Wydawca: Albatros Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 988 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pamięć absolutna - Arnold Schwarzenegger

Jedna z najbardziej oczekiwanych autobiografii naszych czasów. ""Pamięć absolutna: Niewiarygodna Historia Mojego Życia"" Arnolda Schwarzeneggera to szczera opowieść niezwykłego aktora, biznesmena i polityka – opowieść o niezwykłej determinacji, dyscyplinie, pracowitości i wierze we własne siły. Urodził się w małym miasteczku w austriackich Alpach. Marzył o wyjeździe do Ameryki, o tym, by zostać mistrzem kulturystyki i gwiazdą filmową. Zwycięstwo w zawodach Mr. Universe otworzyło mu drogę do kariery w Ameryce – w kulturystyce, biznesie, filmie i wreszcie w polityce. W każdej z dziedzin życia osiągnął wyżyny, o jakich większość imigrantów może tylko śnić. Za rolę w filmie „Niedosyt” otrzymał Złoty Glob. Ożenił się z siostrzenicą prezydenta Johna Kennedy’ego - Marią Shriver, zarobił miliony dolarów, nie tylko w branży filmowej, ale również prowadząc inne interesy – od inwestowania w nieruchomości po zakup boeinga 747. Trzydzieści sześć lat po wyjeździe do Ameryki został wybrany gubernatorem stanu Kalifornia. Jego życie nie było wolne od skandali, o czym pisze w rozdziale „Sekret”, przyznając się do nieślubnego dziecka z pomocą domową i szczegółowo relacjonuje całą historię, wraz z separacją i nadchodzącym rozwodem z Marią Shriver. A na deser serwuje czytelnikom „zasady Arnolda” - rady, którymi według niego należy kierować się w życiu, żeby osiągnąć sukces. Oto Arnold z jego pamięcią absolutną.

Opinie o ebooku Pamięć absolutna - Arnold Schwarzenegger

Cytaty z ebooka Pamięć absolutna - Arnold Schwarzenegger

Chociaż nakłaniał Karla do studiów medycznych, był zachwycony tym, że jego syn uprawia sport. Wierzył w harmonię ciała i umysłu. – Powinniście budować jak najdoskonalsze ciało, ale także doskonalić umysł – mawiał. – Czytajcie Platona! Starożytni Grecy nie tylko zapoczątkowali olimpiady, lecz także dali nam wielkich filozofów, i dobrze by było, żebyście skorzystali z jednego i drugiego.
Pozwalał, żebyśmy do niego przychodzili, bo chciał nas czegoś nauczyć: pracujesz, zarabiasz forsę i stać cię na taki samochód, trenujesz i wygrywasz mistrzostwa. Żadnej drogi na skróty, na wszystko trzeba zapracować.
Uważała na przykład, że nie nauczono nas prowadzić rozmów towarzyskich, a chciała, żebyśmy nabrali trochę ogłady. Gawędziła więc z nami o sztuce, religii i bieżących sprawach. Żeby nagrodzić nasze wysiłki, częstowała nas chlebem z marmoladą.
Później nigdy już nie jeździłem na zawody, żeby rywalizować. Jeździłem, żeby wygrywać. Choć nie udawało mi się to za każdym razem, nastawienie zawsze miałem takie samo. Stałem się prawdziwym zwierzęciem. Gdybyście mogli posłuchać moich myśli przed zawodami, usłyszelibyście coś takiego: Zasłużyłem na podium, mam do niego prawo i powinno się przede mną rozstąpić morze. Jazda mi z drogi, do cholery, bo wypełniam misję. Przyznajcie mi pierwsze miejsce i spływajcie.

Fragment ebooka Pamięć absolutna - Arnold Schwarzenegger

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

TO­TAL RE­CALL. MY UNBE­LIE­VA­BLY TRUE LIFE STO­RY

Co­py­ri­ght © Fit­ness Pu­bli­ca­tions Inc. 2012 All ri­ghts re­se­rved

First pu­bli­shed by Si­mon & Schu­s­ter Inc., New York, USA

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Mag­da­le­na Słysz & An­drzej Nie­wia­dom­ski 2013

Re­dak­cja: Be­ata Sła­ma, Be­ata Kacz­mar­czyk

Kon­sul­ta­cja prze­kła­du:

Pa­weł Fil­le­born (kul­tu­ry­sty­ka), Wi­told Za­lew­ski (po­li­ty­ka ame­ry­kań­ska), Ro­bert Zię­biń­ski (fil­mo­znaw­stwo)

In­deks: Do­ro­ta Ja­ku­bow­ska

Zdję­cie na okład­ce: Greg Gor­man

Opra­co­wa­nie fo­to­gra­ficz­ne: Au­drey Lan­dreth

ISBN 978-83-7885-037-3

Wy­daw­ca

WY­DAW­NIC­TWO AL­BA­TROS A. KU­RY­ŁO­WICZ Hlon­da 2a/25, 02-972 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two­al­ba­tros.com

Ni­niej­szy pro­dukt jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go. Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku oso­bę, któ­ra wy­ku­pi­ła pra­wo do­stę­pu. Wy­daw­ca in­for­mu­je, że pu­blicz­ne udo­stęp­nia­nie oso­bom trze­cim, nie­okre­ślo­nym ad­re­sa­tom lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób upo­wszech­nia­nie, ko­pio­wa­nie oraz prze­twa­rza­nie w tech­ni­kach cy­fro­wych lub po­dob­nych – jest nie­le­gal­ne i pod­le­ga wła­ści­wym sank­cjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Mo­jej ro­dzi­nie

Ame­ry­ka była tak po­tęż­na, jak to so­bie wy­obra­ża­łem, do­ra­sta­jąc na pro­win­cji w Au­strii. Nie mu­sia­łem więc uda­wać ra­do­ści i pod­nie­ce­nia, gdy w 1969 roku gra­łem Her­ku­le­sa zwie­dza­ją­ce­go Ti­mes Squ­are w moim pierw­szym fil­mie, Her­ku­les w No­wym Jor­ku.

Za zgo­dą Lions­ga­te

ROZ­DZIAŁ 1Wy­jazd z Au­strii

Uro­dzi­łem się w cza­sach gło­du. W roku 1947 Au­stria była pod oku­pa­cją wojsk alianc­kich, któ­re po­ko­na­ły hi­tle­row­ską Trze­cią Rze­szę. W maju, dwa mie­sią­ce przed moim przyj­ściem na świat, w Wied­niu z po­wo­du bra­ku żyw­no­ści wy­bu­cha­ły za­miesz­ki. W Sty­rii, kra­ju związ­ko­wym w po­łu­dnio­wo-wschod­niej czę­ści Au­strii, gdzie miesz­ka­li­śmy, też pa­no­wał głód. Po la­tach, gdy mat­ka chcia­ła mi przy­po­mnieć, ile ra­zem z oj­cem zro­bi­li, że­bym wy­szedł na lu­dzi, opo­wia­da­ła, jak szu­ka­ła je­dze­nia na wsi, cho­dzi­ła od jed­ne­go go­spo­dar­stwa do dru­gie­go, żeby zdo­być tro­chę ma­sła, cu­kru czy mąki. Cza­sa­mi nie było jej w domu przez trzy dni. Mó­wią na to Ham­stern – cho­mi­ko­wa­nie. Wte­dy że­bra­nie o je­dze­nie było na po­rząd­ku dzien­nym.

Na­sza wieś, bar­dzo ty­po­wa, na­zy­wa­ła się Thal. Miesz­ka­ło w niej kil­ka­set ro­dzin, domy i go­spo­dar­stwa sku­pia­ły się w osa­dy po­łą­czo­ne ścież­ka­mi i po­lny­mi dro­ga­mi. Głów­na dro­ga grun­to­wa bie­gła przez kil­ka ki­lo­me­trów po ni­skich al­pej­skich wzgó­rzach wśród pól i la­sów.

Woj­ska bry­tyj­skie, któ­re nad­zo­ro­wa­ły nasz re­jon, wi­dy­wa­li­śmy rzad­ko – tyl­ko od cza­su do cza­su prze­jeż­dża­ła cię­ża­rów­ka z żoł­nie­rza­mi. Jed­nak wschod­nią część kra­ju oku­po­wa­li Ro­sja­nie i ich obec­ność była od­czu­wal­na. Za­czę­ła się zim­na woj­na i wszy­scy ży­li­śmy w stra­chu, że za­raz wja­dą ro­syj­skie czoł­gi i zo­sta­nie­my przy­łą­cze­ni do ra­dziec­kie­go im­pe­rium. Księ­ża w ko­ścio­łach stra­szy­li wier­nych prze­ra­ża­ją­cy­mi opo­wie­ścia­mi o Ro­sja­nach strze­la­ją­cych do nie­mow­ląt w ra­mio­nach ma­tek.

Nasz dom stał na szczy­cie wzgó­rza przy dro­dze i gdy do­ra­sta­łem, rzad­ko zda­rza­ło mi się wi­dy­wać wię­cej niż dwa sa­mo­cho­dy dzien­nie. Na­prze­ciw­ko wzno­sił się zruj­no­wa­ny za­mek, po­cho­dzą­cy z cza­sów feu­dal­nych, od na­szych drzwi dzie­li­ło go oko­ło stu me­trów.

Na na­stęp­nym wznie­sie­niu stał ra­tusz z biu­rem bur­mi­strza, ko­ściół ka­to­lic­ki, do któ­re­go mat­ka co nie­dzie­lę pro­wa­dzi­ła nas na mszę, miej­sco­wy Ga­sthaus, czy­li go­spo­da bę­dą­ca ser­cem wsi, i szko­ła pod­sta­wo­wa – cho­dzi­łem do niej ze star­szym ode mnie o rok bra­tem Me­in­har­dem.

W naj­wcze­śniej­szych wspo­mnie­niach wi­dzę mat­kę ro­bią­cą pra­nie i ojca prze­rzu­ca­ją­ce­go ło­pa­tą wę­giel. Mia­łem wte­dy nie wię­cej niż trzy lata, ale jego ob­raz wy­rył się w mo­jej pa­mię­ci bar­dzo moc­no. Był wy­so­kim, po­tęż­nym męż­czy­zną i wie­le rze­czy ro­bił sam, bez ni­czy­jej po­mo­cy. Każ­dej je­sie­ni do­sta­wa­li­śmy przy­dział wę­gla, któ­ry zrzu­ca­no z przy­cze­py cię­ża­rów­ki przed do­mem, i wte­dy oj­ciec za­trud­niał Me­in­har­da i mnie do po­mo­cy przy prze­no­sze­niu go do piw­ni­cy. Za­wsze ro­bi­li­śmy to z dumą.

Za­rów­no oj­ciec, jak i mat­ka po­cho­dzi­li z kla­sy pra­cu­ją­cej, z ro­bot­ni­czych ro­dzin za­trud­nio­nych przy pro­duk­cji sta­li, miesz­ka­ją­cych na pół­no­cy. Po­zna­li się pod ko­niec woj­ny w mie­ście Mürz­zu­schlag, gdzie mat­ka, Au­re­lia Jadr­ny, pra­co­wa­ła jako urzęd­nicz­ka w punk­cie dys­try­bu­cji ra­cji żyw­no­ścio­wych pod­le­ga­ją­cym ra­tu­szo­wi. Była po dwu­dzie­st­ce i zdą­ży­ła już owdo­wieć – jej mąż zo­stał za­bi­ty osiem mie­się­cy po ślu­bie. Gdy któ­re­goś ran­ka sie­dzia­ła za biur­kiem, za­uwa­ży­ła mo­je­go ojca prze­cho­dzą­ce­go uli­cą – star­sze­go od niej męż­czy­znę, pod czter­dziest­kę, ale wy­so­kie­go i przy­stoj­ne­go. Był w mun­du­rze po­li­cjan­ta. Mia­ła sła­bość do fa­ce­tów w mun­du­rach, więc co­dzien­nie na nie­go cze­ka­ła. Wie­dzia­ła, kie­dy miał służ­bę, i za­wsze wte­dy tkwi­ła za biur­kiem. Roz­ma­wia­li przez otwar­te okno, a ona da­wa­ła mu do je­dze­nia to, co mia­ła pod ręką.

Na­zy­wał się Gu­stav Schwa­rze­neg­ger. Ślub wzię­li pod ko­niec 1945 roku. On miał trzy­dzie­ści osiem lat, ona dwa­dzie­ścia trzy. Oj­ciec do­stał przy­dział w Thal, gdzie sta­nął na cze­le czte­ro­oso­bo­we­go po­ste­run­ku, od­po­wie­dzial­ne­go za utrzy­ma­nie po­rząd­ku we wsi i oko­li­cach. Z żoł­du, któ­ry do­sta­wał, le­d­wo dało się wy­żyć, ale w ra­mach przy­dzia­łu otrzy­mał miesz­ka­nie: For­sthaus, sta­rą le­śni­czów­kę. For­st­me­ister, le­śni­czy, miesz­kał na par­te­rze, a In­spek­tor z ro­dzi­ną – na pię­trze.

Dom, w któ­rym spę­dzi­łem dzie­ciń­stwo, był zwy­kłym bu­dyn­kiem z ka­mie­nia i ce­gieł, o har­mo­nij­nych pro­por­cjach, gru­bych mu­rach i ma­łych oknach chro­nią­cych przed al­pej­ski­mi zi­ma­mi. Mie­li­śmy dwie sy­pial­nie z pie­ca­mi na wę­giel oraz kuch­nię, w któ­rej je­dli­śmy, od­ra­bia­li­śmy lek­cje, my­li­śmy się i ba­wi­li­śmy. Źró­dłem cie­pła w tym po­miesz­cze­niu była ku­chen­ka.

Nie było ka­na­li­za­cji, nie mie­li­śmy prysz­ni­ca ani klo­ze­tu, tyl­ko coś w ro­dza­ju noc­ni­ka. Naj­bliż­sza stud­nia znaj­do­wa­ła się w od­le­gło­ści oko­ło pół­to­ra ki­lo­me­tra i któ­reś z nas mu­sia­ło do niej cho­dzić, na­wet gdy pa­dał deszcz czy śnieg. Sta­ra­li­śmy się więc zu­ży­wać jak naj­mniej wody. Grza­li­śmy ją, wle­wa­li­śmy do mied­ni­cy i my­li­śmy się gąb­ką albo szmat­ką – mat­ka pierw­sza, w czy­stej wo­dzie, po­tem oj­ciec i wresz­cie my – Me­in­hard i ja. Nie prze­szka­dza­ło nam, że woda jest tro­chę brud­na, je­śli po­zwa­la­ło to unik­nąć kur­su do stud­ni.

Mie­li­śmy tyl­ko nie­zbęd­ne me­ble i kil­ka lamp elek­trycz­nych. Oj­ciec lu­bił ob­ra­zy i an­ty­ki, ale gdy do­ra­sta­li­śmy, były to luk­su­sy, na któ­re nie mógł so­bie po­zwo­lić. Mat­ka gra­ła na cy­trze, śpie­wa­ła nam pio­sen­ki i ko­ły­san­ki, lecz to oj­ciec był praw­dzi­wym mu­zy­kiem. Umiał grać na róż­nych in­stru­men­tach dę­tych: na trąb­ce, skrzy­dłów­ce, sak­so­fo­nie, klar­ne­cie. Pi­sał tak­że mu­zy­kę i dy­ry­go­wał lo­kal­ną or­kie­strą żan­dar­me­rii – je­śli gdzieś w kra­ju zmarł ja­kiś ofi­cer po­li­cji, or­kie­stra gra­ła na jego po­grze­bie. La­tem w nie­dzie­le czę­sto cho­dzi­li­śmy na kon­cer­ty do par­ku, pod­czas któ­rych oj­ciec dy­ry­go­wał, a cza­sa­mi i grał. Więk­szość krew­nych z jego stro­ny mia­ła zdol­no­ści mu­zycz­ne, ale my z Me­in­har­dem ich nie odzie­dzi­czy­li­śmy.

Nie po­tra­fię po­wie­dzieć, dla­cze­go mie­li­śmy koty, a nie psy – może dla­te­go, że mat­ka je uwiel­bia­ła i ich utrzy­ma­nie nic nie kosz­to­wa­ło, bo same zdo­by­wa­ły so­bie po­ży­wie­nie. Za­wsze było u nas mnó­stwo ko­tów, któ­re wy­cho­dzi­ły z domu i do nie­go wcho­dzi­ły, le­ża­ły zwi­nię­te w kłę­bek tu i tam, przy­no­si­ły na wpół mar­twe my­szy z pod­da­sza, żeby po­ka­zać, jacy to z nich wspa­nia­li łow­cy. Każ­dy z nas miał wła­sne­go kota, z któ­rym spał – taki był u nas zwy­czaj. W pew­nym mo­men­cie w domu było sie­dem ko­tów. Uwiel­bia­li­śmy je, ale w tam­tych cza­sach nie cho­dzi­ło się ze zwie­rzę­ta­mi do we­te­ry­na­rza. Gdy je­den z ko­tów za­czy­nał nie­do­ma­gać, bo był cho­ry albo sta­ry, cze­ka­li­śmy, aż usły­szy­my strzał z pi­sto­le­tu ojca, do­cho­dzą­cy z tyl­ne­go po­dwór­ka. Wte­dy mat­ka, Me­in­hard i ja ko­pa­li­śmy dół i usy­py­wa­li­śmy na­gro­bek z ma­łym krzy­żem.

Mat­ka mia­ła czar­ne­go kota o imie­niu Mo­oki i twier­dzi­ła, że jest nie­zwy­kły, choć żad­ne z nas nie wie­dzia­ło dla­cze­go. Pew­ne­go dnia, gdy mia­łem z dzie­sięć lat, kłó­ci­łem się z mat­ką, bo nie chcia­łem od­ro­bić pra­cy do­mo­wej. Na ka­na­pie le­żał Mo­oki, jak zwy­kle zwi­nię­ty w kłę­bek. Mu­sia­łem być na­praw­dę nie­grzecz­ny, bo mat­ka po­de­szła szyb­ko, żeby dać mi w twarz. Zo­ba­czy­łem, na co się za­no­si, i pró­bo­wa­łem się za­sło­nić, ale za­miast tego ude­rzy­łem ją wierz­chem dło­ni. Mo­oki na­tych­miast zsu­nął się z ka­na­py, wsko­czył mię­dzy nas i za­czął dra­pać mnie po twa­rzy. Ścią­gną­łem go z sie­bie i wrza­sną­łem:

– Ojej! Co to ma być?!

Spoj­rze­li­śmy z mat­ką na sie­bie i obo­je wy­buch­nę­li­śmy śmie­chem, choć po po­licz­ku cie­kła mi krew. Wresz­cie mat­ka mia­ła do­wód, że Mo­oki to nie­zwy­kły kot.

Po za­wie­ru­sze wo­jen­nej moi ro­dzi­ce naj­bar­dziej pra­gnę­li spo­ko­ju i bez­pie­czeń­stwa. Mat­ka, wy­so­ka ko­bie­ta o sze­ro­kich ra­mio­nach, sil­na i za­rad­na, była tra­dy­cyj­ną Haus­frau, utrzy­mu­ją­cą w domu nie­ska­zi­tel­ny po­rzą­dek i czy­stość. Zwi­ja­ła dy­wa­ny i na ko­la­nach szo­ro­wa­ła szczot­ką i my­dłem drew­nia­ną pod­ło­gę, a po­tem wy­cie­ra­ła ją do su­cha szma­ta­mi. Ma­niac­ko dba­ła o to, żeby na­sze ubra­nia wi­sia­ły po­rząd­nie na wie­sza­kach, a po­ściel i ręcz­ni­ki były sta­ran­nie zło­żo­ne, z kan­ta­mi ostry­mi jak brzy­twa. Na ty­łach domu upra­wia­ła bu­ra­ki, ziem­nia­ki i ja­go­dy, że­by­śmy mie­li co jeść, a je­sie­nią ro­bi­ła prze­two­ry i ki­si­ła ka­pu­stę na zimę. Trzy­ma­ła to wszyst­ko w sło­jach z gru­be­go szkła. Gdy oj­ciec o dwu­na­stej trzy­dzie­ści wra­cał do domu z po­ste­run­ku, mama cze­ka­ła z obia­dem, a po­tem, kie­dy wra­cał punkt osiem­na­sta – z ko­la­cją.

Zaj­mo­wa­ła się też fi­nan­sa­mi. Po­nie­waż wcze­śniej pra­co­wa­ła w urzę­dzie, była do­sko­na­le zor­ga­ni­zo­wa­na, do­brze pi­sa­ła i li­czy­ła. Co mie­siąc, gdy oj­ciec przy­no­sił wy­pła­tę, zo­sta­wia­ła mu pięć­set szy­lin­gów na drob­ne wy­dat­ki, a resz­tę prze­zna­cza­ła na ży­cie. Pro­wa­dzi­ła całą ro­dzin­ną ko­re­spon­den­cję i opła­ca­ła co mie­siąc ra­chun­ki. Raz do roku, za­wsze w grud­niu, za­bie­ra­ła nas na za­ku­py. Je­cha­li­śmy au­to­bu­sem do domu to­wa­ro­we­go Kast­ner und Ohler tuż za na­stęp­nym wznie­sie­niem, w Gra­zu. Sta­ry bu­dy­nek miał tyl­ko dwa albo trzy pię­tra, ale dla nas był wiel­ki jak Mall of Ame­ri­ca. Były tam scho­dy ru­cho­me i win­da ze szkła i me­ta­lu, więc gdy wjeż­dża­li­śmy na górę, wi­dzie­li­śmy wszyst­ko. Mama ku­po­wa­ła nam tyl­ko nie­zbęd­ne rze­czy, ubra­nia, ko­szu­le, bie­li­znę, skar­pet­ki i tym po­dob­ne, któ­re na­stęp­ne­go dnia do­star­cza­no nam do domu, za­pa­ko­wa­ne w brą­zo­wy pa­pier. No­wo­ścią były wów­czas za­ku­py na raty i mat­ka z przy­jem­no­ścią z nich ko­rzy­sta­ła, pła­cąc co mie­siąc uła­mek na­leż­no­ści, aż ure­gu­lo­wa­ła ją do koń­ca. Ten ro­dzaj za­chę­ty do ku­po­wa­nia w przy­pad­ku ta­kich osób jak moja mama sta­no­wił do­bry spo­sób sty­mu­lo­wa­nia roz­wo­ju go­spo­dar­ki.

Mat­ka ra­dzi­ła so­bie tak­że z pro­ble­ma­mi zdro­wot­ny­mi, mimo że oj­ciec po­tra­fił udzie­lić pierw­szej po­mo­cy. Brat i ja prze­szli­śmy chy­ba wszyst­kie moż­li­we cho­ro­by dzie­cię­ce, od świn­ki przez szkar­la­ty­nę po odrę, więc mama mia­ła do­świad­cze­nie. Nic nie mo­gło jej po­wstrzy­mać: któ­rejś zi­mo­wej nocy, gdy by­li­śmy jesz­cze bar­dzo mali, Me­in­hard do­stał za­pa­le­nia płuc, a nie moż­na było we­zwać le­ka­rza ani ka­ret­ki po­go­to­wia. Mama zo­sta­wi­ła mnie więc w domu z oj­cem, a sama wzię­ła za­wi­nię­te­go Me­in­har­da na ple­cy i po­ko­na­ła po­nad trzy ki­lo­me­try w śnie­gu, żeby za­nieść go do szpi­ta­la w Gra­zu.

Oj­ciec miał bar­dziej skom­pli­ko­wa­ną oso­bo­wość. Po­tra­fił być wspa­nia­ło­myśl­ny i czu­ły, szcze­gól­nie wo­bec mat­ki. Bar­dzo się ko­cha­li. Wi­dać to było po spo­so­bie, w jaki po­da­wa­ła mu kawę, a on ofia­ro­wy­wał jej drob­ne upo­min­ki, przy­tu­lał ją i kle­pał po pu­pie. Nas tak­że ko­cha­li, za­wsze za­bie­ra­li mnie i Me­in­har­da do swo­je­go łóż­ka i tu­li­li, szcze­gól­nie gdy ba­li­śmy się bu­rzy.

Jed­nak raz na ty­dzień, zwy­kle w piąt­ko­wy wie­czór, oj­ciec wra­cał do domu pi­ja­ny. Nie było go do dru­giej, trze­ciej albo czwar­tej w nocy, po­nie­waż pił z miej­sco­wy­mi, za­wsze przy tym sa­mym sto­le w go­spo­dzie, czę­sto na­wet z księ­dzem, dy­rek­to­rem szko­ły czy bur­mi­strzem. Bu­dził nas w nocy, bo wa­lił wście­kle do drzwi i krzy­czał na mat­kę. Gniew szyb­ko mi­jał i na­za­jutrz oj­ciec był do rany przy­łóż, za­bie­rał nas na obiad albo da­wał pre­zen­ty na zgo­dę. Ale gdy my na­bro­ili­śmy, spusz­czał nam la­nie.

Wszyst­ko to wy­da­wa­ło nam się zu­peł­nie nor­mal­ne: każ­dy oj­ciec wy­mie­rzał dzie­ciom kary fi­zycz­ne i przy­cho­dził do domu pi­ja­ny. Go­spo­darz, któ­ry miesz­kał nie­da­le­ko nas, tar­gał syna za uszy i go­nił go z cien­ką, gięt­ką ró­zgą na­mo­czo­ną wcze­śniej w wo­dzie, aby razy bar­dziej bo­la­ły. Pi­cie al­ko­ho­lu było ele­men­tem bra­ter­stwa. Cza­sa­mi męż­czyź­ni za­pra­sza­li na­wet żony i dzie­ci, żeby przy­łą­czy­ły się do nich w go­spo­dzie. Dzie­cia­ki za­wsze czu­ły się uho­no­ro­wa­ne, gdy mo­gły usiąść z do­ro­sły­mi i do­stać de­ser. Po­zwa­la­no nam też pójść do są­sied­niej izby, na­pić się coca-coli i po­grać w gry plan­szo­we, po­oglą­dać cza­so­pi­sma albo te­le­wi­zję. Sie­dzie­li­śmy tam do pół­no­cy i my­śle­li­śmy so­bie: O rany, to jest do­pie­ro ży­cie!

Po la­tach zro­zu­mia­łem, że pod tą Ge­mütlich­ke­it kry­ły się go­rycz i strach. Do­ra­sta­li­śmy wśród męż­czyzn, któ­rzy czu­li się nie­udacz­ni­ka­mi. Ich po­ko­le­nie do­pro­wa­dzi­ło do dru­giej woj­ny świa­to­wej i ją prze­gra­ło. Oj­ciec od­szedł z żan­dar­me­rii i wstą­pił do po­li­cji w ar­mii nie­miec­kiej. Słu­żył w Bel­gii i we Fran­cji, a tak­że w Afry­ce Pół­noc­nej, gdzie zła­pał ma­la­rię. W 1942 roku w Le­nin­gra­dzie, w naj­bar­dziej krwa­wej bi­twie tej woj­ny, o mało nie zo­stał wzię­ty do nie­wo­li. Bu­dy­nek, w któ­rym prze­by­wał, zo­stał wy­sa­dzo­ny przez Ro­sjan. Oj­ciec przez trzy dni le­żał uwię­zio­ny pod gru­za­mi. Miał prze­trą­co­ny krę­go­słup i odłam­ki szrap­ne­la w obu no­gach. Spę­dził wie­le mie­się­cy w szpi­ta­lu, za­nim do­szedł do sie­bie na tyle, aby wró­cić do Au­strii i wstą­pić do po­li­cji cy­wil­nej. A kto wie, jak dłu­go le­czył rany psy­chicz­ne, bio­rąc pod uwa­gę to wszyst­ko, cze­go był świad­kiem. Sły­sza­łem, jak męż­czyź­ni mó­wi­li o tym, gdy się upi­ja­li, i mogę so­bie wy­obra­zić, jak bo­le­sne były dla nich te wspo­mnie­nia. Zo­sta­li po­ko­na­ni i bali się, że pew­ne­go dnia wkro­czą Ro­sja­nie i za­bio­rą ich, by od­bu­do­wy­wa­li Mo­skwę czy Sta­lin­grad. Byli prze­peł­nie­ni gnie­wem. Pró­bo­wa­li tłu­mić wście­kłość i uczu­cie po­ni­że­nia, ale nie mo­gli wy­zbyć się roz­cza­ro­wa­nia.

Za­sta­nów­cie się: obie­cu­je wam się, że bę­dzie­cie oby­wa­te­la­mi no­we­go po­tęż­ne­go im­pe­rium, że każ­da ro­dzi­na bę­dzie mia­ła wszel­kie naj­now­sze wy­go­dy. A za­miast tego wra­ca­cie do zruj­no­wa­ne­go kra­ju, gdzie pra­wie nie ma pie­nię­dzy, bra­ku­je je­dze­nia, gdzie wszyst­ko trze­ba od­bu­do­wać. Są tam woj­ska oku­pa­cyj­ne, więc nie jest się pa­nem na wła­snej zie­mi. A co naj­gor­sze, trud­no po­ra­dzić so­bie z tym, co się prze­ży­ło. Jak moż­na od­re­ago­wać tę nie­wia­ry­god­ną trau­mę, je­śli ni­ko­mu nie wol­no o niej mó­wić?

Trze­cia Rze­sza zo­sta­ła ofi­cjal­nie wy­ma­za­na z hi­sto­rii. Wszy­scy urzęd­ni­cy pań­stwo­wi – lo­kal­ni pra­cow­ni­cy ad­mi­ni­stra­cji, na­uczy­cie­le, po­li­cjan­ci – mu­sie­li przejść tak zwa­ną de­na­zy­fi­ka­cję. Prze­słu­chi­wa­no ta­kie­go ko­goś, a po­tem we­ry­fi­ko­wa­no jego ze­zna­nie, żeby stwier­dzić, czy był za­go­rza­łym na­zi­stą i czy mógł po­peł­nić zbrod­nie wo­jen­ne. Wszyst­ko, co mia­ło zwią­zek z na­zi­zmem, pod­le­ga­ło kon­fi­ska­cie: książ­ki, fil­my, pla­ka­ty, na­wet oso­bi­ste za­pi­ski i zdję­cia. Trze­ba było od­dać każ­dą taką rzecz, woj­na mu­sia­ła być wy­ma­za­na z pa­mię­ci.

Me­in­hard i ja nie by­li­śmy tego świa­do­mi. W domu mie­li­śmy pięk­ną książ­kę z ob­raz­ka­mi, któ­rą po­ży­cza­li­śmy, żeby od­gry­wać księ­dza: uda­wa­li­śmy, że to Bi­blia, bo była więk­sza niż na­sze Pi­smo Świę­te. Je­den z nas otwie­rał ją, pod­czas gdy dru­gi od­pra­wiał mszę. Ta książ­ka była al­bu­mem do sa­mo­dziel­ne­go uzu­peł­nia­nia, ma­ją­cym pro­pa­go­wać wspa­nia­łe osią­gnię­cia Trze­ciej Rze­szy, po­dzie­lo­nym na roz­dzia­ły po­świę­co­ne ro­bo­tom pu­blicz­nym, cu­dow­nym no­wym okrę­tom, no­wym po­mni­kom, wiel­kim bi­twom sto­czo­nym w Pol­sce. W każ­dym z ta­kich roz­dzia­łów znaj­do­wa­ły się po­nu­me­ro­wa­ne pu­ste stro­ny i gdy szło się do skle­pu, aby coś ku­pić albo za­in­we­sto­wać w ob­li­ga­cje wo­jen­ne, do­sta­wa­ło się zdję­cie z od­po­wied­nim nu­me­rem, któ­re na­le­ża­ło wkle­ić do al­bu­mu. Kie­dy ze­bra­ło się już całą ko­lek­cję zdjęć, do­sta­wa­ło się na­gro­dę. Uwiel­bia­łem stro­ny, któ­re uka­zy­wa­ły fan­ta­stycz­ne dwor­ce ko­le­jo­we czy po­tęż­ne lo­ko­mo­ty­wy bu­cha­ją­ce parą, fa­scy­no­wa­ła mnie też fo­to­gra­fia przed­sta­wia­ją­ca dwóch męż­czyzn ja­dą­cych po to­rach dre­zy­ną z ręcz­nym na­pę­dem – sym­bo­li­zo­wa­ła dla mnie przy­go­dę i wol­ność.

Me­in­hard i ja nie mie­li­śmy po­ję­cia, na co pa­trzy­my, aż pew­ne­go dnia, gdy mie­li­śmy ba­wić się w księ­dza, oka­za­ło się, że al­bum znik­nął. Szu­ka­li­śmy go wszę­dzie. Wresz­cie spy­ta­łem mat­kę, gdzie po­dzia­ła się ta pięk­na książ­ka, prze­cież to była na­sza Bi­blia! Ale mama od­po­wie­dzia­ła krót­ko:

– Mu­sie­li­śmy ją od­dać.

Póź­niej za­ga­dy­wa­łem ojca: „Opo­wiedz mi o woj­nie”, albo wy­py­ty­wa­łem go, co ro­bił i przez co prze­szedł. On jed­nak za­wsze od­po­wia­dał krót­ko: „Nie ma o czym mó­wić”.

Jego spo­so­bem na ży­cie była dys­cy­pli­na. Wpro­wa­dził ru­ty­nę, któ­rej nic nie mo­gło zmie­nić: wsta­wa­li­śmy o szó­stej i albo ja, albo Me­in­hard szli­śmy do są­sied­nie­go go­spo­dar­stwa po mle­ko. Kie­dy tro­chę pod­ro­śli­śmy i za­czę­li­śmy upra­wiać sport, do na­szych obo­wiąz­ków do­szły ćwi­cze­nia i mu­sie­li­śmy za­słu­żyć na śnia­da­nie, wy­ko­nu­jąc pomp­ki. Po po­łu­dniu, gdy koń­czy­li­śmy od­ra­biać lek­cje i zro­bi­li­śmy już wszyst­ko, co mu­sie­li­śmy zro­bić, oj­ciec ka­zał nam grać w pił­kę noż­ną, nie­za­leż­nie od po­go­dy. Je­śli gra­li­śmy kiep­sko, cze­ka­ła nas bura.

Oj­ciec rów­nie głę­bo­ko wie­rzył w tre­ning umy­sło­wy. Po mszy w nie­dzie­le za­bie­rał nas na ro­dzin­ną wy­ciecz­kę: je­cha­li­śmy na przy­kład do in­nej wsi albo na przed­sta­wie­nie, oglą­da­li­śmy jego wy­stęp z po­li­cyj­ną or­kie­strą. Wie­czo­rem mu­sie­li­śmy pi­sać spra­woz­da­nia z prze­bie­gu wy­da­rze­nia, co naj­mniej na dzie­sięć stron. Po­tem od­da­wał nam kart­ki z za­zna­czo­ny­mi na czer­wo­no uwa­ga­mi i je­śli zro­bi­li­śmy błąd or­to­gra­ficz­ny, mu­sie­li­śmy dane sło­wo prze­pi­sać pięć­dzie­siąt razy.

Ko­cha­łem ojca i na­praw­dę za­le­ża­ło mi na jego opi­nii. Pa­mię­tam, że raz, kie­dy by­łem jesz­cze mały, ubra­łem się w jego mun­dur i sta­ną­łem na krze­śle przed lu­strem. Kurt­ka się­ga­ła mi pra­wie do stóp, a czap­ka opa­da­ła na nos. Oj­ciec jed­nak nie miał dla nas cza­su i nie in­te­re­so­wa­ły go na­sze pro­ble­my. Gdy chcie­li­śmy mieć ro­wer, po­wie­dział nam, że­by­śmy na nie­go za­ro­bi­li. Wciąż od­no­si­łem wra­że­nie, że nie je­stem wy­star­cza­ją­co grzecz­ny, wy­star­cza­ją­co sil­ny, wy­star­cza­ją­co by­stry. Cią­gle da­wał mi do zro­zu­mie­nia, że mógł­bym coś jesz­cze w so­bie po­pra­wić. Ta­kie wy­ma­ga­nia ze stro­ny ojca mo­gły­by skrzy­wić wie­lu chłop­ców, ale mnie jego su­ro­wość za­har­to­wa­ła. Była dla mnie mo­ty­wa­cją.

W tam­tych cza­sach Me­in­hard i ja by­li­śmy so­bie bar­dzo bli­scy. Zaj­mo­wa­li­śmy wspól­ny po­kój, aż skoń­czy­łem osiem­na­ście lat i wy­je­cha­łem z domu, żeby wstą­pić do woj­ska, lecz wca­le nie chcia­łem mieć wła­sne­go. Do dziś czu­ję się bar­dziej kom­for­to­wo, gdy mam z kim po­ga­dać przed snem.

Jed­no­cze­śnie ze sobą współ­za­wod­ni­czy­li­śmy, jak to bra­cia – za­wsze je­den pró­bo­wał prze­ści­gnąć dru­gie­go i zdo­być wzglę­dy taty, któ­ry, jako spor­to­wiec, lu­bił ry­wa­li­za­cję. Or­ga­ni­zo­wał nam wy­ści­gi i mó­wił: „A te­raz zo­bacz­my, kto jest naj­lep­szy”.

By­li­śmy wy­żsi od więk­szo­ści chłop­ców w na­szym wie­ku, ale Me­in­hard, jako star­szy o rok, za­wsze zwy­cię­żał w róż­nych za­wo­dach.

Ja jed­nak nie­ustan­nie szu­ka­łem oka­zji, żeby zdo­być prze­wa­gę. Me­in­hard miał pew­ną sła­bość: bał się ciem­no­ści. Kie­dy miał dzie­sięć lat, skoń­czył pod­sta­wów­kę w na­szej wsi i prze­szedł do Haupt­schu­le, któ­ra znaj­do­wa­ła się za wzgó­rzem, w Gra­zu. Jeź­dzi­ło się tam au­to­bu­sem, a przy­sta­nek był dwa­dzie­ścia mi­nut dro­gi od na­sze­go domu. Pro­blem po­le­gał na tym, że w krót­kie zi­mo­we dnie lek­cje koń­czy­ły się do­brze po za­cho­dzie słoń­ca, więc Me­in­hard wra­cał do domu już po zmro­ku. Tak bał się dro­gi w ciem­no­ściach, że wy­cho­dzi­łem po nie­go na przy­sta­nek au­to­bu­so­wy i ra­zem szli­śmy do le­śni­czów­ki.

Tak na­praw­dę ja też się ba­łem i nie lu­bi­łem cho­dzić sam wie­czo­ra­mi. Nig­dzie nie było la­tar­ni i na­wet w Thal pa­no­wa­ły ciem­no­ści, choć oko wy­kol. Dro­gi i ścież­ki bie­gły przez las jak w baj­kach bra­ci Grimm, i to tak gę­sty, że na­wet za dnia pa­no­wał w nim mrok. Wy­cho­wa­li­śmy się na tych strasz­nych opo­wie­ściach, nig­dy nie prze­czy­tał­bym ich moim dzie­ciom, ale sta­no­wi­ły ele­ment na­szej kul­tu­ry. Za­wsze wy­stę­po­wał w nich ja­kiś cza­row­nik, wilk albo po­twór, któ­ry czy­hał, żeby skrzyw­dzić dziec­ko. To, że mie­li­śmy ojca po­li­cjan­ta, tyl­ko wzma­ga­ło na­sze lęki. Tata cza­sa­mi za­bie­rał nas na ob­chód po oko­li­cy i mó­wił, że szu­ka tego czy in­ne­go prze­stęp­cy albo na­wet mor­der­cy. Do­cho­dzi­li­śmy do ja­kiejś sto­do­ły sto­ją­cej sa­mot­nie w polu, a wte­dy on ka­zał nam stać i cze­kać, pod­czas gdy sam wyj­mo­wał pi­sto­let i za­glą­dał do środ­ka. Gdy we wsi roz­cho­dzi­ła się wieść, że zła­pał ze swo­imi ludź­mi ja­kie­goś zło­dzie­ja, bie­gli­śmy na po­ste­ru­nek, żeby zo­ba­czyć fa­ce­ta przy­ku­te­go kaj­dan­ka­mi do krze­sła.

Do przy­stan­ku nie do­cie­ra­ło się tak po pro­stu, idąc wzdłuż szo­sy. Pro­wa­dzą­ca do nie­go ścież­ka bie­gła obok ruin zam­ku i da­lej w dół po sto­ku wzgó­rza, skra­jem lasu. Pew­ne­go wie­czo­ru, gdy nią sze­dłem, sta­ra­jąc się nie my­śleć o nie­bez­pie­czeń­stwach cza­ją­cych się mię­dzy drze­wa­mi, na­gle po­ja­wił się przede mną męż­czy­zna. Wrza­sną­łem i sta­ną­łem jak wry­ty – oka­za­ło się, że to je­den z miej­sco­wych ro­bot­ni­ków rol­nych, któ­ry szedł w prze­ciw­ną stro­nę, ale gdy­by to był go­blin, na pew­no by mnie do­padł.

Wal­czy­łem ze stra­chem przede wszyst­kim dla­te­go, że chcia­łem do­wieść swo­jej siły i har­tu du­cha. Pra­gną­łem udo­wod­nić ro­dzi­com, że je­stem od­waż­ny, a mój brat nie, cho­ciaż jest ode mnie star­szy o rok i czter­na­ście dni.

Ta de­ter­mi­na­cja się opła­ci­ła. Za to, że wy­cho­dzi­łem po Me­in­har­da na przy­sta­nek, oj­ciec da­wał mi pięć szy­lin­gów ty­go­dnio­wo. Mat­ka ko­rzy­sta­ła z tego, że je­stem taki dziel­ny, i wy­sy­ła­ła mnie co ty­dzień na targ po wa­rzy­wa, co wy­ma­ga­ło przej­ścia przez inny ciem­ny las. Do­sta­wa­łem za to ko­lej­ne pięć szy­lin­gów, któ­re wy­da­wa­łem ocho­czo na lody albo znacz­ki do ko­lek­cji.

Wada ta­kie­go ukła­du po­le­ga­ła na tym, że ro­dzi­ce byli bar­dziej opie­kuń­czy wo­bec Me­in­har­da, a mnie po­świę­ca­li mniej uwa­gi. La­tem 1956 roku pod­czas wa­ka­cji wy­sła­li mnie do pra­cy w go­spo­dar­stwie mo­jej mat­ki chrzest­nej, a brat zo­stał w domu. Lu­bi­łem pra­cę fi­zycz­ną, ale gdy przy­je­cha­łem do domu i do­wie­dzia­łem się, że pod moją nie­obec­ność za­bra­li go na wy­ciecz­kę do Wied­nia, po­czu­łem do nich żal.

Stop­nio­wo na­sze dro­gi się ro­ze­szły. Gdy ja czy­ta­łem dzia­ły spor­to­we w ga­ze­tach i za­pa­mię­ty­wa­łem na­zwi­ska spor­tow­ców, Me­in­hard z co­raz więk­szym za­in­te­re­so­wa­niem stu­dio­wał „Der Spie­gel”, nie­miec­ki od­po­wied­nik „Time’a” – w na­szej ro­dzi­nie było to naj­po­pu­lar­niej­sze cza­so­pi­smo. Gor­li­wie uczył się nazw wszyst­kich sto­lic świa­ta oraz dłu­go­ści wszyst­kich więk­szych rzek. Wku­wał układ okre­so­wy pier­wiast­ków i wzo­ry che­micz­ne. Miał bzi­ka na punk­cie wszel­kich fak­tów i sta­le ry­wa­li­zo­wał w tej dzie­dzi­nie z oj­cem.

Me­in­hard czuł też awer­sję do pra­cy fi­zycz­nej. Nie lu­bił bru­dzić so­bie rąk. Za­czął wkła­dać do szko­ły bia­łe ko­szu­le. Mat­ka nie pro­te­sto­wa­ła, ale skar­ży­ła mi się:

– My­śla­łam, że mam dość pra­nia bia­łych ko­szul wa­sze­go ojca, a te­raz Me­in­hard je so­bie upodo­bał.

Nie­ba­wem w ro­dzi­nie na­bra­no prze­ko­na­nia, że Me­in­hard w przy­szło­ści zaj­mie się pra­cą umy­sło­wą, może zo­sta­nie in­ży­nie­rem, a ja będę zwy­kłym ro­bot­ni­kiem, bo nie brzy­dzi­łem się pra­cą fi­zycz­ną.

– Chcesz być me­cha­ni­kiem? – py­ta­li mnie ro­dzi­ce. – A może sto­la­rzem, żeby ro­bić me­ble?

Nie wy­klu­cza­li też, że zo­sta­nę po­li­cjan­tem, jak oj­ciec.

Ja jed­nak mia­łem inne po­my­sły. Po­wo­li za­czę­ła mi w gło­wie kieł­ko­wać myśl, że moje miej­sce jest w Ame­ry­ce. Nic kon­kret­ne­go, po pro­stu… Ame­ry­ka, i już. Nie wiem, skąd się to wzię­ło, może chcia­łem uciec od cięż­kie­go ży­cia w Thal, od że­la­znej ręki ojca. Eks­cy­to­wa­ły mnie co­dzien­ne po­dró­że do Gra­zu, bo je­sie­nią 1957 roku, w ślad za Me­in­har­dem, prze­sze­dłem do Haupt­schu­le i za­czą­łem na­ukę w pią­tej kla­sie. W po­rów­na­niu z Thal Graz był wiel­ką me­tro­po­lią, peł­ną sa­mo­cho­dów i skle­pów. Nie było tam Ame­ry­ka­nów, ale Ame­ry­ka wni­ka­ła do na­sze­go ży­cia. Wszyst­kie dzie­ci ba­wi­ły się w kow­bo­jów i In­dian. Na zdję­ciach w pod­ręcz­ni­kach i na ziar­ni­stych czar­no-bia­łych fil­mach do­ku­men­tal­nych, któ­re wy­świe­tla­no w kla­sie na ter­ko­cą­cych pro­jek­to­rach, oglą­da­li­śmy ame­ry­kań­skie mia­sta, przed­mie­ścia, cha­rak­te­ry­stycz­ne kra­jo­bra­zy i au­to­stra­dy.

Co waż­niej­sze, wie­dzie­li­śmy, że Ame­ry­ka jest nam po­trzeb­na ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa. Od­czu­wa­li­śmy w Au­strii skut­ki zim­nej woj­ny. Gdy tyl­ko nad­cho­dził ja­kiś kry­zys, oj­ciec mu­siał pa­ko­wać ple­cak i je­chać nad gra­ni­cę wę­gier­ską, pra­wie dzie­więć­dzie­siąt ki­lo­me­trów na wschód, żeby ra­zem z in­ny­mi ob­sa­dzić umoc­nie­nia. Rok wcze­śniej, w 1956, kie­dy Ro­sja­nie stłu­mi­li po­wsta­nie wę­gier­skie, był od­po­wie­dzial­ny za opie­kę nad set­ka­mi uchodź­ców przy­by­wa­ją­cych do na­sze­go kra­ju. Or­ga­ni­zo­wał obo­zy przej­ścio­we i po­ma­gał ucie­ki­nie­rom do­stać się tam, gdzie chcie­li. Nie­któ­rzy z nich pra­gnę­li wy­je­chać do Ka­na­dy, inni – zo­stać w Au­strii, i oczy­wi­ście wie­lu ma­rzy­ło o wy­jeź­dzie do Ame­ry­ki. On i jego lu­dzie an­ga­żo­wa­li do po­mo­cy swo­je ro­dzi­ny. Nas, dzie­ci, za­trud­nia­no do wy­da­wa­nia zupy – by­łem wte­dy bar­dzo prze­ję­ty.

***

Na­szą wie­dzę o świe­cie po­sze­rza­li­śmy w ki­nie Non­Stop nie­da­le­ko ryn­ku w Gra­zu, gdzie wy­świe­tla­no kro­ni­ki fil­mo­we. Była to po­nad­go­dzin­na pro­jek­cja, po­wta­rza­na przez cały dzień. Naj­pierw nada­wa­no kro­ni­kę z ma­te­ria­ła­mi z ca­łe­go świa­ta i ko­men­ta­rzem po nie­miec­ku, po­tem fil­my z Mysz­ką Miki albo inne kre­sków­ki, a na ko­niec re­kla­my skła­da­ją­ce się ze slaj­dów uka­zu­ją­cych róż­ne skle­py w Gra­zu. Po­tem roz­le­ga­ła się mu­zy­ka i wszyst­ko za­czy­na­ło się od nowa. Bi­le­ty nie były dro­gie – kosz­to­wa­ły za­le­d­wie kil­ka szy­lin­gów – a każ­da kro­ni­ka po­ka­zy­wa­ła nowe cuda: Elvi­sa Pre­sleya śpie­wa­ją­ce­go Ho­und Dog, pre­zy­den­ta Eisen­ho­we­ra wy­gła­sza­ją­ce­go prze­mó­wie­nie, ame­ry­kań­skie sa­mo­lo­ty pa­sa­żer­skie i sa­mo­cho­dy o opły­wo­wych li­niach, gwiaz­dy fil­mo­we. Wciąż mam te ob­ra­zy w pa­mię­ci. Były, oczy­wi­ście, tak­że nud­ne re­por­ta­że, na przy­kład o kry­zy­sie w związ­ku z Ka­na­łem Su­eskim w 1956 roku, ale wy­la­ty­wa­ły mi z gło­wy.

Jesz­cze więk­sze wra­że­nie niż kro­ni­ki ro­bi­ły na mnie ame­ry­kań­skie fil­my. Pierw­szym, jaki obej­rze­li­śmy z Me­in­har­dem, był Tar­zan z John­nym We­is­smul­le­rem. Wy­da­wa­ło nam się, że za­raz wy­sko­czy z ekra­nu pro­sto na nas. Myśl, że czło­wiek może ska­kać z drze­wa na drze­wo i roz­ma­wiać z lwa­mi albo szym­pan­sa­mi, była fa­scy­nu­ją­ca, po­dob­nie jak ro­mans Tar­za­na z Jane. Ta­kie ży­cie wy­da­wa­ło mi się wspa­nia­łe. Ja i Me­in­hard by­li­śmy na tym fil­mie kil­ka razy.

Dwa kina, do któ­rych cho­dzi­li­śmy, sta­ły na­prze­ciw­ko sie­bie po obu stro­nach naj­po­pu­lar­niej­szej uli­cy han­dlo­wej w Gra­zu. Wy­świe­tla­no w nich na ogół we­ster­ny, ale zda­rza­ły się też ko­me­die i dra­ma­ty. Je­dy­ny pro­blem sta­no­wi­ły ogra­ni­cze­nia wie­ko­we, któ­rych ści­śle prze­strze­ga­no. Przy­dzie­lo­ny do kina po­li­cjant spraw­dzał wiek wcho­dzą­cych z bi­le­ta­mi. Na film z Elvi­sem, od­po­wied­nik obec­ne­go PG-13, moż­na się było do­stać sto­sun­ko­wo ła­two, ale te, któ­re in­te­re­so­wa­ły mnie naj­bar­dziej – we­ster­ny, fil­my o gla­dia­to­rach i wo­jen­ne – ozna­czo­ne we­dług dzi­siej­sze­go sys­te­mu jako R, były trud­niej do­stęp­ne. Cza­sa­mi życz­li­wy ka­sjer po­zwa­lał mi za­cze­kać, aż za­cznie się pro­jek­cja, a po­tem wska­zy­wał gło­wą przej­ście na sali, gdzie stał po­li­cjant. In­nym ra­zem usta­wia­łem się przy wyj­ściu z kina i wcho­dzi­łem na salę od tyłu.

Pie­nią­dze na te roz­ryw­ki za­ro­bi­łem na swo­im pierw­szym przed­się­wzię­ciu, sprze­da­ży lo­dów w Tha­ler­see la­tem 1957 roku. Tha­ler­see był par­kiem z pięk­nym je­zio­rem wśród pa­gór­ków, po wschod­niej stro­nie Thal, ja­kieś pięć mi­nut mar­szu od na­sze­go domu. Z Gra­zu nad je­zio­ro ła­two się było do­stać i w le­cie przy­jeż­dża­ły tam ty­sią­ce lu­dzi, żeby się wy­ką­pać, po­pły­wać łód­ką lub w coś po­grać. Po po­łu­dniu byli już zgrza­ni i spra­gnie­ni, więc kie­dy któ­re­goś razu zo­ba­czy­łem ko­lej­kę do bud­ki z lo­da­mi sto­ją­cej na ta­ra­sie, do­strze­głem szan­sę na biz­nes. Park był na tyle duży, że wy­pra­wa na ta­ras cza­sa­mi ozna­cza­ła na­wet dzie­się­cio­mi­nu­to­wy spa­cer i po po­wro­cie lody były już na wpół roz­to­pio­ne. Od­kry­łem, że mogę ku­pić kil­ka­dzie­siąt lo­dów w roż­kach za szy­lin­ga od sztu­ki, a po­tem cho­dzić wo­kół je­zio­ra i sprze­da­wać po dwa szy­lin­gi. Wła­ści­ciel lo­dziar­ni z ra­do­ścią przy­jął moż­li­wość do­dat­ko­we­go za­rob­ku, a na­wet po­ży­czył mi spe­cjal­ną skrzyn­kę, żeby trzy­mać roż­ki w lo­dzie. Sprze­da­jąc lody, w jed­no po­po­łu­dnie mo­głem za­ro­bić sto pięć­dzie­siąt szy­lin­gów – pra­wie sześć do­la­rów – a przy oka­zji ład­nie się opa­lić.

Jed­nak pie­nią­dze, któ­re za­ro­bi­łem na lo­dach, szyb­ko się skoń­czy­ły, a nie lu­bi­łem być bez for­sy. Je­sie­nią wpa­dłem więc na po­mysł, by że­brać. Ury­wa­łem się ze szko­ły i wę­dro­wa­łem głów­ny­mi uli­ca­mi Gra­zu, wy­pa­tru­jąc życz­li­wej twa­rzy. Mógł to być męż­czy­zna w śred­nim wie­ku albo stu­dent, albo chłop­ka, któ­ra przy­je­cha­ła do mia­sta na je­den dzień. Pod­cho­dzi­łem do niej i mó­wi­łem:

– Prze­pra­szam bar­dzo, ale zgu­bi­łem pie­nią­dze i bi­let mie­sięcz­ny na au­to­bus, nie mam jak wró­cić do domu.

Cza­sa­mi ko­bie­ta od­ga­nia­ła mnie, czę­ściej jed­nak rzu­ca­ła coś w ro­dza­ju: Du bist so dumm!, czy­li „Jak moż­na być tak głu­pim?!”. Wte­dy już wie­dzia­łem, że mi się uda­ło, bo po chwi­li wzdy­cha­ła i py­ta­ła:

– Ile ci po­trze­ba?

– Pięć szy­lin­gów – od­po­wia­da­łem.

A ona na to:

– No do­bra. Ja.

Za­wsze pro­si­łem taką pa­nią o po­da­nie ad­re­su, że­bym mógł ode­słać pie­nią­dze. Za­zwy­czaj jed­nak mó­wi­ła wte­dy:

– Nie, nie, nie mu­sisz mi od­da­wać. Tyl­ko na­stęp­nym ra­zem bądź bar­dziej uważ­ny.

Choć cza­sa­mi po­da­wa­ła mi ad­res. Oczy­wi­ście nie mia­łem za­mia­ru zwra­cać for­sy. W naj­lep­sze dni po­tra­fi­łem wy­łu­dzić sto szy­lin­gów – pra­wie czte­ry do­la­ry. To wy­star­cza­ło na za­ku­py w skle­pie z za­baw­ka­mi, pój­ście do kina i „wy­staw­ne” ży­cie!

Sła­bą stro­ną mo­je­go pla­nu było to, że dzie­ciak w wie­ku szkol­nym sam na uli­cy w środ­ku ty­go­dnia bu­dził po­dej­rze­nia. Poza tym wie­lu lu­dzi w Gra­zu zna­ło mo­je­go ojca. W koń­cu ktoś mu po­wie­dział: „Wi­dzia­łem dziś w mie­ście two­je­go sy­nal­ka, pro­sił ja­kąś ko­bie­tę o pie­nią­dze”.

W domu wy­bu­chła dzi­ka awan­tu­ra zwień­czo­na bo­le­snym la­niem, i to za­koń­czy­ło moją ka­rie­rę oszu­sta.

***

To wcze­sne wy­pa­dy poza Thal roz­bu­dzi­ły we mnie ma­rze­nia. Do­sze­dłem do prze­ko­na­nia, że je­stem kimś szcze­gól­nym, kto ma do­ko­nać wiel­kich rze­czy. Wie­dzia­łem, że będę do­bry w ja­kiejś dzie­dzi­nie – choć nie mia­łem po­ję­cia w ja­kiej – i że sta­nę się sław­ny. Ame­ry­ka jako mo­car­stwo stwa­rza­ła naj­więk­sze moż­li­wo­ści i dla­te­go po­sta­no­wi­łem, że tam wy­ja­dę.

Dzie­się­cio­let­nie dzie­ci ma­ją­ta­kie ma­rze­nia, nic w tym nie­zwy­kłe­go. Ale po­mysł wy­jaz­du do Ame­ry­ki był dla mnie jak ob­ja­wie­nie i trak­to­wa­łem go bar­dzo po­waż­nie. Sta­le o nim mó­wi­łem. Cze­ka­jąc na au­to­bus na przy­stan­ku, po­wie­dzia­łem kil­ka lat star­szej ode mnie dziew­czyn­ce:

– Wy­bie­ram się do Ame­ry­ki.

Tyl­ko na mnie po­pa­trzy­ła i mruk­nę­ła:

– Taaa, ja­sne, Ar­nol­dzie.

Dzie­ci przy­zwy­cza­iły się, że bez prze­rwy o tym ga­dam, i uwa­ża­ły, że zwa­rio­wa­łem, lecz to mnie nie znie­chę­ca­ło i nadal opo­wia­da­łem o swo­ich pla­nach nie­mal wszyst­kim: ro­dzi­com, na­uczy­cie­lom, są­sia­dom.

Haupt­schu­le, czy­li szko­ła śred­nia pierw­sze­go stop­nia, nie była miej­scem, w któ­rym kształ­ci­li się przy­szli świa­to­wi przy­wód­cy. Mia­ła przy­go­to­wy­wać dzie­ci do za­wo­du. Chłop­cy i dziew­czyn­ki uczy­li się w od­dziel­nych skrzy­dłach bu­dyn­ku. Ucznio­wie po­zna­wa­li pod­sta­wy ma­te­ma­ty­ki, nauk przy­rod­ni­czych, geo­gra­fii, hi­sto­rii, re­li­gii, no­wo­żyt­ne­go ję­zy­ka, sztu­ki, mu­zy­ki, ale w mniej­szym za­kre­sie niż w ogól­no­kształ­cą­cej szko­le śred­niej AHS Unter­stu­fe i Obe­rstu­fe, któ­ra przy­go­to­wy­wa­ła do stu­diów na uni­wer­sy­te­cie czy po­li­tech­ni­ce. Ukoń­cze­nie Haupt­schu­le umoż­li­wia­ło pój­ście do szko­ły za­wo­do­wej, prak­ty­kę w kon­kret­nym za­wo­dzie albo pod­ję­cie pra­cy jako nie­wy­kwa­li­fi­ko­wa­ny ro­bot­nik. Mimo to na­uczy­cie­le sta­ra­li się roz­wi­jać na­sze zdol­no­ści umy­sło­we i wzbo­ga­cać ży­cie. Wy­świe­tla­li nam fil­my, za­pra­sza­li śpie­wa­ków ope­ro­wych, umoż­li­wia­li kon­takt z li­te­ra­tu­rą, sztu­ką i tak da­lej.

By­łem tak cie­ka­wy świa­ta, że nie mia­łem w szko­le więk­szych pro­ble­mów. Uczy­łem się, od­ra­bia­łem lek­cje i mia­łem śred­nie oce­ny. Czy­ta­nie i pi­sa­nie wy­ma­ga­ły ode mnie dys­cy­pli­ny, sta­no­wi­ły ra­czej obo­wią­zek niż przy­jem­ność, in­a­czej niż dla kil­ku in­nych uczniów z kla­sy. Z ma­te­ma­ty­ki na­to­miast by­łem do­bry, za­pa­mię­ty­wa­łem wszyst­ko bez tru­du i po­tra­fi­łem spraw­nie li­czyć w pa­mię­ci.

Dys­cy­pli­na w szko­le była rów­nie su­ro­wa jak w domu. Na­uczy­cie­le bili nas tak moc­no jak ro­dzi­ce, je­śli nie moc­niej. Je­że­li dzie­ciak zo­stał przy­ła­pa­ny na tym, że bie­rze pió­ro ko­le­gi, szkol­ny ka­pe­lan tak grzmo­cił go po gło­wie ka­te­chi­zmem, że bie­da­ko­wi go­dzi­na­mi dzwo­ni­ło w uszach. Na­uczy­ciel ma­te­ma­ty­ki tak wal­nął ko­le­gę w tył gło­wy, że ten ude­rzył bro­dą o ław­kę i zła­mał so­bie dwa zęby. Wy­wia­dów­ki były prze­ci­wień­stwem dzi­siej­szych, pod­czas któ­rych na­uczy­cie­le i ro­dzi­ce wy­cho­dzą ze skó­ry, żeby nie za­wsty­dzić dziec­ka. Cała na­sza trzy­dziest­ka sie­dzia­ła w ław­kach, a na­uczy­ciel mó­wił:

– Oto wa­sza pra­ca do­mo­wa. Od­ra­biaj­cie ją przez na­stęp­ne dwie go­dzi­ny, gdy będą przy­cho­dzi­li wasi ro­dzi­ce.

Ro­dzi­ce ko­lej­no wcho­dzi­li do kla­sy: chłop­ka pra­cu­ją­ca w go­spo­dar­stwie, ro­bot­nik z fa­bry­ki… Nie­mal za każ­dym ra­zem po­wta­rza­ła się ta sama sce­na. Ro­dzi­ce z sza­cun­kiem wi­ta­li się z na­uczy­cie­lem i sia­da­li, a wte­dy on po ci­chu oma­wiał z nimi po­stę­py dziec­ka. Po­tem sły­chać było, jak czyjś oj­ciec mówi:

– Ale cza­sa­mi spra­wia kło­po­ty?

Na­stęp­nie od­wra­cał gło­wę, pa­trzył na swo­ją la­to­rośl, pod­cho­dził i wy­mie­rzał jej moc­ny po­li­czek, po czym wra­cał do biur­ka na­uczy­cie­la. Wszy­scy wie­dzie­li­śmy, co za­raz na­stą­pi, i rże­li­śmy z ra­do­ści.

Gdy mój oj­ciec wcho­dził po scho­dach, po­zna­wa­łem go po kro­kach, po­nie­waż no­sił po­li­cyj­ne buty. Sta­wał w drzwiach ubra­ny w mun­dur, a wte­dy na­uczy­ciel z re­spek­tem zry­wał się z miej­sca, bo miał do czy­nie­nia z wła­dzą. Sia­da­li i roz­ma­wia­li przez chwi­lę, aż przy­cho­dzi­ła ko­lej na mnie: oj­ciec rzu­cał mi su­ro­we spoj­rze­nie, pod­cho­dził, lewą ręką ła­pał mnie za wło­sy, a pra­wą wa­lił w twarz: bum! A póź­niej bez sło­wa wy­cho­dził z kla­sy.

To były cięż­kie cza­sy. Co­dzien­nie po­ko­ny­wa­li­śmy trud­no­ści. Na przy­kład den­ty­ści nie sto­so­wa­li znie­czu­le­nia. Do­ra­sta­jąc w tak su­ro­wych wa­run­kach, czło­wiek uczył się zno­sić ból i pa­mię­tał o nim na­wet wte­dy, gdy cięż­kie cza­sy się skoń­czy­ły.

***

Kie­dy Me­in­hard miał czter­na­ście lat i coś mu się nie po­do­ba­ło, ucie­kał. Mó­wił do mnie:

– Chy­ba zno­wu dam nogę. Ale ni­ko­mu nie mów.

Po­tem po kry­jo­mu pa­ko­wał do tor­by tro­chę ciu­chów i zni­kał.

Mat­ka od­cho­dzi­ła od zmy­słów, oj­ciec ob­dzwa­niał wszyst­kich kum­pli na in­nych po­ste­run­kach i py­tał o syna. Je­śli się mia­ło za ojca sze­fa miej­sco­wej po­li­cji, był to nie­zwy­kle sku­tecz­ny prze­jaw bun­tu.

Me­in­hard od­naj­dy­wał się po jed­nym lub dwóch dniach, zwy­kle u któ­re­goś z krew­nych albo po pro­stu u ko­le­gi pięt­na­ście mi­nut dro­gi od domu. Za­wsze zdu­mie­wa­ło mnie to, że nie spo­ty­ka­ła go żad­na kara. Może oj­ciec pró­bo­wał za­ła­go­dzić sy­tu­ację. W pra­cy zbyt wie­le razy sty­kał się z uciecz­ka­mi, wie­dział więc, że uka­ra­nie Me­in­har­da tyl­ko po­gor­szy spra­wę. Dam jed­nak gło­wę, że wy­ma­ga­ło to od nie­go ogrom­nej sa­mo­kon­tro­li.

Ja chcia­łem odejść z domu, ma­jąc ja­kiś plan. Po­nie­waż by­łem jesz­cze dziec­kiem, wy­kom­bi­no­wa­łem, że naj­lep­szym spo­so­bem zdo­by­cia nie­za­leż­no­ści bę­dzie pil­no­wa­nie wła­sne­go nosa i za­ra­bia­nie pie­nię­dzy. By­łem go­tów pod­jąć się każ­dej pra­cy. Nie ba­łem się chwy­cić za ło­pa­tę i ko­pać. Któ­re­goś lata w cza­sie wa­ka­cji fa­cet z na­szej wsi za­ła­twił mi ro­bo­tę w fa­bry­ce szkła w Gra­zu, gdzie pra­co­wał. Mia­łem za za­da­nie prze­rzu­cać ło­pa­tą po­tłu­czo­ne szkło z wiel­kich sto­sów do po­jem­ni­ka na kół­kach, za­wo­zić do fa­bry­ki i ła­do­wać do pie­ca, w któ­rym znów je to­pio­no. Wy­pła­tę do­sta­wa­łem pod ko­niec dnia.

Na­stęp­ne­go lata do­wie­dzia­łem się o pra­cy w tar­ta­ku w Gra­zu. Wzią­łem szkol­ną tor­bę i spa­ko­wa­łem do niej chleb z ma­słem. Po­tem wsia­dłem do au­to­bu­su, do­tar­łem do tar­ta­ku, ze­bra­łem się na od­wa­gę i wsze­dłem do środ­ka. Po­pro­si­łem o roz­mo­wę z wła­ści­cie­lem.

Za­pro­wa­dzi­li mnie do jego biu­ra.

– Cze­go chcesz? – za­py­tał.

– Szu­kam pra­cy.

– Ile masz lat?

– Czter­na­ście.

– Co za­mie­rzasz ro­bić? Prze­cież nic nie umiesz!

Mimo to za­pro­wa­dził mnie na po­dwór­ko i przed­sta­wił lu­dziom, któ­rzy pra­co­wa­li przy ma­szy­nie tną­cej ka­wał­ki drew­na na opał.

– Tu bę­dziesz pra­co­wał – oznaj­mił.

Za­czą­łem od razu i pra­co­wa­łem tam do koń­ca wa­ka­cji. Do mo­ich obo­wiąz­ków na­le­ża­ło ła­do­wa­nie ło­pa­tą wiel­kich gór tro­cin na cię­ża­rów­ki, któ­re je wy­wo­zi­ły. Za­ro­bi­łem ty­siąc czte­ry­sta szy­lin­gów, rów­no­war­tość pięć­dzie­się­ciu pię­ciu do­la­rów. W tam­tych cza­sach to była duża suma. Naj­więk­szą dumę bu­dzi­ło jed­nak we mnie to, że choć by­łem jesz­cze dziec­kiem, pła­co­no mi jak do­ro­słe­mu.

Wie­dzia­łem, co zro­bić z pie­niędz­mi. Przez całe ży­cie do­na­sza­łem ubra­nia po Me­in­har­dzie, nig­dy nie mia­łem no­wych rze­czy. Wła­śnie za­czą­łem upra­wiać sport – na­le­ża­łem do szkol­nej dru­ży­ny pił­kar­skiej – i tak się zło­ży­ło, że tam­te­go roku mod­ne były dre­sy: dłu­gie czar­ne spodnie i czar­ne blu­zy za­pi­na­ne na su­wak. Uwa­ża­łem, że wy­glą­da­ją do­sko­na­le, i na­wet po­ka­zy­wa­łem ro­dzi­com zdję­cia no­szą­cych je spor­tow­ców w cza­so­pi­smach. Ale oczy­wi­ście nie chcie­li mi ich ku­pić, więc przede wszyst­kim spra­wi­łem so­bie dres, a resz­tę pie­nię­dzy prze­zna­czy­łem na ro­wer. Nie star­czy­ło mi na nowy, był jed­nak w Thal gość, któ­ry skła­dał ro­we­ry z uży­wa­nych czę­ści, i ku­pi­łem od nie­go taki. Nikt w domu nie miał ro­we­ru; oj­ciec swój sprze­dał po woj­nie, żeby mieć pie­nią­dze na je­dze­nie, i nig­dy nie ku­pił so­bie na­stęp­ne­go. Cho­ciaż mój ro­wer nie był ide­al­ny, dwa kół­ka ozna­cza­ły wol­ność.

ROZ­DZIAŁ 2Pra­ca nad cia­łem

Z ostat­nie­go roku na­uki w Haupt­schu­le naj­le­piej za­pa­mię­ta­łem prób­ne alar­my prze­pro­wa­dza­ne na wy­pa­dek wy­bu­chu woj­ny ato­mo­wej. Za­czy­na­ły wyć sy­re­ny, a my skła­da­li­śmy wte­dy pod­ręcz­ni­ki, cho­wa­li­śmy się pod ław­ki z gło­wą mię­dzy ko­la­na­mi i za­my­ka­li­śmy oczy. Na­wet dziec­ko zda­wa­ło so­bie spra­wę, że to ża­ło­sne.

W czerw­cu 1961 roku wszy­scy tkwi­li­śmy przed te­le­wi­zo­ra­mi i oglą­da­li­śmy wie­deń­skie spo­tka­nie na szczy­cie ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta Joh­na F. Ken­ne­dy’ego i ra­dziec­kie­go przy­wód­cy Ni­ki­ty Chrusz­czo­wa. W nie­wie­lu do­mach były te­le­wi­zo­ry, ale wszy­scy zna­li sklep z urzą­dze­nia­mi elek­trycz­ny­mi przy Lend­platz w Gra­zu, któ­ry wy­sta­wiał w oknach dwa od­bior­ni­ki te­le­wi­zyj­ne. Bie­gli­śmy tam i ster­cze­li­śmy na chod­ni­ku, oglą­da­jąc w wia­do­mo­ściach in­for­ma­cje na te­mat tego spo­tka­nia. Ken­ne­dy spra­wo­wał urząd pre­zy­den­ta od nie­speł­na pół roku i więk­szość ko­men­ta­to­rów uwa­ża­ła za błąd, iż pro­wa­dzi już roz­mo­wy z Chrusz­czo­wem, któ­ry był pry­mi­tyw­ny, wy­ga­da­ny i szczwa­ny jak lis. My, dzie­ci, nie mie­li­śmy zda­nia w tej kwe­stii, a po­nie­waż te­le­wi­zo­ry sta­ły za szy­bą, i tak nie sły­sze­li­śmy ko­men­ta­rzy. Ale wszyst­ko oglą­da­li­śmy! Uczest­ni­czy­li­śmy w wy­da­rze­niach.

Ze wzglę­du na po­ło­że­nie geo­gra­ficz­ne ży­li­śmy w cią­głym stra­chu. Za każ­dym ra­zem, gdy mię­dzy Związ­kiem Ra­dziec­kim a Sta­na­mi Zjed­no­czo­ny­mi wy­bu­chał ja­kiś kon­flikt, ba­li­śmy się, że już po nas. Są­dzi­li­śmy, że Chrusz­czow zro­bi Au­strii coś strasz­ne­go, bo znaj­do­wa­li­śmy się po­środ­ku; zresz­tą wła­śnie dla­te­go zor­ga­ni­zo­wa­no szczyt wie­deń­ski. Roz­mo­wy nie prze­bie­ga­ły po­myśl­nie. W pew­nym mo­men­cie, po wy­stą­pie­niu z ja­kimś wro­gim żą­da­niem, Chrusz­czow oświad­czył: „To od Sta­nów Zjed­no­czo­nych za­le­ży, czy bę­dzie woj­na, czy po­kój”, a wte­dy Ken­ne­dy od­po­wie­dział groź­nie: „Je­śli tak, pa­nie prze­wod­ni­czą­cy, to niech bę­dzie woj­na. Przed nami dłu­ga, mroź­na zima”. Gdy tam­tej je­sie­ni Chrusz­czow ka­zał zbu­do­wać mur w Ber­li­nie, do­ro­śli mó­wi­li: „No to mamy”.

Żan­dar­me­ria była wów­czas je­dy­ną siłą zbroj­ną, jaką dys­po­no­wa­ła Au­stria, i oj­ciec mu­siał po­je­chać na gra­ni­cę w mun­du­rze i z ca­łym wy­po­sa­że­niem. Nie było go przez ty­dzień, do­pó­ki nie za­że­gna­no kry­zy­su.

***

Tym­cza­sem ży­li­śmy w na­pię­ciu, co chwi­lę mie­li­śmy prób­ne alar­my na wy­pa­dek woj­ny ato­mo­wej. W mo­jej kla­sie, do któ­rej cho­dzi­ło trzy­dzie­stu do­ra­sta­ją­cych chło­pa­ków, te­sto­ste­ron aż ki­piał, ale ża­den z nas nie chciał woj­ny. Naj­bar­dziej in­te­re­so­wa­ły nas dziew­czy­ny. Były za­gad­ką, zwłasz­cza dla ta­kich chłop­ców jak ja, któ­rzy nie mie­li sióstr. Wi­dy­wa­li­śmy je w szko­le tyl­ko na dzie­dziń­cu przed lek­cja­mi, bo uczy­ły się w od­dziel­nym skrzy­dle bu­dyn­ku. Były to te same dziew­czy­ny, z któ­ry­mi do­ra­sta­li­śmy, ale na­gle za­czę­ły wy­da­wać nam się ja­kieś inne. Jak z nimi roz­ma­wiać? Osią­gnę­li­śmy wiek, w któ­rym od­czu­wa się po­pęd sek­su­al­ny, lecz prze­ja­wia się on w dziw­ny spo­sób. Na przy­kład któ­re­goś ran­ka przed szko­łą ob­rzu­ci­li­śmy ko­le­żan­ki śnież­ka­mi.

Na pierw­szej lek­cji tam­te­go dnia mie­li­śmy ma­te­ma­ty­kę. Za­miast otwo­rzyć pod­ręcz­nik, na­uczy­ciel po­wie­dział:

– Wi­dzia­łem was, ło­bu­zy. Le­piej o tym po­roz­ma­wiaj­my.

Ba­li­śmy się, że obe­rwie­my. To był ten sam bel­fer, przez któ­re­go ko­le­ga wy­bił so­bie zęby. Ale tam­te­go dnia fa­cet nie miał bo­jo­we­go na­stro­ju.

– Chce­cie, chłop­cy, żeby te dziew­czę­ta was lu­bi­ły, praw­da? – Kil­ku z nas po­ki­wa­ło gło­wa­mi. – To na­tu­ral­ne, że tego chce­cie, bo ko­cha­my płeć prze­ciw­ną. Po­tem bę­dzie­cie chcie­li je ca­ło­wać, przy­tu­lać, ko­chać się z nimi. Czy nie tego każ­dy z was chce?

Znów ki­wa­nie gło­wa­mi.

– Więc nie mów­cie mi, że rzu­ca­nie śnież­ka­mi w dziew­czy­ny ma sens! Czy tak oka­zu­je­cie mi­łość? Czy w taki spo­sób mó­wi­cie: „Na­praw­dę cię lu­bię”? Skąd się to u was wzię­ło?

Te­raz na­praw­dę przy­kuł na­szą uwa­gę.

– Bo je­śli cho­dzi o moje pod­cho­dy do dziew­cząt – cią­gnął – to pa­mię­tam, że ra­czej pra­wi­łem im kom­ple­men­ty, ca­ło­wa­łem je, przy­tu­la­łem i sta­ra­łem się, żeby było im do­brze. Oto, co ro­bi­łem.

Oj­co­wie tak z nami nie roz­ma­wia­li. Zro­zu­mie­li­śmy, że je­śli chce­my zdo­być dziew­czy­nę, mu­si­my za­dać so­bie tro­chę tru­du i na­wią­zać roz­mo­wę, a nie śli­nić się jak pies w rui. Trze­ba na­wią­zać nić po­ro­zu­mie­nia. By­łem jed­nym z tych, któ­rzy rzu­ca­li śnież­ka­mi. I wzią­łem so­bie te rady głę­bo­ko do ser­ca.

W ostat­nim ty­go­dniu na­uki do­zna­łem praw­dzi­we­go ob­ja­wie­nia. Sta­ło się to, gdy pi­sa­łem wy­pra­co­wa­nie. Na­uczy­ciel hi­sto­rii za­wsze wy­bie­rał czte­rech albo pię­ciu uczniów, wrę­czał im ga­ze­tę i ka­zał pi­sem­nie od­nieść się do ar­ty­ku­łu czy zdję­cia, któ­re ich za­in­te­re­so­wa­ło. Tym ra­zem pa­dło na mnie i do­sta­łem stro­nę z dzia­łem spor­to­wym. Wid­nia­ło na niej zdję­cie Kur­ta Mar­nu­la, mi­strza Au­strii, któ­ry usta­no­wił re­kord w wy­ci­ska­niu na ław­ce: sto dzie­więć­dzie­siąt ki­lo­gra­mów.

Ten wy­czyn mnie za­in­spi­ro­wał. Naj­bar­dziej jed­nak ude­rzy­ło mnie to, że Mar­nul no­sił oku­la­ry. Wi­dzia­łem je wy­raź­nie. Były lek­ko przy­ciem­nio­ne. Oku­la­ry ko­ja­rzy­ły mi się z in­te­lek­tu­ali­sta­mi – na­uczy­cie­la­mi i księż­mi – a tu pro­szę, Kurt Mar­nul le­żał na ław­ce w ko­szul­ce bez rę­ka­wów, miał po­tęż­ną klat­kę pier­sio­wą i wą­skie bio­dra, pod­no­sił cięż­ką sztan­gę i miał na no­sie oku­la­ry. Pa­trzy­łem i pa­trzy­łem na to zdję­cie. Jak to moż­li­we, że ktoś, kto od szyi w górę wy­glą­da jak pro­fe­sor, wy­ci­ska na ław­ce sto dzie­więć­dzie­siąt kilo?

O tym wła­śnie na­pi­sa­łem. Prze­czy­ta­łem moją pra­cę na głos i ku mo­je­mu za­do­wo­le­niu w kla­sie roz­le­gły się śmie­chy. Wy­sze­dłem z kla­sy za­fa­scy­no­wa­ny tym, że moż­na być by­strza­kiem i si­ła­czem jed­no­cze­śnie.

Wraz z za­in­te­re­so­wa­niem dziew­czy­na­mi przy­szła świa­do­mość wła­sne­go cia­ła. Za­czą­łem jesz­cze bar­dziej pa­sjo­no­wać się spor­tem: przy­glą­da­łem się spor­tow­com, ob­ser­wo­wa­łem, jak ćwi­czą, co ro­bią ze swo­imi cia­ła­mi. Rok wcze­śniej nic to dla mnie nie zna­czy­ło, te­raz zna­czy­ło wszyst­ko.

Gdy tyl­ko skoń­czył się rok szkol­ny, ja i wszy­scy moi ko­le­dzy po­je­cha­li­śmy do Tha­ler­see, na­sze­go let­nie­go miej­sca spo­tkań; pły­wa­li­śmy w je­zio­rze, upra­wia­li­śmy za­pa­sy w bło­cie i gra­li­śmy w nogę. Szyb­ko za­przy­jaź­ni­łem się z bok­se­ra­mi, za­pa­śni­ka­mi i in­ny­mi spor­tow­ca­mi. Po­przed­nie­go lata po­zna­łem jed­ne­go z ra­tow­ni­ków, Wil­le­go Rich­te­ra, któ­ry miał już po­nad dwa­dzie­ścia lat. Po­zwo­lił mi zo­stać swo­im przy­bocz­nym i po­moc­ni­kiem. Wil­li był do­brym, wszech­stron­nym spor­tow­cem. Po pra­cy włó­czy­łem się za nim i pa­trzy­łem, jak ćwi­czy. Park trak­to­wał jak salę gim­na­stycz­ną, pod­cią­gał się na ga­łę­ziach, ro­bił na zie­mi pomp­ki i przy­sia­dy, bie­gał po ścież­kach i wy­ko­ny­wał sko­ki z miej­sca. Od cza­su do cza­su prę­żył przede mną mu­sku­ły, wpra­wia­jąc mnie w nie­kła­ma­ny po­dziw.

Wil­li przy­jaź­nił się z dwo­ma brać­mi – oni to do­pie­ro byli wy­spor­to­wa­ni. Star­szy z nich stu­dio­wał na uni­wer­sy­te­cie. Obaj pod­no­si­li cię­ża­ry, upra­wia­li kul­tu­ry­sty­kę, a w dniu, w któ­rym ich po­zna­łem, tre­no­wa­li pchnię­cie kulą. Spy­ta­li, czy chciał­bym spró­bo­wać, i za­czę­li mnie uczyć po­sta­wy i kro­ków. Po­tem po­szli­śmy pod drze­wo, na któ­rym Wil­li się pod­cią­gał. On tak­że na­gle za­py­tał: „Może spró­bu­jesz?”. Le­d­wo mo­głem się utrzy­mać, bo do tego trze­ba mieć na­praw­dę sil­ne pal­ce, a ga­łąź była gru­ba. Uda­ło mi się pod­cią­gnąć raz czy dwa, ale po­tem da­łem za wy­gra­ną.

– Wiesz co, je­śli bę­dziesz ćwi­czył przez całe lato, gwa­ran­tu­ję ci, że zdo­łasz pod­cią­gnąć się dzie­sięć razy, a to nie byle co. I za­ło­żę się, że po obu stro­nach naj­szer­szych grzbie­tu przy­bę­dzie ci po cen­ty­me­trze.

– Miał na my­śli mię­śnie naj­szer­sze grzbie­tu, la­tis­si­mi dor­si.

Po­my­śla­łem: O rany, to nie­sa­mo­wi­te, tyl­ko od jed­ne­go ćwi­cze­nia! Po­tem po­szli­śmy za nim na szczyt pa­gór­ka i to­wa­rzy­szy­li­śmy mu pod­czas dal­sze­go tre­nin­gu. Od tam­tej pory ćwi­czy­łem z nim co­dzien­nie.

Po­przed­nie­go lata Wil­li za­brał mnie do Wied­nia na mi­strzo­stwa świa­ta w pod­no­sze­niu cię­ża­rów. Wy­bra­li­śmy się sa­mo­cho­dem z kil­ko­ma fa­ce­ta­mi i je­cha­li­śmy czte­ry go­dzi­ny. Po­dróż trwa­ła dłu­żej, niż przy­pusz­cza­li­śmy, i zdą­ży­li­śmy do­pie­ro na ostat­nią ka­te­go­rię, czy­li wagę su­per­cięż­ką. Zwy­cię­żył wiel­ki Ro­sja­nin, Ju­rij Wła­sow. Ty­sią­ce lu­dzi na wi­dow­ni krzy­cza­ły i wyły, gdy wy­ci­snął nad gło­wę sto dzie­więć­dzie­siąt i pół kilo. Po mi­strzo­stwach w pod­no­sze­niu cię­ża­rów od­by­wa­ły się za­wo­dy kul­tu­ry­stycz­ne i wte­dy pierw­szy raz zo­ba­czy­łem wy­sma­ro­wa­nych oli­wą fa­ce­tów, prę­żą­cych mię­śnie w kul­tu­ry­stycz­nych po­zach. Póź­niej po­szli­śmy za ku­li­sy i zo­ba­czy­łem Wła­so­wa z bli­ska. Nie wiem, jak się tam do­sta­li­śmy – może ktoś miał zna­jo­mo­ści w klu­bie sztan­gi­stów w Gra­zu.

To była przy­go­da i wspa­nia­le się ba­wi­łem, ale ma­jąc trzy­na­ście lat, nie są­dzi­łem, że to bę­dzie moja przy­szłość. Jed­nak rok póź­niej coś za­czę­ło do mnie do­cie­rać i uświa­do­mi­łem so­bie, że chcę być sil­ny i mu­sku­lar­ny. Obej­rza­łem film Her­cu­les and the Cap­ti­ve Wo­men i bar­dzo mi się spodo­bał. Cia­ło bo­ha­te­ra zro­bi­ło na mnie wiel­kie wra­że­nie.

– Wiesz chy­ba, kim jest ten ak­tor? – za­py­tał Wil­li. – To Mi­ster Uni­ver­se, Reg Park. – Opo­wie­dzia­łem Wil­le­mu o moim wy­pra­co­wa­niu. Oka­za­ło się, że był przy tym, jak Kurt Mar­nul usta­na­wiał swój re­kord.

– To mój ko­le­ga – oznaj­mił Wil­li.

Kil­ka dni póź­niej po­wie­dział:

– Kurt Mar­nul przy­je­dzie dziś wie­czo­rem nad je­zio­ro. No wiesz, ten fa­cet, któ­re­go wi­dzia­łeś na zdję­ciu.

– To wspa­nia­le! – wy­krzyk­ną­łem.

Cze­ka­łem na nie­go z ko­le­gą z kla­sy. Pły­wa­li­śmy i jak zwy­kle si­ło­wa­li­śmy się w bło­cie, gdy wresz­cie po­ja­wił się Mar­nul z pięk­ną dziew­czy­ną.

Miał na so­bie ob­ci­słą ko­szul­kę, ciem­ne spodnie i te same przy­ciem­nio­ne oku­la­ry. Prze­brał się w bud­ce ra­tow­ni­ka i wy­szedł z niej w ską­pych ką­pie­lów­kach. Szczę­ki nam opa­dły. Wy­glą­dał nie­sa­mo­wi­cie! Sły­nął z gi­gan­tycz­nych mię­śni na­ra­mien­nych oraz czwo­ro­bocz­nych i rze­czy­wi­ście był po­tęż­ny w ra­mio­nach. Miał wą­ską ta­lię i wy­pra­co­wa­ne mię­śnie brzu­cha – wy­glą­dał fan­ta­stycz­nie.

Dziew­czy­na, któ­ra z nim była, też prze­bra­ła się w ko­stium ką­pie­lo­wy – bi­ki­ni – i rów­nież wy­glą­da­ła olśnie­wa­ją­co. Przy­wi­ta­li­śmy się z nimi, a po­tem krę­ci­li­śmy się w po­bli­żu i pa­trzy­li­śmy, jak pły­wa­ją.

Wte­dy już na­praw­dę mnie wzię­ło. Mar­nul re­gu­lar­nie przy­jeż­dżał nad je­zio­ro, czę­sto z fan­ta­stycz­ny­mi dziew­czy­na­mi. Był miły dla mnie i mo­je­go kum­pla, Kar­la Ger­stla, bo wie­dział, że jest na­szym ido­lem. Karl był ja­sno­wło­sym chło­pa­kiem mo­je­go wzro­stu, parę lat star­szym ode mnie, któ­re­mu sam się przed­sta­wi­łem, gdy za­uwa­ży­łem, że ma wy­ro­bio­ne mię­śnie.

– Ćwi­czysz? – za­gad­ną­łem go.

– Uhm – mruk­nął. – Za­czą­łem od pod­cią­gań i stu brzusz­ków dzien­nie, ale nie wiem, co da­lej. – Za­pro­po­no­wa­łem mu więc, żeby tre­no­wał co­dzien­nie z Wil­lim i ze mną. Ćwi­cze­nia za­da­wał nam Mar­nul.

Wkrót­ce do­łą­czy­li do nas inni: ko­le­dzy Wil­le­go i fa­ce­ci z si­łow­ni, w któ­rej ćwi­czył Kurt, wszy­scy star­si ode mnie. Naj­star­szym z nich był osi­łek po czter­dzie­st­ce, któ­ry na­zy­wał się Mui. Za­wo­do­wy za­pa­śnik u szczy­tu for­my, te­raz tre­no­wał tyl­ko ze sztan­gą. Tak jak Mar­nul trwał w ka­wa­ler­skim sta­nie. Utrzy­my­wał się z rzą­do­we­go sty­pen­dium i był wiecz­nym stu­den­tem na uni­wer­sy­te­cie. Rów­ny gość, by­stry i zna­ją­cy się na po­li­ty­ce, mó­wił płyn­nie po an­giel­sku i od­gry­wał waż­ną rolę w na­szej gru­pie, po­nie­waż tłu­ma­czył nam an­giel­skie i ame­ry­kań­skie cza­so­pi­sma kul­tu­ry­stycz­ne. No i „Play­boya”.

Sta­le ota­cza­ły nas dziew­czy­ny – ta­kie, któ­re chcia­ły z nami ćwi­czyć albo po pro­stu się z nami pro­wa­dzać. Eu­ro­pa za­wsze była mniej pu­ry­tań­ska niż Sta­ny Zjed­no­czo­ne. Do spraw cie­le­snych pod­cho­dzi­ło się w spo­sób bar­dziej otwar­ty, nie tak wsty­dli­wie, z mniej­szym skrę­po­wa­niem. W ustron­nych miej­scach nad je­zio­rem wi­dy­wa­ło się na­gich pla­żo­wi­czów. Moi ko­le­dzy spę­dza­li wa­ka­cje w ko­lo­niach nu­dy­stów w Ju­go­sła­wii i we Fran­cji, czu­li się wol­ni. A z pa­gór­ka­mi, za­ro­śla­mi i ustron­ny­mi ścież­ka­mi Tha­ler­see było ide­al­nym miej­scem spo­tkań za­ko­cha­nych. Gdy mia­łem dzie­sięć czy je­de­na­ście lat i sprze­da­wa­łem tam lody, nie bar­dzo wie­dzia­łem, dla­cze­go pra­wie wszy­scy roz­kła­da­ją się na wiel­kich ko­cach w krza­kach, ale póź­niej zro­zu­mia­łem. Tam­te­go lata wy­my­śli­li­śmy, że bę­dzie­my żyli jak gla­dia­to­rzy, jak­by­śmy cof­nę­li się w cza­sie. Pi­li­śmy wodę i czer­wo­ne wino, je­dli­śmy mię­so, upra­wia­li­śmy mi­łość, bie­ga­li­śmy po le­sie i ćwi­czy­li­śmy. Co ty­dzień roz­pa­la­li­śmy ogni­sko nad je­zio­rem i pie­kli­śmy shish ke­bab z po­mi­do­ra­mi i ce­bu­lą. Le­że­li­śmy pod gwiaz­da­mi i ob­ra­ca­li­śmy roż­ny nad ogniem, aż mię­so było ide­al­ne.

Mię­so na te uczty ku­po­wał oj­ciec Kar­la, Fre­di Ger­stl. Był je­dy­nym praw­dzi­wym mó­zgow­cem w gru­pie, moc­no zbu­do­wa­nym fa­ce­tem w gru­bych oku­la­rach, któ­ry spra­wiał wra­że­nie ra­czej kum­pla niż ojca. In­te­re­so­wał się po­li­ty­ką i ra­zem z żoną pro­wa­dził dwa naj­więk­sze kio­ski z pra­są i pa­pie­ro­sa­mi w Gra­zu. Stał na cze­le sto­wa­rzy­sze­nia sprze­daw­ców wy­ro­bów ty­to­nio­wych, ale naj­bar­dziej lu­bił po­ma­gać mło­dym lu­dziom. W nie­dzie­le on i jego żona bra­li swo­je­go bok­se­ra na smycz i spa­ce­ro­wa­li wo­kół je­zio­ra, a my z Kar­lem wle­kli­śmy się za nimi. Nig­dy nie wia­do­mo było, co Fre­die­mu przyj­dzie do gło­wy. W jed­nej chwi­li roz­pra­wiał o zim­nej woj­nie, a w na­stęp­nej dro­czył się z nami, że jesz­cze nic nie wie­my o dziew­czy­nach. Kie­dyś uczył się śpie­wu ope­ro­we­go, więc cza­sa­mi sta­wał na brze­gu je­zio­ra i śpie­wał. Pies wył do wtó­ru, a wte­dy Karl i ja, za­wsty­dze­ni, da­wa­li­śmy nogę – wy­ry­wa­li­śmy do przo­du albo zo­sta­wa­li­śmy w tyle.

To Fre­di wy­my­ślił za­ba­wę w gla­dia­to­rów.

– Co wy, chło­pa­ki, wie­cie o tre­nin­gu si­ło­wym? – za­py­tał któ­re­goś dnia. – Dla­cze­go nie bie­rze­cie przy­kła­du z rzym­skich gla­dia­to­rów? Oni wie­dzie­li, jak się ćwi­czy!

Cho­ciaż na­kła­niał Kar­la do stu­diów me­dycz­nych, był za­chwy­co­ny tym, że jego syn upra­wia sport. Wie­rzył w har­mo­nię cia­ła i umy­słu.

– Po­win­ni­ście bu­do­wać jak naj­do­sko­nal­sze cia­ło, ale tak­że do­sko­na­lić umysł – ma­wiał. – Czy­taj­cie Pla­to­na! Sta­ro­żyt­ni Gre­cy nie tyl­ko za­po­cząt­ko­wa­li olim­pia­dy, lecz tak­że dali nam wiel­kich fi­lo­zo­fów, i do­brze by było, że­by­ście sko­rzy­sta­li z jed­ne­go i dru­gie­go.

Opo­wia­dał nam hi­sto­rie o grec­kich bo­gach, mó­wił o uro­dzie cia­ła i ide­ale pięk­na.

– Wiem, że część z tego wpa­da wam jed­nym uchem, a dru­gim wy­pa­da, ale będę wam to wbi­jał do głów, aż któ­re­goś dnia, jak przyj­dzie co do cze­go, zro­zu­mie­cie, ja­kie to waż­ne.

Wte­dy jed­nak bar­dziej sku­pia­li­śmy się na tym, cze­go mo­że­my się na­uczyć od Kur­ta Mar­nu­la. Był dla nas atrak­cyj­niej­szy i jako Mi­ster Au­stria cie­szył się naj­więk­szą po­pu­lar­no­ścią. Miał wspa­nia­łe cia­ło, dziew­czy­ny i re­kord świa­ta w wy­ci­ska­niu na ław­ce, a do tego jeź­dził alfą ro­meo z opusz­cza­nym da­chem. Z cza­sem po­zna­łem jego roz­kład dnia. Pra­co­wał jako bry­ga­dzi­sta, nad­zo­ro­wał ro­bot­ni­ków dro­go­wych. Za­czy­nał wcze­śnie rano i koń­czył o pięt­na­stej. Po­tem spę­dzał trzy go­dzi­ny w si­łow­ni, gdzie in­ten­syw­nie tre­no­wał. Po­zwa­lał, że­by­śmy do nie­go przy­cho­dzi­li, bo chciał nas cze­goś na­uczyć: pra­cu­jesz, za­ra­biasz for­sę i stać cię na taki sa­mo­chód, tre­nu­jesz i wy­gry­wasz mi­strzo­stwa. Żad­nej dro­gi na skró­ty, na wszyst­ko trze­ba za­pra­co­wać.

Mar­nul lu­bił pięk­ne dziew­czy­ny. Po­tra­fił wy­pa­trzyć je wszę­dzie: w re­stau­ra­cjach, nad je­zio­rem, na bo­iskach. Cza­sa­mi za­pra­szał je do sie­bie do pra­cy, gdzie w ko­szul­ce bez rę­ka­wów dy­ry­go­wał ro­bot­ni­ka­mi i kie­ro­wał sprzę­tem. Po­tem pod­cho­dził do tych dziew­czyn i z nimi ga­wę­dził. Tha­ler­see od­gry­wa­ło w jego ży­ciu klu­czo­wą rolę. Zwy­czaj­ny fa­cet po pro­stu za­pro­sił­by dziew­czy­nę na drin­ka po pra­cy, ale nie Kurt. On za­wo­ził ją alfą nad je­zio­ro, żeby ra­zem po­pły­wać. Po­tem je­dli ko­la­cję w re­stau­ra­cji i za każ­dym ra­zem za­ma­wiał wino. W sa­mo­cho­dzie za­wsze wo­ził bu­tel­kę wina i koc. Po ko­la­cji wra­ca­li nad je­zio­ro i wy­bie­ra­li so­bie ja­kieś ro­man­tycz­ne miej­sce. Karl roz­kła­dał koc, otwie­rał wino i nadal ura­biał dziew­czy­nę. Jego wi­dok w ak­cji przy­spie­szył pro­ces za­po­cząt­ko­wa­ny przez na­uczy­cie­la ma­te­ma­ty­ki: za­pa­mię­ty­wa­łem tek­sty Kur­ta i jego tak­ty­kę, łącz­nie z ko­cem i wi­nem. Wszy­scy to ro­bi­li­śmy. I na dziew­czy­ny to dzia­ła­ło!

Kurt i inni wi­dzie­li we mnie po­ten­cjał, bo szyb­ko sta­łem się mu­sku­lar­ny i jesz­cze sil­niej­szy. Pod ko­niec lata za­pro­po­no­wa­li mi, że­bym po­tre­no­wał z nimi w Gra­zu, ze sztan­ga­mi. Sala gim­na­stycz­na Sto­wa­rzy­sze­nia Spor­tow­ców mie­ści­ła się pod try­bu­na­mi sta­dio­nu pił­ki noż­nej. Była to wiel­ka be­to­no­wa sala z lam­pa­mi na su­fi­cie i pod­sta­wo­wym sprzę­tem: sztan­ga­mi, han­tla­mi, drąż­ka­mi do pod­cią­ga­nia się i ław­ka­mi do wy­ci­ska­nia. Peł­no w niej było po­tęż­nych fa­ce­tów, któ­rzy dy­sze­li i sa­pa­li. Kum­ple znad je­zio­ra po­ka­za­li mi kil­ka pod­sta­wo­wych ćwi­czeń i przez na­stęp­ne trzy go­dzi­ny ćwi­czy­łem z en­tu­zja­zmem, wy­ko­nu­jąc dzie­siąt­ki wy­ci­skań, przy­sia­dów i ugięć ra­mion.

Zwy­kły tre­ning dla po­cząt­ku­ją­cych skła­da się z trzech se­rii po dzie­sięć po­wtó­rzeń każ­de­go ćwi­cze­nia, żeby roz­ru­szać mię­śnie. Jed­nak nikt mi tego nie po­wie­dział. Sta­li by­wal­cy sali pod sta­dio­nem lu­bi­li wpusz­czać no­wych w ma­li­ny. Pod­pu­ści­li mnie tak, że wy­ko­na­łem dzie­sięć se­rii każ­de­go z ćwi­czeń. Gdy skoń­czy­łem, ra­do­śnie wzią­łem prysz­nic – w domu nie mie­li­śmy bie­żą­cej wody, więc za­wsze ma­rzy­łem o prysz­ni­cu pod sta­dio­nem, mimo że była w nim tyl­ko zim­na woda. Po­tem ubra­łem się i wy­sze­dłem.

Nogi mia­łem jak z gumy, lecz zbyt­nio się tym nie przej­mo­wa­łem. Jed­nak gdy wsia­dłem na ro­wer, za­raz z nie­go spa­dłem. To było dziw­ne, w do­dat­ku stwier­dzi­łem, że pra­wie nie mam wła­dzy w rę­kach i no­gach. Znów wsia­dłem na ro­wer, ale nie mo­głem za­pa­no­wać nad kie­row­ni­cą, a uda trzę­sły mi się jak ga­la­re­ta. Zje­cha­łem na po­bo­cze i wpa­dłem do rowu. To było ża­ło­sne. Wresz­cie się pod­da­łem i zsia­dłem z ro­we­ru. Skoń­czy­ło się na tym, że mu­sia­łem iść do domu na pie­cho­tę. Była to he­ro­icz­na sze­ścio­ipół­ki­lo­me­tro­wa wę­drów­ka. Mimo to nie mo­głem się do­cze­kać, kie­dy wró­cę na si­łow­nię i za­cznę ćwi­czyć z ob­cią­że­niem.

Tam­to lato było cu­dow­ne: za­miast eg­zy­sto­wać, za­czą­łem żyć. Wy­rwa­łem się z ogłu­pia­ją­cej ru­ty­ny ży­cia w Thal, w ra­mach któ­rej wsta­wa­łem, sze­dłem po mle­ko do są­sia­dów, wra­ca­łem do domu, ro­bi­łem pomp­ki i brzusz­ki, pod­czas gdy mat­ka przy­go­to­wy­wa­ła mi śnia­da­nie, a oj­ciec szy­ko­wał się do pra­cy. Na­gle po­ja­wi­ły się ra­dość, ele­ment wal­ki, ból, za­do­wo­le­nie, przy­jem­no­ści, ko­bie­ty, emo­cje. My­śla­łem: To jest ży­cie! To fan­ta­stycz­ne! Cho­ciaż ce­ni­łem ojca i to, co osią­gnął dzię­ki dys­cy­pli­nie, jego do­ko­na­nia za­wo­do­we, spor­to­we i mu­zycz­ne, to jed­nak sam fakt, że był moim oj­cem, umniej­szał zna­cze­nie tego wszyst­kie­go. Ni stąd, ni zo­wąd zy­ska­łem nowe ży­cie, któ­re na­le­ża­ło tyl­ko do mnie.

***

Je­sie­nią 1962 roku, w wie­ku pięt­na­stu lat, za­czą­łem nowy roz­dział w ży­ciu. Za­pi­sa­łem się do szko­ły za­wo­do­wej w Gra­zu i roz­po­czą­łem na­ukę kon­kret­ne­go fa­chu. Mimo że nadal miesz­ka­łem z ro­dzi­ca­mi, ro­dzi­nę pod wie­lo­ma wzglę­da­mi za­stą­pi­ła sala gim­na­stycz­na. Star­si fa­ce­ci po­ma­ga­li młod­szym. Pod­cho­dzi­li, żeby zwró­cić uwa­gę, gdy zro­bi­ło się coś źle, albo żeby po­ra­dzić, jak po­pra­wić for­mę. Jed­nym z mo­ich part­ne­rów stał się Karl Ger­stl i obaj po­zna­wa­li­śmy ra­dość, jaką daje wza­jem­ne mo­ty­wo­wa­nie się i ry­wa­li­za­cja.

– Zro­bię dzie­sięć po­wtó­rzeń z tą sztan­gą, gwa­ran­tu­ję ci – mó­wił Karl, po czym ro­bił je­de­na­ście, żeby wy­wrzeć na mnie wra­że­nie, i wy­krzy­ki­wał: – To było fan­ta­stycz­ne!

Pa­trzy­łem na nie­go i od­po­wia­da­łem:

– A ja zro­bię dwa­na­ście!

Wie­le po­my­słów na ćwi­cze­nia bra­li­śmy z cza­so­pism. W Niem­czech uka­zy­wa­ły się po­zy­cje po­świę­co­ne bu­do­wa­niu cia­ła i pod­no­sze­niu cię­ża­rów, ale ame­ry­kań­skie były o nie­bo lep­sze, a Mui nam je tłu­ma­czył. Te cza­so­pi­sma były na­szą bi­blią, je­śli cho­dzi o od­ży­wia­nie się, spo­sób przy­rzą­dza­nia na­po­jów pro­te­ino­wych wspo­ma­ga­ją­cych bu­do­wę mię­śni, ćwi­cze­nia z part­ne­rem. Przed­sta­wia­ły bo­dy­bu­il­ding jako dro­gę do re­ali­za­cji ma­rzeń. W każ­dym nu­me­rze za­miesz­cza­no zdję­cia mi­strzów i opis ich ćwi­czeń. Oglą­da­li­śmy więc uśmiech­nię­tych fa­ce­tów prę­żą­cych mię­śnie na Mu­sc­le Be­ach w Ve­ni­ce w Ka­li­for­nii, oczy­wi­ście w oto­cze­niu fan­ta­stycz­nych dziew­czyn w sek­sow­nych ko­stiu­mach ką­pie­lo­wych. Wszy­scy zna­li­śmy na­zwi­sko wy­daw­cy, Jo­ego We­ide­ra, Hugh Hef­ne­ra świa­ta kul­tu­ry­sty­ki. Był wła­ści­cie­lem cza­so­pism, w każ­dym wy­da­niu za­miesz­czał fe­lie­ton ze zdję­ciem i lan­so­wał swo­ją żonę Bet­ty, pięk­ną mo­del­kę, któ­rą moż­na było zo­ba­czyć na nie­mal każ­dej fot­ce z pla­ży.

Wkrót­ce ży­cie w si­łow­ni po­chło­nę­ło mnie bez resz­ty. My­śla­łem tyl­ko o tre­nin­gach. Któ­rejś nie­dzie­li, gdy oka­za­ło się, że sala gim­na­stycz­na jest za­mknię­ta, wła­ma­łem się do niej i ćwi­czy­łem w przej­mu­ją­cym zim­nie. Mu­sia­łem owi­nąć so­bie dło­nie ręcz­ni­ka­mi, żeby skó­ra nie przy­war­ła mi do me­ta­lo­wych prę­tów. Ro­bi­łem po­stę­py ty­dzień po ty­go­dniu, pod­no­si­łem co­raz więk­sze cię­ża­ry, moje mię­śnie wy­trzy­my­wa­ły co­raz wię­cej po­wtó­rzeń, zmie­ni­ła mi się syl­wet­ka i masa. Zo­sta­łem człon­kiem dru­ży­ny Sto­wa­rzy­sze­nia Spor­tow­ców. By­łem dum­ny, że ja, Ar­nold Schwa­rze­neg­ger, smar­kacz, na­le­żę do tego sa­me­go klu­bu co Mi­ster Au­stria, sław­ny Kurt Mar­nul.

Upra­wia­łem też inne spor­ty, ale re­ak­cja mo­je­go cia­ła na tre­ning si­ło­wy szyb­ko uzmy­sło­wi­ła mi, w ja­kiej sfe­rze mam naj­więk­szy po­ten­cjał i jak da­le­ko mogę zajść. Nie po­tra­fi­łem po­wie­dzieć, co mnie na­pę­dza, wszyst­ko jed­nak wska­zy­wa­ło na to, że uro­dzi­łem się, by ćwi­czyć, i czu­łem, że to prze­pust­ka, któ­ra po­zwo­li mi wy­rwać się z Thal. Kurt Mar­nul mógł zdo­być ty­tuł Mi­ster Au­stria, my­śla­łem, a prze­cież sam mi mó­wił, co mogę osią­gnąć, je­śli będę tre­no­wał, więc to wła­śnie za­mie­rzam ro­bić. Ta świa­do­mość spra­wi­ła, że wie­lo­go­dzin­ne pod­no­sze­nie ton sta­li było dla mnie przy­jem­no­ścią. Każ­da bo­le­sna se­ria, każ­de do­dat­ko­we po­wtó­rze­nie sta­no­wi­ło krok do celu, czy­li zdo­by­cia ty­tu­łu Mi­ster Au­stria, a na­stęp­nie udzia­łu w za­wo­dach o ty­tuł Mi­ster Eu­ro­pe. W li­sto­pa­dzie w domu to­wa­ro­wym w Gra­zu wzią­łem do ręki naj­now­szy nu­mer „Mu­sc­le Bu­il­der”. Na okład­ce wid­niał Mi­ster Uni­ver­se, Reg Park. Był w stro­ju Her­ku­le­sa, miał prze­pa­skę na bio­drach, i ze zdu­mie­niem uświa­do­mi­łem so­bie, że to fa­cet, któ­ry grał w moim ulu­bio­nym fil­mie. W środ­ku znaj­do­wa­ły się inne zdję­cia Par­ka: jak po­zu­je, tre­nu­je, zdo­by­wa po raz dru­gi z rzę­du ty­tuł Mi­ster Uni­ver­se, ści­ska rękę Jo­emu We­ide­ro­wi i ga­wę­dzi na Mu­sc­le Be­ach z le­gen­dar­nym Ste­ve’em Re­eve­sem, wcze­śniej­szym Mi­ster Uni­ver­se, któ­ry rów­nież grał głów­ną rolę w fil­mach o Her­ku­le­sie.

Nie mo­głem się do­cze­kać, aż znaj­dę Mui i do­wiem się, o czym opo­wia­da ar­ty­kuł. Oka­za­ło się, że przed­sta­wia całą dro­gę ży­cio­wą Rega, od dzie­ciń­stwa w ubo­gim śro­do­wi­sku w an­giel­skim Le­eds aż po zwy­cię­stwo w za­wo­dach o ty­tuł Mi­ster Uni­ver­se, wy­jazd do Rzy­mu, by za­grać Her­ku­le­sa, i mał­żeń­stwo z pięk­no­ścią z RPA, gdzie miesz­kał, gdy nie tre­no­wał na Mu­sc­le Be­ach.

Ta hi­sto­ria sta­ła się dla mnie in­spi­ra­cją. Mo­głem zo­stać dru­gim Re­giem Par­kiem. Moje ma­rze­nia na­gle się skry­sta­li­zo­wa­ły i na­bra­ły sen­su. Znaj­dę spo­sób, żeby wy­je­chać do Ame­ry­ki: po­przez bo­dy­bu­il­ding! I ja­koś wkrę­cę się do fil­mu. Dzię­ki nie­mu sta­nę się zna­ny na ca­łym świe­cie. Role przy­nio­są mi pie­nią­dze – by­łem prze­ko­na­ny, że Reg Park jest mi­lio­ne­rem – i po­zwo­lą zdo­by­wać naja­trak­cyj­niej­sze dziew­czy­ny, co sta­no­wi­ło bar­dzo waż­ny aspekt ka­rie­ry.

W na­stęp­nych ty­go­dniach do­sko­na­li­łem tę wi­zję, aż sta­ła się bar­dzo kon­kret­na. Za­mie­rza­łem wziąć udział w za­wo­dach o ty­tuł Mi­ster Uni­ver­se, po­bić re­kord w pod­no­sze­niu cię­ża­rów, wy­je­chać do Hol­ly­wo­od i być jak Reg Park. Wi­dzia­łem to wszyst­ko ocza­mi wy­obraź­ni tak wy­raź­nie, że mu­sia­ło się zi­ścić. Nie było in­nej moż­li­wo­ści: albo to, albo nic. Mat­ka od razu za­uwa­ży­ła, że coś się zmie­ni­ło. Wra­ca­łem do domu sze­ro­ko uśmiech­nię­ty. Po­wie­dzia­łem jej, że tre­nu­ję, więc wi­dzia­ła, ile ra­do­ści spra­wia mi pra­ca nad mię­śnia­mi.

Jed­nak z bie­giem cza­su moja ob­se­sja za­czę­ła ją nie­po­ko­ić. Wio­sną całą ścia­nę nad łóż­kiem ob­wie­si­łem zdję­cia­mi mię­śnia­ków. Byli to bok­se­rzy, za­wo­do­wi za­pa­śni­cy, cię­ża­row­cy i trój­bo­iści, ale głów­nie kul­tu­ry­ści w po­zach uwy­dat­nia­ją­cych mię­śnie, zwłasz­cza Reg Park i Ste­ve Re­eves. By­łem dum­ny z tej ścia­ny. Dzia­ło się to jesz­cze w epo­ce przed kse­ro­gra­fa­mi: wy­szu­ki­wa­łem zdję­cia w cza­so­pi­smach, za­no­si­łem je do prze­fo­to­gra­fo­wa­nia, a na­stęp­nie za­ma­wia­łem od­bit­ki dwa­dzie­ścia na dwa­dzie­ścia pięć cen­ty­me­trów. Ku­pi­łem mięk­ką matę pil­śnio­wą, ka­za­łem ją po­ciąć na pro­sto­ką­ty, a po­tem przy­kle­ja­łem do nich zdję­cia i wie­sza­łem na ścia­nie. Wy­glą­da­ło to na­praw­dę nie­źle. Jed­nak mama była za­nie­po­ko­jo­na.

Wresz­cie pew­ne­go dnia po­sta­no­wi­ła za­się­gnąć rady spe­cja­li­sty i ścią­gnę­ła do domu le­ka­rza, gdy je­chał dro­gą z co­dzien­ny­mi wi­zy­ta­mi le­kar­ski­mi.

– Chcę, żeby pan coś zo­ba­czył. – Za­pro­wa­dzi­ła go po scho­dach do mo­je­go po­ko­ju.

Sie­dzia­łem w sa­lo­nie i od­ra­bia­łem lek­cje, ale sły­sza­łem więk­szość roz­mo­wy.

– Pa­nie dok­to­rze – mó­wi­ła mat­ka – wszy­scy inni chłop­cy, ko­le­dzy Ar­nol­da, wie­sza­ją na ścia­nach zdję­cia dziew­cząt. Wiem, bo wi­dzia­łam. Pla­ka­ty, ko­lo­ro­we fo­to­sy, fo­to­gra­fie z cza­so­pism. A tu, pro­szę spoj­rzeć. Nadzy męż­czyź­ni.

– Frau Schwa­rze­neg­ger – od­rzekł le­karz – nie ma w tym nic złe­go. Chłop­cy szu­ka­ją in­spi­ra­cji. Pa­trzą na ojca, ale czę­sto to nie wy­star­cza, bo oj­ciec to oj­ciec, więc spo­glą­da­ją tak­że na in­nych męż­czyzn. To na­wet do­brze. Nie ma się pani czym mar­twić.

Wy­szedł, a mat­ka otar­ła łzy i uda­wa­ła, że nic się nie sta­ło. Póź­niej mó­wi­ła do ko­le­ża­nek:

– Mój syn ma na ścia­nie w swo­im po­ko­ju zdję­cia si­ła­czy i atle­tów, i gdy na nie pa­trzy, do­sta­je ta­kie­go na­pę­du, że ćwi­czy co­dzien­nie. Ar­nold, po­wiedz im, ja­kie cię­ża­ry pod­no­sisz.

Oczy­wi­ście mia­łem już po­wo­dze­nie u dziew­czyn, lecz prze­cież nie mo­głem po­wie­dzieć o tym mat­ce.

Tam­tej wio­sny mat­ka sama od­kry­ła, jak wie­le się zmie­ni­ło: po­zna­łem dziew­czy­nę, dwa lata star­szą ode mnie, któ­ra lu­bi­ła prze­by­wać na świe­żym po­wie­trzu.

– Ja też lu­bię bi­wa­ko­wać! – oznaj­mi­łem. – Na są­sied­nim polu jest na­praw­dę ład­ne miej­sce, tuż po­ni­żej na­sze­go domu. Może przyj­dziesz z na­mio­tem?

Zja­wi­ła się na­stęp­ne­go po­po­łu­dnia i śmie­jąc się, roz­bi­li­śmy na polu jej ślicz­ny na­mio­cik. Kil­ko­ro dzie­cia­ków z są­siedz­twa po­ma­ga­ło nam wbi­jać śle­dzie. Był w sam raz dla dwoj­ga i miał za­su­wa­ną na za­mek kla­pę. Kie­dy dzie­cia­ki so­bie po­szły, we­szli­śmy z dziew­czy­ną do środ­ka i za­czę­li­śmy się ob­ści­ski­wać. Dziew­czy­na zdję­ła blu­zecz­kę, lecz na­gle usły­sza­łem zgrzyt su­wa­ka i gdy się od­wró­ci­łem, zo­ba­czy­łem gło­wę mat­ki. Urzą­dzi­ła nam strasz­ną awan­tu­rę, na­zwa­ła dziew­czy­nę ulicz­ni­cą i dziw­ką, a po­tem po­ma­sze­ro­wa­ła po sto­ku do domu. Pan­na była prze­ra­żo­na. Z moją po­mo­cą zło­ży­ła na­miot i czym prę­dzej ucie­kła.

Po po­wro­cie do domu po­kłó­ci­łem się z mat­ką.

– Co to ma zna­czyć?! – krzy­cza­łem. – Naj­pierw mó­wisz le­ka­rzo­wi, że mam te zdję­cia na ścia­nie, a po­tem się mar­twisz, gdy na­kry­wasz mnie z dziew­czy­ną. Nie ro­zu­miem. Fa­ce­ci tak wła­śnie ro­bią!

– Nie, nie, nie. Nie w moim obej­ściu.

Bie­dacz­ka mu­sia­ła oswo­ić się z nową sy­tu­acją. Była na­praw­dę wku­rzo­na, a ja tyl­ko chcia­łem żyć wła­snym ży­ciem! Tam­tej so­bo­ty po­je­cha­łem do mia­sta i po­go­dzi­łem się z dziew­czy­ną – jej ro­dzi­ce wy­je­cha­li i mia­ła wol­ną cha­tę.

***

Waż­ną część na­uki w szko­le za­wo­do­wej, do któ­rej za­czą­łem cho­dzić je­sie­nią 1962 roku, sta­no­wi­ły prak­ty­ki. Przed po­łu­dniem mie­li­śmy lek­cje, a po po­łu­dniu roz­cho­dzi­li­śmy się po mie­ście do swo­ich za­jęć. To było znacz­nie lep­sze niż sie­dze­nie przez cały dzień w kla­sie. Moi ro­dzi­ce wie­dzie­li, że je­stem do­bry z ma­te­ma­ty­ki, umiem li­czyć w pa­mię­ci i to lu­bię, więc za­ła­twi­li, że będę szko­lił się w han­dlu i przed­się­bior­czo­ści za­miast w za­wo­dzie hy­drau­li­ka czy sto­la­rza.

Prak­ty­kę od­by­wa­łem w May­er-Stech­barth, ma­łym skle­pie z ma­te­ria­ła­mi bu­dow­la­ny­mi przy Neu­bau­stras­se, za­trud­nia­ją­cym czte­rech pra­cow­ni­ków. Jego wła­ści­cie­lem był Herr Mat­scher, eme­ry­to­wa­ny praw­nik, któ­ry za­wsze wkła­dał do pra­cy gar­ni­tur. Pro­wa­dził sklep z żoną Chri­sti­ne. Po­cząt­ko­wo przy­dzie­la­no mnie głów­nie do prac fi­zycz­nych, do ukła­da­nia drew­na, do od­gar­nia­nia śnie­gu z chod­ni­ka. Lu­bi­łem do­star­czać to­war: wno­sze­nie cięż­kich płyt kom­po­zy­to­wych po scho­dach do domu klien­tów było for­mą ćwi­czeń. Wkrót­ce po­pro­szo­no mnie o zro­bie­nie in­wen­ta­ry­za­cji i za­czą­łem się in­te­re­so­wać pro­wa­dze­niem skle­pu. Na­uczy­łem się pi­sać za­mó­wie­nia i wy­ko­rzy­sty­wać wie­dzę zdo­by­tą na lek­cjach księ­go­wo­ści.

Naj­waż­niej­szą umie­jęt­no­ścią, jaką opa­no­wa­łem, była jed­nak tech­ni­ka sprze­da­ży. Cho­dzi­ło o to, by nie po­zwo­lić klien­to­wi wyjść ze skle­pu z pu­sty­mi rę­ka­mi. Je­śli tak się sta­ło, świad­czy­ło to o tym, że je­steś bez­na­dziej­nym sprze­daw­cą. Na­wet je­śli mia­ła to być tyl­ko mała śrub­ka, na­le­ża­ło ją sprze­dać. Wy­ma­ga­ło to roz­ma­itych za­bie­gów. Je­śli nie mo­głem sprze­dać li­no­leum, wci­ska­łem od­ku­rzacz.

Za­kum­plo­wa­łem się z dru­gim prak­ty­kan­tem, Fran­zem Jan­zem, po­nie­waż obu nas fa­scy­no­wa­ła Ame­ry­ka. Roz­ma­wia­li­śmy o niej bez koń­ca, a na­wet pró­bo­wa­li­śmy prze­tłu­ma­czyć moje na­zwi­sko na an­giel­ski – wy­szedł nam „czar­ny ko­niec”, choć „czar­ny oracz” był­by bliż­szy. Za­bra­łem Fran­za do si­łow­ni i pró­bo­wa­łem za­in­te­re­so­wać tre­nin­giem, ale nie zła­pał bak­cy­la. Bar­dziej in­te­re­so­wa­ła go gra na gi­ta­rze. Na­le­żał do Mods, pierw­sze­go ze­spo­łu roc­ko­we­go w Gra­zu.

Franz ro­zu­miał jed­nak moją pa­sję. Któ­re­goś dnia za­uwa­żył, że ktoś chce się po­zbyć ze­sta­wu sztang. Za­cią­gnął te sztan­gi do domu na san­kach i na­mó­wił ojca, żeby oczy­ścił je z rdzy i po­ma­lo­wał. Po­tem obaj mi je przy­wieź­li. Wte­dy za­mie­ni­łem nie­ogrze­wa­ne po­miesz­cze­nie przy scho­dach w do­mo­wą si­łow­nię. Od tam­tej pory mo­głem zin­ten­sy­fi­ko­wać tre­ning i ćwi­czyć w domu tak­że w te dni, w któ­re nie cho­dzi­łem na sta­dion.

W May­er-Stech­barth by­łem zna­ny jako ten prak­ty­kant, któ­ry chce wy­je­chać do Ame­ry­ki. Pań­stwo Mat­sche­ro­wie oka­za­li nam wie­le życz­li­wo­ści. Uczy­li nas, jak do­ga­dy­wać się z klien­ta­mi i ze sobą na­wza­jem, jak wy­zna­czać so­bie cele. Frau Mat­scher sta­ra­ła się wy­peł­niać luki w na­szej edu­ka­cji. Uwa­ża­ła na przy­kład, że nie na­uczo­no nas pro­wa­dzić roz­mów to­wa­rzy­skich, a chcia­ła, że­by­śmy na­bra­li tro­chę ogła­dy. Ga­wę­dzi­ła więc z nami o sztu­ce, re­li­gii i bie­żą­cych spra­wach. Żeby na­gro­dzić na­sze wy­sił­ki, czę­sto­wa­ła nas chle­bem z mar­mo­la­dą.

***

W cza­sie gdy Frau Mat­scher za­czę­ła wpro­wa­dzać mnie w świat kul­tu­ry, po­zna­łem smak spor­to­we­go suk­ce­su. Pi­wiar­nia może wy­da­wać się dziw­nym miej­scem, żeby za­czy­nać ka­rie­rę w spo­rcie, ale­ja wła­śnie tam ją za­czą­łem. Był ma­rzec 1963 roku, mia­łem nie­speł­na szes­na­ście lat, gdy pierw­szy raz wy­stą­pi­łem pu­blicz­nie w bar­wach dru­ży­ny Sto­wa­rzy­sze­nia Spor­tow­ców: czar­nych bu­tach tre­nin­go­wych, brą­zo­wych skar­pe­tach i ciem­nym jed­no­czę­ścio­wym try­ko­cie z wą­ski­mi ra­miącz­ka­mi i klu­bo­wym em­ble­ma­tem. Mie­li­śmy się zmie­rzyć z cię­ża­row­ca­mi z ry­wa­li­zu­ją­ce­go z nami klu­bu, w ra­mach wy­stę­pów dla wi­dow­ni zło­żo­nej z trzy­stu, czte­ry­stu lu­dzi – wszy­scy sie­dzie­li przy dłu­gich sto­łach pi­wiar­ni w Gra­zu, pa­li­li pa­pie­ro­sy i stu­ka­li się ku­fla­mi.

Jako de­biu­tant by­łem bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­ny i zde­ner­wo­wa­ny, gdy wy­cho­dzi­łem na sce­nę. Na­tar­łem ręce kre­dą, żeby sztan­ga się nie śli­zga­ła, i pod­nio­słem sześć­dzie­siąt osiem ki­lo­gra­mów, mój zwy­kły cię­żar. Lu­dzie za­czę­li kla­skać. Ten aplauz wy­wo­łał efekt, ja­kie­go się nie spo­dzie­wa­łem: nie mo­głem się do­cze­kać, kie­dy znów wyj­dę na sce­nę. Tym ra­zem, ku mo­je­mu za­sko­cze­niu, pod­nio­słem osiem­dzie­siąt czte­ry ki­lo­gra­my – o szes­na­ście kilo wię­cej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Nie­któ­rym lu­dziom idzie le­piej przed pu­blicz­no­ścią, in­nym go­rzej.

Fa­cet z prze­ciw­nej dru­ży­ny był lep­szym cię­ża­row­cem niż ja, ale pu­blicz­ność go roz­pra­sza­ła i pod­czas ostat­niej pró­by nie dał rady pod­nieść sztan­gi. Póź­niej po­wie­dział mi, że nie mógł się sku­pić tak jak w si­łow­ni. Ze mną było od­wrot­nie: obec­ność pu­blicz­no­ści do­da­wa­ła mi siły i sta­no­wi­ła mo­ty­wa­cję, dzia­ła­ła na moje ego. Od­kry­łem, że o wie­le, wie­le le­piej ra­dzę so­bie przed wi­dow­nią.

ROZ­DZIAŁ 3Wy­zna­nia czoł­gi­sty