Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 152 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pająki pana Roberta - Robert Pucek

Co łączy Arystotelesa z pająkami? Odpowiedź można znaleźć w tej książce. Pająki to bowiem niezwykła mieszanka: traktat arachnologiczno-filozoficzny, a jednocześnie zapis przyrodniczych spostrzeżeń mieszkańca głuszy, obserwującego, jak z kolejnymi porami roku zmienia się otaczający go świat. Pan Robert osiedlił się w chatce pod lasem – w chatce, która, jak się okazało, miała już całą rzeszę mieszkańców. Czytając dzieła wielkich uczonych – Martina Listera, Jeana-Henriego Fabre’a czy właśnie Arystotelesa – pan Robert dochodzi do niezwykłych wniosków: w życiu pająków odnajdują się figury różnych doświadczeń życia ludzkiego, takich jak macierzyństwo, tworzenie związków, szukanie swojego miejsca na ziemi.

Przy okazji odkrywa, że chociaż pająki pojawiają się w literaturze bardzo często, to zwykle niewiele tam prawdy o tych stworzeniach. Dlatego postanawia napisać swoją książkę, by – jak stwierdza – zasypać rów między naukami humanistycznymi a przyrodnictwem. I czyni to z humorem i dystansem.

To przedziwna książka. Niby o pająkach. Ale tak naprawdę jest to książka o czytaniu książek. W pierwszym rzędzie – o czytaniu księgi natury. Potem o czytaniu tekstów uczonych mężów, którzy tę pierwszą księgę studiują od wieków. I wreszcie o odczytywaniu księgi własnego życia – jak zwykle najtrudniejszej do zrozumienia. Autor podpowiada nam, że gdy przy tej ostatniej lekturze pogubimy się całkowicie, tropu wyprowadzającego z matni możemy szukać w kłębku pajęczyny wiszącej w kącie pod sufitem.

Krzysztof Środa

Opinie o ebooku Pająki pana Roberta - Robert Pucek

Fragment ebooka Pająki pana Roberta - Robert Pucek

Seria Menażeria

Już w księgarniach:

Andrew Westoll Szympansy z azylu Fauna. O przetrwaniu i woli życia

Wkrótce:

Bernd Heinrich Wieczne życie. O zwierzęcej formie śmierci

Robert Pucek

Pająki pana Roberta

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka Fotografia na okładce © by Hulton-Deutsch Collection / Corbis / Fotochannels Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Robert Pucek, 2014

Opieka redakcyjna Łukasz Najder Redakcja Tomasz Zając Korekta Anna Brynkus-Weber / d2d.pl, Zuzanna Szatanik / d2d.pl Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl Skład Alicja Listwan / d2d.pl

ISBN 978-83-7536-815-4

Cena 24,90 zł

Matce

Przedmowa

Chłopięciem jeszcze będąc, pan Robert wraz z przyjacielem łapał motyle. Była to pasja dość krótkotrwała, gdyż dusza pana Roberta była raczej duszą humanisty niż przyrodnika.

Potem jednak, długo potem, to właśnie humanistyka dopro­wadziła go z powrotem do przyrodnictwa. Zmuszony do zainteresowania się pszczołami, pan Robert natrafił na nazwisko Jana Swammerdama (1637–1680), holenderskiego uczonego i autora nieczytywanej już dzisiaj, ale znakomitej Bijbel der natuure.

Ów badacz przyrody i anatom jest w zasadzie ojcem współczesnej entomologii. Jak pisał później Maeterlinck, wymieniając zasługi Swammerdama dla samej tylko apidologii, to tenże genialny Holender „stworzył właściwą metodę badań naukowych, użył mikroskopu, zastosował wstrzykiwania, konserwując preparaty, sekcjonowanie pszczół, przez wykrycie jajników i jajowodów stwierdził ostatecznie płeć królowej, którą dotąd uważano za króla, i przez to rzucił niespodziewane zgoła światło na całokształt urządzeń społecznych ula, oparłszy je na macierzyństwie, a w końcu uskutecznił przekroje i rysunki plastrów tak doskonale, że do dziś służą one za ilustracje do wielu podręczników pszczelarskich”.

Spotkanie ze Swammerdamem było owocne i w pewien dodatkowy sposób przyjemne, albowiem Swammerdam większość swego życia spędził w Amsterdamie – mieście, w którym i pan Robert przeżył niemało lat, choć kilka wieków później. Krótko mówiąc, lektura Bijbel der natuure obudziła w panu Robercie fascynację zarówno życiem zwierząt niższych, jak i dziejami ­odkryć naukowych oraz przemyśleniami dawnych przyrod­ników.

Jak wytłumaczyć taką fascynację?

Pan Krzysztof, przyjaciel pana Roberta z czasów dzieciństwa, ten sam, z którym pan Robert łapał wspomniane na początku motyle, o przyrodnikach pisze w swej ostatniej książce tak: „Podziwiałem ich zawsze. Ale jednocześnie – samemu nie będąc całkowicie wolnym od podobnych, choć nieporównywalnie słabszych namiętności – zadawałem sobie pytanie, co nimi kieruje. I nie potrafiłem na nie odpowiedzieć. Dziś zaczynam podejrzewać, że ta z gruntu niepraktyczna fascynacja różnorodnością barw i kształtów jest zakamuflowaną formą religijności. Nie tylko dlatego, że można ją uznać za wyraz pokornego podziwu dla samej formy istnienia świata. Również z tego powodu, że towarzyszy jej – tak to sobie wyobrażam – przeczucie ukrytej za tą zmysłową formą tajemnicy”.

Choć światopoglądy obu panów różnią się pod wieloma względami, tu pan Robert musi się zgodzić ze swoim przyjacielem, gdyż rzeczona fascynacja i jemu wydaje się formą religijności. Ale religijności szczególnego rodzaju. Nie jest to religijność mistyczna i monistyczna jak, na przykład, u Mistrza Eckharta, która, jakby znużona różnorodnością świata, pragnie ujrzeć i poznać wszystko w jednym obrazie Boga i w tym celu zwraca się ku wnętrzu duszy, gdzie, jak sądzi, tli się boska iskra. Jest to raczej pluralistyczna religijność Leibniza, który w bogactwie zjawisk zmysłowych zachodzących w czasie i przestrzeni dostrzega współpracę wielu istot duchowych, czyli monad. O ile religijność mistyczna i monistyczna zdaje się odwracać od świata, nieco na modłę dawnej gnozy, o tyle religijność pluralistyczna, owa leibnizjańska monadologia, ładnie współbrzmi z rozwojem siedemnastowiecznego przyrodnictwa – jej jest zachwyt nad światem, fascynacja jego różnorodnością.

Przy czym panu Robertowi nie chodzi o to, że jedna z tych form religijności jest lepsza bądź prawdziwsza – z religijnego punktu widzenia to raczej kwestia rozłożenia akcentów.

Ale wróćmy do Swammerdama.

Pan Robert czytał Swammerdama, a także innych uczonych i filozofów, rozmaite historiografie malowniczego wieku XVII, coraz bardziej zachwycony, przeniknięty i zarażony duchem owej swoistej monadologii, a ponadto zaskoczony, że ów świat nie pasjonuje jego bliźnich w podobnym stopniu, jak fascynuje jego samego. Z każdą nową lekturą historia nauki i ludzkiej wokółnaukowej refleksji wydawała mu się o niebo bardziej interesująca niż dzieje wojen bądź polityki.

W ten sposób dusza pana Roberta dryfowała nieuchronnie w kierunku historii naturalnej oraz jej historiografii, które jednak wciąż w jego doświadczeniu i wyobraźni szły ramię w ramię z poezją i innymi rodzajami humanistycznej refleksji.

I wówczas – by nie rzec: w tym stanie ducha – zupełnie nieoczekiwanie, niemal przypadkiem, pan Robert natrafił na Martwą naturę z wędzidłem Zbigniewa Herberta, zbiór esejów, a pośród nich Piekło owadów, krótki tekst o Janie Swammerdamie. I ku swemu największemu zdumieniu odkrył, że wybitny poeta na trzech krótkich i pięknie napisanych stroniczkach fałszuje – być może nieświadomie – postać wielkiego przyrodnika w stopniu niepokojąco wykraczającym poza ramy licentia poetica, wykazując się przy tym niemałą ignorancją zarówno co do historii, jak i treści nauk przyrodniczych.

Zatrzymajmy się tu na chwilę, aby nikt nie posądził nas o goło­słowność. Otóż z Piekła owadów czytelnik dowiaduje się, że chorowity Jan Swammerdam w wieku lat dwudziestu pięciu rozpoczął studia medyczne w Lejdzie. Według Herberta wybór ten spotkał się z aprobatą rodziny, która miała nadzieję, że „zmiana środowiska, dyscyplina naukowa wpłyną dodatnio na okrzepnięcie chwiejnego charakteru jedynaka”.

To, że rodzina Swammerdamów wiązała jakieś nadzieje ze studiami Jana, jest więcej niż pewne, wzrusza ramionami pan Robert, podobnie jak i to, że od wielu lat nie był on już wówczas jedynakiem.

W chwilę później czytelnik zostaje poinformowany, że Jan „uczęszczał na wykłady matematyki, teologii i astronomii, nie zaniedbywał lektoratów, gdzie czytano teksty autorów starożytnych, pasjonowały go także języki orientalne. Najmniej uwagi poświęcał wybranej dziedzinie wiedzy – medycynie”.

Pan Robert zaczyna się irytować, albowiem ze zdań tych wyłania się postać młodzieńca niepraktycznego, o słomianym zapale, który niczym nie potrafi zainteresować się dłużej, a rzeczoną medycynę traktuje z wyraźną dezynwolturą i studiuje właściwie tylko dlatego, że gwarantuje mu to wsparcie finansowe ze strony ojca, znanego amsterdamskiego aptekarza. W żaden sposób nie widać tu młodego anatoma, który jeszcze jako student udowodnił, że wbrew temu, co sądzili niektórzy jego profesorowie, mięsień podczas skurczu bynajmniej nie zwiększa swojej objętości, albo tego, który odkrył erytrocyty i jako pierwszy zademonstrował zastawki w naczyniach limfatycznych.

Na dobrotliwych bogów!

„Jan skończył wprawdzie medycynę – ciągnie dalej Herbert, niezrażony rosnącą irytacją pana Roberta – ale przez całe swoje życie nie opatrzył ani jednej rany. Jego nową pasją, która nie opuściła go aż do śmierci, stało się badanie świata owadów. Entomologia nie istniała jeszcze jako odrębna dziedzina wiedzy. Jan Swammerdam zakładał jej fundamenty”.

To akurat jest prawda, kiwa głową pan Robert, kłopot w tym, że Herbert zdaje się owej prawdy nie rozumieć, albowiem nie docenia geniuszu naukowego kiełkującego w łonie siedemnastowiecznej burżuazji niderlandzkiej i zachowuje się niczym zrzędliwy starzec, którego jedyną pasją jest kondycja służby zdrowia.

Wreszcie w szóstym akapicie swojego tekstu Herbert stawia dwa wyjątkowo niezręczne pytania retoryczne. Pierwsze brzmi następująco: „Któż może dostrzec palec Boży w anatomii wszy?”.

Nie da się ukryć, że to właśnie Jan Swammerdam dostrzega palec „Boga Izraela” w każdym z najmniejszych stworzeń, także we wszy, jednak bynajmniej nie dlatego, że we wnętrzu owego zwierzątka znalazł ślad linii papilarnych, ani tym bardziej nie dlatego, że podejrzewa wesz o mądrość na miarę oślicy Balaama, ale po prostu dlatego, iż przekonał się naocznie, że tak zwane zwierzęta niższe, jeszcze w XVII wieku nagminnie podejrzewane o powstawanie z gnijącej materii organicznej, a często także o brak jakichkolwiek narządów wewnętrznych, zbudowane są według podobnej zasady, co zwierzęta wyższe, a nawet ludzie.

Innymi słowy, każde z nich, gdyby umiało mówić, mogłoby powiedzieć jak nieco młodszy od Swammerdama John Donne: „I am a little world made cunningly”.

Jeszcze bardziej zaskakujące jest drugie pytanie retoryczne, które brzmi: „Czyż jednodniowa łątka nie jest raczej odpryskiem nicości niż trwałą cegiełką bytu?”.

Jakkolwiek zgrabne, jest to pytanie bezsensowne, albowiem łątka, która jest ważką równoskrzydłą, żyje w postaci doskonałej jeden dzień wtedy i tylko wtedy, gdy po wyjściu z wody i przeobrażeniu, jeszcze przed zachodem słońca, padnie ofiarą jakiegoś drapieżnego zwierzęcia bądź zapalonego entomologa. Jeżeli natomiast los jej będzie sprzyjał – a wielu sprzyja – przeżyje wraz z innymi ważkami, jak Pan Bóg przykazał, wiele pięknych tygodni.

I to jest właśnie ten moment, w którym pan Robert ma już dość narracji wielkiego poety, który słyszy, że dzwonią, lecz nie wie, w którym kościele. Chodzi, ma się rozumieć, o to, że wbrew sugestii Herberta, Swammerdam swoją sławną rozprawę z 1675 roku poświęcił nie łątce, ale jętce!

Pomylenie łątki z jętką to nieporozumienie większe, niż gdyby pomylić Zbigniewa Herberta z George’em Herbertem. Owady te – jętkę i łątkę – i owszem, łączy przynależność do poddziału pierwotnoskrzydłych (Palaeoptera), związek ze środowiskiem wodnym oraz pewna skłonność do pojawiania się w poezji Dalekiego Wschodu, różnice jednak są zdecydowanie istotniejsze.

Po pierwsze, należą one do dwóch różnych rzędów – jętki do rzędu jętek (Ephemeroptera), łątki zaś do rzędu ważek (Odonata). Po drugie, dość wyraźnie różnią się też pokrojem. Druga para skrzydeł jętki jest znacznie mniejsza od pierwszej, podczas gdy u łątki są one niemal identyczne; odwłok jętki, w odróżnieniu od odwłoka łątki, który przypomina zapałkę, zakończony jest charakterystycznymi bardzo długimi przysadkami i wicią końcową, co sprawia wrażenie, jakby za owadem unosiły się dwa lub trzy długie włosy. Po trzecie, podczas gdy jętki w postaci dorosłej nie odżywiają się, w związku z czym ich narządy gębowe są uwstecznione, drapieżne łątki zjadają mszyce oraz inną owadzią drobnicę. Po czwarte, łątki, podobnie jak wszystkie ważki, kopulując, wykonują w powietrzu spektakularne akrobacje, przywodzące na myśl asany indyjskich joginów, gdyż otwór płciowy ich samców znajduje się w zupełnie innym miejscu ciała niż wtórny narząd kopulacyjny (w świecie owadów skrzydlatych jest to ewenement przywodzący na myśl wyzwanie, jakie w tej dziedzinie przyroda rzuciła również pająkom), podczas gdy jętki nie odbiegają pod tym względem od większości innych owadów. I wreszcie po piąte, przeobrażone jętki żyją od kilku godzin do kilku dni, łątki zaś latają przez wiele tygodni.

O wszystkich tych różnicach Jan Swammerdam wiedział już w wieku XVII – żyjący kilka stuleci później Herbert zdaje się nie mieć o nich pojęcia. Co nie przeszkadza mu kpić ze Swammerdama: „Dusza, która zwykle ulatuje w przestworza w momencie śmierci, opuściła przedwcześnie udręczone ciało Swammerdama. Nie mogła znieść szelestu ocierających się o siebie chitynowych pancerzy ani bezsensownego bzykania, które mąci cichą muzykę Wszechświata”.

Cóż, tych kilka bardzo zgrabnie napisanych stroniczek Piekła owadów panu Robertowi wydaje się niczym więcej jak pięknym, choć „bezsensownym bzykaniem” znakomitego poety, który nie odróżnia łątki od jętki.

Ale nie tylko. Także znakiem rozbratu między humanistyką a przyrodnictwem.

*

I właśnie wtedy, w obliczu owych potknięć i pomyłek poety, którego wiersze skądinąd lubi, pan Robert wpada na pomysł pisania tekstów, które zasypywałyby w jakiś sposób rów oddzielający świat przyrody od świata szeroko rozumianej humanistyki. Jest w tym pomyśle swoista donkiszoteria, ale cóż można na to poradzić? W końcu odkrycia owych siedemnastowiecznych uczonych, a wśród nich i Swammerdama, prędzej czy później przedostają się do świadomości ogółu i rozmaici myśliciele oraz twórcy obficie czerpią z nich surowiec do wyrobu swych mniej lub bardziej kunsztownych metafor i paraleli.

Pierwszym z owych myślicieli jest oratorianin Nicolas Malebranche, który powiada wprost, że „świat wypełniony nieskończonością wielkich i małych zwierząt jest piękniejszy i jest znakiem większej inteligencji niż jakiś inny, w którym nie byłoby owadów”. Malebranche, teolog i filozof, osobiście zna Swammerdama, którego odkrycia stanowią wyraźną dlań inspirację, koresponduje z uczonym Holendrem, a w końcu wydaje serię dialogów metafizycznych, zawierających obszerne ustępy o owadach i ich meta­morfozie.

I tak na przykład w Dialogach o metafizyce i religii Aryst (jeden z dialogujących) utrzymuje, że „Bóg niewątpliwie chciał przeobrażenia owadów uczynić figurami Jezusa Chrystusa”, i porównuje przy tym „robaka” (chodzi mu o larwę) do Jezusa Chrystusa wzgardzonego, „obciążonego naszymi słabościami i troskami”. Na następnym etapie „larwa zamyka się w swym grobie i zmartwychwstaje jakiś czas później, nie uległszy zepsuciu”. Owa „larwa zmartwychwstaje do ciała – by tak rzec – zupełnie duchowego. Nie pełza już po ziemi. Lata. Nie żywi się już zgnilizną: ssie kwiaty”.

Owo opisywane przez Arysta imago (postać doskonała) kojarzy mu się z Panem: „Podobnie Jezus Chrystus zmartwychwstały jest napełniony chwałą. Wznosi się do nieba. Nie pełza – by tak rzec – po ziemi judejskiej, od miasta do miasta”.

Pana Roberta zadziwia zawsze ten fragment, w którym Aryst, zgodnie z wyobrażeniami wczesnej entomologii ludowej, wedle której owad umiera w poczwarce, aby odrodzić się w imago, porównuje stadium spoczynkowe do grobu. Ten sposób myślenia czasami szedł tak daleko, że owad doskonały uważany był za zwierzę różne gatunkowo od swojej larwy. Tymczasem Swammerdam ową entomologię ludową podważył, stwierdzając wyraźnie, że w całym cyklu przeobrażenia zupełnego można mówić wyłącznie o wzroście tego samego osobnika.

Jedyne wytłumaczenie, jakie przychodzi do głowy panu Robertowi, jest takie, że Malebranche, który posiada już wówczas wystarczającą wiedzę zoologiczną, próbuje tu uchwycić naturę śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, stąd też wersja ludowa jest mu bardziej na rękę. Tak czy inaczej oratorianin zdaje się sądzić mniej więcej to samo, co Teodor (kolejny z uczestników dialogu), a mianowicie, że „Bóg odniósł wszystko do Jezusa Chrystusa i że stworzenia nie tylko wyrażają przymioty Boskie, ale są, na ile to możliwe, symbolami Jego ukochanego Syna”.

Jest to chyba największa i najbardziej bezpośrednia nobilitacja badań amsterdamskiego przyrodnika.

Pod wpływem odkryć Swammerdama i rozważań Male­­bran­che’a znalazł się również genialny Leibniz, który w swym korespondencyjnym dialogu z Arnauldem często używa przykładów wziętych ze świata zwierząt niższych, a nawet otwarcie odwołuje się do holenderskiej kolebki entomologii i pokrewnych jej dyscyplin.

Widać to wyraźnie w liście z 9 października 1687 roku, w którym pisze: „Dowiedziałem się jakiś czas temu, że p. Leeuwenhoek ma poglądy zbliżone dość do moich, mianowicie utrzymuje, iż nawet największe zwierzęta rodzą się dzięki pewnemu rodzajowi przekształcania; nie ośmielam się ani przyjąć, ani odrzucić w szczegółach jego stanowiska, ale ogólnie mam je za wielce prawdziwe, zaś p. Swammerdam, inny wielki obserwator i anatom, wystarczająco zaświadcza, że również ku temu się skłania”.

Ów Leeuwenhoek, czuje się w obowiązku wyjaśnić pan Robert, to niezbyt zdolny przyrodnik, ale znakomity szlifierz szkieł i wytwórca najlepszych chyba w owym czasie mikroskopów, za pomocą których dokonuje licznych odkryć – na przykład jako pierwszemu udaje się mu zaobserwować organizmy jednokomórkowe. Umiejętności, których tajemnic zazdrośnie strzeże, pozwalają mu dołączyć do grona ówczesnych wybitnych badaczy przyrody.

Gdy innym razem Leibniz snuje skomplikowane rozważania filozoficzne – jak to na przykład: „Co się tyczy duszy przeciętego owada, to nie jest konieczne, aby obie części, choć zachowują jakiś ruch, pozostawały ożywione” – możemy spokojnie uznać, że ów „owad przecięty” trafia do nich wprost ze stołu sekcyjnego w amsterdamskiej pracowni Swammerdama.

Chociaż odkrycia przyrodnicze siedemnastowiecznych badaczy poruszają wyobraźnię filozofów, teologów i pisarzy, nie wszyscy i nie zawsze ich doceniają.

Gdy w 1822 roku w Berlinie E. T. A. Hoffmann pisze Mistrza Pchłę, czarnymi charakterami tej opowieści są właśnie dwaj holenderscy przyrodnicy Antonie van Leeuwenhoek i Jan Swammerdam, dawno już nieżyjący, którzy jako czarnoksiężnicy pokutują wśród żywych.

Pod koniec utworu Hoffmann, którego jako romantyka oburza już sama możliwość prowadzenia badań przyrodniczych w duchu nowożytnym, ustami głównego bohatera Peregryna Tyssa wygłasza pod ich adresem namiętne oskarżenie: „Wy natomiast, biedacy ogłupiali, ty, nieszczęsny Swammerdamie, i ty, żałosny Leeu­wenhoeku, całe wasze życie było nieskończonym i nieustannym błędem. Usiłowaliście badać naturę, nie przeczuwając nawet znaczenia wewnętrznej jej istoty. Ośmieliliście się wedrzeć do jej warsztatu, chcieliście podpatrywać tajemną jej pracę, mniemając, iż uda się wam bezkarnie ujrzeć straszliwe tajemnice bezdennych głębin, oku ludzkiemu niedostępnych. Serca wasze pozostały martwe i skostniałe, prawdziwa miłość nigdy nie rozpłomieniła dusz waszych, nigdy nie przemówiły do was słodkimi słowy kwiaty ani barwne, lekkoskrzydłe owady. Mniemaliście, że nabożnie i z bogo­bojnym podziwem oglądacie wzniosłe i święte cuda przyrody, lecz usiłując w świętokradczy sposób przeniknąć przyczynę owych cudów aż po jej treść najtajniejszą, samiście nabożność swą zniszczyli, wiedza zaś, do której dążyliście, była jedynie majakiem, co zwodził was, niczym ciekawe i zuchwałe dzieci”.

Czyż jednak mniejsze od ziarnka gorczycy mikroskopowe szkieł­­ko, zastanawia się pan Robert, które pozwala Tyssowi czytać w myślach innych ludzi, nie zostało tu przyniesione z pracowni Leeuwenhoeka?

Inny nurt kontestacji osiągnięć siedemnastowiecznych przyrodników reprezentuje symbolista Lautréamont. W jego twórczości zwierzęta niższe – wesz, której biologię sumiennie zbadał Swammerdam, ale także pająk – odgrywają rolę koszmarnych symboli.

W 1870 roku Lautréamont pisze Pieśni Maldorora, a w nich taki oto ustęp: „Każdej nocy, o godzinie, kiedy sen jest najgłębszy, stary pająk, należący do rodzaju wielkich, powoli wysuwa głowę przez szparę podłogi, znajdującą się w jednym z punktów przecięcia ścian pokoju. Słucha uważnie, czy jakiś szelest nadal porusza jego szczękami w powietrzu. Skoro ma budowę owada, nie może, o ile chce wzbogacić skarby literatury efektownymi personifikacjami, uniknąć łączenia swych szczęk i szelestu. Gdy się upewnił, że wszędzie panuje cisza, wyciąga po kolei z głębin swojego gniazda, nie szukając pomocy w medytacji, różne części ciała i krok za krokiem sunie ku mojemu posłaniu. Rzecz szczególna, ja, który potrafię odpychać sen i koszmar, czuję, że jestem cały sparaliżowany, kiedy ten pająk wspina się po hebanowych nogach mego puchowego łoża. Ściska mi gardło łapami i brzuchem pije moją krew”.

Z biologicznego punktu widzenia pająk wypijający brzuchem ludzką krew jest oczywiście nonsensem – podobnie jak przybierająca monstrualne rozmiary wesz – ale opowieść ta jest nie tylko świadectwem lęku i niechęci, jakie w istotach ludzkich budzą zwierzęta niższe, lecz również przykładem tego, jak brak wiedzy przyrodniczej sprowadza na manowce metafory najlepszych poetów.

Niemal równocześnie z Lautréamontem tworzy Jean-Henri ­Fabre, francuski przyrodnik i humanista, a także jeden z bohaterów tej książeczki, którego zasług dla popularyzacji wiedzy entomologicznej nie sposób przecenić. Wkrótce po nim sukces odnoszą książki Maeterlincka, w których w bardzo literacki sposób, nie stroniąc przy tym od najśmielszych dygresji filozoficznych, flamandzki poeta opisuje życie owadów społecznych, błonkówek i termitów.

W 1915 roku w Pradze Kafka pisze sławną Przemianę, opowiadanie o człowieku zamieniającym się w jakiegoś „robaka”, a w 1951 cudowny Nabokov w dowcipnym wykładzie podśmiewa się z komentatorów literackich, którzy w owym literackim robaku Kafki dopatrują się karalucha, a który karaluchem w żaden sposób być nie może, co rosyjski pisarz udowadnia ponad wszelką wątpliwość, analizując morfologię karalucha i porównując ją z niejasną morfologią istoty opisanej przez Kafkę.

To arcyciekawy moment spotkania się literatury z przyrodnic­twem, gdyż Nabokov, na którym przebarwienia w komórkach radialnych przednich skrzydeł samic modraszkowatych zdają się wywierać nie mniejsze wrażenie niż miłosne rumieńce na policzkach Lolity lub Ady, jest zarówno pisarzem, jak i przyrodnikiem.

Podobnie jak Fabre jest przyrodnikiem i pisarzem. Kwestia kolejności bądź akcentów.

Nie sposób wymienić tu wszystkich przykładów przenikania się przyrodnictwa i literatury, wyliczyć wszystkich etapów przemarszu zwierząt niższych przez karty dawnego piśmiennictwa, bynajmniej nie zoologicznego.

Aby jednak zamknąć jakąś klamrą te rozważania, pan Robert chciałby przypomnieć jeszcze o pięknej fascynacji Mandelsztama Lamarckiem, którą ów poeta wyraził w Podróży do Armenii: „To zstępowanie z Lamarckiem z powrotem po drabinie stworzenia ma w sobie wielkość Dantego. Niższe formy organiczne bytu – to piekło dla człowieka”.

To właśnie z tego zdania Mandelsztama Herbert zaczerpnąć musiał metaforę piekła owadów.

O ile jednak Mandelsztam w podróży do świata zwierząt niższych, owego domniemanego piekła, podziwia swego Wergiliusza (przebranego za Lamarcka), o tyle Herbert za swoim przewodnikiem iść nie chce, a nawet go wyśmiewa. Nie potrafi dostrzec ani zrozumieć geniuszu Swammerdama. Dokonawszy projekcji własnej niechęci, domyśla się, jakby złośliwie, że „Swammerdam cierpiał, bowiem przedmiotem jego studiów były stwory umieszczone na najniższym szczeblu drabiny gatunków, na śmietnisku natury, w bliskim sąsiedztwie gorącego przedsionka piekła”.

Niezrozumiała jest ta postawa poety i demony szeleszczących piekieł karzą go za nią karygodnym pomyleniem jętki z łątką. Niezrozumiała i chyba błędna, zważywszy że wielu najwybitniejszych humanistów znalazło wiekuistą miłość w owych domniemanych piekłach, czego najlepszym przykładem jest właśnie Nabokov.

Tak czy inaczej jest to smutne, uważa pan Robert.

Gdy tylko powzięty został zamiar zasypania choć niewielkiej części rowu oddzielającego humanistykę od przyrodnictwa – rowu, w którym skręcają sobie kostki metafory najzdolniejszych poetów – pan Robert zaczął się zastanawiać, wedle jakiego klucza wybierać bohaterów zamierzonych opowieści.

Czy pisać o wszystkich bezkręgowcach? O całej gromadzie owadów? Toż nie starczy mi ani czasu, ani erudycji, zasępił się.

Ale, jak to zwykle bywa, odpowiedź przyniosło samo życie.

Całkiem nieoczekiwanie bowiem pan Robert zamieszkał na skraju lasu, w chatce pełnej pająków, które każdej nocy, niczym ów wymyślony pająk Lautréamonta, zdawały się „sunąć ku jego posłaniu”. I choć do tej pory pan Robert nie potrafi powiedzieć, w jakim stopniu, a nawet czy w ogóle jego ośmionodzy przyjaciele – samotność skłania nas do poszukiwania okruchów przyjaźni w najdziwniejszych substancjach – pragnęli w ten sposób „wzbogacić skarby literatury efektownymi personifikacjami”, to może zaświadczyć z całą stanowczością, że nigdy nie próbowali wypić jego krwi.

Znalazłszy się w tym niepokojąco pełzającym towarzystwie, pan Robert przypomniał sobie również, że tłumacząc kiedyś książkę Luuca Kooijmansa o Swammerdamie, natrafił na postać Martina Listera, autora pierwszego zasługującego na to miano traktatu arachnologicznego, czyli Tractatus de araneis (1678).

Znak od dobrotliwych bogów, pomyślał wówczas, zamiast pisać o całej gromadzie owadów, zajmę się jedynie rzędem pająków.

W wyborze tym utwierdziła pana Roberta pewna zabawna historia związana z badaniami Listera, która wyraźnie pokazywała, że nie tylko humanistom przydałoby się więcej wiedzy o przyrodzie, ale i przyrodnikom nie zaszkodziłaby większa znajomość wytworów humanistyki.

Otóż w obfitującym w znakomitych przyrodników wieku XVII, wielu z owych ambitnych badaczy i odkrywców zachowywało się trochę tak, jak gdyby świat został stworzony wczoraj i nigdy wcześniej nie był obserwowany. Co często, ma się rozumieć, prowadziło do zabawnych sporów o pierwszeństwo.

Jedną z owych spektakularnych rywalizacji był spór między doktorem Martinem Listerem a doktorem Edwardem Hulsem o to, kto pierwszy zaobserwował pająki szybujące w powietrzu za pomocą nici wysnuwanych z kądziołków – odkrycie odnotowane w 1699 roku w czasopiśmie „Philosophical Transactions” wydawanym przez Towarzystwo Królewskie. Rywalizacja między oboma panami poważnie zagroziła nawet przyjaźni Listera z Johnem ­Ra­yem, innym znanym przyrodnikiem, ojcem angielskiej botaniki, który uczestniczył w kontaktach obu domniemanych odkrywców z Oldenburgiem, sekretarzem Towarzystwa.

W marcu 1671 roku Lister pisze do Raya, że choć starożytni autorzy, tacy jak Arystoteles i Pliniusz Starszy, rzeczywiście mówią o wypuszczaniu nici, to milczą na temat „żeglowania i wznoszenia się w powietrze”, a zatem to on, Lister, jest odkrywcą tego zjawiska przyrody.

Doceniając powagę sytuacji, w kwietniu 1671 roku Ray odpowiada Listerowi: „Szybowanie bądź żeglowanie pająków w powietrzu jest, z tego, co wiem, twoim odkryciem. Ty pierwszy mnie o tym poinformowałeś i od ciebie zdobyłem tę wiedzę. Doktor Hulse zapoznał mnie jedynie z tym, że pająki wystrzeliwują nici”.

Z dzisiejszej perspektywy ta rywalizacja i związany z nią spór są komiczne, a jednocześnie pełne jakiejś tajemniczej poezji. Być może panowie ci nie spieraliby się tak dzielnie, gdyby czytali Filo­strata Starszego, piszącego kilkanaście wieków przed nimi o pająkach, które „unoszą się w przestworzach i uczą latania” – przy czym Filostrat powoływał się na wersy wcześniejszego o niemal kolejne tysiąclecie Hezjoda.

Wiedza, myśli sobie pan Robert, jest czymś, co należy pielęgnować, albowiem choć pojawia się, to i znika. Pamięć ludzkości pełna jest dziur. Nigdy zatem dość powtarzania i przypominania.

Książeczka ta, jako się rzekło, jest donkiszotowską próbą przerzucenia kładki ponad rowem nieporozumień oddzielającym świat przyrodników od świata humanistów. Kładka ma być przerzucona w miejscu, w którym ów rów zamieszkują pająki.

A zatem, o Muzo – modli się pan Robert pod pięcioma kasztanami – zaklinam cię na niebieskie piórko sójki pożartej przez kunę, wyśpiewaj te zwierzątka ośmionogie, co siłę krain widziały i niemało przygód doświadczyły.

Niech wyobraźnia ludzka szybuje na niciach babiego lata niczym małe pajączki, które w tak wielkie podniecenie wprawiły Martina Listera.

Wyśpiewaj, o Pani, tę opowieść o zwierzątkach być może nie najpiękniejszych i raczej nielubianych, a zuchwała Arachne, córka farbiarza, niech utka ci ciepły lidyjski szal, byś nucąc, nie zmarzła w mojej chłodnej izdebce, zwłaszcza teraz, gdy robi się coraz ­zimniej.

Rozdział pierwszy

Pholcus phalangioides (Fuesslin, 1775)

Nic nie jest piękniejsze, wspanialsze we wszechświecie niż wielka obfitość zwierząt i roślin, o której właśnie mówimy.

NICOLAS MALEBRANCHE, Dialogi o metafizyce i religii

Pewnego razu, a dokładniej pod koniec pewnej jesieni, pan Robert wprowadził się do starej drewnianej chatki stojącej na leśnych pagórach. Zamieszkiwały ją wówczas – i to dość tłumnie – myszki, czyniąc, ma się rozumieć, niemały w niej nieporządek.

Żeby opisać ową tłumność, dość będzie powiedzieć, że pierwszego wieczoru, nie rozpakowawszy się jeszcze całkowicie, pan Robert wsypał do miseczki na kuchennym stole pół kilo orzechów laskowych, które następnego ranka znalazł wszystkie w swojej podróżnej torbie.

Kolejnego wieczoru orzechy zostały ponownie wsypane do miseczki, po czym w ciągu następnej nocy wszystkie co do jednego zostały przeniesione z powrotem do pozostawionej na ławie – tym razem już z ciekawości – torby podróżnej.

Świadkiem owych spektakularnych transmisji był bawiący z przy­­jacielską wizytą pan Michał. Obaj panowie słyszeli, jak w ciągu nocy orzeszki turlane są po podłodze bądź spadają na podłogę z wysokości stołu.

W wyobraźni pana Michała, zapalonego sportsmena w stylu ang­losaskim, zjawisko to wywoływało obraz myszek grających w golfa. Z kolei panu Robertowi dźwięk orzeszków toczonych w nocnej ciszy po drewnianej podłodze przywodził na myśl sławne grzmoty w górach Catskill, powstające w wyniku rozgrywania partii kręgli przez duchy zmarłych Holendrów (por. Washington Irving).

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Rozdział drugi

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Rozdział trzeci

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Rozdział czwarty

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Rozdział piąty

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Rozdział szósty

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Rozdział siódmy

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Rozdział ósmy

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Rozdział dziewiąty

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Książki cytowane

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Podziękowania

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE SP. Z O.O.www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38­-300 Gorlice tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75 e­-mail: mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl,dominik@czarne.com.pl, honorata@czarne.com.pl,ewa@czarne.com.pl, edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38­-307 Sękowa tel. +48 18 351 00 70 e­-mail: redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata.kur@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Hoża 42/1, 00-516 Warszawa tel./fax +48 22 621 10 48 e­-mail: agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl,zofia@czarne.com.pl

Dział marketingu: katarzyna@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: agnieszka.wilczak@czarne.com.pl

Audiobooki i ebooki: anna@czarne.com.pl

Skład: D2D.PL ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52 e­-mail: info@d2d.pl

Wołowiec 2014 Wydanie I Ark. wyd. 5,3

Cena 24,90 zł