Wydawca: WAB Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 432 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pająk z Góry Katsuragi - Waldemar J. Dziak, Mirosław M. Bujko

Pająk z Góry Katsuragi to książka intrygująca i wyjątkowo aktualna. Współpraca pisarza ze znawcą północnokoreańskiego reżimu dała znakomity efekt. Japonia, rok 1998. Wyprawa nad morze przyrodniego rodzeństwa, Ayi i Yumy, kończy się tragiczne: piętnastoletnia Aya zostaje porwana. Akcja okazuje się pomyłką służb wywiadowczych Korei Północnej, jednak dziewczyna nie odzyskuje wolności. Zostaje poddana praniu mózgu i włączona w tajny projekt nuklearny. Yuma poddaje się morderczym treningom, by zostać komandosem japońskich służb specjalnych. Nigdy nie zapomniał o wydarzeniach letniego popołudnia i ciągle wierzy, że może odnaleźć siostrę. Po dziesięciu latach rodzeństwo spotyka się ponownie, w dramatycznych okolicznościach... Powieść Bujki i Dziaka oparta jest na imponującym materiale dokumentującym reżim Kim Jong Ila. Sensacyjno-szpiegowska fabuła, osadzona w wiernie oddanych realiach totalitarnego państwa, gdzie nic nie jest ani oczywiste, ani logiczne, nieustannie zaskakuje i do końca trzyma w napięciu.

Opinie o ebooku Pająk z Góry Katsuragi - Waldemar J. Dziak, Mirosław M. Bujko

Fragment ebooka Pająk z Góry Katsuragi - Waldemar J. Dziak, Mirosław M. Bujko

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2009

Wy­da­nie I 

War­sza­wa 2009

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Nie znam spo­so­bu po­ko­ny­wa­nia in­nych, wiem za to, jak po­ko­nać sie­bie.

Mistrz Yagyu

Plaża na Cuszimie, kilka kilometrówna północ od portu w Izuharze.Koniec sierpnia 1998

– Na­praw­dę. Do­brze, że cię tam nie było. Po co miał­bym ci wci­skać taki kit? – Mo­co­wał się z opor­nym tramp­kiem, ska­cząc na jed­nej no­dze, aż w koń­cu stra­cił rów­no­wa­gę i opadł sie­dze­niem na mo­kry pia­sek. Po kil­ku­go­dzin­nym mar­szu w upa­le prze­po­co­na skar­pe­ta zro­lo­wa­ła się i but za nic nie chciał się zsu­nąć ze sto­py. Dziew­czy­na nie mia­ła ta­kich pro­ble­mów. Być może dla­te­go, że była bar­dzo szczu­pła, upał nie da­wał się jej we zna­ki. Nie po­ci­ła się i wy­glą­da­ła świe­żo. Nie mia­ła też na no­gach spor­to­we­go obu­wia i skar­pe­tek. Wy­star­czy­ły jej lek­kie pla­sti­ko­we san­dał­ki, w któ­rych rów­nie do­brze moż­na wejść do wody i któ­re świet­nie chro­nią sto­py przed ostry­mi kra­wę­dzia­mi ko­ra­low­ca. Za­zdro­ścił jej tej świe­żo­ści i wdzię­ku, z ja­kim no­si­ła płó­cien­ne szor­ty le­d­wie za­kry­wa­ją­ce sma­głe, jesz­cze dziew­czę­ce po­ślad­ki, i tego, że mimo swych le­d­wie pięt­na­stu lat po­tra­fi­ła tak doj­rza­le igno­ro­wać jego ból i ma­ni­fe­sto­wa­ną pre­ten­sję. Po­stu­ka­ła czub­ka­mi san­dał­ków i otrze­pa­ła sto­py z wy­sy­cha­ją­ce­go pia­sku. Się­ga­jąc za sie­bie, ścią­gnę­ła bez wy­sił­ku ma­ry­nar­ską ko­szul­kę, a on tłu­miąc sza­lo­ne bi­cie ser­ca, zer­kał ze­mo­cjo­no­wa­ny na jej chło­pię­ce, pła­skie pier­si pod pre­ten­sjo­nal­nym sta­ni­kiem, na któ­re­go dru­ko­wa­nym ma­te­ria­le pysz­ni­ły się żół­te kwia­ty chry­zan­te­my.

Gdy wsta­ła i zdję­ła szor­ty, zo­rien­to­wał się, że maj­tecz­ki, choć nie­wąt­pli­wie ką­pie­lo­we, na­le­żą do in­ne­go ko­stiu­mu, mia­ły bo­wiem inny wzór.

Ayi zu­peł­nie to nie prze­szka­dza­ło. Strój, kon­we­nan­se i wy­gląd nie mia­ły dla niej – od­kąd ją znał – naj­mniej­sze­go zna­cze­nia. Po­ło­ży­ła szor­ty na ma­łym bre­zen­to­wym chle­ba­ku. Wie­dział, że są w nim oku­la­ry sło­necz­ne, któ­rych nig­dy nie za­kła­da­ła, książ­ka i mała bu­tel­ka wody mi­ne­ral­nej. Wciąż ta sama z nie­na­ru­szo­nym za­mknię­ciem, bo Aya piła tyl­ko w domu, na­wet wte­dy, gdy upał sta­wał się nie­zno­śny. Chcia­ła ru­szyć w kie­run­ku mo­rza, ale ją za­trzy­mał.

– To jest na­praw­dę moż­li­we. Na­praw­dę – po­wtó­rzył z na­ci­skiem. – Czu­łem za­pach…

– Jaki zno­wu za­pach? – za­in­te­re­so­wa­ła się szcze­rze, ale nie zdo­był się na to, by spoj­rzeć jej w oczy.

– Po­pu­ścił w ga­cie… ze stra­chu… że­bym tak sko­nał – po­wie­dział, pa­trząc w bok. Nie mu­siał zmy­ślać, bo tak wła­śnie się sta­ło. Tego dnia Yoshi­ta­ka istot­nie nie wy­trzy­mał na­pię­cia i sko­czył do­pie­ro wte­dy, gdy in­struk­tor zna­czą­co po­ło­żył mu dłoń na ra­mie­niu. Nie tyle na­wet po­ło­żył, co de­li­kat­nie ze­pchnął nią spo­co­ne­go z prze­ra­że­nia chłop­ca z po­mo­stu wie­ży spa­do­chro­no­wej. – A tam na dole, jak lą­do­wał, to na pew­no…

– Na pew­no co? – za­cie­ka­wi­ła się, skrę­ca­jąc sztyw­ne wło­sy o gra­na­to­wym po­ły­sku w wę­zeł, któ­ry zmie­ścił­by się pod ką­pie­lo­wym czep­kiem z la­tek­su. Ra­mio­na mia­ła szczu­płe i sma­głe, a po­ru­sza­ją­ce się pod skó­rą drob­ne, wy­tre­no­wa­ne mię­śnie peł­zły w kie­run­ku nie­zbyt do­kład­nie ogo­lo­nej pa­chy, ni­czym my­szy za­mknię­te w płó­cien­nym wor­ku.

– Do­koń­czył…

– Je­steś obrzy­dli­wy. – Aya upchnę­ła wresz­cie wło­sy pod czep­kiem i uważ­nie spoj­rza­ła na nie­go nie­zwy­kły­mi sza­ry­mi ocza­mi. – Na­wet gdy­by rze­czy­wi­ście mu się to przy­tra­fi­ło, to prze­cież nic dziw­ne­go. Ta wa­sza wie­ża ma ze dwa­dzie­ścia me­trów.

– Dwa­dzie­ścia pięć! – sko­ry­go­wał.

– Ty nig­dy się nie ba­łeś? – Per­ło­wo­sza­re oczy o bar­dzo bia­łych, prze­raź­li­wie bia­łych gał­kach, na któ­rych wi­dać było tyl­ko kil­ka de­li­kat­nych, le­d­wo za­uwa­żal­nych bla­do­kr­wi­stych ży­łek, wpa­try­wa­ły się w nie­go spod ką­pie­lo­we­go czep­ka tak, że wy­da­wa­ło mu się, iż Aya za­glą­da mu do środ­ka mó­zgu. Jak moż­na mieć ta­kie dziw­ne oczy?

Chciał po­wie­dzieć, że nig­dy, ale się zre­flek­to­wał.

– Umiem od­su­nąć od sie­bie strach, a na­wet tro­chę mnie on pod­nie­ca. Po pro­stu się nie za­sta­na­wiam. Spró­buj kie­dyś. To tak, jak­byś chcia­ła sama so­bie dać moc­ne­go klap­sa. Na przy­kład w udo… – za­de­mon­stro­wał, prę­żąc dłoń. – Tak z ca­łej siły. Naj­pierw bo­isz się bólu, a po­tem, jak się zde­cy­du­jesz ude­rzyć, to w ogó­le o tym nie my­ślisz. Póź­niej pie­cze… ale jest przy­jem­nie… – Nie mu­siał koń­czyć, bo usia­dła znów na pia­sku i tak jak to po­ka­zał, z ca­łej siły trzep­nę­ła się pła­ską dło­nią w udo. Na­tych­miast po­ja­wił się tam czer­wo­ny, nie­ład­ny pla­cek. – Wi­dzisz! – za­trium­fo­wał, kie­dy na­wet się nie skrzy­wi­ła. – To na­praw­dę może być przy­jem­ne.

– Ma­so­chi­sta… Je­steś zbo­czo­ny. – Uśmiech­nę­ła się z po­li­to­wa­niem, ale za­raz w jej sza­rym spoj­rze­niu po­ja­wił się cie­plej­szy od­cień. – Nie mu­sisz mi go tak obrzy­dzać. Yoshi­ta­ka zna­czy dla mnie tyle co ten żu­czek. – Czub­kiem pla­sti­ko­we­go san­dał­ka po­ka­za­ła w stro­nę pla­żo­we­go pan­cer­ne­go wo­jow­ni­ka, raź­no po­ko­nu­ją­ce­go stro­mi­zny na­nie­sio­ne­go przez cie­pły wiatr pia­sku. – Do­brze tań­czy. I tyle. A ty za­raz mu­sisz być za­zdro­sny. Za­tań­czy­łam z nim rap­tem dwa razy. Na­wet mnie nie po­ca­ło­wał…

– Nie ca­ło­wa­li­ście się? – ucie­szył się, choć w jego spoj­rze­niu od­bi­ło się nie­do­wie­rza­nie.

– Nie. Nie i nie. Głup­ku. Je­śli chcesz wie­dzieć, to pierw­szym chło­pa­kiem, któ­re­mu dam się po­ca­ło­wać i w ogó­le, bę­dziesz ty. Mimo że je­steś moim bra­tem i je­steś taki roz­czu­la­ją­co głu­pi. Ale ko­cham cię i nie mu­sisz być o ni­ko­go za­zdro­sny. Zro­zu­mia­łeś?

Zro­bi­ło mu się jesz­cze bar­dziej go­rą­co i czuł, że się ru­mie­ni. W pierw­szym od­ru­chu szcze­niac­kie­go szczę­ścia naj­chęt­niej fik­nął­by ko­zła, ale to, co w jego na­tu­rze osią­gnę­ło już pew­ną doj­rza­łość, ka­za­ło mu przy­jąć de­kla­ra­cje dziew­czy­ny do­stoj­nie, z miną prze­ło­żo­ne­go świą­ty­ni shin­to od­bie­ra­ją­ce­go no­wo­rocz­ne ży­cze­nia od ako­li­tów. W rze­czy­wi­sto­ści i na szczę­ście był jej przy­rod­nim bra­tem. Dzie­sięć lat temu pani Ueto, mat­ka Ayi, zgo­dzi­ła się po­ślu­bić jego wal­nię­te­go sta­re­go, czy­li po­wszech­nie sza­no­wa­ne­go pana Ishi­ga­ki – wy­so­kie­go urzęd­ni­ka Mi­ni­ster­stwa Obro­ny. Ka­za­ła się dłu­go pro­sić. I nic dziw­ne­go. Była wte­dy i po­zo­sta­ła pięk­ną ko­bie­tą. Pra­wie tak pięk­ną jak Aya. I po­cho­dzi­ła z bar­dzo do­brej ro­dzi­ny. A sza­now­ny pan Ishi­ga­ki, czy­li jego wal­nię­ty, ko­cha­ny sta­ru­szek, mógł jej za­ofe­ro­wać je­dy­nie do­sto­jeń­stwo i wca­le nie­ma­łe apa­na­że swe­go sta­no­wi­ska oraz dość po­dej­rza­ną, naj­praw­do­po­dob­niej chłop­ską ge­ne­alo­gię. Ale do­brze się sta­ło, że w koń­cu ule­gła jego elo­kwen­cji i pie­nią­dzom. W prze­ci­wień­stwie do swej uro­czej ma­mu­si, któ­ra była naj­bar­dziej wy­ro­zu­mia­łą i przy­ja­ciel­sko na­sta­wio­ną ma­co­chą świa­ta, Aya przez do­bre kil­ka lat wspól­ne­go do­ra­sta­nia trak­to­wa­ła rów­no­lat­ka Yumę zim­no i po­gar­dli­wie. Zmie­ni­ło się to do­pie­ro rok temu. Rap­tem prze­sta­ła ma­ni­fe­sto­wać swo­ją wyż­szość, a jej chłód za­czął ta­jać jak mar­co­wy śnieg na wy­ży­nach Hok­ka­ido. Oka­zy­wa­ła przy­rod­nie­mu bra­tu ser­decz­ność i cie­pło. Od­czu­wał to na każ­dym kro­ku i do­pie­ro te­raz uświa­do­mił so­bie, jak wie­le ich dzie­li. We wszyst­kich swo­ich dzia­ła­niach Aya ob­ja­wi­ła mu się na­gle jako oso­ba zu­peł­nie do­ro­sła… prze­raź­li­wie do­ro­sła i doj­rza­ła wo­bec jego wciąż szcze­niac­kich, smar­ka­tych za­grań. Ta­kich jak obec­ne. Ale prze­cież ten przy­li­za­ny, iry­tu­ją­co przy­stoj­ny głu­pek Yoshi­ta­ka na­praw­dę po­pu­ścił w ga­cie przed sko­kiem. No, ale je­śli się nie ca­ło­wa­li, moż­na mu wy­ba­czyć, że tań­czył z Ayą (szło mu to, trze­ba przy­znać, cał­kiem nie­źle).

– Na­praw­dę mnie ko­chasz? Aya… – Było mu go­rą­co i gdzieś w tyle gło­wy, a może w uszach, czuł co­raz sil­niej­sze ło­mo­ta­nie pul­su.

– Je­steś prze­cież moim bra­cisz­kiem. Jak mo­gła­bym cię nie ko­chać? – prze­cią­gnę­ła ostat­nie sy­la­by, a Yuma nie wy­czuł kpi­ny. Przy­su­nął się do niej po pia­sku i za­mknął jej drob­ne prze­gu­by w swo­ich cie­płych, nie­cier­pli­wych dło­niach.

– To zna­czy… – Jak­by się bał, że spło­szy jej ulot­ną ła­ska­wość dla jego szcze­nięc­twa, nie zdo­był się na to, by pod­nieść wzrok. Wy­da­wa­ło mu się to nad­mier­nym zu­chwal­stwem. Mimo że po­tra­fił być ha­ła­śli­wy i wul­gar­ny, był z na­tu­ry de­li­kat­ny i nie­śmia­ły.

– To nic nie zna­czy – ucię­ła. – Ale… Je­śli ci bar­dzo za­le­ży, mo­żesz mnie po­ca­ło­wać.

Są­dził, że (tak jak to wi­dział na ame­ry­kań­skich fil­mach) za­mknie oczy. Aya jed­nak naj­wi­docz­niej chcia­ła wi­dzieć, jak się do tego za­bie­ra. Bał się, ale to, co było w nim po­my­słem, świe­żo­ścią, cie­ka­wo­ścią ży­cia, pod­po­wie­dzia­ło mu, co ma ro­bić. Bo Yuma jesz­cze nig­dy nie ca­ło­wał się z dziew­czy­ną.

Ob­ser­wo­wa­ła go z mat­czy­ną, jak mu się zda­wa­ło, czu­ło­ścią, gdy zło­żyw­szy spierzch­nię­te od wia­tru i słoń­ca war­gi, zbli­żał twarz do jej twa­rzy… Życz­li­wie wy­szła mu na­prze­ciw, by nie czuł się śmiesz­ny i osa­mot­nio­ny w swo­ich pró­bach. Jej war­gi nie były ani tak su­che, ani tak ste­ryl­ne jak jej cia­ło. Były cie­płe i peł­ne. Chło­piec my­ślał, że (znów jak na ame­ry­kań­skich fil­mach) ko­chan­ko­wie łą­czą się war­ga­mi i tak trwa­ją. Tym­cza­sem, ku jego za­sko­cze­niu, ję­zyk Ayi za­py­tał o przy­zwo­le­nie i Yuma po­słusz­nie roz­chy­lił spę­ka­ne, sło­ne war­gi. To było de­fi­ni­tyw­ne za­koń­cze­nie sztu­bac­kie­go, peł­ne­go prze­py­cha­nek okre­su ich sio­stro-bra­ter­stwa, bo ję­zyk Ayi pach­niał ta­jem­ni­cą i pod­nie­ce­niem, któ­re on, chły­stek i nie­do­świad­cze­niec, do­sko­na­le od­bie­rał swo­im stre­mo­wa­nym i nie­ru­cha­wym.

– O, Ama­te­ra­su! – sap­nę­ła z iry­ta­cją, wy­czu­wa­jąc jego tre­mę i to, jak twar­de sta­ją się jego bar­ki pod na­kry­ciem jej de­li­kat­nych dło­ni. – Roz­luź­nij się – po­wie­dzia­ła, le­d­wo od­su­wa­jąc war­gi. – Jak bę­dziesz taki spię­ty, nig­dy się do­brze nie po­ca­łu­je­my… Tak le­piej – wy­mru­cza­ła usa­tys­fak­cjo­no­wa­na, czu­jąc, że Yuma się sta­ra.

Chło­nął tę chwi­lę ca­łym sobą, wszyst­ki­mi swo­imi ma­rze­nia­mi i ocze­ki­wa­nia­mi, i miał wra­że­nie, że dzie­je się z nim coś ab­so­lut­nie nie­sa­mo­wi­te­go. Ogar­nę­ła go eu­fo­ria. Był tak pod­nie­co­ny, że wy­da­wa­ło się, że cien­ki ela­stil jego ką­pie­lo­wych maj­te­czek trza­śnie lada mo­ment. Ni­czym wy­czu­lo­ny na wy­bu­cha­ją­ce za­rze­wie ognia stra­żak, Aya za­re­ago­wa­ła bez­błęd­nie, ga­sząc jego po­żą­da­nie nie tyle do­świad­czo­ną, co prze­wi­du­ją­cą dło­nią.

– Ciii… ma­lut­ki… spo­koj­nie – szep­ta­ła, a Yumie wy­da­wa­ło się, że to sy­czy zło­śli­wa, ja­do­wi­ta żmij­ka. Gdy wy­czu­ła, że jest tak pod­nie­co­ny, że mimo nie­śmia­ło­ści go­tów jest za­brać się do dzie­ła, od­su­nę­ła go de­li­kat­nie, ale sta­now­czo. Rap­tem za­wisł śmiesz­nie w pu­stej prze­strze­ni po­mię­dzy nimi, z wy­cią­gnię­ty­mi w stro­nę jej pła­skich pier­si dłoń­mi i war­ga­mi zło­żo­ny­mi w ciup. Aya po­pra­wi­ła ra­miącz­ka biu­sto­no­sza.

– Tyle ma ci wy­star­czyć… – po­wie­dzia­ła jak­by z pre­ten­sją, po czym uzu­peł­ni­ła nie­co ła­ska­wiej – na po­czą­tek… Że­byś mnie nie mę­czył ja­kimś Yoshi­ta­ką. Mo­żesz uwa­żać, że je­steś pierw­szym chło­pa­kiem, z któ­rym się ca­ło­wa­łam.

Cho­ciaż Yumie bra­ko­wa­ło do­świad­cze­nia, czuł, że to nie­praw­da. Na­czy­tał się por­no­gra­ficz­nych mang i wie­dział, że dziew­czy­na, któ­ra jesz­cze nig­dy nie ca­ło­wa­ła się z chło­pa­kiem, nie się­gnie in­stynk­tow­nie do jego spode­nek. Przy­najm­niej tak twier­dzi­li au­to­rzy tych pięk­nie ry­so­wa­nych i zgrab­nie opo­wia­da­nych hi­sto­ry­jek. Na po­cząt­ku musi być ktoś (naj­le­piej star­szy), kto po­ka­że ta­kiej pod­fru­waj­ce, jak to się robi. Czy­li, że… Aya już z kimś te rze­czy ćwi­czy­ła! Prze­pro­wa­dziw­szy to pro­ste ro­zu­mo­wa­nie, Yuma – znów nad po­dziw doj­rza­le i po mę­sku – po­sta­no­wił nie mieć pre­ten­sji i w ogó­le nie dać po so­bie ni­cze­go po­znać. Dla­cze­go wciąż ma się za­cho­wy­wać jak głu­pek? Trze­ba spró­bo­wać in­nej tak­ty­ki. Usi­ło­wał wy­my­ślić ja­kieś sto­sow­ne ode­zwa­nie, ale nic nie przy­cho­dzi­ło mu do gło­wy, to­też mil­cząc wy­mow­nie, skrzy­żo­wał sto­py i siadł na pia­sku.

Po dłuż­szej chwi­li wy­peł­nio­nej cięż­kim mil­cze­niem oka­za­ło się, że tak­ty­ka, jaką ob­rał, była naj­lep­sza z moż­li­wych, bo Aya zer­k­nę­ła na nie­go kil­ka razy, zdzi­wio­na jego mrocz­ną po­wa­gą, jak­by ża­łu­jąc swe­go za­cho­wa­nia. Może i była znacz­nie doj­rzal­sza i bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­na od nie­go, ale nie umia­ła zbyt dłu­go utrzy­mać się w przy­ję­tej roli.

– Nie gnie­waj się, Yuma… – Usia­dła obok chłop­ca, opar­ła mu gło­wę na ra­mie­niu i ob­ję­ła go ser­decz­nie w pa­sie. – Wca­le nie chcia­łam tego po­wie­dzieć… Je­stem głu­pia…

Sta­ra­jąc się zaj­rzeć mu w oczy, cze­ka­ła uła­ska­wie­nia, lecz wy­trzy­mał męż­nie i to, wpa­tru­jąc się chmur­nie w dal. De­ter­mi­na­cja zo­sta­ła na­gro­dzo­na. Aya przy­tu­li­ła się do nie­go i gdy uległ wresz­cie i po­zwo­lił jej dło­niom ob­ró­cić swo­ją na­bur­mu­szo­ną bu­zię, ca­ło­wa­li się dłuż­szą chwi­lę bez tchu, a on bez opo­ru z jej stro­ny mógł do­ty­kać pier­si. Gdy­by miał dzie­sięć lat wię­cej i nie­co mniej mgli­ste wy­obra­że­nia o sek­sie, zo­stał­by jej pierw­szym męż­czy­zną. Ale był tyl­ko pięt­na­sto­let­nim szcza­wi­kiem bez naj­mniej­sze­go po­ję­cia o tym, jak się da­lej za­cho­wać. Jego bez­rad­ność Aya przy­ję­ła z pew­ną ulgą, bo to, co się mię­dzy nimi dzia­ło, trak­to­wa­ła bar­dziej jak przy­jem­ną za­ba­wę niż wy­raz uczu­cia i nie była go­to­wa na zbli­że­nie. Nie pod­no­sząc opusz­czo­nych do łok­ci ra­mią­czek sta­ni­ka i uda­jąc, że nie czu­je, że drob­ne twar­de sut­ki ster­czą po­nad rąb­kiem ko­stiu­mu, po­wie­dzia­ła:

– Nie są­dzisz, że przy­jaźń jest waż­niej­sza niż… no wiesz?

– Oczy­wi­ście – przy­tak­nął gor­li­wie, od­su­wa­jąc się na chwi­lę i wspie­ra­jąc na łok­ciach, w oba­wie, że je­śli się z tym nie zgo­dzi, Aya nie po­zwo­li mu na dal­sze po­ufa­ło­ści. Na­gle po­czuł, że ci­śnie go pę­cherz. Dzia­ło się tak za­pew­ne dla­te­go, że w dro­dze pił pusz­ka­mi ulu­bio­ny zim­ny drink z miąż­szu alo­esu, któ­ry za­baw­nie śli­zgał się po ję­zy­ku i zę­bach. Nie miał po­ję­cia, jak to moż­li­we, że na­wet tu, na tej za­po­wie­trzo­nej wy­spie, przy naj­gor­szej dro­dze, któ­rą sa­mo­chód prze­jeż­dżał raz na kil­ka go­dzin, po­usta­wia­no au­to­ma­ty z chło­dzo­ny­mi w le­cie, a pod­grze­wa­ny­mi w zi­mie na­po­ja­mi. Czy to się w ogó­le ko­muś opła­ca­ło? I kie­dy uzu­peł­nia­no za­pa­sy? Dłu­gą i mę­czą­cą dro­gę z mia­sta na pla­żę prze­mie­rzy­li już wie­lo­krot­nie, lecz ani razu nie wi­dzie­li sa­mo­cho­du do­staw­cze­go. Praw­dę mó­wiąc, nie na­po­tka­li nic i ni­ko­go. Nie­licz­nych miesz­kań­ców wy­spy naj­wi­docz­niej nie in­te­re­so­wa­ły wy­pra­wy na pla­żę. Par­cie prze­peł­nio­ne­go pę­che­rza wzma­ga­ło się, ale Yuma uznał, że nie bę­dzie so­bie psuł emo­cjo­nu­ją­cych chwil. Gdy­by miał dwa­dzie­ścia lat wię­cej, wie­dział­by, że w ta­kich sy­tu­acjach nie ma ni­cze­go lep­sze­go niż an­trakt. Zo­sta­wio­na sama so­bie na kil­ka mi­nut, pod­eks­cy­to­wa­na już tym, co się zda­rzy­ło, i wła­sną od­wa­gą dziew­czy­na ma wte­dy czas, by pod­jąć osta­tecz­ną de­cy­zję. Po­trze­ba wy­si­ka­nia się była tak doj­mu­ją­ca, że Yuma pod­niósł się z wy­sił­kiem i czer­wo­ny na twa­rzy, wsty­dząc się tego, cze­go nie na­le­ży się wsty­dzić, oznaj­mił pół­gęb­kiem:

– Ja na chwil­kę…

Aya tak­że wspar­ła się na łok­ciach i na wpół le­żąc, na wpół sie­dząc, rzu­ci­ła mu iro­nicz­ne spoj­rze­nie spod rzęs. Naj­wi­docz­niej wie­dzia­ła albo wy­czu­wa­ła wię­cej, niż mógł po­dej­rze­wać.

– Na­wet na dwie – po­wie­dzia­ła i wciąż nie zro­bi­ła nic, by scho­wać pier­si pod sta­nik.

Wspi­nał się mo­zol­nie w górę wy­dmy. Pia­sek osu­wał się i Yuma my­ślał już tyl­ko o tym, żeby się nie obej­rzeć. Niech so­bie nie my­śli smar­ku­la, że mi na niej aż tak za­le­ży. I może by się nie obej­rzał, ale luź­ny piach osu­nął się spod sto­py tak gwał­tow­nie, że mu­siał – żeby nie upaść – po­de­przeć się dło­nią. Wy­ko­rzy­stał to, by dys­kret­nie zer­k­nąć za sie­bie w dół. Na szczę­ście Aya, w nie­zmie­nio­nej po­zy­cji, ob­ser­wo­wa­ła za­to­kę i jak mu się zda­wa­ło (choć z od­le­gło­ści nie wi­dział do­kład­nie), strze­py­wa­ła pia­sek z ob­na­żo­ne­go brzu­cha. Z uczu­ciem do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ją­cym to, ja­kie mamy, za­my­ka­jąc za sobą drzwi to­a­le­ty, prze­wa­lił się przez grzbiet wy­dmy i za­czął się zsu­wać po bar­dzo stro­mym sto­ku w stro­nę gąsz­czu krze­wów.

Z po­wro­tem po­ko­ny­wał stro­mi­znę bez wy­sił­ku, z lek­kim ser­cem, tak jak­by na dole uda­ło mu się wy­lać z du­szy wszel­kie kło­po­ty, lęki i trud­ne my­śli, z któ­ry­mi nie chcia­ło mu się pa­so­wać. Po­my­ślał, że do­brze wy­pad­nie, je­śli jak gdy­by nig­dy nic wró­ci i po­ło­ży się koło Ayi, nie pa­trząc na jej (oby) wciąż od­sło­nię­te pier­si i nie czy­niąc żad­nych, naj­drob­niej­szych na­wet alu­zji do tego, co już się mię­dzy nimi wy­da­rzy­ło. Niech ini­cja­ty­wa wyj­dzie od niej, a wte­dy on le­ni­wie przy­sta­nie na jej pro­po­zy­cje. To bę­dzie bar­dzo mę­skie i je­śli wszyst­ko do­brze pój­dzie i uda mu się za­cho­wać spo­kój i ni­cze­go nie ze­psuć, może już dziś…

Sta­nął na grzbie­cie wy­dmy i w osłu­pie­niu po­pa­trzył na pla­żę. Była pu­sta, pu­ściu­teń­ka. Je­dy­nie śmiesz­ny pta­szek na nie­pro­por­cjo­nal­nie dłu­gich i cie­niut­kich nóż­kach bro­dził tuż przy brze­gu w po­szu­ki­wa­niu po­ży­wie­nia. Nie było tak­że rze­czy Ayi – tor­by i san­dał­ków. Zo­stał tyl­ko jego ręcz­nik, ple­cak i sfa­ty­go­wa­ne tramp­ki. Scho­wa­ła się. Też mi dow­cip! God­ny ja­kiejś gów­nia­ry, któ­rą prze­cież nie była. Nig­dy nie ro­bi­ła ta­kich pro­stac­kich nu­me­rów. Może po­szła się ką­pać i uto­nę­ła? Ale jak? Z ręcz­ni­kiem i z tor­bą? Ab­surd. Zresz­tą pły­wa­ła bar­dzo do­brze. Była mi­strzy­nią szko­ły w krau­lu. Ab­surd.

– Aaaaaay­y­y­y­y­aaaa! – roz­darł się ochry­ple, a bro­dzą­cy ptak ode­rwał się na chwi­lę od swo­ich za­jęć, po­pa­trzył i z przy­ga­ną po­krę­cił gło­wą osa­dzo­ną na rów­nie nie­do­rzecz­nie cien­kiej co nogi szyj­ce.

No do­brze – po­my­ślał Yuma. – Na­wet je­śli zro­bi­ła taki dzie­cin­ny nu­mer i się scho­wa­ła, to jak, u li­cha! I kie­dy? – Ro­zej­rzał się dla pew­no­ści, ale na prze­strze­ni wie­lu dzie­siąt­ków me­trów ni­cze­go oso­bli­we­go nie spo­strzegł, a wzrok, co zgod­nie pod­kre­śla­li in­struk­to­rzy, miał wy­jąt­ko­wo do­bry. – Ja­sne! – wy­de­du­ko­wał. – Kie­dy po­szedł się wy­si­kać, Aya wbie­gła na wy­dmę w in­nym miej­scu i te­raz pew­nie sie­dzi gdzieś za krza­kiem i śmie­je się w ku­łak. Ach, więc to tak. Ko­cha­na spry­cia­ra. Po­sta­no­wi­ła pójść na ca­łość, ale boi się, że na pla­ży ktoś nas na­kry­je! Dla­te­go nie ma ręcz­ni­ka i rze­czy. Ja­sne. Woli, żeby to się od­by­ło w za­ro­ślach za wy­dmą. Te­raz pew­nie jest już goła i zło­ści się, że jest taki tępy i nie po­tra­fi się do­my­ślić naj­prost­szych rze­czy.

Pio­ru­nem po­zbie­rał swo­je ma­nat­ki i ru­szył pod górę w ta­kim tem­pie, jak­by od tego mia­ło za­le­żeć jego ży­cie.

Wró­cił na pu­stą pla­żę po kil­ku­na­stu mi­nu­tach po­szu­ki­wań i na­wo­ły­wa­nia i zmę­czo­ny siadł bez­rad­nie w miej­scu, gdzie przed go­dzi­ną roz­ło­ży­li ręcz­ni­ki. Bez­myśl­nie roz­glą­dał się wko­ło, a po­tem otarł z czo­ła gę­sty, dziw­nie chłod­ny mimo skwa­ru pot i za­czął się przy­pa­try­wać śla­dom od­ci­śnię­tym wy­raź­nie w lek­ko wil­got­nym pia­sku.

Naj­bar­dziej oczy­wi­ste były te po­dwój­ne, pro­wa­dzą­ce od sta­lo­wych scho­dów. Tędy przy­szli nad brzeg. Rów­nie zro­zu­mia­łe były głę­bo­kie śla­dy stóp na wy­dmie. To tędy wbie­gał na nią i zbie­gał. Roz­po­zna­wał też śla­dy stóp i ko­lan Ayi i jego stóp i ko­lan wo­kół pła­skich od­ci­sków ręcz­ni­ków z pia­sko­wy­mi ne­ga­ty­wa­mi ich ciał. Tu się krzą­ta­li, roz­kła­da­jąc ręcz­ni­ki. Dla­te­go śla­dów jest tak dużo i są tak splą­ta­ne. A niech to! Yuma ze­rwał się i skru­pu­lat­nie ob­szedł te­ren, stop­nio­wo po­sze­rza­jąc krąg i bacz­nie ob­ser­wu­jąc zie­mię. Je­śli Aya do­kądś po­szła albo je­śli na­wet ktoś ją po­rwał, to gdzie się u li­cha po­dzia­ły śla­dy jej albo po­ry­wa­cza?! Chy­ba że był to baj­ko­wy ptak Rok albo ja­kaś pie­przo­na la­ta­ją­ca po­czwa­ra z fil­mów o Go­dzil­li! A to? Yuma zro­bił kil­ka ner­wo­wych kro­ków w stro­nę mo­rza, z nie­do­wie­rza­niem wpa­tru­jąc się w dziw­nie re­gu­lar­ne smu­gi. Wy­glą­da­ły tak, jak­by ktoś tu gra­bił. A więc… – za­sta­na­wiał się go­rącz­ko­wo. – Wy­leź­li z wody. Po­rwa­li Ayę i za­gra­bi­li śla­dy? Ab­surd. Te smu­gi są zu­peł­nie ta­kie same jak po skła­da­nych dru­cia­nych gra­biach, któ­ry­mi ogrod­nik ojca za­gar­niał je­sien­ne li­ście. Mu­sia­ły tu być już wcze­śniej, tyl­ko nie zwró­cił na nie uwa­gi. Pla­żę się prze­cież sprzą­ta. Tak jak wszyst­kie pu­blicz­ne miej­sca. Ja­sne, tyle że in­nych śla­dów tłu­ma­czą­cych znik­nię­cie sio­stry nie ma. Za­ło­żył oku­la­ry do pły­wa­nia i wbiegł do cie­płej wody. Przez kil­ka mi­nut pły­wał w przej­rzy­stej wo­dzie o głę­bo­ko­ści pół­to­ra me­tra aż do miej­sca, w któ­rym usła­ne ko­ra­low­ca­mi dno opa­da­ło gwał­tow­nie w mrocz­ną, zie­lo­ną, bu­dzą­cą lek­ki strach głę­bię, ale ni­cze­go szcze­gól­ne­go nie wy­pa­trzył. Wró­cił na brzeg i chwi­lę grze­bał w ple­ca­ku, szu­ka­jąc ko­mór­ki. Ale prze­cież tu i tak nie ma za­się­gu. Trze­ba jak naj­szyb­ciej do­trzeć do ja­kie­goś te­le­fo­nu i za­wia­do­mić po­li­cję, a jesz­cze le­piej naj­pierw ojca, a po­tem po­li­cję. Już on po­tra­fi po­go­nić ich do ro­bo­ty. Chwy­cił tramp­ki za sznu­ro­wa­dła i za­rzu­cił ple­cak na ra­mię. Nim ru­szył w stro­nę scho­dów, jesz­cze raz spoj­rzał na mo­rze. Rów­ne jak spod sznur­ka drob­ne fal­ki za­ła­my­wa­ły się nie­fra­so­bli­wie na przy­brzeż­nej pły­ciź­nie, a pta­szek wy­jął nogę z wody i pod­ku­liw­szy ją pod sie­bie, dziel­nie wy­trzy­mał wzrok chłop­ca, jak­by chciał po­wie­dzieć:

– Od­czep się wresz­cie. Ni­cze­go nie wi­dzia­łem.

– Aku­rat! Nie wi­dzia­łeś! – wrza­snął z wy­rzu­tem Yuma i po­biegł w kie­run­ku scho­dów.

Tajny Wojskowy Ośrodek Badawczo-Rozwojowy 25 kilometrów na północ od Yongbyon, Korea Północna. Kilka dni później

Rzę­si­sty deszcz prze­stał pa­dać i zro­bi­ło się cał­kiem ład­nie, choć jak na po­czą­tek wrze­śnia było chłod­no, a po­ry­wi­sty wiatr pę­dził po nie­bie ni­skie ciem­ne chmu­ry. Spo­za nich prze­świ­ty­wa­ło jed­nak mo­men­ta­mi ośle­pia­ją­ce słoń­ce, za­pa­la­jąc mi­lio­ny re­flek­sów w ka­łu­żach na be­to­nie sta­re­go, daw­no nie­uży­wa­ne­go pasa star­to­we­go. Któż by się do­my­ślił, że na jego koń­cu, tam, gdzie za­czy­na­ją się za­ro­śla i drze­wa, jest wej­ście do bazy? Na­wet gdy­by ktoś chciał spraw­dzić, co jest za wy­so­kim ogro­dze­niem z dru­tu kol­cza­ste­go, cie­ka­wość szyb­ko wy­bi­ły­by mu z gło­wy licz­ne pa­tro­le z psa­mi. Wy­star­czy­ło jed­nak prze­je­chać kil­ka­set me­trów wzdłuż ogro­dze­nia, by tra­fić na za­chę­ca­ją­co uchy­lo­ną bra­mę, zbi­tą byle jak z nie­he­blo­wa­nej tar­ci­cy, skrę­cić znów w pra­wo i je­chać tak­że przy ogro­dze­niu cią­gną­cym się li­nią ła­god­ne­go sto­ku zie­lo­ne­go wzgó­rza. Na koń­cu utwo­rzo­ne­go przez dwa ogro­dze­nia ko­ry­ta­rza, któ­rym je­cha­ło się ni­czym błot­ni­stą uli­cą (bo nie było tu be­to­nu, tyl­ko pia­sek i żwir), była na­stęp­na bra­ma, ale już nie tak go­ścin­nie za­pra­sza­ją­ca do środ­ka.

Puł­kow­nik Gim Il­son zwol­nił w spo­rej od­le­gło­ści od nie­wiel­kie­go ba­ra­ku, przed któ­re­go fron­tem umiesz­czo­no za­bez­pie­czo­ne wor­ka­mi z pia­skiem sta­no­wi­sko ce­ka­emu, i za­wcza­su wy­sta­wił przez bur­tę sfa­ty­go­wa­ne­go gaza dłoń z do­ku­men­ta­mi w pla­sti­ko­wej ram­ce. Je­den z war­tow­ni­ków nie­spiesz­nie od­su­nął ka­łasz­ni­ko­wa na ple­cy i wziął do­ku­men­ty. Stu­dio­wał je przez dłuż­szą chwi­lę, a po­tem bez sło­wa ob­ró­cił się na pię­cie i po­ma­sze­ro­wał do ba­ra­ku. Jego ko­le­dzy z ka­mien­nym wy­ra­zem twa­rzy wy­ce­lo­wa­li w Il­so­na ka­łasz­ni­ko­wy, szczę­ka­jąc prze­łącz­ni­ka­mi bez­piecz­ni­ków. Być może wie­le lat temu zro­bi­ło­by to na nim wra­że­nie. Te­raz na­wet się nie po­fa­ty­go­wał, by spoj­rzeć w ich mło­de, pew­ne sie­bie oczy pod oka­pa­mi cięż­kich heł­mów, tyl­ko pa­trzył bez­na­mięt­nie w prze­strzeń, my­śląc o swo­ich spra­wach i od­dy­cha­jąc po­wo­li świe­żym, pach­ną­cym po desz­czu po­wie­trzem. Wi­dzą go prze­cież pierw­szy raz i aro­ganc­kie za­cho­wa­nie to nie ich wina. Zresz­tą dla­cze­go aro­ganc­kie? Chłop­cy są w po­rząd­ku. Naj­wi­docz­niej do­sta­li nie­złe wci­ry w cza­sie szko­le­nia, a są za mło­dzi, by prze­siąk­nąć odo­rem słu­żal­stwa. „Odór słu­żal­stwa” – po­wtó­rzył w my­ślach Il­son. Do­bre okre­śle­nie. Dużo le­piej od­da­ją­ce praw­dę niż te ba­nia­lu­ki wy­my­śla­ne przez po­ża­ło­wa­nia god­nych spe­cja­li­stów pra­so­wych z KCNA1. Choć­by ostat­nie ko­mu­ni­ka­ty! Ja­kieś bred­nie o ar­ty­stach od­no­szą­cych spek­ta­ku­lar­ne suk­ce­sy w kom­po­no­wa­niu re­wo­lu­cyj­nej mu­zy­ki albo dum­ny ko­mu­ni­kat o no­wej fa­bry­ce zdol­nej prze­two­rzyć kil­ka ty­się­cy ton słod­kich ziem­nia­ków rocz­nie. Wiel­kie osią­gnię­cie! Wy­star­czy­ło­by wy­sy­pać te ziem­nia­ki na uli­cę, a głod­ni lu­dzie prze­two­rzy­li­by je w pięć mi­nut… Śla­du by po nich nie zo­sta­ło. Uko­ro­no­wa­niem naj­śwież­szych do­nie­sień była pi­ra­mi­dal­na bzdu­ra o ge­nial­nym wy­na­laz­ku na­ukow­ców – „fer­men­ta­cyj­nym na­po­ju opa­la­ją­cym”.

Ko­mu­ni­stycz­na kar­to­fla­na coca-cola, któ­ra dzia­ła jak krem sa­mo­opa­la­ją­cy – drwił w my­ślach puł­kow­nik. – Lu­dzie i tak ciem­nie­ją z nę­dzy i bra­ku wi­ta­min i wy­glą­da­ją jak upio­ry2. Po­trzeb­ny im jesz­cze na­pój opa­la­ją­cy! Świat, w któ­ry wy­sy­ła­my ta­kie ko­mu­ni­ka­ty, musi mieć o nas nie­złe wy­obra­że­nie. Spra­wia­my pew­no wra­że­nie ban­dy pół­głów­ków, sko­ro pro­du­ku­je­my ta­kie new­sy. – Roz­wa­ża­nia puł­kow­ni­ka były ze wszech miar nie­pra­wo­myśl­ne i on sam zda­wał so­bie z tego do­sko­na­le spra­wę. Nie ozna­cza­ło to, że Gim Il­son, je­den z naj­waż­niej­szych lu­dzi w pro­jek­cie, był – zgod­nie z kry­te­ria­mi przy­ję­ty­mi w sys­te­mie – nie­lo­jal­ny. My­śli to jed­no, a lo­jal­ność to dru­gie. Na szczę­ście nasi ge­nial­ni ucze­ni nie wy­na­leź­li jesz­cze me­to­dy po­zwa­la­ją­cej na ska­no­wa­nie umy­słów i do tego, co kto so­bie my­ślał, moż­na było, na ra­zie, do­brać się je­dy­nie tra­dy­cyj­ny­mi, spraw­dzo­ny­mi me­to­da­mi: tor­tu­ra­mi, wie­lo­dnio­wy­mi prze­słu­cha­nia­mi, szan­ta­żem i che­mi­ka­lia­mi ob­ra­bia­ją­cy­mi sys­tem ner­wo­wy. Aku­rat jego nikt nie śmiał­by prze­słu­chi­wać, chy­ba że na spe­cjal­ne po­le­ce­nie naj­wyż­szych władz. W spo­łe­czeń­stwie po­dzie­lo­nym we­dług stop­nia lo­jal­no­ści wo­bec re­żi­mu był bo­wiem szczę­śli­wym po­sia­da­czem naj­wyż­sze­go cer­ty­fi­ka­tu pra­wo­myśl­no­ści, a szczę­ście to dzie­lił z gru­pą sta­ran­nie wy­se­lek­cjo­no­wa­nych funk­cjo­na­riu­szy, któ­rych kla­sy­fi­ko­wa­no jako „lo­jal­nych”3. Da­wa­ło to szcze­gól­ne przy­wi­le­je. Sys­tem, choć miał spraw­czą siłę spo­łecz­ną o wie­le więk­szą niż hin­du­ski po­dział war­no­wo­ka­sto­wy, był z za­ło­że­nia ab­sur­dal­ny, czym nie róż­nił się od po­zo­sta­łych obo­wią­zu­ją­cych tu sys­te­mów. O tym, w któ­rej spo­śród pięć­dzie­się­ciu je­den prze­gró­dek kto się zna­lazł, de­cy­do­wa­ła po­zy­cja wyj­ścio­wa. W tym jed­nym przy­po­mi­nał de­ter­mi­ni­stycz­ny hin­du­ski po­dział na dzia­ti4. Je­śli więc ktoś miał nie­szczę­ście uro­dzić się w ro­dzi­nie ska­żo­nej nie­lo­jal­no­ścią, w za­sa­dzie prze­są­dza­ło to o jego za­sze­re­go­wa­niu.

Zmia­na kla­sy­fi­ka­cji, je­śli w ogó­le była do po­my­śle­nia, mo­gła w za­sa­dzie ozna­czać tyl­ko zde­gra­do­wa­nie. Jed­nak Gim Il­son, po­sia­dacz naj­wyż­sze­go cer­ty­fi­ka­tu lo­jal­no­ści i tym sa­mym po­li­tycz­nej przy­dat­no­ści, był wy­jąt­kiem po­twier­dza­ją­cym re­gu­łę. Po pierw­sze, był mie­szań­cem (jego oj­cem – o zgro­zo – był Ame­ry­ka­nin). Po dru­gie, prze­by­wał kil­ka lat poza gra­ni­ca­mi kra­ju.

Hi­sto­rię wła­sne­go po­czę­cia ka­za­no mu opi­sać ze szcze­gó­ła­mi, kie­dy wstę­po­wał do par­tii. Znał ją od mat­ki i za­pa­mię­tał tak, jak mu ją prze­ka­za­ła, kie­dy skoń­czył osiem lat. Wkrót­ce po­tem zmar­ła. W an­kie­cie naj­zu­peł­niej świa­do­mie po­zwo­lił so­bie na istot­ne kon­fa­bu­la­cje i na­pi­sał, że jest owo­cem wo­jen­ne­go gwał­tu. Brzmia­ło to zde­cy­do­wa­nie le­piej niż wer­sja mamy. Jej opo­wieść, peł­na ta­jem­ni­cze­go wo­jen­ne­go ro­man­ty­zmu i nie­po­ję­tej ma­gii uczuć ro­dzą­cych się w jed­nej chwi­li nie wia­do­mo za jaką spra­wą, nie nada­wa­ła się do par­tyj­nej an­kie­ty. W rze­czy­wi­sto­ści, gdy na po­cząt­ku paź­dzier­ni­ka 1952 roku ko­re­ań­sko-chiń­skie od­dzia­ły sztur­mo­we ru­szy­ły do de­spe­rac­kie­go na­tar­cia, prze­ła­mu­jąc za­sko­czo­ną obro­nę ame­ry­kań­ską w wie­lu miej­scach fron­tu, rów­nie szyb­ko i spraw­nie od­po­wie­dział ge­ne­rał Van Fle­et, któ­ry – nie zwa­ża­jąc na duże stra­ty – kontr­ata­ko­wał wiel­ki­mi si­ła­mi i od­zy­skał utra­co­ne po­zy­cje5. Nam-Ky­oung Lee, wal­czą­ca w sze­re­gach ko­bie­cych od­dzia­łów Ko­re­ań­skiej Ar­mii Lu­do­wej, na całą dobę uwię­zio­na zo­sta­ła w leju po ćwierć­to­no­wej bom­bie lot­ni­czej wraz z ame­ry­kań­skim ma­ri­nes. Ści­ślej, wpa­dła tam rzu­co­na bli­skim po­dmu­chem eks­plo­zji moź­dzie­rzo­we­go gra­na­tu i stra­ci­ła przy­tom­ność. Gdy ją od­zy­ska­ła i otwo­rzy­ła spie­czo­ne go­rą­cą falą po­wie­trza po­wie­ki, zo­ba­czy­ła na­chy­lo­ną nad sobą sym­pa­tycz­ną twarz ja­sno­wło­se­go chłop­ca w ame­ry­kań­skim mun­du­rze. Le­ża­ła na jego ko­la­nach. Mat­ka nie opo­wia­da­ła ze szcze­gó­ła­mi, co sta­ło się da­lej. Po­wie­dzia­ła tyl­ko, że sama nie wie, jak to moż­li­we, że w jed­nej chwi­li za­ko­cha­ła się we wro­gu. Z roz­ma­rzo­ne­go wy­ra­zu jej twa­rzy mały Gim wy­wnio­sko­wał jed­nak, że wspo­mi­na ów lej i to, co w nim za­szło, z ogrom­ną przy­jem­no­ścią. Kie­dy te­raz o tym my­ślał, nie dzi­wił się Ame­ry­ka­ni­no­wi. Mło­da Ko­re­an­ka ze swo­ją nie­po­wta­rzal­ną, sub­tel­ną uro­dą i wspa­nia­łą fi­gu­rą na­wet w upa­pra­nym gli­ną dre­li­chu i z wło­sa­mi zwią­za­ny­mi w prze­po­co­ny wę­zeł mu­sia­ła być w ów szcze­gól­ny paź­dzier­ni­ko­wy wie­czór wy­jąt­ko­wo god­na po­żą­da­nia. Po dwóch dniach i no­cach, pod­czas któ­rych ze wzglę­du na sil­ny ostrzał nie uda­ło im się opu­ścić leja, przy­szło wy­zwo­le­nie. Po­ja­wi­ły się ko­lej­ne od­dzia­ły Van Fle­eta, a Nam-Ky­oung na kil­ka mie­się­cy tra­fi­ła do obo­zu je­niec­kie­go po po­łu­dnio­wej stro­nie fron­tu. Tam na­uczy­ła się mó­wić nie­źle po an­giel­sku, ale na­wet od­wie­dza­ją­cy ją re­gu­lar­nie, wów­czas już po­rucz­nik, Her­bert Du­din­sky nie zdo­łał jej na­kło­nić, by po­zo­sta­ła na Po­łu­dniu. Z pięk­nie za­okrą­glo­nym brzusz­kiem, pod­czas naj­bliż­szej wy­mia­ny jeń­ców, po­ma­sze­ro­wa­ła dziel­nie na pół­noc, a tam ów brzu­szek naj­praw­do­po­dob­niej ura­to­wał jej ży­cie, bo kraj po­trze­bo­wał przy­szłych no­wych żoł­nie­rzy. Gdy­by nie za­awan­so­wa­na cią­ża, nie cac­ka­no by się z nią, po­dob­nie jak nie cac­ka­no się z ty­sią­ca­mi po­wra­ca­ją­cych z ame­ry­kań­skiej nie­wo­li jeń­ców, któ­rym w ra­mach re­kom­pen­sa­ty za tru­dy obo­zów wy­pła­ca­no kul­kę w łeb. Nam-Ky­oung da­ro­wa­no winy, a po­nie­waż mó­wi­ła po an­giel­sku, po uro­dze­niu Gima zna­la­zła za­trud­nie­nie jako tłu­macz­ka asy­stu­ją­ca przy prze­słu­cha­niach. Ze swą zja­wi­sko­wą uro­dą szyb­ko wpa­dła w oko jed­ne­mu z wyż­szych ofi­ce­rów kontr­wy­wia­du, nie­ja­kie­mu Il­so­no­wi. Zo­sta­ła jego ko­chan­ką, ale ule­ga­jąc jej uro­ko­wi i przy­mio­tom du­szy, pręd­ko pod­niósł ją do god­no­ści mał­żon­ki, de­cy­du­jąc się na ad­op­cję chłop­ca. On tak­że znał je­dy­nie ofi­cjal­ną wer­sję Gi­mo­we­go po­czę­cia i my­ślał o swo­im przy­bra­nym synu jako o dziec­ku, któ­re przy­szło na świat w wy­ni­ku bru­tal­ne­go gwał­tu. Nie prze­szka­dza­ło mu to, a na­wet chy­ba po­ma­ga­ło, trak­to­wać chłop­ca z nie­zro­zu­mia­łym na­wet dla nie­go sa­me­go sza­cun­kiem i da­rzyć go dziw­nym uczu­ciem na po­gra­ni­czu współ­czu­cia i winy.

Z po­łą­cze­nia ge­nów mlecz­no-sma­głej wy­smu­kłej, de­li­kat­nej Nam-Ky­oung i mu­sku­lar­ne­go, sprę­ży­ste­go Ame­ry­ka­ni­na po­wsta­ło coś dziw­ne­go. Efekt po­wi­nien być inny. Nam była drob­na i nie­wy­so­ka, Du­din­sky ro­sły, sze­ro­ki w ba­rach, sil­ny i pięk­nie umię­śnio­ny. Nam mia­ła oczy ciem­no­zie­lo­ne, a Her­bert in­ten­syw­nie nie­bie­skie. Gim był wy­so­ki (na­wet je­śli my­śleć o jego wzro­ście w ka­te­go­riach Za­cho­du), smu­kły i mu­sku­lar­ny. Ale twarz o le­d­wie wi­docz­nym orien­tal­nym od­cie­niu nie wy­szła w za­chod­nio-wschod­nim po­łą­cze­niu naj­cie­ka­wiej i dziw­nie przy­po­mi­na­ła ma­skę te­atral­ną. Tak jak­by ko­re­ań­skie geny nie chcia­ły po­zwo­lić tym zza oce­anu uru­cho­mić w peł­ni jej mi­mi­ki i moż­li­wo­ści wy­ra­zu. Wszyst­ko w tej twa­rzy było na opak. W uśmie­chu Gim opusz­czał ką­ci­ki warg, a gdy się gnie­wał – prze­ciw­nie. Przy­po­mi­nał wte­dy roz­złosz­czo­ne­go klau­na, któ­ry wy­ma­lo­wał so­bie uśmiech moc­ną kred­ką do cha­rak­te­ry­za­cji twa­rzy. Gra­na­to­we gę­ste wło­sy, wła­śnie nie czar­ne, tyl­ko mie­nią­ce się gra­na­to­wo, przy­ci­nał krót­ko, a wśród rów­nych, bia­łych zę­bów wy­róż­nia­ły się ostre gór­ne kły, rów­nie bia­łe, lecz na­le­żą­ce jak­by do in­ne­go kom­ple­tu, sto­sow­niej­sze­go dla dra­pież­ni­ka mię­so­żer­cy. Po mat­ce miał ład­ne, kształt­ne dło­nie i ciem­no­gra­na­to­we oczy, któ­rych tę­czów­kę roz­ja­śnia­ły zie­lo­ne plam­ki, do­kład­nie ta­kie, ja­ki­mi bły­ska­ły we­so­łe, błę­kit­ne ame­ry­kań­skie oczy Du­din­skie­go. Jed­nak­że w peł­nych mro­ku oczach Gima ten we­sel­szy ak­cent był zu­peł­nie nie na miej­scu. Choć Nam-Ky­oung i Her­bert byli ser­decz­ni, wy­lew­ni i ła­two oka­zy­wa­li za­rów­no to, co czu­ją, jak i to, co my­ślą, Gim ze swo­ją przy­stoj­ną twa­rzą-ma­ską był dla roz­mów­cy i ob­ser­wa­to­ra nie­prze­nik­nio­ny, a sprzecz­no­ści na­bie­ra­ły no­we­go wy­mia­ru. To, co w wy­ra­zie tej twa­rzy było za­chod­nie, po­przez swą re­gu­lar­ność i per­fek­cyj­ność uwy­pu­kla­ło ce­chy orien­tal­ne, któ­re spra­wia­ły wra­że­nie nie do­peł­nie­nia, ale ska­że­nia. Le­d­wie wi­docz­ne, umiej­sco­wio­ne ka­pry­śnie w ką­ci­kach oczu i na szczy­tach ko­ści po­licz­ko­wych ce­chy Wscho­du wy­glą­da­ły na ja­kąś fa­na­be­rię. Przy­po­mi­na­ły efekt za­bie­gów te­atral­ne­go cha­rak­te­ry­za­to­ra, któ­ry robi ma­ki­jaż za­chod­nim ak­to­rom ma­ją­cym za­grać w ope­ret­ce Mi­ka­do. Na do­miar złe­go twarz Gima Il­so­na umia­ła za­sty­gać na dłu­gie mi­nu­ty i prócz mru­ga­nia po­wiek nic się w niej nie dzia­ło. Mo­gło to spra­wiać wra­że­nie do­pro­wa­dzo­ne­go do per­fek­cji wy­stu­dio­wa­nia wła­sne­go wy­glą­du i peł­nej kon­tro­li za­cho­wa­nia, alew jego przy­pad­ku – było na­tu­ral­ne. Na­wet gdy się uśmie­cha­ła ro­bił to rzad­ko – było w wy­ra­zie jego twa­rzy coś od­py­cha­ją­ce­go i przy­kre­go dla ob­ser­wa­to­ra.

Żoł­nierz, któ­ry wró­cił z ba­ra­ku z ostem­plo­wa­ną prze­pust­ką i żół­tym iden­ty­fi­ka­to­rem, te­raz naj­wy­raź­niej pe­łen sza­cun­ku, na­dział się na pu­ste spoj­rze­nie puł­kow­ni­ka i zmie­sza­ny po­spiesz­nie opu­ścił wzrok, choć jesz­cze nie­daw­no spra­wiał wra­że­nie twar­dzie­la. Sta­ran­nie uni­ka­jąc za­glą­da­nia pod da­szek po­lo­wej czap­ki Il­so­na, za­sa­lu­to­wał po­ka­zo­wo i ge­stem na­ka­zał pod­nie­sie­nie szla­ba­nu. Szla­ban był tyl­ko jed­ną z szy­kan, bo po prze­je­cha­niu le­d­wie kil­ku­dzie­się­ciu me­trów Gim mu­siał zo­sta­wić swo­je­go gaza na po­kry­tym siat­ką ma­sku­ją­cą par­kin­gu i po oka­za­niu na­stęp­nym po­ste­run­kom prze­pust­ki prze­siąść się do wą­sko­to­rów­ki. Był je­dy­nym pa­sa­że­rem, więc ulo­ko­wał się w środ­ko­wym wa­go­ni­ku, z dala za­rów­no od nie­wiel­kiej lo­ko­mo­ty­wy spa­li­no­wej, jak i od war­tow­ni­ka z el­ka­emem, nu­dzą­ce­go się na koń­cu skła­du. Pod­ło­gę za­nie­czysz­cza­ły nie­do­pał­ki i coś jesz­cze, co wy­glą­da­ło na reszt­ki owo­ców, pach­nia­ło nie naj­le­piej i le­ża­ło tu wi­dać od wie­lu dni. Nie mógł już zmie­nić miej­sca, bo skład ru­szył z szarp­nię­ciem. Ulo­ko­wał nogi w bu­tach de­san­to­wych jak naj­da­lej od od­pad­ków i z za­cie­ka­wie­niem ob­ser­wo­wał tra­sę. Ostat­ni raz był tu po­nad dwa lata wcze­śniej… bo­daj wio­sną 1996 roku. Oczy­wi­ście. To było przy oka­zji tej far­sy zor­ga­ni­zo­wa­nej w Yong­by­on na uży­tek Ame­ry­ka­nów. Me­cha­nizm dzie­cin­nie pro­sty. Za­sta­na­wia­ją­ce, że wciąż dają się na­bie­rać na ta­kie nu­me­ry. Pro­si się ich o po­moc przy li­kwi­da­cji sta­re­go re­ak­to­ra, a oni, po­nie­waż ich Kon­gres prze­zna­cza na to duże sumy, ocho­czo w to wcho­dzą. To w koń­cu pie­nią­dze rzą­du Sta­nów Zjed­no­czo­nych, więc dla spe­cja­li­stycz­nych firm nie­ba­ga­tel­ne bu­dże­ty sta­no­wią wiel­ką po­ku­sę. Wszy­scy chcą za­ro­bić i wszy­scy są za­do­wo­le­ni. Gdy Ame­ry­ka­nie, za­chwy­ce­ni, że tak ła­two po­szło, chcą za­brać się do pra­cy, za­czy­na się pię­trzyć przed nimi ko­lej­ne trud­no­ści. Wy­star­czy tak przy­go­to­wy­wać ra­por­ty, żeby spe­cja­li­ści z MAEA6 zgłu­pie­li, bo nikt nie jest w sta­nie zwe­ry­fi­ko­wać spre­pa­ro­wa­nych umie­jęt­nie da­nych. Oczy­wi­ście za­czy­na się wy­mia­na not dy­plo­ma­tycz­nych, de­men­ti i pro­te­stów oraz wza­jem­nych oskar­żeń. W tej grze je­ste­śmy mi­strza­mi i Ame­ry­ka­nie nie po­win­ni sia­dać z nami do jed­ne­go sto­li­ka. Co in­ne­go Ro­sja­nie. Ci umie­ją grać i ble­fo­wać. Umie­ją też iść w za­par­te. Ich o wie­le trud­niej ro­lo­wać.

W koń­cu, po eta­pie po­zor­nych ustępstw, szarż i rej­te­rad z na­szej stro­ny, Agen­cja, któ­rej więk­szość udzia­łów mają jan­ke­si, bie­rze się do ro­bo­ty i za­czy­na pa­ko­wać śmier­cio­no­śne prę­ty do spe­cjal­nych po­jem­ni­ków z kwa­so­od­por­nej sta­li. I do­brze. Czas naj­wyż­szy, bo wie­le z nich jest w sta­nie – jak to eu­fe­mi­stycz­nie uj­mu­ją ra­por­ty – po­waż­ne­go za­nie­dba­nia. Na tyle po­waż­ne­go, że Ame­ry­ka­nie mu­szą wy­asy­gno­wać na ich uniesz­ko­dli­wie­nie dwa razy więk­sze sumy. A są to kwo­ty idą­ce w dzie­siąt­ki mi­lio­nów USD. I mimo to są za­do­wo­le­ni. Jak by im kto w kie­szeń na­ro­bił. De­mo­kra­cja ma za­pew­ne swo­je do­bre stro­ny, ale jej pro­duk­tem ubocz­nym są ta­bu­ny głup­ków. Z cze­go tu się niby cie­szyć? Z tego, że na świe­cie jest o kil­ka ton mniej tych od­pa­dów? Znik­ną w jed­nym miej­scu, po­ja­wią się z pew­no­ścią w in­nym, naj­mniej spo­dzie­wa­nym. Taka jest na­tu­ra tego świń­stwa, któ­re­go wszy­scy po­żą­da­ją bar­dziej niż zło­ta.

W każ­dym ra­zie Ame­ry­ka­nie i ich sa­te­li­ci mie­li przez wie­le mie­się­cy za­ję­cie i w ogó­le nie po­dej­rze­wa­li, że cała za­ba­wa ma słu­żyć je­dy­nie od­wró­ce­niu uwa­gi od spraw istot­nych. Cóż bo­wiem zna­czy ża­ło­sne pięć me­ga­wa­tów sta­reń­kie­go ro­syj­skie­go roz­pa­da­ją­ce­go się re­ak­to­ra w Yong­by­on wo­bec prze­raź­li­wej mocy no­we­go, bu­do­wa­ne­go w od­le­gło­ści za­le­d­wie dwu­dzie­stu pię­ciu ki­lo­me­trów? W do­dat­ku czę­ścio­wo fi­nan­so­wa­ne­go, o czym oczy­wi­ście Ame­ry­ka­nie ani lu­dzie z KEDO7 nie mają po­ję­cia, z pie­nię­dzy ame­ry­kań­skich po­dat­ni­ków! Przy czym – war­to za­uwa­żyć – nowy re­ak­tor bę­dzie miał nie­wie­le wspól­ne­go ze szczyt­ny­mi za­ło­że­nia­mi tego kon­sor­cjum. Nie bę­dzie to oczy­wi­ście re­ak­tor cy­wil­ny. Ten cy­wil­ny też co praw­da po­wsta­je, ale zu­peł­nie gdzie in­dziej, i na­wet całe sta­do mię­dzy­na­ro­do­wych au­dy­to­rów, choć­by sie­dzia­ło nad fak­tu­ra­mi i księ­ga­mi jesz­cze przez pięć lat, nie doj­dzie praw­dy, czy­li tego, na co na­praw­dę wy­da­je się ko­lej­ne tran­sze fun­du­szy KEDO, nie li­cząc wiel­kich sum na in­fra­struk­tu­rę, prze­sie­dla­nie lud­no­ści z za­gro­żo­nych ska­że­nia­mi osie­dli i tym po­dob­ne bzdu­ry. Aha! Za­po­mniał­bym. Jesz­cze ko­lej­ne pie­nią­dze na li­nie prze­sy­ło­we i osprzęt, trans­for­ma­to­ry, ste­row­ni­ki. Owszem, są. Tyle że nig­dy nie po­pły­nie nimi prąd do miesz­kań i do­mów kul­tu­ry, a osprzęt po drob­nych mo­der­ni­za­cjach moż­na przy­sto­so­wać do wia­do­mych ce­lów.

Spra­wa, nie li­cząc oczy­wi­ście drob­nych nie­po­ro­zu­mień, kłót­ni, szan­ta­ży i za­tar­gów, roz­wi­ja­ła się na tyle po­myśl­nie i naj­wi­docz­niej przy­no­si­ła tak po­kaź­ne zy­ski po­łu­dnio­wo­ko­re­ań­skim, ja­poń­skim i ame­ry­kań­skim fir­mom za­an­ga­żo­wa­nym w pro­gram wy­da­wa­nia pu­blicz­nych fun­du­szy, że na KEDO ła­ko­mym okiem spo­zie­rać za­czę­li Ro­sja­nie i Chiń­czy­cy. Pro­szę bar­dzo. Nie wi­dzi­my prze­szkód. Ro­zu­mie­my, że też chcie­li­by­ście za­ro­bić. Bar­dzo do­brze. Im wię­cej chęt­nych, tym wię­cej kon­tro­le­rów, im wię­cej au­dy­to­rów, tym ła­twiej o za­mie­sza­nie, bo wy naj­pierw bę­dzie­cie pa­trzeć na ręce so­bie na­wza­jem. A przede wszyst­kim na­szym bra­ciom z Po­łu­dnia.

Gim, jak wszy­scy z jego szcze­bla, miał swo­bod­ny do­stęp do wie­lu za­ka­za­nych ka­na­łów za­gra­nicz­nych sta­cji te­le­wi­zyj­nych i do­sko­na­le znał ko­rup­cyj­ne moż­li­wo­ści bra­ci zza li­nii de­mar­ka­cyj­nej. Nie było ty­go­dnia, ba, nie­kie­dy dnia, bez no­wej afe­ry w ad­mi­ni­stra­cji rzą­do­wej albo w pry­wat­nych kor­po­ra­cjach. Szwin­del za szwin­dlem. Je­den grub­szy od dru­gie­go. Aż dziw, że przy ta­kiej od­wiecz­nej skłon­no­ści Po­łu­dnio­wi do­ro­bi­li się jako na­ród tak wiel­kich pie­nię­dzy. Przy­da­ło­by się im jed­nak tro­chę wię­cej fi­ne­zji, bo­wiem styl ich afer przy­po­mi­nał jako żywo nie­chlub­ne pa­no­wa­nie imien­ni­ków puł­kow­ni­ka – Gi­mów z An­don­gu8. Współ­cze­snych po­łu­dnio­wo­ko­re­ań­skich pro­mi­nen­tów nie ha­mo­wa­ło wie­le przed za­sto­so­wa­niem do­kład­nie ta­kich sa­mych me­tod… Ła­pów­kar­stwo i ko­rup­cja, fał­szo­wa­nie księ­go­wo­ści, han­dlo­wa­nie kon­trak­ta­mi i sta­no­wi­ska­mi, usta­wia­nie prze­tar­gów. Mimo dzie­się­cio­le­ci de­mo­kra­cji we­dług spraw­dzo­nych ame­ry­kań­skich wzo­rów Re­pu­bli­ka nie wy­zby­ła się naj­gor­szych na­ro­do­wych przy­war. Cza­sa­mi po­ziom afer i szwin­dli był za­dzi­wia­ją­co pry­mi­tyw­ny. Ot, ja­kaś pani mi­ni­ster kul­tu­ry czy cze­goś ta­kie­go, ko­rzy­sta­jąc ze służ­bo­wej kar­ty kre­dy­to­wej, ku­pu­je fu­tra za sto ty­się­cy do­la­rów. I to gdzie? W skle­pie swo­jej sio­stry. Me­dia pasą się tym przez ty­dzień po to, by w na­stęp­nym uży­wać so­bie na ko­lej­nym de­frau­dan­cie.

Nasz sys­tem – du­mał smęt­nie Gim – ni­czym się od tej sła­wet­nej de­mo­kra­cji nie róż­ni. To też cza­sy współ­cze­snych Gi­mów z An­don­gu, tyle że na Pół­no­cy ko­rup­cja, ła­pów­kar­stwo, pro­tek­cjo­nizm, oszu­stwa po­dat­ko­we i księ­go­we, na­gan­ne i god­ne naj­su­row­szych kar, są za­uwa­ża­ne je­dy­nie do pew­ne­go szcze­bla wła­dzy. Wy­żej wy­czy­ny na­szych Gi­mów z An­don­gu są nie­do­strze­gal­ne. A może, ści­śle mó­wiąc, le­piej uda­wać, że się ich nie wi­dzi. Chy­ba że trze­ba się po­zbyć ja­kie­goś Gima z wy­so­kiej pół­ki. Wte­dy jed­nym ru­chem wszech­wład­ne­go pal­ca z ry­ce­rza dżu­cze czy­ni się prze­stęp­cę9. To nor­mal­ne. Gim do­sko­na­le znał te me­cha­ni­zmy i może wła­śnie dla­te­go sta­rał się nie wcho­dzić w or­bi­ty szwin­dli i prze­krę­tów, co było po­wszech­ne wśród funk­cjo­na­riu­szy jego szcze­bla. Był to, trze­ba przy­znać, pe­wien ro­dzaj szcze­gól­nej uczci­wo­ści w ra­mach ab­sur­dal­ne­go sys­te­mu. Oczy­wi­ście nie spo­sób było się od­izo­lo­wać od po­tra­fią­cych zmie­lić każ­dą uczci­wość try­bów ukła­du. No bo jak na przy­kład od­mó­wić przy­ję­cia gra­ty­fi­ka­cji w po­sta­ci luk­su­so­wej wil­li, li­mu­zy­ny albo przy­dzia­ło­wej ko­chan­ki, rów­nie luk­su­so­wej jak li­mu­zy­na? Owe gra­ty­fi­ka­cje były for­mą wy­na­gro­dze­nia za wier­ną służ­bę i osią­gnię­cia. Moż­na ich było oczy­wi­ście nie przy­jąć, pro­sząc o prze­zna­cze­nie wil­li na sie­ro­ci­niec, ale tego czy­nić w żad­nym wy­pad­ku nie na­le­ża­ło. Funk­cjo­na­riusz, któ­ry tak wła­śnie by po­stą­pił, ofi­cjal­nie zo­stał­by po­chwa­lo­ny jako wzór spo­łecz­nych i ko­mu­ni­stycz­nych cnót, ale prze­sta­no by mu ufać. I z cza­sem pew­nie od­su­nię­to od lu­kra­tyw­nych sta­no­wisk i wła­dzy. Tego wszyst­kie­go puł­kow­nik Gim Il­son nie po­chwa­lał, ale go­dził się z tym, a ta zgo­da była jego świa­do­mym wy­bo­rem. Po­zo­sta­nie w kra­ju było też świa­do­mym wy­bo­rem. Stu­dio­wał za gra­ni­cą, wy­sy­ła­no go za gra­ni­cę w mi­sjach10 i wie­lo­krot­nie mógł naj­zwy­czaj­niej w świe­cie prze­kro­czyć bra­mę kra­jo­wej am­ba­sa­dy w każ­dym de­mo­kra­tycz­nym kra­ju i po­pro­sić o azyl. Wszę­dzie przy­ję­to by go z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi, za­pew­nio­no go­dzi­wy byt i ochro­nę. Mógł to zro­bić tym ła­twiej, że na Pół­no­cy nie miał ani bliż­szej, ani dal­szej ro­dzi­ny, któ­rą moż­na by re­pre­sjo­no­wać za jego zdra­dę. Wra­cał za każ­dym ra­zem, bo tego chciał. Wra­cał z przy­jem­no­ścią i mi­łym po­czu­ciem bli­sko­ści ro­dzin­nych stron. W sys­te­mie, któ­rym po­gar­dzał i któ­re­go w du­chu nie ak­cep­to­wał, było mu do­brze i wy­god­nie. Nie chciał tego stra­cić.

Skład ko­lej­ki, pisz­cząc na cia­snych za­krę­tach, piął się te­raz pod górę, a żoł­nie­rzem z ostat­nie­go wa­go­ni­ka rzu­ca­ło tak, że mu­siał pu­ścić swój el­ka­em na pas i chwy­cić się obu burt. Wy­glą­da­ło to za­baw­nie, tak jak­by żoł­nierz bał się wy­paść z łód­ki roz­ko­ły­sa­nej przez fale oce­anu, i puł­kow­nik Gim Il­son uśmiech­nął się po raz pierw­szy tego dnia. Ko­lej­ka po­ko­ny­wa­ła ko­lej­ne za­krę­ty tra­sy roz­pię­tej w me­an­drach licz­nych wzgórz, ale wi­dać było nie­wie­le, bo wi­dok do góry i na boki za­sła­nia­ła siat­ka ma­sku­ją­ca. Tyl­ko od cza­su do cza­su puł­kow­ni­ko­wi wy­da­wa­ło się, że spo­strze­ga po obu stro­nach toru ko­li­ste sta­no­wi­ska obro­ny prze­ciw­lot­ni­czej, oto­czo­ne wor­ka­mi na­peł­nio­ny­mi pia­skiem. Wresz­cie lo­ko­mo­tyw­ka za­nur­ko­wa­ła w czar­ną gar­dziel tu­ne­lu i na chwi­lę, nim ciem­ność roz­ja­śni­ły ską­po po­sa­do­wio­ne lam­py, Gim prze­stał wi­dzieć co­kol­wiek.

Od cza­sów, kie­dy Gro­ves11 stwo­rzył pierw­szy woj­sko­wy ośro­dek nu­kle­ar­ny z praw­dzi­we­go zda­rze­nia koło za­po­mnia­nej przez Boga i lu­dzi osa­dy Han­ford12, zmie­ni­ło się nie­wie­le… Żeby wy­pro­du­ko­wać do­sta­tecz­ną ilość plu­to­nu, trze­ba było kil­ku rze­czy: ener­gii elek­trycz­nej, bie­żą­cej wody i ty­się­cy lu­dzi. Tu, w pod­ziem­nym, nie­wi­docz­nym dla sa­te­li­tów ośrod­ku i wo­kół nie­go, było wszyst­ko co trze­ba. Ener­gię do­star­cza­ły wy­so­ko­wy­daj­ne li­nie prze­sy­ło­we z elek­trow­ni w Yong­by­on. Szyb­ki i czy­sty nurt Ko­ry­ong Gong wi­ją­cej się me­an­dra­mi po­śród wzgórz i kil­ka stop­ni wod­nych wraz ze sta­cja­mi fil­trów za­pew­nia­ły do­sta­tek wody, a ro­bot­ni­cy… O tych aku­rat na­le­ża­ło się naj­mniej mar­twić. Za­ple­cze re­ak­to­ra, na­wet w tej fa­zie za­awan­so­wa­nia bu­do­wy, wy­glą­da­ło im­po­nu­ją­co, a w mia­rę mi­ja­nia po­szcze­gól­nych kwar­ta­łów ośrod­ka, po­my­sło­wo wmon­to­wa­nych w zbo­cza wzgórz lub kre­cio w nich po­za­ko­py­wa­nych, Gim Il­son two­rzył so­bie ob­raz ca­ło­ści. Wą­sko­to­rów­ka, dud­niąc spa­li­no­wym sil­ni­kiem, za­nu­rza­ła się w ko­lej­ne tu­ne­le, prze­jeż­dża­jąc koło skła­dów, in­sta­la­cji i sta­cji trans­for­ma­to­rów, warsz­ta­tów i par­ków wiel­kich ma­szyn bu­dow­la­nych wy­cią­ga­ją­cych dra­pież­nie ra­mio­na czer­pa­ków i le­mie­szy. W upior­nym świe­tle so­do­wych lamp spy­cha­cze, ko­par­ki i gór­ni­cze di­gi­la­to­ry przy­po­mi­na­ły gi­gan­tycz­ne, człon­ko­no­gie owa­dy. Krzą­ta­ją­cy się wszę­dzie, wpeł­za­ją­cy we wszyst­kie naj­ciem­niej­sze za­ka­mar­ki, ob­le­pia­ją­cy sprzęt, cią­gną­cy rury i wóz­ki z na­rzę­dzia­mi ro­bot­ni­cy wy­glą­da­li z tej per­spek­ty­wy jak tłum Wel­l­sow­skich Mor­lo­ków, a Gi­mo­wi, któ­ry wi­dział We­hi­kuł cza­su w ma­łym ma­dryc­kim ki­nie, wy­da­wa­ło się, że po­dob­nie jak owi fan­ta­sma­go­rycz­ni miesz­kań­cy pod­zie­mi mają oni cho­ro­bli­wie bla­de twa­rze i wi­dzą­ce tyl­ko w ciem­no­ści oczy o wiel­kich źre­ni­cach. Wresz­cie nad­mier­nie roz­pę­dzo­na wą­sko­to­rów­ka wpa­dła w ba­nię ośle­pia­ją­ce­go świa­tła głów­nej hali i le­d­wie zdą­ży­ła wy­ha­mo­wać przed koń­co­wą pę­tlą, a puł­kow­ni­ka rzu­ci­ło na prze­ciw­le­głą ła­wecz­kę. Ze zbi­tym ko­la­nem, prze­kli­na­jąc sa­my­mi war­ga­mi nie­udol­ne­go ma­szy­ni­stę, wy­siadł na wą­ski, wy­ło­żo­ny be­to­no­wy­mi pły­ta­mi pe­ron, ale nim zdą­żył się na do­bre ro­zej­rzeć, wy­prę­żył się przed nim ofi­cer z żół­tym iden­ty­fi­ka­to­rem wy­so­kie­go do­stę­pu. Wy­so­kie­go – ale nie była to pla­kiet­ka w ko­lo­rze czer­wo­nym, któ­rą po­dał mu uprzej­mie uśmiech­nię­ty ofi­cer, pro­sząc o od­da­nie tej żół­tej, któ­rą Gim do­stał na pierw­szym po­ste­run­ku. Czer­wo­na po­zwa­la­ła po­ru­szać się po ośrod­ku bez ogra­ni­czeń, więc Gim po­czuł wła­sną waż­ność i na­wet so­bie tego nie uświa­da­mia­jąc, pro­tek­cjo­nal­nie spoj­rzał na swe­go prze­wod­ni­ka. Po chwi­li jed­nak, po­nie­waż uczo­no go roz­po­zna­wa­nia praw­dzi­wej na­tu­ry lu­dzi, zwe­ry­fi­ko­wał swo­ją oce­nę.

W kra­ju sys­tem zna­ko­wa­nia lu­dzi był czymś po­wszech­nym i nor­mal­nym i Gim nig­dy nie za­sta­na­wiał się nad jego ce­lo­wo­ścią. Nie uczo­no tego na lek­cjach hi­sto­rii, ale gdy­by ko­muś w ogó­le przy­szło do gło­wy zaj­mo­wać się po­dob­ny­mi rze­cza­mi (co już samo w so­bie by­ło­by wy­kro­cze­niem), do­wie­dział­by się, że zna­ko­wa­nie wpro­wa­dzo­no już w okre­sie wcze­sne­go Jo­se­on13. Ta­blicz­kę do­sta­wał każ­dy chło­piec po ukoń­cze­niu pięt­na­stu lat. Szlach­tę zna­ko­wa­no ta­blicz­ka­mi z je­le­nie­go rogu lub cen­nej to­po­li, kla­sy niż­sze i nie­wol­ni­cy no­si­li ta­blicz­ki z pod­lej­szych su­row­ców. Sys­tem, do­pó­ki nie wy­mknął się spod kon­tro­li, dzia­łał zna­ko­mi­cie, po­ma­ga­jąc nad­zo­ro­wać wy­so­ko uro­dzo­nych, ścią­gać po­dat­ki i grzyw­ny z lu­dzi klas śred­nich i ka­rać tych z naj­niż­szej war­stwy, gdy za­pra­gnę­li ru­szyć w po­dróż, cze­go w żad­nym wy­pad­ku nie wol­no im było ro­bić. Po sze­ściu­set la­tach nie za­szły więc w tej ma­te­rii żad­ne istot­ne zmia­ny, a iden­ty­fi­ka­to­ry nadal pre­cy­zyj­nie i bez­względ­nie okre­śla­ły pra­wa i obo­wiąz­ki14. Tych ostat­nich było oczy­wi­ście zde­cy­do­wa­nie wię­cej.

– Czy chce­cie, to­wa­rzy­szu puł­kow­ni­ku, obej­rzeć ośro­dek, za­nim za­pro­wa­dzę was do zony miesz­kal­nej? – tro­skli­wie wy­py­ty­wał ofi­cer, drep­cząc obok Gima i służ­bi­ście za­glą­da­jąc mu w oczy. Ta usłuż­ność była je­dy­nie de­mon­stra­cją i Gim do­sko­na­le to wy­czu­wał. Ka­pi­tan miał od­zna­kę sił spe­cjal­nych, zna­czek spa­do­chro­nia­rza i mnó­stwo ba­re­tek or­de­ro­wych. Nie był z pew­no­ścią zwy­kłym ko­man­do­sem, jed­nym z groź­nej, świet­nie wy­szko­lo­nej stu­ty­sięcz­nej gru­py sił spe­cjal­nych. Po­tra­fił zręcz­nie ma­sko­wać swo­ją siłę. Nic dziw­ne­go, że za­trud­nia­no tu wła­śnie ta­kich lu­dzi.

– Po­każ­cie mi re­ak­tor – od­po­wie­dział Gim.

Nie był to zwy­kły ka­prys. Na­praw­dę miał na to ocho­tę i my­ślał o tym przez całą dro­gę do Yong­by­on. Z ra­cji swej roli w pro­jek­cie znał się nie­źle na in­sta­la­cjach nu­kle­ar­nych. Re­gu­lar­nie do­star­cza­no mu fa­cho­wą li­te­ra­tu­rę z Za­cho­du i ze Wscho­du. Nie był z wy­kształ­ce­nia nu­kle­oni­kiem ani fi­zy­kiem, tyl­ko ab­sol­wen­tem wy­dzia­łu in­ży­nie­rii lą­do­wej Po­li­tech­ni­ki War­szaw­skiej. Ukoń­czył ją w cza­sach, kie­dy KRLD i PRL łą­czy­ły „ser­decz­ne” sto­sun­ki na­rzu­co­ne przez Mo­skwę. Znał się na tech­no­lo­gii nu­kle­ar­nej mniej wię­cej na tyle, na ile Al­bert Spe­er znał się na sa­mo­lo­tach i czoł­gach, ale to wy­star­czy­ło, bo był w pro­jek­cie ra­czej stra­te­giem, nad­zor­cą lo­gi­sty­ki i czło­wie­kiem do spe­cjal­nych po­ru­czeń. Kimś w ro­dza­ju Ro­che­for­ta, to­tum­fac­kie­go kar­dy­na­ła Ri­che­lieu. Gim wi­dział już cy­wil­ne in­sta­la­cje, ale były to ma­szyn­ki o mocy nie­prze­kra­cza­ją­cej pię­ciu me­ga­wa­tów. To, co miał zo­ba­czyć, po­twor­ny gar­nek do go­to­wa­nia ura­nu, gdy­by po­wsta­ło jako in­sta­la­cja cy­wil­na, osią­ga­ło­by w szczy­cie na­wet osiem­set me­ga­wa­tów!

Trze­ba było po­ko­nać jesz­cze kil­ka­set me­trów ko­ry­ta­rzy i przejść kil­ka dud­nią­cych pod kro­ka­mi ga­le­ry­jek scho­dów, by do­stać się do re­ak­to­ra. Tu ni­skie skle­pie­nia pod­no­si­ły się, a im­po­nu­ją­co duże po­miesz­cze­nie było ja­sno oświe­tlo­ne. W środ­ku ko­li­stej hali, w mon­stru­al­nej stud­ni oto­czo­nej ni­klo­wa­ny­mi re­lin­ga­mi, sto­sow­niej­szy­mi dla luk­su­so­we­go wy­ciecz­kow­ca, tkwił ni­czym czo­pek w tył­ku rdzeń sys­te­mu. Nim prze­pusz­czo­no ich da­lej, mu­sie­li wło­żyć ochron­ne kom­bi­ne­zo­ny. Gim pod­szedł do ba­rie­ry i opie­ra­jąc na niej dło­nie w cięż­kich gu­mo­wych rę­ka­wi­cach, spoj­rzał w dół. Ile­kroć pod­cho­dził tak bli­sko sto­su, co za­wsze wią­za­ło się z sil­nym prze­ży­ciem, od­czu­wał to samo. Uczu­cie mimo wszyst­ko było przy­jem­ne i, by tak rzec, eks­cy­tu­ją­ce, a Gi­mo­wi nie­odmien­nie wy­da­wa­ło się, że nie­wi­dzial­na siła mro­wi mu skó­rę czasz­ki. Na­tych­miast za­czy­na­ła go swę­dzieć gło­wa. Tym ra­zem było to czy­ste złu­dze­nie, po­nie­waż nie do­ko­na­no jesz­cze roz­ru­chu.

Jak po­wie­dzia­no, od cza­su, kie­dy Gro­ves bu­do­wał ośro­dek w Han­ford, nie­wie­le się zmie­ni­ło. Tyle tyl­ko, że gra­fi­to­wy blok w Han­ford le­żał na boku, pod­czas gdy w za­sa­dzie wszyst­kie póź­niej­sze kon­struk­cje sta­wia­ły gra­fi­to­wy wał na sztorc. Resz­ta kon­struk­cji re­ak­to­ra opar­ta była na tych sa­mych za­ło­że­niach. Gim jako fa­cho­wiec po­tra­fił­by wy­ry­so­wać drze­wo ge­ne­alo­gicz­ne re­ak­to­ra od mo­men­tu, w któ­rym nu­kle­ar­ne ta­jem­ni­ce wy­mknę­ły się spod kon­tro­li ame­ry­kań­skiej ad­mi­ni­stra­cji, a so­wiec­cy „ob­ser­wa­to­rzy” woj­sko­wi wy­wo­zi­li w dy­plo­ma­tycz­nych ku­frach tony spe­cja­li­stycz­nej do­ku­men­ta­cji15.

Po­dob­nie jak ten w Han­ford i dzie­siąt­ki jego bę­kar­tów roz­sia­nych po świe­cie, gra­fi­to­wo­wod­ny re­ak­tor był ty­po­wym urzą­dze­niem pro­duk­cyj­nym i po­wie­la­ją­cym. To zna­czy ta­kim, któ­re wy­twa­rza­ło sztucz­ne pier­wiast­ki pro­mie­nio­twór­cze na dro­dze ak­ty­wa­cji. Ten miał pro­du­ko­wać tyl­ko plu­ton i był ro­dza­jem pro­ste­go per­pe­tu­um mo­bi­le, ko­rzy­stał bo­wiem z pa­li­wa ją­dro­we­go, któ­rym w znacz­nej mie­rze mia­ły być zu­ży­te i zde­sta­bi­li­zo­wa­ne prę­ty ura­no­we z cy­wil­nej pię­cio­me­ga­wa­tów­ki. Owszem, te same, któ­rych uniesz­ko­dli­wie­nia za wiel­kie pie­nią­dze pod­ję­li się Ame­ry­ka­nie. Tyle tyl­ko, że Ame­ry­ka­nom od­da­no za­le­d­wie część śmier­cio­no­śnych ru­rek. W ko­mu­ni­stycz­nym kra­ju ta­kie rze­czy nie po­win­ny się mar­no­wać.

Urzą­dze­nie, nad któ­rym po­chy­lał się puł­kow­nik, sta­no­wi­ło po­nad­to szcze­gól­ną kla­sę re­ak­to­rów po­wie­la­ją­cych, w któ­rych pa­li­wo ją­dro­we w trak­cie wy­pa­la­nia prze­kształ­ca się w inny ro­dzaj znacz­nie bar­dziej wy­daj­ne­go pa­li­wa ją­dro­we­go. Nie tyle zresz­tą pa­li­wa, bo nikt nie za­mie­rzał mar­no­wać po­wsta­ją­ce­go w ten spo­sób plu­to­nu na pro­du­ko­wa­nie ener­gii, co ma­te­ria­łu roz­sz­cze­pial­ne­go. Trze­ba go było wy­pro­du­ko­wać od­po­wied­nio dużo. Tak dużo, by star­czy­ło na bom­bę.

Tkwią­cy w otu­li­nie warstw izo­lu­ją­cych i chło­dzą­cych urzą­dzeń cy­lin­der z gra­fi­tu miał przy­gnia­ta­ją­cą masę sze­ściu ty­się­cy ton. Przez całą dłu­gość cy­lin­dra prze­cho­dzi­ły ty­sią­ce alu­mi­nio­wych ru­rek, w któ­rych po­miesz­czo­no wspo­mnia­ne ura­no­we prę­ty o śred­ni­cy za­le­d­wie dwóch cen­ty­me­trów. Łącz­na masa tych prę­tów do­cho­dzi­ła do sze­ściu­set ton. W gra­fi­to­wo-ura­no­wym ukła­dzie za­cho­dzi­ła re­ak­cja łań­cu­cho­wa po­wo­du­ją­ca wy­dzie­la­nie wiel­kich ilo­ści cie­pła, prę­ty trze­ba więc było chło­dzić wodą. Tej – jak po­wie­dzia­no – nie bra­ko­wa­ło, a po­tęż­ne wy­so­ko­wy­daj­ne pom­py do­star­cza­ły jej w ilo­ści kil­ku­set ty­się­cy li­trów na mi­nu­tę. Cała za­ba­wa mu­sia­ła jed­nak trwać bar­dzo dłu­go, w jed­nym cy­klu po­nad trzy mie­sią­ce, bo tyl­ko je­den ura­no­wy atom na śred­nio czte­ry ty­sią­ce prze­mie­niał się w atom plu­to­nu. Gdy po trzech mie­sią­cach na­pro­mie­nio­wa­ne prę­ty zo­sta­ną zmu­szo­ne do utwo­rze­nia owych po­żą­da­nych czą­ste­czek, spe­cjal­ne urzą­dze­nie wy­pchnie je do wiel­kie­go zbior­ni­ka z wodą, któ­ra po­chło­nie sil­ne, lecz krót­ko­trwa­łe pro­mie­nio­wa­nie. Po dal­szych sześć­dzie­się­ciu dniach moż­na bę­dzie prę­ty wy­ło­wić i pod­dać je dal­szej che­micz­nej już ob­rób­ce, tak by wy­pre­pa­ro­wać tok­sycz­ny, acz pe­łen obie­cu­ją­cych moż­li­wo­ści plu­ton.

– Koń­czy­my te­sty osprzę­tu… – usły­szał tuż nad uchem głos swe­go prze­wod­ni­ka i mi­mo­wol­nie drgnął za­sko­czo­ny, bo ko­man­dos po­tra­fił cho­dzić bez­sze­lest­nie na­wet po dud­nią­cych echem, sta­lo­wych kra­tow­ni­cach ażu­ro­wych po­sa­dzek. Gim nie lu­bił ta­kich za­sko­czeń choć­by z tego po­wo­du, że ce­nił wła­sne moż­li­wo­ści i jak do­tąd nie na­po­tkał rów­ne­go so­bie prze­ciw­ni­ka. Zi­gno­ro­wał in­for­ma­cję i spy­tał su­ro­wo, choć od­po­wiedź mógł bez tru­du zna­leźć na iden­ty­fi­ka­to­rze ko­man­do­sa:

– Jak się na­zy­wa­cie, to­wa­rzy­szu ka­pi­ta­nie?

– Wy­bacz­cie, to­wa­rzy­szu puł­kow­ni­ku, nie przed­sta­wi­łem się wam jak na­le­ży. Pro­szę się na mnie nie gnie­wać, ale mamy tu tyle…

Gim po­ło­żył ka­pi­ta­no­wi cięż­ką rękę na ra­mie­niu i pa­trząc mu w oczy, po­wie­dział już znacz­nie ła­god­niej:

– Nie każę się wam uspra­wie­dli­wiać. Chcę po pro­stu wie­dzieć, jak się do was zwra­cać.

W oczach ka­pi­ta­na bły­snę­ły nie­spo­dzie­wa­nie we­so­łe ogni­ki, ale zga­sił je na­tych­miast. Ze­sta­wił po­rząd­nie ob­ca­sy i wy­prę­żył przed­ra­mię we wzo­ro­wym po­zdro­wie­niu:

– Ka­pi­tan Kim Dzong Il mel­du­je się do usług to­wa­rzy­sza puł­kow­ni­ka!

Gim o mało nie par­sk­nął śmie­chem, ale szyb­ko się opa­no­wał.

– Tyl­ko mi nie mów­cie, że to nie żart, ka­pi­ta­nie!

Ko­man­dos zro­zu­miał, że ma do czy­nie­nia nie z pew­nym swo­ich prze­wag głup­cem, ale z czło­wie­kiem oświe­co­nym, i cie­sząc się z oznak ak­cep­ta­cji i zro­zu­mie­nia w mą­drym spoj­rze­niu roz­mów­cy, wy­ja­śnił gor­li­wie:

– Wię­cej z tym kło­po­tów niż po­żyt­ku z tego… Moi sza­now­ni ro­dzi­ce byli za­ufa­ny­mi współ­pra­cow­ni­ka­mi Uko­cha­ne­go Przy­wód­cy jesz­cze w daw­nych cza­sach i uzy­ska­li jego oso­bi­ste przy­zwo­le­nie, że­bym no­sił to imię. To stąd. O ile wiem, je­stem wy­jąt­kiem, ale, pro­szę mi wie­rzyć, gdy­bym to ja miał de­cy­do­wać… – za­wa­hał się, usi­łu­jąc do­ciec, na ile to, co chciał wy­znać, mo­gło mu za­szko­dzić w oczach wyż­sze­go stop­niem. – Gdy­by to ode mnie za­le­ża­ło – koń­czył z ulgą, do­strze­ga­jąc zro­zu­mie­nie Gima – wy­brał­bym mniej spek­ta­ku­lar­ne. To wbrew po­zo­rom wca­le nie uła­twia ży­cia… – Spoj­rzał wy­cze­ku­ją­co, a Gim ła­ska­wie pod­chwy­cił wą­tek.

– Jed­no jest pew­ne. Mu­si­cie się za­wsze bar­dzo sta­rać. Po­win­ni­ście za­słu­żyć na swo­je imię.

– Wła­śnie – z ulgą po­twier­dził imien­nik Naj­wyż­sze­go i spy­tał: – Jak się wam, to­wa­rzy­szu puł­kow­ni­ku, po­do­ba nasz szyb­ko­war?

Gim z ża­lem od­wró­cił się od re­ak­to­ra.

– Je­że­li bę­dzie pra­co­wał tak, jak wy­glą­da… A tak w ogó­le, to czy w cza­sie, kie­dy mnie tu nie było, nie wy­stą­pi­ły ja­kieś kło­po­ty, prze­sto­je?

– Nic ta­kie­go się nie zda­rzy­ło. Wszyst­kie dane, har­mo­no­gram prac, pro­to­ko­ły od­bio­ru cze­ka­ją na was, to­wa­rzy­szu puł­kow­ni­ku, w kwa­te­rze.

Gim wie­dział, że pro­ble­mów pro­duk­cyj­nych nie było, bo… Gim wie­dział zwy­kle wszyst­ko, co chciał wie­dzieć, od­po­wied­nio wcze­śniej. Jak po­wie­dzia­no, nie lu­bił, gdy coś go za­ska­ki­wa­ło.

– A inne pro­ble­my? – spy­tał cie­kaw szcze­gó­łów spra­wy, któ­rą też znał z wcze­śniej­szych ra­por­tów, i po­pa­trzył wy­ro­zu­mia­le w oczy ko­man­do­sa.

– Wi­dzę, że już wie­cie… – od­waż­nie wy­trzy­mał jego spoj­rze­nie ka­pi­tan. – Nie do­pil­no­wa­no jak na­le­ży. Ofi­ce­ro­wie od­po­wie­dzial­ni za tę spra­wę zo­sta­li już prze­nie­sie­ni… – Obaj wie­dzie­li, co kry­je się za tym okre­śle­niem.

– Jak ona to zro­bi­ła? Prze­cież wszę­dzie są ka­me­ry? – za­py­tał Gim, bo tych aku­rat in­for­ma­cji, któ­re naj­wi­docz­niej jego in­for­ma­tor uznał za zbyt dro­bia­zgo­we, nie miał.

– Od­gry­zła so­bie ję­zyk. Pod ko­cem… Że też czło­wiek jest zdol­ny do ta­kich rze­czy… – za­ry­zy­ko­wał fi­lo­zo­ficz­ny ko­men­tarz imien­nik Naj­wyż­sze­go.

Gim po­ki­wał gło­wą. Zmie­szał się, czu­jąc, że wia­do­mość po­ru­szy­ła go bar­dziej, niż­by so­bie tego ży­czył.

– A pro­fe­sor Mu­ra­ka­mi? Jak to przy­jął?

Ka­pi­tan nie owi­jał w ba­weł­nę.

– Fa­tal­nie. Wy­da­wa­ło się, że może pójść w jej śla­dy. Do­trzy­my­wa­ła mu to­wa­rzy­stwa przez tyle cza­su. Skoń­czy­ło się szczę­śli­wie na środ­kach uspo­ka­ja­ją­cych i obiet­ni­cy…

– Co­ście mu obie­ca­li? Że go zwol­ni­my do domu? – za­drwił Il­son, ale był au­ten­tycz­nie cie­kaw, jaką obiet­ni­cą moż­na uko­ić uczo­ne­go.

– Że znaj­dzie­my mu nowe to­wa­rzy­stwo… – nie­pew­nie oznaj­mił ka­pi­tan, do­strze­ga­jąc w mar­sie puł­kow­ni­ka coś nie­przy­ja­zne­go i od­py­cha­ją­ce­go.

– Ach tak! – Gim był uprzej­my i iro­nicz­ny, ale imien­nik Naj­wyż­sze­go czuł, że puł­kow­nik nie jest za­chwy­co­ny de­cy­zja­mi i za chwi­lę da temu gwał­tow­ny wy­raz. Jed­nak Il­son za­pa­no­wał nad nie­za­do­wo­le­niem. – I co na to pro­fe­sor? – za­py­tał spo­koj­nie.

– Oświad­czył, że to wy­klu­czo­ne i że­by­śmy się nie wa­ży­li krzyw­dzić ko­lej­nej ko­bie­ty…

– Hm – Gim po­krę­cił gło­wą w uzna­niu dla po­sta­wy pro­fe­so­ra. Jed­nak ta po­sta­wa, po­sta­wa czło­wie­ka, któ­re­mu daw­no temu ode­bra­no wszel­kie chę­ci do ma­ni­fe­sto­wa­nia ja­kich­kol­wiek po­staw, za­sta­no­wi­ła go.

– A co wy na to?

Imien­nik Uko­cha­ne­go Przy­wód­cy mó­wił co­raz bar­dziej nie­pew­nym to­nem, a w mia­rę tych wy­ja­śnień na twa­rzy Gima Il­so­na i w jego zim­nym spoj­rze­niu po­ja­wia­ło się co­raz wię­cej emo­cji, któ­rych jego pod­wład­ni bali się naj­bar­dziej. Imien­nik wo­dza skoń­czył, ale już nie od­wa­żył się spoj­rzeć puł­kow­ni­ko­wi w twarz. Po­kor­nie ze­sta­wiw­szy ob­ca­sy, cze­kał, po­cąc się ze stra­chu pod gumą ochron­ne­go kom­bi­ne­zo­nu. Gim jed­nak nie­ocze­ki­wa­nie go uła­ska­wił.

– Chodź­my – po­wie­dział. – Trze­ba zdjąć to gu­mo­we świń­stwo. Resz­tą zaj­mie­my się ju­tro.

Od­ro­cze­nie wy­ro­ku ucie­szy­ło Kima tyl­ko na chwi­lę. By­ło­by może le­piej, gdy­by Il­son ogło­sił wy­rok od razu. Nie zro­bił tego, to­też ka­pi­ta­na cze­ka­ła noc peł­na lęku i nie­pew­no­ści.

Apartament prof. Minoru Murakamiego w części mieszkalnej Tajnego Wojskowego Ośrodka Badawczo-Rozwojowego 25 kilometrów na północ od Yongbyon. Tej samej nocy

Miał pięć­dzie­siąt sześć lat i wciąż wiel­ką ocho­tę na ży­cie. Pro­fe­sor Mi­no­ru Mu­ra­ka­mi. Wiel­ki nu­kle­onik. Od czte­rech lat w nie­wo­li. W ta­kich jak ten po­zba­wio­nych wy­ra­zu apar­ta­men­tach z be­to­nu. Czę­sto pod zie­mią. Bez okien i dzien­ne­go świa­tła. Albo w ste­ryl­nych wnę­trzach la­bo­ra­to­riów i wy­twór­ni. Od cza­su do cza­su. Na­wet dość re­gu­lar­nie. Mniej wię­cej co pół roku dwu­ty­go­dnio­wy „urlop” w woj­sko­wych, zna­ko­mi­cie strze­żo­nych pen­sjo­na­tach nad mo­rzem lub w gó­rach. Do­bre ko­re­ań­skie je­dze­nie, któ­re zdą­żył po­lu­bić i któ­re sma­ko­wa­ło mu bar­dziej niż oj­czy­sta kuch­nia. Nie­ogra­ni­czo­ny do­stęp do fa­cho­wej pra­sy za­gra­nicz­nej w kil­ku ję­zy­kach. Przy­zwo­ity wy­bór li­te­ra­tu­ry i za­gra­nicz­nych fil­mów na wi­deo… Żyć nie umie­rać. Wol­no mu było na­wet ćwi­czyć i gdy o to po­pro­sił, mógł kon­sul­to­wać swo­je po­stę­py i błę­dy (tych było zwy­kle wię­cej) z ko­re­ań­skim na­uczy­cie­lem… Świet­na opie­ka le­kar­ska. Sau­na. Ma­saż. So­la­rium. I do­bo­ro­we to­wa­rzy­stwo. Naj­lep­si spe­cja­li­ści z ca­łe­go świa­ta. Z Chin, z Po­łu­dnia16, z Ro­sji, USA, Pa­ki­sta­nu, a na­wet z Egip­tu. Wszy­scy po­dob­nie jak on ska­za­ni na ten raj do koń­ca ży­cia. Bo stąd nie ma uciecz­ki. Jak uciec z kra­ju, któ­ry jest jed­nym wiel­kim wię­zie­niem? A ści­ślej, ko­lej­ny­mi wię­zie­nia­mi uwię­zio­ny­mi jed­no w dru­gim. Tak jak za­my­ka się co­raz mniej­sze „ma­triosz­ki” w ze­wnętrz­nej, naj­więk­szej ma­lo­wa­nej ba­bie. Miał przy­najm­niej tę wąt­pli­wą sa­tys­fak­cję, że z Ja­po­nii, jak na ra­zie, był tyl­ko on.

A wszyst­ko to za­wdzię­cza swo­je­mu eks­cy­tu­ją­ce­mu wy­jaz­do­wi na ma­dryc­ki kon­gres po­świę­co­ny po­ko­jo­we­mu wy­ko­rzy­sta­niu ener­gii ją­dro­wej. To było czte­ry lata temu. Jego wy­stą­pie­nie prze­wi­dzia­no już na pierw­szy dzień, a or­ga­ni­za­to­rzy za­pew­nia­li, że jest to je­den z naj­bar­dziej in­te­re­su­ją­cych punk­tów pro­gra­mu. Kon­gre­so­wy świat bar­dzo chciał wie­dzieć, co też ma do po­wie­dze­nia naj­wy­bit­niej­szy ja­poń­ski spe­cja­li­sta na te­mat ja­poń­skich pro­gra­mów nu­kle­ar­nych tuż po tym, jak za­koń­czy­ła się woj­na w Za­to­ce i świat za­czął wy­glą­dać nie­co in­a­czej. Cie­ka­wi byli wła­śnie wy­stą­pie­nia na­ukow­ca, a nie po­li­ty­ka. Po­li­ty­cy zwy­kle ukry­wa­ją część praw­dy i naj­czę­ściej jest to ta naj­waż­niej­sza część. Choć do wy­jaz­du na­ma­wia­li go wła­śnie po­li­ty­cy. Mu­sie­li go na­ma­wiać, bo od cza­su stu­diów w USA opusz­czał Wy­spy Ma­cie­rzy­ste nie­chęt­nie i naj­le­piej czuł się w in­sty­tu­cie, któ­re­go był sze­fem. Do­daj­my dla po­rząd­ku – uwiel­bia­nym przez zna­ko­mi­tą więk­szość współ­pra­cow­ni­ków i znie­na­wi­dzo­nym przez zni­ko­mą, acz­kol­wiek szko­dli­wą grup­kę tur­ku­ci pod­jad­ków, któ­rych nie brak w in­sty­tu­tach ca­łe­go świa­ta. Bo Mu­ra­ka­mi był wy­jąt­ko­wo mą­drym i wy­ro­zu­mia­łym sze­fem.

Naj­wi­docz­niej po­li­ty­kom za­le­ża­ło na tym, by świat na­uko­wy zwią­za­ny z pro­gra­ma­mi nu­kle­ar­ny­mi po­szcze­gól­nych kra­jów usły­szał to, co chcie­li mu po­wie­dzieć, wła­śnie z ust uczo­ne­go. Nie. Nie na­ci­ska­no na nie­go ani ni­cze­go mu nie su­ge­ro­wa­no. Może tyl­ko – i to bar­dzo enig­ma­tycz­nie – moż­li­wość zwięk­sze­nia bu­dże­tu in­sty­tu­tu w na­stęp­nych la­tach, ale były to uwa­gi tak­tow­ne i wy­po­wia­da­ne tak, by ni­cze­go nie prze­są­dzać.

Do­star­czo­no mu na­to­miast ob­szer­nych ma­te­ria­łów na te­mat za­ło­żeń ofi­cjal­nej ją­dro­wej po­li­ty­ki Ja­po­nii. Sko­rzy­stał z nich chęt­nie, bo bar­dzo mu się przy­da­ły w kon­struk­cji wy­stą­pie­nia. Mó­wił oczy­wi­ście po an­giel­sku i wy­da­wa­ło mu się, że na­ukow­cy wy­peł­nia­ją­cy am­fi­te­atral­nie ukształ­to­wa­ną ol­brzy­mią salę kon­gre­so­wą słu­cha­ją go z za­par­tym tchem. Za­czął od lat pięć­dzie­sią­tych, przy­po­mi­na­jąc, że w 1954 za­war­to pro­zu­mie­nie o wza­jem­nej po­mo­cy woj­sko­wej, w któ­rym USA zo­bo­wią­zy­wa­ły się do roz­sze­rze­nia swo­je­go pa­ra­so­la ato­mo­we­go tak­że nad te­ry­to­rium Ja­po­nii. Po­tem po­wo­łał się na prze­mó­wie­nie Eisa­ku Sato17 w ja­poń­skim par­la­men­cie i przy­wo­łał za­sa­dę „trzech pryn­cy­piów”18