Pacjenci doktora Garcii - Almudena Grandes - ebook
Opis

Trzymająca w napięciu powieść o wartkiej akcji rozgrywającej się w kilku krajach. Mało znane fakty z okresu II wojny światowej splatają się tu z realiami frankistowskiego reżimu, a burzliwa historia Hiszpanii i Argentyny odciska piętno na losach zwykłych ludzi. Po zwycięstwie generała Franco doktor Guillermo García Medina przebywa w Madrycie pod fałszywym nazwiskiem. Dokumenty, które ocaliły go przed rozstrzelaniem, to prezent od najlepszego przyjaciela – Manuela Arroyo Beníteza, republikańskiego dyplomaty, któremu uratował życie w 1937 roku. We wrześniu 1946 roku Manuel wraca z uchodźstwa z tajną i niebezpieczną misją. Planuje przeniknąć w szeregi zakonspirowanej grupy zajmującej się przerzutem za granicę zbrodniarzy wojennych i zbiegów z Trzeciej Rzeszy. Na czele organizacji stoi zamieszkała w dzielnicy Argüelles wyjątkowa kobieta – Niemka i Hiszpanka w jednej osobie, nazistka i falangistka – Clara Stauffer. Gdy Manuelowi udaje się zwerbować doktora Garcíę, w planach dwójki przyjaciół pojawia się kolejna postać. To Adrián Gallardo Ortega, który nim zaciągnął się do Błękitnej Dywizji, został ochotnikiem w SS i wziął udział w bitwie o Berlin, przeżył swoje pięć minut chwały jako zawodowy bokser. Obecnie wegetuje w Niemczech, nieświadomy, że ktoś chce wykorzystać jego tożsamość, by uciec do peronistowskiej Argentyny. „Almudena Grandes jest jedną z najznakomitszych pisarek naszych czasów”. Mario Vargas Llosa

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1143

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Los pacientes del doctor García

© Almudena Grandes, 2017

This edition published by agreement with Tusquets Editores, Barcelona, Spain.

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcie na okładce: Sergii Figurnyi (adobe.stock.com)

Zdjęcie autorki: © Itziar Guzmán / Tusquets Editores, Barcelona

Redakcja: Magdalena Granosik

Korekta: Aneta Iwan, Iwona Wyrwisz

Przypisy do rozdziałów I i II – Magdalena Olejnik, do rozdziałów III, IV i V oraz Guillermo i jego historia oraz Osoby – Zofia Siewak-Sojka.

Nie tylko szpiedzy potrzebują „swoich ludzi” za granicą. Tłumacz także napotyka niekiedy przeszkody, których nie pokonałby bez ich nieocenionego wsparcia. Z całego serca dziękuję za bezinteresowną i niezwykle ofiarną pomoc moim konsultantom z trzech kontynentów: Andrei Busco, Doris Téllez León i Fernandovi Vargasowi Ruízowi.

Magdalena Olejnik

ISBN: 978-83-8110-808-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

konwersja.virtualo.pl

Dla Luisa.

Raz jeszcze, bo nigdy nie będzie dosyć

Dziś, gdy swej ziemi już nie potrzebujesz,

W tych książkach nadal jest ci bliska i potrzebna,

Bardziej rzeczywista i upragniona niż tamta druga;

I ta, nie tamta, jest teraz twoją ojczyzną.

Ta, której nauczył cię Galdós,

Lojalność wroga nawet uszanuje,

W duchu szczodrej spuścizny Cervantesa,

Bohaterska w dniu powszednim, bohaterska w walce

O przyszłość, która do niej należała,

Nie o niegodną przeszłość, do której powróciła tamta druga.

Twoją ojczyzną nie jest tamta Hiszpania niegodziwa i ponura,

W której dziś rządzi kanalia.

Lecz Hiszpania żywa, dumna,

Stworzona przez Galdósa,

Po tej drugiej pociesza i leczy nas ta pierwsza1.

Luis Cernuda, Díptico español,

Desolación de la Quimera (1956–1962)

ALMUDENA GRANDESPACJENCI DOKTORA GARCÍI

Koniec złudzeń. Siatka przerzutowa zbrodniarzy wojennych i nazistowskich przywódców kierowana przez Clarę Stauffer

Madryt – Buenos Aires, 1945–1955

Ze wszystkich historii w dziejach

bez wątpienia najsmutniejszą jest historia Hiszpanii,

bo źle się kończy.

Jaime Gil de Biedma, Apología y petición,

Moralidades (1966)

MADRYT, 30 MARCA 1947

W ostatnią niedzielę marca 1947 roku wyszedłem na spotkanie kobiety, która znała moją prawdziwą tożsamość.

– No to zobaczmy… – Dozorczyni wyjrzała ze stróżówki, by poddać mnie uważnej inspekcji. – Co nowego dziś pan włożył, don Rafael?

– Nic szczególnego, Benigna. To nie czasy na strojenie się.

– Nie musi mi pan tego tłumaczyć, ale… – Poszperała w kieszeni fartucha i wyjęła stamtąd maleńką rozetkę uplecioną z palmowych liści. – Tego chyba mi pan nie odmówi, prawda? Przynajmniej nie straci pan ręki.

Kto nic nowego nie włoży w Niedzielę Pańskiej Męki, ten więcej nie zobaczy prawej ni lewej ręki. Po dwóch latach suszy, długim szeregu dni rozświetlonych słońcem na niebie tak błękitnym, jakby zostało świeżo namalowane, poranek zapowiadał nie tyle deszcz, co przygnębienie. Było chłodno. Dzieci, wierne tradycji, szły skulone, trzęsąc się z zimna; jakby lekki strój: wiosenne cienkie skarpetki, zwiewne spódniczki lub krótkie spodenki, mógł skutecznie odciąć je od zimy, w której wciąż jeszcze tkwili dorośli; odziani w płaszcze i kapelusze zaciskali dłonie w rękawiczkach na gołych paluszkach dzieci. Te, dla zrównoważenia swojej niedoli, w drugiej ręce niosły palmy wielkanocne przystrojone kwiatami, kolorowymi wstążkami i kokardkami – jak ta, którą wpięła w kieszonkę mojej marynarki Benigna. Inne, mniej szczęśliwe maluchy, cieplej ubrane, bo nie miały nic nowego, czym mogłyby się pochwalić, patrzyły na tamte z zawiścią.

Kiedy znalazłem się na placu Salesas, wszedłem do baru, niemal pustego w czasie mszy, zamówiłem kawę i usiadłem tyłem do kelnera, by przez witrynę ozdobioną wymalowanymi na biało literami spoglądać na wejście do kościoła Santa Bárbara. Tam właśnie, pomiędzy słowami napisu obiecującego „najlepsze kanapki z kalmarami w Madrycie”, zobaczyłem wyłaniającą się z wnętrza świątyni procesję. Orszak ministrantów uzbrojonych w wielkie złote palmy i małe metalowe kadzidła otaczał pół tuzina księży wystrojonych w haftowane ornaty, których kolory wyznaczały pozycję w hierarchii, całkiem dla mnie nieczytelną. Ruszyli w dół schodów powolnym, uroczystym krokiem, który niebawem mieli podjąć wierni stłoczeni za ich plecami, a ja w tym czasie zapłaciłem za kawę i przeciąłem plac. Kiedy przystanąłem obok kraty ogrodzenia, Najświętszy Sakrament jeszcze nie zstąpił na ulicę.

Ujrzałem przed sobą morze ludzi, kolorowych palm, płaszczy, kapeluszy; tyle kobiet w najróżniejszym wieku z zakrytymi głowami, aż przestraszyłem się, że nie uda mi się dostrzec jej w tłumie. I właśnie wtedy ją zobaczyłem: z blond włosami, jakich nie miała od czasu, gdy była dwunastolatką, z kosmykami jeszcze bardziej złocistymi niż kiedyś, gdy roztaczała wokół siebie woń rumianku, która jako pierwsza tak mnie w niej zaintrygowała. Poza tym nie zmieniła się prawie wcale. W miarę jak się zbliżała, upewniałem się, że nadal jest ładna w ten sam sposób co dawniej: bardziej z daleka niż z bliska. Pomimo ciężkich czasów i choć nie towarzyszył jej żaden mężczyzna, po ubiorze poznałem, że chce się podobać. Wspaniałą figurę podkreślała dobrze skrojona garsonka, żakiet zbyt dopasowany jak na ostrożne kanony epoki Zwycięstwa. Żadna elegancja nie była w stanie zatuszować jej plebejskiej twarzy wieśniaczki, szerokiej i mięsistej. Wyglądała korzystnie w delikatnym czarnym festonie starej koronkowej mantylki zakrywającej głowę, mimo że dodatkowo uwypuklał mocny kontrast ciemnych brwi z zafarbowanymi na żółty blond włosami; ryzykowny pomysł, godny maskującej się artystki kabaretowej, na który nigdy w życiu nie pozwoliłaby sobie większość kobiet z jej klasy społecznej. Ale ona nie była byle kim: nazywała się Amparo Priego Martínez i śmiałość, która ją tłumaczyła, poruszyła mnie bardziej, niż się tego spodziewałem. Przeżyliśmy wspólnie zbyt wiele i zbyt dużo czasu spędziliśmy razem, bym mógł wyjść z tego spotkania bez szwanku. Dlatego nawet nie ośmieliłem się spojrzeć na chłopca, którego prowadziła za rękę.

Pozwoliłem, by mnie minęła, jakby zaczepienie jej od tyłu było łatwiejsze, i przekonałem się, że nie przyszła na mszę sama. Wraz z nią w procesji uczestniczyły jeszcze dwie inne kobiety z dziećmi i choć nie mógłbym oczekiwać bardziej bezbronnego towarzystwa, to wystarczyło, bym stracił cały swój animusz. Przez chwilę zastanawiałem się, co właściwie tu robię. Chciałem nawet zrezygnować, obrócić się na pięcie i pójść prosto do domu. Ta chwila słabości trwała ledwie mgnienie oka. Zaraz potem przecisnąłem się pomiędzy płaszczami i mantylami, dogoniłem ją i chwyciłem za łokieć.

– Dzień dobry.

Nie powiedziałem nic więcej, nie musiałem. Te dwa słowa wywołały radykalną zmianę na jej czerstwej twarzy o rumianych, pyzatych policzkach, na którą niegdyś bezustannie narzekała. Gdyby w tym momencie mogła się przejrzeć w lustrze, zobaczyłaby inną wersję samej siebie, która zapewne bardziej przypadłaby jej do gustu: cera blada niczym woskowa maska, twarz spięta i nagle delikatna, krucha w subtelnym drżeniu warg i wilgotnym połysku szeroko otwartych oczu.

– Guillermo… – głosem tak cichym, że niemal niesłyszalnym, wyszeptała moje imię i rozejrzała się na boki, by sprawdzić, czy jej przyjaciółki zauważyły nasze spotkanie. One jednak nadal śpiewały piskliwym falsetem, który hiszpańskie dewotki uznają za dobitny przejaw religijnej gorliwości. – Co ty tu robisz?

– Jak to co? To samo co ty… – odparłem zwyczajnym tonem, a jej towarzyszki, nie przerywając śpiewu, obejrzały się i otaksowały mnie wzrokiem, po czym nieco przyspieszyły. – Świętuję Dzień Pański.

Ten komentarz mimo woli wywołał uśmiech na jej twarzy i uspokoił ją na tyle, że znów podjęła marsz. Ruszyłem obok, po jej lewej stronie, jak gdybym pragnął jedynie razem z nią uczcić Niedzielę Palmową, i przez chwilę w milczeniu wdychałem ten niepowtarzalny aromat, precyzyjną kombinację perfum i potu, która pobudzała nie tylko mój zmysł powonienia. Zamknąłem oczy i zdało mi się, że to tylko złudzenie, że jestem tak blisko Amparo. Posuwaliśmy się obok siebie, zachowując bezpieczny dystans, niczym dwójka nieznajomych. Nie trwało to długo, niemal natychmiast postarała się położyć kres wszelkim niedopowiedzeniom.

– Idź stąd. – Spojrzałem na nią, ale nie udało mi się uchwycić jej wzroku wbitego w szczyt złotej monstrancji otwierającej procesję. – Wynoś się, i to już.

– Zaraz – zapewniłem ją równie cichym głosem jak ten, którym zwróciła się do mnie. – Przyszedłem specjalnie po to, żeby się z tobą zobaczyć. Mamy do pogadania.

– Nie sądzę.

– Mylisz się. Zapewniam cię, że rozmowa ze mną leży w twoim interesie. – W końcu się obróciła i spojrzała na mnie. – Wiem, że nadal mieszkasz w dzielnicy Salamanca, pod numerem 45 przy ulicy Ayala. Pasuje ci jutro wieczorem? Będę tam koło szóstej.

Nie zaprzeczyła ani nie przytaknęła. Nim zdążyła otworzyć usta, poczułem, że ktoś szarpie mnie za rękaw płaszcza.

– Proszę pana! – Rączka należała do pięcioletniej dziewczynki o złocistych włosach, ubranej i uczesanej niczym laleczka, tak podobnej do Amparo w dzieciństwie, że pomyślałem, że to jej córka. – Proszę pana! – powtarzała zawzięcie, aż podskakiwały naraz wszystkie loczki na jej głowie. – Bo pan tu ma takie ładne! Da mi pan to?

– Asun! – Amparo szybko odwróciła się do małej i poczułem, że jej ciało się rozluźnia; napięcie, które trzymało je niczym sztywna zbroja, znalazło ujście w napomnieniu, przesadnym jak na tak niewielką przewinę. – Ile razy mamy ci powtarzać, że nie można tak dziadować? Powiem mamie.

Jeszcze wszystko pamiętałem, także to, że jej starsza siostra ma na imię Asunción. Dziewczynka, która musiała być jej córką, wzruszyła ramionami i dalej wyciągała w moim kierunku dłoń, tak bezczelnie, że aż mnie rozśmieszyła. W chwili gdy ostrożnie odczepiałem od kieszonki upominek Benigny, zza Amparo wychyliła się mała śniada główka chłopca, którego celowo przez cały czas omijałem wzrokiem.

– Chcesz? – Nadal próbowałem nie patrzeć na niego, a tymczasem uosobienie zachłanności kiwało głową. – W takim razie proszę, to dla ciebie, bo ty… – Serce podeszło mi do gardła, gdy obróciłem się do chłopca – …jesteś już za duży na takie rzeczy, co? Jako ośmiolatek…

– Skąd pan wie, że mam osiem lat?

Był wysoki jak na swój wiek, szczupły, o pociągłej twarzy i ciemnych, niesfornych włosach. Zapowiadało się, że jako mężczyzna będzie miał gęste brwi, prosty, raczej długi nos, zapewne wystarczający, by podtrzymać okulary, które skorygują przedwczesną krótkowzroczność. Zupełnie nie przypominał niewielkiej części jej rodziny, którą poznałem.

– Bo jestem bardzo bystry. – Spojrzał z niedowierzaniem i posłał mi w odpowiedzi uśmiech, w którym rozpoznałem jego matkę. – Wiem, że urodziny masz we wrześniu, że mieszkasz przy ulicy Ayala, jesteś synem Amparo, i wiem, że…

Znałem ją na tyle dobrze, że nie musiałem na nią patrzeć, by wyczuć jej przerażenie; byłem pewien, że gwałtownie zbladła. Znałem ją na tyle dobrze, że przewidziałem jej panikę i niezdarność, pośpiech, z jakim mi przerwała, gdy chciałem jedynie dodać, że wiem, że jej syn lubi grać w piłkę, bo miał strupki na obu kolanach. Nie mogłem jednak przewidzieć słów, które szepnęła mi do ucha, wbijając mi paznokcie w przedramię tak mocno, że zabolało.

– Już nie ma na imię Guillermo.

To zdanie także mnie zabolało. Wypełniłem swoją misję i nie musiałem tam zostawać ani chwili dłużej, ale miałem jeszcze coś do zrobienia. Nim odszedłem, podałem dziewczynce rozetkę, pomachałem chłopcu ręką i pochyliłem się do ucha jego matki.

– Ja też nie.

Odszedłem kilka kroków i obróciłem się, by zobaczyć, że Amparo nadal na mnie patrzy, stojąc nieruchomo niczym kolumna rozdzielająca na dwoje strumień wiernych z palmami w dłoniach. Wówczas wyszło słońce. Byłby to piękny obraz na pożegnanie, ale ja jeszcze nie mogłem sobie na to pozwolić.

W ostatnią niedzielę marca 1947 roku poszedłem się zobaczyć z kobietą, która znała moją prawdziwą tożsamość. Amparo wiedziała, że nie nazywam się Rafael Cuesta Sánchez, tylko Guillermo García Medina. I że jestem lekarzem, nawet jeśli nie mam oficjalnego tytułu i pracuję w agencji transportowej.

Nie wiedziała za to, że odnalazłem ją, by pomóc Manuelowi Arroyo Benítezowi, mojemu przyjacielowi, który przyjął tożsamość Adriána Gallardo Ortegi. Zrobił to, by wniknąć w szeregi nazistowskiej organizacji chroniącej zbrodniarzy wojennych i jako jeden z nich wyemigrować do Argentyny.

Tymczasem prawdziwy Adrián Gallardo żebrał na ulicach Berlina, a kiedy zatrzymywał go patrol policji, pokazywał dokumenty na nazwisko Alfonso Navarro López.

Moja historia jest historią trzech mistyfikatorów.

I Szpital polowy

25 LIPCA 1936 – JOHANNES BERNHARDT W BAYREUTH

Kompozytor Ryszard Wagner, któremu Bayreuth, niewielkie miasto na wschodzie Niemiec, zawdzięcza światową sławę, ma sporo wspólnego z wizytą Bernhardta. Samochód, którym ten przyjechał z Monachium, zatrzymuje się dokładnie naprzeciw fasady Wahnfried, eleganckiej willi wybudowanej przez muzyka dzięki mecenatowi Ludwika II Bawarskiego zwanego Szalonym.

W 1936 roku właścicielką Wahnfried jest Winifred Wagner, wdowa i spadkobierczyni jedynego męskiego potomka kompozytora – Siegfrieda, któremu urodziła czwórkę dzieci, nim oddała duszę w służbę innej miłości. Do najważniejszego wydarzenia w jej życiu dochodzi w 1923 roku, kiedy to podczas Festiwalu Wagnerowskiego w Bayreuth energiczny trzydziestoczteroletni mężczyzna składa wizytę państwu Wagnerom. Przedstawia się jako lider Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników, ale jego odwiedziny w najmniejszym stopniu nie są związane z polityką. Jest przekonany, że w całej historii muzyki nie ma drugiego dzieła porównywalnego z twórczością Ryszarda, i pragnie wyrazić swój głęboki podziw potomkom kompozytora. Młoda, dwudziestosześcioletnia pani domu staje się cichym świadkiem owej pełnej żaru przemowy, która wzbudza w niej jeszcze silniejszą namiętność. Od tego momentu Winifred żyje wyłącznie dzięki Adolfowi Hitlerowi i wyłącznie dla niego.

Bliska zażyłość pomiędzy Führerem a Winifred Wagner przez przeszło dziesięć lat podsyca w Niemczech najróżniejsze plotki. Z pewnością są one znane Johannesowi Bernhardtowi, a niepewność co do tego, ile prawdy się w nich kryje, dodatkowo zwiększa jego nerwowość. W holu oczekuje na nadejście pary, która ogląda właśnie perfekcyjną wersję Zygfryda. Nie słyszy tam orkiestry ani głosów wykonawców. To dzięki nim raz jeszcze udało się sprowadzić Hitlera z Berlina na Festiwal w Bayreuth, gdzie gości go z czułością Frau Wagner. By się tu znaleźć, Johannes Bernhardt musiał odbyć dużo dłuższą podróż.

Aż do pamiętnego poranka dwudziestego trzeciego lipca 1936 roku losy niemieckiego trzydziestodziewięcioletniego przedsiębiorcy to monotonny ciąg porażek. Nie widząc perspektyw we własnym kraju, w pierwszej połowie lat trzydziestych emigruje do Hiszpanii, ale na Półwyspie także nie dopisuje mu szczęście. Szuka go zatem dalej w hiszpańskim protektoracie w Maroku i wreszcie osiedla się w Tetuanie, gdzie udaje mu się znaleźć zatrudnienie jedynie w niemieckiej firmie importowo-eksportowej. Bernhardt, członek partii nazistowskiej, działa ponadto jako człowiek AO – Auslandsorganisation der NSDAP, zewnętrznej struktury partii, i utrzymuje doskonałe kontakty z marszałkiem Hermannem Göringiem. I tak oto siedemnastego lipca 1936 roku bunt hiszpańskiego wojska w Maroku wreszcie podsuwa mu okazję, której szukał od lat z wielkim wysiłkiem i nikłym skutkiem.

Bernhardt pospiesznie kontaktuje się ze zbuntowanymi żołnierzami. Nie jest bynajmniej jedynym nazistą mieszkającym w Hiszpanii, ani nawet jedynym w hiszpańskim Maroku, za to jest tym najszybszym, najodważniejszym, tym, który zaskarbi sobie życzliwość kapryśnego losu. Nie przedstawiając żadnych argumentów poza gorliwym zapałem, zgłasza się na pośrednika między puczystami a samym Führerem. Ta pokazowa akcja odmieni jego życie na zawsze.

Następuje kilka fortunnych dla Bernhardta zrządzeń losu. Po pierwsze: komendantem wojskowym na Wyspach Kanaryjskich jest Francisco Franco. Po drugie: nie będąc jeszcze w żadnym razie głównodowodzącym rebelii, na czele której stanął generał Mola w imieniu generała Sanjurjo (naczelnego dowódcy zbuntowanych, który zginął w katastrofie lotniczej trzy dni wcześniej), Franco zgadza się z nim spotkać w Tetuanie dwudziestego trzeciego lipca, z samego rana. Po trzecie: udaje mu się znaleźć samolot Lufthansy i przekonać pilota Alfreda Henke, żeby zabrał go do Berlina wraz z Adolfem Langenheimem, szefem partii nazistowskiej w protektoracie, i kapitanem lotnictwa Franciskiem Arranzem Monasterio, szefem zbuntowanych sił powietrznych w Maroku. Po skompletowaniu załogi jej członkowie robią sobie zdjęcie na tle maszyny, w której przemierzą pół Europy. Bernhardt pozuje z szerokim uśmiechem i listem w dłoni.

Od tego momentu szczęście, wcześniej nieuchwytne, zawiera z nim bezwstydne przymierze. O piątej wieczorem tego samego dnia, dwudziestego trzeciego lipca, junkers JU-52 startuje z lotniska w Tetuanie, kierując się do Sewilli, gdzie Henke ryzykuje trudne lądowanie, bo pas w Tabladzie nie ma świateł sygnalizacyjnych; silnik samolotu ulega uszkodzeniu. Po naprawie przeprowadzonej na lotnisku kontynuują lot do Marsylii, gdzie mają uzupełnić paliwo. Francuzi żądają zapłaty we frankach; Bernhardtowi i jego towarzyszom nie udaje się wymienić pieniędzy i wygląda na to, że w tym miejscu ich podróż się skończy, lecz ten problem także jakimś cudem rozwiązują i lecą dalej do Stuttgartu, pomimo że Henke z początku odmawia lądowania na terytorium niemieckim w obawie przed konsekwencjami, jakie może wyciągnąć Lufthansa wobec cywilnego pilota, który porzucił swoją bazę bez pozwolenia. Lot ze Stuttgartu do stolicy Niemiec to już bułka z masłem.

Rudolf Hess, najwyżej postawiony człowiek NSDAP w Berlinie podczas nieobecności Hitlera, przyjmuje Bernhardta – który sam mianuje się szefem ekspedycji, pomimo że Langenheim zajmuje w partii wyższe stanowisko – i postanawia mu pomóc. Oferuje przybyszom swoją osobistą awionetkę i dotrzymuje im towarzystwa w drodze do Monachium. Tam czeka na nich samochód, którym dwudziestego piątego lipca wieczorem docierają do Wahnfried, w czasie gdy Adolf Hitler delektuje się muzyką Wagnera, siedząc w loży wraz ze swoją przyjaciółką Winifred.

Gospodyni wydała na cześć gościa małe przyjęcie, ale Führera bardziej interesuje list, który Bernhardt przywiózł mu z Tetuanu. Napisany odręcznie przez samego Franco. Jego treść mieści się na niewielkiej kartce, na której zostało jeszcze miejsce na niemieckie tłumaczenie. Jednak doręczyciel listu nigdy nie przelał go na papier po niemiecku. W kulminacyjnym dla siebie momencie wolał przetłumaczyć a vista słowa Francisca Franco na ojczysty język.

Ekscelencjo,

nasz narodowy ruch wojskowy ma na celu walkę ze skorumpowaną demokracją w Hiszpanii i z destruktywnymi siłami komunizmu, którym przewodniczy Rosja.

Pozwalam sobie zwrócić się do Waszej Ekscelencji za pośrednictwem niniejszego listu. Zostanie on dostarczony przez dwóch Niemców, którzy wraz z nami stali się uczestnikami obecnych tragicznych wydarzeń.

Wszyscy uczciwi Hiszpanie powzięli stanowczą decyzję rozpoczęcia tej wielkiej walki dla dobra Hiszpanii i Europy.

Istnieją poważne trudności z szybkim przerzuceniem na Półwysep wypróbowanych sił wojskowych z Maroka, a to ze względu na brak lojalności ze strony hiszpańskiej Marynarki Wojennej.

Jako naczelny dowódca tych sił zwracam się z prośbą do Waszej Ekscelencji o udostępnienie następujących środków transportu lotniczego:

10 samolotów transportowych o jak największej ładowności.

Poza tym proszę o:

20 pocisków przeciwlotniczych kalibru 20 mm,

6 myśliwców typu Heinkel,

jak najwięcej karabinów maszynowych i karabinów zwykłych z dużą ilością stosownej amunicji.

Ponadto bomby lotnicze różnych rodzajów, do 500 kg.

Ekscelencjo,

Hiszpania zawsze wypełniała swoje dziejowe obowiązki.

Wraz z tym listem Bernhardt wręcza Hitlerowi schemat rozlokowania sił, nakreślony także odręcznie przez Franco. Führer, pod wielkim wrażeniem, chowa oba dokumenty.

Nazajutrz poleca skierować do Hiszpanii nie dziesięć, lecz dwadzieścia samolotów transportowych z pełną załogą i tyle materiału wojennego, ile tylko się w nich zmieści.

W ciągu następnego tygodnia dwadzieścia niemieckich junkersów przewozi z Maroka do Sewilli około piętnastu tysięcy żołnierzy.

Francisco Franco nigdy nie zapomni Johannesowi Bernhardtowi tej przysługi.

MADRYT, 19 LISTOPADA 1936

Prawdziwa rzeź zaczęła się szesnastego. Na Puerta del Sol półtonowa niemiecka bomba zrobiła wyrwę, która ukazała usiane trupami tory metra. Od tamtej pory aż do chwili, gdy szef wysłał mnie do domu, żebym się przespał, bombardowania trwały nieprzerwanie dniem i nocą.

– Nie chcę cię tu widzieć przed wpół do dziewiątej. – Nim zdążyłem zaprotestować, podniósł dłoń do góry. – Idź do domu i połóż się spać. To rozkaz.

O drugiej nad ranem dziewiętnastego listopada 1936 roku miałem za sobą niemal czterdzieści dwie godziny spędzone w szpitalu San Carlos, w ciągu których zdrzemnąłem się zaledwie przez chwilę na kozetce w dyżurce, a także wypiłem całe litry kawy. Świat wokół był piekłem.

Gdy zdejmowałem z siebie mokry, brudny fartuch, zbryzgany krwią wielu pacjentów, straciłem już wszelką rachubę. Nie potrafiłbym określić, ile kończyn amputowałem, ile ran zszyłem, ile razy musiałem wybrać pomiędzy dwoma rozszarpanymi ciałami, darując jednemu z nich życie (dobra, dla tego chyba jeszcze możemy coś zrobić), a drugie skazując na śmierć (tego zostawiamy, nic tu po nas). Pod koniec już nawet nie pamiętałem, by zniżyć głos podczas wydawania wyroku.

Byłem zbyt zmęczony, żeby zdawać sobie z tego sprawę, lecz nie czułem senności. Pozostawałem w stanie jakiegoś niewytłumaczalnego pobudzenia, jak gdyby wytworzyło się we mnie kilka dodatkowych zmysłów, zdolnych zastąpić dotychczasowe, i tym samym skazać mnie na owo chorobliwe czuwanie. Do moich oczu docierał przytłumiony fałszywy blask rozświetlający kontury otaczających mnie kształtów, a słuch w każdym dźwięku wyłapywał głuchy pogłos; moje stopy sunęły po posadzce, jakby unosiły się w powietrzu, jakby brodziły w zbiorniku mętnej wody, pośród gorących oparów. Wszystko toczyło się jakby w spowolnionym, a zarazem szaleńczym tempie, gdy wciąż napływały coraz to nowe porozrywane ciała, bez końca, jedne po drugich; niektórzy świadomi, inni nie, niemal wszyscy płakali, wyli, jęczeli; jednak zdarzali się i tacy, którzy w milczeniu patrzyli wokół szeroko otwartymi oczami. Ci okazywali się najgorsi, bo przeczuwali zbliżającą się śmierć, i było ich niewielu, lecz zbyt wielu, a im mniej, tym więcej; my tak bezużyteczni w ratowaniu ich, że chwilami zapominałem, kim jestem, co tam robię, co się wokół mnie dzieje. Aż w końcu dostrzegałem jakąś możliwość, jakieś ciało niemal kompletne, czyste cięcie, różaniec postrzałów z karabinu maszynowego, dramatycznych, lecz powierzchownych, i wówczas, w jednej chwili, przypominałem sobie wszystko, no już, szybko, tego warto wziąć…

– Mówię poważnie, Guillermo, w tym stanie do niczego mi się nie przydasz. Jeszcze nam tylko brakuje, żebyś tu padł i rozwalił sobie łeb. Więc bardzo proszę, zrób, co ci powiedziałem.

Ostatnim pacjentem tej nocy był trzynasto- lub czternastoletni chłopak, któremu urwało nogi, prawą dokładnie pod kolanem, lewą w połowie uda.

– Dobrze. – Oderwałem wzrok od tych strzępów, by spojrzeć na mojego szefa, i skinąłem głową. – Skończę z nim i idę, obiecuję.

Był bardzo przystojny. Miał mały nos, pełne usta, długie gęste rzęsy, szerokie czoło i kwadratową męską szczękę. Od razu pomyślałem, że dziewczyny z sąsiedztwa traciłyby dla niego głowę, gdyby nie został okaleczony na zawsze celnym trafieniem pilota, który nie potrafiłby nawet wymówić imienia chłopaka. Potem zwróciła moją uwagę karteczka wystająca z kieszonki jego koszuli: kawałek papieru w kratkę wyrwany z notesu, złożony we czworo: w pięciu linijkach, z jednym tylko błędem ortograficznym, zanotowano ołówkiem kanciastym charakterem pisma, jakiego uczą w swoich szkołach zakonnice: „¼ mleka, ½ monki, 6 jajek, 2 kości od szynki i chleb”. Przeczytałem listę zakupów i na powrót włożyłem ją do kieszonki, a kiedy zaszywałem mu kikuty, myślałem wciąż o tej matce, która przez resztę życia będzie się zadręczać, że wysłała syna po sprawunki akurat tego dnia, akurat o tej godzinie. O ile nie zginęła w tym samym bombardowaniu.

Przez tyle godzin wdychałem zatęchłą, gorącą atmosferę szpitala, że pierwszy haust powietrza na ulicy okazał się niemal bolesny, choć zarazem dobrze mi zrobił. Było bardzo zimno, tej nocy znów zapowiadał się przymrozek; portier podsunął mi papierosa, którego przyjąłem. Nie spieszyło mi się, także dlatego, że jeszcze nie wiedziałem, jak dotrę do domu.

– Taksówką. – Bernabé jak zwykle doskonale się orientował w sytuacji i wraz z tym rozwiązaniem przekazał mi także pobieżny raport na temat zmian, jakie zaszły w świecie zewnętrznym podczas mojego zamknięcia w szpitalu. – Pierwszą, jaka przyjedzie, niech się pan nie martwi. Ratusz je przysyła, bo karetki nie nadążają, nie wspominając już o karawanach. Cały dzień jeżdżą w tę i z powrotem, przywożąc chorych, zabierając trupy. Na cmentarzu zaczęto kopać zbiorowe mogiły, słyszał pan? Nie mogą już chować jak należy, za dużo zmarłych…

Mówiąc to, zrobił kilka kroków przed siebie i podniósł rękę, by zatrzymać nadjeżdżającą taksówkę, która faktycznie kierowała się do szpitalnej kostnicy. Przekonał kierowcę, że odwiezienie mnie na ulicę Hermosilla to dużo pilniejsze zadanie. Tamten zgodził się bez protestów i nie chciał policzyć mi za kurs.

– Proszę zapamiętać moją twarz – powiedział tylko z uśmiechem – i jeśli jutro zobaczy mnie pan na noszach, niech się pan mną porządnie zajmie.

– Miejmy nadzieję, że nie będzie to konieczne. Dziękuję bardzo.

Ulica była opustoszała, wyglądała jak w każdy jesienny czwartek o świcie, z tą różnicą, że w oddali rozlegały się wybuchy bomb, które rozświetlały niebo nad innymi częściami miasta. W listopadzie 1936 roku nie wiedzieliśmy jeszcze, że piloci Legionu Condor dostali instrukcję, by nie bombardować dzielnicy Salamanca. Mieszkały w niej najlepsze rodziny w mieście, nie licząc kilku napływowych, jak familia mojego dziadka Guillerma, wielce szanowanego komisarza policji, który mógł kupić ładne mieszkanie w tej okolicy dzięki tajnym dochodom ze swojego potrójnego życia.

„Mam taką szparkę tutaj, tutaj, o tu, przemawia do mnie nocami, wyrywa mnie ze snu…” Żaden sąsiad z ulicy Hermosilla 49 nigdy w życiu by się nie domyślił, że ten kuplet i kilka innych, jeszcze bardziej pikantnych, to dzieła don Guillerma Mediny, policjanta z zawodu, a po pracy dramaturga z zamiłowania, który co sezon miał wielką przyjemność zaprosić ich na premierę podniosłego historycznego dramatu, wierszem lub prozą, firmowanego jego własnym imieniem i nazwiskiem. „A co mówi? Ej, dziewczyno, okaż serce, połóż kres mojej udręce…” Lecz owe tak poważne utwory stanowiły bardzo nieznaczny procent dochodów dziadka w porównaniu z tym, co zarabiał za podpisywane pseudonimem wodewile, libretta frywolnych rewii i, przede wszystkim, teksty kupletów jak ten, który zdobył wielką popularność: „Przyjdź mej szparce na ratunek, ugaś wreszcie ten frasunek…”.

Owa tajna produkcja literacka, jakością znacznie przewyższająca jego utwory dramatyczne, której pisanie dostarczało mu zresztą dużo więcej rozrywki, nawet jeśli targały nim z tego powodu wyrzuty sumienia, pozwoliła mu zapewnić dobrobyt rodzinie, kupić domek w Zarauz, opłacić moje studia medyczne i nabyć mieszkanie na reprezentacyjnej kondygnacji w prawym skrzydle kamienicy, która owej nocy wydawała się tak spokojna, jakby wzięta z jakiejś innej rzeczywistości, z dala od mojego miasta. Złudzenie to nader szybko się rozwiało.

– Paniczu Guillermo! Paniczu Guillermo!

Nie zdążyłem nawet zdjąć butów. Wieszałem dopiero płaszcz, kiedy usłyszałem stłumiony, nieśmiały odgłos pukania do drzwi i urywany, niepokojący szept, niemal płacz.

– Paniczu Guillermo, na rany Boga, proszę otworzyć!

Nawet kiedy rozpoznałem ten głos, nie mogłem uwierzyć, że słyszę go naprawdę owej nocy, o wpół do trzeciej nad ranem, ale byłem tak zmęczony, że niewiele myśląc, otworzyłem drzwi i przekonałem się, że trafnie odgadłem. Mieszkanie naprzeciwko stało puste, od kiedy jego właściciel, z wprost cudownym wyczuciem, wyjechał na wakacje, akurat na trzy dni przed puczem, który doprowadził do wybuchu wojny. Nie przychodził mi do głowy żaden powód, dla którego jego służąca miałaby teraz stać przede mną roztrzęsiona, z twarzą zalaną łzami; ale tak właśnie było.

– Co się stało, Experto?

Zamiast odpowiedzi rzuciła mi się w ramiona i znów wybuchła płaczem tak spazmatycznym, że szloch uniemożliwił jej wyduszenie z siebie choćby słowa. Zatrzasnąłem nogą drzwi, posadziłem ją w jednym z foteli w przedpokoju, wziąłem jej twarz w dłonie, jednak mimo próśb nie zdołałem wydobyć z niej ani słowa. Poszedłem do kuchni po szklankę wody i zmusiłem ją, by wypiła, ale i tak w niczym nie poprawiło to sytuacji.

– Ach, paniczu Guillermo! Ach, proszę panicza! – Chwyciła mnie za ramiona, jak gdyby musiała się na nich wesprzeć, by wstać, a potem nie chciała mnie puścić. – Niech mi panicz pomoże, na miłość boską, paniczu Guillermo, proszę pójść ze mną…

– Experto, nie spałem od dwóch dni… – Ale ona już ciągnęła mnie za sobą do drzwi. – Jutro…

– Nie, to nie może być jutro, to nie może być jutro, proszę, niech panicz ze mną pójdzie, błagam na to, co panicz kocha najbardziej…

Póki śmierć nie odebrała mu szansy ostatniego rewanżu, mój dziadek grywał co niedziela po południu w szachy z don Fermínem, na zmianę raz u nas, raz u niego, zmieniając miejsca konfrontacji, podobnie jak czynią to drużyny piłkarskie. Jak to zwykle bywa z wiecznymi rywalami, ich poziom był bardzo wyrównany, choć na ogół don Guillermo wygrywał sześć partii na dziesięć. Pewnie poprawiłbym wynik dziadka, bo dotrzymywanie mu towarzystwa podczas tych starć na terytorium przeciwnika polubiłem dużo wcześniej, nim wpadło mu do głowy pokazać mi, jak poruszają się poszczególne figury. Ich służąca nie gotowała tak dobrze jak nasza i niemal zawsze przypalała picatostes2, za to towarzystwo małej Amparo rekompensowało mi niedostatki kulinarnego kunsztu Experty. Dziewczynka, podobnie jak ja, mieszkała ze swoimi dziadkami, chociaż nie była sierotą. Jej ojciec, inżynier, pracował dla niemieckiej firmy wydobywczej eksplorującej złoża mineralne w prowincji Huelva, a jego żona, która wraz z nim zajmowała dom wybudowany tuż obok kopalni, o całe kilometry od najbliższego miasteczka, odstawiała swoje dzieci do Madrytu w miarę jak osiągały wiek szkolny. Amparo, najmłodsza, była jedyną osobą w moim wieku, z którą mogłem się spotykać w dniach wolnych od szkoły. Przyzwyczaiłem się już do samotnej zabawy, ale wolałem bawić się z nią.

W tamtym czasie doskonale się rozumieliśmy i co tydzień wymyślaliśmy sobie nowe zajęcia, chociaż nieodmiennie najbardziej lubiliśmy zabawę w chowanego: zamykaliśmy się w szafie na ubrania, w spiżarce, za koszami w prasowalni i siedzieliśmy tam cichutko, trzymając się za ręce, szepcząc do siebie, póki nie usłyszeliśmy wołania dorosłych szukających nas po całym domu. Na ulubioną kryjówkę upatrzyliśmy sobie dolną część olbrzymiej drewnianej biblioteki, która zajmowała w całości jedną ze ścian w gabinecie don Fermína. Ten robiony na wymiar mebel miał podstawę wysoką niemal na metr i na tyleż głęboką. Jej wnętrze było puste, bo zabrakło książek nawet na wypełnienie górnych półek, które sięgały aż do sufitu, niczym stopnie jakiejś azteckiej piramidy. Kiedy uwagę naszych dziadków zaprzątała szachownica, pełzaliśmy oboje po podłodze i bardzo powoli otwieraliśmy środkowe drzwiczki, dbając, by nie zgrzytnęły zawiasy, potem zamykaliśmy je równie ostrożnie i rozsiadaliśmy się w środku w pełnym napięcia oczekiwaniu.

Zaletą tamtej zabawy wymyślonej, jak niemal wszystkie, przez Amparo było to, że łączyła w sobie emocje i spokój – wynalazek zdolny zatrzymać czas, który przestawał płynąć, gdy siedzieliśmy ściśnięci w drewnianej komorze, gdzie poznałem coś jeszcze wspanialszego. Zapach wosku mieszał się z wonią rumianku, w którym myła włosy; ten aromat przesycał nieprzeniknioną ciemność, nadając jej niejednoznaczną, świetlistą naturę, a my oddychaliśmy jednym rytmem, dzieląc dużo dziwniejsze wspólnictwo, bardzo ryzykowne, jeśli zważyć na prowizoryczność granicy, która oddzielała nas od całej reszty. Mój dziadek, jej dziadek, Experta, podwieczorek, balkony zwieszające się nad ulicą z tłumem nieznajomych, wszystko to znajdowało się po drugiej stronie zwykłych drewnianych drzwiczek i dopóki ktoś ich nie otworzył, było tak, jakby rzeczywistość zniknęła; izolowały nas od całej reszty, zostawiając mnie sam na sam z ciałem Amparo i moim własnym. Mieliśmy tylko nasze splecione ręce, palce zaciśnięte, jakby próbowały stopić się w jedno, kiedy ktoś nieprzynależący do owego świata, poza którym nie istniał żaden inny, wymawiał na głos nasze imiona. W tamtej wnęce w bibliotece w gabinecie don Fermína, z Amparo, dzięki Amparo, odkryłem naturę intymności. Potem wszystko nagle się urwało.

Była ode mnie rok młodsza, ale dużo bardziej rozbudzona. Udowodniła mi to raz na zawsze pewnej niedzieli jesienią 1927 roku, niedługo przed moimi czternastymi urodzinami. Ona dopiero co skończyła dwanaście lat. Znajdowaliśmy się u mnie w domu, w gabinecie od podłogi po sufit zawalonym książkami. W tamtym czasie oboje umieliśmy już grać w szachy i czasem nawet zasiadaliśmy do szachownicy, choć ona nie bardzo to lubiła, bo zawsze przegrywała, mimo że wciąż zastawiała na mnie jakieś pułapki. Prosiła na przykład, żebym jej coś przyniósł z kuchni, herbatniki, szklankę wody, kostkę czekolady, a w międzyczasie przestawiała moją królową albo chowała mi wieżę. Po powrocie odzyskiwałem figurę, którą wzięła, lub odstawiałem królową na miejsce, na co ona protestowała z oburzeniem, nazywała mnie oszustem i przewracała swojego króla, żeby przerwać partię.

Tamtego wieczoru uparła się, żebyśmy obejrzeli rozgrywkę naszych dziadków. Siedliśmy naprzeciw siebie, niczym para giermków, każde z nas obok swojego zawodnika. Akurat w chwili, gdy mój po raz pierwszy miał zaszachować, nasze spojrzenia się spotkały, a ona oparła się na krześle, rozsunęła nogi i pokazała mi majtki. Była to kolejna gra, ale ja nie znałem jej reguł i zinterpretowałem widok owego niepokalanego trójkąta białej bawełny jako atak. Przez mgnienie oka wstyd, który rozpalił mi policzki, kontrastował z przerażeniem, które pozbawiło koloru twarz Amparo, ale trwało to ledwie chwilę. Nie mogłem poświęcić jej na rozszyfrowanie tej bladości, gdyż musiałem natychmiast wstać z krzesła i pobiec do mojego pokoju. Potem, leżąc na wznak na łóżku, rozebrałem na czynniki pierwsze tę scenę, zrozumiałem ją jedynie po części i wstyd innego rodzaju, zażenowanie żółtodzioba niezgrabiasza, ignoranta, który właśnie wystawił się na przeraźliwe pośmiewisko, męczył mnie przez następny tydzień. Kolejnej niedzieli nie poszedłem z dziadkiem do don Fermína. Później zmarła babcia Amparo i partyjki szachów zostały na jakiś czas zawieszone, a gdy je wznowiono, to już beze mnie. Od tamtej pory aż do świtu dziewiętnastego listopada 1936 roku nie przestąpiłem więcej progu owego mieszkania.

Mimo to nadal wszystko pamiętałem, z całą dokładnością, dlatego kiedy wszedłem za Expertą do gabinetu, byłem pewien, że nigdy nie widziałem kłódki na tych drzwiach. Mógłbym przysiąc, że biblioteka zawsze stała przysunięta do ściany – która, bielsza niż inne, wyglądała na świeżo pomalowaną – a nie za biurkiem w gabinecie, gdzie blokowała dostęp do głównej sypialni. Jednak Experta nie zadała sobie trudu, by mi teraz wyjaśniać te zmiany. Równie ostrożnie jak ja w dzieciństwie otworzyła środkowe drzwiczki w podstawie biblioteki, uklękła, weszła na czworakach do naszej dawnej kryjówki i zastukała do kolejnych drzwi, tych do sypialni, które faktycznie znajdowały się za meblem. Ktoś otworzył je z tamtej strony, a ona przeszła przez otwór. Gdy znikła mi na dobre z oczu, usłyszałem jej głos:

– Tędy, paniczu Guillermo, tylko proszę uważać, żeby się panicz nie uderzył.

Wcisnąłem się w otwór. Zaskoczyły mnie rozmiary mojego ciała, trudność, z jaką poruszałem się w tym tunelu, w którym niegdyś było mi całkiem wygodnie. Nim znalazłem się w sypialni don Fermína, poczułem zapach trupa i ten zawsze naglący odór, którego o świcie dziewiętnastego listopada 1936 roku nie mogłem pomylić z żadnym innym, skazał moje dziecięce wspomnienia na wygnanie na odległe rubieże zapomnienia.

Wychyliłem głowę i ujrzałem Expertę z wyciągniętymi ku mnie ramionami, jak dawniej, kiedy wywlekała nas z owego mebla, jakby wydobywała ściśnięte w beczce śledzie. Tym razem jednak podniosłem się sam, a nos natychmiast kazał mi obrócić głowę w lewo. Tam, na dostojnym małżeńskim łożu z litego drewna, spoczywał don Fermín Martínez, z zamkniętymi oczami, dłońmi splecionymi na piersi i różańcem w zesztywniałych palcach. Opuszki miał niemal tak ciemnosine jak frak służby dyplomatycznej, w który ubrano go po śmierci. Wzdłuż prawej nogi, chyba po to, by dopełnić wrażenia absurdalnej ekstrawagancji emanującej z jego postaci, leżała szabla. Z drugiej strony niebieski bikorn wykończony białymi piórami wartował na wysokości talii. Ale cóż to ma być? zadałem sam sobie pytanie, widząc go w tym pokoju zamkniętym na cztery spusty, wdychając trujące powietrze przesycone odorem rozkładu.

Moje pytanie można było zrozumieć na różne sposoby. Któregoś dnia w lipcu, idąc rano do szpitala, spotkałem w bramie Expertę. Niosła kosz pełen szmat, ścierek i środków czystości, który wyglądał na bardzo ciężki. Zaproponowałem, że pomogę jej to wnieść na górę, ale odrzuciła moją ofertę. Odstawiła kosz na ziemię i wyjaśniła mi dużo bardziej szczegółowo, niż było trzeba, że don Fermín wyjechał do San Rafael, bo jego siostra miała tam dom, że chyba nie musi mi tłumaczyć, jak dobrze mu robi górskie powietrze, i że, cóż za zbieg okoliczności, jaki pech, front zatrzymał się akurat w San Rafael, tak więc don Fermín wylądował w innej strefie i choć nic o nim nie wiadomo, postanowiła posprzątać nieco dom i właśnie dlatego… Co to wszystko ma, do cholery, znaczyć? ponownie zadałem sobie pytanie, ale ponieważ odpowiedź przestała już być pilna, podchodząc do łóżka, przeszedłem do kwestii bardziej praktycznych.

– Otwórz balkon, Experta.

– Nie, bo…

– Natychmiast otwórz balkon. – Wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę i przyłożyłem ją sobie do ust, nim zabrałem się za badanie zwłok. – Możesz zgasić światło, jeśli chcesz, ale otwórz balkon, bo i ty umrzesz. Trzeba tu jak najszybciej przewietrzyć…

Choć pozostawiła trzy czwarte żaluzji spuszczone, lodowate powietrze znalazło ujście przez otwór w bibliotece i wdarło się do pokoju niczym błogosławieństwo. Experta wyłączyła żyrandol, by z ulicy nie było widać światła, ale lampka nocna zawieszona w głowach łóżka wystarczyła mi do stwierdzenia, że mój sąsiad nie żyje co najmniej od doby.

– Kiedy zmarł? – zapytałem mimo wszystko i dopiero usłyszawszy nieoczekiwany głos, uświadomiłem sobie, że przecież ktoś musiał otworzyć nam wcześniej drzwi od środka.

– Wczoraj rano. – Tym kimś była Amparo.

Pod przeciwległą ścianą stał fotel uszak. Patrzyła na mnie stamtąd kobieta ubrana w męską piżamę; przerzuciwszy prawą nogę przez poręcz mebla, nie tyle siedziała, co wpółleżała na nim, powykręcana. W gęstym półmroku sypialni arogancka panienka, w jaką przeistoczyła się moja dawna towarzyszka zabaw, bardziej niż siebie samą przypominała raczej zepsutą marionetkę, porzuconą przez znudzone zabawą dziecko. Szybko się wyprostowała, jakby ona również to sobie uświadomiła.

– Wczoraj, czyli we wtorek osiemnastego?

Wstała powoli, zacisnęła powieki i potarła czoło dłonią, nim do mnie podeszła.

– Wczoraj… – Skąpe światło lampki przydało żółtawej bladości jej twarzy wyglądu niemal widmowego. – Nie, czekaj, bo już…

– Dziś jest środa – pomogłem jej, szacując, że musiały minąć ze cztery miesiące, od kiedy ostatnio wychodziła z mieszkania. – Mamy dziewiętnasty listopada.

– No tak, uch… wobec tego w poniedziałek… W poniedziałek rano.

Nie zamieniliśmy ze sobą tylu słów, od kiedy pewnego wieczoru w październiku 1933 roku zastałem ją w naszym salonie. Nie była sama. Pośród przybyłych z nią kobiet rozpoznałem jej siostrę Asun, z czego wywnioskowałem, że dwie panie siedzące po bokach mojej babci muszą być jej koleżankami. Nie miałem najmniejszego zamiaru brać udziału w spotkaniu, które wyglądało na sąsiedzką kawkę, ale nim wymyśliłem zgrabny sposób, by się przywitać i ulotnić, słowa jednej z owych nieznajomych uruchomiły tajemniczy mechanizm, który od czasu do czasu rozpalał mi gdzieś pomiędzy oczami oślepiające, bezlitośnie białe światło.

Znałem doskonale ten objaw, zapowiedź furii, która za chwilę miała mną zawładnąć, wyzwalając kolejne, jeszcze dziwniejsze zjawisko. Zawsze byłem spokojnym człowiekiem. Jako chłopca cechowała mnie ostrożność, a według reguł szkolnego podwórka mogłem wręcz uchodzić za strachliwego. Wychowałem się wśród dorosłych, przy chorej matce i dwojgu starszych ludzi. Bójek nie lubiłem z powodów, które bardziej pasowałyby do mojego dziadka niż ucznia. Byłem bardzo chudy, nosiłem okulary i biegałem szybciej niż większość moich kolegów, dlatego nie obrażałem się łatwo i bez większych problemów unikałem prowokacji. Aż do czasu gdy największy klasowy zabijaka zwrócił na mnie uwagę. Nazywał się Miguel Salcedo; nie odezwał się do mnie słowem od pierwszego dnia w szkole. Tamtego ranka mój dziadek przystanął, żeby przywitać się z jego ojcem, i weszliśmy razem do klasy pierwszaków, ale musieliśmy skończyć dwanaście lat, nim ponownie zwróciliśmy na siebie uwagę.

Stałem samotnie, jak niemal zawsze, przyglądając się chłopakom grającym w piłkę, kiedy poczułem, że w sam środek pleców uderzył mnie kamyczek. Był na tyle mały, że nie zrobił mi krzywdy, ale kiedy kolejny trafił mnie w łydkę, zrozumiałem, że to nie przypadek. Nim zdążyłem podjąć ucieczkę, trzeci kamyk wylądował na moim karku, a na czole pomiędzy oczami zapłonął mi nieznany biały blask. Poczułem, że cały się trzęsę. Ale to nie była prawda, bo nim zdjąłem okulary, spojrzałem na swoje dłonie: były spokojne, tak pewne, że dalej na nie patrzyłem, obserwowałem palce, które złożyły okulary i ulokowały je ostrożnie na ziemi. Potem przekonałem się, że wszystko to odbyło się w normalnym tempie, mimo że owo białe światło zdawało się naznaczać otaczającą mnie rzeczywistość jakimś szczególnym spowolnieniem. Było lodowate. W ostatniej chwili, kiedy jeszcze mogłem myśleć, przemknęło mi przez głowę, że to uczucie jest tak zimne jak kropla lodowatej wody przenikająca do szpiku kości. Jednak niemal natychmiast potem zalała mnie fala gorąca. Nie wiedząc do końca, co właściwie zamierzam zrobić ani dlaczego, przeciąłem pędem dziedziniec, uderzyłem w Salceda z byka i powaliłem go na ziemię. Kiedy nas rozdzielono, Miguel miał krew na dolnej wardze, ja wyszedłem ze starcia bez uszczerbku. W gabinecie dyrektora mój przeciwnik miał odwagę przyznać, że to on zaczął. Mimo wszystko i tak ukarano nas obu tak samo. To był początek naszej przyjaźni. Miguel Salcedo zainicjował swego rodzaju tradycję. Od tamtej pory moi najlepsi przyjaciele zawsze byli niżsi i silniejsi ode mnie. Wszyscy dużo lepiej radzili sobie w bójkach, a jednak żaden z nich nie przejawiał nawet połowy tej dzikiej wściekłości, która brała mnie we władanie, ilekroć płonęło mi między oczami białe światło.

– Ależ oczywiście, że tak, Auroro, oczywiście, że na szlachetny cel. Niech pani tylko pomyśli, zakupimy materace dla ludzi będących w tak wielkiej potrzebie…

Początkowo sądziłem, że gwałtowną reakcję wywołało uderzenie trzeciego kamyczka, który trafił mnie w głowę, ale zaraz odkryłem, że fizyczny uraz nie był tu wcale decydujący. Tamtego popołudnia ledwie kilka słów wystarczyło, by rozniecić płomień.

– Bo oni mieszają im w głowach, a co pani myśli? Że te biedne kobiety, które wypruwają sobie żyły, by ich dzieci wyszły na ludzi, nie są dobrymi chrześcijankami? No ale, oczywiście, ich mężowie, obiboki, całymi dniami przesiadują w barach i wysłuchują tych okropieństw…

W październiku 1933 roku nauczyłem się już panować nad moimi napadami wściekłości. Samokontrola nie zmniejszała siły ani intensywności gniewu, ale dzięki niej nie musiał zawsze prowadzić do rękoczynów. Nim wszedłem do salonu, policzyłem powoli od jednego do pięciu, a potem celowo spowolniłem i przesadnie wydłużałem kroki, by od sześciu do dziesięciu przejść przez pokój. To zachowanie zaalarmowało jedyną osobę, która zrozumiała, co się święci. Reszta towarzystwa powitała mnie uśmiechem.

– Materace posłużą nam, by do nich dotrzeć, by przemówić im do rozumu i…

– I kupić ich głosy. – Na te słowa babcia zasłoniła sobie twarz rękami, a pozostałe kobiety spojrzały na mnie, jakbym przemówił w jakimś obcym języku. – Dzięki temu będą mogli wybrać pomiędzy głosowaniem na CEDA3, która przyniesie im jeszcze większą nędzę, lub dalszym spaniem na ziemi.

Byłem spokojnym człowiekiem i nauczyłem się robić takie właśnie wrażenie, w czasie gdy chłód i gorąco walczyły w moim wnętrzu na śmierć i życie. Zapewne właśnie dlatego Amparo zwróciła się do mnie z całą naturalnością, miłym tonem, niczego nie podejrzewając.

– Ale czemu tak mówisz, Guillermo? Aż trudno uwierzyć! Jakbyśmy nie znali się od dawna… Jesteś bardzo niesprawiedliwy. Komuniści się nie hamują, idą na całość. Może nie? A my… To akcja charytatywna.

– Doprawdy? – Podszedłem do niej tak blisko, że wstała, by znaleźć się naprzeciw mnie. – A mnie się wydaje, że to raczej jedno wielkie draństwo, i dlatego zagłosuję na pierwszą partię, która raz na zawsze skończy z waszą dobroczynnością. – Odwróciłem się do niej tyłem, by zaapelować do jedynej osoby, która mogła zakończyć to zebranie. – Na co czekasz, babciu? Aż dziadek wstanie z grobu, by nas przekląć?

Tamtego wieczoru przepraszałem ją na wszelkie możliwe sposoby. Przyrzekłem, że nigdy więcej nie zrobię czegoś podobnego, i dotrzymałem obietnicy; jednak wcześniej, widząc, że moje słowa zawstydziły ją za bardzo, by zdobyła się na wyrzucenie gości, wziąłem na siebie rolę pana domu wobec jedynej przyjaciółki, jaką miałem w dzieciństwie.

– Wynocha stąd. Zapukałyście do niewłaściwych drzwi, a ty, Amparo, doskonale o tym wiedziałaś. Bo masz rację, znamy się od dawna, trudno zaprzeczyć.

Od tamtego dnia przestaliśmy się sobie kłaniać na schodach. Potem ona się zradykalizowała. Ja również, jednak nie miałem okazji ocenić w pełni naszej metamorfozy, aż do pewnego wieczoru pod koniec 1935 roku, kiedy to wpadliśmy na siebie na półpiętrze. Amparo wychodziła z mieszkania swoich dziadków, a ja wracałem z miasta. Na dworze było bardzo zimno, ale rozpięła płaszcz, żebym mógł zobaczyć, jak pięknie jest przebrana, mimo że karnawał dopiero za dwa miesiące.

– ¡Arriba España!4 – zawołała, wznosząc prawe ramię.

Miała na sobie niebieską koszulę z haftowanymi na czerwono strzałami i jarzmem5, szarą dopasowaną spódnicę, która świetnie na niej leżała, i czarne pantofle na bardzo wysokim obcasie. Wyglądała tak szykownie, że każdego innego dnia powiedziałbym jej jakiś komplement. Każdego innego, ale nie tego.

– Pocałuj się w dupę, Amparito.

Słysząc to, prychnęła i zacisnęła pasek płaszcza, jakby chciała pozbawić się oddechu. Odpowiedziała mi dopiero trzy stopnie niżej.

– Kto by to pomyślał! – Nawet na mnie nie spojrzała. – Ale cham się z ciebie zrobił, Guillermo.

Popatrzyłem na nią z góry, ciesząc wzrok kołysaniem, które te szczudła wymuszały na jej biodrach. Z tego wszystkiego potknęła się i musiała chwycić poręcz obiema rękami, by zachować równowagę, czym dostarczyła mi jeszcze ciekawszego widoku. Spoglądając na nią, pożałowałem w duchu, że nie pokazuje mi już majtek; a potem sam zawstydziłem się wulgarnością tej myśli, która właśnie przemknęła mi przez głowę.

Niemal rok później, gdy oboje wdychaliśmy fetor zwłok jej dziadka, przygarnąłem ją, a ona schroniła się w moich ramionach, jakby nie wydarzyło się nic szczególnego od czasów, kiedy ukrywaliśmy się w pustym wnętrzu biblioteki.

– Bardzo mi przykro, Amparo. – Wtuliła się we mnie jeszcze mocniej, bo wiedziała, że mówię szczerze.

Nasi dziadkowie całymi dziesięcioleciami utrzymywali głęboką i niezrozumiałą dla nas przyjaźń. Pomijając szachy, nie mieli ze sobą nic wspólnego, a jednak mimo różnic politycznych, religijnych i etycznych, które wyznaczały im miejsce we wrogich obozach, pielęgnowali jakieś sekretne, niemal tajemne powinowactwo, którego natury zapewne nawet oni sami nie umieliby wyjaśnić. Obaj byli, każdy na swój sposób, bardzo sympatycznymi ludźmi, ciekawymi świata, wielkimi miłośnikami spokojnych rozmów i zażartych dyskusji. Zawsze lubiłem don Fermína, więc było mi przykro nie tylko dlatego, że umarł. Zabolało mnie również, że jego śmierć poprzedziła tak paskudna agonia: przytłaczająca atmosfera zamknięcia w ponurym, dusznym pokoju, samotność, którą dzielił jedynie z wnuczką, ciche i utajone cierpienie. Mój żal, choć szczery, szybko się skończył. Syreny zapowiadające w oddali kolejne bombardowanie gwałtownie przywróciły mnie do rzeczywistości, w której nie było ani chwili na wspomnienia, a tym bardziej na lamenty.

– Dobrze – powiedziałem na głos, delikatnie odsuwając od siebie Amparo. – Teraz wszyscy troje wyjdziemy z tego pomieszczenia. Usiądziemy w gabinecie i opowiecie mi spokojnie, co się tutaj stało. Muszę to wiedzieć.

Wersja, którą przedstawiłem kilka godzin później w szpitalu, nie była zbyt wierna faktom, za to okazała się dużo wygodniejsza.

– Widzę, że niespecjalnie sobie pospałeś – zrugał mnie szef na powitanie.

– To prawda, ale wczoraj w nocy coś mi się przytrafiło… – Urwałem, żeby unieść okulary i pomasować sobie nos. Przywołałem w myślach początek przemowy, którą ćwiczyłem, aż wreszcie nauczyłem się jej niemal na pamięć. – Przyszedłem do domu, a tam czekała na mnie moja pierwsza narzeczona, dziewczyna z sąsiedztwa. Jej dziadek zmarł dwa dni wcześniej, z tego, co zrozumiałem, na zawał. Była w rozpaczy, bo w zakładzie pogrzebowym powiedziano jej, że nie mogą się tym zająć. Kostnica pęka w szwach i nie nadążają. – Mój szef pokiwał głową, nie opowiadałem mu niczego nowego. Reszta poszła już łatwiej, bo była prawdą: – Mieszkała z nim sama, jej rodzice wyjechali z miasta przed zamachem. Sądzi, że w Madrycie jest grobowiec należący do rodziny, ale nie znalazła dokumentów. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, w południe, podczas przerwy obiadowej, zamierzam go pochować w grobie mojego dziadka. Wypisałem już akt zgonu, w kostnicy dostałem druk potrzebny na cmentarzu, a Bernabé obiecał załatwić mi taksówkarza.

– Ktoś ci pomoże przy kopaniu? – Skinąłem głową, a on machnął ręką, by dać mi do zrozumienia, że cała reszta to formalność. – No dobra, Guillermo, załatw to w swoim czasie, ale teraz bierz się już do roboty, bo tu jest dużo gorzej niż w zakładach pogrzebowych.

To nie ulegało wątpliwości: gdy tak ciąłem, szyłem i kauteryzowałem na akord, ledwo miałem czas powrócić myślami do mojego planu. Nie pamiętałem nawet, że Amparo swoim zachowaniem zmusiła mnie do policzenia do dziesięciu tyle razy z rzędu, że gdyby nie wzgląd na Expertę, zostawiłbym ją samą sobie wraz ze zwłokami don Fermína, choćby na środku ulicy.

– A ksiądz?

Wcześniej na zmianę to wybuchała płaczem, to wpadała w złość, protestując kolejno przeciwko pochowaniu dziadka bez odznaczeń, bez szabli, bez kapelusza i bez trumny. Wraz z Expertą zawinęliśmy nieboszczyka w białe prześcieradło i przenieśliśmy go do przedpokoju mojego mieszkania. Amparo przyglądała się temu, siedząc na podłodze i odgrażając się, że nigdy w życiu mi tego nie wybaczy. Wyglądała na wyczerpaną bez reszty napadami wściekłości i szlochem, ale kiedy usłyszała, że umawiam się z Expertą na cmentarzu o wpół do trzeciej, nagle poderwała się z podłogi i złapała mnie za płaszcz z taką siłą, jakby zjadła na śniadanie sadzone jajka na boczku, a wcześniej przespała przynajmniej dziewięć godzin.

– Niby jak go pochowamy bez księdza?

– Księdzem to już musisz się sama zająć. – Było dziesięć po ósmej rano, tej nocy spałem jedynie cztery godziny i miałem jej powyżej dziurek w nosie. – Zobaczymy, czy go znajdziesz…

– Nie pochowam go bez księdza, a poza tym nie zostanę tu z dziadkiem. – Wydęła usta w podkówkę, wskazując na zwłoki. – Ani z tym. – Jej palec wskazujący opadł, mierząc w torbę podróżną, której ani na chwilę nie spuszczała z oczu. Wściekłość raz jeszcze wyparła płacz. – Bardzom ciekawa, jakich ty możesz mieć znajomych i kto w ogóle przyjdzie, i… Tak się tego nie załatwia, Guillermo.

– Ach, nie? – W tym momencie przestałem odliczać, obróciłem się ku niej i mało brakowało, a wymierzyłbym jej policzek.

– Niech panicz ją zostawi. – Experta złapała mnie za ramię obiema rękami, nim zdążyłem to zrobić. – Proszę jej wybaczyć, paniczu Guillermo, już ja z nią pogadam, jest okropnie zdenerwowana, nie wie, co mówi.

W tym mieście trwa wojna. Twoi przyjaciele naziści dniem i nocą bombardują domy, ulice, szkoły, rynki. Nie wiemy, co robić z rannymi, jesteśmy zawaleni trupami, a ja, choć bardzo mnie potrzebują w szpitalu, tracę tu z tobą czas, podpisuję akt zgonu na fałszywe nazwisko, by nie wystawiać cię na ryzyko, zamierzam własnoręcznie pochować twojego dziadka, nie zdradzając nikomu prawdy. Która wygląda tak, że pod koniec maja don Fermín jak szalony zaczął skupywać złoto, bo wiedział, że latem zbuntuje się kilku generałów. Tymczasem ten kretyn, twój wujek Ernesto, przekonał go, że nie ma sensu wyjeżdżać z Madrytu, bo pucz się powiedzie. Dwudziestego pierwszego lipca, kiedy przewrót zakończył się porażką, przysłał kogoś do was z poleceniem, byście nie wychodzili z domu i czekali tam, aż po was przyjdą. Ale nikt nigdy nie przyszedł, a jedyny kontakt ze światem, jaki mieliście od tamtej pory, zapewniała pewna biedna kobieta, która co dwa lub trzy dni przyjeżdżała z Vallecas o brzasku, żeby nie zobaczyli jej dozorca ani sąsiedzi. Wszystko to przemilczałem, nie wiedząc nawet, dlaczego to robię. Nie mam pojęcia, dlaczego ci pomagam, skoro jesteś z wrogiego obozu, Amparo…

– Przecież wiem, oczywiście. – Experta chyba czytała w moich myślach, bo chwyciła mnie za dłonie, ścisnęła je mocno i skierowała na mnie wilgotne błagalne spojrzenie. – Panicz jest dobry, bardzo dobry, z całego serca dziękujemy za wszystko, co panicz dla nas robi, naprawdę, ale panienka ma charakterek… Proszę jej wybaczyć, paniczu Guillermo, proszę, niech jej panicz wybaczy…

Skinąłem głową i wyszedłem. Kiedy jechałem do szpitala – tą samą taksówką, którą znalazł mi Bernabé poprzedniej nocy – pocieszałem się tylko jedną myślą. Godzina, mówiłem sobie, góra dwie. Dwie godziny i żegnaj na zawsze.

– Proszę tędy, niech pan wejdzie. – Powtarzałem to sobie w duchu, gdy taksówkarz marszczył nos, wchodząc do przedpokoju. – Weźmiemy go we dwóch i zjedziemy z nim na dół windą, załatwimy to szybko…

– Guillermo! – Amparo zawołała mnie, wychylając się zza zakrętu korytarza z czarującym uśmiechem na ustach. – Mogę cię tu na chwilę prosić?

– Poczekaj. – Raz, dwa, trzy, cztery, pięć. – Zaraz wracam. – Sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć.

Ruszyłem w jej kierunku, a ona cofnęła się o kilka kroków, jak gdyby chciała się ze mną bawić w chowanego. Ale jej zachowanie zaskoczyło mnie znacznie mniej niż słowa, wysyczane w pośpiechu urywanym z wściekłości szeptem.

– Sejf, Guillermo, sejf…

– Co?

– Sejf. Nie macie? – Mieliśmy, ale nawet nie zadałem sobie trudu, by jej odpowiedzieć. – Podaj mi kombinację, szybko, tylko żeby nie usłyszał ten facet, bo nie wzbudza mojego zaufania. Że też pozwoliłeś mu tu wejść! Też masz pomysły! Nie pomyślałeś o złocie mojego dziadka? I co z nim teraz zrobimy? Nie wiem, gdzie je schować, na razie włożyłam do szafy w…

– Zamknij się, Amparo. – Raz, dwa, trzy, cztery, pięć.

– …służbówce, ale nie możemy tego tam zostawić. Gdzie jest sejf? W gabinecie? Jeśli przejdziemy przez gabinet…

– Mówiłem, żebyś się zamknęła! – Złapałem ją za ramiona, potrząsnąłem kilka razy i przycisnąłem do ściany. – Zamknij raz wreszcie buzię, do cholery! – W tym momencie poczułem nieznaną mi wcześniej niezdrową przyjemność, z którą liczenie do dziesięciu absolutnie nie mogło się równać. – Zamknij się i nie wkurzaj mnie, jeśli nie chcesz, żebym wyrzucił twojego dziadka przez balkon. Jasne?

– Ale…

– Czy to jasne? – Zacisnęła wargi i pokiwała głową. – Świetnie, wobec tego teraz spokojnie go pochowamy.

Wybuch przyniósł mi chwilową ulgę, jak gdyby całe napięcie narastające od chwili, gdy zaczęły się bombardowania, rozproszyło się w powietrzu, uleciało niczym bańka mydlana. Wypuściłem Amparo, ciesząc się, że wreszcie zamilkła, poprawiłem na sobie ubranie i na krótkim odcinku dzielącym mnie od przedsionka poczułem, że moje wnętrzności rozluźniają się, by na powrót zająć swoje miejsce w ciele, które odzyskało właściwą temperaturę i wilgotność.

– Przepraszam. – Taksówkarz zerknął dyskretnie ponad moim ramieniem i zobaczył Amparo, która szła za mną, szurając nogami. – Weźmiemy go we dwóch. Na trzy. Raz, dwa… i trzy, bardzo dobrze.

Nim przenieśliśmy don Fermína do windy, poprosiłem jego wnuczkę, żeby zeszła na parter i upewniła się, że stróżówka jest zamknięta. Posłuchała mnie bez protestów. Potem usadziliśmy ciało na ławce, a Amparo wezwała windę z dołu. Układając zwłoki na tylnych siedzeniach taksówki, nie spotkaliśmy nikogo znajomego. Najbardziej jednak cieszył mnie zbawienny i zaskakujący efekt, jaki moja bura wywarła na dziewczynie. Nagle stała się tak spokojna, tak opanowana jak ja sam. Znikła gdzieś rozkapryszona księżniczka, grymaśna i skłonna do histerii, która w ciągu ostatnich kilku godzin zdołała wiele razy wytrącić mnie z równowagi. Amparo usiadła koło mnie na przednim siedzeniu i bez słowa wyglądała przez okno. Pomyślałem, że jest jak te nieznośne dzieciaki, które można przywołać do porządku jedynie klapsem, bo same z siebie nie potrafią przestać płakać; ale póki co nie umiałem przewidzieć dalszych konsekwencji tej analogii. Miałem zbyt wiele do przemyślenia.

– Wejdziemy na chwilę do biura, jeśli można… – Taksówkarz, który okazywał anielską cierpliwość, skinął głową i pojechał tam bez słowa sprzeciwu, mimo że wewnątrz auta zupełnie nie było czym oddychać. – Zaraz wracam, Amparo, poczekaj tu na mnie.

– Nie, ja…

– Tak. – Kiedy obróciłem się, by na nią spojrzeć, już za mną ruszyła, ale słysząc mój stanowczy głos, zamarła, jakbym przyśrubował jej stopy do podłoża. – Poczekaj tu na mnie.

Miałem istotny powód, by załatwić formalności bez jej udziału, bo przeczuwałem, że lokalizacja grobu dziadka wywoła nowy konflikt, i wolałem sobie tego oszczędzić. Przecisnąłem się przez tłum ludzi czekających w kolejce, wołając, że jestem lekarzem ze szpitala San Carlos i muszę jak najszybciej wrócić na dyżur. Pracownica, która mnie obsłużyła, przytłoczona nawałem obowiązków przybiła pieczątkę na podsuniętym przeze mnie druku, nim zdążyłem cokolwiek wyjaśnić. Po wyjściu z biura zastałem Amparo w tym samym miejscu, gdzie ją zostawiłem.

– Co to za brama?

Nagle przy ogrodzeniu zobaczyłem Expertę z jakimś starszym mężczyzną, dwoma chłopcami i taczką. Raz jeszcze przekonałem się, że na całym świecie nie ma drugiej kobiety tak bardzo zasługującej na swoje imię6. Nawet jeśli marna z niej była kucharka.

– Paniczu Guillermo, to mój młodszy syn, przyprowadził swojego kolegę. A to Marcial – wskazała na starszego mężczyznę – znajomy z sąsiedztwa, pracuje na cmentarzu i zgodził się nam pomóc. Już wykopaliśmy dół, a na tej taczce pięknie zawieziemy don Fermína…

– Co to za brama? – powtórzyła pytanie Amparo, lecz nie doczekała się żadnej odpowiedzi. – Nigdy jej nie widziałam.

Poprosiłem taksówarza, by na mnie poczekał, minąłem Amparo i podszedłem do jej służącej.

– Już jej panicz powiedział…? – spytała szeptem. Nie ośmieliła się spojrzeć mi w oczy.

Nie zdążyła skończyć pytania; ani tym bardziej ja nie zdążyłem odpowiedzieć. Wyręczyła mnie Amparo, wydając głośny jęk. Zaraz potem padła na ziemię, uderzając pięściami w płytę przed mauzoleum Pabla Iglesiasa7.

– Och, matko jedyna! – Experta zrobiła gest, jakby chciała do niej podejść, ale ją powstrzymałem.

– Nie, zostaw to mnie. Ty zajmij się resztą; niech go nie składają do grobu, zanim nie przyjdziemy, dobrze?

Amparo dalej waliła pięściami w ziemię i nie byłem pewien, czy moja interwencja przyniesie jakiś efekt; tylko że należało wreszcie pochować jej dziadka i zakończyć jak najszybciej tę naglącą sytuację, która stała się zbyt długim koszmarem dla zbyt wielu osób. Tak sobie tłumaczyłem, sądząc, że trzeba chociaż spróbować przemówić do niej, ale to nie była prawda, a przynajmniej niecała. Nadarzała się właśnie sposobność przetestowania mojego odkrycia. Chciałem się przekonać, czy naprawdę dziewczyna reaguje dużo lepiej na stanowczość niż na uprzejmość. Na tym etapie interesowało mnie to równie mocno (jeżeli nie bardziej) jak ostateczny spoczynek biednego don Fermína.

– Amparo! – krzyknąłem, jak gdybym był na nią zły, a jej ręce zamarły. – Amparo, spójrz na mnie!

Podniosła głowę, a ja wyciągnąłem do niej dłoń. Chwyciła ją i wstała. Potem, patrząc jej prosto w oczy, oschłym, nieznoszącym sprzeciwu tonem, który mnie samego zaskoczył chyba bardziej niż ją, powiedziałem, co o tym wszystkim myślę.

– Przykro mi – słysząc moją intonację, trudno było w to uwierzyć. – Przysięgam ci, że bardzo mi przykro. Ale grób mojego dziadka znajduje się na Cmentarzu Świeckim i nie mogę zaoferować ci niczego innego. To ostatecznie tylko ziemia, taka sama jak po drugiej stronie ulicy. Kiedy skończy się wojna, pomogę ci przenieść dziadka na cmentarz naprzeciwko, podpiszę ci wszystkie potrzebne papiery, ale teraz pochowamy go tutaj, i tyle.

Popatrzyła na mnie, spróbowała coś powiedzieć, wreszcie znów wybuchła płaczem.

– Powiedziałem, że na tym koniec, Amparo.

Pokiwała głową, otarła oczy rękami i uspokoiła się. Wziąłem ją delikatnie pod ramię i zaprowadziłem na miejsce pochówku. Experta patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, widniały w nich znaki zapytania. Obok grobu leżała granitowa płyta z epitafium mojego dziadka, które sam wybrał, a ja kazałem wygrawerować w przeddzień pogrzebu.

GUILLERMO MEDINA ACERO

(1855–1932)

REPUBLIKANIN I WOLNOMYŚLICIEL

JEGO JEDYNĄ OJCZYZNĄ BYŁA LUDZKOŚĆ

Wtedy również nie było księdza, ale była to piękna, a nawet podniosła uroczystość, uświetniona wzruszającymi przemówieniami. Najbardziej poruszający okazał się list pożegnalny, którego nie udało mi się odczytać w całości – wyjął mi go z rąk Miguel Salcedo i w moim imieniu przeczytał środkowe ustępy, pozwalając mi dojść do siebie, nim zwrócił mi kartkę, bym dokończył. Wcześniej kataryniarz zagrał Marsyliankę, a potem Hymn Riego8. Wszyscy znów się rozpłakaliśmy i padliśmy sobie w objęcia, patrząc, jak inskrypcja nagrobna pokrywa się wieńcami ozdobionymi trójkolorowymi wstęgami. Babcia nie pojawiła się na cmentarzu. Została w domu, bo uważała, że porządne kobiety nie chodzą na pogrzeby, ale kiedy opowiedziałem jej, jak przebiegła ceremonia, pożałowała, że ze mną nie poszła. – Uważasz, że to będzie grzech, jeśli mnie pochowają koło dziadka? Zawsze tak mocno go kochałam – zapytała, i choć wiedziałem, że tak, poradziłem, by lepiej skonsultowała to ze swoim spowiednikiem. Potem usprawiedliwiała się, mówiąc, że brzmi to absurdalnie, ale świadomość, że jej męża kochało tylu ludzi, bardzo ją pocieszyła.

Amparo była nie tylko falangistką, lecz również nowoczesną kobietą i nie chciała zostać w domu. W chwili, gdy jej dziadek miał dołączyć do mojego w wiecznym odpoczywaniu, pomyślałem o pogrzebie mojego dziadka, komisarza Mediny, i wzdrygnąłem się na myśl o samotności stojącej tu wnuczki, smutku, którego nie byliśmy w stanie rozproszyć żadnym słowem ani czynem. Od tego momentu to nieszczęsne wspomnienie mogło jedynie rosnąć, nabrzmiewać z każdym dniem, gorzknieć. Dlatego rozejrzałem się wokół, szukając jakichś barw, ale nie znalazłem żadnej. W oblężonym mieście na świeckich grobach nie było ani jednego kwiatu. Wtedy Experta otworzyła torbę, którą niosła na ramieniu, i wyjęła z niej trzy wiązanki czerwonego geranium o zwartych kwiatostanach. Jeszcze niedawno rosło w donicach, które ozdabiały balkony ich domu. Jeden bukiecik podała panience, drugi mnie, a trzeci zostawiła sobie. I te domowe radosne kwiaty, tanie, a teraz nagle tak cenne, poruszyły mnie, sprawiły, że dół wydał mi się jeszcze szerszy i głębszy. Dosięgnął mnie smutek otwartego grobu, waga słów wyrytych na granitowej płycie, emocjonujących dla mnie, nienawistnych dla niej, które zawsze już miały jej ciążyć niczym jakaś hańba nie do starcia. Dlatego, nie zastanawiając się nad tym, co robię, przytuliłem ją, gdy tak stała obok mnie i szlochała; otoczyłem ramionami jej talię i pocałowałem ją w głowę.

– Pomódl się, Amparo. Módl się, ile tylko zechcesz. Jeśli twój Bóg istnieje, na pewno cię widzi. Jemu ksiądz nie jest do niczego potrzebny.

Obróciła się w moich objęciach, spojrzała na mnie, otworzyła usta, lecz nie mogła wydobyć z siebie głosu.

– Ojcze nasz, któryś jest w niebie…

To Experta zaczęła modlitwę. Amparo zdołała się do niej przyłączyć dopiero na sam koniec. Potem wspólnie zmówiły Zdrowaś Mario i wreszcie pobłogosławione ciało don Fermína spoczęło w ziemi. Wrzuciliśmy pelargonie do dołu, dałem grabarzowi porządny napiwek i poszedłem za Expertą, która prowadziła Amparo ku bramie cmentarza, podtrzymując ją, jakby się obawiała, że dziewczyna zaraz upadnie. Było już prawie piętnaście po trzeciej i musiałem jak najszybciej wracać do szpitala, ale nie mogłem przecież tak po prostu odejść.

– Weź je, Experto, to klucze do mojego domu. Mam drugie w szpitalu. Możecie tam pójść coś zjeść, odpocząć chwilę… Dziś nie wrócę na noc, nie wiem, czy jutro tam dotrę. Niech Amparo weźmie, czego jej będzie potrzeba, a potem… Wrzućcie klucze do skrzynki na listy, dobrze? A jakby co, to wiesz, gdzie mnie szukać. – Spojrzałem na Amparo, by i ją objąć tą propozycją. – W każdej sytuacji.

W taksówce nadal unosił się odór śmierci don Fermína; usadowiwszy się na tylnym siedzeniu, poczułem raczej radość niż spokój. Nadchodzący dzień pracy pełen krwi, bólu i porozrywanych ciał jawił mi się jako perspektywa nieomal miła w porównaniu z tym, przez co przeszedłem w ciągu ostatnich godzin. Wiedziałem, że wkrótce wycofam się z tej myśli, ale cieszyłem się nią w milczeniu, gdy taksówka jechała ulicą Alcalá. Kilka minut później włożyłem biały fartuch, była to jedyna czysta rzecz, z jaką miałem się zetknąć przez wiele kolejnych godzin. Potem było już tylko cięcie, szycie, przyżeganie i przeklinanie samolotów przez zaciśnięte zęby. Tych, które właśnie przelatywały, tych, które wkrótce miały przelecieć, tych, które nigdy nie przestawały nadlatywać.

Był już następny dzień, dwudziesty listopada, gdy padłem na łóżko w dyżurce. Kilka minut później zaczęło się zmasowane bombardowanie, tak gwałtowne, że wszyscy o mnie zapomnieli. Kiedy po blisko pięciu godzinach obudziła mnie pielęgniarka, czułem się jak nowo narodzony. Potem znów pracowałem bez przerwy przez ponad dwadzieścia dwie godziny, póki mój szef nie odesłał mnie do domu.

– Jest siódma rano, jak mógłbym teraz sobie pójść?

– Jak zawsze, na dwóch nogach, krok za krokiem, chyba dasz radę, co? – Przerwał mi, licząc, że docenię jego dowcip. Potem podniósł palec do góry, wskazując sufit. – Dopóki ci skurwiele nie odróżniają dnia od nocy, my też nie możemy tego robić. Idź do domu, połóż się do łóżka, prześpij mocnym snem siedem godzin, zjedz porządne śniadanie i wróć tu wieczorem. – Miał już odejść, ale coś mu się przypomniało, więc dorzucił: – To rozkaz.

– Widzę, że spodobała ci się ta formuła.

Doktor Quintanilla był świetnym chirurgiem i najlepszym wykładowcą, jakiego miałem na uniwersytecie. Ceniłem go nie tylko za jego wiedzę, lecz także, a nawet przede wszystkim, za życiową mądrość, która wywierała ogromne wrażenie na studentach. Wybrałem taką specjalizację, by móc odbyć staż w jego zespole, a kiedy wybuchła wojna, od dawna był dla mnie niekwestionowanym autorytetem; tak więc nie musiał się specjalnie wysilać, by skłonić mnie do zmiany planów.

– Chcesz się zaciągnąć? Ach, to wybornie! A po co, jeśli można wiedzieć? Żeby cię zabili? By Republika zyskała bohatera i straciła lekarza? Cholerka, cóż za świetny interes mamy do ubicia!

– Ale ja jestem dopiero stażystą – próbowałem zaoponować. – Jeszcze nie mogę…

– Powiesz mi to za trzy miesiące – oświadczył z przekonaniem, jakby widział przyszłość. – Na stażu czy nie, twoje miejsce jest tutaj, Guillermo. Pozwól, żeby zaciągnęli się ci, którzy nie mogą ratować innym życia. Nie ryzykuj swojego, które ma dużo większą wartość na sali operacyjnej niż na froncie, a póki co zejdź do ambulatorium. Zgłosiły się całe tabuny pielęgniarek wolontariuszek, które nie odróżniają igły od strzykawki; sprawdź, czy będzie z nich jakikolwiek pożytek. – Skinąłem głową, a on się uśmiechnął. – Swoją drogą, niektóre są naprawdę niczego sobie…

Wojna szybko przyznała mu rację. Mało tego – ujawniła również niezwykle pożyteczną umiejętność doktora Quintanilli: był wspaniałym organizatorem, nie musiał niczego zapisywać na żadnej karteczce, by doskonale się orientować, ilu pacjentów przyjął, a ilu wypisał, iloma chirurgami dysponuje, którzy z nich są zajęci, którzy wolni, a także od ilu godzin każdy z lekarzy z jego zespołu pracuje bez przerwy. Po jakimś czasie zaczęło nam brakować lekarstw, narzędzi, a nawet żywności dla chorych. Wówczas tylko talent organizacyjny Fortunata Quintanilli, sposobem niemal cudownym, pozwalał na dalszą pracę oddziału chirurgicznego w szpitalu San Carlos. W listopadzie 1936 roku, kiedy zaopatrzenie jeszcze nie stanowiło problemu, żaden z podwładnych nie mógł spędzić w szpitalu czterdziestu ośmiu godzin bez jego wiedzy. Zawsze to zauważył, odszukał delikwenta i odesłał go do domu, żeby się wyspał. Żegnał go przy tym rytualnym już stwierdzeniem, że to rozkaz.

– W końcu jako szef muszę mieć, cholerka, jakieś przywileje – odparł z uśmiechem, kiedy mu to wypomniałem.

Dlatego