OZ - Maxime Chattam - ebook
Opis

Po długiej i niebezpiecznej żegludze statek dobija do brzegów Europy. Powitanie na starym kontynencie jest tragiczną niespodzianką dla Przymierza Trojga. Tu dzieci nie mają żadnych praw, są niewolnikami w kopalniach, służącymi, a przede wszystkim bezlitośnie wykorzystywanym źródłem mocy – ich krew służy do produkcji eliksiru… Świadomi zagrożenia członkowie Przymierza Trojga podstępem docierają do Luwru, gdzie pod Piramidą na dziedzińcu znajduje się ostatni fragment Jądra Ziemi. Tu stykają się z jednym z ważniejszych władców krainy. To bardzo groźne spotkanie, z którego niemal cudem udaje im się ujść z życiem, przynosi ważną wiedzę – Jądra Ziemi nie ma już we Francji, trzeba go szukać w Zamku Kości, w Anglii. Przedtem jednak trzeba wykryć zdrajcę. W zamku już wydaje się, że zewnętrzne i niepojęte zagrożenie skłoni władcę Oza do ugody. Ale kiedy Amber wchłania Jądro Ziemi, do dzieła przystępuje zdrajca. Ugodzona sztyletem, zginęłaby, gdyby nie… refleks Oza. Ocalony przez nieznajomych Matt, rusza w dalszą drogę bez przyjaciół, nie wie nawet, czy Ukochana Amber przeżyła. Tymczasem sam zmierza ku względnie bezpiecznemu miejscu, choć wolałby umrzeć. Czy ujrzy jeszcze Amber?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 370

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Clarze, na powitanie w Innym Świecie

1 Poświęcenie Długodystansowców

Rhonda obciągnęła ciemnozieloną pelerynę, dokładnie zasłaniając zmaltretowane boki. Nie chciała, żeby strażnicy z północnej bramy zauważyli rany i zabrali ją do punktu medycznego. Wiadomość, którą musiała przekazać, była zbyt wielkiej wagi, żeby tracić czas. A ona mogła jeszcze trochę wytrzymać – w końcu, skoro od tylu dni galopowała na olbrzymim psie, godzina nie grała większej roli. Rhonda przywykła już do bólu i przestała czuć zawroty głowy przy każdym wstrząsie.

Brulgur truchtał szybko w stronę centrum Edenu, a dziewczyna czuła na sobie pełne podziwu i niepokoju spojrzenia, jakie ściągała ona i jej psisko. Widok Długodystansowców zawsze wzbudzał duże zainteresowanie, bo wszyscy wiedzieli, że przynoszą wieści ze świata, że to od nich można się dowiedzieć o wielkich odkryciach, usłyszeć złe nowiny, że to oni pierwsi zauważą nowe byty zwierzęce i rośliny, których tyle pojawiło się od czasu Burzy. Przybycie Długodystansowca oznaczało także ciągnące się do późnej nocy opowieści i dyskusje w gronie Piotrusiów.

Rhonda poczuła ukłucie w sercu, mijając Salon Wspomnień – to tu spędziła ostatni wieczór przed wyruszeniem w misję blisko dwa miesiące temu. Dałaby głowę, że od tamtego dnia minęły dwa lata! Jakże długą przebyła drogę, ileż razy zasypiała, drżąc – bardziej ze strachu niż z zimna, ile kilometrów przeszła w samotności! Co jakiś czas natykała się na nowe patrole żołnierzy Piotrusiów, strzegące dróg na północy, ale ich rozmowy zawsze były krótkie – Rhonda nie mogła sobie pozwolić na opóźnienia, jej misja była naprawdę pilna. Brulgur przebiegł pod rozłożystą jabłonią w sercu Edenu i zatrzymał się przed Salą Głosicieli Nowin. Rhonda zacisnęła zęby, żeby zsiąść, nie zdradzając, jaki ból powodują jątrzące się rany. Chłopiec, który mógł mieć najwyżej dziesięć lat, podrapał Brulgura pod pyskiem, zachęcając, by poszedł za nim do psich boksów, gdzie po rozsiodłaniu zwierzęta starannie szczotkowano, karmiono i pozwalano im wreszcie odpocząć.

Natomiast Rhonda przywołała jednego z Piotrusiów z administracji skrzydła Długodystansowców.

– Nazywam się Rhonda Nkalu, mam pilną wiadomość dla Rady – powiedziała, rozplatając długie czarne warkocze.

– Amber Caldero jest na górze, zaprowadzę cię.

Rhonda zadrżała. Nie wiedziała, czy to z powodu ran, czy może na myśl o spotkaniu z Amber. W Edenie wszyscy znali to nazwisko. Zresztą jej sława sięgała znacznie dalej. To ta dziewczyna nosiła w sobie Jądro Ziemi. Dla wielu Piotrusiów stała się nie tylko symbolem przetrwania, nie tylko narzędziem triumfu nad Cynikami. Amber była przywódczynią. Za palisadą otaczającą Eden większość Piotrusiów sądziła, że Rada Edenu pracuje dla Amber, która stała się kimś w rodzaju prezydenta czy wręcz królową. I to im się podobało. Kiedy Rhonda próbowała wyjaśnić rozmówcom, że zarówno Amber, jak Matt i Tobias byli członkami Rady, podobnie jak kilkoro innych, w odpowiedzi słyszała zawsze, że to nie może być prawdą, że to przecież Przymierze Trojga, czyli ci, którzy stawili czoło Cynikom i dzięki którym Piotrusiowie zachowali wolność. To czyniło z Amber, Matta i Tobiasa wyjątkowych członków Rady, przywódców wojennych, wzory godne naśladowania, mędrców, których należało słuchać. Krążyły na ich temat przeróżne legendy, a Rhonda doskonale je znała i często usiłowała korygować te wyidealizowane wizje, jednak bezskutecznie. Dzieci i nastolatkowie potrzebowali silnych wzorców, ukształtowanych osobowości, uosobień rodziców, aby skompensować sobie brak opieki dorosłych, bo ci, którzy żyli w obecnym świecie, nie zasługiwali na zaufanie, choć wzajemne relacje nieco się poprawiły.

Rhonda nie miała żadnych złudzeń – Przymierze Trojga zawarło troje zwyczajnych nastolatków. Mimo to przed pierwszym osobistym spotkaniem z Amber nagle ogarnęła ją trema – nogi miała jak z waty, pociły jej się dłonie.

Otwarto przed nią drzwi do małego, oświetlonego świecą pokoju i tam zobaczyła siedzącą przy stole Amber Caldero, która pisała właśnie listy. Ta dziewczyna o bujnych blond włosach z rudawym odcieniem, wydatnych kościach policzkowych i przenikliwych szmaragdowych oczach, siedząca prosto w fotelu, miała w sobie charyzmę i swobodę królowej.

Królowa! Tak się przecież mówiło! I Rhonda dała się wciągnąć w tę grę. Zresztą, obserwując Amber z tak bliska, trudno było w to wątpić. Nikt nie zaprzeczyłby, że miała w sobie coś wyjątkowego, jakby światło, którym pałały jej oczy, osobowość, która wypełniała przestrzeń tak, że nagle Rhonda poczuła się malutka i nic nieznacząca.

Amber wstała, a Rhonda mimowolnie skłoniła głowę, by ją powitać.

– Proszę cię, daruj sobie te pokłony, nie jestem nikim szczególnym – powiedziała Amber tonem, w którym dało się wyczuć znużenie. – To ty jesteś Rhonda Nkalu i wróciłaś z misji obserwacyjnej na Północy, tak?

– Tak.

Amber podsunęła Długodystansowcowi krzesło.

– Usiądź. Na pewno padasz z nóg. Szczerze mówiąc, kiepsko wyglądasz.

Rhonda upewniła się, czy jej peleryna jest dokładnie zapięta na piersi, i pokręciła głową, nie korzystając z propozycji. Obawiała się, że przy zmianie pozycji nie zdoła powstrzymać się od krzyku.

– Wolę stać, muszę rozprostować nogi.

– Wracasz jako pierwsza z trójki zwiadowców.

– I muszę od razu uprzedzić, że wróci najwyżej jeszcze jedno z nas. Na pograniczu Kanady znalazłam zwłoki Nicka. Nie mam pojęcia, co go zabiło, ale nie przeżył nawet jego pies. Wyglądało mi to na atak Nocnego Włóczęgi.

Amber spuściła oczy i bezsilnie pokręciła głową.

– Widziałam Entropię – dodała po krótkiej chwili Rhonda.

Ta wiadomość zelektryzowała Amber, która wpatrując się w oczy Długodystansowca, zapytała:

– Przesuwała się na południe, w naszym kierunku?

– Tak. Zbliża się powoli, ale wciąż zbliża.

– A czy natknęłaś się na Dręczycieli?

– Nie, nie widziałam ich. Nie zauważył ich też żaden z patroli, z którymi rozmawiałam.

– To już coś. A zauważyłaś czerwone i niebieskie błyskawice w sercu Entropii?

– Dostrzegłam coś takiego w dali, we mgle, ale trzymałam się zaleceń – nie wchodziłam w mgłę.

– I dzięki temu nadal żyjesz.

– I jeszcze jedno... – dodała nieśmiało Rhonda. – Wydaje mi się... Chyba dostrzegłam pewną słabość Entropii.

– Słabość Entropii?

Zaintrygowana Amber splotła ręce na piersi.

– To było tak... Przez kilka dni siedziałam w ukryciu, daleko od mgły, bo chciałam ją obserwować i upewnić się, czy naprawdę się przesuwa, czy może coś z niej wychodzi. Byłam po drugiej stronie rzeki. Wtedy zauważyłam, że Entropia nie lubi wody. Właściwie nie wiem, czy powinnam mówić o tej mgle jak o istocie żywej, czymkolwiek jednak jest, chyba nie przepada za wodą.

– Dlaczego tak uważasz?

– Przypatrywałam się jej przez pięć dni – mgła próbowała wielokrotnie przekroczyć rzekę, ale za każdym razem się cofała, zupełnie jak zwierzę, które nie ma odwagi wsadzić łapy do wody.

– I nie przekroczyła tej rzeki?

– W końcu tak, ale przyszło jej to z trudem – przedostała się przez most. Pewnego ranka mgła ogarnęła most, a po dwóch dniach okrążyła rzekę. I wtedy całkiem ją spowiła. Ale żeby to zrobić, musiała przejść po suchym terenie na drugi brzeg. Nie twierdzę, że nie zdoła przejść przez wodę, jeżeli to naprawdę konieczne, ale bardzo tego nie lubi. Dziwi cię, że mówię o niej jak o zwierzęciu?

– Nie, Rhondo. Wręcz przeciwnie. Entropia naprawdę jest bytem, ale nieożywionym.

– Z czego jest zbudowana?

– To skupisko wszystkiego, co było brudem naszego dawnego świata – składa się ze skażeń, z odpadów syntetycznych, z maszyn, z elektryczności... A jej świadomość to dawna sieć sztucznych inteligencji, która kiedyś istniała.

– Internet?

– Tak, w ogromnej mierze. Przypuszczam, że kiedy rozpętała się Burza, doszło nie tylko do degeneracji DNA roślin – co wyjaśniałoby ich niesamowity wzrost – i zwierząt, a także ludzi, co spowodowało nasze przemiany, ale dokonało się też coś w rodzaju „wielkiego sprzątania”, mającego uwolnić Ziemię od całego nadmiaru, od tego śmietnika, który zrobiliśmy. W efekcie wszystko, co było sprzeczne z naturą, całe to przemysłowe szaleństwo, wszystkie skażenia i odpady, zostało przez Burzę skomasowane i wyizolowane w jednym punkcie Ziemi, daleko na północy. Jednak Burza była prawdopodobnie tylko reakcją planety na nasz brak opamiętania i umiaru, na brak prawdziwej świadomości. Porównałabym tę sytuację do białych ciałek krwi atakujących wirusa, który wtargnął do organizmu człowieka. Działała bez kontroli intelektu, jak programy. Burza atakowała to, co uznawała za ciało obce, ale bezrozumnie. Nieprzewidzianym, ubocznym skutkiem tego wszystkiego było przetrwanie sztucznej prainteligencji – Internetu i wszystkich sieci informatycznych. To wszystko nie wyparowało podczas Burzy, ale skupiło się przy reszcie technologicznego i chemicznego śmietnika. Doszło do swoistej fuzji i tak powstał cielesny, obdarzony pewną formą świadomości byt: Entropia.

– To znaczy, że Burza dała początek czemuś gorszemu od tego, co istniało przedtem – powiedziała zamyślona Rhonda. – Bo Entropia niszczy wszelkie życie na swojej drodze i jeżeli nikt się jej nie przeciwstawi, wkrótce cały świat zamieni się w pustynię spowitą szarą mgłą, gdzie bytować będą tylko potworne istoty.

– Burza to mechanizm obronny, nie kierowała się inteligencją, nie mogła niczego przewidzieć.

– Skoro nie była inteligentna, to po co oddzielała dzieci od dorosłych?

Amber wzruszyła ramionami, lekko się uśmiechając.

– Powiedziałam ci wszystko, czego dotąd zdołaliśmy się dowiedzieć na ten temat.

Rhonda bacznie przyglądała się Amber. Serce biło jej coraz mocniej, ból znów się nasilał, stawał się nieznośny.

– Czy... Czy my zginiemy? Patrole mówią, że z Entropią nie da się walczyć. Że prędzej czy później i tak nas pochłonie.

– I dlatego organizujemy wyprawę do Europy. Wyruszamy na poszukiwanie pozostałych Jąder Ziemi.

– Słyszałam, że zbudowano już statek wielki jak Eden. To prawda?

Amber skinęła głową.

– Za trzy dni wyruszamy na wybrzeże, gdzie niedługo ma zacumować.

– Zabierzcie mnie – powiedziała Rhonda, zanim jednak skończyła, jej głos przerodził się w jęk.

– Rhondo! Co ci jest... Och, twoja peleryna!

Rhonda spojrzała w dół i zobaczyła ciemną plamę na przodzie peleryny.

Amber aż się cofnęła, widząc, ile krwi przesączyło się przez ubranie Długodystansowca.

– Powinni cię najpierw opatrzyć!

– Chciałam jak najszybciej przekazać informacje.

– Rhondo, to bardzo niebezpieczne, straciłaś dużo krwi!

– Najważniejsze jest przetrwanie Edenu i Piotrusiów.

Amber ujęła dziewczynę za ramiona i zmusiła ją, żeby położyła się na stole, między dwoma kandelabrami, a potem uniosła jej lepki od krwi sweter i bluzkę.

– Kto ci to zrobił?

– Cierpienie. Jest ich coraz więcej. Ściągają tu z północy, uciekają przed Entropią.

– To cud, że udało ci się ujść z życiem.

– Brulgur mnie uratował.

– Leż spokojnie, sprowadzę pomoc.

Ale zanim Amber zdążyła odejść, Rhonda chwyciła ją za rękę.

– Wiem, że przy tobie nic mi nie grozi. Masz moc uzdrawiania wszystkich chorób, tak mówią Piotrusiowie.

Amber rzuciła jej pełne żalu spojrzenie. Jej oczy posmutniały.

– Nie, to tylko legenda, Rhondo. Kiedyś mogłam leczyć niektóre rany, ale to już przeszłość. Nie mogę używać mocy Jądra Ziemi, ponieważ to ściąga na mnie Entropię, jej Dręczyciele natychmiast mnie namierzają. Nie mogę ryzykować życia i narażać Edenu na niebezpieczeństwo.

– To nic. Wiem, że tu jestem bezpieczna, jestem z tobą. Wróciłam do Edenu i nic złego nie może mnie już spotkać.

Amber ścisnęła rękę dziewczyny.

– Poczekaj tu, zaraz wrócę. Tylko się nie ruszaj. Wciąż mocno krwawisz.

Rhonda powiodła wzrokiem za Amber, która wybiegła z pokoju.

Nad jej głową tańczyły cienie płomyków świec. Delikatnie drgały i kołysały. Rhondzie było tak zimno, że już sam ich widok rozgrzewał ją i dawał nadzieję.

Amber Caldero była naprawdę niezwykła. Fantastyczne opowieści, które krążyły na jej temat, nie były bezpodstawne. Roztaczała jakąś szczególną aurę, niemal magiczną moc. Była uczuciowa i wrażliwa, pełna empatii, ale także silna i pewna siebie. Rhonda głęboko wierzyła, że będąc blisko niej, niczego już nie musi się obawiać i może spokojnie poddać się zmęczeniu. Amber będzie ją chronić. Tak jak ochroni wszystkich Piotrusiów.

Rhonda zamknęła oczy. Poczuła, jakby prąd płynął wzdłuż jej kręgosłupa i skrzywiła się z bólu.

Kiedy Amber wróciła do pokoju w towarzystwie dwóch Piotrusiów obdarzonych mocą uzdrawiania, Rhonda wciąż leżała na stole, ale teraz na boku. Amber okrążyła ją, żeby z nią pomówić, i wtedy zauważyła, że dziewczyna ma zamknięte oczy.

Dotknęła ręką jej policzka i zrozumiała, że pośpiech na nic już się nie zda.

Rhonda umarła.

2 Przygotowania

Matt chwycił się za głowę. Nie mógł już wytrzymać, miał wrażenie, że gruby pręt wbija mu się w głowę tuż nad powiekami, coraz mocniej dudniło mu w skroniach. Długie, ciemne włosy opadały mu na czoło, zasłaniając orzechowe oczy.

– Co ci jest? – zapytał Tobias.

– Głowa mi pęka. Chyba mam już dość. Od miesiąca żyję w szaleńczym tempie.

Poświęcał całe dnie na spotkania z dziesiątkami Piotrusiów, wybierając tych, którzy mieli stanowić załogę podczas wyprawy. Dwa miesiące temu rozesłał posłańców, żeby zebrać ochotników znających się trochę na nawigacji, a najlepiej – mających pewne doświadczenie w żegludze. Nie chciał brać ze sobą ludzi, którzy powiedzieliby mu po paru dniach, że cierpią na chorobę morską. Potrzebował wszystkich – Piotrusiów zaprawionych w walce i kucharzy, rybaków, a także takich, którzy znają się na uprawie ziemi, bo na statku były niewielkie poletka uprawne, ale i innych, którzy mogliby poradzić sobie z każdą możliwą awarią. W doborze załogi kierowano się również znajomością języków obcych – hiszpańskiego, francuskiego, niemieckiego, włoskiego... Nikt nie wiedział, jak wygląda teraz Europa.

Matt, co prawda, nie widział jeszcze statku, wiedział jednak, że jednostka zbudowana przez ChloroPiotrusiofilów jest olbrzymia. Lud Ślepego Lasu dostarczył nieliczną załogę do dowodzenia podczas rejsu, ale w wyprawie do Europy musiało wziąć udział kilkuset Piotrusiów zdolnych sprostać każdej sytuacji.

Ostatni etap wykańczania statku przeciągał się, podobnie jak przygotowania drogi, którą jednostka miała zostać przetoczona z głębi lasu ChloroPiotrusiofilów nad ocean. Prace trwały już półtora miesiąca dłużej, niż zakładano. W pewnym sensie ułatwiło to Edeńczykom zorganizowanie wyprawy, dało im więcej czasu na ustalenie składu załogi i listy niezbędnych rzeczy.

Tymczasem jednak od północy nieubłaganie zbliżała się groźna Entropia.

Matt wstał.

– Muszę sobie zrobić krótką przerwę, idę się przewietrzyć – powiedział do Tobiasa i Melchiota, którzy wraz z nim dobierali załogę.

Wszyscy trzej wyszli, żeby rozprostować nogi na placu głównym, w cieniu rozłożystej jabłoni. Matt przewyższał kolegów o głowę, był też od nich mocniej zbudowany. Przeobrażenie siły z czasem zmieniło jego sylwetkę. Stał się barczysty, a pod skórą jego torsu rysowały się sprężyste mięśnie. Chłopak miał już prawie szesnaście lat i ze szczupłego wyrostka o gładkich różowych policzkach zmieniał się stopniowo w młodego mężczyznę.

Był tego świadom i czasem go to niepokoiło. Starsza od niego o rok Amber była już prawdziwą kobietą, nie miał co do tego cienia wątpliwości, gdy widział ją na ulicach Edenu. Ta pewność siebie, dojrzałość, te kształty... Co z nimi będzie? Czy kiedyś będą musieli opuścić Piotrusiów i przenieść się na terytorium Dojrzałych? Zwykle tak robili Piotrusiowie, którzy nie byli już nastolatkami. Przychodziła taka chwila, kiedy nie czuli się już dobrze wśród dzieci i młodzieży... Matt bał się tej chwili jak ognia. Nie chciał rozstawać się z przyjaciółmi.

Od tych myśli oderwał go złocisty błysk.

Rzeka, która przecinała Eden na pół, płynęła nieco dalej, chwytając promienie słońca i rozpraszając ich światło na setki miniaturowych luster, które mieniły się na powierzchni wody. Matt zauważył dziesiątkę Piotrusiów, którzy kręcili się przy brzegu z bambusowymi wędkami. Dalej, za domami, inna grupa ściągała ze sznurów suszącą się bieliznę, a dwadzieścioro Piotrusiów wracało wzdłuż brzegu z wiklinowymi koszykami pełnymi owoców leśnych. Życie w Edenie było zorganizowane i toczyło się w spokojnym rytmie – miasto dawało im poczucie bezpieczeństwa i wszystko, czego trzeba, żeby dorosnąć. Odkąd nie groziło im już nic ze strony Cyników, zdarzały się wprawdzie spory, niektórzy uchylali się od pracy, ale w sumie wszystko sprawnie funkcjonowało. Mimo że w Edenie mieszkały tylko dzieci i młodzież, miasto doskonale prosperowało, było bezpieczne i dobrze się w nim żyło.

Ale jak długo? – zastanawiał się każdy z nich, z niepokojem wpatrując się w północną stronę nieba.

Matt sobie uświadomił, że nie potrafi się skupić, tylko jego myśli przeskakują z tematu na temat.

– Nad czym tak dumasz? – zapytał Melchiot.

Matt głęboko odetchnął i spojrzał na nieco starszego od siebie chłopaka o krótkich włosach, pociągłej twarzy i szafirowych oczach.

– Myślisz o Entropii? – Tobias powiedział to, jakby czytał w myślach przyjaciela.

– Tak. O równowadze, jaka tu panuje.

Tobias poklepał go po plecach.

– Nie przejmuj się tak, jakoś sobie z tym poradzimy. Przecież zawsze da się znaleźć jakieś rozwiązanie, prawda?

Jakim cudem Tobias tak często wyglądał na pogodnego i zadowolonego? Matt zerknął na przyjaciela, zatrzymując wzrok na różowej bliźnie biegnącej od czoła po policzek i tak wyraźnie kontrastującej z czarną skórą. To nie była jedyna rana na jego ciele – każdego dnia, budząc się, Tobias przypominał sobie o wojnie stoczonej z dorosłymi, o ludziach, których musiał zabić, a jednak wciąż udawał wesołka.

Matt skinął głową, ale się nie rozchmurzył. Nie podzielał optymizmu kolegi. Niczego nie był już pewien. Widział wnętrze Dręczyciela, wiedział, z czego zbudowany jest ich wróg. Z próżni. Z chaosu. Z entropii. Źródło mgły Entropii było tworem syntetycznym, Matt nie miał co do tego wątpliwości – to była istota sztuczna.

Ggl.

Ga-ge-el.

Czysta determinacja wchłonięcia wszystkiego. Bezlitośnie, niezwłocznie, bez wahania.

– Ilu osób brakuje jeszcze do pełnego składu załogi? – zapytał Tobias.

– Mamy, ilu trzeba – odpowiedział Melchiot. – Teraz chodzi już naprawdę o nadwyżkę, o dobór według przeobrażenia kandydata, które mogłoby nam się przydać.

– Ilu już mamy?

– Prawie tysiąc Piotrusiów.

Tobias gwizdnął.

– Mam nadzieję, że ten statek faktycznie jest tak ogromny, jak mówią! – dodał.

– Musimy zaufać Orlandii, to ona podała nam, ile osób należy zwerbować.

Melchiot zwrócił się do Matta.

– Ludzie Balthazara będą na miejscu?

– Amber dostała wiadomość od Zelii i Maylis z twierdzy przy Wilczej Przełęczy – w zasadzie król Dojrzałych osobiście czuwa nad przekazaniem Skalnego Testamentu. I nie powinno tu dojść do żadnych zakłóceń.

– Wszystko działa? Wszystko jest w idealnym porządku? To podejrzane! – zakpił Melchiot. – Zazwyczaj coś się zacina, nawala, idealnie bywa tylko we śnie. Staracie się mnie nie denerwować?

– W stosunku do pierwotnego planu mamy już sześć tygodni opóźnienia, więc daleko nam do ideału.

Tobias wydął usta.

– Widzę, że jesteś w podłym nastroju. Powiesz nam, w czym problem?

– Przepraszam, chłopaki. Masz rację, jestem zdenerwowany. Od naszego powrotu z północy minęły już trzy miesiące – od trzech miesięcy skupiam się na przygotowaniach i siedzę tu bezczynnie. Jestem tym zniecierpliwiony. Potrzebuję ruchu, tęsknię za wyprawami w teren.

– Zaczyna się! – mruknął Tobias. – Po prostu nie możesz usiedzieć w miejscu.

– Chciałbym już wyruszyć. Nie podoba mi się, że wiedząc o niebezpieczeństwie, jakie nam zagraża, siedzę tutaj. Czuję się bezużyteczny!

– Jesteś zbyt impulsywny – rozbrzmiał kobiecy głos za plecami Matta.

Amber zbliżyła się do niego, spinając włosy drewnianą spinką.

– Lubię być przydatny – powtórzył Matt.

– Tutaj też w pewien sposób pomagasz. Jeżeli będziesz wciąż poza Edenem, źle skończysz. Jak wielu innych, którzy poświęcili życie dla naszej społeczności.

Z twarzy młodej kobiety Matt wyczytał gorycz i smutek.

– Znów ktoś zginął, tak?

– Owszem. Rhonda Nkalu.

– Była Długodystansowcem. Trochę ją znałem – przypomniał sobie Melchiot.

– Zmarła w południe. Przed śmiercią przekazała nam nowiny z Północy. Entropia wciąż napiera. Wydaje się, że woda spowalnia jej postępy, ale i tak zbliża się do nas. Z obserwacji Rhondy wynika, że od czasu, kiedy ją zlokalizowaliśmy, pokonała prawie czterysta kilometrów. Ale nie przemieszcza się ze stałą prędkością.

– Czyli może tu dotrzeć za trzy, cztery miesiące – oszacował Matt. – Jeżeli dopisze nam szczęście, może dopiero za pół roku.

– Albo wcześniej – wtrąciła Amber. – Rhonda poświęciła życie, żeby przekazać nam te informacje. Podobnie jak Nick Rhinner.

– Czy wieczorem zapłonie stos ku ich pamięci? – zapytał Matt, który dostrzegł, jak głęboko Amber przeżywa to zdarzenie.

Matt nie wiedział, czy sprawiła to wojna, przygoda z Rauperodenem i Malroncją, czy też podróż przez Entropię, zauważył jednak, że z coraz większą obojętnością przyjmuje kolejne informacje o śmierci Piotrusiów. Oczywiście, wciąż ściskało go w żołądku i ogarniał go smutek, ale już nie popadał w takie przygnębienie jak kiedyś. Śmierć była teraz cząstką ich codzienności i – chociaż ktoś mógłby to uznać za cynizm – spowszedniała mu.

– Jutro wieczorem oddamy hołd Rhondzie i Nickowi, choć nie mamy jego ciała.

– Przyjdziemy – zapewnił w imieniu trzech chłopców Tobias.

Przez chwilę stali w milczeniu, czując się niezręcznie. Tylko łagodny wiosenny wiatr, który bawił się ich włosami i pieścił skórę, nieco podnosił ich na duchu. Zbliżało się lato, był już koniec maja i wydawało się, że w tym roku zima ominęła Eden, tak była ciepła. Nawet rośliny wytrącone z normalnego rytmu dwukrotnie wydały plon w jednym sezonie.

– Pocieszające jest tylko to, że na drogach nie pojawiają się Dręczyciele – przypomniał Melchiot. – Nie zauważył ich żaden z naszych patroli.

– Posługuję się tylko moim naturalnym przeobrażeniem – powiedziała Amber. – I nie korzystam z mocy Jądra Ziemi. Dopóki uda mi się przestrzegać tej zasady, jestem chyba bezpieczna. Ggl nie wie już raczej, gdzie mnie teraz szukać.

Matt wzruszył ramionami:

– Albo zapamiętał sobie nauczkę, jaką mu dałem, niszcząc Dręczyciela od środka, i liczy się z nami, więc szuka innych metod, żeby cię wchłonąć i zawładnąć Jądrem Ziemi.

– Tak czy inaczej opuszczamy kontynent – przerwała mu Amber. – Czy przygotowania do doboru załogi zostały zakończone?

Melchiot skinął głową.

– Tak, testujemy jeszcze przeobrażenia ostatnich ochotników, którzy mogą się przydać w zupełnie wyjątkowych sytuacjach, poza tym jednak wszystko jest gotowe. Zgromadziliśmy już sprzęt, brakuje nam tylko prowiantu na drogę nad ocean. Ale jutro wieczorem wszystko będzie zebrane i zapakowane, więc termin wyjazdu jest pewny.

– A co z organizacją dalszego życia w Edenie? – zapytał Matt.

Amber wskazała Melchiota.

– Wszystko załatwione – powiedziała. – Tak jak uzgodniliśmy, sprawami miasta zajmie się teraz Mel. Zadba o łączność między Radą a ambasadorkami Piotrusiów z Wilczej Przełęczy. Jutro wyślę im wiadomość potwierdzającą nasz wyjazd.

– W takim razie to już pewne, że Zelia i Maylis nie płyną z nami? – Tobias westchnął, bo Zelia wpadła mu w oko podczas ostatniego pobytu w Edenie.

Amber przytaknęła.

– Dziewczyny zostają, żeby zapewnić utrzymanie dobrych stosunków z Dojrzałymi. Bardzo chciałyby wyruszyć z nami, ale ich rola na miejscu jest zbyt poważna, nikt tak jak one nie zna się na zasadach dyplomacji i wszelkich uzgodnieniach między nami a dorosłymi. A gdyby Entropia ogarnęła Eden, stanie się to tym istotniejsze, że trzeba będzie ruszyć na południe, gdzie przyjmą nas Dojrzali.

– Szkoda.

Melchiot poklepał Tobiasa po plecach:

– Nie przejmuj się, wyrusza z wami mnóstwo ładnych dziewczyn!

– Nie to miałem na myśli...

– Jasne...

Amber wykorzystała tę krótką rozmowę Tobiasa z Melchiotem, żeby przysunąć się do Matta.

– Wczorajszy wieczór był cudowny.

Matt nerwowo przeczesał włosy.

– To prawda.

Amber nie była w Edenie prawie półtora miesiąca, chciała bowiem dopilnować końcowych prac przy statku ChloroPiotrusiofilów.

– To, co wczoraj powiedziałam, to szczera prawda. Brakowało mi ciebie. Nie lubię się z tobą rozstawać.

– Postaramy się już nigdy do tego nie dopuścić.

Ich spotkanie przed tygodniem było dość osobliwe, nie tak odświętne, nie tak romantyczne, jak pragnął Matt. Oddalenie i upływ czasu rozluźniły łączącą ich więź, osłabiły zrozumienie. Trzeba było chwili, żeby nastolatkowie znów poczuli się tak bliscy sobie, żeby znów nie krępowała ich samotność we dwoje i żeby odważyli się namiętnie całować. Miniony wieczór spędzili razem, trzymając się za ręce, podziwiając gwiazdy na niebie nad rzeką, tuląc się i obejmując.

– Zdążymy nadrobić stracony czas – dodała Amber. – Teraz nie będziemy się już rozstawali.

Mrugnęła do niego, on odpowiedział tak samo.

– Wieczorem przeprowadzimy wreszcie ostatni test w kościele. Przyłączysz się do nas?

– Jasne!

Poza kontaktami z ChloroPiotrusiofilami Amber nadzorowała projekt, który realizowano w ścisłej tajemnicy pod Edenem. Tę operację wąskie grono wtajemniczonych nazywało „Apollo”.

– Dziś spróbujemy się zaprzyjaźnić ze zmarłymi. Matt, to będzie wielkie wydarzenie. I chwila, która być może przesądzi o naszej przyszłości. Jeżeli nam się uda, mamy szansę odmienić świat.

3 Głos Zmarłych

Długodystansowcy przypadkiem natrafili na ten kościół, penetrując ruiny starego miasteczka leżącego z dala od innych osad, na wschód od Edenu. Szukali tam nadających się jeszcze do użycia narzędzi i ewentualnie żywności.

Nieduży budynek, całkowicie pokryty już mchem i otoczony przez cierniste krzewy, miał ogromną dzwonnicę. Grupa zbliżała się do niego, kiedy na niebie za pasmami chmur dogasały ostatnie blaski dnia. Sześcioro Piotrusiów szło, niosąc latarnie. Szczelnie zapięli peleryny i zasłonili twarze kapturami. Dwójka idąca przodem torowała drogę, wycinając mieczami kolczaste krzaki i wysokie trawy, które odrastały w oszałamiającym tempie. W końcu Piotrusie zbliżyli się do drzwi i otworzyli je. Z ogolonej głowy jednego z chłopców zsunął się kaptur – Floyd zatrzymał się, przepuszczając kompanów, a potem zamknął za nimi drzwi.

– Posprzątaliśmy tu z Tanią i Chenem najlepiej, jak się dało – westchnął – ale to wszystko tak szybko odrasta!

Tylko do części ławek można było się dostać – reszta ginęła pod gęstą roślinnością, która zawładnęła świątynią, oszczędzając tylko ołtarz i chór.

Zdjęli peleryny, a potem wszyscy – Amber, Matt, Chen, Tania i dziewczyna imieniem Aly – ustawili się w końcu nawy.

– Pozwólcie, że przedstawię Aly tym, którzy dotąd nie mieli okazji jej poznać. Pokieruje projektem Apollo, kiedy już wyruszymy.

Nieco onieśmielona Aly skinęła głową. Miała prawie szesnaście lat, sięgające ramion kasztanowe włosy i była dość pulchna.

– Kto wybrał taki kryptonim? – zapytał Matt.

– Ja – odparł Chen. – To na cześć podróży na Księżyc. Bo przecież to, co robimy tu od kilku tygodni, jest trochę jak przygotowanie do takiej wyprawy – próbujemy opuścić Ziemię i zbadać inną planetę. Planetę zmarłych.

– Podjęliście dużo prób?

– Nie tak dużo – włączyła się Tania. – Pod nieobecność Amber woleliśmy zachować ostrożność, a poza tym to się nie dzieje na zawołanie. To bardzo dziwne zjawisko.

– Mam wrażenie, jakby kościół był podłączony do źle zamontowanego kontaktu. Czasami prąd płynie przez kilka minut, a czasami nie ma go przez wiele kolejnych dni.

– To dlaczego przyszliśmy tu akurat teraz?

– Ponieważ ta łączność pojawia się znacznie częściej nocą – zaczął Chen.

– A poza tym w obecności Amber – dodała Tania – to łatwiej przychodzi. Prawdopodobnie obecność Jądra Ziemi wywołuje reakcję.

– Musimy to dokładnie zrozumieć i nawiązać kontakt, o jaki nam chodzi – podjęła Amber. – Żeby po przybyciu do Europy móc wykorzystywać kościoły i wysyłać wam wiadomości.

Matt przypomniał sobie doświadczenia z innego kościoła, sprzed niecałych pięciu miesięcy, i te głosy z książeczek do nabożeństwa.

– Udało wam się już zidentyfikować zmarłych?

– Owszem, wielu – potwierdziła Tania. – To nie takie skomplikowane, bo kiedy kościół ożywa, wystarczy przewracać kartki modlitewników, żeby spotykać różnych wiernych. Wielu mówi w obcych językach, ale Amerykanów też jest sporo, a dla nas najważniejsze było dotąd znalezienie kogoś, kto przyszedł do tego kościoła.

– Znaleźliście go? – ucieszył się Matt.

Tania się uśmiechnęła, zerkając na Chena.

– Chenowi udało się w końcu porozmawiać z pewnym mężczyzną z kościoła w Saint-Louis, które leży niedaleko, a ten wspomniał o Caseyville, bo tak się to kiedyś nazywało. Pomyśleliśmy, że kościoły były blisko siebie, więc może ten mężczyzna pomoże nam zlokalizować duchy z okolicy, ale nic nie wskóraliśmy, ponieważ zmarli niczym się już nie interesują i nie są usłużni. Jednak Chen odkrył coś, co ma dla nas ogromne znaczenie.

Chen podjął:

– Kiedy otwierasz modlitewnik i skupiasz się na sobie, na swojej osobie, miejscu, w którym jesteś, swojej kulturze, łatwiej nawiązujesz kontakt z ludźmi, którzy władają naszym językiem, a przede wszystkim – chodzili do najbliższych kościołów. Jestem pewien, że przy odrobinie wprawy można dotrzeć bezpośrednio do wiernego z tej parafii.

– Czy kiedy rozmawiasz z kimś z konkretnej strony modlitewnika i na przykład za tydzień otwierasz ten sam modlitewnik na tej samej stronie, to trafiasz na tę samą osobę? – zainteresował się Matt.

– Nie, nic nie jest stałe. Duchy są w ciągłym ruchu, a modlitewniki to chyba tylko coś w rodzaju przekaźników czy słuchawki telefonicznej. Od ciebie zależy, czy połączysz się z właściwym numerem. Nazwałem to sobie na razie numerem na chybił trafił, ale gdy dobrze się do tego przygotować, to prawdopodobnie można by wybrać ten, który się chce. Siłą myśli.

Matt odwrócił się w stronę wejścia, przy którym w łagodnym świetle lampy zatrzymał się Floyd.

– Nie przyłączysz się do nas?

– Nie, jestem tu, żeby zadbać o bezpieczeństwo nas wszystkich. Takie nocne przechadzki poza murami Edenu nie należą do bezpiecznych. Wolę mieć oko na to, co się dzieje na zewnątrz.

Pięcioro Piotrusiów uczestniczących w eksperymencie usiadło w pięciu pierwszych ławkach, trzymając w rękach modlitewniki. Przyświecały im niewielkie lampy stojące u ich stóp. Chen i Amber przymknęli powieki, czekając w skupieniu.

Po godzinie Matt zwrócił się do Tani. Oczy wysokiej brunetki spojrzały na niego spod długich rzęs niczym oczy sowy.

– Jak długo to może jeszcze potrwać? – szepnął chłopak.

– Może nawet całą noc. Czasami nic się nie dzieje, a czasami to nie ustaje.

Właśnie wtedy przeciągły zgrzyt sprawił, że aż drgnęli. Drzwi do zakrystii otwierały się powoli, jakby poruszył nimi przeciąg.

Matt wstał, chwytając za miecz, i bezszelestnie zbliżył się do nich. Czuł na karku spojrzenia przyjaciół.

Stojąc w progu, za którym ciągnął się wąski korytarz, uniósł lampę i zobaczył ścianę ciemnych zarośli tarasujących drogę.

– No dobrze, tędy przynajmniej nikt by się nie przedostał ani w jedną, ani w drugą stronę – powiedział do siebie.

W tej samej chwili kościół rozświetlił się na krótko silnym światłem, które biło z tabernakulum, i wszystkie modlitewniki otworzyły się z szelestem kartek, które przewracały się w oszałamiającym tempie przy wtórze setek szeptów. Zaiskrzyło, a potem głosy wypełniły całą nawę zgodnym śpiewem. Jednak niemal natychmiast przerwały tę pieśń.

Matt zauważył, że Chen i Amber wciąż mają zamknięte oczy, skupieni na zadaniu, skoncentrowani na sobie.

Potem błyski ustały i pozostały tylko szepty, tak ciche, jakby dziesiątki ludzi mówiło coś półgłosem pod ławkami.

Matt wrócił do Tani i Aly. Otworzył modlitewnik, nie wybierając konkretnej strony. Wtedy głos dźwięczniejszy od innych przemówił do niego w nieznanym mu języku. Zaczął przewracać kartki, słuchał kolejnych osób, aż wreszcie natrafił na kogoś anglojęzycznego.

– Słyszy mnie pani? – zapytał.

– A kto mówi?

– Matt Carter.

– A ja jestem Jane z Southampton.

– Czy jest pani teraz w Southhampton?

– Nie wiem.

– A gdzie pani jest?

– Tu... Nie wiem. Tak tu ciemno.

Matt przypomniał sobie pierwszą przygodę z głosami. Duchy nie miały poczucia czasu ani przestrzeni. Zdawały się zawieszone w wieczności.

– Czy jest z panią jeszcze ktoś? – zapytał.

– Tak mi się wydaje.

– A może się pani porozumiewać z innymi?

– Możliwe, ale nie próbowałam.

– W takim razie proszę to zrobić.

– Co mam powiedzieć?

– Nie wiem, co pani tylko chce! Może pani na przykład zapytać tego, kto jest najbliżej, jak się nazywa.

Zapadła cisza, która trwała bardzo długo, a potem znów rozbrzmiał głos Jane z Southampton:

– Jest tu ze mną Archie z Southampton.

– Tylko on?

– Innych nie pytałam.

– Więc proszę to zrobić!

Jane znów na chwilę zamilkła.

– Melinda z Southampton, Jeffrey z Southampton, Ned z Southampton i Clarice z Southampton są razem z nami. I jest tu sporo innych.

– A czy wyczuwa pani obecność tych, którzy znajdują się znacznie dalej?

– Tak, wiem, że są bardzo daleko od nas.

– Niech pani spróbuje zagadnąć którąś z tych osób.

– Już to zrobiłam. Rozmawiałam z Netley Abbey.

Matt zwrócił się do Tani i Aly:

– Wydaje mi się, ze Netley Abbey leży nieopodal Southampton – powiedział. Zamierzał coś dodać, ale Chen uniósł rękę, prosząc o ciszę. Potem otworzył modlitewnik, który trzymał na kolanach i nabrał tchu.

– Słyszycie mnie?

– Tak. Kto mówi?

– Nazywam się Chen.

– A ja jestem James, pochodzę z Mascoutah w Illinois.

Tania chwyciła Matta za rękę i mocno ją ścisnęła, ulegając entuzjazmowi.

– Mascoutah leży bardzo blisko stąd! – szepnęła. – Chenowi prawie się udało!

– Szukam kogoś z Caseyville – powiedział Chen.

– Znam Caseyville – odparł głos.

– Był pan tu kiedyś?

– Nie pamiętam. Chyba tak. Może. Ale znam Caseyville.

Tania przechyliła się w stronę Matta:

– Nie mają pamięci. Kiedy się ich o coś wypytuje, przypominają sobie strzępy przeszłości, ale i to na krótko.

Matt skinął głową, już poprzednio zauważył tę dziwną cechę zmarłych.

Tymczasem Chen wytrwale próbował:

– A czy teraz w pobliżu pana jest ktoś z Caseyville?

– Nie wiem.

– Mógłby pan go poszukać? Popytać?

– Nie wiem.

Chen westchnął, zamykając modlitewnik.

– Denerwuje mnie to! – wyjęczał. – Wszystko im trzeba tłumaczyć, może nawet godzinami... Prawie mi się udało! Mascoutah jest tak blisko stąd!

Aly wskazała ruchem głowy Amber i Chen zamilkł, patrząc na nią.

Amber otworzyła modlitewnik, nie otwarłszy oczu.

– Jestem Amber z Edenu w Innym Świecie. A kim wy jesteście?

– Nie słyszałam o Edenie – odparł kobiecy głos.

– Nie dziwię się. – Amber mówiła spokojnym, dodającym otuchy tonem. – To nowe miasto. A skąd pani pochodzi?

– Jestem Patricia z Caseyville w Illinois.

Wszyscy Piotrusie uśmiechnęli się, wymieniając porozumiewawcze, triumfalne spojrzenia. Udało się zrobić pierwszy krok. Teraz trzeba było uporać się z najtrudniejszym. Amber nie zamierzała tracić czasu:

– Patricio z Caseyville, potrzebna mi pani pomoc. Muszę skontaktować się z kimś takim jak pani, ale dużo dalej. Może nam pani to ułatwić.

– Nie wiem. Nie potrafię tego zrobić.

– Musi pani rozesłać wiadomość przez wszystkich wokół siebie. Trzeba powiedzieć tym, którzy są bliżej, że szuka pani Jane z Southampton w Anglii. Żeby mogła przekazać moją wiadomość. Że Amber miewa się dobrze i planuje podróż do Europy. Musi przekazać tę wiadomość Mattowi. Może pani to przekazać?

– Spróbuję. Powtórzę to wszystkim wokół mnie.

Głos z modlitewnika zamilkł.

Amber potoczyła wzrokiem po przyjaciołach.

– Chen, miałeś rację, tak się koncentrując. To działa!

– Użyłaś mocy Jądra Ziemi, żeby osiągnąć cel?

– Nie, oczywiście, że nie. Matt, masz jeszcze kontakt z Jane z Southampton?

Matt skinął głową.

– Trzymajmy teraz kciuki – szepnęła Aly. – Jeżeli to zadziała, to po przyjeździe do Europy będziecie mogli się z nami kontaktować.

– To musi się udać – powiedziała Tania. – Po prostu musi. Jeżeli nie będziemy mieli łączności, cała ta wyprawa może okazać się bezsensowna.

W kościele znów rozbrzmiał głos Patricii z Caseyville:

– Przekazałam tu wszystkim waszą wiadomość.

– Dziękuję, Patricio – powiedziała Amber, zanim delikatnie odłożyła otwarty na tej samej stronie modlitewnik na ławkę. – Teraz, przyjaciele, pozostaje nam tylko czekać...

I czekali przez całą noc. Matt wielokrotnie pytał Jane z Southampton, czy ma dla niego wiadomość, ale Jane nie rozumiała i na tym rozmowa się kończyła.

I wreszcie, zanim zaczęło świtać, wszystkie szepty ucichły.

Wtedy wszystko naprawdę się skończyło.

Piotrusie przysypiali, a do Edenu wrócili nie tylko przybici, ale i bardzo zmęczeni.

Wiedzieli, że nie wszystko jeszcze stracone, jednak mieli dużo pracy przed wyruszeniem w daleką drogę.

W drodze powrotnej Amber podeszła do Aly.

– Będziesz musiała dobrać sobie zespół, żeby w kościele zawsze ktoś dyżurował. Ma słuchać głosu z modlitewników i wyszukiwać wiadomości. Spróbujemy namierzyć Patricię z Caseyville.

– Będziemy nasłuchiwać dniem i nocą.

– Zbierz odpowiednio dużą grupę ludzi i pamiętaj, żeby zawsze towarzyszyli im strażnicy, którzy zapewnią im ochronę. Floyd ma rację, to miejsce nie jest bezpieczne, zwłaszcza nocą.

– Nie martw się. Jeżeli wyślecie nam wiadomość z Europy, to zrobimy wszystko, żeby ją odebrać.

W małych książeczkach do nabożeństwa Piotrusie pokładali wielkie nadzieje. Przede wszystkim wiarę w to, że uda się nie zrywać kontaktu z członkami wyprawy. Bo ci, którzy mieli wziąć w niej udział, wiedzieli, że może to być podróż tylko w jedną stronę. I nikt się nie łudził – płynęli za ocean na nieznany im ląd, na wiele miesięcy, a może nawet lat.

A gdyby przyszło im kiedyś tu wrócić, to już jako dorosłym ludziom.

I chyba to było najgorsze.

4 Kwestia punktu widzenia

Na równinie na wschód od Edenu zebrała się istna armia.

Dziesiątki wozów załadowanych zesznurowanymi tobołkami, wiklinowymi kuframi, drewnianymi skrzyniami czekało, aż zaprzęgną do nich muły. Te wozy, które wkrótce miały odjechać, tworzyły drugą linię murów obronnych Edenu. Niemal setka psów dorównujących wielkością koniom tworzyła kawalerię, a blisko tysiąc ochotników wybranych do udziału w wyprawie za ocean zaczynało się schodzić, niosąc na plecach bagaż osobisty.

Większość była uzbrojona w noże i sztylety, toporki, czasem w najeżone kolcami maczugi, bo droga nad ocean była daleka i wszyscy się spodziewali, że przyjdzie im nieraz stawić czoło różnym zagrożeniom.

Prawdę mówiąc, najgorsze było to, że nie wiedzieli, co ich czeka w Europie. Nie mieli pojęcia, czy płyną tam, żeby stoczyć wojnę, prowadzić mozolną wyprawę badawczą, czy też żeby nawiązać kontakty dyplomatyczne z nowym ludem. Nikt też nie wiedział nawet, czy Burza przetoczyła się przez Europę, czy ktoś przeżył, czy miejscowi Piotrusie i Dojrzali żyli w zgodzie, czy może i tam pojawili się Cynicy – dorośli pozbawieni pamięci, okrutni i wojowniczy.

Matt dosiadał Kudłatej, która truchtała z dala od tłumu po grzbiecie wzgórza ciągnącego się wzdłuż doliny. Obok niego na Gusie, potężnym bernardynie, jechał Tobias.

– To wszystko zajmie więcej czasu, niż przypuszczałem. – Matt westchnął.

– Dużo ludzi, dużo sprzętu, ale przypuszczam, że za godzinę będziemy gotowi.

– Trzeba będzie utworzyć oddział posłańców, żeby rozkazy z czoła grupy sprawnie docierały na tyły.

– Zajmę się tym. Floyd mi pomoże. Wykorzystamy psią kawalerię.

– Tak czy inaczej, nie przejdziemy niepostrzeżenie.

– To jakiś problem?

– W pewnym sensie to dobrze, bo tak liczna grupa odstraszy większość drapieżców, ale też każdy może nas tropić.

– Kogo masz na myśli? Przecież teraz nie mamy już wroga.

– Mieliśmy i dalej mamy wrogów, Toby.

– Ale dlaczego? Przecież nikomu nie robimy nic złego!

– Zajmujemy miejsce, niektórzy na pewno nam zazdroszczą, a wśród Dojrzałych wciąż są ludzie, których zdaniem Spijacz Niewinności miał rację, że Przymierze z Piotrusiami to zły pomysł i że powinniśmy być ich niewolnikami. Poza tym są Żarłocy i pamiętaj, że nie wiemy, czy osiągnęli wyższy poziom rozwoju, z pewnością jednak żyją teraz w dzikich plemionach. Nie muszę nawet wspominać o Dręczycielach z Entropii – pamiętaj, co zrobili z Piotrusiami z Fortu Kara!

– Jon i jego ludzie... – Tobias posmutniał, wspominając tragiczny los przyjaciół, ich szarą skórę pokrytą poczerniałymi żyłami i te hebanowe oczy.

– Kto powiedział, że w lasach, które musimy przemierzyć, nie ma więcej tak opętanych Piotrusiów, którzy donoszą Gglowi, że nie będą nas tropić, a może nawet atakować?

– A Spijacz Niewinności? Uważasz, że wciąż na nas czyha?

– Na jego miejscu starałbym się, żeby świat o mnie zapomniał, a przede wszystkich nie chciałbym wpaść w ręce króla Balthazara. Jeżeli nie jest szalony, to teraz mieszka gdzieś daleko, bardzo daleko na południu albo na zachodzie, zagrzebany w jakiejś dziurze.

– Z nim nigdy nic nie wiadomo...

– I właśnie dlatego prosiłem Zelię i Maylis, żeby miały się na baczności w fortecy na Wilczej Przełęczy. Będą bardzo czujne, a poza tym mogą przecież liczyć na pomoc Balthazara. To wiele znaczy.

Kudłata zwolniła, wspinając się na skalisty wierzchołek, który dominował nad całą doliną, a Gus dreptał za nią.

Ze szczytu Matt i Tobias ujrzeli zapierający dech w piersiach widok: za doliną płótna rozciągnięte między niektórymi domami i wytyczające bazary, ogromna jabłoń w centrum, srebrzysta wstęga rzeki wijąca się przez miasto, warzywniaki, lasy i wzgórze amfiteatru, które rozbudziło w Matcie złe wspomnienia.

– Będzie mi tego brakowało – powiedział Tobias. – Przywykłem do naszego życia. A ty?

Tobias obserwował przyjaciela, który patrzył na ten pejzaż z determinacją, bez cienia melancholii.

– Nie, ty nie będziesz tęsknił za Edenem – stwierdził Tobias. – Znów możesz działać, a przecież zawsze potrzebowałeś ruchu.

– Tego wymaga nasz świat, trzeba jeszcze tyle zrobić, żeby zapewnić nam miejsce na tej ziemi.

– I ciebie to nie przeraża? Nie zastanawiasz się nawet, co będziesz robił, kiedy wszystko już poznamy i kiedy wreszcie będziemy mogli spokojnie żyć?

– Na to nie starczy jednego życia.

Matt spojrzał na Tobiasa i porozumiewawczo się do niego uśmiechnął.

– My – dodał – jesteśmy pionierami, do nas należy przygotowanie terenu dla przyszłych pokoleń.

Tobias uniósł brwi, niezbyt zachwycony tą wizją.

– Myślenie o przyszłych pokoleniach oznacza, że musimy dorosnąć, dojrzeć, mieć dzieci... Nie jestem pewien, czy mam na to ochotę.

Matt gorzko się zaśmiał.

– Niech tylko zauroczy cię jakaś śliczna dziewczyna, a sam się przekonasz.

– Może... Ale jeżeli właśnie na tym polega zakochanie się, to naprawdę tego nie chcę.

Matt znów się uśmiechnął.

Przyjaciele zwrócili oczy na morze ludzi, którzy stopniowo wypełniali równinę. Potem, zanim wrócili, Tobias zapytał:

– Ile twoim zdaniem zajmie nam podróż na wybrzeże?

– Z pewnością ponad miesiąc marszu.

– Aż tyle? A przeprawa przez ocean?

– Nie wiem, być może kolejny miesiąc.

– Nie boisz się tego, co możemy tam zastać?

– Owszem, trochę. Ale mamy ważny cel.

– Pozostałe Jądra Ziemi – szepnął Tobias.

– Tak, jeszcze dwa.

– Jesteś pewien, że Amber może je wchłonąć... nie ryzykując?

– Mam nadzieję.

– Kiedy się nad tym zastanawiam, to nachodzi mnie myśl, że taki ogrom energii może ją rozsadzić!

Matt zagryzł usta. Nie lubił słuchać takich wynurzeń, choć musiał przyznać, że sam także często o tym myślał. Kiedy widział moc energii Jądra Ziemi, jaką Amber już teraz nosiła w sobie, zaczynał się obawiać, że kolejna dawka będzie oznaczała przekroczenie granic wytrzymałości i doprowadzi Amber do szaleństwa albo wyniszczy ją wewnętrznie.

– Mimo wszystko trzeba to zrobić – stwierdził.

– A jeśli cała ta moc nie wystarczy do pokonania Ggl?

– O tym wolę nawet nie myśleć, Toby.

– Czasami mi się wydaje, że to, co robimy, nie ma sensu. Ggl próbował za wszelką cenę schwytać Amber, żeby przejąć to, co w sobie nosi. A zatem on chce to mieć, nie boi się tej mocy!

– Musimy zaufać Amber. Czuła, że Jądro Ziemi wzbudza strach w Dręczycielach. To ogromna energia. Jeżeli znajdzie się w naszych rękach, może zdołamy zniszczyć Ggla, ale jeżeli to on dotrze do niej pierwszy, wchłonie energię źródłową, jak ją nazywa, i stanie się jeszcze potężniejszy. A to oznacza nasz koniec.

Tobias cicho jęknął. Przerażała go ta perspektywa.

– Jeżeli po przybyciu do Europy okaże się, że sytuacja jest gorsza, niż oczekujemy – podjął Matt – utworzymy małą grupę i skoncentrujemy się na naszej misji, a wszyscy pozostali spróbują rozwiązać problemy metodami dyplomatycznymi albo zbrojnie. Jeżeli jednak nie natrafimy na żadne przeszkody, wszyscy zejdziemy na ląd. Tak czy inaczej, musimy przygotować się na trudną misję.

– W żadnym razie my troje – ty, Amber i ja – nie możemy się rozdzielać. Będąc razem, ze wszystkim zdołamy sobie poradzić, prawda?

Tobias z wyraźnym niepokojem obserwował Matta. Chciał znaleźć w nim wsparcie. Bał się tej podróży.

Matt skinął głową.

– Przymierze Trojga – powiedział.

– Przymierze Trojga – powtórzył Tobias.

Niespełna kilometr od nich, na skraju rozległego lasu, czekał przykryty plandeką wóz, przy którym stały osiodłane konie.

W środku, w półmroku, chudy mężczyzna z cienkim, siwym wąsikiem wyprostował się, przyjaźnie klepnąwszy po policzku nastolatka, który wcale na to nie zareagował. Małe oczy mężczyzny rozbłysły, zdradzając podłość i przewrotność.

– Będę was troskliwie odżywiał przez całą podróż – powiedział. – A teraz ułóż się w tej skrzyni.

Chłopak usłuchał i położył się na kocu w czymś podobnym do trumny. Obok, w identycznej skrzyni, czekała w milczeniu dziewczyna.

Mężczyzna wygiął szyję, aż strzeliły mu kręgi, i spojrzał na dwóch towarzyszących mu ludzi, dwóch Dojrzałych w ciemnych zbrojach. Jeden z nich, o czym świadczył herb, służył królowi Balthazarowi.

– Lepiej już odejdźcie, nie chcę, żeby dzieciaki z Edenu was zauważyły. Wracajcie jak najszybciej do Colina i do naszej floty. Powiedzcie mu, że zgodnie z planem dołączam do karawany tych smarkaczy. Odtąd będziemy się kontaktować przy użyciu ptaków.

– Panie, chyba nie chcesz sam wmieszać się w ten tłum dzieciaków?

Spijacz Niewinności wykrzywił się w szyderczym grymasie.

– Uważacie mnie za idiotę?

Wsunął rękę pod brudną koszulę nastolatka i chwycił pierścień wbity w pępek chłopca, a potem obrócił go w ciele swojego niewolnika. Ledwie nastolatek zmarszczył z bólu brwi, a już Spijacz Niewinności jakby zaczął się rozpływać i na nowo formować. Przemiana dokonała się w sekundę – mężczyzna przybrał wygląd chłopca. Zdradzały go już tylko ubrania dorosłego.

Dwóch Cyników aż się cofnęło ze zdumienia.

– Naucz się wykorzystywać siłę przeciwnika – powiedział głosem nastolatka Spijacz Niewinności.

Żołnierze osłupieli.

– To magia! – powiedział pierwszy.

– Nie, to przemiana tych dzieciaków – poprawił go Spijacz Niewinności. – Chłopak i dziewczyna mają zdolność dawania mi swojej postaci. Dzięki temu będę mógł niepostrzeżenie przechodzić z jednego w drugie i nikt się nie dowie, że jestem na statku.

– To znaczy, że przez całą drogę nie będzie pan miał... swojej twarzy?

– Dopóki będę karmił tych dwoje. Nikt się o tym nie dowie. Ukryję ich skrzynie w bezpiecznym miejscu, w ładowni statku.

– Ale czy takie przedsięwzięcie nie jest zbyt ryzykowne, kiedy podejmuje się je w pojedynkę?

– Mam wśród dzieciaków swojego szpiega! Dzięki temu wiem, co robią. No, jedźcie już, muszę się przebrać w ubrania na swoją nową miarę.

Dwaj mężczyźni unieśli brezent na tyle wozu i zeskoczyli na ziemię.

– Popłyniecie za mną. W sumie mamy trzy statki. Będziecie się trzymali w pobliżu, więc tak naprawdę wcale nie będę sam – przypomniał im na pożegnanie Spijacz Niewinności.

– A ci posłańcy, których wyprawił pan na północ? Jak nas odnajdą?

– Właśnie, co mamy zrobić, gdyby istota, która nadciąga we mgle z północy, chciała się z panem skontaktować? – zaniepokoił się drugi z żołnierzy.

– Jeżeli emisariusze, których tam wysłałem, przeżyli tyle czasu, to będą wiedzieli, dokąd iść, bo znają nasze plany. Więcej wiary, przyjaciele, wasz pan o wszystkich pomyślał... o wszystkim.

Dwaj Cynicy wsiedli na konie i z szacunkiem skłonili głowy przed nastolatkiem, który wyniośle na nich patrzył.

– Wkrótce – rzucił – będziemy w Europie, a tam potrafię znaleźć nowych sprzymierzeńców. Bądźcie spokojni. Przeżywamy trudny okres, ale już niedługo odzyskamy silną pozycję. Jednak tym razem nie pozwolę już, żeby wymknął mi się choć jeden smarkacz. Dopadnę wszystkich.

Żołnierze pokiwali głowami, odzyskując nadzieję.

– Zacznę od ścięcia łba wrogowi – dodał Spijacz Niewinności. – Podczas rejsu przez ocean pozbędę się trzech gówniarzy, którzy są mózgami tej zgrai.

Żołnierze porozumieli się wzrokiem. Ten nastolatek zaczął ich przerażać. Prowadził jakąś osobistą rozgrywkę, załatwiał własne porachunki. To było dla nich oczywiste.

Spięli konie i ruszyli przez zarośla na południe.

Nadeszła godzina zemsty.

Wybiła dla wszystkich Cyników, którzy nie utożsamiali się z Balthazarem, dla tych, którzy marzyli o sprowadzeniu Piotrusiów do roli niewolników. I dla tych wszystkich, którzy dzieci uważali za zagrożenie.

Nadszedł czas buntu, czas, by pójść za Spijaczem Niewinności.

On jeden mógł poprowadzić ich do zwycięstwa.

5 W drodze

Największe wrażenie robiły tumany pyłu wznoszące się nad konwojem.

Ta brązowa smuga wzbijała się wysoko w niebo, ciągnęła się na odcinku kilkuset metrów i stopniowo się rozpraszała, daleko za ostatnimi wozami.

Odległość od czoła do końca kolumny sięgała kilometra. Pierwsza jechała psia kawaleria, ostatni – piechurzy i wozy z zapasami żywności.

Prowadzący – Matt, Amber i Tobias – odbierali meldunki od zwiadowców, którzy ruszyli przodem, i przekazywali je Klarze i Archibaldowi, dwójce Piotrusiów odpowiedzialnych za badanie nieznanych terenów.

Żaden z członków Przymierza Trojga nie chciał wziąć na siebie tego obowiązku. Uważali, że lepiej będzie, jeśli pozostawią innym takie zadania, zwłaszcza że liczyli się z koniecznością odłączenia od grupy, by w nielicznym gronie szukać Jąder Ziemi. Trzeba było wyłonić nowych przywódców, dać im czas na zyskanie autorytetu, na naukę dowodzenia, podejmowania decyzji, narzucania rytmu. W Edenie przeprowadzono głosowanie, żeby wybrać z grona ochotników chłopaka albo dziewczynę, którzy reprezentowaliby wszystkich i cieszyli się powszechnym zaufaniem.

Klara i Archibald zostali wybrani, ponieważ zdobyli popularność, przez wielu byli lubiani i cenieni za rozsądek. Oboje mieli po szesnaście lat, choć więc w zasadzie byli bardzo młodzi, w świecie Piotrusiów osiągnęli już wiek rozwagi – byli poważniejsi od dzieci, ale nie na tyle dojrzali, by uważać się za dorosłych.

Klara wzięła na siebie więcej obowiązków społecznych – nadzorowała transport, rozstrzygała konflikty międzyludzkie, odpowiadała za organizację, natomiast Archibald zajął się logistyką i strukturą konwoju oraz utrzymaniem odpowiedniego tempa podróży. Jednak wszelkie kwestie militarne, dopóki członkowie Przymierza Trojga byli obecni, pozostawały pod nadzorem Matta, którego Klara i Archibald pytali o zdanie za każdym razem, gdy zwiadowcy wykryli zagrożenie. Wiedzieli, że muszą się przygotować do rzeczywistego kierowania Piotrusiami od chwili przybicia do wybrzeży Europy.

We wszelkich sprawach dyplomatycznych oboje byli uprawnieni do przemawiania w imieniu całego ludu Piotrusiów i ta wielka odpowiedzialność spoczywała na ich barkach.

Klara była smagła i ciemnowłosa, w przeciwieństwie do Archibalda – bladego i jasnowłosego. Łatwo wpadała w gniew, on, z natury flegmatyczny, rzadko dawał się wyprowadzić z równowagi. Ona patrzyła na każdy problem w szerszym kontekście, on długo rozważał każdą kwestię z osobna, za to gruntownie. Oboje władali wieloma językami, doskonale się rozumieli, byli cierpliwi i gotowi każdego wysłuchać. Tworzyli duet, który dawał innym poczucie bezpieczeństwa i spokoju, a poza tym wzbudzał zaufanie.

W południe piątego dnia podróży ogromny nowofundland galopem podbiegł do czoła kolumny. Dosiadający go Piotruś imieniem Devon zatrzymał się obok Matta.

– Dostrzegliśmy całą kolonię Żarłoków! Są dokładnie przed nami, około trzech kilometrów stąd.

– Ilu ich jest?

– Setki! Od czasu wojny nigdy nie widziałem ich tylu w jednym miejscu.

Matt zacisnął pięści. Kiedyś Malroncji udało się zebrać parę stad Żarłoków, którym dawała żywność, zachowując się jak bóg, a oni jej służyli, zaślepieni aż tak, że rzucili się do walki z Piotrusiami. Prawie wszyscy przypłacili to życiem. Ci nieliczni, którzy ocaleli, dołączyli do innych stad i już nigdy nie zbliżali się do dorosłych. Od tamtej pory słuch o nich zaginął. Fakt, że znów pojawiła się tak liczna gromada, był złym znakiem. Żarłocy zaczynali rozumieć, że w jedności siła.

– Jest nas tak dużo, że nie powinni odważyć się na atak – włączył się do rozmowy Tobias.

– Nie byłbym taki pewny – odparł Matt. – Żarłocy bywają czasem niewyobrażalnie głupi i nie potrafią się pohamować, kiedy przyjdzie im ochota nabić nas na włócznie i upiec nad ogniskiem na kolację. Lepiej byłoby ich ominąć.

– Ale to oznacza okrążenie wielkiego lasu – powiedział Devon.

– Dużo drogi byśmy nadłożyli?

– Według Długodystansowców, którzy penetrowali teren, co najmniej tydzień.

Matt westchnął. Wiedział, że w obliczu zagrożenia, jakie stanowiła dla Edenu Entropia, czas był bezcenny.

– Dziękuję, Devonie. Przekażę tę wiadomość Klarze i Archibaldowi, którzy podejmą ostateczną decyzję.

Olbrzymi nowofundland zawrócił i ruszył pędem, wyrywając łapami kępy trawy.

– Żarłocy czy czas? – zapytał Tobias.

– Tydzień to o wiele za dużo, nie możemy sobie pozwolić na takie opóźnienia. Opowiem się za niezbaczaniem z trasy, wyślemy jednak psy na boki kolumny, żeby nas ochraniały. Przygotuj łuczników, niech ruszą w małych dziesięcio-, piętnastoosobowych oddziałach i zajmą pozycję co sto metrów, wewnątrz kolumny. Niech nikt nie strzela bez powodu, ale w razie ataku trzeba bezlitośnie rozprawić się z napastnikami. Nie chcę, żeby zbytnio się do nas zbliżyli.

Tobias skinął głową na znak zrozumienia i aprobaty, a potem pociągnął Gusa za sierść po prawej stronie karku. Pies natychmiast skręcił we wskazanym kierunku.

Matt powiódł wzrokiem za oddalającym się przyjacielem.

Jeszcze nie opuścili kontynentu, a już zaczęły się kłopoty.