Pamiętaj, że byłam - Beata Majewska - ebook + audiobook

Pamiętaj, że byłam ebook

Beata Majewska

4,6

52 osoby interesują się tą książką

Opis

Dalsze losy bohaterów znanych z powieści „Zapomnij, że istniałem”. Wciągający romans obyczajowy z dodatkiem wątków sensacyjno-kryminalnych oraz szczyptą erotyki.

Nikita dał słowo, że Weronika nie straci swojej rodziny, lecz okrutny los postanowił inaczej. Na oczach Nikity dziewczyna traci własne dziecko, całe dotychczasowe życie, pamięć i świadomość. To on przyłożył rękę do nieszczęścia Weroniki i teraz będzie musiał z tym żyć. Nikita szybko zapomni, bo ich ścieżki się rozejdą, a jego serce już dawno zmieniło się w kamień, lecz to nie koniec tej historii. Czasami największa miłość to ta, która nie ma prawa się wydarzyć...

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 398

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Redakcja: Justyna Techmańska

Korekta: Aneta Szeliga

Skład i łamanie: Robert Majcher

Copyright © Beata Majewska 2020

Projekt okładki: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

Zdjęcie na okładce: ©FXQuadro/Shutterstock.com

Zdjęcie autorki na okładce: Sylwia Lidak Fotografia

Copyright for the Polish edition © 2020 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie

Copyright for the Polish edition © 2020 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-927-8

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Dla Justi, przyjaciółki z leśnego zakątka, Twoja Bets ;)

Prolog

Najpierw był telefon.

Ojciec zadzwonił do niego, zaniepokojony zbyt długim milczeniem. O czym miał z nim gadać? Akcja się nie udała. Zaliczyli kompletną klapę. Nie, nie klapę, to była totalna katastrofa. Nikita nie lubił tracić ludzi, a tym razem prócz żołnierza poległ mały, niczemu niewinny dzieciak.

Ale od początku.

Bo właściwie od początku Nikita był przeciwny temu projektowi. Niestety ojciec jak zawsze uparł się i nie dał się przekonać, że werbowanie jakiegoś pośledniej wagi żołnierza nie ma sensu. Celem ojca był Rafał Snarski, koleś z bogatą przeszłością, były bokser, później pracownik firmy Mariana Kozaczyka vel Maniksa, polskiego mafioza, który trzymał w garści większość ludzi z gangsterskiego światka w Polsce, zwłaszcza tych, którzy zajmowali się handlem narkotykami, przemytem dóbr wszelakich i innych nielegalnych rzeczy między Azją a krajami Unii. Ojciec Nikity chciał mieć Snarskiego w swoich szeregach, nie przeszkadzał mu nawet fakt, że Snarski odszedł z firmy. A przynajmniej wydawało mu się, że odszedł, bo mafii nie dało się ot tak porzucić, wypowiedzenie umowy o pracę nie skutkowało, a obowiązki świadczyło się do śmierci którejś ze stron. Nielicznym ludziom z branży udawało się dożyć późnej starości, lecz nawet gdy ktoś miał to szczęście, i tak stale prześladowało go widmo przeszłości.

Kim był Snarski? Według Nikity zwykłym cynglem, natomiast ojciec widział w nim swoją wtyczkę. Sam Snarski próbował zapomnieć o dotychczasowym życiu. Uroił sobie, że będzie mógł wieść żywot uczciwego obywatela, założył firmę, taką zwykłą, legalną, biegał po urzędach, załatwiał sprawy, zatrudniał ludzi, dwoił się i troił, by jego kluby fitness i sklepy z suplementami dla sportowców przynosiły zyski, konsekwentnie odbijał połączenia przychodzące od byłego bossa, a wszystko to, bo się zakochał. Zakochał, ożenił, spłodził dzieciaka, założył rodzinę, która stała się dla niego centrum wszechświata.

Na nic się zdały prośby Maniksa, by Snarski wrócił na łono firmy. Były szef kusił go obietnicami wielkich sum, ale Snarskiemu już dawno przestała się podobać gangsterka. Opierał się skutecznie, bardzo możliwe, że w końcu Marian Kozaczyk machnąłby ręką, gdyby nie Ruscy. Ci coraz częściej wchodzili w interesy Kozaczyka, byli jak robactwo, z coraz większym trudem starał się ich pozbyć, a Snarski miał mu pomóc. Był jednym z najlepszych ludzi, których Maniks zatrudniał: bystry, lojalny i uczciwy. Prawa ręka. W Snarskim Maniks upatrywał ratunku, ale na próżno, ponieważ ani on, ani Rafał nie wiedzieli, że do gry wszedł ktoś trzeci, ktoś, kto pomiesza im szyki.

Był to niejaki Wasyl Donecki, ksywka Bolivar, ponieważ lubował się w najlepszych kubańskich cygarach. Ten człowiek zawsze dopinał swego, gdy tylko w jego głowie rodził się plan, niemal natychmiast go realizował. Tym razem wykonawcą miał zostać Nikita, pierworodny syn, w przyszłości dziedzic całej schedy po ojcu. Wasyl nie tylko przedstawił następcy swój plan, ale wymagał skrupulatnego wykonania. W akcji miała uczestniczyć Irina, niedawno przyjęta do firmy młoda wojownicza kobieta, zwerbowana prosto z moskiewskiej ulicy, gdzie bawiła się w detaliczny handel narkotykami. Co ważne, sama była czysta, a właśnie to stanowiło jeden z warunków przyjęcia do pracy. Sprawdzili ją, dziewczyna okazała się nieskalana żadnym świństwem, poszła więc na przyuczenie do zawodu i teraz mogła wziąć udział w swojej pierwszej akcji. Dostała nawet pseudonim, podobny do imienia, żeby było łatwiej zapamiętać: Irmina.

Plan był banalnie prosty: od dłuższego czasu ludzie Bolivara obserwowali niejaką Weronikę Snarską, żonę „obiektu”. Zamierzali uprowadzić kobietę wraz z dzieckiem, szantażem skłonić Snarskiego do spotkania i zmusić go do współpracy. Jednocześnie ich ofiara, zgodnie z wolą Maniksa, miała powrócić na łono swojej starej firmy i grać na dwa fronty, czyli na bieżąco donosić Doneckiemu o każdym ważnym ruchu Mariana Kozaczyka. Dwóch żołnierzy Bolivara obserwowało Snarską, a kiedy poznali jej rozkład dnia, przygotowali zasadzkę.

Na początku wszystko szło jak po sznurku. No, prawie. Nikt nie przewidział, że Snarska akurat w to konkretne wrześniowe popołudnie będzie miała wywiadówkę – była nauczycielką języka polskiego w liceum. Dlatego musieli rozpocząć akcję z małym poślizgiem, ale to w niczym nie przeszkodziło. Spotkanie z rodzicami skończyło się o piątej po południu, potem kobieta pojechała po syna do przedszkola, odebrała dziecko i razem z nim podjechała pod sklep. Nie był to żaden supermarket, lecz mały prywatny sklep wielobranżowy. Weszła do środka wraz z synem, zrobiła zakupy i wyszła. Dopiero kiedy wsiadła do samochodu, uprzednio zapiąwszy dziecko w foteliku za siedzeniem kierowcy, do akcji wkroczyła Irmina. Zastukała w szybę od strony pasażera, a kiedy Snarska ją opuściła, grzecznie spytała, czy mogłaby pożyczyć pięć złotych.

Irmina trzymała Snarską na muszce pistoletu i wskazywała drogę. Zgodnie z przewidywaniami, sterroryzowana kobieta nie oponowała, wykonywała polecenia, choć nie obyło się bez lekkiej histerii, cichego płaczu i błagań wypowiadanych stłumionym głosem: „proszę nie robić nam krzywdy, proszę… to małe dziecko… czego pani chce?”. Na nic się zdały płacze i lamenty, Irmina, wyszkolona również przez psychologa, potrafiła ignorować podobne zachowania. Na szczęście po kilku kilometrach Snarska przestała jęczeć, pewnie przez dzieciaka, który zaniepokoił się zdenerwowaniem matki i dopytywał, czemu mamusia płacze i kim jest pani, która siedzi obok niej. Weronika zbyła dziecko, malec zasnął znużony monotonną jazdą, a one w milczeniu dojechały do Tarchomina, potem minęły Henryków, a gdy dotarły do Białołęki Dworskiej, Irmina odetchnęła z ulgą, bo już wiedziała, że wszystko się udało. Doprowadziła samochód dokładnie w wyznaczone miejsce. Była tam wcześniej trzy razy, żeby dobrze zapamiętać jedną z wąskich leśnych dróg w żarowskim lesie.

– Nareszcie – prychnął Nikita, zauważając w leśnym półmroku światła samochodu Snarskiej.

Dłużył mu się czas, ileż można czekać? Lubił przyrodę, w lesie było cicho i spokojnie, drzewa szumiały, pachniało grzybami… istna sielanka. Co nie zmienia faktu, że czekał tu jak pierwszy lepszy cyngiel, on, następca bossa. To mu uwłaczało, ojciec nie powinien się nim wysługiwać, ale przeważył argument, że Nikita biegle posługuje się językiem polskim. Żeby chociaż młody Donecki mógł zabrać ze sobą Igora, to nie. Szkoda, Igor zawsze pozwalał mu zachować choćby resztki dobrego humoru, wprawdzie czasami robił z siebie totalnego przygłupa, ale był wesoły, optymistycznie nastawiony do wszystkiego, i co najważniejsze – pomysłowy. Nie raz i nie dwa w ostatniej chwili wymyślał wyjście awaryjne, inna rzecz, że często to przez niego Nikita ładował się w kłopoty.

Zerknął z niechęcią na Niedźwiedzia. Nie lubił go, koleś miał fatalne maniery, zachowywał się jak prostak, a jego potencjał intelektualny był bliski zeru. On i jeszcze jeden żołnierz starego, noszący ksywkę Łowca, zostali oddelegowani jako przyboczni Nikity. Wystarczyło dwóch, wszak mieli się zająć zwykłą kobietą, która wprawdzie była żoną gangstera, ale sama nie stanowiła żadnego zagrożenia. Sprawdzili to, babka nie nosiła ze sobą broni, prawdopodobnie nie miała nawet pojemnika z gazem. Trochę zbyt odważnie, zważywszy na przeszłość jej małżonka, ale bywało i tak, że żony gangsterów próbowały wyprzeć ze świadomości, czym zajmuje się ich druga brzydsza połówka.

– Szefie, co robimy? – spytał Niedźwiedź.

„Gówno” – miał ochotę odpowiedzieć Nikita, lecz tylko spojrzał na pomocnika i westchnął. Nie mógł na nich liczyć, był zdany na siebie, cóż mogli zrobić ci dwaj idioci, gdyby pojawiły się problemy? Jedyne, co potrafili, to celnie strzelać, dobrze walczyć wręcz i z nożem, siarczyście kląć i pieprzyć dziwki. Taka świta mu się trafiła.

– Nie w moim guście – stwierdził Łowca, widząc kogo Irmina wywlekła z samochodu. Nie lubił rudych lasek, a w szczególności rudych zasmarkanych bab z czerwonymi plamami na twarzy.

– Zamknij się – warknął Nikita. Postąpił kilka kroków i stanął przed kobietami. Zauważył, że Snarska otwiera usta, więc zapobiegawczo przystawił palec do warg i syknął: – Pst. Ja mówię, ty słuchasz. Jasne? Inaczej cię uciszymy, a to nie będzie miłe.

– Kim pan jest? – wykrztusiła Snarska, ignorując nakaz milczenia. – Czego pan chce?

– Od ciebie niczego, za to chętnie porozmawiam z twoim mężem.

– On nie będzie z wami gadał. Brzydzi się takimi jak wy. – Prawie splunęła mu w twarz.

„Harda jesteś” – pomyślał i z podziwem pokiwał głową, ale nie miał czasu na pogawędki. Zapewne z wrażenia i nadmiaru przeżyć kobieta musiała zapomnieć o dziecku, dlatego kiedy spojrzał na Irminę i po rosyjsku powiedział, że ma jechać, Snarska rozszerzyła oczy, nagle uświadomiwszy sobie, że w samochodzie został jej syn.

– Nie! – wrzasnęła. Wykorzystała to, że Irmina przed chwilą puściła jej ramię i ruszyła pędem w stronę samochodu, ale szybko złapał ją Niedźwiedź, od tyłu objął w pasie i przywlókł z powrotem.

– Jedź! – powtórzył Nikita, bo Irmina lekko się zawahała. – Jak dotrzesz na miejsce, puść sygnał.

Tego już Weronika nie zrozumiała, ale wystarczyła jej świadomość, że jej synek zostanie dokądś wywieziony, będzie tam sam z obcą kobietą, przerażony, bo mama zniknęła. Musiał się obudzić, bo gdy Irmina otworzyła drzwi samochodu, rozległ się płacz Kacperka.

– Nie! Błagam! – Próbowała wydostać się z objęć napastnika, lecz ten trzymał ją zbyt mocno, by mogła cokolwiek zdziałać. Ryknął na nią, aż się skuliła ze strachu, ale na krótko, bo macierzyńska miłość wygrała. – Nie! Błagam, niech ona zawróci! Przysięgam, zgodzę się na wszystko! – krzyczała, patrząc to na niknące światła samochodu, to na Nikitę.

Z jej ust popłynęła istna rzeka błagań, próśb, ale też inwektyw oraz mało sympatycznych życzeń dla Nikity, jego kompanów oraz Irminy, czyli podłej ruskiej suki.

„Ma temperament” – pomyślał Donecki, lecz nie zamierzał komplementować Snarskiej. Tkwił niewzruszony i obserwował ją z niedowierzaniem zmieszanym z irytacją. Naprawdę nie wierzył w to, co widział. Czy ta durna baba sądziła, że przeszłość jej męża nigdy nie położy się cieniem na rodzinie? „Idiotka. Naiwna kretynka”. Wzgardliwie wydął usta.

– Dosyć – powiedział. – Ucisz ją.

Niedźwiedź zmarszczył czoło.

– Ucisz? – Zapewne rozważał, czy Nikita kazał mu zabić tę wścieklicę, czy zamknąć jej usta.

– Zatkaj jej tę cholerną jadaczkę! – Szef ułatwił mu zadanie.

– Ale czym?

Cisnęło się na usta, że chujem, lecz Nikita w obecności kobiet, zwłaszcza matek, unikał prostackiego zachowania.

– Ręką, baranie – warknął.

Oczywiście nie obyło się bez małego wypadku, bo Snarska ugryzła Niedźwiedzia we wnętrze dłoni, ale ostatecznie zapadła względna cisza i dopiero wtedy Nikita mógł powiedzieć:

– Dzieciakowi nie spadnie włos z głowy. – Włożył w te słowa tyle stanowczości i zapewnienia, ile potrafił, lecz nie przekonał Weroniki Snarskiej. Kobieta zamrugała, a spod jej powiek spłynęły dwa potoczki łez. – Masz moje słowo. Nic mu nie zrobimy. Dzieciak wróci do ciebie cały i zdrów, przysięgam. – Przyłożył pięść do serca.

I właśnie wtedy nastąpiła eksplozja. Wszyscy podskoczyli, nawet Łowca, tkwiący na przednim siedzeniu jeepa, którym tutaj przyjechali. Prawie usnął z nudów, bo dotychczas akcja miała w sobie tyle dynamiki, ile gra w chińczyka. Obudził się w sekundę, Niedźwiedź z kolei zupełnie zapomniał o Snarskiej, wypuścił ją z objęć i szybko wspiął się po masce jeepa, by stanąć na dachu.

– Job twoju mać… – zaklął cicho, patrząc w stronę lasu, skąd dobiegł ich huk wybuchu.

Próbował łudzić się myślą, że to nie samochód tej Polki wyleciał w powietrze, podobnie jak Nikita i jego właścicielka, lecz próżne były ich nadzieje. Snop gęstego czarnego dymu wystrzelił w górę, a specyficzny zapach paliwa przyniesiony przez wiatr nie pozostawiał wątpliwości.

– Dzwoń do Irminy! – polecił Nikita Łowcy, a sam dopadł do Snarskiej, żeby podtrzymać ją, bo zasłabła. – Oddychaj! – krzyknął, lecz ona już odpłynęła.

Oddelegował Niedźwiedzia, żeby czuwał przy zemdlonej kobiecie, rozkazał pilnować jej jak oka w głowie, a sam pobiegł z Łowcą na miejsce wypadku. Wrócili szybko, bo też cóż mogli zrobić? Zanim dotarli na miejsce, samochód zdążył spłonąć prawie do szczętu. Siła wybuchu wyrwała z samochodu fotelik, w którym tkwił syn Snarskiej. Nikita sprawdził, czy dzieciak żyje, byłby skończonym gnojem, gdyby tego nie zrobił. Próbował usłyszeć bicie serca, lecz do jego ucha nie dotarł nawet jeden szmer. Chłopiec był martwy. Zostawił ciało w miejscu, w które cisnęła je siła wybuchu i czujnie rozejrzał się wokół. Szybko dostrzegł telefon Snarskiej i jakieś inne pierdoły, które wypadły z wnętrza samochodu: rozerwaną w strzępy damską torebkę, rozbite okulary, aparat telefoniczny. Podniósł go i sprawdził, czy to czasami nie iPhone Irminy, a kiedy stwierdził, że trzyma w ręce Samsunga – co dziwne aparat nadal działał – odrzucił go z powrotem w trawę.

– Nie bierzemy go? – Łowca wskazał brodą na telefon.

– Nie.

– A co z komórką naszej?

– Mam nadzieję, że się spaliła. – Nikita patrzył na płonący wrak, w stu procentach pewien, że nie był to zwykły wypadek. Ktoś postarał się o śmierć Snarskiej, ale nie do końca mu wyszło. – Pieprzyć telefon, gorzej z gnatem.

– No tak. – Łowca pokiwał głową. Co jak co, ale pistolet Irminy na pewno przetrwał pożar. – Co teraz? Szukamy go?

– Chyba oszalałeś. – Nikita prychnął pod nosem.

Jak mieli odnaleźć cokolwiek w samochodzie, skoro nie mogli się zbliżyć do niego na mniej niż kilka metrów.

– Zbieramy się! – polecił. – Zaraz będzie tu cyrk.

Wrócili biegiem na polanę. Władowali półprzytomną Snarską na tylne siedzenie jeepa, Niedźwiedź usiadł obok niej, a Łowca na siedzeniu pasażera przy kierowcy. Nikita prowadził, najlepiej poznał ten rejon, był tu trzy razy, w tym raz z Irminą. „Szkoda dziewczyny” – pomyślał. Nie znał jej zbyt dobrze, nie była w jego guście, więc na podryw się nie pisał, ale laska przeszła długie szkolenie, a stary zainwestował sporo kasy i energii w jej naukę. „Tyle zachodu, a wszystko jak krew w piach, szlag by to!” – zmełł w ustach przekleństwo.

No i jeszcze dzieciak. Co jak co, ale tego nie było w umowie, a Nikita zawsze dbał, żeby nikomu postronnemu nie stała się krzywda. Biedny gówniarz stracił życie, nie był niczemu winien. Ot, zwykły pech, że smarkacz urodził się w niewłaściwej rodzinie, a jego stary bawił się w gangsterkę. Właśnie dlatego Nikita poprzysiągł sobie, że nie będzie mieć dzieci. Nigdy. Ani jednego gnojka, którego potem musiałby strzec bardziej niż źrenicy oka. Dzieci, rodzina, baba, zwłaszcza zakochana na zabój – to wszystko oznaczało tylko kłopoty.

W złej godzinie o tym pomyślał, bo Snarska właśnie odzyskała przytomność i zaczęła zawodzić niczym ranna wilczyca. Przeszkadzała mu, musiał się skupić, znaleźć taką drogę wyjazdu z lasu, żeby nie natknąć się na służby, jednostki straży pożarnej czy policję. Oddalali się szybko, lecz i tak dochodziły do niego stłumione odgłosy syren. Już ktoś musiał zauważyć i zgłosić pożar, bo od Żarowa pędziły dwa wozy.

Od tygodni nie padało i w lesie panowała susza, pewnie dlatego zwoływano kolejne jednostki strażackie. Mijali je, jadąc w kierunku Białołęki. Niebieskie światła co rusz omiatały twarz Nikity, która zdawała się zamrożona, podobnie oczy. Zlodowaciały w tym świetle. Próbował nie myśleć, co może teraz czuć Snarska, co powinien był czuć on sam. Dał jej słowo. Złożył przeklętą przysięgę, że odzyska syna, że dzieciak wróci do niej, cały i zdrów. Ile było teraz warte jego słowo? Nic.

„Nie ty go zabiłeś. To nie twoja wina. Uratowałeś jej życie, tylko dzięki tobie Snarska żyje” – starał się myśleć rozsądnie.

Ktoś przecież musiał zaplanować eksplozję, odpowiednio przygotować ładunek, a skoro głównie Snarska jeździła tym wozem, to ona i dziecko mieli zginąć. Nikita pośrednio ocalił jej życie, on oraz ojciec.

– Każ jej się zamknąć – warknął do Niedźwiedzia, bo nie mógł już znieść zawodzenia kobiety.

Odczekał chwilę, żeby interwencja odniosła jakiś skutek, niestety, Snarskiej było już wszystko jedno i groźby, że zaraz ktoś odpierdoli jej łeb, nie robiły na niej żadnego wrażenia. Nic nie było w stanie uciszyć jej rozpaczy, jęków i zawodzeń, które wypełniały ciasną przestrzeń szoferki jeepa i powoli doprowadzały Nikitę do szału.

– Szefie, mamy zastrzyk w schowku – przypomniał usłużnie Łowca, gdy szalejąca z żalu Snarska umilkła na chwilę, by zaczerpnąć oddech. – Może jej dać? Uspokoi się.

– Dobra.

Nikita w tym momencie zgodziłby się na wszystko. Jego palce do białości zacisnęły się na kierownicy, przed minutą był bliski zatrzymania samochodu, wywleczenia Snarskiej na pobocze i skrócenia jej męczarni jednym strzałem w głowę. Mimo wszystko, mimo pozbawionej empatii osobowości, mógł sobie wyobrazić, że ten dzień nie jest najlepszym w jej życiu. I tak już miała przejebane, spotkało ją to, co najgorsze, straciła dzieciaka, dlatego śmierć wydawała się całkiem rozsądnym rozwiązaniem, ale najwidoczniej nie było jej pisane dzisiaj umrzeć.

Snarska nie oponowała, Łowca podał strzykawkę Niedźwiedziowi, ten zdjął osłonkę z igły i na chybił trafił wpieprzył ją po samą nasadę w udo kobiety. Nawet nie zauważyła, że coś jej wstrzyknęli. Powoli cichła, aż w końcu jej rozpaczliwy szloch zupełnie ustał. Jechali w stronę Warszawy, potem mieli skierować się do Łodzi, tam planowali rozmowę ze Snarskim. Niestety, Nikita musiał szybko opracować wariant B.

Łowca znowu skłaniał się ku krótkiej drzemce, a Niedźwiedź bawił się komórką. Nikita zerknął w lusterko wsteczne, z tyłu zapanował błogi spokój, mógł więc bez przeszkód opracować plan awaryjny. Miał namiary na Snarskiego, w każdej chwili mogli go dopaść, czy to telefonicznie, czy osobiście. O tej porze Snarski był już w domu, zresztą Nikita miał tam swojego człowieka, a ten co pół godziny wysyłał raport esemesem. Ostatni przyszedł przed kwadransem.

Był prawie pewien, że Snarski w ciągu dwóch najbliższych godzin dowie się o wypadku, a jemu pozostawały dwie opcje: skontaktować się z nim i przekazać, że mają jego żonę lub wywieźć kobietę w ustronne miejsce i na spokojnie opracować nowy plan. Po krótkim zastanowieniu uznał, że pierwsza opcja odpada. „Pierdolę, niech ojciec się martwi, co dalej” – pomyślał, widząc na monitorze połączenie przychodzące. Włożył do ucha małą słuchawkę i odebrał.

– Ile jeszcze mam czekać? – warknął stary. – Co się tam dzieje? Irmina ma wyłączony telefon.

– I nie włączy go już nigdy – odparł ze spokojem.

– Co ty pieprzysz?

Nikita wyraźnie usłyszał zaniepokojenie w głosie ojca i uśmiechnął się z satysfakcją. Od początku był przeciwny temu planowi i proszę: zaliczyli niezłą wsypkę, stracili swojego człowieka, niewinny dzieciak poszedł do piachu, a Nikita wiózł kolejną bombę, która również groziła opóźnionym zapłonem.

– Nie ma Irminy. Nie ma syna Snarskiej, a ona leży nieprzytomna w moim samochodzie. Coś jeszcze chcesz wiedzieć? – Prawie wypluł tych kilka krótkich zdań.

– Co jest grane?

– Nic. Wszystko się zjebało. Ktoś postawił bombkę w furze Snarskiej. I pykło.

– Gdzie jesteście? Co z chłopakami?

– W porządku, są ze mną. Jedziemy pod Łódź.

– Dobra – odparł ojciec z ciężkim westchnięciem.

– Dobra? Co ty, kurwa, widzisz w tym dobrego? – żachnął się Nikita.

– Nie dyskutuj. Daj mi znać, kiedy będziesz na miejscu. – Wasyl Donecki rozłączył się bez pożegnania.

W końcu dotarli za Łódź, Nikita wjechał na teren prywatnej posesji, którą wynajął na tydzień, i zatrzymał samochód. Snarska nadal była nieprzytomna, trochę żałował, że podali jej środek usypiający, mógłby z nią pogadać, wytłumaczyć, że nie mieli nic wspólnego z wybuchem samochodu, ale teraz było już za późno. „Jutro z nią porozmawiam” – postanowił. Kazał Niedźwiedziowi ulokować ją w jednej z sypialni na piętrze starej willi i zdemontować klamkę w oknie. „Licho nie śpi, kto wie, co wpadnie jej do łba rano, gdy oprzytomnieje”. Polecił obu przybocznym, by na zmianę pilnowali Snarskiej. Pierwszą wartę miał pełnić Łowca, bo przespał całą drogę.

Nikita poszedł wziąć prysznic, długo stał pod strumieniami gorącej wody. Próbował się rozgrzać, lecz ciągle czuł lodowaty chłód, który rozpełznął się po całym ciele, lizał serce, dławił go w gardle. „Co się ze mną dzieje?” – pomyślał. Wyszedł z kabiny, włożył ciuchy, a parę minut później buszował po głównym pomieszczeniu na parterze. Sporo zapłacił za wynajem, ale cena obejmowała nieograniczone korzystanie z barku. Sięgnął po butelkę z jakąś wódką, odkręcił i wypił duszkiem kilka łyków.

Nie pomogło.

Ciągle miał przed oczami ciało dziecka, jego otwarte oczy, w których malowało się zdziwienie. „Czemu się dziwisz, mały? – pomyślał Nikita, znowu przechylając butelkę. – Takie jest życie, podłe i okrutne. Może nawet lepiej, że zwinąłeś żagle, przynajmniej oszczędzono ci jeszcze gorszych cierpień” – dumał.

– Pierdolić to wszystko – westchnął ciężko. Chciało mu się wyć, gdyby mógł, wybiegłby na zewnątrz i coś zrobił, dał upust złości, która rozwalała go od środka. To byłoby takie proste: roznieść coś w pył, chociażby te dwie wielkie durne rzeźby ogrodowe, które stały przed budynkiem. Rozpieprzyłby je w drobny mak, ale co by to dało prócz satysfakcji i problemów z właścicielem willi? – To twoja pokuta, Niki – mruknął do siebie.

Zakręcił butelkę i cisnął nią przed siebie. Poturlała się pod kominek, ale szkło wytrzymało. Nie pękło, nie powstała na nim ani jedna rysa, w przeciwieństwie do serca Nikity. To, chociaż twarde jak kamień, znowu wzbogaciło się o wyraźną krechę – było nią ludzkie życie, za które dał komuś słowo.

Rozdział 1

Borkowski od rana się stresował. Ochrzanił żonę, ponieważ nie mógł znaleźć ani jednego nowego ostrza do golenia, potem okazało się, że dwa razy dodał cukru do kawy, a kiedy chciał zaparzyć drugą filiżankę, w ekspresie zabrakło wody. Dotarł do kliniki nabuzowany i wściekły, a to właśnie tutaj czekało go najgorsze. W pracy mało co było w stanie poruszyć doktora Tomasza. Zresztą umówmy się, w klinice chirurgii plastycznej rzadko dochodziło do dramatów, no chyba że Borkowski operował jakąś wyjątkowo upierdliwą klientkę, a ta po wygojeniu stwierdzała, że zdecydowanie nie jest zadowolona z usługi i należy ją powtórzyć. Tyle dobrze, że takie sytuacje zdarzały się sporadycznie, bo co jak co, ale Borkowski znał się na swoim fachu.

Niestety prócz operowania krzywych nosów, odsysania tłuszczu z bioder, powiększania piersi i uwypuklania punktu G, który tak naprawdę nie istniał, personel kliniki świadczył również usługi zaliczane do nieco innej kategorii, ze względu na klientelę. Do nich Borkowski zaliczał raptem dwóch zleceniodawców, między innymi niejakiego Wasyla Doneckiego, szefa pewnej organizacji ze Wschodu. Zlecenia trafiały się rzadko, usługi świadczone przez klinikę były stosunkowo proste, a rehabilitacja z reguły nie trwała zbyt długo, za to wszystko kosztowało krocie. Za ostatnie zlecenie, bardzo nietypowe trzeba przyznać, Borkowski oczekiwał istnej fortuny. Planował kupno małego apartamentu w Kołobrzegu oraz sportowego wozu dla swojej kochanki i już zacierał ręce, kiedy pomyślał, jak za takie cenne prezenty odwdzięczy się Joanna.

Trudno, musiał znieść stres. A co go niepokoiło? Reakcja pacjentki przebywającej pod dachem kliniki od paru miesięcy. Tyle dobrze, że cały ten okres kobieta przespała, nieprzytomna i podłączona do maszyn. Od tygodni rehabilitanci prowadzili terapię, masowali pacjentkę, pobudzali jej mięśnie do pracy, a kilka dni temu, gdy otworzyła oczy, pracowali z nią jeszcze intensywniej. Babka w ogóle nie kontaktuje – tyle przekazali szefowi, a ten miał się dzisiaj sam o tym przekonać. I dlatego właśnie tak się denerwował. Nienawidził sytuacji, w których nie miał pełnej kontroli.

Wiedział, kim jest ta kobieta, mógł nawet zażartować, że wieści o jej śmierci są mocno przesadzone. Co gorsza, zachciało mu się adrenaliny i pojechał do miejscowości, w której mieszkała, by wziąć udział w pogrzebie Weroniki Snarskiej i jej synka. To było przedziwne doświadczenie, uczestniczyć w ceremonii, mając jednocześnie świadomość, że zmarła leży u niego w klinice, wprawdzie nieprzytomna i wówczas jeszcze bez żadnych pewnych rokowań, ale jednak żywa. Nie był w stanie dotrwać do końca. Kiedy ujrzał męża Snarskiej i ich oczy przypadkiem się spotkały, a były bokser odrobinę za długo zatrzymał na nim wzrok, Borkowski prawie narobił w spodnie ze strachu.

Kasa musiała się zgadzać, lecz czasami doktor Tomasz budził się w nocy z krzykiem, mokry jak szczur. „Spokojnie, sen mara, Bóg wiara” – uciszała go małżonka, ale on wiedział, że za wszystko trzeba zapłacić, kwestią było jedynie, kiedy ślepy los wystawi mu rachunek. Stanął przed małym lustrem w łazience przylegającej do prywatnego gabinetu i spojrzał na siebie. Wyglądał dobrze, no, prawie dobrze, nie licząc dwóch delikatnych zacięć od tępego ostrza żyletki: jedno było na brodzie, drugie szpeciło policzek. Poprawił węzeł krawatu i chrząknął, bo coś załaskotało go w gardle. Był gotów zmierzyć się ze Snarską.

A przynajmniej tak mu się wydawało.

***

Z dnia na dzień Weronika czuła, że odzyskuje siebie. Naturalnie nie była świadoma, że nosi to imię. Nie wiedziała też, że kilka miesięcy temu przeżyła koszmar: straciła dziecko, a jej mąż dotychczas zdążył sto razy umrzeć z rozpaczy – bo tak działo się każdego poranka, kiedy Snarski zwlekał z łóżka swoje ciało. Bolesna prawda na nowo docierała do niego, stłumiona dzień wcześniej litrami alkoholu i garścią tabletek.

Lecz ona nie miała o tym pojęcia, jej świat – przynajmniej na razie – był mały, ciasny i prosty. Odkrywała drobiazgi: jak wygląda jej prawa dłoń, a jak lewa. Która jest która – to Weronika wiedziała od razu, ponieważ zdolność rozróżniania stron pojawiła się samoistnie. Kobieta automatycznie wykonywała polecenia: „zaciśnij prawą pięść”, „podnieś lewą dłoń”. Doskonale potrafiła to zrobić, tak samo jak otwierać i zamykać oczy, a nawet spojrzeć w określonym kierunku.

Dni mijały, podzielone na godziny, krótsze i dłuższe chwile, dzień i noc, ciemność i światło. Weronika już sobie przypomniała, że za światło odpowiadają słońce lub lampy. Znała je: idealnie okrągłe, mlecznobiałe świetlówki nad jej głową, przyklejone do sufitu jak przylgi pnączy. Przylgi pnączy – tak, nawet skomplikowane słowa czy sformułowania pojawiały się w jej głowie. Wyskakiwały nie wiedzieć skąd i plątały myśli. Te zaś powstawały ze wspomnień, i tego, co słyszała codziennie wokół siebie.

Ludzie rozmawiali. Kobiety i mężczyźni, lecz tych pierwszych było więcej. Zmieniały się, głosy miały miłe i niemiłe, chropawe, czasami zbyt piskliwe, ale te piękne, wręcz aksamitne, też. Nasłuchiwała, a potem, kiedy już mogła zobaczyć, kto do niej mówi, zastanawiała się, czy głos pasuje do właściciela. Jej ulubionym został ten należący do pielęgniarki o imieniu Ewa. Lubiła jej słuchać i na nią patrzeć. Był też głos, którego nie znosiła. Nie wiedziała, jak nazywa się krępy siwowłosy mężczyzna, który czasami wpadał do sali i nieprzyjemnie mruczał pod nosem. Stał nad nią i patrzył, czuła się wtedy jak zwierzątko, jak motyl przyszpilony do dna gabloty i poddany bacznej obserwacji.

Dopiero dzisiaj dowiedziała się, że to anestezjolog, miał na imię Andrzej. „Nie lubię Andrzeja” – pomyślała, patrząc na niego, ale szybko przeniosła wzrok na drugiego mężczyznę, który ją odwiedził. Był nowy. Skupiła się, żeby dokładnie pooglądać jego twarz i znowu to się stało – w jej głowie nagle i niespodziewanie pojawiły się słowa: „twarz”, „fizjonomia”, „facjata”, „oblicze”, „lico”… Wpadały niczym piłeczki pingpongowe, tłukły się w głowie, robiły zamieszanie, a ona nie mogła ich uspokoić. „To synonimy, inaczej wyrazy bliskoznaczne” – usłyszała w głowie czyjś kobiecy głos. Czuła, że nie panuje nad sobą, zbyt dużo bodźców, zamknęła więc oczy, ale nadal widziała twarz tego drugiego faceta. „Facet, chłop, gość, gostek, typ, koleś…” – słowa wyskakiwały coraz prędzej. Jęknęła. Tak, to musiał być JEJ jęk. Zabolało ją gardło. Wstrzymała oddech, żeby się uspokoić, ale nie wytrzymała długo bez powietrza.

– Co się dzieje? – usłyszała nad głową. – Proszę otworzyć oczy. Otwórz oczy.

Podniosła powieki. Stał nad nią ten drugi. „Facet, chłop, gość, gostek…” – znowu zaczęła się wyliczanka. Westchnęła bezradnie.

– Jak się pani czuje? – spytał mężczyzna.

„Źle. Czuję się źle. Koncert! Koncert! Koncert! Jesienny na dwa świerszcze! I wiatr w kominie! Koncert!!!” – zawyło w jej głowie. Musiała z przerażeniem wytrzeszczyć oczy, bo ten nowy ktoś przysiadł na brzegu, na brzegu czegoś (co to było?) i chwycił jej prawą dłoń.

– Coś cię boli?

„Bolą mnie myśli”.

– Słyszysz mnie? – Patrzył na nią. – Mam na imię Tomasz, jestem szefem tej kliniki. Jesteś w klinice. Rozumiesz?

Wpatrywała się w jego twarz. Kiedy skupiała wzrok, myśli przestawały szaleć, nie odrywała oczu, przesuwała nimi powoli: z czoła na dosyć jasne szerokie brwi, z brwi na opadające powieki, potem dostrzegła szaroniebieskie tęczówki, cienie na policzkach, nos z małym garbem, a na koniec poddała obserwacji wydatne usta Borkowskiego.

„Ma spierzchnięte wargi” – oceniła, ale co znaczyło to określenie, „spierzchnięty”?

– Jeśli mnie słyszysz, ściśnij mocno moje palce.

To umiała zrobić.

– Doskonale – pochwalił ją, nagradzając uśmiechem. Ona też musiała się uśmiechnąć, bo wyraźnie się ucieszył i jeszcze mocniej rozciągnął usta. – Jesteś w klinice. Obudziłaś się ze śpiączki. Wiesz, co to śpiączka?

Zawahała się, ale znowu ścisnęła palce lekarza.

– Wkrótce będziemy cię pionizować. Będziesz uczyła się chodzić – dodał.

– Chcemy zacząć w poniedziałek – padło gdzieś w tle.

„To ten drugi. Pan Andrzej” – pomyślała. „Nie lubię go, powiedz, żeby sobie poszedł” – próbowała przekazać Borkowskiemu, który od razu wzbudził w niej sympatię i wywołał coś na kształt spokoju czy równowagi.

– Wiesz, jak się nazywasz?

„Nie – pomyślała bez zastanowienia, lecz mimo to mogła się przecież jakoś nazwać – jestem kobietą. Nazywam się kobieta. Kobieta” – powtórzyła. Ścisnęła palce Borkowskiego, mając nadzieję, że znowu wywoła jego uśmiech, ale zamiast tego twarz mężczyzny wykrzywił grymas. Wyczuła intuicyjnie, że go rozczarowała. „Dlaczego?” – gubiła się w domysłach.

– Wiesz jakie masz imię? A nazwisko?

„Nie”. Brakowało im sygnału, nie ustalili, jak ma przekazać, że czegoś nie wie, spojrzała więc bezradnie, zamrugała, nawet coś dziwnego stało się z jej ramionami, lekko drgnęły?, ale nie panowała nad sobą i swoim ciałem. Była jak obmurowana, tkwiąca w ciasnym kokonie, jak ktoś, kto może jedynie patrzeć, myśleć i ruszać palcami. Nagle zalała ją fala paniki, że zawsze tak będzie, że nigdy nie wstanie i nie wyjdzie stąd. Stąd, czyli skąd? „Jestem w klinice, Tomasz jest szefem kliniki” – bez problemów powtórzyła to, czego dowiedziała się przed chwilą. „Pamiętam. Pamiętam wszystko” – czuła się pokrzepiona tą świadomością.

– Nie pamiętasz swojego imienia?

„Tak!” – wykrzyknęła, szczęśliwa, że Borkowski zrozumiał przekaz i natychmiast ścisnęła jego palce.

– Nie pamiętasz imienia.

Potwierdziła.

– Nazwiska też nie pamiętasz.

Gdyby mogła, podskoczyłaby z radości. Znowu musiała się uśmiechnąć, bo lekarz odpowiedział tym samym.

– Wiesz, ile masz lat?

Zamrugała, a jej palce nawet nie drgnęły.

– Gdzie mieszkasz? Mieszkasz w Warszawie? Pracujesz? Ja jestem lekarzem, a ty? Jaki wykonujesz zawód?

Ścisnęła palce Borkowskiego, dopiero wtedy, gdy ten wskazał na swój fartuch i spytał, czy jest biały. Potem, kiedy spytał, czy w sali jest jeszcze drugi mężczyzna. Im więcej pytań padało, a ona odpowiadała poprawnie, tym większe zadowolenie okazywał. Ona natomiast czuła satysfakcję, że sprawiła mu przyjemność. No i słowa! Natrętne wyrazy ustąpiły, przestały wypełniać jej myśli, zniknęły bez śladu.

– Jesteś zmęczona. – Jego głos zabrzmiał niejednoznacznie.

„Zapytał czy stwierdził?” – szukała odpowiedzi w spojrzeniu Borkowskiego, lecz to okazało się zbyt trudne.

– Przyjdę jutro i znowu porozmawiamy – powiedział. – A na razie odpoczywaj.

Rozczarował ją, chciała jeszcze chwilę z nim pobyć, lecz on wstał i wyszedł.

– Dobrze się spisałaś – usłyszała głos anestezjologa.

Zamknęła oczy, odcięła się od niego. Ten człowiek nie wzbudzał w niej zaufania.

„Zaufanie” – powtórzyła.

Podobało jej się to słowo. Było piękne.

***

Minął prawie rok, mały Artem już uczył się chodzić, a Katarina nadal nie odzyskała figury sprzed ciąży. Mimo intensywnych ćwiczeń i diety, zostało jej ponad dziesięć zbędnych kilogramów, a ciuchy, które niegdyś nosiła, bezużytecznie czekały w szafie. Bardzo możliwe, że wpływ na to miał stres, bywało, że Katia wstawała w nocy i szła do kuchni, wyjmowała coś z lodówki i jadła.

Stanęła przed dużym lustrem, spojrzała na siebie krytycznie. Nie była zadowolona, ale komu miała się podobać? Utknęła tutaj na czas nieokreślony i jedynie jej ojciec mógł zdecydować, co z nią będzie dalej. Z nią i z małym, bo z jej mężem Igorem to już zupełnie inna historia. Ojciec wezwał ją dzisiaj do siebie, może właśnie tę kwestię chciał poruszyć? Czy Katia ma pozostać w Edenie, czy wrócić do Moskwy, do Igora. Zajrzała do sypialni, sprawdziła, czy Artem śpi, powtórzyła opiekunce, że ma dać mu jeść, kiedy się obudzi, i wyszła z domu.

Zastała ojca w jego gabinecie. Siedział nad jakimiś papierami, pewnie dostał analizy od księgowego. Od razu wyczuła, że interesy szły doskonale, bo ojciec miał bardzo zadowoloną minę i nawet powiedział jej coś miłego na powitanie:

– Moja piękna córka.

Tak. Była jego piękną córką, którą zauważał tylko wtedy, kiedy czegoś od niej potrzebował. Nie liczyła, że tym razem będzie inaczej. Zaproponował kawę, ale odmówiła. Nie miała czasu, chciała załatwić temat, jakikolwiek był, i wrócić do małego.

– Czego chcesz? – burknęła obcesowo.

– Twojej… – Miał zamiar powiedzieć „zgody”, ale nie wyraziłby się precyzyjnie. – Inaczej… – Zadumał się na moment. – Musimy coś przedyskutować. – Obrócił w jej stronę swój laptop. – Widzisz?

Spojrzała na ekran. Ojciec pokazywał jej nagranie z kamery podsufitowej. Obraz przedstawiał niewielkie pomieszczenie, prawdopodobnie była to salka szpitalna, świadczyły o tym jasne pastelowe ściany, zielone linoleum, typowe szpitalne łóżko, stolik oraz krzesło. Była również pacjentka – niezbyt wysoka ciemnoruda kobieta. Siedziała na brzegu materaca i czytała jakąś książkę, ale nie trwało to długo, minęło kilkanaście sekund i odłożyła ją, wstała i podeszła do okna.

– Kto to? – spytała beznamiętnie Katia.

– Weronika Snarska.

– Polka?

– Tak.

Katia czekała, aż ojciec doda coś jeszcze, ale najwyraźniej nie miał takiego zamiaru. Sięgnął po kasetkę, w której trzymał cygara, i wyjął jedno z nich.

– Ech, no – zniecierpliwiła się – nie mam czasu, mów, o co chodzi. Co to za jedna?

– Weronika Snarska, mieszka… ła – dodał tę końcówkę, by podkreślić czas przeszły – w Warszawie, nauczycielka, wykładała język polski. Żona Rafała Snarskiego.

– A ten był lub jest, a może będzie… – zawiesiła głos.

– Był wiernym żołnierzem Maniksa.

– Ach tak. – Ledwie usłyszała ksywkę jednego z polskich bossów, a już wiedziała, że ruda bidula w szarym dresie ma przechlapane. – Co z nim? Nie żyje? – Jej doświadczenia życiowe wyposażyły ją w obszerną wiedzę co do obyczajów panujących w zorganizowanych grupach przestępczych. W tym fachu nikt nie przechodził na emeryturę, bo rzadko który żołnierz dożywał pięćdziesiątki.

– Żyje.

– Wierzyć się nie chce. – Parsknęła pod nosem. – Jeszcze powiedz, że przeszedł do konkurencji albo złożył wypowiedzenie.

– Kilka lat temu założył rodzinę, właśnie z nią. – Wskazał na ekran. – Ożenił się, mieli dziecko, syna.

„Kurwa mać!” – zaklęła w duchu Katia.

– Mieli? – wysyczała. Wstała i spojrzała na ojca z góry. – Nie mieszaj mnie do tego. Zapomnij. – Wyciągnęła dłoń i z trzaskiem zamknęła klapę ojcowskiego laptopa.

– Siadaj – warknął. – Niepotrzebne mi twoje dąsy. – Przeszył ją wzrokiem.

Znała ojca, wiedziała, kiedy nie warto się stawiać.

– Mów. – Oklapła na fotel.

– To nie nasza wina. Nic nie zrobiłem.

– Ale dzieciak nie żyje? – Przełknęła ślinę. Coś dławiło ją w gardle, bo sama też była matką i mogła sobie wyobrazić, co teraz przeżywa ta kobieta.

– Snarski był dobrym żołnierzem, ale kiedy założył rodzinę, postanowił działać na legalu. Założył firmę, miał sieć siłowni i sklepy z odżywkami. Oczywiście, zbudował całość za kasę zarobioną u Maniksa. Maniks na początku mu nie przeszkadzał, czasami tylko proponował powrót, lecz Snarski nie zamierzał już wracać.

– To sprawka Maniksa? – Miała na myśli zabójstwo dziecka.

– Nie przerywaj. – Ojciec zmarszczył brew. – Chcieliśmy zwerbować Snarskiego.

– Po co?

– Przydałby się informator. Ostatnio Polacy są zbyt nieufni. Wypisz wymaluj jak twoja matka. – Prychnął na wspomnienie swojej zmarłej żony. Robiła mu awantury o każdą dziwkę, którą zaliczył, o te, na które nawet nie spojrzał, również.

– Wysłałeś head huntera z umową o pracę? – Córka Wasyla wykrzywiła usta w bolesnym grymasie.

– Plan był prosty. Pamiętasz tę nową? Irminę?

– Irinę? Pamiętam. – Specjalnie posłużyła się prawdziwym imieniem dziewczyny. – Jest martwa.

Ojciec zatrudnił tę laskę raptem pół roku temu, po kilku miesiącach intensywnego szkolenia wysłał na pierwszą misję, z której już nie wróciła. Nikita brał udział w tej akcji, lecz on nie miał w zwyczaju puszczać pary z ust, zwłaszcza jeśli coś poszło nie tak. Dlatego więcej szczegółów Katia nie znała.

– Irmina miała uprowadzić Snarską i dzieciaka. To chłopiec, miał kilka lat. Nie patrz tak na mnie, nie jestem mordercą.

– Czyżby? – Katia roześmiała się na całe gardło.

– Nie. – Ostudził ją lodowatym spojrzeniem. – Mieliśmy skłonić Snarskiego do współpracy. Miał zostać naszą wtyczką. Tylko tyle – podkreślił złowrogim tonem, żeby ostudzić zapędy córki do dalszych oskarżeń.

– Ale coś poszło nie tak?

– Fatalny zbieg okoliczności. Przypadek. – Ojciec wzruszył ramionami. – Irmina zabrała dzieciaka, jechała samochodem Snarskiej.

– Daleko nie zajechała? – domyśliła się Katia.

– Maniks za to odpowiada. Tęsknił za Snarskim. Chciał zlikwidować jego żonę i dziecko. Założył, że Snarski wróci do firmy, kiedy straci całą rodzinę. Spodziewali się nawet, że będzie jeszcze lepszy niż kiedyś. Stara gwardia miała otoczyć go opieką, wesprzeć w trudnych chwilach. Coś pokombinowali przy samochodzie, w każdym razie auto zrobiło wielkie bum, a w środku była Irmina i dzieciak. Snarska przeżyła, bo w tym czasie ktoś od nas ją przejął. Miała zadzwonić do męża i zaprosić go na rozmowę.

– Kwalifikacyjną? – Katii zebrało się na wymioty. – Co teraz? Po co pokazałeś mi to nagranie?

– Jeszcze raz: nie zaplanowaliśmy tego.

– Czego?

– Zabójstwa. Eksplozji samochodu – sprecyzował.

– Och, przestań – żachnęła się. Znów wstała z fotela, bo nie mogła już wytrzymać w bezruchu. – Chcesz mnie przekonać, że nie masz krwi na rękach? – Odwróciła twarz, żeby chociaż przez chwilę nie musieć patrzyć w twarz ojca.

– Gdybym nie zlecił tej akcji, Snarska zginęłaby wraz z dzieckiem. Dwa trupy versus jeden.

– Myślałam, że jesteś lepszy z matematyki. Irina plus dzieciak równa się dwa trupy. – Z pogardą spojrzała na ojca.

– Co nie zmienia faktu, że dzięki nam Snarska żyje i ma się dobrze.

– Boże! – krzyknęła, wyrzucając w górę ręce. – Jesteś cudownym człowiekiem, uratowałeś ją od pewnej śmierci. Powiedz, jej mąż na pewno się ucieszył i przystał na twoją propozycję, prawda? Ale sekunda! – Podniosła wskazujący palec w teatralnym geście. – Gdzie on jest? Gdzieś tutaj? – Rozejrzała się wokół. – Nie ma go? Niemożliwe! Powinien być wdzięczny, w końcu uratowałeś, wprawdzie przypadkowo, ale jednak, życie jego żonie. A że ich dziecko zginęło? Drobiazg, zrobią sobie drugie. – Machnęła ręką.

– On nie wie.

– Czego nie wie?

– Że jego żona przeżyła. Że nie uczestniczyła w wypadku.

– W wypadku? Tak to się teraz nazywa? I co, nikt się nie zorientował, że w samochodzie były zwłoki Iriny?

– Nasi ludzie to załatwili. Maniks jest przekonany, że Snarska zginęła razem z dzieckiem.

– A ten facet? Snarski?

– To chyba jasne? Urządził jej pogrzeb i pochował wraz z dzieckiem.

– Czyli przetrzymujesz gdzieś kobietę, którą wszyscy mają za zmarłą. Również jej mąż.

– Można tak powiedzieć.

– Ona wie, że straciła dziecko?

– Właściwie była świadkiem. Samochód eksplodował niedaleko nich. Jej i chłopaków – dodał wyjaśniająco Donecki. – Usłyszeli eksplozję, było widać, że się pali.

– I nie wiesz, co z nią zrobić? – Katia nareszcie domyśliła się powodu tej rozmowy.

Przeszła przez gabinet, dotarła do okna i oparła się o szeroki marmurowy parapet. Wczoraj sypnęło śniegiem, opady były tak obfite, że połamały kilka wysokich cyprysów rosnących w ogrodzie. Patrzyła na nie; ich rozpołowione korony przypominały kształtem złamane serca. Pod powiekami czuła szczypanie, nie potrafiła powstrzymać łez, chociaż od lat mało co było w stanie skłonić ją do płaczu. Proces zamrażania zaczął się już dawno. Była nastolatką, kiedy jej mama odeszła z tego świata, zabrana przez chorobę nowotworową, o ile to był nowotwór, bo według Katii ich mamę zabił smutek. Dziewczyna została z ojcem, a ten dokończył dzieła: był oschły, niedostępny, często bezwzględny w egzekwowaniu poleceń.

– Gdzie ona teraz jest? – spytała, chociaż niewiele ją to obchodziło.

– W Polsce.

– Aha.

– Mogę ją tu ściągnąć lub… – zawiesił głos.

Oboje doskonale wiedzieli, jaka jest druga opcja. To było takie łatwe, na nikim nie robiło wrażenia, miało nawet swoją stosunkowo trafną i nienacechowaną emocjonalnie nazwę: neutralizacja.

– Na jej miejscu wolałabym umrzeć… – wyszeptała do siebie Katia.

– Co mówiłaś? – spytał ojciec.

– Niech ktoś ją zlikwiduje – wykrztusiła. – Ja nie mogłabym żyć po tym wszystkim.

– Możliwe.

– Możliwe? – Odwróciła się i wzburzona spojrzała na ojca. – A ty byś mógł? Straciła dziecko! Nie ma rodziny, nie ma męża, wie, że prawdopodobnie już nigdy go nie zobaczy. Jeśli łączyła ich miłość, jej życie straciło sens. Chciałbyś tak żyć? Ja nie! – Dygotała na całym ciele.

– Rzecz w tym, że ona nic nie pamięta – odparł beznamiętnie. – Nic.

– Co ty mówisz? – wychrypiała.

– To, co słyszysz. Weronika Snarska cierpi na amnezję.

– To sprawdzone?

– Tak. Nie wiem, z jakiego powodu straciła pamięć. Wtedy, zaraz po tym wypadku, ktoś dał jej zastrzyk, bo histeryzowała. Nazajutrz było jeszcze gorzej, obudziła się i odstawiła solidny cyrk, krzyczała, szarpała na sobie ubrania. Niki postanowił, że dadzą jej drugą dawkę. Potem, na moje polecenie, przewieźli ją nieprzytomną do kliniki Borkowskiego. Tam trzymali ją parę tygodni w śpiączce farmakologicznej. Nie miałem innego wyjścia – powiedział, widząc minę córki. Nie żeby się tym szczególnie przejmował, według niego wszystkie kobiety za bardzo histeryzowały. – Nie wiedziałem, co zrobi Maniks. To była dobra decyzja. Zatrzymać ją w ustronnym miejscu – sprecyzował.

– Dobra? – Głos Katariny przypominał skrzypnięcie zardzewiałych zawiasów.

– Dobra. Snarska zniknęła. Była tam bezpieczna. Nikt jej nie zagrażał, włącznie z nią samą. Obudzili ją tydzień temu i wtedy okazało się, że nic nie pamięta. Nie wiadomo, czy to reakcja na leki, czy trauma. Nieważne. Najważniejsze, że to korzystna sytuacja.

– Dla kogo? – fuknęła ze wzgardą Katia.

– Dla niej, dla nas, dla wszystkich. Chociaż raz coś, nad czym nie miałem kontroli, wyszło nam wszystkim na dobre, nie sądzisz?

– I tak masz w dupie, co sądzę. – Znowu obróciła się plecami do ojca. – Nie wiem, po co mnie tu sprowadziłeś.

– Tu, w sensie do Edenu, czy tu, do gabinetu? – Tak jak ona, ni to oznajmił, ni zapytał.

– Daj spokój.

– Zatem co mi radzisz?

– Rób, co chcesz.

– Pomyślałem, że Snarska może mi się przydać.

– Do szantażu. Masz haka na Maniksa i argument, żeby zwerbować Snarskiego.

– Owszem, ale na razie odstąpiłem od tego planu. Snarski może poczekać.

– To już wiesz, co masz robić. – Prychnęła.

– Wyślę kogoś po nią. Przywiezie ją tutaj, a ty się nią zajmiesz.

– Co?! – Katią zatrzęsło z gniewu. Przemaszerowała przez pokój i stanęła przed ojcem. – Nie ma mowy. Nie jestem niańką, psychologiem też nie.

– Zajmiesz się Snarską, a teraz zostaw mnie samego, muszę zadzwonić w kilka miejsc.

Wyszła z gabinetu zielona ze złości. Trzasnęła drzwiami, aż zadzwoniły szyby w antycznych szklanych witrynach, które stały przy jednej ze ścian. Stary Wasyl zupełnie się tym nie przejął. Nigdy nie brał do siebie babskich humorków, bez względu na to, czy okazywała je jego zmarła żona, córka, czy też rozliczne panienki, z którymi czasami wdawał się w niezobowiązujący romans. W jego życiu kobiety były zaledwie dodatkiem, potrzebnym, koniecznym, czasami bardzo miłym i przyjemnym, ale niczym więcej.

– Tu Wasyl – przywitał się z Borkowskim. – Co słychać?

– Bez zmian.

– Zrobiliście jeszcze jakieś badania?

– Tak. Rezonans z kontrastem i kolejne EEG.

– I co z nią? – spytał, oczekując na konkrety, nie dziwne medyczne nazwy.

– Nic ponadto, co ustaliłem wcześniej. Pacjentka ma amnezję, co do szczegółów, wysłałem ci ekspertyzę od profesora Sejma – wspomniał o jednym z najlepszych polskich neurologów. Niedawno wysłał mu całą dokumentację, oczywiście bez informacji, kogo dotyczy, a Sejm wykonał szczegółową analizę i wydał orzeczenie oraz zalecenia co do dalszego leczenia i rehabilitacji.

– Nie wróci jej pamięć?

– Może wróci, może nie. Tego nikt nie jest w stanie zagwarantować.

– Ech, wy, lekarze… Gówno wiecie. – Westchnął Wasyl.

– Coś wiemy. – Zaśmiał się Borkowski, bynajmniej niezrażony obelgą. Zbyt dużo mu płacono, by się obrażał. – W razie czego, można podać odpowiednie leki, które złagodzą reakcje.

– Wiem, mówiłeś. A co z tym…

– Miałem pytać. Wszystko przygotowane.

– Gdzie chcecie to założyć?

– Najlepsza jest okolica kręgosłupa, w pasie lędźwiowym. Z boku. Pacjentka ma tam spore znamię pigmentacyjne. To znamię bezpieczne, można je wyciąć bez uszczerbku na zdrowiu i w to miejsce wstawić implant.

– Powiecie jej o tym?

– Tak. Trudno to ukryć, a gdy Snarska zobaczy bliznę, zaczną się pytania. Już napomknąłem, że ma paskudne znamię na plecach i warto byłoby je usunąć, bo jest na linii paska od spodni. Zbyt często podrażniane, może się zaognić.

– I co ona na to? Buntowała się?

– Nie.

– W porządku. Działajcie, a kiedy będzie gotowa do drogi, daj mi znać.

Wasyl Donecki się rozłączył i z zadowoleniem pokiwał głową. Wszystko szło jak po maśle, udała się rozmowa z Katią, telefon do Borkowskiego też go zadowolił. Zasłużył na małą przyjemność, wybrał numer Sabiny Kryłowej. Tylko ona dysponowała najlepszymi dziwkami w okolicy. Dziewczyny niemiały więcej niż dwadzieścia lat, były ładne, białe i znały się na rzeczy.

Jeszcze nigdy się nie zawiódł.

Rozdział 2

Na klubach nocnych dało się całkiem nieźle zarobić, stąd też nikogo nie dziwiła rywalizacja między bossami, żeby mieć ich jak najwięcej, oczywiście tylko w dobrych lokalizacjach, w największych miastach, a najlepiej w Moskwie. Nikita niedawno otworzył swój dwunasty klub, tym razem w Odessie, ale i tak jego ulubionym pozostał moskiewski DOLAR. Od tego klubu wszystko się zaczęło, przynosił największe dochody i dlatego stanowił jego oczko w głowie.

Nikita co pewien czas objeżdżał wszystkie placówki, zaglądał do ksiąg handlowych, tych nieoficjalnych rzecz jasna, sprawdzał, jak sobie radzą menedżerowie, czy nie kantują na rozliczeniach, czy dobrze traktują personel, czy obroty się zgadzają, a popularność klubu nie spada. Dzisiaj zamierzał dokonać inspekcji właśnie w DOLARZE. Przybył na miejsce z Igorem Niekrasowem, dostali najlepszą lożę, ale zanim wychylili pierwszy kieliszek doskonałej whisky, Nikita postanowił odbębnić matematykę, czyli zajrzeć do ksiąg, może nawet przejrzeć wyrywkowo nagrania z monitoringu. Zostawił Igora w loży, a sam poszedł do biura.

Księgowy DOLARA aż się spocił, kiedy właściciel kazał mu przedstawić rachunki, na szczęście wszystko wyglądało bez zarzutu, zresztą Nikita nie narzekał na wpływy z działalności tego lokalu, przeciwnie, z sezonu na sezon coraz więcej celebrytów, znanych osób i złotej moskiewskiej młodzieży wbijało do DOLARA na nocne harce. Znajdywali tu wszystko: luksusowe wnętrza, świetnie zaopatrzony bufet i dobrą muzykę puszczaną przez najlepszych didżejów, nie tylko rosyjskich, również tych, którzy robili furorę na parkietach największych europejskich klubów. Nikita nie skąpił pieniędzy, prestiż jego lokali był szalenie ważny, dlatego często inwestował w koncerty dawane przez gwiazdy muzyki dance i disco. Sam nie przepadał za ciężkim bitem, nie lubił techno i nie pojmował, jak kogoś może kręcić podobny łomot, lecz swoim klientom dostarczał to, czego oczekiwali. Skoro lubili techno i oślepiający blask stroboskopów – proszę bardzo, czym chata bogata.

Ale najważniejszym elementem, który niczym magnes przyciągał gości do klubów Nikity, były dziewczyny – całe stada pięknych kobiet, werbowanych na licznych castingach, trwających w zasadzie bez ustanku. Przede wszystkim sprawdzano, czy za kandydatkami nie ciągną się jakieś problemy; jeśli miały czystą kartotekę, przechodziły do kolejnego etapu. Ostatecznie wyłaniano zwyciężczynie, spisywano umowy i po odpowiednim szkoleniu młode piękności zaczynały pracę. Część z nich wyginała swoje idealne ciała, wijąc się przy rurkach albo w metalowych klatkach zawieszonych nad parkietem, były również hostessy, kelnerki, a nawet tak zwane moetki, czyli najbardziej atrakcyjne laski, których zadaniem było naciąganie klientów, mężczyzn, ma się rozumieć, na zakup drogiego szampana Moët. Moetki musiały udawać zwykłe bywalczynie klubu, robić to z przekonaniem i brawurą, żeby nikt nie wpadł na myśl, że to zwykłe pracownice. Kręciły się po salach i szukały frajera. Akurat z tym nie miały kłopotu, ponieważ do klubów zawsze przychodziło więcej mężczyzn niż kobiet.

Liczbę opchniętych szampanów skrzętnie wpisywano do specjalnych raportów, a potem, nad ranem, kiedy kluby zamykały swoje podwoje, kierownik moetek wyliczał prowizję dla każdej z dziewczyn i od razu wypłacał należną im dolę. Taki system doskonale motywował dziewczyny, potrafiły wręcz rywalizować w szukaniu jeleni, którzy zapłacą krocie za butelkę różowego sikacza. Sam Nikita nigdy nie tknął tego alkoholu, zresztą pił sporadycznie, zupełnie odwrotnie niż Igor. Niekrasow rzadko kiedy bywał trzeźwy. Może dlatego się przyjaźnili – na zasadzie przeciwieństwa.

Nikita już na początku swojej klubowej kariery dopracował regulaminy działania lokali, spisał wszystko w punktach i dał do opracowania prawnikom. Zadbał o odpowiednią selekcję gości. Żeby dostać się do klubu, należało mieć specjalny kod lub kartę stałego klienta – bardzo kosztowną, roczny abonament szedł w tysiące euro, bo w tej walucie przeważnie płacili goście. Można było też wykupić jednorazową wejściówkę, wówczas gość otrzymywał esemesem kod kreskowy, który skanowano przy bramkach wejściowych. Takie obostrzenia gwarantowały pełną, no, prawie pełną kontrolę nad tym, kto bawił się w klubach Nikity Doneckiego.