Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 179 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pamięć Umarłych - Maja Lidia Kossakowska

On nie chce pastora. Na sam jego widok zaśmiał się jak dziki, a potem powiedział, że tam, gdzie się wybiera, takie znajomości byłyby wyjątkowo źle widziane...

Pragnęli wejść w posiadanie. Zlecili morderstwo. Potem uznali, że bezpieczniej będzie sprzątnąć także zabójcę.

Żar leje się z nieba. Ogień spopiela ludzkie wnętrza, trawione strachem i pragnieniami. Znikąd ukojenia.

Spiekota. Gorączka. Dławiący zapach więdnących kwiatów i ludzkiej śmierci. Piekielny gorąc...

Druga z czterech opowieści cyklu "Upiór Południa", zapisków znad krawędzi świata związanych wspólnymi motywami upału i demonów. Na upiorną kolekcję składają się: Upiór Południa. Czerń, Upiór Południa. Pamięć Umarłych, Upiór Południa. Burzowe Kocię, Upiór Południa. Czas mgieł.

Opinie o ebooku Pamięć Umarłych - Maja Lidia Kossakowska

Fragment ebooka Pamięć Umarłych - Maja Lidia Kossakowska

Upiór Południa

CzerńPamięć UmarłychBurzowe KocięCzas mgieł

„Słyszy w swym sercu narastającą nawałnicę, potężną jak łoskot bębnów. Jak głębokie westchnienie wiatru wśród drzew jest jego początek, potem ukazują się oczom, niesieni na chmurze widmowego pyłu. Przelatują przed nim, pochyleni w siodłach, wywijając szablami pod furkoczącymi wstęgami pochylonych lanc. Z wrzawą i bezgłośnym wrzaskiem przelatują jak fala, której grzebień jak krater wybuchającego świata najeżony jest rozszalałymi łbami koni i uniesioną bronią. Przelatują, zniknęli, pył unosi się kłębami ku niebu i znika pośród nocy, która nadeszła już w pełni”.

William Faulkner „Światłość w sierpniu”

„Tak, tak, on na pewno był obłąkany, chociaż nie tak znów bardzo. Bo w złym się zawsze kryje myśl praktyczna: złodziej czy kłamca, czy nawet morderca ma swe prawidła mocniej zaszczepione, niż kiedykolwiek ma je cnota; czemuż więc obłęd nie miałby ich też?”

William Faulkner „Absalomie, Absalomie”

Pamięć Umarłych

Wóz kołysze się na wybojach, koła podskakują, obijając się o kamienie. Jest tak upalnie, że blade, bezchmurne niebo zdaje się rozpływać jak woda, parować niczym wrzątek wylany na rozgrzaną blachę. Młoda kobieta wachluje się palmowym liściem. W drugiej dłoni trzyma pęk kwiatów, blaknących, więdnących w rozpalonym powietrzu niczym zmazana porannym słońcem tęcza.

To łąkowe, swojskie kwiaty, nazrywane o świcie w schludnym, wesołym ogródku wiejskiej dziewczyny.

Zupełnie jak jętki czy motyle, stwierdza bez smutku, obojętnie. Są świeże tak krótko. To całkiem bez sensu, wieźć je tutaj, w głąb tej upalnej pustki. Zupełnie bez sensu. Tak samo jak te coroczne wyprawy.

Ale nic nie mówi. Poprawia tylko wstążkę podróżnego czepka.

Siedzący obok na koźle woźnica także milczy. Pod szerokim rondem kapelusza ukrywa pospolitą, nieco obwisłą, źle dogoloną twarz człowieka, który przekroczył już sześćdziesiątkę.

Dwa dorodne, ładnie utrzymane kasztany idą spokojnym stępem. Mężczyzna ich nie popędza. Widać, że nigdzie się nie spieszy.

Dziewczyna wzdycha, mości się wygodniej na twardym siedzeniu. To jedyny przejaw zniecierpliwienia, który pozwala sobie okazać.

Napiłabym się zimnej lemoniady, myśli tęsknie. Bardzo zimnej. Najchętniej na ocienionej, chłodnej werandzie domu.

Mężczyzna zdaje się czytać w jej umyśle, bo obraca ku niej głowę.

– Jesteś spragniona? Chcesz wody?

– Nie. Na razie nie – odpowiada, bo na samą myśl o ciepłej, cuchnącej skórą cieczy z bukłaka czuje skurcz żołądka. – Daleko jeszcze? Doskonale zna drogę, ale pyta i tak, żeby zaakcentować swoje znużenie, niechęć i złość.

Woźnica wskazuje batem.

– Za tymi skałami. Już niedługo będziemy na miejscu.

Pozwala sobie na krótki, odrobinę tylko kpiący uśmiech, bo dziewczyna kapryśnie wydyma usta i znów wierci się na siedzeniu, jakby na znak dezaprobaty chciała się schować, zapaść w głębi lekkiej perkalowej sukienki, żeby nie uczestniczyć w czymś, czego nie pragnie i nie umie zrozumieć.

Między skałami jest chyba jeszcze goręcej niż na równinie. Powietrze wydaje się równie ciężkie, nieruchome jak otaczające podróżnych kamienie.

Kobieta wachluje się omdlewającym gestem. Kwiaty na jej kolanach zamieniają się w wiotkie, wyssane z koloru zjawy. Duchy roślin, żałosne wspomnienia o wesołym wiejskim ogródku.

To niedaleko. Niedaleko, myśli. Jeszcze trochę i wszystko się skończy. Będziemy mogli wracać. Do domu. Do zimnej lemoniady i ocienionej werandy. Do sensownych, zrozumiałych czynności, jakże innych niż ta absurdalna, odbywana co roku pielgrzymka.

Mężczyzna powozi spokojny, niewzruszony, zdawałoby się, zadowolony. Jakby upał go nie dotyczył. Nawet się nie poci.

To tak jakby miał misję, przychodzi do głowy dziewczynie. Jakbyśmy naprawdę udawali się do tajemniczego, świętego miejsca. Sanktuarium, które zna tylko on. Bo nie ja. Nie ja.

Jeden z koni potyka się, chrapie nerwowo. Woźnica łagodnie ściąga lejce. Jego ciche, pełne skupienia opanowanie udziela się zwierzętom. Wyrównują krok, żwawy i miarowy, jakby to była wieczorna przejażdżka po mieście.

To tutaj, już zaraz, myśli wyczekująco mężczyzna. A potem się uśmiecha. Trochę gorzko, trochę drwiąco.

Myślałby kto, że jadę się zobaczyć z dawno niewidzianym przyjacielem. No, no, naprawdę można by tak sądzić.

Sterta kamieni wygląda tak naturalnie w pustym, surowym krajobrazie, jakby była jego przyrodzoną częścią. Tylko krzywy drewniany krzyż wskazuje, że w tym miejscu znajduje się grób.

Mężczyzna zatrzymuje wóz w cieniu pobliskiej skałki, sterczącej z ziemi niczym zepsuty ząb. Zeskakuje z kozła i rusza ku kamiennemu nagrobkowi, nawet nie spętawszy koni. Zmęczone kasztany opuszczają łby. Wyglądają teraz jak miedziane posągi. Posągi nieruchomego oczekiwania.

Też wolałyby być w domu, mówi sobie dziewczyna.

Niechętnie gramoli się z siedzenia.

Jestem cała mokra, złości się rozdrażniona, przepełniona niechęcią. Cała mokra, spocona, purpurowa z gorąca i brzydka. Przez niego. Przez jego dziwactwa.

Starszy mężczyzna nie ogląda się na nią. Prostuje, mocuje krzyż, starannie układa kawałki łupka, które się obsunęły. Jest w tym jakaś szorstka troskliwość, charakterystyczna dla pielęgniarza okrywającego rannego żołnierza w szpitalu polowym, zakonnicy posługującej umierającemu żebrakowi. Nawet nie spogląda ku swojej towarzyszce, zajęty, pogrążony w zamyśleniu.

Kobieta podchodzi, pochyla się, żeby położyć kwiaty. Tak samo martwe jak ten bezimienny człowiek otulony rozpaloną słońcem, ciężką obojętnością kamieni.

Nawet nie wiem, kto tam leży, myśli nie pierwszy raz, już bez zdumienia, bez ciekawości. Minęło tyle lat, tyle lat, a on mi nigdy nie powiedział.

– Dlaczego ciągle tu przyjeżdżamy? – pyta właściwie wbrew sobie, nie oczekując żadnej sensownej odpowiedzi.

Mężczyzna unosi wzrok. I śmieje się. Tak, naprawdę, śmieje się cicho, jakby powiedziała coś bardzo zabawnego, jakby była dzieckiem próbującym wybadać, zrozumieć świat dorosłych.

– Bo umarli mają dobrą pamięć – mówi, a potem odwraca się i idzie do wozu, zostawiając ją nadąsaną, zirytowaną, pocącą się mimo wachlarza z palmowych liści i podróżnego czepka.

2.

To stary człowiek, myśli burmistrz Statford. Krzepki, ale stary. Pewnie po siedemdziesiątce. Wystarczy spojrzeć na jego ręce. Ogromne, jakby wyciosane z drewna dłonie, pokryte cętkami plam wątrobowych. Jak te hikorowe laski spacerowe. Ręce starego mężczyzny. Nie siwe włosy, nie pobrużdżona, smagła i surowa twarz człowieka, który większość czasu spędza na wolnym powietrzu, ale właśnie te długie, sękate palce czynią z niego starca. Są znamieniem wieku, swoistym piętnem.

Jego epoka odchodzi w przeszłość, ginie. On wie o tym. Wie, choć stara się wciąż trwać, jak wielkie, na wpół uschłe drzewo, które choć prawie martwe, rzuca ogromny cień na okolicę.

Tak, cień. Mrok. Ciemność. W każdym razie nie dobro. Nie, z pewnością nic dobrego.

Statford nalewa sobie whisky z kryształowej karafki. Upija mały łyk. W gabinecie jest ciemnawo. Grube aksamitne story walczą z napierającym, dzikim i okrutnym upałem sierpnia o spokój i ciszę w tym wykładanym politurowanym drewnem, eleganckim azylu. Tylko owady brzęczą uparcie, bezmyślnie, natrętnie wysławiając przemijającą powoli pełnię lata.

To tak jakby wykarczować suchy, konający pień, mówi sobie Statford. Nic więcej. Powalić stare drzewo, żeby móc posiać coś nowego, żeby zebrać dobry plon. To nawet nie będzie śmierć. Nie, na pewno nie śmierć. Tylko usunięcie czegoś zbędnego, czegoś, co zawadza, a jednocześnie jest groźne, niebezpieczne.

Jego epoka odchodzi. Już odeszła. A on powinien, musi zniknąć razem z nią. Tak będzie prawidłowo, właściwie. Nie chodzi o to, żeby powiedzieć „dobry uczynek”. Na to Statford ma za mało odwagi i mimo wszystko za mało hipokryzji. Prędzej pomyślałby: „przezorność” lub „obywatelska powinność”. Albo „usankcjonowana okolicznościami egzekucja”, choć to określenie nie przypada mu do gustu. Jest za brutalne, kojarzy się z krwią i przemocą.

A przecież obejdzie się bez krwi. Z pewnością bez krwi.

Podnosi do ust szklankę. Whisky ma rześki, mocny smak. Dymny, podnoszący na duchu smak zwycięstwa.

No, myśli Statford. Teraz już wszystko będzie w porządku. Wszystko dobrze.

Muchy tępo, nieznośnie tłuką się o szybę.

*

To przez ten skwar. Przez ten przeklęty skwar, myśli z rozpaczą. Dlatego że chciało mi się pić. Tak głupio, tak bez sensu... po prostu chciało mi się pić.

Niczego nie podejrzewał. Wynajęli go, wypełnił zadanie, przybył po zapłatę. Jak zawsze. Przyjęli go spokojnie, chłodno, rzeczowo. Tak jak lubił. W eleganckim gabinecie wykładanym ciemnym drewnem.

Interesy. To nic więcej prócz interesów. Zamówienie, wykonanie, zapłata. Ale było tak gorąco, a oni wydawali się tacy opanowani, uprzejmi. Dobrze ubrani, dobrze wychowani ludzie załatwiający po prostu swoje sprawy.

Więc uwierzył im, stracił czujność, postąpił wbrew zasadom. Gdy go poczęstowano, wypił whisky, a potem tę cholerną lemoniadę. Tę pieprzoną, przeklętą lemoniadę. Czy wydawała mu się wtedy jakaś gorzka, cierpka? Nie, chyba nie. Więc wypił ją, łamiąc zasady, jak nigdy dotąd.

Nie powinien był. I nic go nie usprawiedliwia. Nie powinien, a teraz jest już za późno.

Kiedy, dziwnie lekki, bezcielesny i pozbawiony siły, spadł z konia, myślał, że to z gorąca. Że nabawił się lekkiego udaru. Nigdy wcześniej to się nie zdarzyło, ale nie przestraszył się. Wiedział, że jest silny mimo swoich lat. To tylko trochę za dużo słońca. Przecież nic więcej. Nic, czym dorosły mężczyzna powinien się przejmować. Tyle razy w życiu bywał ranny, chory, bliski śmierci. Uśmiechnął się, kiedy zrozumiał, że nie potrafi zliczyć. Teraz zmógł go upał. To nawet trochę zabawne. Nie ołów, nie żelazo, a gorący, rozpłomieniony sierpień. Czas nie przepuszcza każdemu. Nawet zdrowemu, dorodnemu mężczyźnie, wysokiemu, żylastemu, zbudowanemu na podobieństwo sztucera, jakby z samego twardego drzewa i stali.

Wczołgał się w cień sterczącej skałki i zmusił drżące palce, żeby namacały i odkorkowały bukłak. Ale woda nie przyniosła ukojenia. Zdawała się śliska jak rtęć, zbijając w żołądku w żeliwną armatnią kulę. Jeśli tylko próbował się poruszyć, kula przetaczała się w środku, powodując ból. Nie podejmował więc dalszych wysiłków, spoczywał tylko pod skałą jak porzucony koc. Nie umiałby powiedzieć, ile czasu minęło, odkąd zwalił się z siodła. Sam wydawał się sobie dziwnie oczadziały, obojętny, pozbawiony woli. Pomyślał mętnie, że nie może tak leżeć, że powinien zająć się koniem, zabezpieczyć broń i juki. Chciał wstać, schwytać i spętać swojego karego, jednak ledwo podniósł się na kolana, ciężar w brzuchu powalił go z powrotem. Przez chwilę, przez jedną chwilę uczuł strach i bezradność, ale te odczucia natychmiast odpłynęły. Jego myśli spowalniały, miękły, jakby otaczała je warstwa bawełny. Postanowił, że później będzie się martwił o rzeczy, teraz musi odpocząć. Że wystarczy posiedzieć trochę w cieniu.

Ale nie wystarczyło. Już wie, że nie wystarczyło.

Upał nad jego głową, ogromny, ciężki, wzniesiony do ciosu metalicznym, bladym błękitem nieba, jest młotem. Młotem, który opada, żeby go zmiażdżyć. A sucha, spękana ziemia, twarda jak kawał żelaza, to kowadło. Słońce rozmazuje się, krąży, ślizga tam, w górze, rozprażone i białe. Nie ustaje ani na moment.

Skulony w cieniu skałki człowiek próbuje się podźwignąć na nogi. Jego wielkie, sękate dłonie pokryte brązowymi, starczymi cętkami drapią piasek w strasznym wysiłku. Kościste kolana tłuką o kamienie. Ciało wygina się targane spazmami. Długie, całkiem białe włosy podobne do końskiej grzywy opadają na twarz. Straszną, wykrzywioną, znękaną twarz konającego.

Piana zakrzepła na brodzie i policzkach ma żółtawą barwę starego mydła. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że ten człowiek po prostu nie skończył się golić. Ale nie. Lepkie włókna śliny, mętne, niezdrowe, kleją się do szarej jak płótno, broczącej potem skóry, kapią na piasek. W oczodołach zalegają cienie, upodobniając je do dwóch brudnych bajor sinego błota. Pod kośćmi policzkowymi rysują się już plamy niebieskawych wybroczyn.

Pod zadartą koszulą widać jasną plamę pleców, z kręgosłupem napiętym, więźlastym niczym sznur pełen supłów.

Nagły skurcz poddaje cały tors ku przodowi, głowa pochyla się, niemal dotykając ziemi, jak w pełnym szacunku pokłonie, a z rozwartych ust, otoczonych szpalerem wyszczerzonych zębów, płynie potok pienistych żółtych wymiotów.

Mężczyzna kolebie się na rękach i kolanach, jakby zdumiony swoim stanem. Już nie stara się wstać. Patrzy na ziemię, tam gdzie wsiąka cuchnąca, brudna kałuża cieczy, która właśnie opuściła jego wnętrzności. Opuściła, ale pozostawiła po sobie pożogę. Straszliwy, szalejący w środku płomień, przepalający od wewnątrz płuca, serce, żebra i skórę. Jakby połknął to rozpalone, zamazane słońce, które teraz mozolnie, bezlitośnie przebija się przez warstwy ciała, żeby uwolnione wrócić znów na nieboskłon. Czuje, jak świeci okrutnym białym blaskiem, mącącym myśli, odbierającym wzrok.

Otruli mnie, rozumie w nagłym olśnieniu między kolejnymi atakami gwałtownych torsji. Skurwysyny. Bękarty. Bydlaki. Otruli jak kojota. Jak zwierzę...

Ale nie ma w nim już wściekłości. Nie ma gniewu. Rozgrzane do białości słońce wypala wszelkie uczucia, wysysa siły.

Znów wymiotuje i zupełnie obojętnie, bez zdziwienia, przygląda się czerwieni lejącej się spomiędzy warg. Czerwieni prawie tak gorącej jak ukryte pod sercem pulsujące jądro jasności.

A potem lśniący, błękitnawy, stalowy młot nieba opada i powoli zaczyna zapadać zmierzch.

*

Nic już prawie nie widzi. Tylko zamazany szary kształt. Jęczy z bólu, kiedy palce, szorstkie, brutalne palce przeszukują mu kieszenie.

– Wiedziałem, że daleko nie odjedziesz, parszywy draniu – mówi ten odległy, jasny, okrutny głos. – Wiedziałem, że musisz się gdzieś tu zwalić. To była trutka na szczury, wiesz? Na szczury takie jak ty.

To chyba śmiech, ten odgłos.

– No, stary pierdzielu. Nie myśl sobie, że coś do ciebie mieliśmy. Co to, to nie. Uczciwie ci zapłaciliśmy, prawda? Tyle że ja i tato nie lubimy kłopotów. Nie możemy sobie na nie pozwolić. A ty już i tak zdychasz, taki z ciebie stary pierdziel. Wszystko ci jedno, prędzej czy później. No to my z tatą postanowiliśmy zrobić ci przysługę i wybrać za ciebie. Teraz, bękarcie. Właśnie teraz. Chyba nie masz nam tego za złe, co?

Te paskudne, lepkie, twarde ręce wyciągają rewolwery z kabur przy jego pasie, grzebią za pazuchą. I nic już nie można zrobić. Nawet poruszyć palcem. Wreszcie natrafiają na zwitek banknotów, unoszą go gdzieś w górę, ku czarnoszarej nicości nieba.

– No, skurwielu. To ci już nie będzie potrzebne. I żebyś nie ośmielił się szczekać, że je ukradłem. Nic z tych rzeczy. Zapłaciliśmy ci uczciwie, bękarcie. Po prostu zabieram, żeby się nie zmarnowały. Cholernie nie lubię, jak się coś marnuje.

Znowu ten rechot podobny do czkawki.

Wytęża gasnący wzrok. Ta twarz, ta pospolita, przystojna twarz drania, wykrzywiona uśmiechem triumfu. Statford. Młody Statford. Syn burmistrza.

– Aha. O konia też się nie martw. Złapałem go. Ładna sztuka. Przyda się. No, pierdzielu. To żegnaj. Na wieki. Mam nadzieję, że będziesz już trupem, kiedy zaczną cię żreć kojoty.

Cień znika, usuwa się jak czarna chmura odegnana wiatrem. Słońce jest teraz mdłe, czerwone, zamierające. Gaśnie. Gaśnie.

*

Szeryf Joseph Barlow kołysze się w siodle w rytm kroków konia. Rondo kapelusza ocienia jego pospolitą, nieco może zbyt miękką twarz, ściągniętą teraz w wyrazie znużenia.

Ten upał, myśli. Ten nieznośny skwar. To wprost niemożliwe, żeby ktoś mógł zaplanować i przeprowadzić napad na sklep w taką pogodę. To musiały być jakieś cholerne dzieciaki. Chichoczący, wystraszeni, nerwowi chłopcy, którzy jeszcze niedawno podkradali jabłka w sadzie sąsiada. Może myśleli, że to kolejna psota. Nic, tylko szczeniacki wybryk, posunięty nieco dalej niż zwykle.

Prawie słyszy w wyobraźni ich wysokie, cienkie z podniecenia głosy: „No co jest, Luke? Strach cię obleciał, co? Tchórzysz? Nie wejdziesz tam, Luke. Nie wejdziesz i nie zabierzesz tych cholernych pieniędzy z kasy, chociaż leżą tam sobie i czekają, a ty dobrze wiesz, co możemy za nie mieć. Wiesz, prawda, chłopaki? Nie, ten głupek po nie nie pójdzie albo ja jestem pies. Słyszysz? Klnę się na Boga, że nie wejdziesz, tchórzliwy bękarcie!”.

Zawsze to samo, mówi sobie Barlow. Tylko głupie, przeklęte dzieciaki mogły mieć tyle kipiącej, bezmyślnej energii, żeby sterroryzować bronią starego Jenkinsa i zabrać ze sklepu te nędzne parę dolarów w sierpniu tak gorącym jak tegoroczny. A teraz on, Barlow, snuje się jak duch po pustyni, uganiając się za cieniem, za bandą wyrostków udających, że są kumplami Jesse Jamesa.

A Mary jest sama w domu, szepcze nagle złowrogi, cichy głos w umyśle szeryfa. Głos strwożonego serca.

Mężczyzna zaciska zęby.

Wcale nie sama. Jest z nią Celeste. A wdowa Bunch obiecała zajrzeć. Na pewno przyjedzie. Nie dochowała się własnych dzieci, więc teraz, jak tylko jest okazja, matkuje cudzym. A Mary czuje się lepiej. Całkiem dobrze. Nie miała ataku od... od...

Boi się pomyśleć. Palce ściskają kurczowo łęk siodła.

Od dawna. Tak. To właściwe słowo. Od dawna.

Niebo wydaje się ciężkie, sprane jak stara flanela.

Barlow jest zmęczony. Właściwie nie pamięta już, kiedy odpoczywał. Nigdy, chyba nigdy, odkąd zachorowała Helen. Odkąd usłyszał kaszel. Ten straszny kaszel, głuchy, dudniący, jakby gdzieś w środku w piersi żony obluzowały się jakieś tryby i tłukły o siebie rozpaczliwie, coraz bardziej zepsute, rozpadające się z każdym oddechem.

W grobie, Barlow. Odpoczniesz sobie w zimnej ziemi, obok niej, mówi cichy, zjadliwy głos w umyśle. Ale najpierw spocznie tam Mary. Już niedługo. Bardzo niedługo. A ty dopiero potem, za długie, puste, pełne znużenia lata. No, no i cała rodzina będzie leżeć cichutko razem. A to ci dopiero. Wzruszający obrazek, co?

Nie, myśli szeryf. Nie!

Lecz w głębi serca wie, że się łudzi. Wie, patrząc na córkę, przywołując w pamięci obraz jej bladej buzi poznaczonej czerwonymi plamami wypieków na policzkach, jej rozgorączkowanych, lśniących jak jesienne konstelacje oczu. Wie, że się łudzi, bo widywał już przedtem roześmiane, szydercze oblicze śmierci, wyzierające przez skórę twarzy Helen, tak jak teraz widuje je, spoglądając na Mary.

I wszystko nagle wydaje mu się płaskie, pozbawione sensu, żałosne. Ten pościg za bandą dzieciaków, ta blaszana odznaka, ciążąca teraz niczym zbroja błędnego rycerza, rozpalona jak piętno. Szeryf Barlow. Wspaniale. Ale widział kto takiego szeryfa? Znużonego do granic śmierci, wypalonego jak stara lampa, zobojętniałego na wszystko człowieka, który parę lat temu przekroczył czterdziestkę i utracił wszystko, co los może odebrać mężczyźnie.

Wyglądam jak własne odbicie w krzywym lustrze. Karykatura, stwierdza bez smutku, bez żalu.

A przecież kiedyś kochał tę robotę. W jakimś dawnym, nieistniejącym życiu, tak samo nierealnym jak cienie na ścianie, jak sny pełne kolorów i blasku.

– Szeryfie! – wyrywa go z zamyślenia głos Toma Ribbsa. – Tak sobie myślę, że byłoby dobrze, gdyby pan tu podjechał. Chłopcy znaleźli coś ciekawego.

Barlow niechętnie podnosi wzrok na zastępcę. Ribbs jest postawnym mężczyzną z szopą jasnych, gęstych włosów, kwadratową szczęką i brązowymi oczami poczciwego, choć czujnego psa.

Dobry pomocnik, myśli szeryf. I dobry człowiek.

Przypomina sobie jego cichą, spokojną obecność w domu pogrzebowym, przy rozmowach z pastorem, na cmentarzu i czuje wdzięczność. Tak jakby obaj wpadli w tarapaty, walczyli ramię w ramię pod ostrzałem, a Barlow znalazł się nagle w wielkim niebezpieczeństwie i potrzebował wsparcia.

Potrzebowałem, Tom, przyznaje Joe. I niech mi Bóg wybaczy, że nigdy nie potrafiłem okazać ci, jak cenna była twoja pomoc.

– Co tam znowu? – pyta, popędzając konia. – Jakieś ślady? Obozowali koło tych skałek, Tom?

Zastępca powoli kręci głową.

– Nie, szeryfie. To będzie pewnikiem chodziło o całkiem inną rzecz. Tak mi się widzi, że oni znaleźli trupa.

Joseph wzdycha ciężko. Nie w smak mu takie odkrycie. Zdecydowanie nie w smak. Jeśli naprawdę mają tam nieboszczyka, ta sprawa nie skończy się prędko. Durne bękarty pokłóciły się o te kilka dolców i ktoś oberwał kulkę. Zawsze tak jest z takimi wszarzami. Same kłopoty. A Mary jest w domu tylko z Celeste. I tą drugą starą kobietą, wdową Bunch.

Powinienem przenieść się do miasta, wyrzuca sobie. Ale Helen kochała tę farmę. A Mary musi dużo przebywać na powietrzu. Tak polecił doktor. W mieście zaszkodzi jej kurz i spiekota.

Wjeżdża kłusem między skałki.

– Macie zwłoki? – pyta krótko.

Fred i Zack zeskoczyli z siodeł, poszturchują się nawzajem i chichoczą pochyleni nad nieruchomym kształtem.

To też jeszcze szczeniaki, myśli szeryf ze zniechęceniem. Takie same jak ci, co obrabowali sklep. Pewno nigdy nie widzieli trupa.

Fred unosi wzrok, ściąga kapelusz na tył głowy.

– Niech pan sam zerknie, szeryfie. To żaden z nich albo niech będę pies! Jakiś dziadyga. Całkiem siwy.

– No – wpada mu w słowo Zack. – Stary dziad. Rany, ale go kojoty obrobiły! Wyżarły mu całe bebechy, niech skonam! To ci dopiero! Widać żebra i inne gnaty. Jak u wieprza. I flaki ma wyprute. Niech pan szybko spojrzy, szeryfie!

Barlow niezdarnie, bez wdzięku gramoli się z konia.

– A co, ucieknie mi, Zack? – pyta drwiąco.

Fred wybucha śmiechem, a dziecinna, pucołowata twarz Zacka robi się czerwona z zawstydzenia.

– No, tego, eeee – zaczyna się plątać i nagle zadziornie unosi podbródek. – Szło mi o to, że to może przeszkodzić w ustaleniu przyczyny zgonu! – kończy triumfalnie.

– No to ustalajcie – poleca Joe i po raz pierwszy spogląda na zwłoki.

Mężczyzna rzeczywiście sprawia wrażenie starca. Wykrzywiona spazmatycznie twarz jest oblepiona zakrzepłą krwią i wymiotami. Na pierwszy rzut oka nie widać śladów po postrzale.

– Chyba zeżarł coś, co mu zaszkodziło – mówi Tom. – A może go dziabnął grzechotnik. Zdarza się, że ludzie rzygają od jadu. Ale mnie się widzi, że pewnikiem zjadł jakie świństwo, bo nie widać opuchlizny od gada. Zgadza się pan ze mną, szeryfie?

Barlow kiwa głową.

– Chyba masz rację. Ale nie zaszkodzi sprawdzić. Niech Fred i Zack obejrzą ciało. Przyda im się nauka, co?

Ribbs się uśmiecha.

– Nie da się zaprzeczyć.

– Dobrze, że to żaden z tych szczeniaków – pozwala sobie powiedzieć Joseph. – Inaczej jeszcze przez dobrych kilka dni nie wrócilibyśmy do domu. A tak pochowamy tego biedaka i zabieramy się z powrotem. Oni dawno już przekroczyli granicę stanu i są w Southville, gdzie trwonią utarg starego Pete’a w tamtejszym burdelu.

– No, to na wiele im nie starczy – stwierdza młodszy mężczyzna z kpiną w głosie.

– A ty co, dobrze się orientujesz, Tom? – uśmiecha się szeryf.

– A pan to niby nie? – pyta Ribbs i zaraz mrocznieje. – No, ja, tego, no... nie miałem na myśli...

– Jasne, Tom. W porządku. Przypilnuj lepiej Zacka i Freda. Ten stary zmarł chyba z gorąca albo od jakiejś choroby. Jeśli nie znajdziecie śladów po kuli lub nożu, to nie nasza sprawa. Nie uśmiecha mi się wlec trupa w tym stanie do miasta. Rozpadłby się chyba po drodze.

– Racja – przytakuje skwapliwie Ribbs. – I tak nikt go nie rozpozna. To obcy jakiś, włóczęga. Lepiej go zostawić, szeryfie. Dobrze pan mówisz.

Joseph odwraca się, ociera twarz rękawem.

Ten skwar, myśli. Ten cholerny upał.

Ale nie tęskni do ochłody, którą przyniosą jesienne wiatry, do zimnych wieczorów, gdy niebo robi się takie wysokie i szklane, po brzegi wypełnione gwiazdami. Czas nie jest jego przyjacielem. O nie. To podstępny wróg, najeźdźca, który zabiera swój haracz bez litości, bez chwili wahania.

Barlow podchodzi do konia, coś tam machinalnie poprawia przy siodle, lecz tak naprawdę nie ma go tutaj. Popada w odrętwienie, rodzaj zamyślenia podobnego do transu, jakby był bezwiednie, bezwolnie medytującym wschodnim mędrcem, pozbawionym jednakowoż siły płynącej z wiary. Po prostu odpływa, nie myśląc o niczym, podobny skałom i jaszczurkom, jałowy jak otaczająca go pustynia.

Ten stan zdarza mu się często, sen na jawie bez majaków, jakby jego umysł się wyłączał, nie chcąc pamiętać, nie chcąc przyjmować niczego z bezlitosnej rzeczywistości.

Dochodzą do niego jedynie strzępy słów jakiejś sprzeczki wywiązującej się między Zackiem i Fredem.

Książki Mai Lidii Kossakowskiej wydane nakładem naszego wydawnictwa:

Siewca WiatruZakon Krańca Świata – tom 1Zakon Krańca Świata – tom 2Więzy KrwiRuda SforaŻarna niebiosUpiór Południa. CzerńUpiór Południa. Pamięć UmarłychUpiór Południa. Burzowe KocięUpiór Południa. Czas MgiełZbieracz Burz – tom 1Zbieracz Burz – tom 2Grillbar Galaktyka

Autorka fantastyki, z wykształcenia plastyk i archeolog śródziemnomorski. Sporadycznie mag i poetka. Wychowana na klasyce i porządnej literaturze amerykańskiej, czyli Faulknerze, Steinbecku, Hemingwayu, Chandlerze, Cortazarze i Llosie.

Ceni dobrą prozę nowoczesną. Miłośniczka antyku, niezwykłych mitologii, wiedzy tajemnej, szamanizmu i starożytnych artefaktów. Lubi stare westerny, nowe filmy wojenne, środkowe Morawy, awantury arabskie i grillowane krewetki. Przyjaźni się z kotami i końmi oraz lekko zdumiewa fenomenem mrówkojadów.

Laureatka Nagrody im. Janusza A. Zajdla 2006 (ośmiokrotnie nominowana), Srebrnego Globu, Złotego Kota i Śląkfy. Autorka m.in. bestsellerowego cyklu Zastępy Anielskie, na który składają się: zbiór opowiadań Żarna niebios, powieść Siewca Wiatru i dwutomowy Zbieracz Burz. W 2009 r. dała popis swoich literackich umiejętności czterotomowym zbiorem opowieści grozy Upiór Południa. Jest także autorką powieści: Ruda Sfora, Zakon Krańca Świata, Grillbar Galaktyka oraz zbioru opowiadań Więzy Krwi.

COPYRIGHT© BYMaja Lidia KossakowskaCOPYRIGHT © BYFabryka Słów sp. z o.o.,LUBLIN 2009

WYDANIE I

ISBN978-83-7574-382-1

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIAEryk Górski, Robert Łakuta

GRAFIKA ORAZ PROJEKT OKŁADKIPiotr Cieśliński

ILUSTRACJEDominik Broniek

REDAKCJADominika Repeczko

KOREKTABarbara Caban, Magdalena Byrska

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail:biuro@fabrykaslow.com.pl