmy. Były one raczej smutne, niektóre były pełne dezaprobaty, a inne pogardy. Nie do przeciwnika, lecz do nich. Do tych wszystkich, którzy stali w koło, wykrzykiwali i rzucali pieniędzmi. Każdy z nas wiedział, co nas czeka. W tym momencie zrozumiałem, że ludzka natura kryje dziwny nie znany innym stworzeniom sekret. Tym sekretem była radość z zabijania. Żadne zwierzę nie czuje takiej radości nawet gdy poluje, albowiem traktuje to jako przymus. Tylko u ludzi widziałem taki wyraz twarzy. Nie miały go nawet demony, które mnie nękały. Tylko ludzie… Po czym spokojnie wyrzucił mnie pogryzionego z samochodu w zapomnianej wsi w Wielkopolsce z kilkoma domami i kościołem.

*

Nie wiem co mną powodowało, ale wiedziałem jedno, że muszę doczołgać się do tego kościoła. To była moja jedyna nadzieja. Nie wiem jakim cudem tam dotarłem. Musiało trwać to jednak długo, albowiem skóra zdarła mi się z brzucha.Chyba zajęło mi to kilka dni, a może czas tak po prostu wolno płynął. Do rany na moim pośladku zaczęły przylatywać muchy, a te oznaczają dla każdego zwierzęcia tylko jedno. Momentami próbowałem stanąć na swoich nogach i iść, ale niestety po paru ruchach odmawiały mi posłuszeństwa. Wyczerpany upadłem w takim miejscu, że ludzie chociaż koło mnie przechodzili i udawali, że nie widzieli mnie. To była niedziela, więc było ich bardzo dużo. Chodzili i wychodzili z kościoła, ale nie widzieli mnie.Niektórzy udawali, że nie widzą, ale widzieli bardzo dobrze. Inni rzucali, że: „to ścierwo powinno być stąd zabrane”. Mały chłopiec, który przechodził koło mnie po prostu mnie kopnął, wtedy zapiszczałem mocno, a jego ojciec nie zareagował. Potem śmiali się między sobą. Zauważył mnie dopiero on… mężczyzna w długiej do ziemi szacie, był ubrany inaczej niż wszyscy. Chciał mi pomóc, podszedł do mnie, ale nie wierzyłem w jego dobre intencje, więc wyszczerzyłem jak tylko mogłem zęby. Zrobił krok w tył i gdzieś poszedł. Czy mój głos dotarł do uszu mojego wybawcy, czy sam przyszedł kierowany jakimś wewnętrznym głosem, tak jak ja? Wrócił po jakimś czasie z kawałkami mięsa, które porozrzucał koło mojej twarzy. Ta porcja jedzenia była bardzo malutka, ale on powiedział, że w tym stanie muszę jeść małe porcje, ale bardzo często, w innym przypadku grozi mi śmierć od skrętu jelit. Mówił takie mądre rzeczy, ale mi tak bardzo chciało się jeść. Miałem pretensję, że wydzielał mi jedzenie. Minęło wiele lat za nim zrozumiałem o jakiej chorobie mówił. Bardzo dawno nie jadłem. Zapach jedzenia mnie pobudził, podniosłem lekko głowę i zacząłem jeść. Po raz pierwszy od dawna jadłem takie smakołyki. Widząc to uśmiechnął się do mnie. Na odchodne powiedział tylko, że wszystko będzie dobrze, tylko muszę starać się jeszcze trochę wytrzymać i dodał jeszcze, że im wszystkim powie: co o tym myśli. Gdzie odszedł i co w tym czasie robił? Dziś już wiem, że szukał ich. Przez otwarte okno było słychać jego głos… Próbuje sobie przypomnieć co wtedy mówił, choć nie wiem czy chce pamiętać…

„Nie interesuje mnie, kto z was przyjedzie? Czy to naprawdę takie ważne dla was pod czyją jurysdykcją jest moja miejscowość? Dzwonię już od godziny zarówno do jednych jak i do drugich. Wy się mienicie Towarzystwem Opieki nad Zwierzętami? Ten pies umiera.To wyczerpany szkielet, jest cały pogryziony, a wy się zastanawiacie nad tym, z której miejscowości mają przyjechać służby. Jest mi to obojętne, z której przyjadą, ale ktoś ma tu się zjawić. W końcu to wasz obowiązek by zbawiać zwierzęce dusze, tak jak moim zbawianie ludzkich. Jeśli w przeciągu dwudziestu minut nie przyjedzie tutaj żaden z was to zgłoszę to do telewizji, a gdy całą tą historię opowie ksiądz, to wiecie co będzie. Powiem o tym w niedzielnym kazaniu i dopiero się zacznie”, wrzeszczał zdenerwowany do słuchawki telefonicznej mężczyzna, wymachując rękami.

„A kazanie z ambony w następną niedzielę takie będzie, że Ci wszyscy co przechodzili koło tego zwierzęcia po nabożeństwie i udawali, że go nie widzą, oj dowiedzą się co o tym myślę. Dowiedzą się, już ja im powiem. Takich to chrześcijan mamy. Znieczulica i tyle.” dodał mówiąc do siebie, po czym rzucił słuchawką na biurko.

A potem zjawili się oni i zabrali mnie do miejsca, gdzie było wiele psów i wszystkie trzymane były w klatkach. Nie chciałem z nimi iść mimo iż próbowali mnie zabrać na różne sposoby. Starałem się ostatkiem sił walczyć. Zdecydowanie wolałem tego człowieka w tym dziwnym stroju, który nie pachniał tyloma psami. W końcu i on przyłączył się do tych ludzi wabiąc mnie jedzeniem. Dziś wiem, że ten człowiek był księdzem i tamtego dnia uratował mi życie. Zrobił dla mnie wszystko co mógł i gdyby mnie nie zauważył, pewnie bym tam umarł.

Byłem mimo wszystko słaby, więc niesiono mnie na noszach, kątem oka patrzyłem na te wszystkie psy.Były smutne, wiele z nich szczekało głośno i płaczliwie. Wiele z nich dzieliło jedną budę z innymi. Wiele też gryzło się: o miskę, o budę, o pozycję. Pomyślałem sobie, że to straszne miejsce i panują tu trochę zasady podobne do domu tego człowieka, który zmuszał mnie do walk. Oczywiście to miejsce było dużo lepsze. Czasem przychodziły dzieci i zabierały nas na spacer, albo inni ludzie, którzy nazywali się wolontariuszami. Było ich jednak za mało, więc wielu z nas nie wychodziło na spacery. Ci ludzie starali się z nami pobawić i dać trochę ciepła, jednak mieli drobną wadę, albowiem kiedy nadchodził wieczór- odchodzili. Zostawaliśmy sami. Starsze schorowane psy nie radziły sobie, nie były w stanie wywalczyć miski czy lepszego miejsca w budzie. Rano były znajdowane często martwe. Pracownicy też nie byli w stanie sprawdzić wszystkich klatek i załagodzić wszystkich konfliktów. Małe szczeniaki i kociaki szybko chorowały, jeśli nie znalazły w porę domu też umierały. Pracownicy dwoili się by znaleźć nam domy, ale było to trudne, bo dla wielu byliśmy albo nie do końca rasowi, albo felerni. Niektórzy przechodząc koło schroniska rzucali, że„ powinno się nas zabić, bo tylko szczekamy i jeśli tu trafiliśmy, to znaczy, że zasłużyliśmy sobie na taki los”. Te słowa, że: „zasłużyliśmy sobie na ten los“ słyszałem bardzo często. Nawet kiedy już znalazłem dom. Wielu się dziwiło, że moja ludzka rodzina podjęła taką decyzję, a niektórzy dodawali, że powinienem zdechnąć, bo skoro tam trafiłem, to znaczy, że byłem „felerny”. To miejsce tak samo wyzwalało najgorsze instynkty jak dom tamtego człowieka. Zastanawiałem się co będzie jeśli nigdy nie opuszczę tego miejsca? Zaniesiono mnie do białej sterylnej sali i przede mną stanął bardzo wysoki pan w zielonym fartuchu. Był naprawdę duży i muskularny. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będę się z tym panem spotykać do końca mojego życia. Dał mi nowe życie i miał być przy mojej śmierci. Chyba sam nigdy nie spodziewał się, że tak potoczą się nasze losy, a jego diagnoza nie będzie do końca trafna. Weterynarz oznajmił drobnej kobiecie, która wyłoniła się w drzwiach:

„Jeśli przeżyje to będzie cud, ale kto weźmie tak pokancerowanego psa. Złamana miednica już zaczęła się zrastać, kto wie co z tego będzie. W najlepszym wypadku będzie stawiał tylne nogi bardzo krzywo. Może mieć problemy z wypróżnianiem. W najgorszym… a ta szczęka, to też tragedia. Długo nie będzie mógł normalnie jeść. Ma też uszkodzony nerw w uchu, może dziwnie mu sterczeć. Jest bardzo wychudzony jak na psa tej rasy i zaniedbany. Musiał długo tam leżeć. Lewa noga też jest uszkodzona. Niepokoi mnie rana na pośladku, jest mocno zaropiała. Za późno, żeby ją zszyć. Jakiś pies go pogryzł. Liczne obtarcia podbrzusza. Musi brać silny antybiotyk. Spróbuje zrobić wszystko co w mojej mocy, ale jedno jest pewne; tu nie może zostać przynajmniej przez jakiś czas. Jeśli nie wstanie za cztery dni trzeba będzie go uśpić, na razie niech przejdzie do sali kwarantanny”.

Doskonale wiedziałem co znaczy słowo: „uśpić” i bardzo, bardzo chciałem żyć. Choć nie miałem sił, myślałem tylko o tym, jak za cztery dni mu pokazać, że przynajmniej mogę stanąć sam o własnych siłach, albowiem inaczej będzie po mnie.

Te kilka dni bardzo mi się dłużyło. Dłużyło bo nie wiedziałem co mam zrobić. Zastanawiałem się nad tym co ze mną będzie, a także wspominałem pana Antoniego i tego księdza. Prosiłem wszystkie możliwe duchy i boskie istoty o to aby móc chociażby wstać i pokazać temu człowiekowi, że jeszcze się do czegoś nadaję. Nie wiem jak to się stało… On też doznał szoku i nie umiał tego wyjaśnić do końca naszej znajomości. Leżałem nie ruchomo w klatce, otulony kocem. Właściwie wszyscy mieli smutną minę, kiedy koło mnie przechodzili. Kiwali głową na widok rany i byli zatroskani z tego powodu, że zostawiałem jedzenie. Ta pani o ciemnych włosach specjalnie dla mnie przynosiła mokrą karmę, abym łatwiej mi było ją zjeść. W tym pokoju w klatkach były też inne zwierzęta. Miały różne schorzenia. Wszyscy mieliśmy ten sam problem; uciec przed śmiercią. Był tam nawet orzeł ze złamanym skrzydłem, który bardzo głośno skrzeczał. Co się z nim stało? Tego nie wiem. Trzeciego dnia poczułem w sobie tą dziwną siłę, której nikt z nas nie mógł wyjaśnić. Zacząłem lepiej jeść. W końcu nadszedł ten dzień. Lekarz przyszedł nas oglądać i sprawdzić jak się czujemy. Kobieta, która nas doglądała opowiadała, o każdym z nas. Mówiła czy jemy, śpimy, wstajemy, jak tolerujemy leki oraz czy widzi po poprawę. Tylko przy mnie mówiła szeptem, a wyraz jej twarzy zmienił się.

Na wszelki wypadek przygotował zastrzyk, który odłożył na metalowym stole i zaczął mnie oglądać. Przez chwilę nie wiedziałem czy się uda, ale gdzieś wewnątrz coś mówiło, że tak. Podniosłem głowę i spojrzałem na niego, a kiedy poszedł po strzykawkę; wstałem. Odłożył ją i powiedział: „Skurczybyku będziesz miał długie życie, skoro przeżyłeś takie coś”. Czy od tego momentu przestałem go lubić? Nie to raczej było takie nasze wyzwanie, taka tajemnicza gra, ot taki pokaz siły. Bo kiedy bardzo byłem chory dawałem mu zrobić przy sobie wszystko.

„Powinien mieć na imię Morgan, to znaczy wojownik znikąd. Na jakiś czas zabiorę go do domu” — powiedziała ta dziwna pani, o ciemnych włosach.

Odpowiedział jej, że: „to dobry pomysł.” Tak też się stało.

*

Tak trafiłem do jej domu. Był miły, choć mały. Tak naprawdę to było malutkie mieszkanie na piętrze i sama musiała mnie wnieść po schodach. Po tym jak położyła mnie na kanapie, usiadła koło mnie bardzo zasapana.

Otrzymałem swój kocyk. Od dawna nie miałem kocyka i do tego położono mnie na kanapie. Denerwowały mnie jedynie jej koty, ale cóż począć. Kiedy jest się chorym na koty nie ma rady. Na wiele rzeczy nie ma rady, akceptuje się wszystko. Ta pani miała ich dużo. Trzeba było je znieść, nie miałem siły z nimi walczyć. W ostatnich dniach życia też nie miałem siły by walczyć z jednym z nich. Co więcej stwierdziłem, że tylko on może po mnie zająć się moją rodziną. Był tam jeszcze mały piesek, też kaleki jak i ja. Nie miał nóżki. Jakoś żeśmy się znosili, to wtedy polubiłem małe pieski. Tak ponownie zacząłem lubić inne pieski. Dużych miałem już nie polubić nigdy… Eh, oprócz tej jednej, mojej jedynej pięknej, idealnej, wybranki mojego serca. Małe pieski były dobre i bezbronne. Trzeba je było bronić. Mojego kolegę trzeba było bronić, bo koty go zaczepiały. Był bardzo dzielny i zaradny jak na małego psa. Małe pieski nie przeszkadzały mi już nigdy. Pory jedzenia były bardzo regularne, choć ja dostawałem jedzenie częściej. Po raz pierwszy w życiu nie zaatakowałem żadnego psa i nie musiałem o nic walczyć. Było bardzo dobrze, gdyby nie te bolące kości. Ta pani mówiła jednak, że tu zostać długo nie mogę. Bałem się tylko jednego, że tamten zły człowiek może mnie szukać i wrócę do niego. Z czasem zacząłem chodzić z tą panią i jej pieskiem do schroniska. Tam pracowała. Koty wygrywały- zostawały w domu. Ach te kociska! Nie lubiłem tam chodzić, gdyż zamykała mnie wtedy w boksie z dziesięcioma innymi psami.

Ten boks to był właściwie taki duży parkur z drewnianą chatą, chyba służył za lokalny spacerniak, ale z powodu wiecznego przepełnienia schroniska, już dawno zmienił swoją rolę. Nie lubiłem go, kojarzył mi się bardzo źle. Ludzie mnie oglądali, ale nie brali. Śmieszyłem ich bo chodziłem tyłem. Pamiętacie to przecież moi drodzy, tak jakoś wyszło… Po prostu wtedy mniej bolały mnie stawy.

Słyszałem jak jeden z wolontariuszy mówił, że jakaś rodzina się mną interesuje, ale nie są pewni czy mnie wezmą. Ci ludzie mieli wyżła bardzo podobnego do mnie, ale zmarł niedawno i nie wiedzieli czy są na to gotowi, aby przyjąć do siebie kolejnego psa. Po za tym bali się, że będą nas porównywać. Nie wiedziałem za bardzo co to znaczy, bo przecież już miałem swoją panią, dom, kocyk, kolegę i oczywiście kociska, które miały mnie prześladować do końca moich dni. Zastanawiałem się co to znaczy, że „ktoś się mną interesuje“. Pod koniec dnia wracaliśmy z tą panią do domu. Po wielu latach dowiedziałem się, że z tego boksu, w którym przebywałem najdłużej żyłem tylko ja i ta suczka bokserka. Była cała biała i urodziła się bez ogonka, miała też z problem z oczami. Z całej dziesiątki tylko my dwaj znaleźliśmy domy, reszta z psów umarła tam. Oprócz mnie do schroniska trafił w tym czasie jeszcze jeden wyżeł, a właściwie wyżełka. Trafiła tutaj z interwencji podczas, której została zabrana właścicielom. Była bardzo zaniedbana. Choć miała pięć lat, była ślepa na obydwa oczy, jeszcze większą ranę na pośladku niż ja, i do tego była prawie całkowicie łysa. Kompletnie nie umiała się poruszać sama i cały czas się obijała o meble w biurze schroniska. Ona również została adoptowana w tym samym czasie co ja. Trafiła do hodowców wyżłów szorstkowłosych i przy hodowli znalazła dom. Ci ludzie ją wykastrowali, a inne psy stały się jej oczami. Ona sama pomagała wychowywać szczeniaki swoim pobratymcom. Wspominam też z żalem tego małego pieska, który trochę przypominał Yorka, a trochę jakiegoś innego teriera. Tak bardzo chciał z nami jechać. Mimo wszystkich starań zmarł kilka miesięcy potem w schronisku, gdzie zaraził się jakimś paskudztwem.

Tak mijał mi czas do jesieni, psy przychodziły i odchodziły, w większości przypadków na tamten świat. Tak samo działo się z kotami. W końcu moja towarzyszka zaczęła zostawiać mnie tam samego na dłużej, a tego bardzo nie lubiłem. Chodziłem wtedy z jednego końca bramy do drugiego. Tamtego dnia kiedy się poznałem swoją przyszłą rodzinę, znów mnie zostawiła na dłużej samego i gdzieś wyjechała… wtedy zjawili się oni.

*

Nasze pierwsze spotkanie nie poszło do końca dobrze, a mimo to staliśmy się rodziną. On nazywał się Zygfryd, był to pan w średnim wieku. Ona była młodą kobietą, jego córką, nazywała się Katarzyna. Przypominacie to sobie? Ten dzień pamiętam doskonale. Było bardzo zimno, wiał silny wiatr. Chodziłem podenerwowany wzdłuż bramy, a za mną biegały inne psy. Moja koleżanka bokserka starała się trzymać jak najbliżej mnie. Pomagałem jej trochę w poruszaniu się, tak jak potem pomagałem Eski, a ona mnie. Nie zauważyliście tego prawdopodobnie nigdy? To ja zawsze uchodziłem, za tego, który potrzebuje pomocy. Ona się nie skarżyła. Na czym to ja skończyłem… A tak.

Mały piesek próbował schować im się pod siedzeniem samochodu, kiedy otworzyli drzwi. Z biura schroniska wyszła do nich nasza opiekunka- Andżelika.

Mieli kiełbasę dla mnie, moich kolegów i koleżanek. Rarytas, tu takich rzeczy się nie spotyka. Kobieta podała mi kawałek kiełbasy i bardzo chętnie wziąłem ją. Problem w tym, że cały czas byłem głodny no i tak jakoś wyszło, że wziąłem kiełbasę z palcem. Byłem strasznie chudy i ciągle chciałem jeść. Dopiero mój kochany Ryszard odkrył co mi jest. Powtarzał to jak mantrę, aż w końcu spełnili jego prośbę. Ja też podejrzewałem powód moich dolegliwości. W schronisku dali mi oczywiście leki na te paskudy, ale nie wiele one zdziałały. Moi przyjaciele od jedzenia mieli bowiem swoje uzbrojenie, gotowe do walki ze zwykłymi medykamentami. Ryszard miał rację, było ich dużo nie…

Kobieta nawet nie jęknęła, po prostu wzięła rękę. Po dziś dzień nie wiem czy cię bolało? W końcu nacisnąłem z całej swojej siły. Andżelika wrzeszczała jak oszalała, jednocześnie uniżenie przepraszając, za nasz pakt podpisany palcem. Andżelika popadła w swoisty obłęd. Zachowywała się tak, jakby koniecznie chciała wmówić Katarzynie, że ten palec ją tak strasznie boli, że zaraz umrze. Przy okazji krzyczała też na mnie. Nie po raz pierwszy słyszałem, jaki to jestem przerażający, groziła mi kwarantanną… Znowu, tam przynajmniej był święty spokój.

Katarzyna cały czas się uśmiechała, spojrzała na swój palec i zapytała czy to ja jestem tym psem z dużą głową na zdjęciu. Po kilku kolejnych dopytywaniach Andżeliki powiedziała tylko, że gorsze rany w życiu odnosiła, a palec jest i tak niesprawny od wielu lat. W końcu Andżelika udzieliła twierdzącej odpowiedzi, na zadane przez nią wcześniej pytanie.

Młoda kobieta stwierdziła, że jestem chudszy niż na zdjęciu i bardziej twierdząco niż pytająco zapytała czy mogą przyjechać do mnie za godzinę i zabrać mnie na spacer z innym psem by sprawdzić czy się polubimy. Zastanawiałem się co to znaczy? Nie wiedziałem o jakie zdjęcie chodzi. Dopiero potem, odkryłem co to jest komputer, internet i to, że ludzie spędzają przed tym ekranem wiele godzin. Taki złodziej czasu, którego my psy nie mamy. Przynajmniej nie wszyscy z nas. To zdjęcie potem znalazło się jako pierwsze w moim albumie. Rzeczywiście na tym zdjęciu prezentowałem się ładnie. Ktokolwiek je robił spowodował, że byłem atrakcyjny, albowiem widać było wyłącznie słodką głowę, z opuszczonymi uszkami i wielkimi oczami.Reszta niedoskonałości była skrzętnie ukryta.

Rzeczywiście tak jak obiecali, zjawili się ponownie za jakiś czas. Nie byli jednak sami, przyjechali z nią… Jaka ona była piękna. Kroczyła majestatycznie, wolnym, eleganckim krokiem. Taka idealna wyżlica… Nie to co ja. Na dodatek była jeszcze raz tak wysoka jak ja.

Gdzie ja tam do niej… na pierwszy rzut oka było widać, że od dzieciństwa miała pełną miskę i bardzo dobry rodowód. Wszystkie psy na nią spoglądały. Ona sama nie była jednak zadowolona z tego powodu, czuła się niepewnie widząc i czując zapach tylu psów. To miejsce się jej nie podobało, a komu może się podobać.

Mały Fafik znów próbował się schować im w samochodzie. To on był tym starszym, małym pieskiem trochę podobnym do Yorka. Fafik był sympatyczny. Fafik znalazł dom później, ale nie dane było mu się nim cieszyć zbyt długo, wkrótce po adopcji zmarł. Tak wiele lat szukał domu, że w końcu jego serce nie wytrzymało. Ponoć pierwsi właściciele wyrzucili go za to, że jednak nie był do końca Yorkiem. Był smutny, kiedy wyjęli go spod fotela. Schował się pod niego i zaczepił łapkami wykładziny niczym kot.

A jednak ta piękność przyjechała odwiedzić mnie. Poszedłem z tą dziewczyną na spacer i wszystkie psy mi tego zazdrościły. Miała na imię Eski Sarayi Beglerbey. Rzeczywiście była utytułowanym wyżłem; córką i wnuczką sławnych wyżłów.

Jej ciotka była legendą, ale szybko zachorowała na raka. Prawdopodobnie guz utworzył się z krwiaka, po tym jak podczas polowania wpadła pod samochód. Wiele lat walczyła, jednak rak spowodował, że nie mogła mieć dzieci. Katarzyna dorastała wraz z nią. Nazywała się Josephine. Kiedy Josephine była jeszcze młoda miała uratować życie jakiegoś człowieka.

Byli z nią bardzo związani dlatego tak bardzo chcieli po jej śmierci, mieć kogoś spokrewnionego z nią. Ojcem Eski, był nie kto inny jak słynny Car II, a ten z kolei był bratem Josephine. To był pies znany w całej Europie. Był też ostatnim, który żył z tej linii. Tak Eski trafiła do nich. Car II zmarł równo w pierwszą rocznicę śmierci swojej siostry Josephine.

O czym to ja pisałem? Andżelika wzięła smycz i mnie przypięła, po czym oddała w ręce Katarzyny. Jaki ja byłem dumny z tego, że idę z taką dziewczyną na spacer. Nieopodal było pokopalniane jeziorko. Choć sam teren był bardzo zaniedbany i zaśmiecony, to woda w jeziorze była naprawdę wyjątkowa i nie bez powodu nazywano je czasem: „szafirową wodą” lub „karaibską”. Ponoć jakiś minerał zabarwiał tak tutejszą wodę.

Cóż, nie powiem kiepsko na tej randce wypadłem. Ona bardzo chciała się bawić, a ja totalnie ją olałem. Cały czas miałem nos przy ziemi i szukałem jedzenia. „Jedzenie, jedzenie, jeść, jeść” ta myśl cały czas przelatywała przez moją głowę. Pewnie osiągnąłem największe dno kiedy zjadłem jakąś starą kupę. Cóż na głodzie… Schamiałem przez te wszystkie miesiące, taka była prawda. Potem mi to wypominali, że pies, który musiał robić kupę na gałąź sosny, aby mieć podtarty tyłek zrobił coś takiego. Po za tym, podczas pobytu w schronisku, byłem na spacerze tylko raz z jedną z wolontariuszek. Ten spacer też nie należał do udanych. Młoda dziewczyna musiała mnie mocno trzymać kiedy poczułem zapach królika. W takich miejscach tak naprawdę można tylko schamieć, wiem to po sobie. Jednak bez takich miejsc wielu z nas nie przeżyłoby. Życzyłbym jednak sobie, żeby kiedyś nie było takich miejsc, a zwierzęta miały swoje domy od narodzin po śmierć. Pomimo tego prymitywnego zachowania, nie doszło pomiędzy nami do żadnych konfliktów. I tak spacerowaliśmy do wieczora, aż przyjechały jakieś trzy panie. Tych dwoje się niecierpliwiło, bo były gdzieś daleko a im zależało, żeby do nas przyjechały. Ta pani, która miała przyjechać była żoną Zygfryda, a kobiety, które jej towarzyszyły były z nią spokrewnione. Kiedy przyjechały podpisali papiery. Wsiadłem do samochodu i pojechałem z nimi do ich domu.

Tam czekał na mnie starszy pan. Nazywałem go: „panem dziadkiem”, albo „panem Ryszardem”. Oni mówili do niego po prostu: „Ryszard“. Katarzyna nazywała go także dziadkiem. Od razu go pokochałem, był taki podobny do mojego pierwszego pana Antoniego. Też miał siwe włosy i duże okulary. On też od razu mnie polubił. Postanowiłem, że będę z nim cały czas. Nie chciałem, żeby odszedł tak jak mój pan Antoni. Przez całe życie bardzo się o mnie troszczył, a ja o niego.

*

Eski Sarayi Beglerbey, takie dziwne imię nosiła moja przyjaciółka. Jak każde imię pochodzące ze wschodu coś znaczy. Ponoć jej imię oznacza: „Stary Pałac Władcy Władców” i odnosi się do siedziby kobiet sułtana Państwa Osmańskiego. Rodzina matki Eski i ten pan, który przyszedł z nią wiele lat pracowali razem w Turcji. Mówili, że to były dobre lata, a ludzie byli tam tolerancyjni. Wszyscy spędzali święta razem, nawet jeśli nie wierzyli w to samo. Sąsiedzi sobie pomagali, a nie obmawiali. Cokolwiek to znaczyło, chyba darzyli te czasy sentymentem. Może było tak tylko dlatego, że byli wtedy młodzi. To właśnie dlatego Eski otrzymała takie imiona i przydomek. Zdecydowanie pasowały do niej. Oddawały jej piękno i charakter, a umiała być charakterna. To właśnie w tamtych czasach mały chłopiec chodzący ze swoim wujkiem na polowania, słuchał opowieści od cudzoziemców o pięknych psach z ogromnym sercem. Rasa ta była wtedy w Turcji nieznana. Kiedy dorósł postanowił wraz z kilkoma przyjaciółmi sprowadzić psy do swojego kraju i rozpocząć hodowle wyżłów. Był pionierem i mało kto wierzył, że psy poradzą sobie w innym klimacie. Jego hodowla stała się jednak tak słynna i utytułowana, że dzięki niemu przedstawiciele naszej rasy zaczęli się pojawiać początkowo w Grecji, a potem w innych rejonach Bałkanów. Zygfryd z Galiną robili wszystko, żeby Katarzyna nie pamiętała tamtych czasów. Ata odnalazł ją w mediach społecznościowych, dzięki zdjęciom Eski i bloku, w którym mieszkali. Zostali na nowo przyjaciółmi i współpracowali w kwestiach hodowlanych. Jego restauracja jest dalej najlepszą w słynnym kurorcie nadmorskim, a on sam rozpoczął całkiem nie dawno nowy pionierski projekt. Sprowadził brytyjskie pointery.

Mój nowy dom. Początkowo podało mi się, że z nią jadę. Potem jednak przypomniałem sobie o moim koledze i tamtej pani. Moja pierwsza noc również nie należała do najlepszych. Dałem wtedy popis swoich umiejętności dewastacyjnych. W sumie nie mogli wiedzieć tego, że boję się ciemności z powodu tego, że ten psychol zamykał mnie w ciemnej szopie i tam torturował. Moją przeszłość poznali znacznie później.

Zamknęli mnie w pokoju i zgasili światło. Cóż owszem miałem swoje prywatne legowisko w postaci bardzo starego wygodnego fotela i kocyk. Dostałem też pierwszą w życiu psią zabawkę. Tą pomarańczową piłkę, pamiętacie ją jeszcze? Miałem pokój do swojej dyspozycji. Eski spała ze swoim panem.

Jednak tak bardzo bałem się ciemności i bycia samemu. Stare koszmary i wspomnienia wróciły… Przepraszam was za to, że zdewastowałem wam wtedy te piękne meble w salonie. Nie wiem kiedy polubiłem was bardziej. Może właśnie wtedy, gdy po prostu na dźwięk wydany przez ostatnie tchnienie japońskiego wazonu, Katarzyna weszła do pokoju i zapytała po prostu:,,Co się stało?”, po czym usiadła przy mnie, pogłaskała mnie i opowiedziała mi pewną historię:

„Wiesz dawno temu żył pewien król, który był bardzo potężnym władcą. Podbił prawie cały ówczesny znany świat. Miał konia, który był mu bardzo oddany. Uratował go przed rzeźnią. Koń choć był piękny nie dawał się okiełznać i był agresywny. Alexandroes podszedł do niego i popatrzał mu w oczy. Tamtego dnia Słońce świeciło bardzo mocno. Król patrzył na niego, a potem na siebie i na ziemię. Władca trzymał konia za uzdę, chodził z nim i cały czas spoglądał to tu, to tam. Lud bardzo się dziwił temu co robił ich władca, a niektórzy krzyczeli: „do rzeźni z nim“. W końcu król popatrzył w niebo i gdy chmury naszły na Słońce wsiadł na konia i wykrzyknął: on boi się po prostu własnego cienia. Od tego momentu stali się nierozłączni. Koń był bardzo wierny i kiedy zmarł w Indiach, Aleksander ku jego czci założył po dziś dzień istniejące miasto. Ty w pewnym sensie też boisz się własnego cienia, ale czuję, że jesteś wyjątkowy. Zostawię ci światło. A wazonem i krzesłami zajmiemy się jutro.”

Po raz pierwszy od dawna nikt za nic mnie nie bił, a ten wazon przecież był taki ładny i pewnie drogi. Chciałbym poznać tego króla, który zrozumiał tego konia. Chyba wiele z nas chciałoby trafić do takich domów, gdzie będą nas rozumieć, a nie oddawać do schronisk gdy zmieni się wystrój wnętrza, czy na świat przyjdzie „ludzkie szczenię”, a my zwierzaki jesteśmy już wtedy zbędne, bo byliśmy tylko po to, aby przetestować czy partner nadaje się na rodzica. Ludzie co raz mniej nas rozumieją może przez to, że ich kontakt z naturą jest już prawie żaden. Katarzyna zawsze mówiła, że współcześni ludzie całkowicie zapomnieli prawa natury. Jedynie w Azji i w lasach Ameryki żyją ludzie, którzy je jeszcze pojmują, ci drudzy nazywali się Indianami.

*

Pierwszy dzień w nowym domu był zdecydowanie bardziej przyjemny od nocy. Długo bawiłem się z Eski. Właściwie to bawiliśmy się cały dzień i pozwolono nam latać po całym domu. Chyba wtedy znowu coś strąciliśmy… A tak to było to zakurzone, wielkie straszydło z suszonych kwiatów, o którym Zygfryd mówił, że: pragnie aby to badziewie zniknęło, bo jedynie co robi to trzyma kurz, a po za tym to prezent od „pasożytów“. Galina jednak upierała się przy tym, aby to coś stało, choć jej samej przeszkadzało w poruszaniu się po pokoju. Wazon był naprawdę duży. Stał na metrowej nodze i miał powtykane różne suche rośliny, nawet nie były to kwiaty tylko jakieś trawy. Kiedy się zbił-jakoś nikt nie płakał, a Zygfryd delikatnie się uśmiechnął. Był to jeden z tych bezużytecznych prezentów, które ludzie boją się wyrzucić, aby nie zrobić komuś przykrości, a jednocześnie nie wiedzą co z tym zrobić. W końcu byliśmy tak zmęczeni zabawą, że nas rozdzielono i zmuszono do spania. Może mieli trochę racji. Ja na pewno bym dostał w najbliższym czasie zawału z powodu uczuć do tej dziewczyny, ale ona pod tym względem była całkowicie bierna. Mogłem jeść i bawić się non stop. Tamtego dnia kiedy moja młodsza pani nakładała mi jedzenie i wzięła mi miskę, aby mi dołożyć trochę mięsa, wyszczerzyłem zęby i nie chciałem oddać miski. Przepraszam za to, ale wtedy sądziłem jeszcze, że już więcej nie dacie mi jeść. Nigdy więcej tego nie zrobiłem. Ona znów nie zrobiła nic, tylko stwierdziła, że przejdzie mi to z czasem.

Kilka dni później Ryszard stwierdził głośno i wyraźnie, że mam tasiemca, albowiem on w czasie wojny też miał tasiemca i wie jak to jest. Wywołała się gorąca dysputa odnośnie mojego karmienia, wagi i prawdopodobnych „sublokatorów”, która wcale nie zmniejszała mojego zapotrzebowania na jedzenie. Jedzenie widziałem wszędzie, a na wadze nie przybierałem, mimo iż Ryszard wymyślał mi najróżniejsze dania. Ryszard w końcu ogłosił wprost, że kiedy ma się tasiemca to jest się wiecznie głodnym i nie przybiera się na wadze, a robal potrafi nawet oddziaływać na psychikę i mózg. Na odpowiedź Galiny, że: „byłem odrobaczany w schronisku”, dodał tylko, że to nie znaczy, że wszystkie robale wyszły lub nie odrosły, mógł przecież zjadać z głodu kupy innych psów. Ryszard doskonale wiedział co mówi, jakby odgadywał moją psychikę i to co robiłem w przeszłości. Cóż w schronisku zdarzało mi się być jak ludzie z legendy o Buddzie, którego historię potem poznałem, a dziś jego naukę absurdalnie się wypacza.

*

W końcu Galina wyjechała do sanatorium. No i było jakoś inaczej, tak trochę dziwnie, choć Zygfryd się cieszył, że nikt nie marudzi. Powoli zaczynałem poznawać tych ludzi i odkrywać ich lepsze i gorsze strony. To była skomplikowane rodzina, ale nas kochali bardzo, co zaś się tyczy miłości do siebie nawzajem… Z tym już różnie bywało. Szybko przywiązałem się do mojego Ryszarda i pilnowałem go jak tylko mogłem. Nie chciałem, żeby stało mu się to co panu Antoniemu. Chyba czasem go denerwowałem, zwłaszcza gdy pchałem się z nim do łazienki, ale traktował to ze stoicką cierpliwością. Pan Dziadek zaczął być trochę smutny, więc zdecydowałem, że będę z nim spał za wszelką cenę. To też chyba go denerwowało, bo w końcu dostałem poduszką w głowę. W sumie, mogło mu być niewygodnie, zwłaszcza, że bardzo chciałem spać przytulony do jego policzka i za każdym oddalającym jego ruchem, przyciskałem się do niego bardziej. Mój kochany siwy pan stwierdził, że muszę wreszcie nauczyć się chodzić przodem, a nie ciągle tyłem. Oznajmił wszystkim, że zamierza ze mną ćwiczyć. Opowiedział wtedy historię o swoim psie imieniem Zenta.

Był pies, którego przygarnął, podczas II Wojny Światowej. Pozostawił go pewien Niemiec, który uratował Ryszardowi życie. Ryszard z żoną przygarnęli psa. Otworzyli swój własny sklep i wiodło im się całkiem dobrze. Kiedy urodziła się Galina, Zenta pilnowała jej na tyle dobrze, że Helena mogła zostawić wózek z dzieckiem przed sklepem wraz z psem. Miała pewność, że nikt dziecka nie tknie, albowiem Zenta zdecydowanie na to nie pozwalała. Jednocześnie Galina mogła trzymać w jej pysku rękę lub własną głowę. Wspominał też jak jeździł z nią na motocyklu, trzymając przed sobą na kolanach, bądź wożąc ją w przyczepie. Potem wszedł nowy ustrój i ktoś doniósł na nich, że prowadzą prywatny biznes. Tacy ludzie… Mieli być aresztowani. Inny człowiek, z kolei powiedział im o donosie. Spakowali się i musieli uciekać, jednak nie mogli jej wziąć ze sobą. Zenta zamieszkała u ich sąsiadów, miała tam ponoć dobrze. Byli blisko zaprzyjaźnieni. Powtarzał, że podczas wojny widział wiele okrutnych rzeczy, ale najgorsze co widział w swoim życiu to płacz psa. Widział to tylko raz, kiedy odjeżdżali i Zenta wyszła za nimi na ulicę, kiedy ją głaskał z oczu leciały jej łzy. Cały czas powtarzał: „To było najgorsze co mogłem kiedykolwiek zobaczyć”. Nie mógł ścierpieć tej decyzji i kiedy mieliśmy się rozstać opowiadał tylko o tym. Nie wybaczył sobie tego, że ją opuścił.

Ten Niemiec nauczył go też pewnych metod rehabilitacyjnych, które wojskowi stosowali, aby pomoc swoim zwierzętom po urazach. No i zaczęliśmy ćwiczyć… dzień w dzień… robiliśmy to do znudzenia przez kilka godzin. Traktowałem to bardziej jak zabawę niż ćwiczenia. Ryszard masował mi nogi i robił z nimi coś co nazywał rowerkiem. Nie powiem, że miał łatwo. Nie byłem jeszcze wtedy zbyt dotykalski, ale szybko odkryłem, że to co ze mną robi powoduje, że kości mnie mniej bolą. W końcu pozwoliłem mu wykonywać wszystkie możliwe zabiegi pielęgnacyjne. Nie przeszkadzało mi nawet czyszczenie uszu, czy zakrapianie oczu; byłem bowiem alergikiem na pewne pyłki. Latem po bieganiu po polu zawsze byłem spłakany jak przysłowiowy bóbr. Ryszard mógł zrobić przy mnie wszystko. Tak zostało, aż do dnia kiedy zmarł. Na razie jednak mieliśmy jeszcze wiele wspólnych lat przed sobą.

*

Wbrew zaleceniom Galiny, która zabroniła Zygfrydowi jeździć ze mną do lasu, abym się nie zgubił podczas spaceru; wybraliśmy się tam. Ja, Zygfryd, Eski i Katarzyna pojechaliśmy na mój pierwszy wspólny spacer do lasu. Dzień wcześniej spadło trochę śniegu, więc krajobraz sosnowego lasu był milszy dla oka; czuć było już zimę. To były jeszcze lata kiedy padał śnieg. Śnieg zawsze mnie cieszył i to była moja ulubiona pora roku. Uwielbiałem patrzeć na te białe płatki, które pokrywały szarugę tego świata. Nie biegałem wtedy jeszcze luzem jak Eski, a byłem jedynie na smyczy.

Dość śmiesznie wyglądam na tych pierwszych rodzinnych zdjęciach z Eską. Nie dziw, że nie chciała takiego szkieletu jak ja. Szkieletu, który sięgał jej na dodatek do brzucha… Eski była bardzo zafascynowana pobytem w lesie; tropiła i węszyła. Umiała pracować „górnym wiatrem”, co bardzo niewiele psów potrafi. Ja zresztą też się tego nigdy się nie nauczyłem. To bardzo rzadka umiejętność, a wtedy dopiero była taka dostojna. Psy myśliwskie dziedziczą tą cechę po rodzicach w wyniku selekcji, ja się z nią nie urodziłem, ale umiałem wiele innych rzeczy. Z czasem miałem pokazać swoje umiejętności i wtedy staliśmy się słynnym duetem. Tamtego dnia przypominały mi się polowania i spacery z panem Antonim. Zacząłem sobie przypominać to czego mnie uczył, to kim naprawdę byłem. Naśladowałem ją. Po kilku tygodniach pamięć sama wróciła. Wiedziałem już, że jestem wyżłem i chcę nim być. Pozowaliśmy wtedy do pierwszych wspólnych zdjęć. Eski to uwielbiała, ja trochę bałem się tego dźwięku tej dziwnej maszyny i błysku, który wydawała. Nikt wcześniej nie robił mi zdjęć… Potem też mi się to spodobało. Zygfryd i Katarzyna ustawiali mnie tak, aby nie było widać moich żeber, dzięki temu wyglądałem na zdjęciach dość ładnie.

*

Jadłem za kilku, a Ryszard gotował dla mnie specjalnie dania o dużej zawartości kalorii. Stosował dla mnie jakąś specjalną dietę, która miała mi pomóc odbudować mięśnie. Dalej jednak powtarzał swoją teorię o tasiemcu niczym mantrę. W końcu młodszy pan uległ i wybrał się do weterynarza po leki na robaki. Cóż nie ma się czym chwalić… moi „sublokatorzy“ reprezentowali wszystkie istniejące gatunki na ziemi. W każdym razie młodszy pan stwierdził, że widział takie coś raz w życiu; kiedy za kiełbasę kupił Dżerego, którego właściciel i jego dzieci trzymali w budzie. Właściciel go bił, a jego dzieci wrzucały mu petardy do budy, aby szczekał. Tłumaczyli się, że dostali go w prezencie, ale potrzebują psa obronnego, „a to gówno nie potrafi nic, nawet nie szczeka”. Zygfryd odpowiedział, że wyżeł nie jest psem obronnym, a psem myśliwskim, a co za tym idzie jest przedstawicielem ras bardzo łagodnych dla ludzi i bardzo oddanych właścicielowi, a szczekać ma podczas polowania. No i po dłuższej awanturze kupił go za kiełbasę. Wtedy poznałem historię Dżerego. Pan dziadek miał rację. Robaki odeszły i już nigdy nie miałem mieć z nimi problemu. Nauczyłem się także chodzić już całkowicie przodem. No i po odrobaczeniu wreszcie zacząłem tyć. Raz tylko zachorowałem na psią jelitówkę. Tak, my też mamy swoją grypę jelitową, a ponieważ nie mogłem jeść, bo bardzo źle się czułem, a bałem się, że mogą mi zabrać jedzenie i już go więcej nie zobaczę… Wyjąłem całe jedzenie z miski i położyłem na swoim fotelu, po czym przy nim siedziałem, a właściwie to dla bezpieczeństwa na nim. Warczałem na każdego kto przechodził obok mnie. Katarzyna się ze mnie śmiała, zresztą reszta też. Ale wiecie jak to jest, kiedy zaznasz głodu, zawsze wolisz mieć coś na zapas. Leki pomogły i pod wieczór moje jedzenie trafiło tam gdzie powinno, czyli do mojego brzucha. Tylko fotel się pobrudził.

*

Dalej robiłem wszystko, aby móc spać z moim Ryszardem, a on zaczynał mnie mieć powoli dosyć. Po pierwsze nie umiałem spać w ciemnym pokoju, a on umiał tylko przy zgaszonym świetle. Cały czas starałem się też do niego przytulić, a on kiedy spał się obracał… Kiedy się obracał, ja przysuwałem się do niego coraz bardziej, w ten sposób właziłem na niego. Jeszcze kiedy byłem z panem Antonim nauczyłem się otwierać drzwi, także zamknięte na klucz nie dawało nic, więc Ryszard nie miał gdzie uciec. Galina długo nie wracała, więc Katarzyna, w końcu zdecydowała się przygotować drugą kołdrę i poduszkę. Chciała w ten sposób uwolnić Ryszarda z tego patosu.

Po raz pierwszy w życiu miałem swoją pościel. Pan Antoni pozwalał mi spać na poduszce, która była wyłącznie dla mnie, ulokowana pod kaloryferem, ale to było tak dawno… Teraz miałem nie tylko swoją poduszkę, ale też kołdrę. Eski nigdy nie przepadała za spaniem pod kołdrą, chowała się pod nią tylko podczas Sylwestra. Poduszki uwielbiała tak samo jak ja i układała się na niej tak samo jak jej ciotka; kładąc na niej wyłącznie głowę. Tak zacząłem spać z Katarzyną. Moja młodsza pani szybko odkryła, że zapach człowieka mnie uspokaja, więc spała z ręką przyłożoną do mojego nosa. Oczywiście spaliśmy przy zapalonym świetle. Kiedy miałem koszmary po prostu trzymała mnie za łapę. Chyba było jej niewygodnie. Bo początkowo nie chciałem wchodzić do łózka, więc cały czas miała spuszczoną rękę na moje piękne legowisko na podłodze. Rano zawsze masowała zdrętwiałą rękę, mimo jej zaproszeń do łóżka, nie chciałem tam wejść, ale coraz trudniej było jej utrzymać rękę. Po kilku nocach stwierdziłem, że chyba jest jej ciężko i niewygodnie, więc położyłem się obok. Taak… Miałaś do mnie cierpliwość. Spaliśmy tak chyba z dwa lata, a ty nigdy się nie ruszałaś podczas snu. Nie wiem kiedy zacząłem spać sam? Jakoś samo przyszło. Cóż ostatnią noc też musiałaś trzymać spuszczoną rękę, bo byłem za słaby, że wejść do łóżka. Przepraszam, że odtąd nie możesz spać przy zgaszonym świetle. Ja z czasem nauczyłem się spać bez światła i nie dewastować domu w nocy. Eski zawsze sypiała w pokoju Zygfryda. Coraz bardziej podobał mi się mój nowy dom, choć ci ludzie mogli potopić siebie nawzajem w łyżce. Tylko Ryszard był spokojnym duchem…

*

Nareszcie wróciła żona młodszego pana i zaczęły się dziwne przygotowania do jakiegoś święta. Katarzyna była trochę zmartwiona.

Wszyscy rozmawiali ze sobą długo o tym, że pojawiło się ogłoszenie ze zdjęciem psa, który jest bardzo podobny do mnie. Zdjęcie ukazało się na dwóch różnych stronach, ale w obydwu ogłoszeniach nic się nie zgadzało, oprócz zdjęcia. Ta osoba podawała kompletnie różne miejsce zaginięcia i w każdym ogłoszeniu był inny kontakt. Oglądali je kilkakrotnie i długo się zastanawiali co z nim począć, tym bardziej, że podane miejscowości były oddalone od siebie o dobrych kilkadziesiąt kilometrów, a mój nowy dom już o kilkaset. Zaczynałem się trochę bać, ale w końcu każdy z nich stwierdził to samo, że ktoś napisał ogłoszenie z ogromną fantazją, albowiem tylko nieliczni niczym politycy umieją tworzyć takie bajki i zapominać co powiedzieli przed chwilą. Zgadzało się wyłącznie zdjęcie, ale już nie reszta wydarzeń, która za każdym razem była zupełnie inna, podobnie jak i miejscowość. Katarzyna zdecydowała się sprawdzić jeden z podanych kontaktów. Nie wiem w jaki sposób, ale analizowała go kilka tygodni. W końcu udało jej się namierzyć tą osobę. Odkryła to czego tak bardzo się obawiałem. Ten zły człowiek mnie szukał, przypomniał sobie o mnie. Bałem się, że będą do niego dzwonić, ale oni zdecydowali, że nigdy tego nie zrobią. Uradowało mnie to. To wtedy zaczęli coś podejrzewać, a po wielu latach odkryli prawdę o mojej przeszłości.

*

W końcu Zygfryd zabrał mnie na spacer, sam na sam i zdecydował puścić mnie luzem. Oczywiście nie powiedział o tym nikomu i zrobił to wbrew woli Galiny. W tym zaśmieconym lesie, rozciąłem sobie nogę. Po raz pierwszy od dłuższego czasu pojechałem do weterynarza. Tam spotkałem żonę pana doktora ze schroniska, która również była lekarzem. Dobrze ją znałem, gdyż przychodziła pomagać mu w schronisku. Prywatnie była bardzo miłą osobą, ale po tym wszystkim miałem już dość weterynarzy i różnych zabiegów… Łapy zszyć i zabandażować żadnemu z nich nie pozwoliłem. To wtedy przestaliśmy się nawzajem lubić w godzinach pracy. Dzięki temu wydarzeniu byłem jednym z nielicznych pacjentów, których zapamiętała i zawsze kiedy spotykała moją rodzinę, pytała się o moje zdrowie. Otrzymałem też przezwisko ze względu na swoją awersję do lekarzy: „Morganisko“. Jednak kiedy byłem bardzo chory to nie buntowałem się i poddawałem się wszystkim zabiegom, wtedy już wszyscy wiedzieli, że jest ze mną źle.

Któregoś dnia udaliśmy się razem do kwiaciarni. Była to nawet miłe miejsce. Znajdowało się tam tak dużo roślin, wiele z nich pachniało, przez co miejsce nabierało klimatu, ale szybko przestało mi się podobać. Była tam ta młodsza kobieta, która była wtedy w schronisku z Galiną, kiedy mieli mnie zabrać. Ona chyba mnie lubiła, ale ja jej nie za bardzo. Kojarzyła mi się ze schroniskiem, a tam bynajmniej nie chciałem wracać i pachniała innym psem, równie silnym i ważnym jak ja… Pachniała alfą. Nie polubiłem jej już nigdy, choć z czasem jej obecność stała mi się obojętna. Dowiedziałem się, że ma na imię Ewa.

Trzeba przyznać, że bardzo starała się zaskarbić moją sympatię. Tak naprawdę nigdy nie chodziło o nią samą, ale o to z jakim miejscem się kojarzyła. To samo wydarzyło się podczas spotkania na spacerze z jedną z wolontariuszek, kiedy próbowała mnie przytulić… po prostu nie chciałem mieć żadnych wspomnień z tamtym miejscem.

*

W naszym domu pojawiło się drzewko- świerk. Zastanawiałem się przez chwilę, czy aby nie zrobiono nam frajdy i nie przyniesiono na okres zimy toalety do domu. Eski bardzo się cieszyła na widok drzewka, tak jakby wiedziała co się za tym kryje. Moja młodsza pani zawieszała różne ozdoby na choince. Mówiła o nich, że są „idioto-odporne”. Cokolwiek to znaczyło? Eski pomagała jej je zdejmować i przewieszać w inne miejsce. Zafascynowała mnie jedna zabawka, to była taka duża cała srebrna kula. Mieniła się kiedy padało na nią światło. Widziałem w niej swoją twarz, ale nieco zniekształconą. Kiedy dotykałem ją łapką ruszała się, a wraz z nią moje odbicie. Pokochałem tą zabawkę i od tej pory zrozumiałem dlaczego Eski tak lubi ten czas. Drzewko wydawało mi się tak piękne, że stwierdziłem iż je również trzeba pilnować, aby nikt go nie ukradł. Przeniosłem się więc ze spaniem pod drzewko. Działało na mnie magicznie, aż do końca moich dni. Potem nastał ten dzień… W nowym domu pod drzewkiem pojawiły się różne paczki. Moja rodzina ubrała się uroczyście, a Eski była bardziej radosna niż zwykle. Na stole znajdowały się różne dania; tak ładnie pachniało. Podzielili się czymś co nazywali opłatkiem również z nami. Potem zjedli wspólnie kolację. Ryszard jak zwykle siedział na szczycie stołu. My również dostaliśmy część z tych potraw. Potem wszyscy udali się do drzewka. Najbardziej cieszyła się Eski; ja sam nie wiedziałem czemu. Szybko wyjęła torbę podpisaną jej imieniem. Znalazła tam zabawkę i wędzoną kostkę. Katarzyna wyjęła taką samą paczkę z moim imieniem i podała mi ją, a potem dodała, że ta jest dla mnie. To był mój pierwszy świąteczny prezent. Moja kolejna psia zabawka wielokolorowa piłeczka i kostka. Kostka było bardzo dobra, ale miałem trudności, aby ją pogryźć. Dopiero po roku nie miałem problemów z gryzieniem, jednak na starość, problem znów wrócił. Tamtego dnia pokochałem święta. Czasem bawiłem się też niebieską piłeczką Josephine, nie wiem czemu mnie przyciągała? Moi synowie też mogli bawić się wyłącznie tą niebieską piłką, bądź czerwonymi piłkami. Inne kolory nie wchodziły w grę. Nauczyłem Eski i moje dzieci sprawdzać wszystkie paczki, aby wiedzieć czy są już dla nas prezenty. Sprawdzanie siatek miałem opanowane do perfekcji, bezdomność i głód szybko tego uczy. Z czasem zaczęliście stawiać je wyżej abyśmy nie sięgnęli. Katarzyno wiem, że po śmierci Ryszarda ubierałaś choinkę tak naprawdę wyłącznie dla mnie. Nie przepadałaś za świętami odkąd on zmarł. Dziękuję Ci za to. Ubierz ją czasem maleństwom, one też czekają na święta.

*

W Boże Narodzenie, tak jak kiedyś z panem Antonim pojechaliśmy do lasu. Wybraliśmy się tam gdzie Josephine uwielbiała polować. Po raz pierwszy oficjalnie puszczono mnie abym mógł pobiegać. Mój nieoficjalny spacer skończył się raną na nodze i rodzinną sprzeczką. Nie nadążałem jeszcze wtedy za Eski, choć bardzo chciałem. Noga dalej gdzieś uciekała. Przypomniały mi się spacery z panem Antonim i wtedy znów poczułem dziwny ciekawy zapach, który wydobywał się z norki. Niby pies, a nie pies… Niby kot, a nie kot. To nie był lis choć pachniał trochę i nim. Obudziłem wtedy jednego z najrzadszych i najpiękniejszych po wilkach przedstawiciela psowatych… jenota, jedynego przedstawiciela naszej rodziny, który zapada w sen zimowy. Japończycy go czczą i stawiają jego figurki w swoich domach. Tam jest symbolem szczęścia i chroni przed złem. Nikt nie robi mu krzywdy. Tu prawie zniknął, bądź jest trzymany w tragicznych warunkach na fermach skór, gdzie obdzierają zwierzęta prawie żywcem. Powód jest jeden, jego futro jest równie cenne jak futro z norek. Ponoć gatunek przybył tu z Rosji i jest szkodnikiem… Eh, któż nim tak naprawdę nie jest. Zwierzątko się obudziło i zaczęło biec co sił w nogach. W końcu podbiegła Eski i doszło do jednego wielkiego czołowego zderzenia.

Zygfryd krzyczał jakby nie wiadomo co się działo, w końcu rzucił w nas wszystkich celnie kijem i po wojnie. To był ostatni jenot jakiego kiedykolwiek wszyscy widzieliśmy, więc chyba zwierzątko nie jest takim szkodnikiem skoro prawie go nie widać.

Sylwester to najgorszy dzień w roku dla zwierząt domowych, a czasem i leśnych. Bardzo się go bałem i Ryszard musiał trzymać mnie na kolanach. Właściwie to zmusiłem go do tego. Był jednak zadowolony, głaskał mnie i przytulał. Eski również się bała, ale wolała się na ten czas gdzieś ukryć.

Lekarz przepisywał leki uspokajające, ale nie wiele one pomagały.Dopiero po wielu latach kiedy czułem, że w tym domu nie spotka mnie nic złego i słuch był już nie ten, przestało mi to przeszkadzać. Eski przez wiele lat w te dni chowała się w szafie, pod kołdrą, łóżkiem, bądź w łazience. Najgorzej było kiedy wciskała się pod łóżko, bo się zwyczajnie klinowała. Najbardziej jednak bał się mój syn, odkąd wnuczek sąsiada specjalnie wystrzelił w jego kierunku fajerwerki. Wszyscy wiedzieliśmy, że zrobił to specjalnie, albowiem zawsze bawiło go strzelanie z petard i kapiszonów w ich stronę, aby potem móc powiedzieć, że za dużo szczekają. Nie wiem czemu tak robił, przecież nigdy nic mu nie zrobiły, a jego siostra nawet się z nimi bawiła. Choć byliśmy psami myśliwskimi to jednak strzał z broni nie jest tym samym strzałem co dźwięk fajerwerków. Wielu ludzi nie odróżnia tego dźwięku, ale my tak. Miałem jednak to szczęście, że Katarzyna je rozróżniała. Była na wojnie i urodziła się z większym zakresem słuchu niż większość ludzi, ją też bolały tego dnia potwornie uszy.

Rozdział III -Rok 2009