Pacjent - Sebastian Fitzek - ebook

16 osób właśnie czyta

Opis

Sebastian Fitzek, niemiecki autor thrillerów psychologicznych nr 1, przedstawia nowy bestseller, w którym zabiera nas w niepojętą głębię ludzkiej psychiki!

Żeby zdobyć prawdę, trzeba stracić rozum.

Piekielna podróż w głąb podświadomości.

I jeszcze dalej...


Sześcioletni Maks zaginął rok temu.
Co się z nim stało, wie tylko sprawca.
Ale teraz jest pacjentem na oddziale psychiatrii sądowej o maksymalnym zabezpieczeniu.
I MILCZY.

Zrozpaczony ojciec Maksa decyduje się na desperacki krok:
SAM ZOSTAJE PACJENTEM.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 365

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydawca i redaktor inicjujący

Małgorzata Cebo-Foniok

Redakcja stylistyczna

Ryszard Turczyn

Korekta

Barbara Cywińska

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

na podstawie pomysłu ZERO Werbeagentur, München

Ilustracja na okładce

© allanswart/iStockphoto

Zdjęcie autora

© FinePic®, München

Tytuł oryginału

Der Insasse

Copyright © 2018 by Verlagsgruppe Droemer Knaur GmbH & Co.

KG, Munich, Germany

www.sebastianfitzek.de.

The book has been negotiated through AVA international GmbH,

Germany (www.ava-international.de).

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2019 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-7024-1

Warszawa 2019. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

1

Dlaczego tu jest tak zimno?

Choć Miriam przekroczyła właśnie próg piekła, tu na dole panował ziąb. Piwnica bez okien miała wilgotne ceglane ściany, które pokrywała czarna pleśń, jak rak pokrywa oskrzela palacza tytoniu.

– Uwaga – ostrzegł policjant, wskazując jej głowę, którą musiała pochylić, żeby w przejściu do kotłowni nie zawadzić o rurę kanalizacyjną. A Miriam miała przecież tylko metr sześćdziesiąt pięć wzrostu. Nie mogła się równać z Tramnitzem, który wyglądał o wiele zbyt atrakcyjnie jak na tak przerażającą sytuację. Miał szerokie barki, wysokie czoło, szczupłą, ale muskularną budowę. Był jak stworzony do zdjęcia na tytułową stronę berlińskiego kalendarza policyjnego, gdyby taki istniał. Ale tu, na dole, jego blond fryzura w stylu „znowu się nie wyspałem” zbierała kurz i pajęczyny, bo głową dosięgał do piwnicznego stropu. Domek na skraju Grunewaldu pochodził z lat dwudziestych zeszłego wieku. W tamtych czasach tutejsi ludzie widocznie byli niżsi.

I na pewno nie tacy źli jak ostatni mieszkaniec tego domu. Chociaż, kto wie?

Miriam przełknęła ślinę i starała się przypomnieć sobie, jak ma na imię ten uprzejmy policjant, który przyjechał po nią i przywiózł ją tutaj.

Nie, żeby to miało jakieś znaczenie. Próbowała tylko zająć myśli czym innym. Ale nie udawało się jej skierować ich na coś neutralnego. Nie tu, w tej piwnicy cuchnącej krwią, moczem i strachem.

I śmiercią.

Tramnitz odczepił czerwono-białą taśmę przyklejoną przez ekipę zabezpieczającą ślady na krzyż w otwartej framudze drzwi i zagradzającą dostęp do miejsca zbrodni. Widniały na niej powtarzające się słowa BLOKADA POLICYJNA, czarnymi literami na dwubarwnym tle.

Ale Miriam przeczytała: „NIE IŚĆ DALEJ! NIE PATRZEĆ!”

– Proszę posłuchać. – Komisarz pocierał nerwowo trzydniowy zarost. W świetle zakurzonej piwnicznej lampy wyglądał, jakby był chory na żółtaczkę. – Właściwie nie wolno nam tu przebywać.

Miriam chciała jednocześnie przytaknąć i pokręcić przecząco głową (nie, nie wolno nam; ale: tak, ja muszę to zrobić), co w rezultacie sprawiło, że jej tułów wykonał dziwny ruch.

– Kiedy ja chcę to zobaczyć – odezwała się.

Powiedziała „to”, jakby chodziło o jakiś przedmiot. Nie zdobyła się, żeby nazwać grozę po imieniu. Bo byłoby to jej imię.

– Przekraczam w tej chwili swoje uprawnienia. Miejsce zbrodni jeszcze nie jest dostępne, a ten widok…

– Nie może być gorszy od tego, który mam w głowie – powiedziała ledwo słyszalnie Miriam. – Proszę, ja muszę to zobaczyć na własne oczy.

– Dobrze, ale uwaga! – Policjant ostrzegł ją po raz drugi, wskazując teraz na stopnie przed nimi. Drewniane schodki zaskrzypiały sucho pod jej sportowymi butami. Tramnitz odciągnął na bok mleczną plastikową płachtę niby zasłonę prysznica. Znajdował się za nią jakby przedsionek piwnicy, wykorzystywany prawdopodobnie przez właściciela jako przebieralnia czy garderoba, i dopiero kilka kroków dalej przez przymknięte drzwi przeciwpożarowe wchodziło się do piekła.

Mundur listonosza wisiał porządnie na wieszaku na miedzianym przewodzie. Obok stał dwukołowy wózek z paczkami.

– A więc jednak – wyrwało się Miriam.

Tramnitz kiwnął głową. Zamrugał, jakby dostał mu się do oczu kurz unoszący się w zatęchłym powietrzu.

– Pani podejrzenia się potwierdziły.

Boże wielki.

Miriam chwyciła się za gardło, niezdolna przełknąć ślinę, usta miała wyschnięte.

Kiedy policja mimo upływu tygodni wciąż jeszcze nie natrafiła na ślad Laury, Miriam na własną rękę podjęła poszukiwania córki. Przepytała raz jeszcze wszystkich sąsiadów, wszystkich pracowników sklepów w okolicy placu zabaw w Dzielnicy Szwajcarskiej, na którym jej córkę widziano po raz ostatni.

Była tam pewna starsza lokatorka, z lekką demencją, której gadania widocznie nikt nie wziął na serio albo nikt się nie zastanowił nad jej słowami, co było o tyle zrozumiałe, że w trakcie mówienia bardzo szybko traciła wątek i zaczynała pogrążać się we wspomnieniach. W każdym razie kobieta powiedziała, że w dniu uprowadzenia widziała pocztowego doręczyciela. Zrobiło jej się go żal, bo nikt mu nie pomógł taszczyć tego mnóstwa paczek, które musiał zabrać z powrotem i wracać z nimi kawał drogi od bloku przy ulicy Altdorfer aż do swojej furgonetki DHL, bo nie zastał odbiorców w domu. Potem zaczęła opowiadać, że ten człowiek przypominał jej siostrzeńca, co nie przysporzyło wiarygodności jej słowom.

A jednak to ona dostarczyła najważniejszej wskazówki!

– On rzeczywiście był przebrany za doręczyciela – potwierdził Tramnitz i lekko trącił nogą stos paczek wysokości z półtora metra, ułożony na dwukołowym wózku przy ścianie. Była najpierw zdumiona, a potem przerażona, kiedy stos w całości się przewrócił, mimo że policjant ledwo go tknął.

– Papier mâché – oznajmił Tramnitz. – W środku nic nie ma.

Była to pusta wewnątrz atrapa.

Wysokości metr pięćdziesiąt.

Dość miejsca dla siedmiolatki.

– Laura – jęknęła Miriam. – Moje dziecko. Co on z nią zrobił?

– Odurzył ją, żeby ukrytą w tej atrapie bez przeszkód zawieźć do swojego dostawczaka. Proszę za mną.

Silne ręce Tramnitza odsunęły drzwi przeciwpożarowe, na których z zewnątrz widniała stara nalepka sklepu muzycznego Sound & Drumland. Czy to możliwe, żeby ten potwór lubił muzykę?

Tak jak Laura?

Miriam przyszło na myśl dziecięce pianino, kupione nie dawniej jak zeszłego lata, które w ostatnich tygodniach tak nieznośnie cicho stało w dużym pokoju.

Za to tu na dole było nieznośnie głośno. W tej kwadratowej piwnicy, do której właśnie weszła, Miriam zdawało się, że słyszy krzyki swojej córki. Echo wspomnień odbijało się od trupioszarych ścian i wyłożonej płytkami podłogi z odpływem pośrodku. Nad nimi kołysała się niczym nieosłonięta, spryskana białą farbą żarówka, która wydawała się źródłem raczej cienia niż światła.

– Co to jest? – wychrypiała Miriam, wskazując na skrzynię stojącą przed nimi pod ścianą.

Tramnitz podrapał się po wygolonej skórze na karku i zmierzył wzrokiem kanciasty drewniany kojec. Skrzynia spoczywała na metalowym stole, przypominającym stół sekcyjny. Była zbita z brązowego prasowanego drewna, miała długość około półtora metra i szerokość trzydzieści centymetrów. W dłuższej ściance, zwróconej w ich stronę, w odstępie mniej więcej szerokości dłoni były wycięte dwa okrągłe otwory, nieco większe niż powierzchnia rakietki do ping-ponga. Były obciągnięte nieprzejrzystą folią, tak samo jak górna część skrzyni, Miriam nie mogła więc widzieć, co znajduje się w jej wnętrzu.

– To inkubator – wyjaśnił Tramnitz i piekło tej piwnicy stało się jeszcze bardziej lodowate. Miriam zrobiło się niedobrze, kiedy pojęła, że otwory umożliwiają dotykanie tego, co się kryło za ściankami „inkubatora”.

– Co on jej zrobił? Co on zrobił mojemu dziecku? – spytała Tramnitza, nie patrząc na niego.

– Sprawca pracował wiele lat na oddziale wcześniaków, dopóki nie został stamtąd wyrzucony za nieobyczajne zachowanie. Nigdy tego nie przebolał. Tu na dole stworzył sobie własny oddział noworodków.

– Po co?

Miriam podeszła o krok bliżej, wyciągnęła rękę, ale dłoń za bardzo jej się trzęsła. Nie była w stanie nic zrobić. Jakby „inkubator” otaczało pole magnetyczne, tym silniej odpychające jej palce, im bardziej się zbliżały, żeby zerwać folię.

Tramnitz podszedł do niej od tyłu. Dotknął lekko jej ramienia, odchrząknął.

– Czy pani naprawdę tego chce?

Kiwnęła głową, zamiast uciec z krzykiem.

Policjant zerwał plastikową folię z „inkubatora”, a Miriam nie zdążyła wystarczająco szybko zamknąć oczu. Zobaczyła, a obraz grozy odcisnął piętno w jej pamięci jak rozżarzone żelazo odciska znak na skórze zwierzęcia.

– Laura – wydusiła, dysząc ciężko, bo nie było wątpliwości. Ciało było wprawdzie przysypane absorbującym zapachy żwirkiem dla kotów, a pod szeroko otwartymi oczami wiły się już robaki, ale Miriam poznała ją: po dołeczku na brodzie, znamieniu obok prawej brwi, po spince do włosów z księżniczką Lillifee poskramiającą krnąbrny kucyk.

– Dbał o nią.

– Że co?

Miriam była duchem oddalona o lata świetlne od wszelkiego rzeczywistego życia, pogrążona w morzu bólu i udręki. Słowa policjanta wdarły się do jej świadomości jak z innego wymiaru i nie miały sensu.

– Dawał jej pożywienie, lekarstwa, ciepło. I miłość.

– Miłość?

Miriam pomyślała, że chyba straciła rozum.

Odwróciła się do Tramnitza i spojrzała na niego. Za zasłoną z jej łez atrakcyjna, symetryczna twarz policjanta rozmywała się jak za ścianą deszczu.

Ku swemu przerażeniu usłyszała jego gardłowy rechot.

– O, jest dużo lepiej, niż miałem nadzieję. Ten wyraz pani twarzy!

W tym momencie Miriam miała pewność, że nie ma już Boga. Jest już tylko ona, trup Laury i diabeł tuż przed nią.

– Nie jest pan żadnym policjantem – chciała jeszcze wykrzyczeć. – To pan zrobił! To pan uprowadził moje dziecko, torturował je i zamordował!

Ale wszystkie te słowa już nie wydobyły się z jej ust, bo między oczy Miriam wbiła się siekiera.

Ostatni dźwięk, jaki usłyszała w tym życiu, to był bolesny trzask, jakby cały las suchych gałęzi łamał się w jej uszach, przez co przebijał się już tylko odrażający rechot Guida Tramnitza, kiedy zadawał ciosy. Raz za razem.

I znowu.

Aż wszystko wokół niego i niej stało się jedną jedyną czerwoną mgłą, a potem ostatnim, gwałtownym bólem. Potem nie było już nic.

Nie było już nawet czerni.

2

TILL BERKHOFF

Niemowlę się dusiło, ale ten łysol miał to gdzieś.

Podniósł pięść i spuścił ją na maskę silnika jak młot Thora.

– Zabieraj stąd tego gównianego gruchota, tu jest jeden kierunek!

– Proszę dalej uciskać. Trzy razy, tak jak mówiłem, da pani radę – powiedział Till, wysiadając z karetki.

Nie mówił do osiłka stojącego przed nim na ulicy, który wbił się w dresy o trzy numery za małe na jego muskuły, tylko do matki przy telefonie, która była w takiej panice, że lada moment mogła dostać hiperwentylacji.

Zadzwoniła po pomoc pięć minut temu i od tamtej chwili Till próbował zdalnie sterować jej czynnościami.

– Potem znowu oddychanie usta-usta. Zaraz u pani będziemy.

O ile przepuści nas wreszcie gruby jegomość w bokserskich butach.

Od wzywającej pomocy kobiety dzieliło ich jeszcze jakieś czterysta metrów w linii prostej i pojechali na skróty przez Eichkatzweg, żeby ominąć wypadek na Eichkampstraße. Ale kiedy napatoczył się ten idiota w SUV-ie i nie chciał ustąpić z drogi, to w ciasnej jednokierunkowej uliczce ich karetka utknęła na dobre. Uliczka nie miała nawet chodnika. A ten żul najwyraźniej chciał zmusić ich prawem pięści do wrzucenia wstecznego biegu.

– Mówię ostatni raz po dobremu, potem inaczej pogadamy.

Napakowany spojrzał do tyłu na swój samochód. Siedział w nim rudy szkieletor, szminkując sobie właśnie wargi jak u glonojada.

– Nie dajesz mi przejechać, a mnie się spieszy.

Till wziął głęboki oddech i na chwilę odjął telefon od ucha.

– Słuchaj no, jak ci się zdaje, co to jest? – spytał, wskazując na karetkę, w którą ten idiota właśnie wyrżnął pięścią. Na jej dachu bezgłośnie kręciły się lampy sygnalizacyjne. – Muszę się dostać do Dauerwaldweg, nie będę się teraz tyłem przeciskał przez ucho igielne tylko po to, żebyś zdążył na fitness.

Nie należały do rzadkości przypadki, że przechodnie się skarżyli na pojazdy uprzywilejowane parkujące przy chodniku na drugiego, ale taka sytuacja jak tutaj była czymś nowym nawet jak na stosunki panujące w Berlinie. Chociaż właściwie… Nie dalej jak wczoraj w Lankwitz ktoś przylepił im do przedniej szyby kartkę: „Tylko dlatego, że ratujecie ludzi, nie macie prawa zatruwać nam powietrza spalinami. Zgaście silnik następnym razem, jak będziecie wynosić chorego z domu!”

Najwyraźniej zatroskanemu obywatelowi nie przyszło do głowy, że wtedy wyłączy się także aparatura ratująca życie pacjentowi z udarem. Albo mu to zwisało. Tak samo jak ta góra mięsa miała w nosie duszące się niemowlę.

– Halo? Jest pan tam jeszcze? – słyszał Till bojaźliwe wołanie matki, kiedy łysol się zbliżał.

Mocniej przycisnął komórkę do ucha.

– Tak, jestem jeszcze. Niech pani dalej robi oddychanie usta-usta!

– Ona robi się sina. Boże, ona chyba…

– Daj spokój! – zawołał z tyłu partner Tilla. Aram zdążył już wysiąść z wozu z walizką ratunkową w ręku. – Ty wyjedź, a ja sam tam pobiegnę.

– Tak, tak, posłuchaj tego Turka – roześmiał się Łysol. – No, już, już. Do tyłu!

I wtedy to wróciło. To mrowienie w palcach. Sygnał ostrzegawczy, wysyłany przez mózg Tilla, kiedy zamierzał popełnić błąd. Till nie wiedział, czy poszło o obrazę jego kurdyjskiego partnera przez tamtego żula, czy może żadna dalsza przyczyna nie była potrzebna. Jakkolwiek by na to spojrzeć, stawką w grze było życie sześciomiesięcznego niemowlaka. Ostatni raz czuł to kłucie jak igłą w czubkach palców przy gaszeniu pożaru trzy tygodnie temu. Kosztowało go to dyscyplinarkę.

Till był strażakiem, należał do jednostki szturmowej. Starszy strażak z przeszkoleniem sanitariusza pogotowia. Właściwie to zamiast robić za sanitariusza tu na Westendzie, powinien być na pierwszej linii i wchodzić do płonących budynków z aparatem tlenowym i kilofem.

Właściwie.

„Postępuje zbyt impulsywnie. Naraża przez to kolegów” – tak mu napisali w opinii psychologicznej, przez którą dostał przeniesienie. Degradację. Sanitariusz pogotowia w południowo-zachodnim Berlinie.

I wszystko przez tego przeklętego kota. Ale co miał zrobić? Leciwa babcia wyznała mu z gorzkim płaczem, że Fellnase to wszystko, co jej jeszcze zostało, więc poszedł znowu w ogień do jej mieszkania na piętrze. Na koniec jeden z kolegów musiał mu przyjść z pomocą.

Na krótko przed wejściem w ogień poczuł to mrowienie w palcach. Sygnał ostrzegawczy, żeby znowu się w coś nie wpakować. Tym razem, obiecywał sobie teraz, posłucham ostrzeżenia.

Już pomijając to, że nie miał czasu na głupoty, to gość w bokserskich butach wyraźnie należał do innej klasy wagowej. Till nie był wprawdzie ułomkiem, ale umiał rozpoznać ulicznych zabijaków i uprawiających sporty walki. A w tych dyscyplinach jego przeciwnik górował nad nim bezdyskusyjnie.

– Dobrze, mądrzejszy ustępuje – westchnął przy akompaniamencie drwiącego rechotu żula.

Wsiadł do karetki i uruchomił silnik rękami, w których czuł mrowienie. Włączył bieg, próbując przełknąć swój gniew.

Odczekał jeszcze, aż tamten usadowił się znowu w swoim SUV-ie.

I wtedy ruszył.

Pół sekundy później dosięgnął już jego maski. Uderzenie nie było na tyle gwałtowne, żeby wystrzeliły poduszki powietrzne, ale że mięśniak nie był jeszcze przypięty, walnął głową w kierownicę.

Ruda wydarła się tak głośno, że Till słyszał ją nawet przez dwie przednie szyby, mimo zgrzytania opon, asfaltu i odgłosów tłukącego się szkła, pękającego plastiku i chromu, kiedy samochód, w którym siedziała, spychany sunął do tyłu.

Trochę później z lewej strony otworzył się wjazd na jakąś posesję i Till skręcił kierownicę, nie przestając wciskać gazu do dechy, żeby na buksujących kołach zepchnąć na bok poobtłukiwanego SUV-a. Przy okazji oberwały też dwa inne parkujące pojazdy. Ale droga była nareszcie wolna i Till musiał nacisnąć hamulec, żeby nie wystrzelić jak strzała w kierunku Alte Allee.

Zatrzymał się, otworzył drzwi od swojej strony i odwrócił się do tyłu, do Arama, który stał na ulicy jak skamieniały obok pogniecionego SUV-a, z którego właśnie próbował wygramolić się mięśniak. Miał złamany nos, krew zalewała mu twarz i wyglądał na kompletnie oszołomionego.

– Najpierw niemowlę! – zawołał Till do partnera. – Nos może poczekać.

3

Osiem godzin później

Chcę ci coś pokazać – wymamrotał ktoś za jego plecami. Na wpół szeptem, na wpół z płaczem.

Till wzdrygnął się, bo Maks znowu podszedł go cicho niczym komandos zwiadowca. A przecież jak zawsze zostawił otwarte drzwi do swojego gabinetu na poddaszu. Till nienawidził zamkniętych pomieszczeń równie mocno, jak kochał swojego sześcioletniego syna, który miał talent do bezgłośnego wspinania się po schodach.

– No, co tam, mały?

Till zamknął laptop, na którym na brudno spisywał swoje wyjaśnienia, choć właściwie szkoda było na to czasu. Sprawa była jasna, co tam jeszcze można więcej powiedzieć komisji dochodzeniowej?

Tak, znowu puściły mu nerwy. Znowu zachował się impulsywnie i nie zapanował nad sobą; tym razem nawet przy świadkach, którzy potwierdzą, że mu odbiło i że złamał nos obywatelowi, nie wspominając już o uszkodzeniu karoserii ogółem czterech pojazdów, na kwotę grubych tysięcy euro. To, że kilka minut później uratował niemowlę, było okolicznością marginalną. Karetka pogotowia to nie czołg, żeby nią torować sobie drogę do poszkodowanych. Zostanie wylany z pracy najpóźniej w momencie, kiedy dobierze się do niego prasa, przedstawiając go jako szalonego sanitariusza.

– Skończyłem „Sokoła Millennium”.

Syn wniósł szary statek kosmiczny z klocków Lego do gabinetu niczym świętą relikwię.

– Wygląda świetnie – pochwalił Till, zastanawiając się jednocześnie, czy to pedagogiczne, żeby pozwalać Maksowi w wieku sześciu lat budować akurat uzbrojony w działa laserowe frachtowiec kosmiczny z Gwiezdnych Wojen. – Do licha, na pudełku napisali przecież, że to dla dzieciaków od dziewięciu lat – dodał, choć wiedział, że te określenia wieku są często wyssane z palca.

– W razie wątpliwości – powiedział mu raz w zaufaniu pewien projektant zabawek, którego magazyn musieli gasić – twierdzimy, że to dla starszych dzieci, a wtedy rodzice myślą, że mają w domu małego geniusza.

– Tu widzę Hana Solo, a tamten to Chewbacca? Masz nawet Luke’a Skywalkera w kokpicie. No, no. Wszystko jak się patrzy. To dlaczego beczysz?

Maks pociągnął nosem i zwlekał z odpowiedzią.

– Mama – powiedział w końcu.

– Co mama?

– Powiedziała, że mi nie wolno.

– Czego ci nie wolno?

– Jej go pokazać.

Till uśmiechnął się i zmierzwił synkowi gęste brązowe włosy, które odziedziczył po swojej matce Ricardzie. Tak samo jak pełne usta i długie rzęsy.

Mimo to najczęściej mówiono, że syn wdał się w niego, o czym mogły świadczyć tylko duże ciemne oczy, które miały zawsze smutny wyraz, nawet kiedy się uśmiechał.

– „Jej”, czyli Annie? – Till wyjrzał przez okno w dachu. Na dachach sąsiednich domów piętrzyły się masy śniegu, który ostatniej nocy spadł na Buckow. Córka sąsiadów była pierwszą miłością Maksa i rzeczywiście, Till musiał przyznać, że była przepiękna. Była też mądra, miła i uprzejma; byłaby z niej właściwie doskonała synowa, gdyby nie ta drobna różnica wieku. Anna miała siedemnaście lat i przygotowywała się do matury, a Maks chodził jeszcze do pierwszej klasy i chciał zostać strażakiem. Jak ojciec.

Mimo to Anna dobrze grała swoją rolę. Kiedy Maks do niej wzdychał, pozwalała mu od czasu do czasu się uściskać i odpowiadała nawet na jego nieporadne listy miłosne. Ilekroć spotykała Tilla, rzucała mu „Cześć, teściu”, a żeby nie łamać Maksowi jego małego serduszka, nie powiedziała mu, że młodzieniec, który od czasu do czasu przyjeżdżał po nią na motorze, jest jej stałym chłopakiem.

– Czy Anna jest w domu? – spytał Till.

Maks kiwnął głową.

– I mama powiedziała, żebyś nie szedł?

– A ja chcę jej to tylko na chwilę pokazać.

– Hm, rozumiem. Na pewno się ucieszy.

Till zastanawiał się, jak z tego wybrnąć, nie narażając się samemu na kłopoty. Na dzisiaj nie potrzebował więcej kłótni ani łez. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, tęsknił za harmonią. W końcu zdecydował się znowu na rozwiązanie połowiczne, które w rzeczywistości było zgniłym kompromisem.

– Dobrze, mały. Zawrzyjmy układ. Wyczyścisz kocią toaletę, a za to możesz jeszcze na krótko wyskoczyć do Anny pokazać jej „Sokoła Millennium”, co ty na to?

Maks kiwnął głową i Till starł mu ostatnią łzę z policzka, a potem dał lekkiego klapsa w pupę.

– I powiedz mamie, że zaraz zejdę z nią porozmawiać.

Jak znał Ricardę, przez co najmniej godzinę nie będzie się do niego odzywać, bo znowu przekreślił jej metody wychowawcze.

Tyle, jeśli chodzi o tęsknotę za harmonią.

Z pewnością miała powody, żeby nie wypuszczać Maksa z domu na krótko przed zapadnięciem zmroku, choć do domu Anny wystarczyło tylko przejść kawałek do rogu ulicy.

– On już teraz wygrywa nas przeciwko sobie nawzajem – zarzucała mu regularnie, i miała słuszność. Till po prostu nie umiał niczego odmówić swojemu synowi, szczególnie wtedy, kiedy ten stał przed nim zapłakany i patrzył na niego wzrokiem porzuconego szczeniaka. Czasami myślał nawet, że Ricarda dlatego chciała mieć drugie dziecko, Emilię, żeby Maks nie był jedynakiem, którego Till mógłby jeszcze bardziej rozpieszczać.

– Aha, Maks?

Syn odwrócił się raz jeszcze do niego, stojąc na pierwszym stopniu schodów. Jego wzrok wyrażał obawę, że ojciec może wycofać się z porozumienia.

– Słucham, tato?

– Jak brzmi hasło?

4

MAKS

Kostka lodu, pomyślał Maks, ściskając w objęciach model.

Wyszedł z domu na mróz, doskonale pasujący do tego hasła, które uzgodnili z tatą już ostatniego lata. Ten pomysł podsunął im policjant, który przyszedł do przedszkola i ostrzegał przed złymi ludźmi, co chcą skrzywdzić małe dzieci. Policjant poradził, żeby rodzice uzgodnili z dziećmi hasło, znane tylko rodzinie.

Tacie spodobał się ten pomysł.

Ćwiczyli to wciąż na wędrówkach w lesie, przy jeździe samochodem lub w czasie oczekiwania na autobus. Odgrywali sytuację przedstawioną przez policjanta, która napędziła Maksowi strachu.

– Co zrobisz, kiedy ktoś obcy ci powie, żebyś z nim poszedł, bo ma dla ciebie słodycze albo chce ci pokazać milutkie zwierzątko?

– Powiem: nie!

– A jak powie, że rodzice pozwolili?

– Zapytam o hasło.

– A jakie jest nasze hasło?

– Kostka lodu.

– Dobrze. A co wtedy, kiedy tamten nie będzie znał hasła?

– Wtedy będę wiedział, że nie wy go przysłaliście.

– I co zrobisz?

– Zacznę głośno wołać „ratunku” i uciekać.

– Kostka lodu – wymamrotał Maks i zszedł ostrożnie trzy stopnie w dół do ogródka przed domem.

Tato posypał dzisiaj rano ten krótki odcinek drogi do ogrodzenia, ale znowu spadł śnieg, a Maks za nic nie mógł się pośliznąć. Żeby się coś nie przesunęło albo w ogóle statek kosmiczny się nie rozleciał.

Już się cieszył, wyobrażając sobie minę Anny, kiedy go zobaczy. Wtedy go uściska. Zawsze to robiła, kiedy się spotykali. A przy tym tak ładnie pachniała. Może brzoskwiniami, ale nie był pewny, czym myje włosy. W każdym razie był to inny zapach niż zielonego żelu pod prysznic z dinozaurem, którym mama go zawsze namydlała.

W skupieniu, spoglądając to na furtkę, którą powoli otworzył nogą, to na statek kosmiczny, ruszył powoli naprzód, a jednak omal nie upuścił modelu. Tak się wystraszył, kiedy usłyszał wołanie.

– Hej, mały!

Spojrzał w prawo na człowieka stojącego pod starą latarnią, która w tej sekundzie zapaliła się jak na rozkaz, tak samo jak wszystkie inne w małej uliczce brukowanej kocimi łbami.

– Tak?

– Wiesz, gdzie jest dom numer 65?

Maks nie chciał się zatrzymywać w drodze do Anny, a poza tym z każdą chwilą robiło się coraz zimniej.

– Jakie jest hasło? – wyrwało mu się.

– Co?

Mężczyzna spojrzał na niego, jakby Maks przemówił w tajnym języku, który wymyślił razem ze swoim najlepszym przyjacielem Antkiem.

– Nieważne – powiedział Maks po chwili i postanowił pomóc tamtemu. – Dom numer 65?

Człowiek zbliżał się w jego stronę, ale Maks się nie bał.

Przecież nie chciał, żeby Maks z nim poszedł. A zasada podawania hasła raczej nie mogła dotyczyć pocztowego kuriera w mundurze, który próbował ciągnąć po śniegu dwukołowy wózek obładowany paczkami.

5

Rok później

TILL

Nic. Żadnego dźwięku. Żadnych kroków. Nawet pukania.

Till Berkhof nie słyszał, jak jego szwagier wszedł do mieszkania. A przecież Oliver Skania nie był elfem szybującym lekko jak piórko nad ziemią. Zwalisty komisarz policji kryminalnej zwracał zwykle uwagę już w momencie, w którym udało mu się przecisnąć przez drzwi swoje sto dwadzieścia kilo żywej wagi. Czy to na miejscu zbrodni, czy wchodząc do pokoju przesłuchań, czy jak teraz, będąc gdzieś prywatnie.

Ale w tym momencie inny szpakowaty mężczyzna darł się w pokoju tak głośno, że Till nie zauważyłby nawet helikoptera lądującego w ogrodzie.

Seryjny morderca Guido Tramnitz zostanie lada chwila, dziesięć miesięcy po swoim aresztowaniu, z nieznanych dotąd przyczyn przeniesiony na oddział intensywnej terapii szpitala psychiatrycznego.

Till nastawił telewizor prawie na cały regulator, żeby nie umknęło mu ani jedno jedyne słowo z tych, którymi spiker komentował pełne grozy obrazy. Jego głos miał nieszczere, narcystyczne, pełne dramatyzmu brzmienie, jakiego Till tak nie znosił u prezenterów.

Tramnitzowi udowodniono w styczniu morderstwo na siedmioletniej Laurze i jej matce Miriam Z.; sprawca zaprowadził policjantów do miejsca, w którym znaleziono kolejne zwłoki, tym razem sześcioletniego Andreasa K.

Zdjęcia z miejsca zbrodni, brudnej piwnicy, i niestarannie skleconej drewnianej skrzyni przypominającej dziecięcą trumnę przeplatały się ze szkolnymi zdjęciami dwojga zamordowanych dzieci.

Potem znowu pokazali zdjęcie, które uczyniło z Tramnitza gwiazdę popkultury grozy. Wykonane przez jakiegoś paparazzo zaraz po aresztowaniu, kiedy Tramnitz siedział już w radiowozie i uśmiechał się prosto do obiektywu.

Otwarty, sympatyczny, jak fotomodel z niebieskimi oczami noworodka.

Sąd uznał tego człowieka, nazywanego bestią od inkubatora, za osobę niepoczytalną z powodu zaburzeń schizofrenicznych najcięższego stopnia. Tramnitz był przekonany, że złe moce umieściły w jego mózgu jakiś przedmiot, żeby sterować jego myślami.

Po zaledwie trzydniowym procesie został pod najsurowszym rygorem umieszczony na silnie strzeżonym oddziale szpitala psychiatrycznego Stein w berlińskiej dzielnicy Tegel. Aktualnie jego życie jest podobno zagrożone. Jak dotąd dotarły do nas tylko niepotwierdzone pogłoski, według których Tramnitz jeszcze dzisiaj ma być operowany.

– Mam nadzieję, że współwięźniowie wypruli flaki tej świni – mruknął Skania.

Na ekranie telewizora ukazał się obraz kliniki i lekarza, najwidoczniej prowadzącego terapię, który na pytania o stan jego pacjenta tylko pokręcił głową i ominął pospiesznie reporterów. U dołu ekranu widniał podpis:

„Dr med. H. Frieder, chirurg”.

Spiker mówił:

Klinika Stein posiada oddział intensywnej terapii i oddział traumatologiczny dla nagłych przypadków, bo wśród chorych psychicznie sprawców przestępstw wciąż dochodzi do samookaleczeń. W niektórych przypadkach psychozy mają podłoże organiczne i konieczne są operacje mózgu. Czy tak właśnie jest w przypadku Guidona Tramnitza, tego doktor Hartmut Frieder nie chciał nam zdradzić.

Tillowi coś mówiło to nazwisko, zdawało mu się, że spotkał kiedyś tego lekarza w klinice Virchowa, dokąd zawoził ofiarę pożaru. A później słyszał plotki krążące wśród pielęgniarek. Podobno Frieder, będąc pod wpływem alkoholu, wyprawił na tamten świat pacjenta, ale do procesu nigdy nie doszło. Rodzina dała się pewnie udobruchać wysokim odszkodowaniem wypłaconym przez szpital. Odtąd Frieder praktykował prywatnie i był widocznie wzywany do nagłych przypadków w klinice Stein jako chirurg.

– Nie powinieneś tego oglądać – powiedział Skania, zdejmując marynarkę.

Till rzucił okiem na kaburę z bronią służbową, przypiętą do pasa biegnącego przez szeroką klatkę piersiową jego szwagra, a potem wrócił do oglądania telewizji, nieco ściszając jednak głos pilotem.

Sprawa Guidona Tramnitza trafiła na czołówki gazet nie tylko z powodu nieopisanej brutalności sprawcy, ale i dlatego, że śledczy i lekarze sądowi przypuszczają, iż ten psychopatyczny seryjny morderca jest odpowiedzialny jeszcze za co najmniej jedno morderstwo na dziecku. Ponieważ jednak Tramnitz zgodnie z sugestią jego pani adwokat milczy, to jego inne zbrodnie chyba nigdy nie wyjdą na światło dzienne.

Till aż się wzdrygnął, kiedy w następnej sekwencji zobaczył człowieka, który był mu dziwnie znajomy, a zarazem zupełnie obcy: mianowicie samego siebie.

Reporter czatował na niego wtedy przed domem. Till prawie już nie pamiętał, w jakiej wyjątkowej sytuacji dopadła go ta dziennikarska hiena, żeby go dręczyć nietaktownymi pytaniami: Panie Berkhoff, czy sądzi pan, że Guido Tramnitz ma też na sumieniu pańskiego Maksa? Czy przyzna się do zamordowania pańskiego syna? Co by pan zrobił z oskarżonym, gdyby go pan dostał w swoje ręce?

To ostatnie pytanie było nieskrywaną aluzją do doniesień o jego „impulsywnej, nieopanowanej naturze”, która kosztowała go utratę pracy.

Po zniknięciu Maksa głównym podejrzanym był najpierw sam Till. Nie dla policji, ale dla mediów, które szybko zwąchały postępowanie dyscyplinarne opisane w jego aktach i wyrobiły Tillowi opinię osoby skłonnej do przemocy i ryzyka. A kiedy jeszcze ten łysol z SUV-a zaczął za odpowiednie honoraria na prawo i lewo opowiadać w każdym szmatławcu, jak to Till chciał go zabić karetką pogotowia, pierwsi reporterzy zaczęli rozpytywać w dawnym przedszkolu Maksa, czy mały nie przychodził tam aby z jakimiś podejrzanymi obrażeniami. Czy czasem ojciec już wcześniej nie maltretował syna?

Till z wściekłością wyłączył telewizor, ale obrazy w jego głowie nie chciały zniknąć.

Ulica. Zaśnieżony bruk z kocich łbów. Klocki Lego.

Jak to wszystko pasuje – myślał Till, wspominając zgruchotany statek kosmiczny, jedyną rzecz, jaka w jego, odtąd także zgruchotanym życiu została mu po Maksie. Kiedy chłopiec nie wrócił do domu i kiedy się dowiedzieli, że nigdy nie dotarł do Anny, znaleźli już tylko rozbity model. Wydział zabezpieczania śladów pozbierał każdy klocek i poskładał całość z powrotem w laboratorium. Żeby sprawdzić, czy sprawca oprócz Maksa zabrał też jakieś trofeum. I rzeczywiście brakowało jednej figurki.

Luke’a Skywalkera.

Zapadł się pod ziemię, tak samo jak jego syn.

Wkrótce potem także Ricarda zniknęła z jego życia, obciążając go całkiem słusznie współwiną za tę tragedię, choć nigdy nie wypowiedziała zdania, którym on dręczył się bez przerwy od dwunastu miesięcy: Gdybyś mu wtedy nie pozwolił iść do Anny, to wszystko by się nie zdarzyło.

Till wstał i otrząsnął się jak zmoczony pies, ale od wspomnień nie zdołał się uwolnić. Podobnie jak od nieproszonego gościa, który najwidoczniej nic sobie nie robił z tego, że Till ignorował go od czasu jego przybycia.

– Czego tu chcesz? – spytał w końcu mało uprzejmie, ale i tym Skania wydał się niezrażony. Prawdopodobnie szwagier Tilla od lat był przyzwyczajony, że rodziny ofiar wyładowują swoją rozpacz na śledczych. Albo uważał wspieranie Tilla za rodzinny obowiązek, choć było tylko kwestią czasu, kiedy jego siostra wystąpi o rozwód. Ricarda już się przecież wyprowadziła, zabierając naturalnie ze sobą siostrę Maksa.

– Słuchaj, jest nowa rzecz, ale…

Skania pociągnął fałdę swojego podwójnego podbródka, co czynił zawsze, ilekroć się zastanawiał, co powiedzieć.

– Ale co?

– Ostatecznie wstrzymano dalsze poszukiwania Maksa.

6

Till przejechał dłonią po zatłuszczonych, niemytych włosach. Dawno minęła pierwsza, a on wciąż jeszcze był w piżamie.

– Co takiego? Przecież mój syn zaginął dopiero rok temu!

Jego szwagier kiwnął głową.

– To prawda. Ale oni są pewni, że Tramnitz jest sprawcą. Modus operandi, teren działania, wszystkie okoliczności jego czynów pasują do twojego syna jak ulał. Sam wiesz, jak to u nas wygląda. Myślisz, że mi to pasuje? Ale nie ma sensu poszukiwać sprawcy, który i tak już dożywotnio siedzi w mamrze. My wiemy, że to był on.

Till miał wrażenie, jakby całe powietrze wokół niego uciekło z pokoju.

Ostateczność tej wiadomości odebrała mu dech.

– Ale nie wiecie, gdzie jest Maks. Musicie szukać go dalej! – zaoponował gardłowym głosem.

Skania kiwnął głową.

– Wierz mi, że gdybym ja to prowadził, wszystko byłoby inaczej. Ja bym kazał każdy kamień w tym mieście przewracać tak długo, aż byśmy go znaleźli. I nie przejmowałbym się, że nie mamy na to ani pieniędzy, ani personelu. Ale właśnie z tego powodu nie powierzono mi oficjalnie tej sprawy.

– No jasne.

Skania jako brat jego żony był osobiśce zaangażowany w sprawę. Jak miałby obiektywnie prowadzić śledztwo? Ale jeśli nawet nie należał do ekipy dochodzeniowej, to jeszcze wcale nie znaczyło, że jego koledzy odcięli go od dopływu informacji.

– Nie wolno im wstrzymywać poszukiwań Maksa. Ja muszę wiedzieć, co się stało z moim chłopcem!

– Przecież dobrze wiesz, co się z nim stało – odparł Skania.

Tak. To prawda. Wiedział.

Till podrapał się po swoim dziesięciodniowym zaroście, który może miał i dwa tygodnie. Odkąd Maks zniknął, wszystkie dni były do siebie podobne.

Wstawanie. Myślenie o Maksie. Ubieranie się. Myślenie o Maksie. Rozpacz. Myślenie o Maksie. Rozbieranie się. Myślenie o Maksie. Pójście spać. Myślenie o Maksie. Rozpacz. Bezsenność. Myślenie o Maksie. Wstawanie.

A odkąd odeszła od niego Ricarda, nie musiał się już nawet ubierać ani rozbierać.

– Znasz los innych dzieci. – Skania próbował łagodnie przemówić mu do rozumu.

Tak. Znał go. Dziewczynka, chłopiec. Siedem i sześć lat. Tramnitz porwał oboje z ogródków przed domami, kiedy się bawiły. Przebrał się za doręczyciela paczek, odurzył dzieci i wywiózł je do piwnicy swojego domu, gdzie w inkubatorze własnej roboty je dręczył, wykorzystywał, a potem zabił. Żadne dziecko nie przeżyło w jego rękach dłużej niż czterdzieści osiem godzin. A Maks zaginął już ponad rok temu. Krótko potem, jak sąsiedzi widzieli na ulicy furgonetkę DHL i kuriera z dwukołowym wózkiem wyładowanym paczkami.

Niedługo później ten bydlak został aresztowany. Znaleziono zwłoki Miriam Schmidt, matki uprowadzonej Laury. Prowadząc własne dochodzenie, za bardzo zbliżyła się do odkrycia Tramnitza i było to w momencie, kiedy morderca po zbrodni jeszcze miał tę samotną matkę na oku prawdopodobnie po to, żeby się delektować jej cierpieniem. Po ujęciu Tramnitza znaleziono w jego mieszkaniu liczne zdjęcia i nagrania wideo ukazujące Miriam, jak przypina do drzew ulotki ze zdjęciem swojej córki albo przemierza ulice, na których jej dziecko było widziane po raz ostatni. Jej teoria, że sprawca przebiera się za dostawcę czy kuriera, była strzałem w dziesiątkę i dlatego Tramnitz postanowił usunąć ją z drogi, zanim ona pójdzie z tym na policję. Tylko przypadkowo został zaobserwowany, kiedy chciał ukryć jej zwłoki w hangarze na łodzie nad Kanałem Teltowskim, i tak oto Miriam w końcu jednak umożliwiła wykrycie mordercy jej córki i co najmniej jeszcze jednego dziecka. Przyciśnięty do muru Tramnitz zaprowadził policję do zwłok Laury i sześcioletniego chłopca z dzielnicy Pankow. Tylko o losie Maksa milczał.

– Chodź, muszę ci coś pokazać.

Till minął Skanię i poczłapał do łazienki, otworzył szafkę pod umywalką i wyjął pojemnik z odświeżaczem powietrza.

– Ambi pur? – spytał Skania zbity z tropu.

– Aerozol przeciw potworom – odpowiedział Till, co niewiele Skanii wyjaśniało.

– To było półtora roku temu. Popełniłem wtedy błąd i opowiedziałem Maksowi straszną historię na dobranoc. Sam o nią prosił, bo oglądał w kinie Vaianę: Skarb oceanu i bardzo się bał demona Te Ka. No i poprosił, żebym ja też opowiedział mu coś strasznego. Wiem, wiem, nie powinienem mu opowiadać o potworze o zielonych oczach siedzącym w szafie. Odtąd każdej nocy przychodził do nas do łóżka, dopóki mu nie powiedziałem, że w sklepie dla duchów kupiłem aerozol przeciw potworom.

Till potrząsnął pojemnikiem z odświeżaczem o nazwie Lawenda na Dobranoc”.

– Wyjaśniłem mu, że kiedy się tym popsika do szaf i na łóżko, to można spać spokojnie. Wtedy nic się nie stanie. I on w to uwierzył.

Łzy napłynęły mu do oczu.

– Każdego wieczoru rozpylałem to w jego pokoju i już nie budził się w nocy i nie wkradał się do nas do łóżka. Spał odtąd całą noc. Maks się już nie bał.

– Till, przestań!

– Myślisz, że pytał swojego porywacza o aerozol przeciw potworom? – Jego głos się załamał. – Wiesz, leżę tak wciąż z otwartymi oczami, patrzę w sufit i słyszę, jak Maks woła o aerozol przeciw potworom, bo się tak bardzo boi. Ale nie ma nikogo, kto by mu go przyniósł. Nie ma aerozolu. Jest tylko sam potwór…

– Maks nie żyje! – Skania podniósł głos.

– Ja wiem!

Till cisnął pojemnikiem w lustro, które jakimś cudem nawet nie pękło.

– Ja wiem, że on nie żyje – powiedział, z każdym słowem coraz bardziej podnosząc głos, aż w końcu zaczął na szwagra wrzeszczeć. – Ale ja muszę go zobaczyć, jego zwłoki! Ja muszę pochować Maksa, nie rozumiesz tego?! Potrzebuję pewności!!!

Wybiegł z łazienki, a Skania za nim.

– Naturalnie, że to rozumiem. Ja chcę tego tak samo jak ty… czy Ricarda.

– Twoja siostra odeszła ode mnie. Z Emilią.

Skania zmierzył Tilla współczującym wzrokiem od stóp do głów.

– Wiem. Powiedziała mi. Ale bądźmy szczerzy, dziwisz się jej? Popatrz na siebie. Zapuściłeś się. Popadłeś w rezygnację. Nie stawiasz czoła prawdzie.

– A co to jest prawda?

Jego szwagier podniósł obie ręce do góry. Till zobaczył plamy potu pod jego pachami.

– Jak ten bydlak nam nie powie, gdzie możemy znaleźć Maksa… – Skania odchrząknął. – Sam wiesz, jak to było z innymi dziećmi. Czytałeś raporty policyjne. Gdyby on nas nie doprowadził do zwłok, to nigdy byśmy nie znaleźli tych biedactw, tak dobrze je ukrył. Głęboko pod starym wysypiskiem, nawet psy szkolone do znajdowania zwłok nic nie wyczuły. Ale odkąd on siedzi pod kluczem…

Nic już nie mówi. Ani piśnie. Milczy.

Till zamknął oczy.

Za radą swojej adwokat Tramnitz zamilkł po swoim pierwszym przyznaniu się, pozostawiając tym samym Tilla w najgorszej sytuacji z możliwych: w niepewności. Ale ponieważ Niemcy są państwem prawa, to już sama groźba tortur jest karalna. Nawet w stosunku do potwora. Nie można nic zrobić, żeby skłonić tę bestię do mówienia.

Nic, chyba że…

Tillowi przyszła do głowy pewna myśl. Była absurdalna, niemal śmieszna, zupełnie bez sensu. A mimo to był to pierwszy od dawna pomysł, który go uskrzydlił.

„Co by pan zrobił z oskarżonym, gdyby go pan dostał w swoje ręce?”

– Jaką mamy pewność, że Tramnitz ma na sumieniu mojego syna? – spytał Skanię.

– Dotąd nasze przypuszczenia były pewne na dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Ale od godziny mamy pewność stuprocentową.

– A to czemu?

– Oni coś znaleźli – powiedział jego szwagier. – Właściwie to dlatego tu jestem.

Till poczuł mdłości. Świat dookoła niego zaczął wirować, więc oparł się na krześle, które postawił przed telewizorem.

– Co? – zapytał, i już to jedno słowo kosztowało go niewiarygodnie dużo wysiłku.

Co znaleźli?

Skania otworzył swoje łapsko, ale początkowo Till nie mógł w nim nic dostrzec. Pełne drobinek kurzu światło przedostające się do pokoju przez żaluzje padało pod tak niekorzystnym kątem, że go oślepiało. Zwłaszcza że przedmiot w ręce Skanii był biały i mały… i z plastiku!

– Luke Skywalker – wyszeptał Till i cofnął się, jakby figurka Lego w ręku Skanii mogła zarazić. – Gdzie to znaleźli?

– Na nocnym stoliku Tramnitza. Jak go zawieźli na operację. Ten bydlak całkiem otwarcie wystawił na pokaz swoje trofeum w wariatkowie. I jeszcze coś.

– Jeszcze jeden dowód?

– Możliwe.

Skania jeszcze bardziej naciągnął fałd skóry.

– Krążą plotki. Można powiedzieć, więzienna poczta pantoflowa.

– Że co?

– Podobno Tramnitz się przechwala, że w klinice prowadzi pamiętnik i opisuje swoje czyny.

7

FRIEDER

Frieder, słucham?

Widząc nieznany numer wyświetlony na swoim prywatnym telefonie, zaintrygowany chirurg usiadł znowu przy biurku. Miał właśnie wyjść z gabinetu, który oddano mu do dyspozycji, żeby udać się na wychodzący na ogród poziom kliniki Stein, gdzie znajdowała się sala operacyjna.

– Przepraszam, że panu przeszkadzam – usłyszał dźwięczny, głęboki głos.

Co prawda mężczyzna mówił trochę tak, jakby był słaby i wyczerpany, przez co jego słowa prawie zagłuszał monotonny szum ulewy za oknem. Tu na pierwszym piętrze kliniki zawodzenie wiatru, szukającego sobie drogi przez przewody wentylacyjne i szyby wind, brzmiało jak skowyt zalęknionego psa.

– Kto mówi? – spytał niecierpliwie Frieder.

– Nazywam się Till Berkhoff. Jestem ojcem Maksa.

O, do licha.

Frieder przełknął ślinę i odruchowo kiwnął głową.

Teraz wiedział, z kim rozmawia. A że mógł się mniej więcej domyśleć, z czym ten biedak zwraca się do niego, serce zaczęło mu bić szybciej. Tętno wzrosło i zrobiło mu się gorąco.

– Skąd pan ma mój numer?

– Jako były strażak mam wciąż jeszcze dobre kontakty z władzami.

Frieder sięgnął do szyi i odpiął górny guzik swojej różowej koszulki polo. Różowy to był jego ulubiony kolor, ponieważ był zdania, że dobrze pasuje do jego opalenizny z solarium.

– Proszę posłuchać – powiedział. – Nie wolno mi rozmawiać z panem o moim pacjencie.

– Ja nie chcę rozmawiać. Ja chcę, żeby pan coś dla mnie załatwił.

W głosie rozmówcy brzmiała zimna zawziętość. Frieder od razu zrozumiał, co Berkhoff ma na myśli mówiąc o „załatwieniu czegoś”.

Mógłby też powiedzieć, że trzeba „uwolnić świat od problemu”, „wziąć sprawiedliwość w swoje ręce” albo „oszczędzić podatnikom niepotrzebnych kosztów”.

– Czy pan nagrywa rozmowę? – spytał Frieder, gasząc lampę na biurku. Teraz już naprawdę musiał się udać do bloku operacyjnego, żeby się przygotować.

– Mój syn to nie jest temat na sensacyjny artykuł – fuknął Berkhoff, zwracając teraz swój gniew wprost przeciwko Friederowi.

– Przepraszam, nie to miałem na myśli. Tylko jest taka sprawa, że ja… – zawahał się. – Ja nawet nie mogę rozważać tego, czego pan sobie ode mnie życzy.

Choć to rozumiem. Ja także pragnąłbym bolesnej śmierci dla kogoś, kto by uprowadził i zabił mojego syna.

– Przeciwnie, może pan.

– Nie. – Ręce Friedera zaczęły drżeć. – Nie mogę i nie chcę nikogo zabijać – powiedział głośno.

Z pełną świadomomością złożył jednoznaczne i szczere oświadczenie, na wypadek gdyby Berkhoff jednak nagrywał rozmowę. Ku jego zdumieniu ojciec zaprzeczył.

– I nie powinien pan tego robić.

– A co w takim razie?

Usłyszał, jak Berkhoff wyciera nos, po czym przeprasza i mówi:

– Proszę pana o coś zupełnie przeciwnego.

– Nie rozumiem.

– Otóż proszę pana, nie, ja pana błagam, niech pan zrobi wszystko, co w pana mocy, żeby Guido Tramnitz wyszedł z tego. On musi przeżyć operację, rozumie pan? Jest jedyną osobą, która wie, co się stało z moim synem. Nie może zabrać tej tajemnicy ze sobą do grobu.

– Dobrze – powiedział Frieder poruszony. – Zrobię, co będę mógł.

Emocjonalna, nieoczekiwana, ale w końcu zupełnie zrozumiała prośba ojca poruszyła go do głębi. Kiedy zakończył rozmowę, palce tak mu drżały, że nie miał innego wyboru.

Nie mógł ich uspokoić w inny sposób, niż tylko raz jeszcze sięgając do szuflady biurka, żeby sobie golnąć. Niedużo.

Tylko dwadzieścia gram.

8

TILL

Pacjent T?

– Tak.

– A co to niby ma być?

– T, czyli tajny, pracujący pod przykrywką. Chcę, żebyś mnie przemycił do kliniki Stein.

– Do Tramnitza?

– Właśnie, jako pacjenta na psychiatrię.

Poirytowany podobnym do przesłuchania charakterem ich rozmowy Till odwrócił się od Skanii i wyjrzał przez okno.

Jesienny wicher miotający deszczem pognał plastikową torebkę przez trotuar do płaczącej wierzby, na której gałęziach się zaczepiła niczym ostatni strzęp poszarpanego żagla. W ogrodzie nie było widać ani jednego ptaka, ani wiewiórki, żadnej żywej istoty. Nic dziwnego przy takiej ulewie. A jednak Till wolałby być na dworze, wystawiony na siły przyrody, niż siedzieć tu w cieple i bezczynnie czekać nie wiadomo na co.

Za jego plecami szwagier odchrząknął i już samym tym zdenerwował Tilla. Od powrotu z łazienki Skania nie przestawał go strofować. Znowu zaczął.

– Wszystko dobrze, pomijając już to, że w policyjnym żargonie T nie zawsze oznacza śledczego pracującego pod przykrywką, tylko bardziej kontakt operacyjny…

– …czyli osobę niebędącą członkiem organów ścigania, która jest gotowa udzielić im pomocy w wykryciu sprawcy przestępstwa – uzupełnił Till, przewracając oczami. – Ty mi tu nie czytaj Wikipedii.

– A ty mi oszczędź twoich głupkowatych propozycji – zagrzmiał Skania. – Nawet gdybym chciał, a nie chcę, to jak miałbym cię tam przemycić? Idiotical Island to nie jakiś park rozrywki, gdzie można sobie po prostu wejść niby przypadkiem i spokojnie się rozejrzeć.

I niewątpliwie miał rację.

Klinika Psychiatrii Sądowej w Reinickendorf była najsilniej strzeżonym zakładem zamkniętym. Ze względu na swoje położenie na półwyspie na Tegeler See, gdzie stanowiła jedyny kompleks budynków, w Berlinie mówiło się o niej potocznie Idiotical Island, nawiązujące do brandenburskiego parku wodnego Tropical Island. Początkowo chciał tu otworzyć wielki hotel pewien nadziany inwestor. Kiedy jednak w rezultacie typowego chaosu w berlińskiej polityce nie doszło do terminowego zamknięcia portu lotniczego w środku miasta, nikt nie chciał bulić sześciuset pięćdziesięciu euro dziennie za przyjemność ukołysania do snu przez ryk odrzutowców. Nie pomógł nawet projekt sławnego architekta, który wzorując się na Białym Domu w Waszyngtonie, wyposażył gmach w pełne przepychu wejście z kolumnadą i trzypiętrowe skrzydła od strony zachodniej i wschodniej.

W końcu grunt z budynkiem w stanie surowym kupił prywatny właściciel kliniki i dzisiaj zamiast bogaczy, grubych ryb czy polityków znajdowali się tu najniebezpieczniejsi psychopaci w Niemczech. Złośliwi twierdzili przy tym, że stan ducha aktualnych rezydentów wcale tak bardzo nie odbiega od stanu ducha tych, którzy mieli tu przebywać według pierwotnego planu. Można tu było napotkać gwałcicieli ze schizofrenią, sadystycznych morderców, szaleńców o zaburzonych popędach. Był tu na przykład malarz krwią, trzydziestodwuletni człowiek o powierzchowności wykładowcy akademickiego, którego hobby było malowanie krajobrazów marynistycznych płynami ustrojowymi jego wykrwawiających się ofiar, które musiały się temu przyglądać.

Guido Tramnitz był tu więc w jak najlepszym towarzystwie, wśród innych sprawców przestępstw, których sąd uznał za niepoczytalnych z powodu choroby psychicznej, skazując na bezterminowy pobyt w tym zakładzie psychiatrycznym.

Till nabrał głęboko powietrza i wypuszczając je, mówił:

– Nie mam pojęcia, jak to zrobisz, ale ja muszę się tam dostać. Do Tramnitza.

– Po co? Żeby rozwalić makówkę mordercy twojego syna?

Till pokręcił głową.

– Ja muszę mieć pewność, rozumiesz? Nie mogę tak dalej żyć. Potrzebuję czegoś, czego mógłbym się uchwycić. Żeby się pożegnać. Rozumiesz?

W oczach szwagra widział odpowiedź. Naturalnie że go rozumiał. Oliver Skania był policjantem. Wiedział, jaki wpływ na rodziców ma wiadomość o śmierci dziecka. Ich życie się kończy. Tracą na zawsze duszę, szczęście, wszystko, co trzymało ich przy życiu. Ale nawet wtedy są i tak jeszcze w lepszej sytuacji niż ci rodzice, którym nigdy nie jest dana stuprocentowa pewność, co się stało z ich dzieckiem. Bo u nich agonia nigdy nie ma końca.

– Czuję się jak koń z połamanymi nogami w przydrożnym rowie.

– Więc to spotkanie z Tramnitzem byłoby dla ciebie czymś w rodzaju ciosu łaski?

– Właśnie. On nie rozmawia ani z policją, ani z prokuraturą czy sędzią. Więc to ja muszę się znaleźć blisko niego. Chcę wiedzieć, gdzie ukrył zwłoki Maksa.

– Iście genialny pomysł. Tramnitz ci to na pewno wyzna dobrowolnie i zupełnie bez przymusu.