Pakiet ebooków autorstwa Nadii Hamid: Gorzka pomarańcza, Jarzmo przeszłości, Dzieci szariatu - Nadia Hamid - ebook

Pakiet ebooków autorstwa Nadii Hamid: Gorzka pomarańcza, Jarzmo przeszłości, Dzieci szariatu ebook

Nadia Hamid

5,0
54,90 zł

lub
Opis

"Gorzka pomarańcza"

Autorka książki jest Polką z Pomorza, która w latach 80. ubiegłego wieku wyszła za Libijczyka studiującego w Polsce, a następnie wyjechała na stałe do jego kraju. Radykalnie odmienne obyczaje, prawo szariatu, jawna dyskryminacja kobiet podzieliły małżonków, zmieniając ich uczucie i codzienność w koszmar. Muchtar okazał się kameleonem – w Polsce delikatny i tolerancyjny, u siebie stał się panem i władcą, stawiającym za wzór żonie chrześcijance swoją jedynie słuszną religię oraz wyidealizowaną matkę muzułmankę. Zdecydowany bunt Nadii w obronie własnej godności i podmiotowości zrodził w końcu brutalną przemoc i... plan ucieczki z „islamskiego raju”.

Dramatyczne losy autorki – która tutaj ukrywa się pod pseudonimem, nadal obawiając się ingerencji w jej życie tamtej przeszłości – przeplatają się z ciekawymi obserwacjami. Oprócz wątków niemal kryminalnych „Gorzka pomarańcza” jest bogatym źródłem wiedzy o arabsko-muzułmańskiej mentalności oraz obyczajowości, a zwłaszcza o życiu rodzinnym – pokazywanym tu barwnie i różnorodnie. Dzięki temu książka ta ma także walory dobrego reportażu uczestniczącego.

Nadia odzyskała wolność w 1997 roku, a swoje pouczające wspomnienia spisała dziewięć lat później. Trafiają one w czas, kiedy zderzenie religii i cywilizacji staje się problemem Europy, a nie tylko nieostrożnych polskich dziewczyn zakochujących się w śniadych studentach z Afryki.”

"Jarzmo przeszłości. O Polce, żonie muzułmanina, która uciekła z islamskiego >>raju<<"

Nadia zakochuje się w Libijczyku, wychodzi za mąż i wyjeżdża do Afryki. Radykalnie odmienne obyczaje, prawo szariatu, dyskryminacja kobiet zmieniają życie małżonków w koszmar. Nadii wraz z dziećmi udaje się uciec od męża i wrócić do Polski. Tak kończy się „Gorzka pomarańcza”, która podbiła serca czytelników. Odzyskanie wolności okazało się jednak tylko pozornym happy endem. Druga część tej historii to zderzenie bohaterki z brutalną rzeczywistością. Konsekwencje swoich decyzji, włączając w to rozwód, do którego doszło po kilku latach pobytu w Polsce, ponosi do dziś.

Książka ta jest oparta na autentycznych wydarzeniach. Świadczy o tym, jak jeden zły wybór dokonany w młodości może zaważyć na całym późniejszym życiu – również najbliższych osób. Niech będzie przestrogą dla wszystkich kobiet, które decydują się na związek z człowiekiem odmiennej kultury, wyznania, mentalności, bo to wiąże się także z innym postrzeganiem i rozumieniem spraw dotyczących małżeństwa oraz rodziny.

"Dzieci szariatu. Losy tych, o których upomniał się islam"

Po tej lekturze nic już nie będzie takie samo. Pozostanie w sercu rana, która nigdy się nie zabliźni, bo o bohaterach tej książki nie da się zapomnieć. Ukazane tu dzieci to niewinne ofiary miłości rodziców wywodzących się z dwóch różnych i tak odległych od siebie światów. Polsko-libijskie pochodzenie stanie się dla nich przekleństwem. Muzułmańscy ojcowie odbiorą im wszystko: dzieciństwo, poczucie bezpieczeństwa, wolność, a nawet życie. Po stronie mężczyzn stoi prawo, religia i obyczaje panujące w ich kraju, po stronie krzywdzonych dzieci – jedynie bezradne matki.

Cztery dramatyczne historie oparte są na autentycznych wydarzeniach. Autorka poznała je, mieszkając przez lata w Libii i dzieląc los tamtejszych kobiet. Do Afryki zawiodła ją miłość. Zakochała się w ciemnookim studencie i wyszła za niego za mąż. O swoim życiu w arabskim kraju, ucieczce do Polski i rozwodowej batalii Nadia Hamid pisze w książkach „Gorzka pomarańcza” oraz „Jarzmo przeszłości”.

Niech te publikacje będą przestrogą dla kobiet, które decydują się na związek z człowiekiem odmiennej kultury, wyznania, mentalności, bo to wiąże się także z innym postrzeganiem i rozumieniem spraw dotyczących małżeństwa oraz rodziny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 474




GORZKA POMARAŃCZA

Okładka

Karta tytułowa

Od pierwszego wejrzenia

Urodziłam się w latach 60. XX wieku w Gdańsku, w zwykłej inteligenckiej rodzinie. Miałam kochających rodziców i o pięć lat starszego brata. W moim domu panował spokój i pełna harmonia. Nie wiedziałam, co to awantury i stresy z nimi związane. Dzieciństwo i wczesna młodość upływały mi w poczuciu bezpieczeństwa i miłości. Wyrosłam na pewną siebie młodą kobietę świadomą swoich wdzięków i atutów, które posiadałam. W późniejszym czasie, w trudnych sytuacjach przyszło mi nie raz je wykorzystać.

Byłam wrażliwa a jednocześnie odważna i podejmowanie ryzykownych wyzwań przychodziło mi z łatwością. Po ukończeniu szkoły średniej, mając dziewiętnaście lat, jak każda dziewczyna w tym wieku, lubiłam bawić się, tańczyć, marzyć o wielkiej miłości, snuć plany na przyszłość. I być może wszystko byłoby inaczej, gdyby nie ten grudniowy mroźny wieczór 1985 roku.

Moja serdeczna koleżanka Żaneta, z którą nie widziałam się bardzo długo, urządzała u siebie w domu prywatkę. Zaprosiła mnie na nią, mówiąc, iż ma dla mnie niespodziankę i muszę koniecznie przyjść.

– Dobrze – zgodziłam się. – Będę około dziewiętnastej.

Kiedy zjawiłam się u Żanety, zabawa trwała już w najlepsze. Dobra muzyka, jedzenie i alkohol, wykwintny jak na ówczesne czasy.

– Żaneto, skąd masz takie rarytasy?

– Przedstawię ci mojego chłopaka, to wszystko zrozumiesz.

Po chwili zjawił się – przystojny, młody, o egzotycznej urodzie. Typowy „mahoniowy gość”.

– Cześć, mam na imię Ali – powiedział po polsku z dziwnym akcentem. Zdumiona wyciągnęłam rękę. Po chwili pociągnęłam Żanetę w stronę kuchni.

– Co ty wyprawiasz? Przecież to Arab – zarzuciłam jej. – Za kogo ludzie cię wezmą?

– On jest wspaniały, nie taki jak nasze chłopaki – odpowiedziała. Rozpieszcza mnie do granic możliwości. To dzięki niemu stać mnie na różne przyjemności. Poza tym, my się kochamy.

– Ty chyba już kompletnie zwariowałaś. To są jakieś dzikusy. No, sorry, ale ja bym tak nie potrafiła.

– Nie bądź taką rasistką.

– Nie o to chodzi, ale jednak to wstyd… Przepraszam cię, to nie są moje klimaty – zaznaczyłam zdecydowanie.

– No dobra, może masz rację, ale przynajmniej zabawmy się dzisiaj – podsumowała Żaneta.

Zostałam. Atmosfera zrobiła się przyjemna. Przyszło jeszcze kilku znajomych Żanety i kilku kolegów Alego. Po chwili dowiedziałam się, iż są to studenci z Libii. Wszyscy zachowywali się bardzo kulturalnie i niczego nie mogłam im zarzucić. Wręcz przeciwnie, zdumiona byłam ich obyciem, umiejętnością prowadzenia rozmowy, dowcipem. Pomyślałam nawet, że byłam niesprawiedliwa i małostkowa. Jakim prawem oceniam ludzi, o których nie mam zielonego pojęcia.

Zrobiło się już późno, ale impreza trwała w najlepsze. Było miło i dopisywał mi humor. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi i gospodyni prywatki poszła otworzyć.

– Dobry wieczór – usłyszałam z korytarza – przepraszam, że przeszkadzam, ale szukam Alego. Mam pilną wiadomość dla niego od jego rodziny z Libii. Godzinę temu rozmawiałem z jego ojcem przez telefon.

– Wejdź, zapraszam – mówiła Żaneta.

– Nie będę wam przeszkadzał, tylko przekażę wiadomość i już mnie nie ma, mam dużo nauki. Ali może sobie pozwolić na zabawy, pracę magisterską pisze za rok. Nie to co ja, niedługo kończę studia.

– No co ty, wejdź, rozerwiesz się trochę.

– Dobrze, dziękuję, ale tylko na kilka minut.

– Dobry wieczór, mam na imię Muchtar – przedstawił się niespodziewany gość. – Przepraszam za nagłe najście.

Usiadł naprzeciwko mnie i spojrzał, jakby to mnie chciał osobiście przeprosić za kłopot, który być może sprawił swoim przyjściem. I wówczas, patrząc w jego oczy, pomyślałam, że to są najpiękniejsze oczy, jakie w życiu widziałam. Piękne, mądre i romantyczne.

Po chwili zaczęliśmy rozmawiać. Nie pamiętam, o czym, ale byłam już pewna, że inna mowa, kolor skóry czy odmienna kultura są niczym wobec porozumienia serc. One już wtedy coś sobie wyznały – coś, o czym sami nie mieliśmy jeszcze pojęcia…

– Będę musiał się już pożegnać. Pożyczyłem materiały od mojego promotora pracy magisterskiej i powinienem je jak najszybciej oddać – zaczął się zbierać do wyjścia.

– No to dobranoc.

– Czy jeszcze kiedyś się spotkamy?

– Nie wiem, być może – odparłam.

– Jak Bóg zechce, to się spotkamy. Będę go o to prosił – powiedział.

Minęło kilka dni i można powiedzieć, że zapomniałam o tym miłym wieczorze. Tymczasem, któregoś dnia rano, zadzwoniła Żaneta, informując mnie i przepraszając, że podała Muchtarowi numer mojego telefonu.

– Wybacz mi, ale on tak ładnie prosił i widać było, że bardzo mu zależy na rozmowie z tobą.

– Nie powinnaś była tego robić – powiedziałam, udając niezadowolenie. W głębi serca nie czułam wcale gniewu, lecz radość, że pamiętał o mnie.

– Nie rób tego więcej. Teraz będę musiała go jakoś spławić – zaznaczyłam na końcu rozmowy.

Nazajutrz wieczorem zadzwonił telefon, który odebrała mama.

– To do ciebie. Jakiś nieznany mi głos z niepolskim akcentem.

– To chłopak Żanety, mówiłam ci o nim – skłamałam szybko.

– Dobry wieczór, Nadio. Przepraszam za mój nieoczekiwany telefon. Mam nadzieję, że za bardzo się na mnie nie gniewasz?

– Nie, cieszę się, że mogę cię usłyszeć.

– Ja bardziej. Za kilka dni jest Sylwester i Nowy Rok, więc dzwonię, aby cię zaprosić na bal, który odbędzie się na promie. Będziemy pływać po Bałtyku. Byłbym zachwycony, gdybyś zgodziła się spędzić go ze mną.

Trochę mnie zatkało i w pierwszej chwili nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć, choć nie miałam wątpliwości, że tego chcę.

– Dobrze – odpowiedziałam krótko.

Sylwester i chwile, jakie tam spędziłam, pozostaną do końca mojego życia jako wspaniałe wspomnienie. To tej nocy rodziło się nasze uczucie, które miało nigdy się nie skończyć. Muchtar zajmował się mną czule, dbał, aby niczego mi nie brakowało. Wydawało mi się, że znamy się bardzo długo i nie istnieją między nami żadne różnice. Poznałam jego kolegów, którzy przyszli ze swoimi dziewczynami. Jedną z nich była Lucyna, która w późniejszym czasie stała się moją przyjaciółką.

Przez cały czas było romantycznie i przyjemnie. Kiedy po skończonym balu Muchtar odwiózł mnie taksówką do domu, oboje czuliśmy, że będziemy za sobą tęsknić.

– Zadzwonię w sobotę i znów się spotkamy. Nie mogę się już doczekać.

Muchtar i reszta studentów mieszkała w internacie, który mogli opuszczać w weekendy lub w czasie przerw od nauki.

– Ja także będę liczyła dni – odparłam i zamknęłam za sobą drzwi taksówki.

Od tego czasu każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem. Pewnego dnia zachorowałam na anginę i nie mogłam wyjść, aby się z nim spotkać. Postanowiłam zaprosić Muchtara do domu. Punktualnie o godzinie osiemnastej zadzwonił do drzwi naszego mieszkania. Otworzyła moja mama. Widok chłopaka – cudzoziemca wywołał u niej lekkie zakłopotanie i zdziwienie, szczególnie wielkość bukietu wspaniałych kwiatów, które wręczył jej oraz mnie. Wtedy też po raz pierwszy zobaczyłam obawę na twarzach rodziców. A może tylko tak mi się wydawało… Po wyjściu Muchtara zaczęli mnie o niego wypytywać, a ja chętnie odpowiadałam, chwaląc go i wymieniając jego zalety w nieskończoność.

Miłość i szczęście. Szczęście i miłość. Te dwa słowa przeplatały się ze sobą, towarzysząc nam cały czas. Dni i noce pełne zapewnień o wzajemnym uczuciu. Tymczasem czas płynął swoim niezmiennym, okrutnym rytmem. Zbliżało się zakończenie studiów przez Muchtara, obrona pracy magisterskiej, a co za tym idzie – moje rozstanie z ukochanym. Jednak my byliśmy już pewni, że nigdy i nic na świecie nie jest w stanie nas rozdzielić, bo siła naszej miłości przetrwa wszystko i połączy nas na zawsze.

Muchtar był najzdolniejszym studentem na roku, a jego promotor namawiał go, aby nie rezygnował z uczelni i starał się napisać doktorat. Była to również szansa na powrót do Polski. Musiałby tylko – jako przyszły oficer Libijskiej Marynarki Wojennej – uzyskać zgodę od władz swojego kraju.

– Nie martw się, moja ukochana, wyjeżdżam, lecz niedługo wracam, niech tylko uzyskam tę zgodę – zapewniał. – Mam nadzieję, że to nie zajmie zbyt dużo czasu i znów będziemy razem. Czy nie czujesz tego, że dobry Bóg nam sprzyja? Dostałem z uczelni bardzo dobrą opinię i ona na pewno mi pomoże.

Nadszedł dzień obrony pracy magisterskiej. Muchtar otrzymał bardzo dobrą ocenę. Wieczorem urządziliśmy przyjęcie, a na nim ogłosiliśmy nasze zaręczyny! Byliśmy szczęśliwi, lecz myśl o pożegnaniu nie dawała nam spokoju. Równocześnie chodziliśmy po sklepach i kupowaliśmy prezenty dla jego rodziny. Zwyczajem arabskim, każdy musi dostać jakiś podarunek. Muchtar szczególnie starannie wybierał prezent dla swojej matki. Wzruszał się zawsze, kiedy o niej mówił.

– Moja matka jest wyjątkowo dobrą kobietą, wszyscy ją lubią i szanują – podkreślał. – Zobaczysz, że kiedy ją poznasz, to ją polubisz, a ona ciebie. To bogobojna kobieta pozbawiona wad. W naszej religii mówią, że raj jest pod stopami matek – zaznaczał.

Syn, który tak bardzo kocha swoją matkę, musi mieć złote serce i być naprawdę dobrym człowiekiem – myślałam wtedy.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

JARZMO PRZESZŁOŚCI

Radość powrotu

Wokół mnie było mnóstwo ludzi, którzy oczekiwali na swoich bliskich wysiadających z samolotu. Zaczęłam rozglądać się nerwowo dookoła, szukając w tłumie moich rodziców. Nagle ich zobaczyłam. Stali tuż za mną i trzymali w objęciach Karimka, bacznie przyglądając się małemu Malikowi, którego po raz pierwszy ujrzeli na oczy. Chłopiec próbował powiedzieć coś do nich po arabsku – w jedynym języku, jaki znał. Serce stanęło mi na moment, rodzicom pewnie też. Popłynęły łzy, ale tym razem z radości. Oprócz ogarniającego mnie szczęścia, poczułam ogromną ulgę. Pomyślałam, że wszystko co złe, mam już za sobą…

Podróż z Warszawy w rodzinne strony minęła w radosnej atmosferze. Tato prowadził auto, a ja i mama rozmawiałyśmy bez przerwy. Opowiadania zdawały się nie mieć końca. Oczywiście mówiłam tylko o tym, co było dobrego, bo złe i okrutne wspomnienia już wówczas starałam się wyprzeć, wymazać z pamięci. Podczas drogi z okna samochodu podziwiałam wspaniałe przydrożne lasy i piękną soczystą zieleń. Jakże tęskniłam za tym widokiem przez te wszystkie lata spędzone na obczyźnie, gdzie zewsząd rozciągał się pustynny krajobraz. W Gdańsku przywitała nas piękna słoneczna pogoda – typowe polskie lato z bezchmurnym niebem i lekkim orzeźwiającym wiaterkiem. Wdychałam to powietrze do płuc jak uzdrawiający napar. Odpędzałam od siebie wspomnienie libijskiego gorącego wiatru wiejącego z pustyni, tzw. ghibli. Czuło się wówczas podmuch jak z nagrzanego piekarnika i ten nieznośny zgrzyt piasku w ustach, który wciskał się między zęby.

– O czym myślisz, córeczko? Jesteśmy już w domu. Twoja długa podróż dobiegła końca – głos mamy wyrwał mnie z zamyślenia.

– O niczym, mamo. Jestem po prostu zmęczona i bardzo, bardzo szczęśliwa.

Chłopcy pędem zaczęli wbiegać po schodach na trzecie piętro, by jak najszybciej dopaść do drzwi mieszkania. Ja z rodzicami i bagażami zostałam z tyłu za nimi. Usłyszałam niecierpliwy dzwonek i zaraz po nim zgrzyt klucza w zamku. W drzwiach stanęła moja najukochańsza babcia. Jakże marzyłam o tej chwili w czasach mojej udręki. Bardzo często przywoływałam w pamięci jej drobną postać jako najpiękniejsze wspomnienie mojego dzieciństwa. Tak bardzo się bałam, że już nigdy jej nie zobaczę. Ta myśl sprawiała mi wiele bólu. Teraz ją widzę i uściskom nie ma końca.

– A nie mówiłam, że ta niespodzianka, którą miała dla nas Nadia, to będzie dziecko? – powiedziała babcia, kiedy przestałam ją ściskać.

W czasie mojej drugiej ciąży, a także po narodzinach Malika postanowiłam, że nic nie powiem rodzicom, aby nie musieli się o mnie martwić. Wiedziałam, że mama będzie to bardzo przeżywać, a bałam się o jej zdrowie.

Przez pierwszych kilka dni odwiedzali nas sąsiedzi, a także brat ze swoją rodziną. Wszyscy zadawali te same pytania. Koniecznie chcieli wiedzieć, jak żyło mi się w Libii i dlaczego zdecydowałam się na powrót do Polski. Czy to już na stałe, czy tylko tymczasowo... Zawsze powtarzałam jeden i ten sam powód – doktorat Muchtara.

Bardzo dużo spacerowałam po swoim rodzinnym mieście, rozkoszowałam się odzyskaną swobodą. Mogłam decydować o własnych krokach, o planowaniu dnia, zakupach, które sama robiłam, i o zabawie ze swoimi dziećmi na świeżym powietrzu. Choć były to całkiem przyziemne rzeczy, sprawiały mi wiele radości. Jednak te beztroskie chwile, które sobie fundowałam, nie przesłoniły kłębiących się w głowie myśli. Co dalej zrobić ze swoim życiem, z nieudanym małżeństwem? Jaką decyzję podjąć, aby nie skrzywdzić dzieci? One przecież niczemu nie zawiniły. Zdawałam sobie sprawę, że tu nie ma złotego środka. Cokolwiek postanowię, one będą cierpieć.

Minął już tydzień od dnia naszego przyjazdu, a telefon milczał. Którejś nocy obudził mnie cichy dzwonek. Zerwałam się wystraszona i szybko podniosłam słuchawkę, aby dźwięk nie zakłócił snu domownikom.

– Dlaczego nie dzwonisz? Czekałem. Martwię się o was. Jak dolecieliście?! – usłyszałam znajomy głos.

– Nie było łączności – skłamałam, aby dać sobie jeszcze chwilę do namysłu, co odpowiedzieć, jaką ostateczną decyzję podjąć. Wtem, jakby na zamówienie, połączenie zostało przerwane.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

DZIECI SZARIATU

Utracona ojczyzna

Pod białym, okrągłym, plastikowym stołem – jedynym zresztą, jaki znajdował się w mieszkaniu – zastawiony dwoma krzesłami, siedział skulony mały chłopiec. Szczelnie zatykał sobie uszy, nie chcąc słyszeć, co dzieje się w pokoju. W takich chwilach zazdrościł młodszemu bratu, którego nic nie było w stanie obudzić. Karim skończył już sześć lat i był nad wyraz rozgarniętym chłopcem, bardzo wrażliwym i niestety nerwowym. W końcu usłyszał mocne trzaśnięcie drzwiami i nastała zupełna cisza – przerażająca, okrywająca tajemnicą dalszy bieg zdarzeń.

– Karimie, gdzie jesteś, synku?! – usłyszał wyczekiwany głos swojej mamy. Jak zawsze w takich sytuacjach, poczuł ogromną ulgę.

Jest – uradował się chłopiec – mama żyje i zaraz mnie przytuli. Te niepokojące myśli zbyt często pojawiały się w głowie małego dziecka.

Nadia pochyliła się i zajrzała pod stół, wiedząc dobrze, że tam odnajdzie synka. Zobaczyła jego duże, ciemne, świecące od łez oczy.

– Mamusiu, tak bardzo bałem się o ciebie, że on cię zabije.

Jak zwykle po usłyszeniu tych słów od swojego dziecka, kobieta była przerażona. Poczuła się winna strachu i złych emocji, jakich musi ono doświadczać. To było dla niej nie do zniesienia, bardziej niż ból i upokorzenie, jakiego doznawała od człowieka, którego kiedyś tak bardzo pokochała.

– Nie bój się, synku. Jestem tu z tobą i to się nigdy nie zmieni.

– Mamusiu, obiecujesz, że nie umrzesz?

– Obiecuję – odparła bez zastanowienia, lecz rzeczywistość była inna. Słowo „śmierć” często stawało się bardzo realne.

– Mamo, czy musisz się tak kłócić z tatą? Czy wszyscy dorośli tak się zachowują? – histerycznie zaczął pytać chłopiec.

W tym momencie dotarło do Nadii, że musi za wszelką cenę uratować siebie i swoje dzieci. Aby to zrobić, powinna schować gdzieś na samym dnie swojej duszy ten bunt, który w sobie nosi. On jej nie pomoże, a tylko z dnia na dzień pogarsza sytuację, aż doprowadzi do nieuchronnej tragedii.

– Obiecuję, synku, od dziś będzie inaczej…

– Co to znaczy „inaczej”, mamusiu? Czy inaczej znaczy lepiej?

Wkrótce Karim, ku wielkiej radości swojej arabskiej rodziny, rozpoczynał edukację szkolną w pierwszej klasie. Będzie już nie tylko mówił, co robił doskonale, ale i pisał arabskie litery jak rodowity Libijczyk. No i Koran – rzecz bezwzględnie najważniejsza. Pozna w oryginale słowo z nieba podyktowane za pośrednictwem anioła przez samego Stwórcę Wszechświata – Allacha. To podekscytowanie udzieliło się wszystkim ciociom i wujkom chłopca, jedynym wyjątkiem była jego matka, Polka. Choć zawsze uważała poznawanie i uczenie się obcych języków za ważne i potrzebne, szczególnie mowy własnych rodziców, to w tym przypadku wiedziała, że źródła owej euforii należy szukać gdzie indziej.

Nadia nie mogła zrozumieć, dlaczego tak bardzo zależy tym ludziom, aby zabić w dziecku poczucie przynależności do kraju jego matki, aby odebrać mu tożsamość. Zdawała sobie sprawę, jak ważną rzeczą jest umiejętność czytania i pisania, znajomość kultury i religii danego kraju, lecz nie mogła zdradzić się, jak bardzo świadoma jest pobudek swojej arabskiej rodziny. Odgrywana przez nią rola przykładnej żony muzułmańskiego męża miała być perfekcyjna. Polka pilnowała się na każdym kroku. Wiedziała, że inaczej nigdy nie uda się jej powrócić z dziećmi do swojej ojczyzny.

Karim dostrzegał przemianę mamy, a także to, że – zgodnie z daną mu obietnicą – w domu było inaczej, czyli spokojniej. Rozumiał doskonale, że jest w tym ukryty cel, o którym tylko ona wiedziała. Nadia pogodnie znosiła swój nieszczęsny los, lecz – jak ktoś mądry powiedział – oczy są zwierciadłem duszy. Jej oczy były smutne, ale bardzo czujne.

Ojciec Karimka, Muchtar, zakupił mu całą wyprawkę szkolną, w tym oczywiście podręczniki. To, co można było tam ujrzeć, przeraziłoby każdego rodzica. Znajdowały się w nich autentyczne zdjęcia przedstawiające wrogów, przede wszystkim żydów, zabitych przez bohaterskich muzułmanów, głównie z Palestyny. Najczęściej fotografie przedstawiały dzielnych zamachowców samobójców z uśmiechniętymi twarzami, oczywiście jeszcze za życia. Celem było oswajanie dzieci, już od najmłodszych lat, z widokiem tego rodzaju zbrodni oraz wpajanie im ideologii bohaterskiego czynu dla kraju, a przede wszystkim dla swojej fanatycznej religii.

Już na tak wczesnym etapie życia dzieci uczone są, że powinny brać czynny udział w świętej wojnie, czyli dżihadzie. Nie ma mowy, aby młodzi ludzie, którym nienawiść do innowierców wpajana jest od rana do nocy – w ich rodzinnych domach, w szkole, w telewizji, poprzez bajki dla najmłodszych – mieli inny pogląd na tę przemoc. To wszystko ma pobudzać do groźnego fanatyzmu. Dzieci dorastają z nienawiścią wpajaną im na każdym kroku. Są manipulowane w taki sposób, iż w dorosłym życiu zdecydowanie się na radykalny krok nie jest dla nich takie trudne. Nienawiść dzieli od zbrodniczego czynu tylko cienka linia. Do takiej szkoły miał zacząć uczęszczać synek Nadii.

Kiedy nadszedł ten ważny dzień, Karim ochoczo udał się na rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Nikt go nie odprowadził, bo nie ma w Libii takiego zwyczaju. Tamtejsi ludzie uważają, że dzieci rozpoczynające naukę powinny być już samodzielne. Matki zwykle posiadają już gromadkę młodszych pociech, poza tym nie mają dość swobody, aby bez wyraźnej potrzeby mogły opuszczać swój dom. Ojcowie zaś są albo bardzo zajęci, albo po prostu im się nie chce.

Pierwsze tygodnie w szkole minęły bez żadnej sensacji. Chłopiec wstawał codziennie wcześnie rano, a po zjedzeniu śniadania zakładał na plecy ciężką torbę i wychodził na lekcje. Na szczęście szkoła nie była zbyt oddalona od domu. Wszystkie dzieci szły piaszczystą ulicą pozbawioną chodnika, po której jak szalone jeździły samochody, zupełnie nie zważając na małych uczniów.

Nadia bardzo przeżywała tę wędrówkę syna, dając mu masę uwag, jak ma poruszać się na drodze. Z czasem jednak zachowanie Karima uległo zmianie. Zaczął ociągać się ze wstawaniem, a później robił wszystko, aby odwlec swoje wyjście z domu. Kiedy ojciec był obecny, robił to dyskretnie, lecz przy mamie buntował się ze łzami w oczach.

Nadia była przerażona zachowaniem syna szczególnie, iż on nie podawał żadnej konkretnej przyczyny swojego zachowania. Wiedziała na pewno, że cierpi i nie jest szczęśliwy w tej szkole.

Dla niej samej bolesna była świadomość, iż pierwsze litery stawiane przez synka nie są polskimi, a obcymi znakami pisanymi od prawej do lewej strony. Wreszcie Karim zaczął wracać ze szkoły w bardzo ubrudzonym ubraniu i czuć od niego było nieznośny odór – mieszankę moczu i kału z jakimś silnym środkiem do dezynfekcji. Konieczne stało się codzienne pranie, aby fartuch szkolny był gotowy na następny dzień. Nie było z tym problemu, bo rzeczy szybko schły w afrykańskim słońcu.

– Karimku, powiedz mi, co robisz w szkole, że jesteś taki brudny? – zapytała Nadia.

– Sprzątam ubikację – odpowiedziało dziecko, a w jego głosie kryło się zdenerwowanie.

– Jak to, ty sprzątasz? Dlaczego nie osoba do tego zatrudniona?

– Tak powiedział dyrektor naszej szkoły. Uczniowie mają sami po sobie sprzątać cały budynek, a ja tego nie znoszę. Nie chcę iść więcej do tej okropnej szkoły. Mamo, zabierz mnie z niej! – rozpłakał się Karim. – Oni nas tam biją za najdrobniejsze rzeczy. Nie można odezwać się jednym słowem ani nawet o cokolwiek zapytać.

Chłopiec wyciągnął przed siebie rączkę, a na otwartej dłoni Nadia zobaczyła czerwoną pręgę od uderzenia cienką witką. Przytuliła mocno synka, ale jej bezsilność była tak wielka, że nie mogła znaleźć słów pocieszenia. Pragnęła uwolnić go z tego horroru – udać się na lotnisko i uciec stąd jak najdalej.

– Wytrzymaj jeszcze trochę, Karimku – mówiła. – Wszystko będzie dobrze. Zaufaj mi, przecież nigdy cię nie okłamałam.

– Dobrze, mamusiu, dam radę – odpowiedział bardzo dojrzale.

Pewnego dnia, gdy już dawno skończyły się zajęcia lekcyjne i wszystkie dzieci rozeszły się do swoich domów, Karima jeszcze nie było. Nadia pełna lęku i złych przeczuć stała na balkonie, wyglądając na pustą ulicę. Wypatrywała swojego dziecka, ale zamiast niego dostrzegła męża, który posłał jej złowrogie spojrzenie. Był oburzony, iż jego żona – niczym bezwstydnica – wygląda przez balkon, wystawiając się na widok publiczny. To wbrew libijskim obyczajom. Nadii było wszystko jedno, jak zareaguje jej małżonek. Liczył się tylko Karim i troska o niego.

Po chwili ujrzała syna. Szedł wolno z bardzo nieszczęśliwą miną, ciągnąc za sobą swój plecak po wszędobylskim piasku. Ze ściśniętym sercem kobieta oczekiwała na to, co się stanie.

Muchtar wpadł do domu, złorzecząc i przeklinając od progu. Nadia jednak niczego nie czuła i nie słyszała, liczyło się tylko to, że synek jest cały i zdrowy. Zniosła wszystko, kiedy wyładowywał na niej swoją wściekłość, była już uodporniona na ból.

Po kilku godzinach, gdy w końcu nastała cisza, podszedł do niej Karim i tym razem to on ją mocno przytulił.

– Wytrzymaj, mamo, i bądź dzielna.

– Będę, synku – odpowiedziała. – Wytrzymam.

Nastał czas, kiedy mąż Nadii zaczął dostrzegać, że jego cudzoziemska małżonka złagodniała. Przekonał się, że jego ojczyzna – wraz ze wszystkimi panującymi zwyczajami i nakazami – stała się dla Polki miejscem do życia. Ustał w końcu jej bunt, narzekanie, a i sam islam stawał się dla niej religią coraz bliższą. Muchtar dziękował za to Bogu w swoich rytualnych modlitwach. Nadia zaczęła z należytą czcią traktować rodzinę męża, zgadzała się z nią we wszystkim, a jego karcenia w każdej postaci przyjmowała z pokorą i bez słowa skargi.

Allach jest wielki – myślał Arab, wznosząc oczy do nieba. Jego nieufność i podejrzliwość w stosunku do Nadii usypiała się coraz bardziej.

Któregoś dnia w przypływie dobrego nastroju, po miłych chwilach bliskości spędzonych ze swoją odmienioną żoną, Muchtar zaczął rozważać, czy nie byłoby dobrze zapisać Karimka do szkoły, która funkcjonowała przy ambasadzie polskiej. Uczęszczały tam dzieci Polaków, którzy przebywali na kontraktach w Trypolisie: lekarzy, inżynierów oraz pracowników administracyjnych ambasady.

– Co o tym sądzisz, Nadio? Czy Karim pogodziłby naukę w dwóch szkołach? Edukacja w tej polskiej odbywałaby się metodą eksternistyczną. Dałabyś radę przerabiać z nim materiał? Oczywiście nie zapominając o swoich obowiązkach względem rodziny – to priorytet bezdyskusyjny!

Serce Nadii z wrażenia biło jak oszalałe, lecz odpowiedziała chłodno, aby Muchtar nie zauważył niczego podejrzanego:

– Myślę, że tak, ale zapytajmy naszego syna, czy chciałby uczyć się języka polskiego.

Była pewna odpowiedzi swojego mądrego dziecka.

Karimowi, po usłyszeniu tej nowiny, zaświeciły się oczy. Zgodził się natychmiast, lecz ojciec kazał mu przyrzec, iż będzie stawiał naukę w arabskiej szkole na pierwszym miejscu. Chłopiec dał słowo.

– Niech Allach, drogi mężu, zawsze prostuje twoje ścieżki – powiedziała jego coraz bardziej bogobojna żona.

Karim zaczął uczęszczać do polskiej szkoły, gdzie miał zajęcia trzy razy w tygodniu. Nie było mu łatwo. Wracał z arabskich lekcji, na których przebywał od wczesnych godzin porannych, zmieniał plecak na ten z polskimi podręcznikami i jechał z ojcem do kolejnej szkoły. Muchtar w tym czasie, kiedy syn miał zajęcia, odwiedzał swoich kolegów mieszkających w pobliżu. Oddawali się wówczas męskim rozmowom oraz piciu tradycyjnej herbaty lub kawy. Po tak męczącym dniu nauki Karim musiał jeszcze odrobić pracę domową zadaną w libijskiej szkole.

Nadii sprawiało radość uczenie synka polskich liter. Chłopiec był bardzo pojętnym uczniem, z ochotą poznawał alfabet, zaczynał składać litery w słowa, czytając pierwsze zdania. Przeważnie uczyli się i odrabiali lekcje w czasie, gdy Muchtara nie było w domu. Kobieta obawiała się, aby jej radość i entuzjazm nie wzbudziły jakichkolwiek niepotrzebnych podejrzeń męża.

Jeden jedyny raz mąż zabrał Nadię, aby zobaczyła swoje dziecko uczące się w polskiej szkole. Weszła do klasy i ujrzała syna siedzącego w ławce wśród innych małych Polaków. Łzy wzruszenia pojawiły się w jej oczach. Karim wyróżniał się od reszty dzieci śniadą karnacją.

Czasami chłopiec buntował się przed pójściem do arabskiej szkoły, wymyślając coraz to nową dolegliwość. Raz skarżył się na ból brzucha, innym razem – gardła. Ojciec, gdy to usłyszał, zagroził mu, że jeżeli tak będzie postępował, przestanie zawozić go do polskiej szkoły. To oznaczałoby dla niego pozostanie z rodziną taty w czasie, gdy rodzice będą w Polsce. Takie realne zagrożenie podziałało na chłopca tak mocno, że nawet wtedy, kiedy naprawdę źle się czuł, nie skarżąc się na nic, wybierał się do swojej nielubianej szkoły. Jego mama dobrze rozumiała tę niechęć. Wiedziała, jak trudno uczyć się jednocześnie w dwóch szkołach, prawie w tych samych dniach i to w dwóch tak odrębnych językach pisanych w zupełnie inny sposób.

Arabskie znaki pisane są od prawej strony do lewej, nie ma wielkich liter ani drukowanych. Język ten pochodzi z rodziny języków semickich. Sprawę pogarszał jeszcze fakt, że niekiedy Karimowi myliło się, w jakim języku odpowiada, co bardzo złościło libijskie nauczycielki, które za taką pomyłkę wymierzały mu karę w postaci uderzenia linijką w otwartą dłoń. Rówieśnicy też nie byli lepsi, śmiejąc się z niego i przezywając od dziwaków.

W końcu nadszedł czas egzaminu, który decydował o ukończeniu pierwszej klasy w polskiej szkole podstawowej. Miał się on odbyć następnego dnia w samo południe. Karim trochę się stresował, lecz także cieszyło go to i był z siebie dumny. Dumna była również Nadia, w końcu włożyła w tę naukę całe serce. Muchtarowi to się nie spodobało.

– Dlaczego nie jesteś tak zadowolona z postępów syna w libijskiej szkole? Czemu nie słyszę twoich pochwał, gdy recytuje sury w Koranie? Co ty znowu, kobieto, knujesz? – nakręcał się coraz bardziej. – Żadnego egzaminu jutro nie będzie – oznajmił gniewnie, po czym zamknął się w salonie przeznaczonym dla mężczyzn. To oznaczało koniec dyskusji w tym temacie.

Nadia aż nadto dobrze znała jego arabski upór, który wraz z psychopatyczną naturą czynił z niego tyrana zdolnego do wszystkiego. Przez całą noc siedziała pod drzwiami pokoju, płacząc i prosząc go, aby nie robił tego dziecku, nie marnował jego wielkiego trudu. Wylewając morze łez, coraz trudniej było jej szukać słów i argumentów, które mogłyby wpłynąć na zmianę nieludzkiej decyzji małżonka.

Karim, leżąc na materacu, płakał cicho, aby nie obudzić swojego młodszego brata, Malika. Małe, niewinne dziecko znów było świadkiem czegoś, co nigdy nie powinno mieć miejsca. Chłopiec chciał wstać i być może zmusić ojca, aby otworzył drzwi, zmienił okrutną, niezrozumiałą decyzję, lecz strach nie pozwalał mu ruszyć się z miejsca. Słyszał płacz matki i był zupełnie bezsilny, pozbawiony od wczesnego dzieciństwa tej najważniejszej rzeczy w życiu każdego człowieka, jaką jest poczucie bezpieczeństwa.

Muchtar, nie robiąc sobie żadnych wyrzutów i nie zważając na płacz żony, spokojnie zasnął zamknięty w salonie. Nadia nie odeszła od drzwi, czekając na cud. Prosiła Boga, aby jej dopomógł, litując się nad dzieckiem, które pilnie uczyło się przez rok w dwóch szkołach. Przecież ta nauka nie mogła pójść na marne, bo to tak bardzo niesprawiedliwe.

Gdy minęła noc, Karim – jak gdyby nigdy nic – ubrał się i, gotowy do drogi na szkolny egzamin, zaczął stukać do pokoju śpiącego ojca. Mówił do niego spokojnie w jego ojczystym języku, co zawsze bardzo cieszyło Muchtara. Mały dobrze wiedział, jakich użyć argumentów, w jaki sposób można przypodobać się ojcu. Czuł, że tylko on może go przekonać, bo mamie się to nie uda, ona nie ma żadnych szans.

Po dłuższej chwili poruszył się klucz w zamku, a w drzwiach stanął zaspany Muchtar. Zażądał kawy. Karim nie odstępował go na krok, rozmawiając z nim, jakby o niczym nie miał pojęcia. Nadia nie słyszała, o czym dyskutowali. Wolała nie wchodzić mężowi w drogę, aby niczym go nie rozdrażnić. Do tego nie trzeba było wiele.

Wkrótce usłyszała trzaśnięcie drzwi wejściowych i głos bawiącego się Malika. A więc pojechali... Szybko zorientowała się, że zniknęła przygotowana torba z przyborami na egzamin. Odetchnęła z ulgą i – mimo ogromnego zmęczenia po ciężkiej, nieprzespanej nocy – poczuła znów przypływ nadziei na powrót do swojej ojczyzny.

Mąż i syn długo nie wracali. Zdążył już nadejść wieczór – duszny i gorący jak zwykle w letniej porze roku.

Karimek przyszedł sam. Ojciec podwiózł go przed dom, a sam pojechał w sobie tylko znane miejsce.

– Synu, nareszcie! – zawołała wzruszona a zarazem zdenerwowana matka. – Opowiadaj, zdałeś egzamin?

– Tak, mamusiu. Nie był wcale trudny, było wszystko to, o czym uczyliśmy się razem.

Nadii płynęły łzy po policzkach, tym razem z radości. W duchu dziękowała Bogu. Głęboko wierzyła, że jej nie opuścił, że jest przy niej, pomaga w najbardziej beznadziejnych momentach życia na obczyźnie.

– Mamusiu, wszystkie dzieci były ze swoimi rodzicami, tylko ja jeden byłem zupełnie sam. Tata nie wszedł do środka, tylko czekał na mnie w samochodzie, każąc mi się bardzo spieszyć.

Nadii zrobiło się smutno i bardzo przykro, że w tak ważnym momencie nie mogła być przy swoim synu.

– Obiecuję, że to się już nie powtórzy – odpowiedziała.

– Wiem, wiem, mamusiu, że to nie jest twoja wina, ale jego, mojego ojca.

Po tym wydarzeniu mogłoby się zdawać, że już wszystko będzie dobrze i zaplanowany wyjazd do Polski to tylko kwestia czasu. Nic bardziej mylnego. Została jeszcze libijska rodzina z babcią Fatmą na czele. Stara Arabka nie darzyła miłością dzieci „tej Polki” i zawsze stawiała sobie za cel zmącić spokój, pokrzyżować plany, a przede wszystkim skrzywdzić Nadię.

Teściowa kobiety buntowała swojego syna, jak tylko mogła, a on słuchał jej jak nigdy nikogo. Tym razem wpadła na szatański pomysł, aby zostawić Karimka w Libii. Za nic miała uczucia małego dziecka i jego rodzicielki.

Ta okrutna decyzja spowodowała chorobę dziecka. Strach przed porzuceniem i perspektywa pozostania z dziadkami doprowadziły do wysokiej gorączki z silnymi bólami brzucha. Awantura wywołana przez Muchtara pewnie zabiłaby Nadię, gdyby nie przypadkowa wizyta dziadka Ahmeda.

Karim siedział przy materacu śpiącej mamy, patrząc na nią z obawą, że już się nie obudzi. Płakał cicho. Przerażał go jej widok: napuchnięte oczy i ślady zaschniętej krwi na twarzy. Robił sobie wyrzuty, że jeśli ona umrze, będzie to jego wina. To zbyt wielkie obciążenie dla małego dziecka, które nigdy nie powinno być świadkiem tak bestialskiej przemocy. Nadia z trudem otworzyła oczy. Minęła chwila, zanim odzyskała świadomość, co się wydarzyło i gdzie się znajduje. Spojrzała na syna i lekko się uśmiechnęła.

– Gdzie Malik? – spytała o młodsze dziecko.

– Jest, mamusiu, bawi się z dziećmi sąsiadów.

Kobieta poczuła ulgę.

– Tak bardzo się bałem, mamusiu, że już się więcej nie obudzisz. A przecież obiecałaś mi, że nigdy nas nie opuścisz, że zabierzesz mnie do Polski.

– Zabiorę, synku – odrzekła i znów zapadła w sen.

Cała arabska rodzina w wylewny sposób żegnała się z dziećmi, co rusz upominając chłopców, aby nigdy nie zapomnieli, skąd pochodzą. Karima zawsze bardzo irytowało ciągłe twierdzenie, że jest Libijczykiem należącym do kraju ich przodków. Nie lubił, kiedy pomijano jego matkę, jakby ona w ogóle się nie liczyła. Nie zgadzał się z tym i przy każdej takiej okazji zdecydowanie oponował. Wówczas zaczynali mówić, że jest „pół na pół” – Polakiem i Libijczykiem. Chłopiec nie bardzo rozumiał, która połowa należy do jakiego kraju. To powodowało, że już od najwcześniejszych lat zachwiane było jego poczucie przynależności do jednej ojczyzny. Nie mogło się też obyć bez przypominania o wierze. Straszono wręcz dzieci wiecznym ogniem piekielnym, srogim gniewem Boga, jeśli tylko nie będą kroczyły jego prostymi ścieżkami. Karim był przerażony tą obietnicą, którą tutejsi dorośli tak żarliwie mu przekazywali. Tylko jego matka łagodziła te lęki, zapewniając go o nieskończonej dobroci Jezusa Chrystusa.

Chłopiec bez żalu opuszczał ojczyznę swojego ojca. Mieszkał w Libii od pierwszych lat swojego życia, lecz nie było mu dane wychowywać się w spokojnej, szczęśliwej rodzinie, na jaką bezwarunkowo zasługuje każde dziecko. Despotyczny ojciec wpadający w dziką furię z byle powodu, cierpienie mamy, wieczny lęk o jej zdrowie i życie nie sprzyjały prawidłowemu kształtowaniu się psychiki młodego człowieka. Było to przyczyną wielu późniejszych dysfunkcji, a przede wszystkim rozwoju nerwicy. Karim skrywał więc przed ojcem swą radość z powodu wyjazdu do kraju matki. To była słodka tajemnica jego i mamy. Kiedy tylko zostawali sami, pewni, że nikt ich nie usłyszy, chłopiec prosił, aby opowiadała mu o Polsce. Nadia robiła to z ochotą, sprawiając tym również sobie ogromną przyjemność.

– To jest najpiękniejszy kraj na świecie – zaczynała. – Najpiękniejszy, bo nasz. Nic i nikt nie zmusi nas do powrotu. Zobaczysz, będzie ci tam dobrze. To twoja prawdziwa ojczyzna.

Ojczyzna – jakie to wspaniałe i wzniosłe słowo – myślał Karim, słuchając opowieści matki, a później zasypiając z cudowną wizją wyjazdu do Polski.

Pomimo wielu przykrych wydarzeń Karim, wraz z młodszym bratem Malikiem i swoją mamą, doczekał się podróży. Był szczęśliwy i tylko wielkie napięcie, jakie wyczuwał od swojej rodzicielki, napawało go niepokojem. Opuszczali Libię, udając się do Tunezji, stamtąd do Rzymu, a dopiero następnego dnia mieli lot do Warszawy. Nie mogło być inaczej, gdyż wówczas na Libię nałożono embargo za działalność terrorystyczną, co skutkowało między innymi zakazem lotów z tego kraju.

Kiedy samolot kołował nad lotniskiem Okęcie, Karim ujrzał w oczach matki ogromną ulgę, jakby dopiero teraz upewniła się, że lecą w dobrym kierunku. Słychać było charakterystyczny pisk hamulców, maszyna stanęła nieruchomo jakby wryta nagle w ziemię. Pasażerowie zaczęli opuszczać pokład, kierując się do odprawy paszportowej. Odbywało się to bardzo szybko i sprawnie.

Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła się chłopcu w oczy, było otoczenie, a ściślej mówiąc ludzie – jacyś inni, przyjaźni, ładnie ubrani. Kobiety chodziły z wysoko uniesioną głową, z rozpuszczonymi włosami, których nie zakrywały chusty. Swobodnie rozmawiały z mężczyznami, niektóre pary nawet trzymały się za ręce. Od razu zauważył różnicę, jaka panuje w Europie. Słyszał o tym od swojej mamy, a teraz widzi to wszystko na własne oczy. Po chwili Karim zobaczył swojego polskiego dziadka i babcię – taką ładną, elegancką i tak pięknie pachnącą. Mówiła łagodnym głosem, bacznie przyglądając się przy tym młodszemu bratu, którego ujrzała po raz pierwszy.

Wszystko to zrobiło na chłopcu bajkowe wrażenie. Cieszył się, że ten jego kraj jest taki cudowny.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
GORZKA POMARAŃCZA
Okładka
Karta tytułowa
Od pierwszego wejrzenia
JARZMO PRZESZŁOŚCI
Okładka
Karta tytułowa
Radość powrotu
DZIECI SZARIATU
Okładka
Karta tytułowa
Utracona ojczyzna
Karta redakcyjna

Karta redakcyjna

Redakcja i korekta

Anna Gniewkowska-Gracz

Projekt okładki

Michał Mierzejewski

© Copyright by Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o., 2016, 2017, 2018

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o.

ul. Biskupa Dominika 11, 83-130 Pelplin

tel. 58 536 17 57, fax 58 536 17 26

[email protected]

www.bernardinum.com.pl

ISBN 978-83-8127-232-2

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Plik opracował i przygotował Woblink

www.woblink.com