Paleta marzeń - Małgorzata Falkowska - ebook + audiobook
Opis

Paleta marzeń” to pełna emocji książka o trudzie podejmowania decyzji oraz o tym, że życie często toczy się innymi torami, niż to sobie zaplanowaliśmy… Magda, mimo swojego młodego wieku, ma już za sobą bagaż doświadczeń, a najważniejszą osobą w jej życiu jest córka Pola. Choć dobrze sytuowani rodzice zapewniają jej bezpieczeństwo finansowe, nie może realizować swoich pasji i czuje się niczym ptak zamknięty w złotej klatce. Pewnego dnia Magda widzi w gazecie portret córki i pozywa ulicznego malarza Alka o bezprawne wykorzystanie wizerunku dziecka. Spotkanie w sądzie staje się niespodziewanym początkiem wspólnej, siedmiodniowej przygody, która obfituje w paletę emocji i uczuć… Czy Magdę i Alka połączy coś więcej, niż sprawa sądowa?

Małgorzata Falkowska to autorka popularnych powieści obyczajowych: „Mąż potrzebny na już”, „Gorzej być (nie) może”, „Poszukiwani, poszukiwany” oraz książki dla dzieci „Po co komu białą kredka?”. Włocławianka mieszkająca na stałe w Toruniu, który pokochała całym sercem dzięki swojemu mężowi, Wojtkowi. Absolwentka pedagogiki specjalnej, dla której praca stała się prawdziwą pasją. Zetknęła się w niej także z mrocznymi stronami ludzkiej psychiki. Tym doświadczeniom zawdzięczamy książkę „To nie jest twoje dziecko” wydaną nakładem wydawnictwa LIRA. „Paleta marzeń” to najnowsza powieść autorki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 337

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 32 min

Lektor: Lena Schimscheiner

Popularność


Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2018

ISBN wydania elektronicznego (epub): 978-83-65838-63-6

ISBN wydania elektronicznego (mobi): 978-83-65838-64-3

Magdalenie Szymczyk, która utwierdziła mnie w tym, że jeśli chcę, to potrafię. Posiadanie Ciebie w moim życiu pozwoli mi stworzyć wiele pięknych historii, przy których wierzę, że będziesz płakać.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

MAGDA

Promienie słońca padały wprost na moją rozradowaną twarz, dodając jej jeszcze więcej blasku. Rozłożyłam dumnie ręce i zaczęłam się kręcić wkoło, czując, że właśnie zaczynam nowy rozdział mojego życia. A może to nie był tylko rozdział, a cała nowa książka, na którą czekałam z niecierpliwością już od dawna.

Ludzie mijali mnie, przyglądając mi się ze zdziwieniem. Moja euforia wywoływała u jednych uśmiech, u innych niemal zgorszenie widoczne na twarzy, lecz mnie to nie obchodziło. Liczyłam się ja. W końcu ja! Mogłam zacząć żyć od nowa, inaczej niż dotychczas.

Dotąd zawsze byliśmy razem. Od kiedy pamiętam, w moim życiu obecny był Marcin. Dwa lata starszy, z początku bawił się ze mną, nie rozumiejąc mojego zainteresowania lalkami, kiedy on budował parkingi z klocków lego, aż pewnego dnia zostaliśmy parą. Do dziś nie wiem, jak to się stało. Dla nas i ludzi wkoło naturalną koleją rzeczy było, że musimy być razem, zapominając przy tym o wielu przyziemnych sprawach, takich jak miłość.

Wszyscy mieli nas za parę, więc postanowiliśmy nią zostać. Bez zbędnych pytań, po prostu zmieniając status z przyjaźni na miłość, której wtedy jeszcze nie znaliśmy. Ukradkowe pocałunki, trzymanie się za ręce i wzajemne zaufanie zdawały się podstawą idealnego związku. Związku dwójki nastolatków, którym przyszło dojrzeć zbyt szybko, tylko po to, aby dziś móc zacząć od nowa.

Miałam dwadzieścia jeden lat i właśnie zostałam rozwódką. Szczęśliwą rozwódką, której małżeństwo zniszczyło najpiękniejsze lata życia. Miałam w planie teraz je nadrobić. Tak wiele mnie przecież ominęło, a życie ma się tylko jedno! Nawet jeśli przez głupi związek straciliśmy jego ogromny fragment.

Nie, nie zawsze było źle, ale nigdy nie było też naprawdę dobrze. Nasza relacja była raczej neutralna. Byliśmy razem, bo tak musiało być, ale bez niego mój świat się nagle nie zawalił. Wręcz przeciwnie, zaczynał dopiero teraz przybierać inne barwy, niż znałam dotychczas.

Wchłaniałam zapach wolności, którym miałam ochotę się upić, tylko po to, aby uwierzyć, że to już koniec. Sędzia wydał prawomocny wyrok, a ja mogłam dumnie nazywać się byłą żoną mojego byłego męża. Ten rozdział wydawał się ulec zniszczeniu, na które chyba od zawsze podświadomie czekałam.

Już czułam zmiany. Dla rozwódki powietrze pachniało inaczej, ptaki śpiewały piękniej, a ludzie wydawali się bardziej przyjaźni. Będąc rozwódką, nie musiałam już myśleć o nas trojgu. Teraz byłam już tylko ja i Pola, i nikt inny nie miał prawa tego zmieniać. Zwłaszcza jej ojciec.

ALEK

„Pół roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata” — wciąż w uszach dudniły mi słowa sędziego Kaczkowskiego, który zdawał się spełniać moje marzenia. Więzienia nie było w moich planach, a przecież nie miałem ich zbyt wiele. Chciałem jedynie żyć pełnią życia i niczego nie musieć żałować. Żal to najgorsze z uczuć, o których mówiła mi babcia, chroniąc mnie przed nim do końca swoich dni.

Nie byłaby zadowolona, gdyby zobaczyła mnie na ławie oskarżonych, i to tylko dlatego, że zwinąłem kilka puszek sprayu, aby upiększyć miasto. „Artyści w Polsce są wciąż niedoceniani” — pomyślałem smutno, wychodząc z gmachu sądu. Wierzyłem, że nieprędko tu wrócę, choć kto wie, kiedy zaczną zamykać za stanie na Szerokiej.

Przerzuciłem przez ramię plecak moro, w którym miałem najcenniejsze dla mnie skarby, poprawiłem trzymaną pod pachą sztalugę, zwinnie chwytając przy tym składane krzesło kupione na promocji w jednym z marketów. „Mój niezbędnik” — zaśmiałem się pod nosem, ciesząc się, że Kaczkowski nie próbował być jednym z bogów chcących zmienić moje życie na lepsze bez pytania mnie o zgodę.

Spojrzałem na zegarek, upewniając się, że ruch na Szerokiej jest jeszcze znikomy. Moje miasto żyje od dziesiątej, a ta miała nastać dopiero za dwadzieścia minut.

Miałem dużo czasu. Ruszyłem w stronę fontanny Cosmopolis, zdając sobie sprawę, że dawno nie byłem tu nocą, by móc obserwować taneczno-świetlny występ stu trzynastu wodnych dysz, nawiązujących do dzieła Kopernika.

Zająłem miejsce na drewnianej ławce w trzecim rzędzie, aby móc nacieszyć się tym widokiem. Niby nic, ale mnie dawało to ukojenie. Mogłem bez końca wsłuchiwać się w odgłosy opadającej na płytki wody, nie czując, jak płynie czas, jednak musiałem iść do pracy. Rozłożyć sztalugę i krzesło. Wyjąć pędzle, farby, a może i pastele, które miałem zawsze ze sobą, i oddać się swojej pasji, czekając na turystów chcących mieć portret na tle pomnika Kopernika czy toruńskiego Ratusza.

Niechętnie wstałem z ławki, odwracając się jeszcze raz w stronę fontanny, przy której już biegały dzieci żądne wodnych atrakcji. Toruń był pięknym miastem, lecz latem, prócz basenów na Skarpie i jeziora w Kamionkach, nie dało się znaleźć absolutnie żadnego miejsca, gdzie mogłyby kąpać się dzieci. Nic więc dziwnego, że to właśnie przy fontannach gromadziły się rodziny z Bydgoskiego, Mokrego, a czasem i z Bielan.

Nucąc w myślach zasłyszaną w radiu piosenkę Despacito, która w ciągu tygodnia uzyskała więcej odsłon niż największe światowe szlagiery, szedłem na swoje stałe miejsce.

— Zostaw mnie, nie chcę mieć z tobą już nic wspólnego! Nigdy! Rozumiesz?! — Do moich uszu dotarł nerwowy krzyk kobiety.

Rozejrzałem się, chcąc go zlokalizować, i wtedy ujrzałem ich. Mężczyznę podchodzącego w stronę ślicznej blondynki, która z każdym jego krokiem naprzód robiła krok w tył, machając nerwowo rękami.

Przyspieszyłem, zbaczając z mojej trasy. Nie wiem dlaczego, ale chciałem jej pomóc. Pozbędę się natarczywego absztyfikanta w zadośćuczynieniu za łagodny wyrok, jaki dziś zapadł w mojej sprawie.

— Witaj, kochanie. — Złapałem ją mocno za prawą dłoń, przyciągając do siebie.

Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, zamknąłem jej usta namiętnym pocałunkiem.

— Widzę, że szybko ułożyłaś sobie życie na nowo — burknął mężczyzna, wodząc wzrokiem za jej dłonią, którą objęła mnie w tali.

— Teraz przynajmniej jestem szczęśliwa. — Cmoknęła mnie w policzek.

Amant w modnym garniturze odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku przejścia na Rapackiego. Kobieta odprowadzała go wzrokiem, chcąc zapewne upewnić się, że już nie wróci.

— Co to miało być? — zapytała zdziwiona, kiedy mężczyzna zniknął z pola widzenia.

— Powiedzmy, że dobry uczynek — uśmiechnąłem się zawadiacko.

Prychnęła nerwowo, wymierzając mi niespodziewanie siarczysty policzek. Dotknąłem dłonią piekącego miejsca, chcąc je lekko ochłodzić.

— To tak się dziękuje za pomoc?

— Mogę poprawić — zaproponowała, lekko unosząc kąciki ust. — Nachalne wpychanie języka do moich ust na pewno nie było niezbędne w tej sytuacji.

— Niezbędne nie, ale przyjemne owszem — odpowiedziałem, ruszając w stronę Łuku Cezara.

I tylko przez chwilę miałem ochotę odwrócić się, by jeszcze raz spojrzeć na śliczną blondynkę, która zapewne wciąż stała na środku chodnika, wyzywając mnie w swoich pięknych myślach.

MAGDA

Wróciłam do domu jeszcze przed mamą i Polą. Tata zapewne znów zasiedzi się w firmie, tłumacząc matce, że to on jest głównym żywicielem tej rodziny, więc ona ma nie marudzić. „Jak oni wytrzymali ze sobą tyle lat?” — zastanawiałam się po raz kolejny. Kiedy brałam ślub z Marcinem, wierzyłam, że i nas czeka wspólna przyszłość do grobowej deski. Jaka byłam naiwna, myląc miłość z przyzwyczajeniem! Ale skąd mogłam wiedzieć, jak wygląda zakochanie? Skąd mogłam wiedzieć, że moja wieczność okaże się krótsza, niż planowałam?

Chyba nikt, kto bierze ślub, nie myśli o rozwodzie. Gdyby było inaczej, małżeństwa by nie istniały. W momencie składania przysięgi naprawdę wierzy się, a nawet jest się pewnym, że to na całe życie. Nie tylko na dziś, jutro czy kilka lat, ale na stałe. Póki śmierć nas nie rozłączy…

Ja też tak myślałam. Utwierdzano mnie w tym na każdym kroku, powtarzając, że byliśmy sobie od dziecka pisani. Widać los umieścił nas w złym zeszycie i teraz każde z osobna musiało tworzyć na nowo swoją księgę. Naszą wspólną pamiątką była Pola.

I pomyśleć, że wytrwaliśmy w tym wszystkim prawie pięć lat. Pięć lat nieudanej zabawy w rodzinę.

Zasiadłam do zakurzonego biurka, na którym stała moja maszyna. Marcin i mama nie lubili, kiedy szyłam, a ja znajdowałam w tym ukojenie. Miałam dryg do doboru faktur, tworzenia wykrojów, zdobienia wytworów wychodzących spod moich dłoni. Lubiłam to, ale jeszcze bardziej cieszyło mnie, kiedy widziałam Polę w uszytej przeze mnie po kryjomu sukience. Była taka śliczna, a odpowiednie ubrania robiły z niej prawdziwą księżniczkę. Niepotrzebne jej były te pokazy, na które prowadzała ją mama. I bez tego była najwspanialsza.

Sięgnęłam po szary materiał w różowe, drobne serca, podświadomie czując, że Pola wybrałaby właśnie taką sukienkę. Spojrzałam na zegarek, który wskazywał, że mam jeszcze prawie dwie godziny do powrotu reszty domowników. Pospiesznie chwyciłam mydło krawieckie, nożyce oraz szpilki, aby stworzyć z kawałka materiału coś wyjątkowego.

Kilka kresek, odważnych cięć i sprawnego szycia pozwoliło mi przygotować szkielet wymarzonej sukni dla małej księżniczki. „Czegoś tu zdecydowanie brakuje” — pomyślałam, kierując się w stronę szafy, gdzie na dnie spoczywał karton z napisem „Przyda się”. Zatopiłam ręce między wstążki, suwaki, guziki i inne przydatne rzeczy, szukając czegoś, co doda sukience dziewczęcości.

— Tiul będzie idealny — powiedziałam sama do siebie, wygrzebując bladoróżowy kawałek materiału, który chciałam doszyć w pasie. — I może suwak na całej długości?

Wyjęłam tiul, kilka suwaków oraz guziki w kształcie serc na wypadek zmiany koncepcji zapięcia sukienki, po czym wróciłam do maszyny, aby dokończyć swoje małe dzieło.

Pewnie wciskałam pedał, lawirując dłońmi obok stopki, by szycia były jak najlepszej jakości. „Czasem zwykły szew może dodać wyjątkowości temu, co tworzymy” — powtórzyłam słowa usłyszane w jednym z odcinków znanego show dla początkujących projektantów, wypowiedziane przez jurora.

— Jesteśmy! — Do moich uszu dobiegł głos mamy, uświadamiając mi, że wróciły zbyt wcześnie. — Magda, gdzie jesteś?

— W pokoiku na poddaszu! — krzyknęłam, próbując prędko dokończyć sukienkę.

Ucięłam odstające nici, chcąc jeszcze sprawdzić suwak, nim Pola dotrze na górę i zobaczy, co dla niej stworzyłam. Chyba ona jedyna cieszyła się z mojego daru szybkiego szycia, mając dzięki temu setki poduszek w różnych kształtach, maskotek i ubrań.

— Co robisz, mamusiu? — Usłyszałam tuż po tym, jak ustał stukot drobnych stóp na drewnianych schodach.

— Uszyłam ci sukienkę. — Podałam jej moje nowe dzieło, a ona zaraz zaczęła ściągać ubranie, które miała na sobie.

— A ta znowu szyje. — Głos matki doprowadzał mnie do szału. — Nie uważasz, że warunek z makroekonomii jest ważniejszy niż jakieś tam szmatki?

„Zawsze mogło być gorzej” — pomyślałam, ciesząc się skrycie, że nie zapytała o rozwód. Nie mogłam się teraz z nią kłócić, nie teraz, kiedy Pola tańczyła, śpiewając jedną z piosenek z Krainy lodu, której słowa nawet mnie dodawały skrzydeł.

Patrzyłam na nią z radością. Wydawała się taka szczęśliwa i beztroska, jakby nic nie miało dla niej znaczenia. Była jeszcze zbyt mała, aby zrozumieć, co się stało między mną a Marcinem, ale wiedziałam, że kiedyś zacznie o to pytać. Może jeszcze nie teraz, ale kiedyś na pewno.

Teraz mogłam się tylko cieszyć jej widokiem. Chłonąć jej szczęście do swojej duszy, aby móc z niego korzystać w nowym życiu. Pola była moją energią, moim słońcem w pochmurny dzień, była dla mnie wszystkim.

ALEK

Kiedy pierwszy raz rozłożyłem swoje rzeczy pod McDonaldem, nie przypuszczałem, że to będzie moje stałe miejsce przez kolejne dwa lata. Dwadzieścia cztery miesiące porannego wyglądania przez okno, by ocenić pogodę, oraz wieczorne sesje ze sprawdzaniem prognoz na następne dni. Czy będę w stanie rozłożyć nazajutrz sztalugi? W tej pracy wszystko odbywało się spontanicznie, co bardzo sobie chwaliłem. Chyba nikt nie lubi nudy. Przynajmniej tak zazwyczaj mówią ludzie, gdy wykładam im moją teorię świata i życia.

Wśród spacerujących próbuję wypatrzeć potencjalnych klientów. Przez dwa lata nauczyłem się rozpoznawać tubylców, którzy zdawali się uczestniczyć w biegu po kamienistej posadzce słynnej Szerokiej. Ich zachowanie było zupełnie inne niż przyjezdnych. Nie patrzyli na szyldy, nie zastanawiali się dwa razy, czy weszli przez odpowiednie drzwi. Działali automatycznie, niczym zaprogramowane miejskie roboty.

— A ty co? Odpoczynek? — zapytał Karol, który w wakacje grywał na Szerokiej na gitarze, śpiewając stare szlagiery. — Dopiero dwunasta, gdzie tu do końca, stary!

Poznałem go zeszłego lata, kiedy przyszedł do mnie zapytać, czy wyjmuję regularnie pieniądze z kapelusza stojącego przed moją sztalugą. Nie rozumiałem go wtedy. Zdawał mi się jakiś inny, obcy. Dopiero słuchając jego wyjaśnień, zrozumiałem, że musiał przejrzeć setki filmów na YouTubie, nim trafił na ulicę. Nazywałem go wtedy Teor, bo wiedzę teoretyczną o ludziach ulicy miał bez wątpienia ogromną. Pozostało już tylko podszkolić się w praktyce, która wydała się łatwiejsza, niż sam myślał.

— Moja sztuka czeka na klienta, a twoja go bezczelnie zaczepia.

— O nie! — uniósł się. — Moja sztuka go pobudza.

— Tak sobie to tłumacz, jak ci lepiej, a ja i tak wiem swoje.

Sięgnąłem po pędzle, aby dać mu znać, że kończę przerwę. Nie chciało mi się gadać. Miałem tu zarabiać, a nie nawiązywać przyjacielskie kontakty. Karol odczytał moją aluzję i bez słowa skierował się w stronę Biedronki, gdzie zostawił futerał i wędkarski tani stołek.

Zapatrzyłem się na grupę turystów w zielonych chustach, zastanawiając się, skąd pochodzą. Mierzyłem wzrokiem każdego z nich, mając cichą nadzieję, że to nasi zachodni sąsiedzi. Nie bez przyczyny najbardziej lubiłem Niemców. Oni, jako jedni z nielicznych, cenili sobie sztukę i byli skłonni za nią słono zapłacić. Nam w Polsce wciąż było do tego daleko.

Kreśliłem zarys pomnika Kopernika, zostawiając miejsce na twarz następnego klienta, którego chciałem ujrzeć jak najszybciej. Cierpliwość w mojej pracy była na wagę złota, jednak mnie to wciąż irytowało. Czekanie zaliczałem do zdecydowanie najgorszych cech pracy na ulicy, na które nie miałem wpływu.

Karol coraz głośniej śpiewał piosenkę Perfectu, chcąc wydobyć z turystów kilka euro na zachętę. Patrząc na niego, czasem obiecywałem sobie, że w wolnej chwili podszkolę się w Internecie, aby móc wyciskać ze street life’u tyle, co on.

Ubrani w zielone chusty ludzie zaczęli przesuwać się wzdłuż głównej ulicy, omijając osiołka, który stał na uboczu. Zerknąłem w ich stronę, chcąc nawiązać z kimś kontakt wzrokowy, aby trudniej mu było mnie minąć po cichu. Jeśli wierzyć filmom Karola, to właśnie kontakt wzrokowy dawał nam największe korzyści materialne.

— Guten Tag — zagadnąłem jednego z przechodniów, mając nadzieję, że dobrze oceniłem ich narodowość.

— Guten Tag — odpowiedział, posyłając mi uśmiech.

Metodą pokazowo-migową zaproponowałem mu portret, na co chętnie się zgodził, zajmując miejsce na ławce obok.

Przy słowach piosenki Przeżyj to sam, wydobywających się z ust Karola, mogłem zatopić się w mój zamknięty świat, jakim było malarstwo. Sam nie pamiętam, kiedy odkryłem w sobie pasję do tworzenia małych dzieł sztuki, które dla wielu wciąż były bohomazami.

Turyści w zielonych chustach stali przed muzykiem, zapewne sypiąc do wystawionego futerału drobne, kiedy ja mogłem dać mężczyźnie przede mną coś, co zdoła zabrać z sobą do domu. Mogłem dać mu sztukę z Toruniem w tle.

MAGDA

Notatki z makroekonomii leżały na stole wciąż nieruszone. Myśl, że do poprawki zostało ponad dwa miesiące, nie dodawała mi ochoty do nauki czegoś, co mnie w ogóle nie interesowało.

Zajęta zabawą z Polą starałam się odwlec czas przeglądania notatek oraz kucia ich na pamięć. Gdybym wiedziała, że ekonomia jest tak nudna, wybrałabym inny spośród wartościowych — według mamy — kierunków. Przecież były jeszcze prawo, administracja, a nawet teologia, przed którą się strzegłam. Kto by pomyślał, że moja matka zechce zrobić ze mnie świętą po tym, jak w wieku szesnastu lat oznajmiłam jej, że jestem w ciąży.

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Pamiętam też wszystko, co miało miejsce wcześniej, nim potwierdziła się wieść o ciąży.

Nasz pierwszy raz, który był moim prezentem na jego osiemnaste urodziny. Rozkładałam pospiesznie świece, kiedy był na dole, a inni śpiewali mu „Sto lat”. Rodzice wyjechali na Mazury, zostawiając nas samych. Miała być huczna impreza zwiastująca wkroczenie w dorosłe życie, ale ja żyłam czymś innym. Już od dawna wiedziałam, że właśnie w dniu osiemnastych urodzin Marcina przestanę być dziewicą.

Zawołałam go na górę, a on o nic nie pytał. Zamknęłam drzwi, sprawdzając trzy razy, czy na pewno się nie otworzą, po czym zdjęłam z siebie różową sukienkę. Widział mnie już kilkakrotnie w bieliźnie, lecz dopiero spoglądając na leżące na nocnym stoliku prezerwatywy, zrozumiał, że tym razem nie skończymy na niewinnych zabawach z użyciem dłoni.

— Jesteś pewna? — zapytał, wpijając się w moje usta, nim zdążyłam odpowiedzieć.

Ściągnął z siebie ubranie, mówiąc, bym poszła w jego ślady. Nie było w tym nic romantycznego, nic, co widziałam na filmach. Po prostu rozebraliśmy się, aby kochać się po raz pierwszy z krótkimi przerwami na pocałunki. Byliśmy chyba szczęśliwi, tak mi się wtedy wydawało.

Wieść o ciąży pojawiła się kilka miesięcy później. Czuliśmy się dorośli, choć tacy jeszcze nie byliśmy. Czekaliśmy tylko na wyjście rodziców, aby móc poznawać swoje ciała w każdy możliwy sposób. Z perspektywy czasu wiem, że to nie była miłość, ale cholerna ciekawość, która zaprowadziła nas na złe tory.

Mogłoby się wydawać, że mieliśmy piękne życie. Bogaci rodzice, zagraniczne podróże…

To właśnie podczas jednej z nich się zapomnieliśmy. Rodzice opalali się nad basenem, a ja pod pretekstem złego samopoczucia udałam się do pokoju. Zachęcony przez matkę Marcin poszedł mnie odprowadzić, abym nie padła po drodze. Leżąc na hotelowym łóżku, Marcin zapytał:

— Myślisz, że tutaj, w Egipcie, smakujemy tak samo?

Wzruszyłam obojętnie ramionami, lecz on już zdjął spodenki kąpielowe i wskoczył pod kołdrę, aby zsunąć ze mnie podkoszulek. Nie opierałam się, choć było mi słabo. Rozumiałam wtedy, że on ma większe potrzeby niż ja, i nie protestowałam. Wiedziałam, że jeśli od razu skieruję jego penis w odpowiednie miejsce, obędzie się bez gry wstępnej.

— Mamusiu, porysujesz ze mną? — Z zamyślenia wyrwał mnie głos Poli.

— Oczywiście, kochanie. — Ucałowałam ją w czoło.

Pobiegła do komody, w której schowane były kredki.

— A wy znów będziecie bazgrolić? — W drzwiach pokoju pojawiła się matka.

— Będziemy rysować — poprawiłam ją, nie chcąc, aby Pola powtarzała słowo „bazgroły”.

Matka zabrała małej kredki, które ta trzymała w dłoniach.

— Lepiej byś ją pisać nauczyła, to chociaż pożyteczne — syknęła, odwracając się na pięcie.

Właśnie w takich chwilach czułam, że moja dorosłość nie istnieje. Niby miałam dziecko, do niedawna nawet męża, ale wciąż mieszkałam z rodzicami, którzy mnie utrzymywali. Czułam się z tym źle i wiedziałam, że tylko ukończenie studiów może wszystko zmienić.

Sięgnęłam po zabawkowy tablet dla Poli, sama zabierając się za czytanie leżących na stole notatek. Miałam już motywację, miałam swój cel. Musiałam się od niej uwolnić. Tylko od niej, ojca wciąż nie było w domu.

ALEK

Coraz częściej miałem ochotę rzucić to wszystko w cholerę. Ludzie nie rozumieli, że pięćdziesiąt złotych za te moje „marne kreski” to i tak niewiele, i wciąż się targowali. Nie zdawali sobie sprawy, że muszę opłacić jak oni rachunki i jeszcze zakupić materiały. Może nie pracowałem po osiem godzin dziennie, ale to nie oznacza, że byłem gorszy, przecież też zarabiałem. Nie kradłem — chciałbym dodać, ale sytuacja ze sprayami była tego drobnym zaprzeczeniem, choć przecież każdemu zdarza się zbłądzić.

Przeliczyłem drobne rzucone przez przechodniów, ciesząc się, że świat nosi w sobie także dobrych ludzi. Między bandą nadętych snobów i skąpców są pojedyncze dobre dusze, które wrzucą co jakiś czas choćby złotówkę do mojego szczęśliwego kapelusza.

Rozłożyłem pieniądze równo na ławce pod pocztą. To tutaj zawsze kończyłem swój dzień pracy, nigdy nie rozumiejąc, dlaczego ludzie wolą gnieść się pod pomnikiem Kopernika, kiedy tu mają dużo miejsca do siedzenia.

— Dwieście trzydzieści sześć złotych — powiedziałem dumnie do siebie, czując, że niedługo bardziej będzie opłacało mi się po prostu stać z kapeluszem, niż malować.

Głodny jak wilk rozejrzałem się dookoła, zastanawiając się, gdzie iść na dzisiejszą obiadokolację. W końcu trzeba uczcić dobry dzień.

Mój wzrok spoczął na znanym logo Manekina. Tego fenomenu nie rozumiałem. Naleśniki jak naleśniki, a w całej Polsce ludzie czekali na nie w ogromnych kolejkach, wywołując we mnie niechęć do odwiedzania tego lokalu.

Podszedłem bliżej, by zajrzeć do środka. Niespecjalnie lubiłem jeść na dworze, więc nawet nie zerkałem na ogródek. Wyszukałem wolny stolik, jeszcze chwilę zastanawiając się, czy na pewno naleśnik jest tym, o czym aktualnie najbardziej marzy mój żołądek. Burczenie jedynie przyspieszyło decyzję, aby wejść do lokalu.

Zająłem miejsce w rogu sali, która czasy świetności zdecydowanie miała już za sobą. „Inaczej bym ją pomalował” — myślałem, czując, że w głowie automatycznie tworzy mi się plan całego wnętrza. „Może sprzedać tę wizję właścicielowi?” — śmiałem się do siebie, w myślach widząc wzburzoną minę szefa, który zapewne kochał to ciemne wnętrze.

Młoda kelnerka podeszła, by podać mi kartę dań, i spytała, czego się napiję. Zajrzałem w menu, zerkając jedynie do działu piw.

— Pszeniczne miodowe — zdecydowałem, a ona odeszła, dając mi jeszcze chwilę na zastanowienie.

Przejrzałem kartę, której nie miałem w dłoni od ponad roku, zdając sobie sprawę, że nastąpiły tu zmiany. Brakowało naleśnikowego tagliatelle z kurczakiem i kurkami, które zastąpił szpinak.

Podniosłem rękę, dając znak, że dokonałem wyboru.

— Co dla pana? — spytała uprzejmie dziewczyna, która pewnie była w moim wieku lub niewiele młodsza.

Toruńska gastronomia jest pełna studentów tutejszego uniwersytetu, którzy dorabiają sobie do kasy dostanej od starych. Niejednokrotnie słyszałem, że za napiwki można śmiało jechać na wakacje za granicę, co ewidentnie zachęcało do pracy.

— Poproszę naleśnikową lasagne i brownie z lodami na początek.

— Najpierw deser, potem danie główne, dobrze zrozumiałam? — dopytywała niepewnie.

— Zawsze zaczynam od osłodzenia sobie życia, bo nigdy nie wiem, jak się ono może skończyć — wyznałem.

Zaśmiała się, ukazując dołeczki w obu policzkach.

— Gwarantuję, że nasze dania są bezpiecznym życiowym wyborem.

Zostawiła mnie samego, idąc wklepać zamówienie do komputera. Wstałem, by pójść po lokalne gazety leżące na jednym ze stolików. Zawsze to lepsze niż bezczynne oczekiwanie.

Sięgnąłem po jedną z gazet, kiedy do moich uszu dotarł dźwięk dzwonka telefonu. Zerknąłem na ekran mojego samsunga, na którym widniało teraz zdjęcie Maksa. Odruchowo go rozłączyłem, obiecując sobie, że zadzwonię do niego, kiedy wyjdę z lokalu.

Schowałem telefon do kieszeni, lecz dźwięk otrzymanej wiadomości nakazał mi ponownie na niego spojrzeć.

„Popierdoliło cię, że mnie odrzucasz?”.

Kilka słów od Maksa potrafiło wywołać uśmiech na mojej twarzy. Cieszyłem się, że z naszej dwójki to on był w gorącej wodzie kąpany, kiedy ja wszystko przyjmowałem ze stoickim spokojem. Aż dziw, że nasza znajomość przetrwała tyle lat.

Poznaliśmy się jakieś dwanaście czy trzynaście lat temu na zajęciach plastycznych w Domu Harcerza, które odbywały się dwa razy w tygodniu. Najpierw prowadzała mnie na nie babcia, lecz z czasem sam zacząłem oczekiwać tych wtorków i czwartków, kiedy mogłem poznać nowe techniki oraz dowiedzieć się czegoś więcej o jeszcze wtedy obcej mi sztuce. Maks siedział obok mnie, wytykając mi regularnie błędy w łączeniu z sobą kolorów. Był naszym prymusem i pewnie dlatego teraz kończył studia na Wydziale Sztuk Pięknych, po których miał już zapewnioną pracę we Francji.

Mnie nie chciało się uczyć. Ledwo zdałem maturę, czując, że życie jest zbyt krótkie, aby marnować całe lata na naukę, która mi się nie przyda w przyszłości. Bo czego mogłem nauczyć się na ASP, co mógłbym wykorzystać na ulicy? Takie życie było wygodne. Może nie do końca bezpieczne, bo nigdy nie wiedziałem, jak będzie wyglądało moje jutro, ale lubiłem tę adrenalinę, jaką sam w nie wprowadziłem.

Miałem już odpisać Maksowi, lecz przyniesiony przez kelnerkę talerz, na którym leżało smakowite brązowe ciasto otoczone lodami z liściem mięty, wygrało. „Może nie taki przereklamowany ten Manekin” — pomyślałem, sięgając po widelczyk.

Urwałem kawałek ciepłego ciasta, które zamoczyłem w lodach, aby ofiarować moim kubkom smakowym prawdziwą ucztę. Wielu ludzi zachwalało szarlotkę z lodami, ale ja byłem pewien, że nie mieli do czynienia z przepysznym połączeniem, jakie leżało właśnie na moim talerzu.

Deser szybko zniknął, co kelnerka odczytała jako znak, że czas na danie główne. Uśmiechnięta dziewczyna położyła przede mną półmisek z lasagne, dodając, żebym uważał, bo jest jeszcze gorące.

Odwzajemniłem uśmiech, postanawiając, że zostawię dla niej napiwek. „Może będę miał w ten sposób swój mały udział w jej wakacjach na Teneryfie czy innej gorącej wyspie” — pomyślałem, wbijając widelec w bryłę znajdującą się pośród sosu pomidorowego w półmisku.

Kosztowałem z radością każdy kęs, ciesząc się, że tu przyszedłem. Ogromne kolejki zazwyczaj mnie odstraszały przed częstymi wizytami w Manekinie, ale dziś miałem szczęście, znajdując tu niewielki stolik, w sam raz dla takiego samotnika jak ja.

Poprosiłem o rachunek, nie chcąc dłużej denerwować Maksa ciszą z mojej strony. Skoro dzwonił, a nie pisał, to musiało chodzić o coś naprawdę pilnego. Wyszedłem z lokalu i usiadłem na ławce, na której wcześniej liczyłem pieniądze. Sięgnąłem po mojego samsunga i wybrałem numer przyjaciela.

— Ja pierdolę, no w końcu! — Odebrał już po pierwszym sygnale.

— Te bluzgi są trochę mało artystyczne — zaśmiałem się.

— Jakbyś miał urwanie dupy z wystawą dyplomową, tobyś nie szczędził łaciny, choć i bez tego do moherów ci daleko.

Uśmiechnąłem się pod nosem, zastanawiając się, ile jeszcze ciętych ripost padnie z ust przyjaciela.

— Po co dzwoniłeś? Bo raczej nie, żeby pogadać o wystawowym bólu dupy.

— „Urwaniu”, głąbie! — poprawił mnie. — Siadaj ze swoim bladym dupskiem, bo nie uwierzysz, jak ci powiem.

— Nie ma szans — wyznałem.

— Nie pierdol, tylko siadaj — denerwował się.

— Nie mogę już bardziej siedzieć niż teraz.

Po drugiej stronie nastąpiła chwilowa cisza, jednak szybko ponownie dotarł do mnie głos podekscytowanego Maksa:

— Stary, ministerstwo i jakiś tam gagatek ogłosili konkurs dla takich jak ty.

„Takich jak ja” — powtórzyłem jego słowa w myślach, zastanawiają się, o co mu chodzi.

— Nie można mieć skończonych specjalistycznych studiów ani nawet plastycznego liceum. To coś dla takich leni jak ty. Ale jaka nagroda, stary!

— No jaka? — zapytałem, nie rozumiejąc jego ekscytacji.

— Sto tysiaków, stary. Sto gorących, polskich tysiaków.

Przełknąłem głośno ślinę, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Nagroda faktycznie była imponująca, ale pewnie chętnych do ustawienia się po nią w kolejce także nie braknie.

— Wolałbym gorące euracze czy dolce, ale złotówki też brzmią kusząco. A jaki jest temat?

Sięgnąłem do plecaka po długopis, by zapisać temat konkursu plastycznego dla „takich jak ja”.

— Bezwarunkowo.

— Ale co bezwarunkowo? — zapytałem zdziwiony.

Konkursy plastyczne nosiły w sobie zawsze długie, pokręcone tytuły, a ten był zbyt krótki i zdecydowanie zbyt otwarty.

— Bezwarunkowo i tyle. Nic więcej, stary. Teraz musisz okiełznać swoją długaśną czuprynę, aby mózg mógł zacząć tworzyć wizje.

Maks miał duszę artysty, ale zdecydowanie daleko mu było do uzewnętrzniania jej swoim wyglądem. Z naszej dwójki to ja zapuściłem włosy do ramion, które często splatałem gumką, by móc swobodnie nałożyć jeden z kapeluszy, pasujący akurat do mojego luźnego stroju. On zazwyczaj widziany był w jeansach i koszulach, które zapewne krępowały ruchy, a jego głowę zdobił jedynie lekki meszek włosów.

— Jest tylko jeden problem. — W głosie Maksa wyczułem lekkie zwątpienie. — Konkurs trwa do końca tygodnia, ale liczy się data stempla pocztowego.

— Ochujałeś!? — wybuchłem, dopiero po chwili przypominając sobie, że wkoło mnie jest pełno ludzi przysłuchujących się naszej rozmowie. — Chcesz mi powiedzieć, że mam cztery dni na znalezienie pomysłu i jego realizację, ale to nie problem, bo liczy się data stempla, a nie wpłynięcie do komisji? Gdyby liczyło się wpłynięcie, to nie mam już ani jednego dnia, chyba że lokum mają w Toruniu, w co szczerze wątpię.

— I masz rację, bo to stolica znów przywłaszczyła sobie wszystko, ale spójrz na to pozytywnie.

„Pozytywnie?” — zastanawiałem się przez chwilę, co według Maksa oznacza to słowo. Bo jak myśleć pozytywnie, kiedy masz tylko cztery dni na wykonanie pracy mogącej dać ci kupę siana?

— Zatem słucham.

— Czego? — zapytał zdziwiony.

— Tych pozytywów.

Maks zamilkł, zapewne błagając swoje myśli o genialny pomysł, który jak widać, nie nadchodził.

— Muszę kończyć, stary, bo wizja świata w kwadratach nie może już dłużej czekać. Wyślę ci na Messengerze zdjęcie z adresem, żebyś mi dupy nie zawracał, jak już coś skrobniesz — zgrabnie wybrnął z tematu i zakończył rozmowę.

— Powodzenia na tej twojej wystawie — powiedziałem, lecz jego już tam nie było.

Wstałem z ławki, zastanawiając się, z czym kojarzy mi się temat konkursu. „Co może być bezwarunkowe i nieustające?” — pytałem sam siebie, tworząc w ten sposób własną definicję tego słowa, które można tłumaczyć na wiele sposobów. Jeśli miałem wygrać, musiało to być coś wow! Coś, co jest trwałe i szczere, coś czego ja sam chyba jeszcze nie znalazłem w życiu.

Bo ileż można mówić o miłości. Nawet tej jednej jedynej, która nie pozwala w nocy spać, napędza nas do działania i nie oczekuje niczego w zamian. Nie takiej, jaką znałem dotychczas, w której jedynym spoiwem był seks, a reszta stanowiła ogromną przepaść.

Zatopiony w myślach szedłem w kierunku rozstaju dróg przy Empiku, zastanawiając się, gdzie w tym mieście znajdę miłość, jaką będzie mi dane przelać na papier.

MAGDA

Rodzice znów mieli ciche dni. Omijali się na każdym kroku, coraz wyżej unosząc głowy. „Jakie to wszystko jest chore” — śmiałam się w duchu, kiedy widziałam matkę smażącą sobie jajecznicę na bekonie. Robiła to specjalnie, by jeszcze bardziej wkurzyć ojca, który kochał tak rozpoczynać dzień.

Ojciec przeglądał poranną gazetę, zagryzając przy tym kanapki z szynką i serem, co jakiś czas zerkając obojętnie na wesoło nucącą pod nosem matkę. Czułam, że i dla mnie ich kłótnia może być dobrą wróżbą. Zazwyczaj w takie dni każdy chciał mieć mnie po swojej stronie, zapominając o wszystkim, co było wczoraj czy tydzień temu. Liczyła się tylko ich mała wojna, a ja miałam się opowiedzieć po jednej ze stron, czego nienawidziłam. Od zawsze uważałam, że dzieci nie powinny być mieszane w małżeńskie konflikty i chyba dlatego tak bardzo cierpiałam na myśl, że ranię Polę, poniekąd zabierając jej ojca.

— Polka, chcesz naleśniki? — postanowiłam przerwać niezręczną ciszę panującą w domu.

— A będą z nutellą i bananem? — dopytywała.

Skinęłam niechętnie głową, czując, że jestem złą matką, która pasie dziecko od rana słodyczami, ale przecież tak nie było codziennie. Każdy czasem potrzebuje święta, a Poli przytrafiło się ono właśnie dzisiaj.

— Pomożesz mi? — zaproponowałam, sięgając po patelnię.

— Pewnie — uradowana podciągnęła jeszcze wyżej krótkie rękawy swojej bluzki.

Z radością patrzyłam na córkę sięgającą po mąkę, mleko i jajka. Badawczo zerkała na mnie, dając mi znać, że reszta produktów jest poza jej zasięgiem i to ja mam je zorganizować. Wzięłam zatem sól i szklankę, aby wlać do niej wody mineralnej.

— A ty, mamo, z czym będziesz jadła? — zapytała Pola, kiedy wbijałam jajka do miski.

Spojrzałam na nią z czułością, ciesząc się, że jest taka troskliwa już od najmłodszych lat. Pamiętała, że nie lubię naleśników z nutellą, a chciała, żebym jadła razem z nią.

— Wyjmij dżem truskawkowy. — Uśmiechnęłam się do niej.

— Robi się.

Po zorganizowaniu nutelli, dżemu i obraniu banana Pola podeszła, żeby wsypać do ciasta szczyptę soli.

— Mamo, a skąd wiesz, że moja szczypta jest dobra, a nie twoja? — Od kiedy pamiętam, zawsze kiedy wspólnie gotowałyśmy, zadawała to samo pytanie.

— Bo twoje palce dodają tej soli szczyptę cukru.

— Ale ja nie jestem cukierkiem.

— Dla mnie jesteś największą słodyczą. — Ucałowałam ją w czubek głowy.

Mikserem wymieszałam dokładnie wszystkie składniki, żeby móc przejść do smażenia naleśników. Polka plastikowym nożykiem kroiła banany na desce, skupiając się mocno na tej czynności. „Jest perfekcjonistką, już od najmłodszych lat” — pomyślałam, dumna, że to właśnie ja mam szczęście być jej matką.

Sama nie wiedziałam, kiedy nasmażyłam dwadzieścia naleśników, ale miałam przeczucie, że się nie zmarnują. Tata nie zdołał pewnie najeść się kilkoma kanapkami, więc nie pogardzi dokładką w postaci naleśników.

Rozłożyłam na stole trzy talerze, celowo pomijając mamę, która wciąż delektowała się swoją jajecznicą. Gdyby patrzył na nią ktoś obcy, na pewno nie zauważyłby, że nienawidziła bekonu, który teraz dokładnie mieliła w ustach na złość ojcu.

— Tato, zjesz z nami?

— A dostanę trochę nutelli? — Spojrzał pytająco na Polę, która podała mu słoik z brązowym kremem.

Matka posłała mi mordercze spojrzenie, lecz udałam, że go nie widzę. Postanowiłam, że tym razem nie wciągną mnie w swoją wojnę, bo będę neutralna, choć pewnie ona już mnie skreśliła, obsadzając po stronie ojca.

— Babciu, a ty nie chcesz naszych naleśników?

— Ja tu mam już wystarczająco dużo jajek, nie potrzeba mi więcej — odpowiedziała z nieszczerym uśmiechem.

— Nawet z nutellą? — dopytywała Pola.

— Nawet z nutellą i bananem. — Zerknęła na ojca, po czym przeniosła wzrok na mnie i wstała od stołu.

Słyszałam, jak szuka w szafce butów, które chwilę później musiała włożyć na nogi, gdyż echo niosło ich stukot po kafelkach w hallu. Dźwięk zatrzaśniętych drzwi sugerował, że mama wyszła do pracy, a ja miałam chwilę, żeby porozmawiać z ojcem.

— Polka, przyniesiesz mi z góry tę lalkę, której urwała się głowa? — Przypomniałam sobie o zabawce, której żywot kilka dni temu dobiegł końca.

— Teraz?

— Teraz, póki jest jeszcze dziadek. Może on coś wymyśli. — Uśmiechnęłam się zachęcająco.

Wstała z krzesła i pobiegła po schodach na górę szukać w swoim pokoju lalki.

— O co wam poszło tym razem?

Tata uśmiechnął się pod nosem, nabierając na widelec kawałek naleśnika.

— O to, co zawsze.

— Dlaczego nie możesz jej czasem ustąpić i zgodzić się iść na bankiet w urzędzie?

Nie rozumiałam taty, ale widać miał swoje powody, dla których zawsze odmawiał towarzyszenia mamie na imprezach w urzędzie miejskim, gdzie była radną.

— Wystarczą mi moje biznesowe bankiety.

— Na które mama z tobą chodzi! — zauważyłam.

— Chodzi, żeby się pokazać, kochanie. Ja jej tam wcale nie ciągnę siłą, a zresztą, gdybym ustąpił, to o co byśmy się kłócili? Takie dni jak ten są czasem potrzebne w małżeństwie. Zwłaszcza po prawie ćwierćwieczu razem. — Zaśmiał się.

Czasami miałam wrażenie, że są dla siebie dwojgiem obcych ludzi, jednak takie uśmiechy jak ten dzisiejszy pokazywały mi, że jest jeszcze między nimi nić wyjątkowego uczucia, jakie połączyło ich przed laty.

— Muszę lecieć, dacie sobie radę? — Tata wstał od stołu, wkładając do ust ostatni kęs naleśnika.

Skinęłam głową, czekając, aż pocałuje mnie w czubek głowy. To był nasz rytuał, który teraz ja dzieliłam także z Polą. Pamiętam, jak będąc małą dziewczynką, cieszyłam się na każdy taki pocałunek na do widzenia i na dzień dobry. Były dla mnie wyznacznikiem dnia i czasu spędzonego z tatą, który mimo iż miał dużo obowiązków w firmie, zawsze znalazł czas, by okazać mi czułość.

Tata wyszedł, a ja i Pola miałyśmy kolejny dzień tylko dla siebie.

ALEK

Całą noc rozmyślałem o tym cholernym konkursie, zastanawiając się, jak go ugryźć, żeby się nie przejechać na wstępie. Temat miłości wydawał się oklepany, ale przecież mnie chodziło o coś innego, wyjątkowego. Chciałem uchwycić jej bezwarunkowość i prostotę. Bo tylko głupcy kochają na pokaz, prawdziwa miłość wygląda inaczej. Inaczej, czyli jak?

Leżałem na kołdrze, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Wskazówki od wujka Google także miały się nijak do tematu konkursu i wizji, która rodziła się w mojej wyobraźni. Miałem tak mało czasu, a przy tym tak wiele pracy… Samo rysowanie było w tym wszystkim najłatwiejszą czynnością.

Postanowiłem wstać i przejść się w stronę Strugi, która latem bliższa była strumykowi niż rzece. Chciałem poszukać koncepcji, czegoś, co zbliżyłoby mnie do realizacji zadania, bo przecież musiałem wziąć udział w tym konkursie. I nie o kasę tu chodziło, ale o zaistnienie. Takie zwycięstwo to wywiady i nowe projekty, jakich na toruńskim rynku jeszcze nie wykonywałem.

Mimo lata ulice o tej porze świeciły pustkami. Zapewne w centrum miasta świat wyglądał inaczej, ale tu, na Mokrym, ciężko było o żywą duszę. Gdzieniegdzie dało się dostrzec zaspanych ludzi stojących w drzwiach klatki, czekających na swojego pupila, któremu w środku nocy zachciało się zrobić siku.

Doszedłem powoli do jednego z mostków, które według mieszkańców wymagały remontu. Chciałem popatrzeć na zebrane tutaj kaczki. O tej porze roku było ich kilkanaście, a pewnie idąc wzdłuż rzeki, spotkałbym ich jeszcze więcej. Przez chwilę żałowałem, że nie wziąłem chleba, żeby móc je trochę dokarmić, ale szybko zorientowałem się, że już za kilka godzin przyjdą tu rodzice ze swoimi małymi pociechami, które na pewno wrzucą kaczkom trochę jedzenia.

— Bezwarunkowo — powiedziałem do siebie, patrząc na dwie z nich, wyglądające, jakby spały.

Uśmiechnąłem się, rozumiejąc, że tylko zwierzęta są skłonne do bezwarunkowej miłości, i to one powinny być uwiecznione na moim obrazie. „Ale czy to nie będzie zbyt proste?” — zastanawiałem się, wracając do domu.

Położyłem się ponownie, czując, że tej nocy przyśni mi się coś wyjątkowego. Miałem już przecież fundamenty, zostało jedynie wybudować na nich piękny dom — mój obraz.

MAGDA

Dziś miał przyjść Marcin. Moje ciało drżało na samą myśl o tym spotkaniu. Nie chciałam tego, jednak Pola miała prawo widzieć się z ojcem. Już i tak zbyt wiele zmian wprowadziłam w jej życie.

Siedziałam na kanapie, nerwowo spoglądając na zegarek. Czas płynął szybciej, niż bym tego chciała. Pola krzątała się po domu, rozrzucając kolorowe kulki, które dziadek kupił jej wraz z basenem po ostatniej wizycie w Krainie Zabaw.

Głośny dzwonek do drzwi wybrzmiał trzy minuty szybciej, niż powinien. Marcin nigdy nie należał do spóźnialskich, ale dziś mógłby zmienić swoje nawyki. Pocierając chłodne ramiona, ruszyłam w stronę wejścia. Wzięłam dwa głębokie oddechy, nim nacisnęłam klamkę, aby wpuścić go do środka.

Nie byłam gotowa na to spotkanie. Nie dziś, a może i nigdy.

Stał w progu, trzymając w prawej ręce bukiet kwiatów, a drugą obejmując ogromnego szarego pluszowego słonia.

— Pięknie wyglądasz, Madziu, — Nachylił się, żeby mnie pocałować, jednak zdążyłam się odsunąć.

— Nie dotykaj mnie — syknęłam wściekle. — Teraz ani nigdy. Rozumiesz?

Spuścił na chwilę głowę, lecz byłam pewna, że nic nie zrozumiał. Był zbyt pewny siebie, myślał, że wszystko ujdzie mu płazem, jak zdrada kilka miesięcy po naszym ślubie. „I ja, głupia, dałam sobie wmówić, że to moja wina” — obwiniałam się teraz za to, że już wtedy nie przejrzałam na oczy. Wierzyłam jego wyznaniom miłości i tłumaczeniom, że był pijany, a ja przecież byłam w ciąży. Zrzuciłam winę na siebie. A on mi na to pozwolił. Zresztą nie tylko on. Matka też gadała, że gdybym nie wyglądała jak słonica, to przyszedłby odreagować do mnie. „A może było ich więcej?” — zastanawiałam się czasem, lecz teraz już mnie to nie obchodziło.

— Kwiaty dla ciebie, myszko. — Podał mi trzymany w dłoni bukiet.

— Nie mów do mnie „myszko”! — rzuciłam, zaciskając zęby i pięści.

„Jak ja mogłam być taka ślepa?” — pytałam samą siebie w myślach, sięgając po kwiaty, z którymi ruszyłam wprost do kuchni.

Szedł za mną, zapominając, że przyszedł do córki. Dopiero kiedy otworzyłam kosz na śmieci, na jego twarzy pojawiło się niedowierzanie. Zamarł w tej pozycji na dłuższą chwilę.

— Nienawidzę róż — rzuciłam, przechodząc obok niego w drodze do salonu. — I ciebie też nienawidzę.

Milczał, lecz byłam pewna, że wewnątrz aż kipi ze złości. Nie był przyzwyczajony do takiej Magdy. Zawsze byłam potulna, spokojna, typowa szara myszka, która nie chciała nikomu zawadzać. To on o wszystkim decydował, wmawiając mi umiejętnie, że ja też tego chcę.

— Pola jest na górze, tam możecie się pobawić, bo ja chcę się pouczyć.

— Mam się z nią bawić? — zdziwił się.

— Tak. Pewnie nie wiesz, jak to się robi, bo od tego byłam zawsze ja — odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Nie interesowało mnie jego zdanie. Ruszyłam w stronę kanapy, na której wcześniej rozłożyłam notatki i książki. Czułam, że tylko w ten sposób uda mi się wytrzymać jakoś te dwie i pół godziny, które planował tu spędzić mój były mąż.

— Tata! — Do moich uszu dobiegł radosny głos Poli, utwierdzający mnie w przekonaniu, że muszę to wszystko znosić. Dla jej dobra — muszę.

Wzięłam łyk zielonej herbaty z mojego ulubionego turkusowego kubka w białe grochy, po czym zaczęłam czytać zapiski z wykładów. Nudziły mnie, ale kto powiedział, że studia są ciekawe? One mają nas tylko nauczyć fachu, który przez kolejne naście lat będzie naszym źródłem zarobku.

Liczby nigdy mnie nie kręciły. Chyba że mowa o centymetrach, które kochałam mierzyć podczas szycia. Tylko wtedy czułam, że ta cała matematyka ma jakiś sens, że da się ją lubić, a nawet i kochać. Ekonomia była czymś zupełnie innym. Tutaj liczbom towarzyszyły formułki, których wkuwanie było dla mnie marnotrawstwem pamięci długotrwałej.

— Idziemy z Polą na lody. — Głos Marcina zdecydowanie nie pasował do informacji, jakie właśnie przyswajał mój mózg.

— Mieliście się bawić — przypomniałam.

Marcin posłał mi chłodne spojrzenie.

— Na lody, na lody! — skandowała z boku Pola, która uwielbiała ten deser.

— Przynieś swoje sandały, kochanie — poprosiłam.

Wstałam, czując na sobie jego wzrok, lecz nie spojrzałam w jego stronę. Brzydziłam się nim. Tak bardzo bolał mnie jego widok, lecz wiedziałam, że muszę go znosić. „Może to lepiej, że pójdą na lody” — pomyślałam.

Trzask zamykanych drzwi przyniósł mi ulgę. Spokojnie nabrałam powierza, chcąc je jak najdłużej zatrzymać w sobie. Wdech, wydech, wdech, wydech.

Ponownie zaczęłam czytać notatki, nie mogąc się skupić na treści. Moje myśli wciąż biegły lata wstecz, kiedy miałam okazję wszystko zakończyć i być szczęśliwą.

To był trzydziesty ósmy tydzień. Mogłam urodzić w każdej chwili, a on świętował koniec roku. Miał się wyszumieć na chwilę przed maturą i najtrudniejszym egzaminem, jaki zesłał na nas los. Obiecał, że to ostatni raz, a ja mu wierzyłam. Zostałam w domu, modląc się, aby dziecko nie pchało się tego wieczora na świat.

Marcin wrócił nad ranem. Czekałam na niego, bujając się w fotelu, który dostałam od ojca. Wyczytał, że kobieta w ciąży powinna dużo czasu spędzać w bujaku, żeby zachęcić dziecko do ruchów, i dbał, bym siedziała w nim godzinami, czytając książki. Tego ranka też czytałam. Spędzałam miłe chwile z książką Sylwii Trojanowskiej, kiedy on wszedł do naszego pokoju. Śmierdział piwskiem, które pewnie lało się w nocy litrami. W końcu on i jego koledzy kończyli liceum, czuli się dorośli.

Marzyłam, aby położył się spać, lecz jemu zachciało się czułości. Napierał na mnie, wodząc dłońmi po nabrzmiałych piersiach, co jakiś czas kierując moją dłoń w okolicę swojego krocza. Sapał ciężko, nadgryzając zębami moje wargi.

— Marcin, przestań! — prosiłam kilkakrotnie, lecz dopiero kiedy krzyknęłam, odskoczył ode mnie jak oparzony.

— Kaśka się tam cieszyła — rzucił.

— Jaka Kaśka?

Zaśmiał się szyderczo, zdejmując z siebie koszulę.

— Gdybyś nie wyglądała jak słonica, tobym się w ciebie spuszczał, a tak musiała mi wystarczyć ruda.

Miałam ochotę podejść, by wymierzyć mu siarczysty policzek, ale nie byłam w stanie. Brakło mi sił. Niemoc wgniotła mnie w fotel, pozwalając jedynie wypłynąć ciężkim łzom, które gromadziły się pod powiekami.

Marcin opadł na nasze małżeńskie łóżko, zostawiając mnie samą ze swoimi myślami. Wtedy po raz pierwszy poczułam nienawiść. Gdybym tego dnia postąpiła, jak należy, moje życie dziś nie byłoby jednym wielkim stłuczonym wazonem, na którym rysy pozostaną już na zawsze. Ale ja mu wybaczyłam. Dałam sobie wmówić, że to był jednorazowy incydent, któremu winny był alkohol. I ja oczywiście.

ALEK

Noc minęła zbyt szybko. A może to dzień zbyt szybko nastał po moich nocnych wyprawach w poszukiwaniu… no właśnie — czego? Inspiracji? Chyba to słowo najlepiej odzwierciedlało moje artystyczne potrzeby. Inspiracja. Niby proste, ale cholernie trudne do okiełznania. „A mówią, że to mnie ciężko ujarzmić” — zaśmiałem się do siebie, czując, że moje eksdziewczyny widocznie dalekie były od inspirujących poszukiwań.

Założyłem ciemne jeansy z wielkimi dziurami, do których dobrałem jeden z ostatnich czystych T-shirtów w kolorze granatu. Pospiesznie sięgnąłem po teatralnego, by przekąsić coś, zanim kupię sobie kanapki w jednej ze znanych toruńskich piekarni. Spojrzałem na zegarek, wiedząc, że nie muszę się spieszyć. „Sam sobie panem, sam sobie władcą” — powtarzałem w myślach motto, które towarzyszyło mi od pierwszego dnia na ulicy.

— Dzień dobry, panie Bogdanie — przywitałem się ze starszym panem z bloku obok, kiedy zamykałem kłódkę.

— Dobrze, że noce nie są chłodne, bobyś się, dzieciaku, wyziębił.

— Moja babcia zawsze mi mówiła, że kiedyś złapię wilka, więc czekam. Kto by nie marzył o byciu obrońcą Czerwonego Kapturka! — zaśmiałem się.

— Oj, Alek, Alek, kiedy ty dorośniesz. — Pokręcił z uśmiechem głową, podając mi bułkę. — Pewnie śniadania nie jadłeś.

Sięgnąłem po pieczywo, łapczywie je nadgryzając.

— Wszamałem teatralnego, ale świeżej bułce nigdy nie odmówię.

— Idź już, maluj, nim zaczniesz mi o babach filozofować.

Posłałem mu lekki uśmiech, wiedząc, że rozmowa ze mną jest dla niego jedną z przyjemniejszych rzeczy, jakie niesie mu każdy dzień. Ileż można oglądać seriale i te paradokumenty, jakimi zatrute są ramówki stacji telewizyjnych?

Cieszyłem się, że moje życie niewiele miało w sobie monotonii i zależności od innych. Bez konkretnych godzin czy dat. Niezależność, którą zburzyła jedynie sprawa w sądzie.

Spokojnym krokiem szedłem w stronę Starego Miasta, obserwując ludzi. Byli tacy zwyczajni, tacy niepasujący do mojego planu. Nie było w nich inspiracji. „Może nie warto szukać, bo ona sama nadejdzie” — przypomniałem sobie słowa Maksa, które ten wymawiał jak mantrę.

Nie wiedząc czemu, postanowiłem posłuchać jego rady. Minąłem dworzec PKS, na którym w wakacje nie było wielu podróżujących, aby wyjść na Uniwersytecką, od której do centrum dzielił mnie już tylko kawałek.

Kochałem to miasto. Miało swój urok, niepowtarzalny klimat. Czułem jakiś dziwny sentyment do tych ulic, a nawet ludzi. Nienawidziłem monotonii, jednak widok znanych twarzy w drodze do pracy sprawiał mi radość. Z czasem zaczęliśmy się do siebie uśmiechać, by później przejść na wyższy level, jakim było „dzień dobry”. Niby obcy, ale już bliżsi.

Szedłem Prostą, postanawiając zajrzeć jeszcze do kiosku po gazetę. To, że nie oglądałem telewizji, nie znaczyło, że nie mogę wiedzieć, co się dzieje w świecie.