Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 659 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 19 godz. 52 min Lektor: Leszek Filipowicz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 19 godz. 52 min Lektor: Leszek Filipowicz

Opis ebooka Outsider - Stephen King

Bestialska zbrodnia. Śledztwo pełne znaków zapytania. Stephen King, znajdujący się w szczególnie owocnym okresie twórczości, przedstawia jedną ze swoich najbardziej niepokojących i wciągających opowieści.

W parku miejskim znalezione zostaje zmasakrowane ciało jedenastoletniego chłopca. Naoczni świadkowie i odciski palców nie pozostawiają wątpliwości: sprawcą zbrodni jest jeden z najbardziej lubianych obywateli Flint City. To Terry Maitland, trener drużyn młodzieżowych, nauczyciel angielskiego, mąż i ojciec dwóch córek. Detektyw Ralph Anderson, którego syna Maitland kiedyś trenował, nakazuje przeprowadzić natychmiastowe aresztowanie w świetle jupiterów. Maitland ma wprawdzie alibi, ale Anderson i prokurator okręgowy wkrótce zdobywają kolejny niezbity dowód: ślady DNA. Sprawa wydaje się oczywista.

Kiedy w toku śledztwa zaczynają wychodzić na jaw przerażające szczegóły, porywająca opowieść Kinga wchodzi na wyższe obroty, napięcie narasta, aż staje się niemal nie do zniesienia. Terry Maitland na pozór jest miłym człowiekiem, ale czy ma drugie oblicze? Odpowiedź szokuje – tak jak szokować potrafi tylko Stephen King.

Stephen King jest autorem ponad pięćdziesięciu światowych bestsellerów. Jego najnowsze książki to Trylogia o Billu Hodgesie – "Pan Mercedes" (nagrodzona Edgar Award dla najlepszej powieści), "Znalezione nie kradzione" i "Koniec warty" – oraz zbiór opowiadań "Bazar złych snów". Na podstawie jego epickiego cyklu "Mroczna wieża" powstał film z Idrisem Elbą i Matthew McConnaugheyem w rolach głównych. W 2014 roku King otrzymał National Medal of Arts, a w roku 2003 National Book Foundation Medal za zasługi dla literatury amerykańskiej. Mieszka w Bangor w stanie Maine ze swoją żoną, pisarką Tabithą King.

Opinie o ebooku Outsider - Stephen King

Fragment ebooka Outsider - Stephen King

 

Tytuł oryginału

THE OUTSIDER

Copyright © 2018 by Stephen King

All rights reserved

Projekt okładki i ilustracja na okładce

Will Staehle/Unusual Corporation

Opracowanie graficzne okładki

Ewa Wójcik

Redaktor serii

Joanna Maciuk

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Katarzyna Kusojć, Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8123-772-7

Warszawa 2018

Wydawca

 

Randowi i Judy Holstonom

 

Myśl nadaje światu pozory ładu tylko w oczach człowieka na tyle słabego, że daje się tym pozorom zwieść.

Colin Wilson

Kraina ślepców

 

ARESZTOWANIE

14 lipca

 

1

Samochód był nieoznakowany, ot, nijaki kilkuletni, amerykański sedan, ale zdradzały go czarne opony i trzyosobowa załoga. Z przodu dwóch w niebieskich mundurach, z tyłu wielki jak dom facet w marynarce. Dwaj czarni chłopcy stojący na chodniku − jeden z nogą opartą na porysowanej pomarańczowej deskorolce, drugi z limonkową deską pod pachą − patrzyli, jak wóz skręca na parking parku Rekreacji imienia Estelle Bargi, po czym spojrzeli na siebie.

– Gliny – orzekł jeden.

– Co ty powiesz – odparł drugi.

Nie mówiąc ani słowa więcej, odjechali na deskorolkach. Zasada była prosta: kiedy zjawiają się gliny, pora wiać. Życie czarnych się liczy, wpoili im rodzice, ale niekoniecznie dla policji. Na stadionie bejsbolowym publiczność zaczęła wiwatować i rytmicznie klaskać – trwała ostatnia, dziewiąta runda. Flint City Golden Dragons, przegrywający jednym punktem, byli stroną atakującą.

Chłopcy nie obejrzeli się za siebie.

 

2

Zeznanie Jonathana Ritza (10 lipca, 21:30, przesłuchujący detektyw Ralph Anderson)

 

Detektyw Anderson: Wiem, że jest pan zdenerwowany, panie Ritz, to zrozumiałe, ale muszę wiedzieć, co dokładnie widział pan dzisiejszego wieczoru.

Ritz: Nigdy tego nie zapomnę. Nigdy. Chyba potrzeba mi procha. Valium czy czegoś. Nigdy nie brałem, ale teraz byłoby jak znalazł. Do tej pory mam serce w gardle. Trzeba uprzedzić waszych techników, że jeśli znajdą na miejscu rzygi, a pewnie znajdą, to te rzygi są moje. I wcale się tego nie wstydzę. Każdy puściłby pawia, gdyby coś takiego zobaczył.

Detektyw Anderson: Jestem pewien, że po naszej rozmowie lekarz przepisze panu coś na uspokojenie. Chyba mogę to załatwić, na razie jednak chcę, żeby myślał pan trzeźwo. Rozumie to pan, prawda?

Ritz: Tak. Oczywiście.

Detektyw Anderson: Proszę po prostu powiedzieć, co pan widział, i na dzisiaj skończymy. Może pan to dla mnie zrobić?

Ritz: Dobrze. Koło szóstej wyszedłem z Dave’em na spacer. Dave to nasz beagle. O piątej dostaje kolację. Ja i żona jemy o wpół do szóstej. O szóstej Dave jest gotów załatwić, co ma do załatwienia – to znaczy grubsze i drobniejsze sprawy, rozumie pan. Ja go wyprowadzam, a Sandy, moja żona, zmywa naczynia. To sprawiedliwy podział obowiązków. Sprawiedliwy podział obowiązków jest bardzo ważny w małżeństwie, zwłaszcza jak już dzieci dorosną, oboje tak uważamy. Oj, za bardzo się rozgadałem, prawda?

Detektyw Anderson: To nic, panie Ritz. Niech pan mówi po swojemu.

Ritz: Och, proszę mi mówić Jon. Nie znoszę, kiedy ludzie nazywają mnie panem Ritzem. Jakbym był krakersem. Tak na mnie wołali w szkole. Krakers Ritz.

Detektyw Anderson: Mhm. A więc był pan z psem na spacerze…

Ritz: Zgadza się. I kiedy złapał mocny trop – zapach śmierci, jak się domyślam – musiałem trzymać smycz obiema rękami, choć Dave to mała psina. Wyrywał się do tego, co poczuł. Wtedy…

Detektyw Anderson: Chwileczkę, cofnijmy się. Wyszedł pan ze swojego domu na Mulberry Avenue 249 o godzinie szóstej…

Ritz: Może trochę wcześniej. Poszliśmy z Dave’em w dół wzgórza, do Gerald’s, to te delikatesy na rogu, w których sprzedają różne specjały, potem na Barnum Street i stamtąd do Figgis Park. Dzieciaki nazywają go Fagas Park. Myślą, że dorośli nie wiedzą, że nie słuchamy, co mówią, ale my słuchamy, pewnie, że tak. Przynajmniej niektórzy z nas.

Detektyw Anderson: Czy co wieczór chodzicie tą samą trasą?

Ritz: Och, czasem trochę ją zmieniamy, żeby nam się nie znudziło, ale przed powrotem do domu prawie zawsze zahaczamy o park, bo tam Dave ma dużo rzeczy do obwąchania. Koło parku jest parking, o tej porze zazwyczaj pusty, chyba że dzieciaki ze szkoły średniej akurat grają w tenisa. Dzisiaj ich nie było, bo korty są ziemne, a wcześniej padało. Na parkingu stał tylko biały van.

Detektyw Anderson: Dostawczy?

Ritz: Zgadza się. Z tyłu żadnych okien, tylko podwójne drzwi. Taki, w jakich małe firmy przewożą towar. Możliwe, że econoline, ale głowy bym nie dał.

Detektyw Anderson: Czy była na nim wypisana nazwa firmy? Na przykład Klimatyzacja Sam’s albo Okna Bob’s? Coś w tym rodzaju?

Ritz: Nie, nie. Zupełnie nic. Był brudny, tyle mogę panu powiedzieć. Dawno niemyty. Opony były uwalane błotem, pewnie jechał w deszczu. Dave obwąchał koła i poszliśmy jedną ze żwirowych ścieżek przez park. Kilkaset metrów dalej Dave zaczął szczekać i wbiegł w krzaki po prawej stronie. To wtedy złowił ten zapach. Mało mi smyczy nie wyrwał. Ciągnąłem go do siebie, ale nie chciał przyjść, przewrócił się tylko na bok, drapał ziemię łapami i dalej szczekał. Przykróciłem więc smycz – jest automatyczna, to duże ułatwienie – i poszedłem za nim. Nie jest już szczeniakiem, więc wiewiórki niezbyt go interesują, ale pomyślałem, że może wyczuł szopa. Po kilku krokach zamierzałem zmusić go do powrotu na ścieżkę − czy tego chce, czy nie, psu trzeba pokazać, kto rządzi − tyle że właśnie wtedy zauważyłem pierwsze krople krwi. Były na liściu brzozy, mniej więcej na wysokości mojej piersi, czyli pewnie z półtora metra nad ziemią. Kawałek dalej była następna kropla, też na liściu, a potem cała plama na krzakach. Jeszcze czerwona i mokra. Dave obwąchał ją, ale ciągnął mnie dalej. I proszę posłuchać, zanim zapomnę: mniej więcej wtedy usłyszałem za sobą dźwięk zapalanego silnika. Może nie zwróciłbym na to uwagi, tyle że był dość głośny, jakby tłumik nawalił. To było takie dudnienie, rozumie pan?

Detektyw Anderson: Uhm, rozumiem.

Ritz: Nie mogę przysiąc, że to był ten biały van, a potem wracałem inną trasą, więc nie wiem, czy rzeczywiście odjechał, ale idę o zakład, że tak. Wie pan, co to znaczy?

Detektyw Anderson: Powiedz mi, co to według ciebie znaczy, Jon.

Ritz: Że być może mnie obserwował. Morderca. Stał wśród drzew i na mnie patrzył. Skóra cierpnie, kiedy o tym myślę. Teraz, bo wtedy to byłem skupiony głównie na krwi. I na tym, żeby Dave nie wyrwał mi ręki ze stawu. Zaczynałem się bać, przyznaję bez wstydu. Żaden ze mnie kawał chłopa i choć staram się trzymać formę, mam sześć krzyżyków na karku. Nawet jako dwudziestolatek nie byłem skory do bitki. Ale musiałem to sprawdzić. A nuż ktoś był ranny.

Detektyw Anderson: To ci się chwali. Która mniej więcej była godzina, kiedy zobaczyłeś ślady krwi?

Ritz: Nie spojrzałem na zegarek, ale gdzieś tak dwadzieścia po szóstej. Może dwadzieścia pięć. Pozwoliłem, żeby Dave mnie prowadził, trzymałem go blisko, tak żebym mógł się przedzierać przez gałęzie, pod którymi on swobodnie przechodził na swoich krótkich nóżkach. Wie pan, co się mówi o beagle’ach – wysoko zadarty nos, ale niskie zawieszenie. Ujadał jak szalony. Wyszliśmy na polanę, taką jakby… nie wiem, taki zakątek, gdzie zakochane pary mogą się poprzytulać. Na środku stała granitowa ławka, cała zalana krwią. Ileż tam jej było. I na ławce, i pod ławką. Ciało leżało w trawie obok niej. Biedny chłopaczyna. Głowę miał odwróconą do mnie, oczy otwarte, a z gardła nie zostało nic. Tylko czerwona dziura. Jego dżinsy i majtki były zsunięte do kostek i zobaczyłem coś… chyba uschniętą gałąź… sterczącą z jego… jego… wie pan z czego.

Detektyw Anderson: Tak, wiem, ale musi pan to podać do protokołu, panie Ritz.

Ritz: Leżał na brzuchu, a gałąź sterczała mu z tyłka. Też zakrwawiona. Była częściowo obdarta z kory i był na niej ślad dłoni. Widziałem go wyraźnie. Dave już nie szczekał, tylko wył. Biedak… Nie wiem, kto mógłby zrobić coś takiego. To musiał być jakiś psychol. Dorwiecie go, detektywie Anderson?

Detektyw Anderson: Tak. Dorwiemy go.

 

3

Parking przy Estelle Barga Field był prawie tak duży jak ten koło Krogera, sklepu, w którym Ralph Anderson robił z żoną zakupy w sobotnie popołudnia, i tego lipcowego wieczoru zapełnił się do ostatniego miejsca. Na wielu zderzakach widniały naklejki Golden Dragons, kilka tylnych szyb zdobiły wypisane mydłem entuzjastyczne hasła: „We will rock you”; „Dragonsi spuszczą łomot Bearsom”; „Cap City, szykujcie się na nas!”; „To będzie nasz rok”. Ze stadionu, na którym zapalono jupitery (choć do zachodu słońca zostało jeszcze sporo czasu), dobiegła wrzawa i rytmiczne klaskanie.

Troy Ramage, policjant z dwudziestoletnim stażem, siedział za kierownicą nieoznakowanego radiowozu. Przejechał wzdłuż jednego, potem drugiego szczelnie zastawionego rzędu.

– Ile razy tu przychodzę, zawsze się zastanawiam, kim, do cholery, była Estelle Barga.

Ralph nie odpowiedział. Jego mięśnie były napięte, skóra rozpalona, tętno zdawało się niebezpiecznie wysokie. Przez lata aresztował wielu złoczyńców, ale tym razem było inaczej. Ta sprawa była wyjątkowo paskudna. I osobista. To w tym wszystkim najgorsze − dotknęła go osobiście. Nie powinien brać udziału w zatrzymaniu, wiedział o tym, ale po ostatnich cięciach budżetowych w jednostce policji we Flint City zostało tylko trzech pełnoetatowych detektywów. Jack Hoskins wyjechał na urlop, łowił ryby na jakimś odludziu; krzyżyk mu na drogę. Betsy Riggins, która powinna już odejść na macierzyński, pomoże policji stanowej w innych czynnościach związanych z dzisiejszą akcją.

Miał nadzieję, że nie działają za szybko. Zdradził tę obawę Billowi Samuelsowi, prokuratorowi okręgu Flint, dziś po południu, na ich ostatnim spotkaniu przed zatrzymaniem podejrzanego. Samuels był trochę za młody na to stanowisko − miał dopiero trzydzieści pięć lat, ale należał do właściwej partii politycznej i był pewny siebie. Może nie zadufany w sobie, dobre i to, ale niewątpliwie nadgorliwy.

– Zostały pewne kanty, które chciałbym wygładzić – wyjaśnił mu Ralph. – Nie mamy pełnego obrazu. Poza tym powie, że ma alibi. Jeśli nie przyzna się od razu, możemy być tego pewni.

– To je obalimy – odparł Samuels. – Wiesz o tym.

Ralph w to nie wątpił, wiedział, że mają właściwego człowieka, jednak wolałby jeszcze sprawdzić parę rzeczy, zanim pociągnie za spust. Znaleźć luki w alibi sukinsyna, poszerzyć je tak, żeby mogła w nie wjechać ciężarówka, i dopiero wtedy go zgarnąć. W większości przypadków taka byłaby procedura. Ale nie tym razem.

– Trzy sprawy – powiedział Samuels. – Czy jesteś gotów wysłuchać, o co chodzi?

Ralph skinął głową. Było nie było, musiał współpracować z tym człowiekiem.

– Po pierwsze, ludzie w tym mieście, zwłaszcza rodzice małych dzieci, są przerażeni i wściekli. Chcą szybkiego aresztowania, żeby znów poczuć się bezpiecznie. Po drugie, dowody nie pozostawiają żadnych wątpliwości. W życiu nie prowadziłem sprawy, w której wszystko byłoby tak jasne. Zgadzasz się co do tego?

– Tak.

– Dobra, w takim razie trzeci argument. Najważniejszy. – Samuels wychylił się do przodu. – Nie możemy powiedzieć, że robił to już wcześniej… choć jeśli tak, pewnie przekonamy się o tym, kiedy zaczniemy grzebać w jego przeszłości… ale na pewno zrobił to teraz. Zerwał się ze smyczy. Stracił dziewictwo. A kiedy tak się stanie…

– Może zrobić to znowu – dokończył Ralph.

– Właśnie. Scenariusz mało prawdopodobny tak od razu po Petersonie, ale niewykluczony. Na litość boską, stale przebywa w towarzystwie dzieci! Młodych chłopców. Gdyby jednego z nich zabił, już mniejsza, że obaj stracilibyśmy pracę, przede wszystkim nigdy byśmy sobie tego nie darowali.

Ralph już teraz nie mógł sobie wybaczyć, że nie dostrzegł tego wcześniej. Irracjonalne uczucie − trudno spojrzeć człowiekowi w oczy na grillu z okazji zakończenia rozgrywek ligi juniorskiej i wywnioskować, że planuje akt bestialskiego okrucieństwa – że pielęgnuje w sobie chorą żądzę, podsyca ją, patrzy, jak rośnie – ale nie dawało mu to spokoju.

Nachylił się między policjantami na przednich siedzeniach i pokazał palcem.

– Tam. Może miejsca dla niepełnosprawnych są wolne.

– Za to jest dwieście dolarów grzywny, szefie – stwierdził posterunkowy Tom Yates, siedzący na miejscu obok kierowcy.

– Tym razem chyba nam się upiecze.

– Żartowałem.

Ralph milczał. Nie był w nastroju na gliniarskie przekomarzanki.

– Miejsca dla kalek na horyzoncie – zawołał Ramage. – I widzę dwa wolne.

Gdy zajął jedno z nich, załoga wysiadła. Widząc, że Yates odpiął pasek kabury glocka, Ralph pokręcił głową.

– Zwariowałeś? Na meczu jest półtora tysiąca ludzi.

– A jeśli będzie uciekał?

– To za nim pobiegniesz.

Ralph oparł się o maskę nieoznakowanego radiowozu i patrzył, jak dwaj funkcjonariusze policji Flint City ruszyli w stronę boiska, jupiterów i pełnych trybun, rozbrzmiewających coraz głośniejszą, coraz gorętszą wrzawą i oklaskami. Decyzję o szybkim aresztowaniu zabójcy Petersona podjął razem z Samuelsem (choć niechętnie). O tym, by zatrzymać go na meczu, zadecydował sam.

Ramage się obejrzał.

– Idziesz?

– Nie. Wy zróbcie, co trzeba, głośno i wyraźnie przeczytajcie mu jego prawa, a potem przyprowadźcie go tutaj. Tom, w drodze powrotnej usiądziesz z nim z tyłu. Ja i Troy będziemy z przodu. Bill Samuels czeka na mój telefon, wtedy przyjedzie do nas na komisariat. Do tej sprawy przydzielili najmocniejszą ekipę. Samo aresztowanie zostawiam wam.

– Przecież to twoje śledztwo – zauważył Yates. – Dlaczego nie chcesz osobiście zawinąć skurwysyna?

Ralph dalej stał ze skrzyżowanymi ramionami.

– Dlatego że człowiek, który zgwałcił Frankiego Petersona gałęzią, a potem rozszarpał mu gardło, przez cztery lata trenował mojego syna: dwa lata w młodzikach, dwa w juniorach. Dotykał go, mojego syna, kiedy pokazywał mu, jak trzymać kij. Po prostu nie ręczę za siebie.

– Jasne, jasne.

Troy Ramage i Yates ruszyli w stronę boiska.

– Jeszcze jedno.

Odwrócili się.

– Skujcie go na miejscu. Z rękami do przodu.

– Nie taka jest procedura, szefie – stwierdził Ramage.

– Wiem i mam to gdzieś. Chcę, żeby wszyscy widzieli, jak zabieramy go w kajdankach. Jasne?

Kiedy odeszli, Ralph odpiął od paska telefon komórkowy. Numer Betsy Riggins miał w opcji szybkiego wybierania.

– Jesteście na miejscu?

– Tak. Przed jego domem. Ja i czterej stanowi.

– Nakaz rewizji?

– W mojej gorącej rączce.

– Dobrze. – Już miał się rozłączyć, ale coś jeszcze przyszło mu do głowy. – Bets, kiedy masz termin?

– Minął wczoraj. Dlatego się, kurde, sprężaj. – Rozłączyła się pierwsza.

 

4

Zeznanie Arlene Stanhope (12 lipca, 13:00, przesłuchujący detektyw Ralph Anderson)

 

Stanhope: Czy to potrwa długo, panie detektywie?

Detektyw Anderson: Nie, skądże. Proszę po prostu powiedzieć, co pani widziała po południu we wtorek dziesiątego lipca, i będzie po wszystkim.

Stanhope: Dobrze. Wychodziłam z Gerald’s Fine Groceries. We wtorki zawsze robię tam zakupy. W Gerald’s wszystko jest droższe, ale do Krogera nie chodzę od czasu, gdy przestałam prowadzić. Oddałam prawko rok po śmierci męża, bo nie ufałam już swojemu refleksowi. Miałam parę wypadków. Nic groźnego, stłuczki, wie pan, ale to mi wystarczyło. Gerald’s jest raptem dwie przecznice od mieszkania, do którego się przeniosłam, kiedy sprzedałam dom, a lekarz mówi, że spacery dobrze mi robią. Pomagają na serce, wie pan. Właśnie wychodziłam z trzema siatkami w moim małym wózku – tylko na tyle zakupów mnie teraz stać, ceny, zwłaszcza mięsa, są koszmarne, nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam bekon – i wtedy zobaczyłam tego małego Petersona.

Detektyw Anderson: Jest pani pewna, że to był Frank Peterson?

Stanhope: O tak, to był Frank. Biedaczek, tak mi przykro, że spotkał go taki los, ale teraz jest w niebie, jego ból się skończył. Tym trzeba się pocieszać. Jest dwóch młodych Petersonów, wie pan, obaj rudzi, włosy mają w takim okropnym marchewkowym odcieniu, jest między nimi co najmniej pięć lat różnicy. Starszy, Oliver, chyba tak mu na imię, kiedyś dostarczał nam gazetę. Frank ma rower, taki z wysoką kierownicą i wąskim siodełkiem…

Detektyw Anderson: Banan, tak nazywają takie siodełka.

Stanhope: Tego to ja nie wiem, wiem tylko, że rower był jasny, jasnozielony, okropny kolor, szczerze mówiąc, i na siodełku miał naklejkę. Z napisem „Flint City High”. Tyle że do liceum to on już nie pójdzie, prawda? Biedny, biedny chłopiec.

Detektyw Anderson: Pani Stanhope, czy chce pani, żebyśmy zrobili krótką przerwę?

Stanhope: Nie, wolałabym to dokończyć. Muszę wrócić do domu i nakarmić kotkę. Zawsze daję jej jeść o trzeciej, na pewno jest już głodna. I zastanawia się, gdzie się podziewam. Ale może dałby mi pan chusteczkę? Na pewno fatalnie wyglądam. Dziękuję.

Detektyw Anderson: Jak to możliwe, że widziała pani naklejkę na siodełku roweru Franka Petersona?

Stanhope: Och, dlatego że na nim nie siedział. Prowadził go przez parking Gerald’s. Łańcuch był zerwany i ciągnął się po asfalcie.

Detektyw Anderson: Zauważyła pani, jak był ubrany Frank?

Stanhope: W T-shirt z nazwą jakiegoś zespołu rockandrollowego. Nie wiem jakiego, nie znam się na tej muzyce. Przykro mi, bo może to ważne. I miał bejsbolówkę Rangersów, zsuniętą na tył głowy, tak że widziałam te jego rude włosy. Rudzielcy zwykle bardzo szybko łysieją, wie pan. Teraz już nigdy nie będzie się musiał tym martwić, prawda? Och, jakie to smutne. W każdym razie na drugim końcu parkingu stał brudny biały van. Wysiadł z niego mężczyzna i podszedł do Franka. To był…

Detektyw Anderson: Dojdziemy do tego, jednak najpierw chciałbym, żeby powiedziała pani coś więcej o tym vanie. To był taki model bez okien?

Stanhope: Tak.

Detektyw Anderson: Bez napisów? Żadnej nazwy firmy ani nic takiego?

Stanhope: Ja żadnych nie zauważyłam.

Detektyw Anderson: No dobrze, pomówmy o człowieku, którego pani zobaczyła. Czy rozpoznała go pani, pani Stanhope?

Stanhope: Och, oczywiście. To był Terry Maitland. Całe West Side zna trenera T. Nawet w liceum tak go nazywają. Uczy tam angielskiego, wie pan. Mój mąż uczył razem z nim, zanim przeszedł na emeryturę. Nazywają go trener T, bo trenuje juniorską drużynę bejsbolu i drużynę w lidze miejskiej, kiedy rozgrywki juniorskie się kończą, a jesienią prowadzi zajęcia dla małych chłopców, którzy lubią grać w futbol amerykański. Ta liga też jakoś się nazywa, ale nie pamiętam jak.

Detektyw Anderson: Może wróćmy do tego, co widziała pani wtorkowego popołudnia…

Stanhope: Właściwie niewiele jest do dodania. Frank porozmawiał z trenerem T i pokazał palcem zerwany łańcuch. Trener T kiwnął głową i otworzył tył białego vana. Swoją drogą to nie mógł być jego wóz…

Detektyw Anderson: Dlaczego pani tak uważa, pani Stanhope?

Stanhope: Bo miał pomarańczową tablicę rejestracyjną. Nie wiem, z jakiego to stanu, na odległość nie widzę tak dobrze jak kiedyś, ale wiem, że rejestracje z Oklahomy są niebiesko-białe. W każdym razie nie widziałam, co było na tyle vana, dostrzegłam tylko jakiś podłużny, zielony przedmiot, który wyglądał jak skrzynka z narzędziami. Czy to była skrzynka z narzędziami, panie detektywie?

Detektyw Anderson: Co się stało potem?

Stanhope: Cóż, trener T włożył rower Franka na tył vana i zamknął drzwi. Klepnął Franka w plecy. Potem on podszedł do drzwi kierowcy, a Frank do drzwi pasażera. Obaj wsiedli i wóz pojechał na Mulberry Avenue. Myślałam, że trener T odwiezie chłopaka do domu. Pewnie, że tak. Co innego miałam myśleć? Terry Maitland mieszka na West Side prawie dwadzieścia lat, ma przemiłą rodzinę: żonę i dwie córki… Czy mogę prosić o jeszcze jedną chusteczkę? Dziękuję. Już prawie kończymy, mam nadzieję?

Detektyw Anderson: Tak. Bardzo nam pani pomogła. O ile pamiętam, zanim zacząłem nagrywać, powiedziała pani, że zdarzyło się to około trzeciej?

Stanhope: Punkt trzecia. Słyszałam, jak zegar ratusza wybijał godzinę, kiedy wyszłam ze sklepu z moim małym wózkiem. Chciałam wrócić do domu i nakarmić kotkę.

Detektyw Anderson: Chłopcem, którego pani widziała, tym z rudymi włosami, był Frank Peterson.

Stanhope: Tak. Petersonowie mieszkają tuż za rogiem. Ollie kiedyś dostarczał mi gazetę. Widuję tych chłopców na co dzień.

Detektyw Anderson: A mężczyzną, który włożył rower na tył białego vana i odjechał z Frankiem Petersonem, był Terence Maitland, znany też jako trener Terry albo trener T.

Stanhope: Tak.

Detektyw Anderson: Jest pani tego pewna.

Stanhope: O tak.

Detektyw Anderson: Dziękuję, pani Stanhope.

Stanhope: Kto mógł przypuszczać, że Terry zrobi coś takiego? Sądzi pan, że były inne ofiary?

Detektyw Anderson: Ustalimy to w toku śledztwa.

 

5

Ponieważ wszystkie mecze ligi miejskiej rozgrywane były na Estelle Barga Field – najlepszym bejsbolowym stadionie w okręgu, jedynym wyposażonym w jupitery umożliwiające grę po zmroku – o tym, która drużyna będzie pełniła rolę gospodarza, rozstrzygał rzut monetą. Terry Maitland przed meczem wybrał reszkę, jak zawsze – przesąd przejęty od jego trenera z czasów, gdy sam grał w lidze miejskiej – i wypadła reszka. „Nieważne, gdzie gramy, po prostu lubię, kiedy to my atakujemy ostatni”, mówił swoim chłopakom.

I tego wieczoru okazało się to korzystne. Trwała druga połowa dziewiątej rundy i Bearsi prowadzili jednym punktem w półfinale ligi. Drużynie Golden Dragons został już tylko jeden niewyautowany pałkarz, ale jej zawodnicy byli na trzech bazach. Cztery błędy, jeden nieudany rzut miotacza i stan meczu zostanie wyrównany, jedno odbicie piłki w miejsce niestrzeżone przez broniących będzie oznaczać zwycięstwo. Kibice klaskali, tupali w metalowe trybuny i wiwatowali, kiedy mały Trevor Michaels wszedł na pozycję pałkarza. Jego kask był najmniejszym w wyposażeniu drużyny, a mimo to opadał mu na oczy i chłopak musiał go co chwila poprawiać. Nerwowo poruszał kijem w przód i w tył.

Terry myślał, czy go nie zmienić, ale jako że Trevor miał niewiele ponad półtora metra wzrostu, często zmuszał miotaczy do błędów i zdobywał bazy za darmo. I choć nie był materiałem na łowcę home runów, czasem udawało mu się trafić piłkę kijem. Nie za często, ale od czasu do czasu. Gdyby Terry teraz zdjął go z boiska, biedak musiałby żyć z tym upokorzeniem przez cały następny rok gimnazjum. Z drugiej strony, jeśli uda mu się zdobyć bazę, będzie to wspominał przy piwie na ogródkowych grillach do końca życia. Terry to wiedział. Sam był w podobnej sytuacji dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach, gdy jeszcze nie grało się w bejsbol kijami aluminiowymi.

Miotacz Bearsów – mocno rzucający, wprowadzany pod koniec każdej rundy – wziął zamach i cisnął piłkę nad środkiem bazy domowej. Trevor tylko patrzył z konsternacją, jak śmignęła obok niego. Sędzia wywołał pierwszy strike. Tłum jęknął przeciągle.

Gavin Frick, asystent Terry’ego, chodził w tę i z powrotem przed ławką rezerwowych z notatnikiem trenera zwiniętym w dłoni (ile razy Terry prosił go, żeby tak nie robił?). Jego koszulka Golden Dragons w rozmiarze XXL opinała brzuch w rozmiarze co najmniej XXXL.

– Mam nadzieję, że wpuszczenie Trevora nie okaże się błędem, Ter – powiedział. Pot ściekał mu po policzkach. – Wygląda na śmiertelnie przerażonego i chyba nawet rakietą tenisową nie odbiłby zagrywki tego chłopaka.

– Zobaczymy – odparł Terry. – Mam dobre przeczucie. – Nieprawda. Nie miał.

Miotacz Bearsów wziął zamach i znów rzucił z całej siły, ale tym razem piłka wylądowała na ziemi przed pozycją pałkarza. Kiedy Baibir Patel, zawodnik Dragonsów na trzeciej bazie, zrobił kilka małych kroków w stronę bazy domowej, widzowie zerwali się na nogi. Z jękiem zawodu usiedli z powrotem, gdy piłka odbiła się i wpadła prosto w rękawicę łapacza. Łapacz Bearsów odwrócił się w stronę trzeciej bazy. Chociaż twarz miał schowaną pod maską, Terry wyczytał z niej ostrzeżenie: Spróbuj szczęścia, koleś. Baibir nie podjął wyzwania.

Następny rzut poszedł obok bazy, ale Trevor i tak próbował odbić piłkę.

– Wyautuj go, Fritz! – wysoko na trybunach krzyknął jakiś mordowyjec, prawie na pewno ojciec miotacza, bo chłopak odwrócił głowę w tamtym kierunku. – Wyaaaautuj goooo!

Kij Trevora nie drgnął przy następnym rzucie, po którym piłka przeleciała blisko bazy – w zasadzie za blisko, by ocenić, czy rzut był prawidłowy, ale sędzia orzekł, że nie, i tym razem to kibice Bearsów wydali z siebie jęk zawodu. Ktoś zasugerował, że sędzia powinien sobie sprawić mocniejsze okulary. Inny kibic wspomniał coś o psie przewodniku.

Dwa strike’i, dwa nieprawidłowe rzuty; Terry miał silne przeczucie, że następna zagrywka rozstrzygnie, czy ten sezon będzie dla Dragonsów udany. Albo zagrają z Panthersami o mistrzostwo ligi miejskiej i wezmą udział w rozgrywkach krajowych – transmitowanych w telewizji – albo wrócą do domu i spotkają się jeszcze tylko raz, na grillu w ogródku Maitlandów, tradycyjnie organizowanym na koniec sezonu.

Odwrócił się, żeby spojrzeć na Marcy i dziewczynki. Siedziały tam gdzie zwykle, na krzesłach ogrodowych za osłoną bazy domowej − żona w środku, córki po bokach, jak dwie śliczne podpórki do książki. Wszystkie trzy pokazały, że trzymają kciuki. Terry puścił do nich oko, uśmiechnął się i też podniósł oba kciuki, choć nadal czuł się nieswojo. Nie tylko z powodu meczu. Czuł się tak od pewnego czasu. Jakby coś z nim było nie całkiem w porządku.

Uśmiech, którym odpowiedziała Marcy, przygasł, ustępując miejsca zdziwionej, zasępionej minie. Popatrzyła w lewo i wskazała coś palcem. Terry odwrócił się i zobaczył dwóch policjantów; szli równym krokiem wzdłuż linii łączącej trzecią bazę z bazą domową. Minęli Barry’ego Houlihana, członka sztabu szkoleniowego.

– Przerwa, przerwa! – ryknął sędzia, powstrzymując miotacza Bearsów, który już brał zamach przed kolejnym rzutem.

Trevor Michaels zszedł ze stanowiska pałkarza − Terry miał wrażenie, że ulżyło mu z tego powodu. Publiczność zamilkła, wszyscy patrzyli na dwóch policjantów. Jeden wsunął rękę za plecy. Drugi trzymał dłoń na rękojeści broni służbowej schowanej w zapiętej kaburze.

– Zejść z boiska! – krzyczał sędzia. – Zejść z boiska!

Troy Ramage i Tom Yates zignorowali go. Weszli do boksu Dragonsów – prowizorycznego, z długą ławką, trzema koszami ze sprzętem i wiadrem pełnym brudnych piłek treningowych – i skierowali się prosto do Terry’ego. Ramage wyjął zza pleców kajdanki. Po trybunach przeszedł szmer zdumienia zaprawionego szczyptą emocji: Uuuuu.

– Hej, panowie! – zawołał Gavin w biegu (omal nie przewrócił się o rzuconą na ziemię rękawicę pierwszobazowego Richiego Gallanta). – My tu gramy mecz!

Yates odepchnął go, kręcąc głową. Widownia milczała jak grób. Zawodnicy Bearsów, czekający w napięciu na zagranie pałkarza, rozluźnili się i tylko patrzyli, z rękawicami dyndającymi u dłoni. Łapacz potruchtał do miotacza i stanęli razem w połowie drogi między jego stanowiskiem a bazą domową.

Terry znał z widzenia policjanta trzymającego kajdanki; jesienią przychodził z bratem na niektóre mecze młodzieżowej drużyny futbolowej.

– Troy? Co to ma znaczyć? O co chodzi?

Ramage nie widział w twarzy tego człowieka nic oprócz szczerego zdumienia, ale służył w policji od lat dziewięćdziesiątych i wiedział, że ci najgorsi opanowali do perfekcji niewinną minę pytającą „Kto? Ja?”. A ten typ był najgorszym z najgorszych. Przypominając sobie instrukcje Andersona (i osobiście nie mając nic a nic przeciwko temu), podniósł głos, żeby usłyszeli go wszyscy widzowie, których, jak poda jutrzejsze wydanie gazety, było tysiąc pięćset osiemdziesięcioro ośmioro.

– Terensie Maitlandzie, aresztuję cię za zabójstwo Franka Petersona.

Kolejne „uuuuu” z trybun, tym razem głośniejsze, jak szum wzmagającego się wiatru.

Terry patrzył na Ramage’a spod zmarszczonych brwi. Rozumiał wypowiedziane przez niego słowa − to były proste angielskie słowa tworzące proste zdanie oznajmujące − wiedział, kim był Frankie Peterson i jaki spotkał go los, ale wymykało się mu znaczenie całości.

– Co? Żartujesz sobie? – zdołał tylko rzucić i właśnie wtedy fotograf z rubryki sportowej „Flint City Call”pstryknął mu zdjęcie, to, które nazajutrz trafiło na pierwszą stronę. Usta Terry’ego były na nim rozchylone, oczy szeroko otwarte, włosy sterczały spod bejsbolówki Golden Dragons. Wyglądał na człowieka niedołężnego i winnego jednocześnie.

– Co powiedziałeś?

– Ręce do przodu, proszę.

Terry spojrzał na Marcy i swoje córki; wciąż siedziały na krzesłach za drucianą siatką, patrzyły na niego z identycznymi, zaskoczonymi minami zastygłymi na twarzach. Przerażenie przyjdzie potem. Baibir Patel zszedł z trzeciej bazy i ruszył w stronę boksu drużyny, zdejmując kask, spod którego wyłoniły się spocone, splątane czarne włosy; Terry poznał, że chłopak zaczyna płakać.

– Wracaj na miejsce! – krzyknął do niego Gavin. – Mecz się nie skończył.

Baibir jednak tylko stał na aucie, patrzył na Terry’ego i ryczał. Terry spojrzał mu w oczy, pewien (prawie pewien), że to wszystko mu się śni, po czym, mocno pociągnięty za ręce przez Toma Yatesa, zatoczył się do przodu. Ramage zatrzasnął kajdanki. Prawdziwe, nie plastikowe, duże i ciężkie, błyszczące w późnym słońcu. Potem tym samym grzmiącym głosem oznajmił:

– Masz prawo zachować milczenie i odmówić odpowiedzi na pytania, ale jeśli zdecydujesz się mówić, wszystko, co powiesz, może zostać użyte przeciwko tobie w sądzie. Masz prawo do obecności adwokata podczas przesłuchania, teraz i w przyszłości. Rozumiesz?

– Troy? – Terry ledwo słyszał własny głos. Miał wrażenie, że całe powietrze uszło mu z płuc. – Co to ma znaczyć, na litość boską?

Ramage puścił jego pytanie mimo uszu.

– Rozumiesz? – powtórzył.

Marcy podeszła do drucianej siatki, wczepiła się w nią palcami i potrząsnęła. Sarah i Grace płakały za jej plecami. Grace klęczała obok krzesła ogrodowego siostry; jej własne przewróciło się na ziemię.

– Co wy robicie? – krzyknęła Marcy. – Na miłość boską, co wy robicie? I dlaczego robicie to tutaj?

– Rozumiesz? – padło po raz trzeci.

Terry przede wszystkim rozumiał, że został skuty i właśnie odczytywano mu jego prawa w obecności półtora tysiąca wpatrzonych w niego ludzi, wśród których były jego żona i dwie małe córki. To nie był sen, nie było to też zwykłe zatrzymanie. To było, z powodów dla niego niepojętych, publiczne pohańbienie. Najlepiej mieć to jak najszybciej z głowy i spokojnie sprawę naprostować. Nawet zszokowany i oszołomiony, jak teraz, zachował dość przytomności umysłu, by wiedzieć, że jego życie nieprędko wróci do normy.

– Rozumiem – powiedział, po czym rzucił: − Trenerze Frick, proszę się cofnąć.

Gavin, który już podchodził do gliniarzy, z zaciśniętymi pięściami i tłustą twarzą płonącą gniewnym rumieńcem, opuścił ręce i zrobił krok w tył. Spojrzał przez drucianą siatkę na Marcy, uniósł ogromne ramiona i rozłożył pulchne dłonie.

Troy Ramage mówił dalej, wciąż tym samym gromkim głosem herolda miejskiego obwieszczającego wieści tygodnia na rynku nowoangielskiego miasteczka. Ralph Anderson słyszał go z miejsca, w którym stał, oparty o nieoznakowany radiowóz. Troy dobrze robił swoje. Wyglądało to paskudnie, owszem, i Ralph się domyślał, że pewnie dostanie za to reprymendę, ale nie od rodziców Frankiego Petersona. Nie, nie od nich.

– Jeśli nie stać cię na adwokata, przed przesłuchaniem możesz sobie zażyczyć wyznaczenia obrońcy z urzędu. Rozumiesz?

– Tak. Rozumiem też coś innego. – Terry zwrócił się do widzów: – Nie mam pojęcia, dlaczego mnie aresztują! Gavin Frick poprowadzi drużynę do końca meczu! – A potem, po krótkim namyśle: − Baibir, wracaj na trzecią bazę i pamiętaj, żeby biec za linią autu.

Rozległy się pojedyncze oklaski. Tylko pojedyncze. Mordowyjec z góry trybun znów wrzasnął:

– Powiedziałeś, że co zrobił?

W odpowiedzi widownia wymamrotała dwa słowa, które wkrótce rozejdą się po całym West Side i reszcie miasta: nazwisko Franka Petersona.

Yates złapał Terry’ego za ramię i pociągnął w stronę parkingu za budką gastronomiczną.

– Na kazania przed tłumem przyjdzie jeszcze czas, Maitland. Teraz idziesz do pierdla. I wiesz co? W tym stanie obowiązuje kara śmierci. Przez zastrzyk. Ale pewnie już to wiedziałeś. W końcu jesteś nauczycielem.

Nie przeszli dwudziestu kroków od prowizorycznego boksu, kiedy Marcy Maitland dogoniła ich i chwyciła Toma Yatesa za ramię.

– Na litość boską, co wy wyprawiacie?

Yates strącił jej dłoń, a gdy spróbowała złapać męża za rękę, Troy Ramage odsunął ją − delikatnie, ale stanowczo. Przez chwilę stała oszołomiona, po czym zauważyła Ralpha Andersona, który szedł naprzeciw swoim podkomendnym. Znała go z ligi juniorskiej; Derek Anderson grał w drużynie Terry’ego, Gerald’s Fine Groceries Lions. Oczywiście, Ralph nie na wszystkich meczach mógł być, ale przychodził, kiedy tylko czas mu pozwalał. Wtedy jeszcze nosił mundur. Kiedy awansował na detektywa, Terry wysłał mu maila z gratulacjami.

Teraz Marcy popędziła do niego po trawie w swoich starych tenisówkach, które zawsze wkładała na mecze Terry’ego, przekonana, że przynoszą mu szczęście.

– Ralph! – zawołała. – Co się dzieje? To jakaś pomyłka!

– Obawiam się, że nie.

Ten moment był dla niego szczególnie przykry, bo lubił Marcy. Z drugiej strony zawsze lubił też Terry’ego – facet zapewne tylko troszeczkę zmienił życie Dereka, dał mu odrobinę pewności siebie, ale kiedy masz jedenaście lat, odrobina pewności siebie to duża rzecz. I było coś jeszcze. Możliwe, że Marcy wiedziała, kim naprawdę był jej mąż, nawet jeśli nie dopuszczała tego do świadomości. Maitlandowie długo byli małżeństwem, a takie koszmary jak morderstwo małego Petersona nie biorą się z niczego. Nie i już. Dojrzewają w człowieku, dopóki nie wcieli ich w czyn.

– Jedź do domu, Marcy. Natychmiast. Dziewczynki lepiej zostaw u znajomych, bo na miejscu czeka policja.

Patrzyła na niego pustym wzrokiem.

Z tyłu dobiegł brzęk. Aluminiowy kij soczyście uderzył piłkę. Oklaski jednak były skąpe; widzów, wciąż zszokowanych, bardziej interesowało to, czego świadkami byli przed chwilą, niż mecz toczący się na ich oczach. A szkoda. Trevor Michaels właśnie rąbnął w piłkę mocno jak nigdy w życiu, nawet mocniej niż na treningu, kiedy trener T posyłał im łatwe zagrywki. Niestety, poleciała prosto do łącznika Bearsów. Nawet nie musiał podskoczyć, żeby ją złapać.

Po zawodach.

 

6

Zeznanie June Morris (12 lipca, 17:45, przesłuchujący detektyw Ralph Anderson, w przesłuchaniu uczestniczyła Francine Morris)

 

Detektyw Anderson: Dziękuję, że przyprowadziła pani córkę na komisariat, pani Morris. June, smakuje ci napój?

June Morris: Jest dobry. Czy zrobiłam coś złego?

Detektyw Anderson: Nie, wcale nie. Chcę tylko zadać ci parę pytań o to, co widziałaś przedwczoraj.

June Morris: Wtedy, kiedy zobaczyłam trenera Terry’ego?

Detektyw Anderson: Właśnie. Wtedy, kiedy zobaczyłaś trenera Terry’ego.

Francine Morris: Odkąd skończyła dziewięć lat, puszczamy ją samą do koleżanki, Helen. Tylko kiedy jest widno. Nie chcemy być nadopiekuńczymi rodzicami. Po tym, co się stało, więcej tego nie zrobię, może pan być pewien.

Detektyw Anderson: Widziałaś go po kolacji, June? Mam rację?

June Morris: Tak. Jedliśmy klops. Wczoraj była ryba. Nie lubię ryb, ale tak to już jest.

Francine Morris: Idąc do Helen, nie musi przechodzić przez ulicę ani nic takiego. Myśleliśmy, że nic złego się nie stanie, bo przecież mieszkamy w takiej porządnej dzielnicy. Tak przynajmniej sądziłam.

Detektyw Anderson: Trudno wyczuć, kiedy można zacząć powierzać dzieciom odpowiedzialność. June – poszłaś w dół ulicy i po drodze minęłaś parking przy Figgis Park, dobrze mówię?

June Morris: Tak. My z Helen…

Francine Morris: Helen i ja…

June Morris: Helen i ja miałyśmy dokończyć mapę Ameryki Południowej. To na półkolonie. Każde państwo malujemy na inny kolor. Prawie skończyłyśmy, tylko zapomniałyśmy o Paragwaju, więc trzeba było zacząć wszystko od nowa. Ale tak to już jest. Potem miałyśmy pograć w Angry Birds i Corgi Hop na iPadzie Helen, dopóki tata po mnie nie przyjdzie. Bo do tego czasu mogło się zrobić ciemno.

Detektyw Anderson: Może twoja mama mi powie, o której to mniej więcej było godzinie?

Francine Morris: Kiedy Junie wychodziła, nadawano lokalne wiadomości. Norm oglądał, ja zmywałam. Czyli między szóstą a wpół do siódmej. Pewnie piętnaście po, bo zdaje się, trwała prognoza pogody.

Detektyw Anderson: Powiedz mi, June, co widziałaś, kiedy przechodziłaś obok parkingu?

June Morris: Przecież mówiłam: trenera Terry’ego. Mieszka przy naszej ulicy i raz, jak nasz pies się zgubił, trener T przyprowadził go z powrotem. Czasem bawię się z Gracie Maitland, ale nie za często. Jest rok starsza i lubi chłopaków. Był cały we krwi. Bo miał rozbity nos.

Detektyw Anderson: Uhm. Co robił, kiedy go zobaczyłaś?

June Morris: Wyszedł z parku. Zobaczył, że na niego patrzę, i pomachał. Odmachnęłam mu i zawołałam: „Hej, trenerze T, co się panu stało?”, a on odpowiedział, że gałąź uderzyła go w twarz. Powiedział: „Nie bój się, to tylko rozkwaszony nos, często tak mam”. A ja powiedziałam: „Nie boję się, ale tej koszuli to już pan nie będzie mógł nosić, bo krwi się nie spierze. Tak mówi moja mama”. Uśmiechnął się i powiedział: „Całe szczęście, że mam dużo koszul”. Ale krew miał też na spodniach. I na rękach.

Francine Morris: Była tak blisko niego. Nie mogę przestać o tym myśleć.

June Morris: Dlaczego? Bo krew mu leciała z nosa? Rolf Jacobs też rozwalił sobie nos rok temu, kiedy upadł na placu zabaw, i wcale się nie przestraszyłam. Chciałam dać mu moją chusteczkę, ale nie zdążyłam, bo pani Grisha zabrała go do pielęgniarki.

Detektyw Anderson: Jak blisko niego byłaś?

June Morris: Ojej, nie wiem. On był na parkingu, ja na chodniku. Jaka to odległość?

Detektyw Anderson: Ja też nie wiem, ale na pewno się dowiem. Smakuje ci napój?

June Morris: Już pan pytał.

Detektyw Anderson: Ano tak, rzeczywiście.

June Morris: Starsi ludzie są zapominalscy, tak mówi dziadzio.

Francine Morris: Junie, to nieładnie.

Detektyw Anderson: Nic się nie stało. Wygląda na to, że masz mądrego dziadzia, June. Co się stało potem?

June Morris: Nic. Trener Terry wsiadł do vana i pojechał.

Detektyw Anderson: Jakiego koloru był ten van?

June Morris: No, byłby biały, gdyby był umyty, ale był raczej brudny. Poza tym bardzo hałasował i wypuszczał dużo niebieskiego dymu. Fuj.

Detektyw Anderson: Czy było na nim coś napisane? Na przykład nazwa firmy?

June Morris: Nie. To był zwykły biały van.

Detektyw Anderson: Widziałaś może, jaką miał rejestrację?

June Morris: Nie.

Detektyw Anderson: W którą stronę pojechał?

June Morris: W głąb Barnum Street.

Detektyw Anderson: I jesteś pewna, że mężczyzną, który powiedział ci, że rozkwasił sobie nos, był Terry Maitland?

June Morris: Oczywiście, trener Terry, trener T. Widuję go na co dzień. Nic mu nie jest? Coś przeskrobał? Mama nie pozwala mi czytać gazety ani oglądać wiadomości w telewizji, ale jestem prawie pewna, że coś niedobrego stało się w parku. Wiedziałabym na pewno, gdybym miała teraz szkołę, bo tam wszyscy chlapią jęzorami. Czy trener Terry pobił się z jakimś złym człowiekiem? Czy dlatego miał rozkwaszony…

Francine Morris: Mam nadzieję, że zaraz skończymy, detektywie? Wiem, że potrzebujecie informacji, ale proszę pamiętać, że to ja będę musiała położyć ją dziś spać.

June Morris: Sama kładę się spać!

Detektyw Anderson: Tak, tak, już prawie po wszystkim. Ale, June, zanim pójdziesz, chciałbym zagrać z tobą w pewną grę. Lubisz gry?

June Morris: Raczej tak, chyba że są nudne.

Detektyw Anderson: Położę na stole zdjęcia sześciu różnych ludzi… o tak… którzy są trochę podobni do trenera Terry’ego. Chcę, żebyś mi powiedziała…

June Morris: Ten. Czwórka. To trener Terry.

 

7

Troy Ramage otworzył tylne drzwi nieoznakowanego radiowozu. Terry obejrzał się przez ramię i zobaczył Marcy. Stała na skraju parkingu; jej twarz wyrażała bolesne zdumienie. Zza niej wyłonił się fotograf „Call”, który robił zdjęcia, biegnąc po trawie. Ni cholery nie będą warte, pomyślał Terry nie bez satysfakcji. A potem krzyknął do Marcy:

– Zadzwoń do Howiego Golda! Powiedz mu, że mnie aresztowali! Powiedz mu…

Yates położył dłoń na czubku głowy Terry’ego i wepchnął go do radiowozu.

– Przesuń się w bok. I trzymaj ręce na kolanach, dopóki nie zapnę ci pasa − polecił.

Terry się przesunął. Trzymał ręce na kolanach. Przez przednią szybę widział wielką elektroniczną tablicę wyników na stadionie; dwa lata temu jego żona prowadziła zbiórkę funduszy, żeby ją zakupić. Teraz stała tam, na skraju parkingu. Nigdy nie zapomni jej miny − wyglądała jak kobieta z kraju Trzeciego Świata, która patrzy, jak płonie jej wioska.

Potem Ramage usiadł za kierownicą, Ralph Anderson wsunął się na miejsce pasażera i jeszcze zanim zamknął drzwi, nieoznakowany radiowóz z piskiem opon wyjechał tyłem z miejsca parkingowego dla niepełnosprawnych. Ramage ostro skręcił, obracając kierownicę nasadą dłoni, i ruszył w stronę Tinsley Avenue. Nie włączyli sygnału dźwiękowego, ale niebieski kogut przyczepiony do deski rozdzielczej rozbłysnął i poszedł w ruch. Terry uświadomił sobie, że w samochodzie czuć meksykańskim jedzeniem. Dziwne, jakie rzeczy się zauważa, kiedy cały twój dzień – całe twoje życie – nagle leci z urwiska, którego istnienia nawet nie byłeś świadom.

Wychylił się do przodu.

– Ralph, posłuchaj mnie.

Ralph patrzył przed siebie. Ciasno splótł dłonie.

– Na komisariacie będziesz mógł się nagadać za wszystkie czasy.

– Chce, to niech mówi – wtrącił Ramage. – Oszczędzi nam zachodu.

– Zamknij się, Troy – rzucił Ralph. Wciąż patrzył na drogę ciągnącą się przed nimi. Terry widział dwa wystające ścięgna na jego karku, tworzące jedenastkę.

– Ralph, nie wiem, co was do mnie doprowadziło ani dlaczego postanowiłeś mnie aresztować na oczach połowy miasta, ale jesteś na złym tropie.

– Wszyscy tak mówią – stwierdził siedzący obok niego Tom Yates tonem pogawędki prowadzonej dla zabicia czasu. – Ręce na kolanach, Maitland. Nawet nie drap się w nos.

Terry’emu powoli rozjaśniało się w głowie – może nie całkiem, ale przynajmniej trochę – i posłusznie wykonał polecenie posterunkowego Yatesa (nazwisko widniało na identyfikatorze przypiętym do mundurowej koszuli). Yates miał taką minę, jakby tylko czekał na pretekst, żeby przyłożyć zatrzymanemu − obojętnie, czy był skuty, czy nie.

Ktoś jadł enchilady w tym samochodzie, Terry był tego pewien. Pewnie kupione w Señor Joe’s. To ulubiona knajpa jego córek, które zawsze dużo się śmiały przy jedzeniu – kurczę, wszyscy się śmiali – a w drodze powrotnej do domu oskarżały się nawzajem o puszczanie bąków.

– Posłuchaj mnie, Ralph. Proszę.

– No dobra, słucham.

– Wszyscy słuchamy – powiedział Ramage. – Uszy szeroko otwarte, kolego, uszy szeroko otwarte.

– Frank Peterson został zamordowany we wtorek. We wtorek po południu. Tak pisali w gazetach, tak mówili w wiadomościach. Ja we wtorek wieczorem i przez większą część środy byłem w Cap City. Wróciłem o dziewiątej, może wpół do dziesiątej wieczorem w środę. Gavin Frick, Barry Houlihan i Lukesh Patel, ojciec Baibira, prowadzili treningi w te dni.

W samochodzie zapadła cisza. Nikt nic nie mówił, radio było wyłączone. Przez jedną błogą chwilę Terry wierzył – naprawdę całym sercem – że Ralph każe potężnemu glinie zjechać na pobocze. Potem odwróci się, z szeroko otwartymi, pełnymi wstydu oczami, i powie: Chryste, a tośmy się wygłupili, co?

Ralph jednak się nie odwrócił. Rzucił tylko:

– Ach. Pora na sławetne alibi.

– Co? Nie rozumiem, co masz na…

– Jesteś bystry facet, Terry. Wiedziałem to od naszego pierwszego spotkania, w czasach, gdy trenowałeś Dereka w juniorach. Byłem pewien, że jeśli się nie przyznasz od razu… na co liczyłem, choć bez większej nadziei… przedstawisz jakieś alibi. – Wreszcie się odwrócił; twarz, którą zobaczył Terry, należała jednak do zupełnie obcego człowieka. – I jestem równie pewien, że je obalimy. Bo mamy na ciebie wszystko, czego nam trzeba. Wszystko.

– A cóż pan robił w Cap City, trenerze? – spytał Yates. Człowiek, który dopiero co powiedział Terry’emu, żeby nawet nie drapał się w nos, nagle wydawał się przyjazny, zainteresowany.

Terry miał odpowiedź na końcu języka, ale postanowił milczeć. Rozwaga zaczynała zastępować odruchowe reakcje i uświadomił sobie, że ten samochód, wypełniony słabnącym zapachem enchilad, jest dla niego wrogim terytorium. Pora się zamknąć, dopóki Howie Gold nie przyjedzie na komisariat. Razem wyjaśnią całe nieporozumienie. Nie powinno to długo potrwać.

Uświadomił sobie też coś innego − był wściekły, wściekły jak chyba nigdy w życiu. Dlatego kiedy skręcili na Main Street i skierowali się w stronę komisariatu policji Flint City, złożył sobie obietnicę: jeszcze tej jesieni, może nawet wcześniej, człowiek siedzący na miejscu pasażera, ten, którego do niedawna uważał za swojego przyjaciela, będzie szukał nowej pracy. Może przyjmą go na strażnika banku w Tulsie lub Amarillo.

 

8

Zeznanie Carltona Scowcrofta (12 lipca, 21:30, przesłuchujący detektyw Ralph Anderson)

 

Scowcroft: Długo to potrwa, detektywie? Bo zwykle wcześnie chodzę spać. Pracuję przy konserwacji torów i jeśli nie stawię się w robocie na siódmą, będę miał przerąbane.

Detektyw Anderson: Postaram się uwinąć jak najszybciej, panie Scowcroft, ale sprawa jest poważna.

Scowcroft: Wiem. Pomogę na tyle, na ile będę mógł. Po prostu mam niewiele do powiedzenia i chcę jak najszybciej wrócić do domu. Chociaż nie wiem, jak mi się będzie spało. Nie byłem tu, na komisariacie, od zakrapianej imprezy, na którą poszedłem, jak miałem siedemnaście lat. Wtedy komendantem był Charlie Borton. Ojcowie wyciągnęli nas z kicia, ale dostałem szlaban na całe lato.

Detektyw Anderson: Cóż, jesteśmy wdzięczni, że dziś pan przyszedł. Proszę powiedzieć, gdzie pan był o siódmej wieczorem dziesiątego lipca?

Scowcroft: Jak już powiedziałem dziewczynie z dyżurki, byłem w pubie Shorty’s i widziałem tego białego vana i faceta, który trenuje młodzieżowe drużyny bejsbolu i futbolu na West Side. Nazwiska nie pamiętam, ale w gazecie na okrągło dają jego zdjęcia, bo w tym roku ma dobrą ekipę. Pisali, że mogą nawet zdobyć mistrzostwo. Moreland, tak się nazywa? Był cały we krwi.

Detektyw Anderson: Jak to się stało, że pan go zobaczył?

Scowcroft: Cóż, po robocie mam taką ustaloną rutynę, bo w domu nie czeka na mnie żona, a kucharz ze mnie żaden, rozumie pan. W poniedziałki i środy chodzę do Flint City Diner. W piątki do Bonanza Steakhouse. A we wtorki i czwartki wpadam do Shorty’s na żeberka i piwo. W ten wtorek przyszedłem do Shorty’s o… nie wiem, może piętnaście po szóstej. Chłopak wtedy dawno już nie żył, prawda?

Detektyw Anderson: Ale około siódmej był pan na tyłach, prawda? Za pubem Shorty’s.

Scowcroft: Tak, z Rileyem Franklinem. Przypadkiem się spotkaliśmy i zjedliśmy razem. Na tyłach jest miejsce, gdzie można zapalić. Idzie się w głąb korytarza, między ubikacjami, a potem tylnymi drzwiami na zewnątrz. Jest tam wiadro na popiół i w ogóle. Zjedliśmy więc, ja żeberka, on makaron z serem, zamówiliśmy deser i zanim go przynieśli, poszliśmy na fajkę. Kiedy tak staliśmy i gadaliśmy o tym i owym, przyjechał brudny biały van. Miał nowojorską rejestrację, to pamiętam. Zaparkował obok małego subaru kombi – chyba subaru – i wysiadł ten facet. Moreland czy jak go zwał.

Detektyw Anderson: Jak był ubrany?

Scowcroft: Hm. Nie jestem pewien, jakie miał spodnie. Chinosy? Riley może pamiętać. Ale koszula była biała. Zapamiętałem to, bo z przodu była na niej krew, dużo krwi. Spodnie były tylko trochę pochlapane. Miał też krew na twarzy. Pod nosem, dookoła ust, na brodzie. Makabra, kurczę. I wtedy Riley – chyba walnął parę browarów, zanim przyszedłem, ja tylko jednego – Riley mówi: „A przeciwnik jak wygląda, trenerze T?”.

Detektyw Anderson: Nazwał go trenerem T?

Scowcroft: Jasne. Trener się zaśmiał i powiedział: „Żadnego przeciwnika nie było. Coś mi pękło w nosie, to wszystko, i buchnęło jak z gejzera. Jest tu gdzieś przychodnia, w której przyjmują od ręki?”.

Detektyw Anderson: Uznał pan, że chodziło mu o przychodnię typu MedNOW lub Quick Care?

Scowcroft: No bo o co innego? Chciał, żeby lekarz zobaczył, czy nie trzeba mu tam czegoś kauteryzować. Auć, co? Powiedział, że raz już miał coś podobnego. Kazałem mu pojechać Burrfield przez jakieś półtora kilometra, na drugich światłach skręcić w lewo, a tam już zobaczy tablicę. Wie pan, ten billboard koło Coney Ford. Podaje, ile trzeba czekać na lekarza i w ogóle. Potem zapytał, czy może zostawić vana na tym małym parkingu za pubem, bo na tylnej ścianie budynku wisi tabliczka, że jest tylko dla pracowników. Ja powiedziałem: „To nie mój parking, ale jeśli wóz nie postoi za długo, pewnie nic się nie stanie”. Na co on mówi – i obu nam wydało się to dziwne, zwłaszcza w dzisiejszych czasach – że zostawi kluczyki w uchwycie na kubek na wypadek, gdyby vana trzeba było przestawić. Riley powiedział: „To pewny sposób na to, żeby go ukradli, trenerze T”. Ale on powtórzył, że niedługo wróci i że może do tego czasu ktoś będzie chciał ten wóz przestawić. Wie pan, co myślę? Że chciał, żeby ktoś go ukradł, może nawet ja lub Riley. Myśli pan, że to możliwe, detektywie?

Detektyw Anderson: Co się stało potem?

Scowcroft: Wsiadł do tego małego zielonego subaru i pojechał. Co też wydało mi się dziwne.

Detektyw Anderson: Co w tym było dziwnego?

Scowcroft: Zapytał, czy może na krótko zostawić swojego vana – jakby się bał, że go odholują czy coś – chociaż jego drugi samochód przez cały czas stał tam nietknięty. Nie dziwne?

Detektyw Anderson: Panie Scowcroft, położę przed panem sześć zdjęć sześciu różnych mężczyzn. Chcę, żeby wskazał pan człowieka, którego widział za Shorty’s. Wszyscy są do siebie podobni, więc proszę uważnie im się przyjrzeć. Może pan to dla mnie zrobić?

Scowcroft: Pewnie, ale nie muszę się uważnie przyglądać. Od razu widzę, że to ten. Moreland czy jak mu tam. Mogę już iść do domu?

 

9

W nieoznakowanym radiowozie nikt więcej się nie odezwał do chwili, kiedy wjechali na parking komisariatu i zatrzymali się na jednym z miejsc oznaczonych tabliczką „Tylko dla pojazdów służbowych”. Wtedy Ralph odwrócił się, żeby popatrzeć na byłego trenera jego syna. Bejsbolówka Dragonsów na głowie Terry’ego Maitlanda lekko się przekrzywiła, tak że wyglądał trochę jak raper; koszulka Dragonsów z jednej strony wyszła ze spodni; twarz ociekała potem. W tej chwili wszystko w nim sprawiało wrażenie, że jest winny jak jasna cholera. Może z wyjątkiem jego oczu, które śmiało napotkały spojrzenie Ralpha. Były szeroko otwarte, pełne wyrzutu.

Ralph miał pytanie, które nie mogło czekać.

– Dlaczego on, Terry? Dlaczego Frankie Peterson? Był w drużynie juniorów w tym roku? Wpadł ci w oko? Czy po prostu przypadkiem się napatoczył?

Terry otworzył usta, żeby ponownie zaprzeczyć, ale jaki to miało sens? Ralph i tak nie posłucha, przynajmniej jeszcze nie teraz. Ani Ralph, ani żaden z nich. Lepiej się wstrzymać. To trudne, ale w ostatecznym rozrachunku może oszczędzi wszystkim czasu.

– Powiedz – ciągnął Ralph cicho i swobodnie. – Przedtem chciałeś mówić, więc śmiało. Mów. Wytłumacz mi. Tu i teraz, zanim wysiądziemy.

– Wolę poczekać na adwokata – odparł Terry.

– Jeśli jesteś niewinny – odezwał się Yates – adwokat ci niepotrzebny. Rozwiej nasze podejrzenia, jeśli możesz. A wtedy jeszcze odwieziemy cię do domu.

Wciąż patrząc w oczy Ralpha Andersona, Terry mówił tak cicho, że ledwo było go słychać.

– To niedopuszczalne. Nawet nie sprawdziliście, gdzie byłem we wtorek, prawda? Nie spodziewałem się tego po tobie. – Przerwał, jakby się zamyślił, po czym dodał: − Ty draniu.

Ralph nie miał zamiaru powiedzieć Terry’emu, że rozmawiał o tym z Samuelsem, choć rozmowa nie trwała długo. Miasto jest małe. Woleli nie zadawać pytań, które mogłyby dotrzeć do Maitlanda.

– To był jeden z rzadkich przypadków, kiedy nie musieliśmy tego sprawdzać. – Ralph otworzył swoje drzwi. – Chodźmy. Spiszemy protokół z zatrzymania, pobierzemy odciski palców i zrobimy zdjęcia, zanim przyjedzie twój adwo…

– Terry! Terry!

Zamiast pójść za radą Ralpha, Marcy Maitland przyjechała swoją toyotą za radiowozem. Jamie Mattingly, sąsiadka, zaoferowała, że zabierze Sarah i Grace do swojego domu. Obie dziewczynki płakały. Jamie też.

– Terry, co oni robią? Co ja mam robić?

Na chwilę wyrwał się Yatesowi, który trzymał go za ramię.

– Zadzwoń do Howiego!

Nic więcej nie zdążył powiedzieć. Ramage otworzył drzwi z tabliczką „Wejście służbowe” i Yates wprowadził Terry’ego do środka, niezbyt delikatnie, naciskając na jego plecy.

Ralph został z tyłu i przytrzymał drzwi.

– Jedź do domu, Marcy – powiedział. – Zanim zlecą się tam media. – Prawie dodał: Przykro mi, że tak się stało. Alenie zrobił tego. Dlatego że nie było mu przykro. Przed domem zastanie Betsy Riggins i policję stanową, ale tak czy owak, to najlepsze, co mogła zrobić. Jedyne, co mogła zrobić. I może był jej coś winien. Ze względu na jej córki, oczywiście – one w tej sprawie były niewinne – ale też…

To niedopuszczalne. Nie spodziewałem się tego po tobie.

Przygana człowieka, który zgwałcił i zamordował dziecko, nie powinna obudzić w Ralphie wyrzutów sumienia, nie było po temu żadnego powodu, a mimo to przez chwilę je odczuwał. Potem pomyślał o zdjęciach z miejsca zbrodni, tak obrzydliwych, że prawie się chciało oślepnąć. Pomyślał o gałęzi sterczącej z odbytu chłopca. Pomyślał o krwawym śladzie na gładkim drewnie. Gładkim, dlatego że odciśnięta na nim dłoń wepchnęła gałąź tak mocno, że odpadła.

Bill Samuels przedstawił dwa proste argumenty. Ralph zgodził się z nim, podobnie jak sędzia Carter, do którego Samuels poszedł po niezbędne nakazy. Po pierwsze, sprawa była z góry wygrana. Nie było sensu czekać, skoro mieli wszystko, czego potrzebowali. Po drugie, gdyby dali Terry’emu czas, mógłby uciec, po czym musieliby go wytropić, zanim zgwałciłby i zabił następnego Franka Petersona.

 

10

Zeznanie Rileya Franklina (13 lipca, 7:45, przesłuchujący detektyw Ralph Anderson)

 

Detektyw Anderson: Pokażę panu sześć zdjęć sześciu różnych mężczyzn, panie Franklin, i chciałbym, żeby wskazał pan człowieka, którego widział pan na tyłach pubu Shorty’s wieczorem dziesiątego lipca. Proszę się uważnie przyjrzeć.

Franklin: Nie muszę. To ten. Dwójka. To trener T. Nie do wiary. Trenował mojego syna w juniorach.

Detektyw Anderson: Tak się składa, że mojego też. Dziękuję, panie Franklin.

Franklin: Zastrzyk to dla niego za łagodna kara. Powinni go powiesić na powoli zaciskającym się stryczku.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI