Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 355 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pałac - Emma Cavalier

Nagroda dla najlepszego debiutu w kategorii powieść erotyczna na festiwalu d'Evian 2012

Pauline, skromna, świeżo upieczona absolwentka bibliotekoznawstwa, dostaje niezwykle atrakcyjną propozycję pracy.Ma uporządkowaćprywatne archiwa rodziny Andringuer, przechowywane w bibliotece w ich wspaniałym pałacu de Charmoie. Nie wie tylko, że Pałac ma swoje mroczne tajemnice. Od stu lat odbywają się tam wyszukane orgie...

 

Nieświadoma dotąd istnienia takiego świata Pauline zgadza się na zawarcie umowy ze swoim pracodawcą, fascynującym JulienemAndringuerem. Wkrótce poznaje przerażające sekrety, które kryją się w dokumentach. I odkrywa oszałamiającą sferę erotycznych fantazji, gdy Julien narzuca jej reguły zrodzone z jego własnych upodobań. Ten mężczyzna, który zdaje się z łatwością łączyć cierpienie i przyjemność, czułość i brutalność, wyzwala w niewinnej dziewczynienieznane uczucia. Izabiera ją w ekscytującą niebezpieczną podróż przez ból, rozkosz i miłość, poznawanie samej siebie i swoich najskrytszych pragnień...

Opinie o ebooku Pałac - Emma Cavalier

Fragment ebooka Pałac - Emma Cavalier

Korekta

Hanna Lachowska

Barbara Cywińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Refat/Shutterstock

Tytuł oryginału

Le Manoir

Copyright © Editions Blanche, 2011

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4896-7

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja:

Temu, który był, jest i będzie

moim obiektem pożądania, moją muzą,

moim towarzyszem zabaw i nauczycielem,

moją iskierką inspiracji, moim czytelnikiem

i panem mojego serca

1

Zawód archiwistki pod wieloma względami przypomina pracę lekarza lub księdza. Dokumenty przekazują nam anonimowe wyznania, zawsze przedstawiając fakty z określonego punktu widzenia. Nasza misja polega na ich analizowaniu, porządkowaniu, klasyfikowaniu i poprawianiu ich niedociągnięć, tak aby na wieki stały się wcieleniem pamięci istot ludzkich, które je stworzyły.

Zadanie to na co dzień może wydawać się żmudne. Rozświetla je jednak aura tajemnicy i władzy. Podobnie jak, w sposób może nieco niezdrowy, ksiądz marzy, by usłyszeć któregoś dnia spowiedź mordercy, a lekarz drży z podniecenia, stwierdzając u pacjenta poważną i rzadką chorobę, tak my, archiwiści, zaczynamy pracę, fantazjując o dokumencie idealnym, nienaruszonym przez żadne poszukiwania, cudownie zachowanym, pełnym nazwisk osobistości tworzących historię, o dokumencie skrywającym wstydliwe sekrety, których stalibyśmy się strażnikami.

Wielu moich kolegów po fachu przechodzi na emeryturę, nigdy nie znalazłszy takiego dokumentu. Na studiach nikt tego przed nami nie ukrywa. Mimo to, gdy opuszczamy mury uniwersytetu, natychmiast rozpoczynamy pogoń za tą złudną podnietą intelektualną, marzymy o historycznym odkryciu i dopiero nabyta wraz z doświadczeniem pokora sprowadza nas z czasem na ziemię.

Nie byłam wyjątkiem od tej reguły i to właśnie ten rodzaj fantazji rozbudził moją wyobraźnię, kiedy spotkałam Juliena Andringera. Dowiedziałam się od jednego z moich profesorów, że spadkobierca arystokratycznego rodu poszukuje archiwisty, który uporządkowałby materiały dokumentujące historię rodziny. Umówiliśmy się na rozmowę w starym pałacyku w sercu lasu Rambouillet. Szansa na pracę z wyjątkowymi źródłami napełniała mnie nadzieją, ale sprawiała również, że idąc na spotkanie, miałam żołądek ściśnięty ze zdenerwowania.

Rezydencja rodziny Andringerów wyglądała jak mały zamek. Jego regularna fasada z kamienia i cegły rysowała się za wiekowymi drzewami na końcu żwirowej alejki. Gdy podeszłam do budynku, oszołomił mnie widok białego portyku i ogromnych, dwuskrzydłowych drzwi. Człowiek, który miał zostać moim pracodawcą – a przynajmniej taką żywiłam nadzieję – kategorycznie odmówił mi podania jakichkolwiek dodatkowych informacji o tym miejscu; najpierw chciał mnie poznać. Drzwi otworzył mi około pięćdziesięcioletni mężczyzna o skroniach przyprószonych siwizną, wyprostowany jak struna i ubrany w czarny garnitur. Kiedy ukłonił się na powitanie, miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie o pół wieku. Musiałam wyglądać równie sztywno w mojej szarej garsonce i upiętych z tyłu włosach (co osiąg­nęłam z trudem, zwykle bowiem moje kasztanowe loki są dość niezdyscyplinowane). Mężczyzna prowadził mnie bezgłośnie korytarzami starego gmachu. Ja podążałam za nim, stukając obcasami po biało-czarnej posadzce.

Wprowadził mnie przez mały przedpokój do ciemnego gabinetu, którego jedyne okno wychodziło na wewnętrzny dziedziniec. To właśnie w tym pomieszczeniu, za wielkim, półokrągłym biurkiem zawalonym stosem dokumentów, przy zimnej kawie i pełnej popielniczce siedział Julien. Wtedy zobaczyłam go po raz pierwszy. Bez słowa wskazał mi miejsce naprzeciw siebie i długo przyglądał mi się swoimi jasnymi oczami, marszcząc lekko ciemne brwi, a jeden ciemny kosmyk opadał mu na czoło. Może trudno w to uwierzyć, ale w tym pierwszym momencie, zanim jeszcze cokolwiek powiedział, serce podeszło mi do gardła, tak jakbym czuła się zagrożona samą jego obecnością. Prawdopodobnie wyszłabym stamtąd równie szybko, jak przyszłam, gdyby nie to, że z trudem mogłam się ruszyć, a jego przeszywające spojrzenie sprawiało, że czułam się naga. Tę reakcję naiwnie tłumaczyłam sobie zdenerwowaniem rozmową kwalifikacyjną. Poza tym nie spodziewałam się spotkać mężczyzny tak młodego i, bądźmy szczerzy, atrakcyjnego. Miał subtelne, a jednocześnie ostre rysy, wargi nieco suche, jak gdyby wysuszone słońcem, i jasną, promienną, gładko ogoloną skórę. Mocno zarysowana szczęka i łuki brwiowe dodawały jego twarzy surowości, a oczy hipnotyzowały mocą spojrzenia. Jego długie ręce były szczupłe, a zarazem silne. Pod prostą czarną koszulką rysowały się kontury kształtnych i mocnych mięśni ramion i klatki piersiowej. Nawet drżąc ze strachu od stóp do głów, nie mogłam nie zauważyć, jak bardzo był ponury i uwodzicielski.

Ten seans wzajemnej obserwacji trwał dobrych kilka minut.

Kiedy w końcu Julien się odezwał, poczułam się jeszcze bardziej skrępowana.

– Żeby zaoszczędzić nam obojgu czasu, przejdę od razu do sedna – oznajmił. – Dom, w którym się znajdujesz, nazywamy potocznie Pałacem. Od ponad wieku jest on miejscem sesji sadomasochistycznych. Jeśli będziesz tu pracować, będziesz stykać się z tym tematem codziennie, zarówno w pracy, jak i w codziennym życiu. Jeśli stanowi to dla ciebie problem, powinnaś natychmiast wyjść.

Siedziałam bez słowa, zastanawiając się, ile młodych kandydatek zdążył już zniechęcić tym jednym zdaniem. Ale ja nie jestem osobą łatwo rezygnującą, a ponadto byłam tak zdeterminowana, by stawić czoło wyzwaniu, które może trafić się raz w życiu, że w mojej głowie rozpoczął się już proces analizy zdarzeń. W końcu się odezwałam i zapytałam, czy ja również miałabym się poddać rytuałom sadomasochistycznym.

– To nie wchodziłoby w zakres twoich obowiązków – odrzekł zagadkowo, unikając jasnej odpowiedzi.

Odczułam pewien niepokój, a mój rozmówca kazał mi się bić z myślami jeszcze przez kilka chwil. Wreszcie odezwał się znowu, spokojnym tonem:

– Wciąż tu jesteś. Mniemam, iż oznacza to, że mogę kontynuować.

Nie zaprzeczyłam, zaczął więc objaśniać szczegóły pracy, która mnie czekała. Mnie lub kogoś innego. Prawdę mówiąc, słusznie uczynił, uprzedzając mnie na wstępie o tematyce, którą miałabym się zajmować, stanowiła ona bowiem sedno całej pracy. Rodzinna rezydencja – Pałac – została zbudowana w końcu XIX wieku przez jego dziadka, bogatego ekscentryka – romantyka i libertyna. Na początku XX wieku, zafascynowany będącymi wówczas w modzie praktykami biczowania i sadyzmu, uczynił ze swojej siedziby miejsce spotkań przedstawicieli wyższych sfer, którzy poszukiwali dość szczególnych przyjemności. Pałac szybko stał się ulubioną scenerią tych rytuałów i, co ciekawe, miał na długo nią pozostać.

Julien zabrał mnie do dużej biblioteki, której drzwi znajdowały się naprzeciwko jego gabinetu. Na półkach ciągnął się niesamowity zbiór oprawionych w skórę tomów, zawierających sto lat historii literatury erotycznej. Był to jednak tylko intrygujący przedsmak, mający na celu bardziej rozbudzenie mojej ciekawości niż wprowadzenie mnie w szczegóły pracy. Wróciliśmy szybko do gabinetu, gdzie Julien wytłumaczył mi, że przez wszystkie lata jego rodzina gromadziła starannie dokumenty, zadając sobie przy tym znacznie mniej trudu, by utrzymać je w porządku. Praca miała polegać na ich posegregowaniu i opisaniu oraz odnalezieniu tych najistotniejszych, najbardziej interesujących z punktu widzenia historii rodziny. Zadanie mogłoby również objąć, jeśli czas by na to pozwolił, zbadanie i skatalogowanie biblioteki. Na koniec Julien zapytał, czy jestem zainteresowana.

Nie zadał żadnego pytania o moje kompetencje, co oznaczało, że albo już zasięgnął informacji na mój temat, albo warunki pracy były na tyle osobliwe, że nie mógł sobie pozwolić na wybrzydzanie, kiedy już znalazł zmotywowaną kandydatkę. Nie potrzebowałam więcej niż pięć sekund, żeby się zdecydować. Szczerze mówiąc, podjęłam decyzję już wcześniej – kiedy siedziałam jak sparaliżowana na krześle i nie odzywałam się ani słowem, zamiast wziąć nogi za pas, co uczyniłaby każda osoba z odrobiną oleju w głowie. Zapytałam o warunki finansowe i w tym momencie sprawy zaczęły się komplikować.

– Ze względu na poufną naturę archiwów, pracę trzeba wykonać tu, na miejscu. Otrzymasz zakwaterowanie, wyżywienie i ubranie oraz umowę na sześć miesięcy z wynagrodzeniem tysiąc trzysta za miesiąc. – Uśmiechnął się. – Jestem jednak gotów podwyższyć tę stawkę o dwadzieścia procent, jeśli zgodzisz się na kary cielesne w razie mojego niezadowolenia z efektów twojej pracy.

Serce aż skoczyło mi w piersi, ale po tym co dotychczas usłyszałam, nic, co mógł powiedzieć, nie było mnie w stanie wytrącić z równowagi. Najwyraźniej Julien improwizował: zachęcony moją postawą, proponował warunki, których wcześniej nie brał pod uwagę.

– Czy mogę wiedzieć, co pan rozumie przez kary cielesne? – zapytałam grzecznie, usiłując powstrzymać drżenie głosu.

– Nie.

Julien się uśmiechał. Patrzył, jak kołyszę się skrępowana w prawo i w lewo na krześle. W jego badawczym, lecz rozbawionym spojrzeniu wyczytałam przyjemność, jaką musiał odczuwać, rozgrywając tę partię i nie stroniąc od odważnych ruchów. Wszystko wskazywało na to, że jego propozycja miała być tylko ustnym porozumieniem, z którego bez problemów będę się mogła wycofać. W myślach przeglądałam szybko elementy umowy, szacując ryzyko i oceniając, czy gra jest warta świeczki. Nieoczekiwanie wszystkie obawy mnie opuściły. Szczerość Juliena wystarczyła, by rozbudzić we mnie pewien rodzaj zaufania, mimo że warunki, które stawiał, nie były błahe. Miałam dziwne wrażenie, że moje myśli są jasne i precyzyjne, i nie domyślałam się, że to adrenalina wywołała we mnie to uczucie. Czułam się, jakbym sterowała swoim ciałem, stojąc z boku.

– Zgadzasz się albo rezygnujesz, to wszystko – podsumował. – Nie powiem ci nic więcej.

Nie wiem, czy powodowała mną duma, zuchwałość czy po prostu głupota, ale zgodziłam się. Powiedziałam sobie, że będę pracować sumiennie i nie będzie miał żadnych powodów, by być niezadowolony z moich usług. Bez względu na to, jakie były powody mojej szybkiej decyzji, zgodziłam się prawie bez wahania:

– Zgoda.

– Zgoda na co? – zapytał, unosząc brwi, tak jakby dotychczasowa rozmowa wcale się nie odbyła.

– Zapłaci mi pan dwadzieścia procent więcej, a jeśli nie będzie pan zadowolony z mojej pracy, zrobi pan… co pan będzie chciał.

Nie miałam pojęcia, dlaczego przyjęłam te warunki. Julien uśmiechnął się z zadowoleniem, usiadł w fotelu i zapalił papierosa. Następnie przystąpił do ustalania reguł gry. Postanowił, że będę przebywać na miejscu od poniedziałku do piątku. Miałam zamieszkać w oddzielnym pokoju i spożywać posiłki w jadalni wraz z personelem domu. W każdy poniedziałek rano powinnam stawić się w jego gabinecie, aby ustalić plan pracy na nowy tydzień. W piątek miałam zdać sprawozdanie, po czym, w określonych sytuacjach, Julien mógłby zastosować dodatkową klauzulę naszego kontraktu. Zaznaczył, że klauzula ta nie została zapisana w umowie i zakazał mi wspominać o niej komukolwiek, w Pałacu lub poza nim. Podsumowując, tak jak wcześniej się spodziewałam, była to sekretna umowa oparta na słowie honoru. Nie miał żadnej gwarancji, że ją uszanuję, jednak w głębi serca wiedziałam już, że dotrzymam słowa. Być może on też w jakiś sposób to przeczuwał. W każdym razie, nie wyraził żadnych wątpliwości w tej kwestii ani nie powiedział, co zrobi, gdybym nie chciała się podporządkować. W końcu oznajmił, że powinnam zwracać się do niego „proszę pana”, „panie Julienie” lub „panie”, według własnego uznania. Wychodząc z gabinetu, miałam wrażenie, jak gdybym obudziła się z poplątanego snu, i byłam wyczerpana jak po nieprzespanej nocy. A jednak ani przez chwilę nie wątpiłam, że dokonałam właściwego wyboru.

Jakiś czas później, w niedzielny wieczór, stawiłam się znowu w Pałacu, objuczona dwiema wielkimi walizkami. Zaczynała się wiosna, a drzewa, teraz obsypane pąkami, sprawiały mniej przytłaczające wrażenie. Pałac, z dwoma rzędami okien, z których niektóre były otwarte, by wpuścić rześkie wieczorne powietrze, wydał mi się również bardziej znajomy i nie napełniał mnie obawą. Tak jak za pierwszym razem, otworzył mi majordomus, który przedstawił się jako Édouard. Zeszliśmy kilka stopni w dół, by wejść do dużej kuchni znajdującej się na półpiętrze, poniżej sieni. Światło wpadało tu tylko przez wysoko znajdujące się świetliki wychodzące na tylny dziedziniec. Stamtąd przeszliśmy przez malutkie drzwi i schodkami, które czterokrotnie zakręcały, wspięliśmy się do pokoi usytuowanych na poddaszu. Mój pokój był ostatni na końcu rzędu. Édouard zostawił mnie przed drzwiami z moimi walizkami, kluczem i poleceniem, by następnego dnia o ósmej trzydzieści stawić się w gabinecie Juliena. Pokój był mały, skromny i wygodny. Nieduże drewniane łóżko, garderoba na ubrania, wąskie biurko, nocny stolik z lampką ze szklanym abażurem, dającą przyćmione światło. Blask księżyca wpadający przez mansardowe okno wypełniał pokój nierealnym błękitem.

Spałam źle, o świcie obudził mnie śpiew ptaków unoszący się nad lasem. Skorzystałam z prysznica znajdującego się na korytarzu, po czym zeszłam do kuchni, kierując się zapachem świeżo zaparzonej kawy i chleba wyjętego przed chwilą z pieca. Była to autentyczna kuchnia w starym stylu. Na środku dominował ciężki stół z masywnego drewna, a wzdłuż niego ustawione były dwie drewniane ławy. W głębi, obok starodawnego zlewu z szarego kamienia, znajdował się duży blat obłożony ceglanymi płytkami. Kredens i olbrzymia kuchnia gazowa wyglądały jak z innej epoki. Zostałam serdecznie powitana przez dziewczynę w moim wieku o imieniu Sarah.

Nie jestem zbyt wylewną osobą, i to nawet kiedy mój żołądek nie jest ściśnięty ze zdenerwowania pierwszym dniem w wymagającej pracy. Tego dnia byłam w stanie jedynie słuchać w milczeniu opowieści Sarah i popijać czarną kawę, którą mi przygotowała. Mówiła o Pałacu, o przyjemnościach mieszkania w nim, o trudnościach, które czasem napotykała w pracy, i o tym, jak istotne było ścisłe podporządkowanie się regułom wyznaczonym przez Juliena (którego nazywała panem nawet pod jego nieobecność). Słuchałam uważnie, próbując sobie wyobrazić, jak będzie wyglądać rozmowa z moim nowym szefem i jak manewrować w meandrach tej sytuacji. Nic z tego, co mówiła Sarah, nie pozwalało przypuszczać, że Julien ośmieliłby się podnieść rękę na którąś z zatrudnionych u niego osób, nawet jeśli byłaby młoda i piękna. Ale ponieważ mnie obowiązywał zakaz mówienia o tym, takiej hipotezy nie można było całkiem wykluczyć.

Co rano, dokładnie o ósmej trzydzieści, Sarah zanosiła Julienowi tacę z kawą w małej porcelanowej kafetierce. Ten rytuał nie mógł odbyć się choćby minutę później. Pozostało mi więc iść za nią, żeby zjawić się punktualnie na spotkaniu z moim pracodawcą. Po długim wahaniu postawiłam na ubiór nieco mniej oficjalny niż na pierwszym spotkaniu. Założyłam bawełnianą bluzkę i bordową spódnicę średniej długości oraz dopasowane do niej półbuty. Związałam moje kręcone włosy w kucyk. Julien ubrany był tak jak poprzednio: w dżinsy i czarną koszulkę. Na widok kawy z widoczną ulgą przejechał dłonią po rozczochranych włosach, tak jakby przez całą noc nie zmrużył oka. Podziękował Sarah, która ukłoniła się i odeszła bez słowa. Potem odwrócił się do mnie, popatrzył na mnie przez chwilę, nic nie mówiąc – zaczęłam się już niepokoić – i w końcu kazał mi usiąść.

Zdecydowałam się przyjąć postawę wyczekującą, wycofaną, i zobaczyć najpierw, czego będzie ode mnie oczekiwał. Najwyraźniej na początek postanowił wytrącić mnie z równowagi.

– A więc od czego zamierzasz zacząć? – zapytał.

Na szczęście spędziłam sporą część ostatnich trzech tygodni, zastanawiając się nad odpowiedzią na to pytanie, analizując garść znanych mi informacji. Odpowiedziałam więc spokojnie i bez wahania:

– Planowałam dokonać pierwszego szacunku ilościowego, a potem rozpocząć typologię dokumentów.

– Bardzo dobrze, przedstawisz mi również wykaz akt.

Zamurowało mnie. Wykaz akt to nirwana archiwisty, zwieńczenie wszystkiego, doskonale spójne i uporządkowane spojrzenie na całość, do którego można dojść dopiero po dokładnej i szczegółowej analizie wszystkich dokumentów. Bez względu na ilość materiału w ciągu jednego tygodnia z całą pewnością nie zdążyłabym wystarczająco zapoznać się z archiwum, a tym bardziej przygotować wykazu akt, czy choćby jego zarysu. Chyba że miałoby to być zrobione byle jak. Powiedziałam mu o tym. Zaczęliśmy trudne negocjacje. Skłonienie go do obniżenia wymagań kosztowało mnie niemało wysiłku. Wycofywał się z jednego zadania tylko po to, by zaraz dorzucić inne na jego miejsce. Przez większość czasu mówił tonem kategorycznym, a jego twarz nie zdradzała żadnych uczuć. Ale od czasu do czasu dostrzegałam w jego oczach cień uśmiechu. Czułam się jak niedoświadczony pokerzysta grający przeciwko mistrzowi blefu. Ostatecznie polecił mi przygotowanie pierwszego szacunku ilościowego i zakresu tematycznego dokumentów, w tym książek zgromadzonych w bibliotece.

Uwijałam się przy pracy jak pszczoła. Biblioteka stała się moim królestwem. Nie zaglądał tu nikt z wyjątkiem Édouarda i Sarah, którzy przychodzili po mnie w godzinie posiłku. Marie, kucharka, podawała nam zawsze w południe ciepły posiłek mięsny, wieczorem zaś coś lżejszego, ale za każdym razem z innym rodzajem zupy. Poza momentami spędzanymi przy stole wraz ze służbą domową cały czas poświęcałam bibliotece.

Biblioteka mieściła się w sali o wysokim sklepieniu. Górne okna były na stałe zakryte ciężkimi aksamitnymi zasłonami. W głębi znajdowały się trzy okna i kamienny kominek. Przez trzy pozostałe ściany, w połowie ich wysokości, biegła półokrągła antresola wsparta na ośmiu drewnianych filarach. Na niej, od dołu do góry, znajdowały się półki. Chodziłam wzdłuż nich, uzbrojona w ołówek i notes, w którym zapisywałam zrozumiałe tylko dla mnie skróty, a niekiedy jakieś odniesienie do zweryfikowania później. Biblioteka była fascynująca. Na dole znajdowały się dzieła literackie, z których dużą część (oceniałam ją na około dwadzieścia pięć procent) stanowiły książki o tematyce erotycznej i frywolnej z XIX i XX wieku. Resztę stanowiła klasyka, głównie z tego samego okresu. Najstarsza część zbiorów, poza kilkoma wyjątkami, pochodziła z XIX wieku. W końcu odkryłam też mały dział z rzadkimi egzemplarzami ilustrowanymi, wśród których znalazły się Bajki la Fontaine’a ilustrowane przez Oudry’ego, Biblia Gustave’a Doré, wydanie z 1866 roku, oraz tomiki poezji Verlaine’a i Baudelaire’a z oryginalnymi rycinami Féliciena Ropsa. Dolna część zbiorów liczyła od trzech do trzech i pół tysiąca oprawionych egzemplarzy. Zbiór przechowywany na antresoli były bardziej eklektyczny. Można było tam znaleźć książki naukowe z dziedziny biologii, medycyny, ale także okultystyki, publikacje wolnomularskie oraz kolekcje czasopism takich jak „Intermédiaire des chercheurs et des curieux”, „Journal des savants” czy „Plume”, kompletne do połowy lat trzydziestych, potem nagle porzucone. Piękna kolekcja książek historycznych została stworzona później, pod koniec lat sześćdziesiątych. Trzy przęsła, zarezerwowane dla nowych nabytków, zapełnione były dziełami nieoprawionymi, z których najnowsze pochodziły z bieżącego roku. Można było tu znaleźć wszystko, włącznie z książkami erotycznymi z drugiej połowy XX wieku, brakowało wyraźnej klasyfikacji. I wreszcie, po prawej stronie, na końcu antresoli, trzy przęsła były zajęte przez teczki i pudełka, co do zawartości których brakowało informacji.

W czwartek rano zorientowałam się, że praca nad książkami zaabsorbowała mnie tak bardzo, że zupełnie zaniedbałam archiwa, które stanowiły przecież moje główne zadanie. Przeszłam więc do pudełek. W środku znalazłam stosy różnych pism, korespondencji, zdjęć, notatek odręcznych, dokumentów urzędowych i księgowych… Aby się z nimi uporać, musiałam maksymalnie wykorzystać dwa pozostałe dni.

Nie przewidziałam jednak przykrych żartów, jakie mógł zaplanować Julien. Od poniedziałku nie widziałam go ani razu, nie spotkałam go nawet na korytarzu. Założyłam, że wyjechał. Pozostałym mieszkańcom Pałacu nie robiło to żadnej różnicy. Być może Julien wywoływał w nich również cień obawy, ale przede wszystkim budził respekt. Nikomu ze służby nie przyszłoby do głowy kwestionowanie jego rozkazów, przychodzenie do niego bez wyraźnego zaproszenia czy proszenie go o jakąkolwiek przysługę. Ponadto ta niesamowita aura zapracowanego posłuszeństwa, w której każdy krzątał się co dzień przy wyznaczonych mu zajęciach, najwyraźniej nie została osiągnięta siłą. Naturalny autorytet Juliena zapewniał mu niekwestionowany posłuch, a jego zdystansowana uprzejmość i poczucie sprawiedliwości rozwiewały wszelkie pretensje. Wszyscy wypowiadali się o panu pochlebnie i doszłam do wniosku, że o żadnych karach cielesnych nie mogło być w tym miejscu mowy. Julien zapewne żartował sobie ze mnie i najprawdopodobniej nie zamierzał już więcej do tego wracać.

Niebawem miałam jednak zmienić zdanie na ten temat. W czwartek, w czasie południowego posiłku, Julien wkroczył do kuchni. Sądząc po minach moich współbiesiadników, nie zdarzało się to często.

– Pauline – zwrócił się do mnie – chcę cię widzieć jutro o dziesiątej.

– Rano? – zapytałam głupio.

Nie mogłam uwierzyć, że zamierzał obciąć mój tydzień o prawie cały dzień: to nie był już blef, to było oszustwo.

– Oczywiście, że rano – odparł.

Otworzyłam usta, żeby zaprotestować, ale wybił mi to z głowy jednym spojrzeniem. Nie chciałam okazać braku szacunku w obecności pozostałych. Opuściłam wzrok i wyszeptałam:

– Dobrze, proszę pana.

Uwijałam się przez całe popołudnie, żeby nadrobić zaległości. Ale materia stawiała mi opór, nie byłam w stanie znaleźć wspólnego mianownika dla dokumentów, moje działania stawały się coraz bardziej gorączkowe i chaotyczne. Nie poszłam na kolację. Byłam gotowa pracować przez całą noc, jeśli okazałoby się to konieczne, żeby nie pozwolić Julienowi zatriumfować w tak nikczemny sposób. Wtem, niedługo po dziewiątej wieczorem, drzwi się otworzyły. Stanął w nich Édouard i poprosił, żebym opuściła bibliotekę.

– Nie mogę, mam dużo pracy.

– Przykro mi, ale nie ma pani wyboru. Pan Julien niebawem będzie tu przyjmował gości. Nie życzy sobie, żeby mu przeszkadzano.

Wściekła, odłożyłam pudełko, nad którym pracowałam, i wróciłam do swojego pokoju.

Nazajutrz, dokładnie o dziesiątej, zapukałam do drzwi gabinetu Juliena wymięta i nieumyta, ubrana w dżinsy i rozciągnięty sweter, nieuczesana i z podkrążonymi oczami. Wstałam nieco przed szóstą, żeby wrócić do biblioteki i spróbować dokończyć pracę. Ledwie dostrzegłam panujący w sali bałagan i natychmiast rzuciłam się na dokumenty. Cztery dodatkowe godziny pracy zupełnie mnie wyczerpały, nie wystarczyły jednak, żeby porządnie przeanalizować archiwa. Stres paraliżował mnie całkowicie. Julien zaczął spotkanie od skomentowania mojego ubioru w dość żartobliwym tonie, po czym poprosił, abym usiadała naprzeciw niego, i powiedział:

– Proszę bardzo, słucham cię.

Przedstawiłam mu syntezę moich notatek, na tyle zwięzłą, że mogła wydawać się spójna. Zadał mi kilka dodatkowych pytań na temat kolekcji książek. Odpowiedziałam na nie bez trudności. Kiedy przeszedł do archiwów, oznajmiłam bez ogródek, patrząc mu prosto w oczy, że nie miałam czasu ich skończyć. Zmarszczył brwi:

– Jak to? Wydawało mi się, że zatrudniłem cię jako archiwistkę, czyż nie?

Opuściłam wzrok i milczałam, podczas gdy on mówił dalej:

– Jeśli dobrze rozumiem, spędziłaś cały czas, obijając się w bibliotece, sądząc, że zdążysz odbębnić pracę nad archiwami później. Nie mogę tego tolerować…

I stało się: miałam wrażenie, że wszystko sprzysięgło się, żebym znalazła się w tej sytuacji. Julien wstał, ja zrobiłam to samo, prawie nieświadomie, jak gdyby wyrzucona przez niewidzialną sprężynę. Patrzyłam, jak cicho przechodzi wokół biurka i staje za mną. Czułam jego obecność za plecami. Wstrząsnął mną silny dreszcz, kiedy Julien zbliżył usta do mojego ucha i szepnął:

– Opuść spodnie do kolan.

Wykonałam rozkaz powoli, starając się opanować drżenie rąk.

– Majtki też – dodał nieco głośniej.

Stałam jak skamieniała, nie mogąc wykonać żadnego ruchu.

– Chyba nie chcesz, żebym zrobił to sam? – zapytał z ironią w głosie.

Tak naprawdę niczego bardziej nie pragnęłam. Coraz mniej pewnie trzymałam się na nogach. Pochyliłam się do przodu i oparłam się dłońmi o biurko.

Poczułam, jak palce Juliena muskają moje biodra. Gdy zsuwał bieliznę po moich udach, wstrząsnęła mną fala gorąca. Następnie zdecydowanym gestem położył dłoń na moim karku, przechylił mnie nieco do przodu i cofnął się o krok. Namacalne wręcz napięcie trwało kilka sekund. W końcu jego dłoń gwałtownie wylądowała na moim lewym pośladku. Jęknęłam. Przez kilka minut bił mnie mocno, uderzając na przemian w prawy i lewy pośladek. Zacisnęłam zęby, nieruchoma, napięta. Postawiłam sobie za punkt honoru, aby nie osunąć się po którymś z uderzeń. Najsilniejsze z nich powodowały, że mój oddech rwał się, a mózg, oszołomiony nagłym napływem krwi, był bliski eksplozji. Jednak najbardziej dokuczliwy był nie ból, a świadomość, że moja odsłonięta wagina, będąc tak blisko okrutnej dłoni, pulsowała jak żywe serce, mokra od pożądania, wstrząsana niekontrolowanymi dreszczami. Kiedy chłosta została przerwana, spodziewałam się dalszego ciągu kary, jednak Julien polecił mi ubrać się, po czym otworzył drzwi i kazał wyjść. Rzuciłam mu spojrzenie pełne obawy, na które odpowiedział uśmiechem, a następnie zamknął za mną drzwi.

Oprócz nieustępującego bólu, możliwego jednak do wytrzymania, czułam gniew pomieszany ze wstydem. Nie potrafiłam skupić się na niczym. Postanowiłam w końcu, że zasłużyłam na weekend. Pobiegłam do pokoju, zebrałam swoje rzeczy, wskoczyłam za kierownicę i wróciłam do siebie.

Mieszkałam wraz z matką w dwupiętrowym domku w miasteczku, którego główną zaletą była bliskość autostrady prowadzącej do Paryża. Mój pokój przypominał sanktuarium złożone z pamiątek mojego dzieciństwa i nastoletniości. Tapeta z lat osiemdziesiątych o żywym kolorze sąsiadowała z różową wykładziną, tak grubą, że będąc dzieckiem, gubiłam w niej zabawki (które ostatecznie znajdowały się w odkurzaczu). Jako nastolatka przemalowałam część mebli na czarno i pokryłam tapetę naklejkami przedstawiającymi konie i koty, te z kolei zastąpiłam etykietami od piwa. Później przyklejałam plakaty grup rockowych i motywy indyjskie. Będąc studentką, zastąpiłam rockmanów Klimtem, Chagallem i Boschem. Dziś ta nieprawdopodobna mieszanka świadectw historii mojego życia tworzyła wszechświat dziwaczny, lecz dodający otuchy. Przez kilka godzin leżałam, patrząc w sufit i zastanawiając się, czy byłam wściekła, czy rozbawiona, obolała czy podniecona, upokorzona poniesioną karą czy może połechtana uwagą, którą musiał poświęcić mi Julien, aby osiągnąć swój cel.

Leżałam nieruchomo, ale w rzeczywistości moje ciało było pobudzone do granic. Co jakiś czas moim podbrzuszem wstrząsała seria odruchowych skurczy. Mój umysł nie był w stanie ich kontrolować. Podniecenie, podsycane przypływem adrenaliny za każdym razem, gdy przeżywałam całą scenę w myślach, wzmagało się tak, że nie potrafiłam go opanować. Nie zadałam sobie trudu, by przykryć się kołdrą. Moją dłoń wsunęła się między uda, po czym wślizgnęła pod materiał bielizny i zjechała aż do ciepłej i wilgotnej szparki, która zdradzała rozpalające mnie pożądanie. Mokry palec wrócił wyżej, na mój guziczek rozkoszy. Wykonując obsesyjnie okrężne ruchy, potęgował napięcie, od którego aż drżały mi nogi. Z trudem łapałam oddech, zamknęłam oczy, kropla potu spłynęła po mojej skroni. Moja dłoń nie zmniejszała nacisku, poruszając się coraz szybciej. Przygryzałam wargi i kiedy usłyszałam w głowie niski, zmysłowy głos Juliena rozkazujący mi, abym opuściła majtki, moje ciało zalał strumień energii, a orgazm wywołał niekontrolowaną falę, podnosząc moje biodra. Napawając się tymi mimowolnymi skurczami, ssałam palce, by poczuć nieco cierpki smak mojej rozkoszy. Czułam pewną niechęć do tej ciągnącej się substancji, ale kazałam sobie ją zlizywać, jak gdyby karząc siebie samą za to, że pozwoliłam jej ze mnie wypłynąć. Ten seans masturbacji przyniósł mi jedynie przelotną ulgę. Po kilku samotnych orgazmach byłam wyczerpana, znużona spazmami, ale wciąż trawiło mnie to samo uczucie niezaspokojonego głodu.

Drugi tydzień niczym nie różnił się od pierwszego. Podczas poniedziałkowej rozmowy, pomimo moich prób przyjęcia bardziej stanowczej postawy, Julien nie pozostawił mi żadnego pola manewru. Im gwałtowniej obstawałam przy swoich racjach, tym mniej był skłonny do ustępstw. Wyszłam z jego gabinetu z zupełnie nierealnym planem pracy. Udało mi się wynegocjować jedynie zapewnienie, że nasze piątkowe spotkanie odbędzie się nie wcześniej niż o szesnastej. Na domiar złego Julien przyjął nową strategię, za pomocą której, jak zwykle, chciał wytrącić mnie z równowagi. O ile w pierwszym tygodniu pozwalał mi pracować w spokoju, o tyle teraz bezustannie wywierał na mnie presję. Za każdym razem, gdy mijaliśmy się na korytarzu, pytał, jak postępują prace. Raz lub dwa razy dziennie zachodził do biblioteki, żeby sprawdzić, czy pracuję. I to działało. Zupełnie straciłam wiarę w siebie. Dokumenty wydawały mi się niezliczone i niezrozumiałe, szczególnie księgi rachunkowe, które nie przypominały mi niczego, co miałam okazję widzieć wcześniej. Ponad połowa dokumentów urzędowych była zakodowana. Nie widniały na nich ani nazwiska, ani daty, jedynie ciągi znaków w kolumnach, które nie sposób było zinterpretować na poczekaniu. Do piątku praca nie posunęła się ani o krok.

– Mówiłam panu, że nie dam rady – przypomniałam Julienowi.

– To nie jest usprawiedliwienie – odparł. – Wiesz, jaką mamy umowę.

Wymierzał mi klapsy mocniej i dłużej niż poprzednim razem, budząc we mnie te same sprzeczne uczucia. Wyszłam z jego gabinetu z rumieńcem wstydu na policzkach i łzami w oczach. Najbardziej raniła mnie nie kara, której mnie poddawał, ale poczucie, że całkowicie na nią zasłużyłam. Praca nie posuwała się do przodu, nie dochodziłam do niczego, wątpiłam w siebie i w to, że jestem w stanie dobrze wykonać zadanie. Cierpiałam, czując, że nie potrafię stanąć na wysokości zadania, i wiedząc, że metody Juliena nie zmienią się ani trochę. Spodziewałam się, że w końcu mnie zwolni i ta perspektywa przygnębiała mnie najbardziej.

W istocie, Julien miał najwidoczniej jeden cel: przyłapać mnie na błędzie i tym samym zdobyć pretekst, by mnie ukarać. Wykazywałam mnóstwo dobrej woli, ale on okazywał tylko złą wiarę – zmierzaliśmy donikąd. Rozmyślałam o tym przez większą część nocy z niedzieli na poniedziałek, w domu mamy. Byłam zbyt zdenerwowana, żeby zasnąć. Nie miało większego znaczenia, że pojawię się w Pałacu dopiero w poniedziałek rano, o świcie. Przybyłam na miejsce uzbrojona w jedno nowe postanowienie: nie pozwolić więcej wybić się z rytmu. Skoro nie potrafiłam uniknąć dawania Julienowi podstaw do wymierzenia mi kary na koniec tygodnia, postanowiłam płynąć z prądem: jeżeli chciał pretekstu, żeby mnie zbić, zamierzałam mu go dać. Ale nie za wszelką cenę. Zależało mi również na postępach w pracy. Nasza poranna rozmowa nie trwała nawet dziesięciu minut. Zgodziłam się na wszystkie żądania Juliena, nawet te zupełnie niewykonalne, i nie stawiałam żadnych warunków. Pozwolił mi wyjść, marszcząc brwi z wyrazem lekkiego zdziwienia. Od tej chwili zaczęłam z premedytacją ignorować jego wytyczne. Należało zacząć od nowa, dotrzeć do źródeł. Pierwsze dwa dni poświęciłam na poszukiwania w Internecie. Używałam komputera znajdującego się nad kuchnią, w świetlicy. Mieliśmy tam salon z biurkiem i telewizorem, palarnię, łazienkę z jacuzzi. Marie, kucharka, dogadzała mi, przynosząc kawę, ciasteczka lub rumianek, w zależności od pory dnia. Trzeci i czwarty dzień spędziłam w Wersalu, gdzie kontynuowałam moje poszukiwania w bibliotece miejskiej, a następnie w archiwum departamentalnym w Montigny-le-Bretonneux. W piątek zasiadłam znów przed komputerem, aby zredagować dokumenty.

Gabriel Armand Andringer urodził się w Houdan w 1861 roku. Jego matka pochodziła z rodziny posiadaczy ziemskich, którzy wzbogacili się na hodowli kur słynnej rasy Houdan. Po ojcu odziedziczył przedsiębiorstwo sukiennicze o dwupokoleniowej tradycji, wraz z butikiem w Rambouillet i drugim w Dreux. W 1882 roku poślubił Agnès de la Charmoie, jedyną córkę i ostatnią spadkobierczynię podupadłego rodu szlacheckiego. Dobra sytuacja finansowa jego przedsiębiorstwa pozwoliła mu na zainwestowanie znacznej sumy w rezydencję rodziny Agnès. W jej posiadaniu było wiele hektarów lasu w pobliżu Saint-Léger-en-Yvelines, w granicach lasu Rambouillet. Znajdował się tam osiemnastowieczny pałac, wówczas grożący zawaleniem. Został on całkowicie odnowiony, zgodnie z oryginalnym wystrojem architektonicznym, w latach 1889–1892. W 1895 roku Gabriel Armand Andringer de la Charmoie (tak się już wówczas tytułował) otworzył nowy butik w Paryżu, przy ulicy Bergère, w dziewiątej dzielnicy. Butik szybko zaczął przynosić dochody. Służył również jako przyczółek intensywnej aktywności eksportowej, szczególnie w kierunku Anglii. Działalność ta pozwoliła Gabrielowi Armandowi, Agnès oraz ich trzem synom – Philippe’owi, Jacques’owi i Clémentowi (urodzonym odpowiednio w 1883, 1887 i 1890 roku) – wieść dostatnie życie.

Gabriel Armand był bibliofilem i miłośnikiem literatury współczesnej. Interesował się ponadto pikantną literaturą wydawaną w drugim obiegu. Wznowione wydanie dzieła Jules’a Gay pod tytułem Bibliografia dzieł dotyczących miłości, kobiet, małżeństwa oraz książek frywolnych etc. przytacza w tomie czwartym, wydanym w 1900 roku., bibliotekę Gabriela Andringera de la Charmoie jako jedno ze zbiorów dzieł najnowszych. Można przypuszczać, że J. Lemonnyer, księgarz z Rouen i autor wznowionego wydania bibliografii Jules’a Gay (której pierwsze wydanie pochodzi z 1861 roku), miał dostęp do biblioteki Pałacu przed 1899 rokiem. Gabriel Andringer de la Charmoie musiał więc już w owym czasie wydawać przyjęcia z seansami erotycznymi. [Archiwa Pałacu potwierdzą tę datę]. Ponadto późniejsza (1930) Bibliografia dziewiętnastowiecznej powieści erotycznej Louisa Perceau również wspomina, choć w sposób zawoalowany, o Pałacu. Katalog aukcji archiwów Louisa Perceau z 2007 roku zawiera dzieło autorstwa P. Andringera, datowane na 1902 rok, opublikowane z pewnością nieoficjalnie i zatytułowane Nieszczęścia i niepowodzenia panny Pinson, czyli pierwszy cios szpicrutą. To sugeruje, że najstarszy, dziewiętnastoletni syn Gabriela Andringera, był już wówczas gotów, by kontynuować dzieło ojca. [Nie znalazłam jeszcze cytowanego dzieła w bibliotece]. Gabriel Andringer zmarł w 1934 roku. Philippe nadal mieszkał w Pałacu wraz ze swoją żoną Catherine, z którą miał dwóch synów i córkę. Jego młodszy brat Clément zginął na wojnie w 1916 roku w wieku 26 lat. Nie miał dzieci. Nie wiadomo, co stało się z Jacques’em (drugim synem G.A.).

W piątek o godzinie szesnastej stawiłam się u Juliena ze świeżo wydrukowaną kopią zebranego dossier. Stałam w milczeniu przed jego biurkiem, spodziewając się burzy. Pośpiesznie rzucił okiem na te kilka stron maszynopisu, po czym zapytał:

– Co to ma być?

– To są elementy biografii pana przodka, fundatora pałacu. Można je uważać za elementy kontekstu. Kiedy zacznę robić inwentarz, będę dzięki nim…

– Chwileczkę – przerwał mi – o nic podobnego cię nie prosiłem. Skąd wzięłaś te informacje? Z archiwum?

Opowiedziałam mu, jaką rundkę odbyłam w poszukiwaniu dokumentacji – że bibliografię znalazłam w bibliotece wersalskiej, akta stanu cywilnego w archiwum okręgowym. Julien patrzył na mnie w osłupieniu. Sądzę, iż ani przez chwilę nie wyobrażał sobie, że mogłabym zajść (zarówno dosłownie, jak w przenośni) tak daleko. Podniósł się z wolna, a ja poczułam ukłucie w żołądku. W obliczu grożącego mi niebezpieczeństwa odwaga zaczęła mnie opuszczać. Spróbowałam wziąć się w garść.

– Proszę posłuchać, wiem, że nie o to mnie pan prosił, ale i tak miał pan zamiar mnie zbić. Nie widzę więc różnicy.

I aby poprzeć moje słowa gestem, oparłam ręce na biurku i pochyliłam się, przybierając pozę stosowną do przyjęcia kary. Szybko uniosłam ręką lekką spódniczkę, którą wybrałam specjalnie na tę okazję, i odsłoniłam swój nagi tyłeczek, gotowy na lanie. Na ten widok Julien uniósł brwi. Z całkowitym spokojem przełożył w inne miejsce dwie sterty leżących przede mną dokumentów, aby zwolnić biurko. Następnie, uśmiechając się nieco drwiąco, rozpiął pasek i powiedział:

– Zaraz poczujesz różnicę.

Zdjął pasek i złożył go na pół, tworząc pętlę, którą trzymał w lewej dłoni. Obszedł biurko dookoła i kazał mi się położyć na blacie z wiśniowego drewna. Skrzyżował mi ręce na plecach i chwycił je mocno prawą dłonią na wysokości nadgarstków. Zaczął uderzać moje pośladki paskiem, z początku leciutko, stopniowo coraz mocniej. Jęczałam i podskakiwałam pod ciosami. Przy każdym razie odczuwałam w skroniach krótką eksplozję bólu. Wreszcie przestał. Pomyślałam z ulgą, że teraz mnie puści, tymczasem on jeszcze bardziej zacieśnił uchwyt i powiedział cynicznie:

– Uważaj. Tym razem będzie bolało.

Odpowiedziałam pełnym niedowierzania mruknięciem, a on uderzył mnie wówczas mocno między uda. Zalał mnie niesamowity ból. Krzyknęłam. Nie byłam w stanie spokojnie leżeć, lecz on bił raz za razem delikatną skórę między moimi nogami. Próbowałam się wyrwać z jego żelaznego uścisku. Tłumaczył mi, że mam się uspokoić i być rozsądna, ale nie przestawał mnie bić, zręcznie celując w najwrażliwsze miejsce, w których uda łączą się z pośladkami i delikatną skórą krocza.

Kiedy wreszcie mnie puścił, odwróciłam się ku niemu, ocierając łzy i masując obolałe pośladki. Przyglądał mi się z uśmiechem, nie wypuszczając paska z dłoni, z wyrazem twarzy psotnego dziecka. Zdziwiłam się, że nie odczuwam poniżenia ani wstydu. Zadał mi o wiele gorszy ból niż kiedykolwiek wcześniej, a ja poczułam się silna i dumna, że starczyło mi odwagi, by wytrwać do końca.

– A teraz zmiataj, bo jak nie, to zacznę od początku.

Nie musiał mi tego dwa razy powtarzać.

Spotkałam się z nim ponownie w poniedziałek rano, w tym samym miejscu, ale w znacznie lepszym nastroju. Byłam zdecydowana kontynuować moją strategię postępowania. Spodziewałam się, że będę zmuszona stawić czoło nowej taktyce Juliena, mającej przyprawić mnie o utratę zimnej krwi. Tymczasem on na powitanie zaproponował mi kawę i powiedział:

– Doceniam to, co zrobiłaś w ubiegłym tygodniu.

Skrzywiłam się, zastanawiając się, czy miał na myśli moją pracę, czy też odwagę, którą okazałam wobec niego.

– Pod jakim względem? – zapytałam.

– Pod oboma – odpowiedział z uśmiechem – treści i formy. W czasie weekendu przeczytałem twoje dossier i myślę, że może ono stanowić punkt wyjścia wielu interesujących badań. Co masz zamiar robić teraz?

Zdziwiłam się nieco, że się zrobił taki dobrotliwy, ale postanowiłam odpowiedzieć mu szczerze. Wyjaśniłam mu, że zamierzam zacząć od sporządzenia inwentarza najstarszych dokumentów, na razie bez klasyfikowania, aby przekonać się, czy uda mi się w nich znaleźć powiązania z kontekstem historycznym. Liczyłam, że w ciągu tygodnia zdołam przejrzeć dwa do czterech pudeł.

– W porządku – powiedział.

– Chcę przez to powiedzieć, że naprawdę to zrobię – uściśliłam.

Chciałam uniknąć jakiejkolwiek dwuznaczności. Pragnęłam, żeby zrozumiał, że nie jestem skłonna wchodzić w jego absurdalną grę polegającą na sztucznym zwiększaniu obciążenia pracą, aby stworzyć pretekst do karania – jakkolwiek by było ono podniecające.

– Dobrze, rozumiem – odpowiedział.

– A więc jak? Czyżbym miała prawo do tygodnia wytchnienia? – usłyszałam własne prowokacyjne słowa.

Moja bezczelność rozbawiła go. Pochylił się do przodu, przez biurko i powiedział poufnym tonem:

– Posłuchaj, Pauline, zaczynamy się po trochu poznawać. Przekonałem się już, na co cię stać. Pokazałaś w zeszłym tygodniu, że zaczynasz rozumieć, jak działam. Więc przestańmy owijać w bawełnę. Wykonasz prawidłowo swoją pracę – do czego jesteś z pewnością zdolna i już to udowodniłaś. Gdy przyjdziesz w piątek, to ci powiem, czy mam ochotę cię bić, czy nie.

Zacisnęłam zęby, gdyż uświadomiłam sobie, że nie takie były warunki umowy. A jednak odczuwałam prawdziwą ulgę na myśl, że będę mogła pracować bez tego miecza Damoklesa nad głową. W głębi duszy czułam, że byłabym rozczarowana i sfrustrowana, gdyby po prostu zrezygnował z cotygodniowego bicia.

– Jak pan sobie życzy – oświadczyłam i wyszłam.

Wzięłam się do pracy w radosnym nastroju, który sprawiał, że szybciej myślałam i skuteczniej działałam. Pracowałam na półpiętrze biblioteki. Otwierałam pudła, odcyfrowywałam dokumenty, sporządzałam niezliczone notatki, które co wieczór przepisywałam na służbowy komputer. Julien codziennie mnie odwiedzał, ale zawsze o tej samej porze – nigdy nie próbował mnie zaskoczyć. Siadał koło mnie na podłodze, na półpiętrze, opierał się o drewnianą balustradę, a ja pokazywałam mu co ciekawsze miejsca, które wcześniej zaznaczyłam żółtymi i niebieskimi papierowymi paskami.

Wstępny inwentarz archiwów Pałacu Charmoie

Korespondencja

– Listy adresowane do Gabriela Armanda Andringera i kopie listów wysłanych (1882–1934) – pudło B1

– Listy adresowane do Phillipe’a Andringera de la Char­moie i kopie listów wysłanych (1899–1967) – pudła B2 i B3

– Inne: listy adresowane do Agnès de la Charmoie, Catherine Hubert, z męża Andringer, Jacques’a Andringera de la Charmoie – pudło B4

– Korespondencja i inne dokumenty związane z osobą Clémenta Andringera de la Charmoie: listy do Clémenta, listy z frontu od Clémenta do rodziny oraz dwa notatniki z czasów wojny (1902–1916) – pudło B5

Fragmenty korespondencji świadczące o seansach sadomasochistycznych w Pałacu od roku 1898

Fragment listu Marie-Amélie de Fortange z 3 kwietnia 1898 roku do Agnès de la Charmoie

Moja droga,

doszły mnie słuchy, że Wasz dom rodzinny stał się siedliskiem trudnej do nazwania rozpusty. Spotkałam w Deauville panią Masserot (…), która opowiedziała mi straszne rzeczy o Twoim mężu. (…) Mówi się nawet, że gustuje w perwersji polegającej na tak zwanym angielskim zboczeniu (…) i, że odbywają się u was specjalne wieczorki poświęcone takim praktykom! Proszę, wyprowadź mnie z błędu (…).

Fragment listu Raoula d’Entremonta z 21 grudnia 1898 roku do Gabriela Andringera:

Drogi przyjacielu!

Jakiż wspaniały był piątkowy wieczorek. Sądzę, że ten nadęty głupek S*** nie ośmieli się już nigdy podawać w wątpliwość Twojego gustu, jeśli chodzi o wyrafinowane przyjemności! Trzeba było go widzieć, kiedy przedstawiałeś mu małą Fanny. (…) Musiała być wcześniej doskonale wyszkolona. Mam nadzieję, że wkrótce znów nas zaprosisz w Twe progi, abyśmy mogli dzielić z Tobą równie wysublimowane i grzeszne uciechy.

Fragment listu podpisanego „Maria” z 3 lipca 1899 roku, do Philippe’a:

Mój drogi