Otwórz oczy - Alicja Sinicka - ebook + audiobook

Otwórz oczy ebook i audiobook

Alicja Sinicka

4,6

78 osób interesuje się tą książką

Opis

Wyczekiwane zakończenie pełnej namiętności i tajemnic serii Oczy wilka autorki bestsellerów, Alicji Sinickiej

Niewygodna przeszłość często powraca w najmniej oczekiwanym momencie.

Cena za bycie żoną Artura jest bardzo wysoka. Jej ukochany wciąż patrzy na Lenę tym samym lazurowym spojrzeniem, ale w jego oczach da się dostrzec głęboką ciemność i coś, czego nie zaznała nigdy wcześniej...

Tajemnica, którą skrywa przed Leną Artur, wprowadzi do ich wspólnego życia chaos i zmieni wszystko. To ona musi stawić czoła wielkiemu wyzwaniu. To ona musi podjąć walkę o ich miłość. Musi też znaleźć w sobie siłę i zebrać resztki nadziei mimo lęku i niespodziewanych przeciwności losu. Losu, który zgotował jej nieobliczalny ukochany.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 359

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 9 min

Lektor: Czyta: Aneta Todorczuk

Popularność




W lustrach Twoich oczu widzę i nie widzę siebie. Pada w nich na mnie jakieś ciepłe światło, w którym staję się piękniejsza. Czy to jeszcze ja? Czy Ty?

LENA

Mój mąż właśnie się budzi. Przeciera powieki, porusza zamkniętymi ustami, bierze głęboki wdech. Zwykle stroni od alkoholu, ale na poprawinach zaszalał. Ja zresztą dzielnie dotrzymywałam mu kroku. Ja, Lena Mangano (od niespełna dwóch dni). Wesele było piękne, czułam się jak w bajce. Na roześmianych twarzach naszych gości malowało się magiczne hasło: „I żyli długo i szczęśliwie”. Oto koniec naszej bajki. Bajki o Lenie, niedoszłej schizofreniczce, i Arturze, posiadaczu przeszywających duszę wilczych oczu.

Ja jednak całą sobą czuję, że to dopiero początek. Początek wędrówki ku słońcu.

Podchodzę do okna. Deszcz bębni o szyby, choć jest drugi stycznia. Ciężkie krople rozbijają się o taflę jeziora. Woda zdaje się drżeć, jakby w oczekiwaniu na coś. Wracam spojrzeniem do mojego męża i aż zapiera mi dech w piersiach. Wpatruje się we mnie lazurowymi oczami, w których odbija się światło dnia. Jakaś uzależniająca jasność, chłód przeszywający mnie z dołu do góry. Przyjemnie, może nawet rozkosznie. Uśmiecham się. Rośnie we mnie pytanie, które on zdaje się dostrzegać. „Kiedy wyjawisz mi tę rodzinną tajemnicę, o której wspominałeś jakiś czas temu?” Od tamtego dnia ten sekret płynie w rzece życia, gdzieś przed nami, jak rozbita butelka, a mną kieruje obsesyjna ciekawość. Z jednej strony chcę się do niego zbliżyć, z drugiej – bardzo się go boję. Powiedział, że wyzna mi tę tajemnicę, gdy zostanę jego żoną. Zdaje się, że wczoraj po poprawinach, podczas after party na dole upomniałam się o to kilkukrotnie. Mam takie mgliste wspomnienie. Niestety, wypite drinki skutecznie rozmyły mi pamięć.

Teraz on się uśmiecha, choć w jego spojrzeniu dostrzegam jakąś niepewność. Wyciąga do mnie dłoń. Podchodzę. Przyciąga mnie do siebie, po chwili otulam go już nogami, a on przykrywa nas satynową pościelą. W sypialni jest dość chłodno, mimo to jego ciało tętni ciepłem wyhodowanym przez kilka godzin snu. Ja jak zawsze jestem zimna, przez co bijący od niego żar jest jeszcze przyjemniejszy.

– Już mi nie uciekniesz – szepcze.

Czuję na uchu jego ciepły oddech, po chwili muska ustami moją szyję, na co reaguję cichym westchnieniem. Moim ciałem rządzi teraz poalkoholowa wrażliwość, która potęguje doznania.

– Pani Mangano – mówi, odchylając mi głowę do tyłu i składając kolejne pocałunki obok siebie, jakby nie chciał ominąć ani jednego kawałeczka mojej szyi. – Pamiętasz, co mówiłaś wczoraj?

– Jak przez mgłę – odpowiadam z lekką chrypką, zdradzającą, jak bardzo podoba mi się taniec jego ust na moim ciele.

A one schodzą niżej i niżej. Są jednocześnie miękkie i napięte. Każdy fragment mojego ciała, który muskają, kipi z podniecenia, a cała reszta pogrąża się w tęsknocie i rozpaczliwym oczekiwaniu.

Najbardziej czekają piersi, jest już bardzo blisko.

– Przypomnieć ci? – Odrywa się ode mnie i zagląda mi w oczy.

Jego gęste czarne rzęsy wydają się błyszczeć w dziennym świetle, a spojrzenie spowija coś w rodzaju ironii.

– Nie teraz.

Uśmiecha się szelmowsko.

– Teraz będzie idealnie.

– To mów! – Poddaję się.

Chcę mieć to jak najszybciej za sobą. W tym momencie w ogóle nie obchodzi mnie to, co mówiłam, co robiłam. Liczą się tylko dreszcze spływające po mojej klatce piersiowej.

– Powiedziałaś, że od dzisiaj koniec z tajemnicami. Że przez nie byłem okropnym narzeczonym i jeżeli się nie zmienię, to będę okropnym mężem.

– Aha… – Czuję, że na moją twarz wpływa fala gorąca.

Na trzeźwo w życiu bym mu czegoś takiego nie powiedziała, chyba nawet tak bym nie pomyślała. Pływający w żyłach alkohol potrafi skłonić człowieka do ciekawych refleksji. Teraz coś zaczyna mi świtać. Wchodziliśmy już po schodach, a raczej on wnosił mnie, bo zasnęłam skulona na fotelu. I bełkotałam. O tak, bełkotałam od pierwszego marmurowego stopnia aż do chwili, gdy położył mnie na miękkim materacu łóżka, przykrył pościelą i przyciągnął do swojego twardego torsu, układając się tuż za mną, całkowicie obojętny na moje marudzenie. Przynajmniej tak mi się wydawało. Teraz jednak wraca do tego marudzenia, bezlitośnie przerywając pieszczoty, stawiając tamę na wielkiej rzece podniecenia.

– Najpierw zapytałaś o rodzinną tajemnicę. Pozwolę sobie zauważyć, że w tamtym momencie miałaś jedną stopę bosą, bo zgubiłaś but w jeziorze, do tego rozmazany tusz pod oczami i czkawkę. Kilka minut wcześniej bowiem wpadłyście z Kariną na wspaniały pomysł, aby zamoczyć sobie stopy w lodowatej wodzie. – Próbuje być poważny, ale oczy mu się śmieją. – W ostatniej chwili wyciągnęliśmy was z Waldim. Ty, niestety, zgubiłaś but. I stałaś tak przede mną, dygocząc z zimna, w jednym bucie, walcząc z opadającymi powiekami. Odezwałaś się:

– To teraz jestem już twoją żoną, więc mów.

– Co mam mówić? – zapytałem.

Pstryknęłaś palcami i mnie wskazałaś.

– Tajemnica. Szybko.

– Odpowiedziałem, że wyjawię ci ją jutro. I wtedy się zaczęło. Okropny narzeczony, na pewno okropny mąż. A ja chciałbym cię teraz, moja droga żono, zapytać, czy to jest takie okropne.

Rozchyla poły mojego jedwabnego szlafroka i powoli przysysa się do piersi, drugą dłonią sunąc niżej i niżej ku kobiecości. Przez chwilę nie oddycham, później nagle staję się oddechem. Powietrze rozpiera moje ciało. Wciągam je głośno i bezwstydnie.

Przerywa.

– Okropne? – szepcze, przyglądając się mojej twarzy.

W jego oczach wciąż czai się ta ironia, odbija się w nich też wspomnienie wczorajszego wieczoru. Rzeczywiście, przypominam sobie czarną taflę jeziora. Tak, chyba wbiegłyśmy do niego z Kariną. Chłód był nieznośny. Po chwili poczułam na sobie ciepłą dłoń Artura. Śmiał się ze mnie, ale był też zdeterminowany, aby wyciągnąć mnie z wody. I zrobił to, pomimo że z całych sił waliłam pięściami w jego twarde przedramiona.

– Nie bardzo – odpowiadam, z trudem przełykając ślinę.

Przechodzi do drugiej piersi. Delikatnie się w nią wgryza, po czym schodzi ustami niżej. Wypycham biodra do przodu, gdy zaczyna całować wewnętrzną część mojego uda. Jego wargi są teraz przyjemnie mokre i ciepłe. Zerka na mnie.

– A to?

Spojrzenie ma mroczne.

Z moich ust wydobywa się cichy jęk. Nie jestem już w stanie odpowiedzieć. Kręcę tylko desperacko głową, mając nadzieję, że tym razem nie przestanie.

Wsuwa palce pod koronkowe szorty, zsuwa je ze mnie i zanurza się z cichym westchnieniem w mojej kobiecości. Już nie przerywa. Po chwili rozkosz rozsadza mnie od środka. Zatapiam dłonie w jego gęstych włosach, powtarzając: „tak”, dając się porwać potokom dreszczy płynącym po ramionach.

W uszach mi szumi, oddech mam płytki.

– Artur – wymawiam jego imię cicho, ulegle, i dochodzę na sam szczyt, by po chwili opaść na materac i zamknąć oczy.

Czuję, jak się po mnie wspina, jego ciepły oddech jest coraz wyżej. Owiewa mi brzuch, klatkę piersiową, w końcu dochodzi do twarzy. Składa pocałunek na policzku.

– Jak ja cię kocham – szepcze mi do ucha.

Słyszę, jak zsuwa bokserki, po chwili napięty niczym struna wchodzi we mnie, rozpiera od środka, głębiej i głębiej. Poddaję się mu, cicho wzdychając.

– Same okropieństwa cię czekają w tym małżeństwie. Już ci współczuję, moja piękna żono.

Podkreśla „piękna”. Choć mam zamknięte oczy, czuję na sobie przyjemny chłód jego spojrzenia. Jestem pewna, że mi się przygląda. Rozchylam powieki i przepadam we wpatrzonych we mnie błękitnych oczach, pochłaniających mnie w akcie dzikiego pożądania.

Po chwili przechyla lekko głowę i uśmiecha się czule. Jego spojrzenie nabiera subtelniejszego wyrazu. Przymyka powieki. Gładzę go po jedwabistych plecach. Ma taką miękką skórę, dużo gładszą niż moja. Wybucha we mnie gorąco i długo, a ja współodczuwam jego ekstazę, co przypomina drugi orgazm przejawiający się rozkosznym drżeniem, które delikatnie przemyka po mojej kobiecości.

Zsuwa się ze mnie i mocno przytula. Czuję na piersi bicie jego serca. – Nie jesteś taki okropny – mówię po paru minutach, gdy mój oddech wreszcie się wyrównuje.

– Wiem, że jestem, Leno. Miałaś rację w nocy. To, że czegoś ci nie mówię, nie oznacza, że ci nie ufam. Po prostu chcę cię chronić.

– Nie musisz mnie chronić. Poradzę sobie.

– Ale ja sobie nie poradzę, jeśli coś ci się stanie. Gdy Leon cię porwał… – Zawiesza głos.

Bierze głęboki wdech.

– Czułem się tak, jakbym tkwił w czarnej otchłani. Świat przestał dla mnie istnieć. Pragnąłem tylko jednego – odnaleźć cię. Wiedziałem, że bardzo cię kocham, ale w tamtej chwili dotarło do mnie, że mogę cię stracić. Muszę zrobić wszystko, żebyś była bezpieczna.

– Ukrywanie przede mną pewnych spraw mnie nie uratuje.

– Wiem, właśnie to mi wczoraj powiedziałaś, gdy niosłem cię na górę.

Zaczyna gładzić dłonią moje plecy. Schodzi niżej ku pośladkom. Ściska je lekko i przysuwa mnie jeszcze bliżej.

– Nie chcę, żebyś się czuła… – Waha się chwilę, jakby szukał odpowiedniego słowa. – …pominięta. A chyba tak się właśnie czasem czujesz, prawda?

– Tak.

Całuje mnie w szyję.

– Nie chcę też być okropnym mężem – dodaje łagodnym, przepraszającym tonem. – Nie chcę, żebyś kiedykolwiek jeszcze przeze mnie płakała.

– Płakałam?

– Rozpłakałaś się wczoraj, gdy położyłem cię do łóżka. Powtarzałaś, że dłużej nie zniesiesz tych sekretów.

– Tego nie pamiętam.

Próbuję odtworzyć ostatnie wydarzenia przed tym, gdy weszliśmy do sypialni, ale przypominam sobie jedynie półmrok, przyjemne kołysanie i ciepłe światło płynące z kinkietów, gdy Artur niósł mnie na górę.

– I dobrze. Postaram się nie ukrywać już przed tobą niczego, Leno. Dziś wieczorem, tak jak obiecałem w nocy, wyjawię ci rodzinny sekret.

Kiwam głową, wciąż lekko zdezorientowana. Czy mój wczorajszy upust emocji mógł aż tak na niego wpłynąć? A może chodzi o to, że jesteśmy już małżeństwem?

– Do tego czasu pomyślę, jak najlepiej ci go przedstawić, żebyś nie uciekła od naszej rodziny.

Mam ciarki na plecach.

– Jest aż tak źle?

– W rodzinie Mangano nigdy nie było dobrze. Im szybciej to do ciebie dotrze, tym lepiej.

Wypuszczam głośno powietrze i nic już nie odpowiadam. Staram się odpłynąć myślami od czekającej mnie rozmowy o rodzinnej tajemnicy. Boję się jej, ale nie chcę okazywać tego Arturowi. Jestem pewna, że to przez nią zdecydował, że musimy odłożyć na razie naszą podróż poślubną. Jutro obydwoje wracamy do pracy. Od jakiegoś czasu planuję produkcję kosmetyków w Mangano Solutions. Na razie zajmuję się legalną częścią działalności firmy, ale wkrótce mam przejść do podziemia.

Zaczynamy się całować czule, delikatnie. Po chwili znowu scalamy się w jedność. Tym razem to ja wspinam się na Artura. Bezwzględnie przejmuję kontrolę nad kolejnym zbliżeniem. Zaciskam palce na jego klatce piersiowej, wpatruję się w niego, dominuję, jakbym chciała udowodnić mężowi, że nie musi się o mnie bać. Że jestem silną, pewną siebie kobietą, godną wszystkich tajemnic rodu. Poradzę sobie z nimi, ujarzmię zagrożenie, tak jak ujarzmiam teraz Artura, wpatrując się w te pełne zachwytu lazurowe oczy.

ARTUR

Gdy śpi, wygląda nieprzyzwoicie pięknie, z tymi swoimi długimi rzęsami niczym skrzydełka ważki i wyraźnie zarysowanymi ustami. Przypominam sobie, co chwilę temu mi nimi robiła, i czuję ciepło rozlewające się po podbrzuszu. Czasem jej nie poznaję w łóżku. Przed kilkoma minutami dała niezły pokaz umiejętności. W takich momentach z jednej strony czerpię z tego, bo jest boska, z drugiej – rozpiera mnie zazdrość. Pojawiają się pytania typu: „Gdzie się tego nauczyłaś, moja słodka Leno?”. Ciepło schodzi niżej, zbliża się do penisa. Jeśli nie przestanę o tym myśleć, to zaraz ją obudzę i grzecznie lub bardzo niegrzecznie poproszę, aby zrobiła to znowu. Druga opcja wydaje się bardziej kusząca… Lepiej już wstanę. Niech się wyśpi. Dzisiejszy wieczór nie będzie dla niej łatwy.

Siadam na łóżku i patrzę na strumienie deszczu spływające po szybach. To ma być styczeń? Cały świat nade mną płacze. Ojciec nieźle spieprzył sprawę, a teraz ja muszę za to pokutować. Nie mogę znieść myśli, że zagrożenie jest tak realne. Jak mam jej to powiedzieć? Jak wytłumaczyć to tak, żeby jej nie przerazić? Ostrożnie wysuwam szufladę z szafki nocnej, podnoszę stertę gazet, wyciągam ostatni numer „Forbesa” i jeszcze raz patrzę na fotografię, którą do niego schowałem. Otrzymałem ją wczoraj rano. Ten gnojek był na naszym ślubie. Zrobił zdjęcie i przysłał mi, żeby mnie zastraszyć. Tego na pewno nie mogę jej pokazać. Nawet ja wzdrygam się, gdy znowu na to patrzę. W końcu wkładam fotografię z powrotem do gazety i zamykam szufladę.

Odwracam się i zerkam na prawą dłoń Leny. Serdeczny palec zdobi szeroka złota obrączka. Nareszcie dopiąłem swego. Jest moją żoną. Dużo musiałem przejść, aby nią została. Droga nie była łatwa. Pierwszy raz zobaczyłem ją, gdy miała osiemnaście lat, w Katowicach. Ona myśli, że poznaliśmy się na pomoście w Piaskach, gdy przyjechała tu z ciotką, ale to nieprawda. Do Piasków przyjechała, bo ja je tu ściągnąłem. Bo pragnąłem jej już wtedy.

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej w Katowicach. Byliśmy tam z ojcem służbowo, w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w restauracji Cadillac, żeby coś zjeść. Spokojna, jazzowa muzyka i amerykańskie plakaty reklamowe z lat sześćdziesiątych przedstawiające panie domu z butelkami coca-coli w dłoni i z czekoladą oraz mężczyzn z piwem lub z whisky. Gdy zajadałem się wielkim hamburgerem z podwójną porcją mięsa, weszła Lena z ciotką. Usiadły dwa stoliki dalej. Zamówiły po sałatce. Lena słuchała długich wywodów Melanii, co chwilę grzecznie potakując. Jej usta pięknie się układały za każdym razem, gdy unosiła ich kąciki. Było w tym uśmiechu coś zmysłowego. Nie mogłem przestać jej obserwować. W pewnym momencie nasze spojrzenia się skrzyżowały. Natychmiast opuściła wzrok. Choć miałem dopiero dwadzieścia lat, byłem już przyzwyczajony, że onieśmielam kobiety. Czterdziestolatki, dwudziestolatki, nastolatki. Ekspedientki, nauczycielki, lekarki. Wszystkie reagują na mnie tak samo. Szybsze bicie serca, zaróżowione policzki, słabszy głos. Widzę to.

Wracając do Leny, bardzo żałowałem, że to my opuszczamy knajpę jako pierwsi, bo nie mogłem zobaczyć, jakie ma ciało. Dziś pewnie nie przywiązywałbym do tego aż takiej wagi, ale wtedy hormony we mnie buzowały. Ojciec szedł przodem, ją ociągając się, podążyłem za nim i wtedy usłyszałem słodki kobiecy głos.

– Przepraszam!

Odwróciłem się. Stała między stolikami w kusych szortach odsłaniających długie, szczupłe nogi i uśmiechała się w ten cholernie podniecający sposób. Patrzyła mi prosto w oczy bez cienia skrępowania, jakby przezwyciężyła początkowy wstyd. Miała silne, obojętne spojrzenie, które sprawiło, że to ja poczułem się zawstydzony. Pierwszy raz ktoś mnie onieśmielił.

– Tak? – zapytałem, przechylając głowę.

– Zostawiłeś komórkę na stoliku.

„Bo mnie zdekoncentrowałaś”, pomyślałem, a odpowiedziałem:

– Dzięki.

Gdy podała mi zgubę, nasze palce się musnęły. Poczułem łaskotanie w ręce, na chwilę zaniemówiłem. Znokautowała mnie swoim dziewczęcym urokiem. Długimi rzęsami, chłodem dłoni, ciepłem spojrzenia.

Wyszedłem z knajpy, słysząc szum w uszach. Zrobiło mi się gorąco. Ściągnąłem czapkę z daszkiem, przejechałem palcami po włosach. Z każdym krokiem czułem, że muszę tam wrócić, poznać ją lepiej i… wróciłem. Tylko że z ojcem do Głębi.

Rzadko coś mi się podoba, naprawdę rzadko. A gdy już tak się zdarzy, muszę to zdobyć. Tak było z Leną. Nie mogłem o niej zapomnieć. Po tygodniu wróciłem do Katowic. Wszedłem do knajpy dokładnie o tej samej porze co w poprzedni czwartek. Doszedłem do wniosku, że jadają tam regularnie. Tydzień wcześniej miały rezerwację, a kelnerki zwracały się do Melanii po imieniu. Nie myliłem się. Znowu tam była. Przyjrzałem się jej uważniej i spodobała mi się jeszcze bardziej. Była taka beztroska i naturalna w wesołym blond kucyku i czerwonej bluzie z napisem GUNS N’ ROSES. Zero makijażu, ponętne wargi, ufne szmaragdowe oczy. Nagle dosiadł się do nich jakiś gnojek, który pocałował ją na powitanie. Od razu chciałem odciągnąć go od niej, ale postanowiłem rozegrać to inaczej. Ściągnąć ją do siebie, do Piasków. Samą. Bez tego pajaca o utlenionych do bladej żółci włosach.

Zabawiłem się w detektywa. Po tygodniu wiedziałem już wszystko o jej ciotce, o niej. Dowiedziałem się, że Melania Kajzer lubi pisać swoje popieprzone powieści w różnych odludnych miejscach i że zawsze zabiera na takie wyprawy bratanicę. Podszyłem się pod jej wiernego czytelnika i napisałem do niej e-mail, w którym gorąco poleciłem Piaski jako idealny teren do tworzenia powieści. Tekst wiadomości ułożyłem w jej dziwnym, choć ciekawym stylu pisania, żeby przyciągnąć jej uwagę. Opisałem jezioro, plażę, lasy, używając zwrotów typu: „czarna otchłań wody”, „morze parzącego stopy piasku”, „plątanina drzew i krzewów szumiąca złowrogo”. Nie odpowiadała dobre dwa tygodnie. Już zacząłem się martwić. Przecież szukała nowego miejsca, żeby napisać kolejną książkę. Czy coś przeoczyłem? E-mail był niemal jak wycięty z jej mrocznych powieści. Przeczytałem wszystkie i doskonale wiedziałem, jak wygląda jej wewnętrzny świat. Lubi wielkie zbiorniki wodne, stare drzewa, unoszącą się w powietrzu świeżość lasu, podszytą strachem atmosferę zachodu słońca. Piaski były idealne.

W końcu nadeszła odpowiedź:

„Czy da się tam rozbić namiot?”

Wtedy już wiedziałem, że Lena będzie moja. Jeszcze żadna kobieta mi nie odmówiła. Początkowo pragnąłem jedynie zaspokoić żądzę, ale po przyjeździe do Piasków rozkochała mnie w sobie raz na zawsze. Ciekawe, co by zrobiła, gdyby się dowiedziała, że nasza znajomość rozpoczęła się w Katowicach, a nie w Piaskach. Gdy zobaczyliśmy się po raz pierwszy, miałem na głowie czapkę z daszkiem. Kiedy się spotkaliśmy w Piaskach, nie zorientowała się, że widziała mnie już wcześniej. I dobrze. Tego sekretu nigdy jej nie wyjawię.

Czas jednak wrócić do rodzinnej tajemnicy. Zastanowić się, jak najłagodniej opisać jej tę sytuację. Na pewno wykorzystam alkohol. Podam jej coś mocnego, żeby złagodzić szok.

– Artur… – wymyka się jej przez sen.

Zerkam na nią z uśmiechem. Znowu czuję to gorąco w podbrzuszu.

– Tak, Artur… – Przewraca się z boku na plecy.

Śni o mnie. A raczej o tym, jak to robimy.

Ostrożnie układam się koło niej, opierając się na łokciu. Jej nagie piersi unoszą się i opadają coraz szybciej. W pierwszym odruchu chcę ją obudzić i zrobić to, o czym właśnie śni, ale ostatecznie dochodzę do wniosku, że obserwacja będzie dużo ciekawszym doświadczeniem. Po chwili zdaje się szczytować, jęczy przez sen. Mój wzwód jest niemal bolesny. A później… dostrzegam łzę spływającą po jej policzku.

– Proszę, mów mi o wszystkim – szepcze – tylko tak zdołasz mnie ochronić.

Mam wrażenie, że serce przestało mi bić. Przez chwilę nie jestem pewien, czy wciąż śni, czy może mówi to do mnie, bo wyczuwa moją obecność. Zbieram się w sobie i odpowiadam:

– Dobrze, skarbie.

Kolejna łza płynie po jej policzku. Nie mogę na to patrzeć, tak jak nie mogłem w nocy, gdy układałem ją do łóżka. Wycieram słoną kroplę opuszką palca. Chyba naprawdę nie spisałem się w roli narzeczonego. Całuję ją w czoło i szepczę:

– Nie będę okropnym mężem, Leno. Razem przejdziemy przez piekło, a potem czeka nas długie i szczęśliwe życie.

LENA

Wieczorem robimy pizzę z owocami morza. Artur idealnie zagniótł ciasto. Jest miękkie i zarazem chrupiące, nie jadłam lepszego. Dochodzący z kuchni zapach pomidorów przyciąga nawet Marię, która nieśmiało zagląda do nas, gdy wyjmujemy pizzę z pieca. Zapraszamy ją do stołu. Artur jest uroczo zaniepokojony, gdy Maria bierze do ust pierwszy kęs. Jest doskonałą kucharką, trudno jej dorównać. Na szczęście chwali nas, co mój mąż przyjmuje z wyraźną ulgą. Oczy rozbłyskają mu jak małemu chłopcu, który sprawił przyjemność mamie. Myślę, że bardzo kocham tego chłopca, którym w głębi duszy jest, choć tak rzadko pokazuje mi swoje prawdziwe oblicze. Na co dzień stara się być poważny, uporządkowany i bezkompromisowy. Dochodzę też do wniosku, że bez względu na to, jak straszna okaże się ich tajemnica rodzinna, i tak będę go kochać. Choć przez cały wieczór udaję, że świetnie się bawię, tak naprawdę wciąż o niej myślę. Wyborna kolacja w żaden sposób nie złagodziła napięcia, jakie czuję od rana. Od chwili, w której mąż poinformował mnie, że wyzna mi ją dzisiaj. Teraz idziemy już do gabinetu. Artur stwierdził, że to właśnie tam chce ze mną porozmawiać, przy drinku.

Gdy otwiera przede mną drzwi od gabinetu, ma zaciśnięte usta, a jego wilcze oczy bacznie mi się przyglądają. Mam wrażenie, że zastanawia się, czy udźwignę to, co ma zamiar mi powiedzieć. Zaczynam się stresować. Mam nierówny oddech, ręce mi się trzęsą, a zjedzona przed kilkoma minutami pizza podchodzi mi do gardła.

Prosi, żebym usiadła na fotelu przy mahoniowej ławie. Sam podchodzi do barku stojącego obok okna. Jest dość nietypowy, bo wykonano go z dużej dębowej beczki po whisky, pokrytej bezbarwnym lakierem dodającym jej eleganckiego blasku. Obręcze są czarne, z wytłoczonym napisem „Johnnie Walker”. Beczka ma podwójne drzwiczki, a w środku obrotową półkę, na której stoją różnego rodzaju trunki, główne whisky i koniaki, w jakich gustował jeszcze Alfred.

– Podam ci coś wyjątkowego – mówi Artur, wyciągając długą, wąską butelkę ze złotą nakrętką. – Wyśmienity koniak, Leno.

– Jeszcze nigdy nie piłam koniaku – wyznaję.

– Dziwne, Melania go uwielbia.

Na dźwięk imienia mojej ciotki czuję ucisk w żołądku. Czy to, co chce mi powiedzieć Artur, może mieć z nią jakiś związek? Ciekawość podszyta lękiem rośnie we mnie z każdą chwilą i mimowolnie układam sobie w głowie różnego rodzaju scenariusze, choć zapewne żaden z nich się nie sprawdzi.

– Skąd wiesz, że Melania lubi koniak? – pytam, obgryzając skórkę przy paznokciu kciuka.

– Piłem go z nią na naszym weselu.

Nalewa trunek do dwóch kieliszków w kształcie tulipana, po czym podchodzi do mnie i podaje jeden z nich.

– Spróbuj – mówi półszeptem.

Mam wrażenie, że głos mu zanika. Chyba się stresuje równie mocno jak ja, choć na pierwszy rzut oka nic po nim nie widać. Tylko ta słabość, z jaką wypowiedział ostatnie słowo, odrobinę go zdradza.

Upijam łyk napoju, a po moim podniebieniu rozpływa się piekące ciepło, które z pewnością nie rozpieszcza moich kubków smakowych.

Artur wpatruje się we mnie, na razie nie ruszając swojej porcji.

– Wypij wszystko, Leno – mówi, a w jego tonie da się wyczuć przykaz.

Bez słowa przechylam kieliszek, widząc, że on robi to samo.

Teraz już bardzo się denerwuję. Po chwili oddaję mu puste szkło, a on razem ze swoim odstawia je na wypolerowane wieko beczki.

Wraca do mnie. Kuca przy moim fotelu, ujmuje moją dłoń. Uśmiecha się czule i bierze głęboki wdech. Wpatruję się teraz w niego jak w lekarza, który ma mi przekazać diagnozę, od której zależy moje życie, choć jestem też lekko oszołomiona wypitym alkoholem. Te kieliszki nie były małe, a Artur każdy z nich wypełnił do połowy.

– Mów, bo dłużej tego nie zniosę – odzywam się, czując w potylicy lekki ciężar.

– Dobrze. Już mówię.

Przesuwa palcem wskazującym po wargach. – Wiele lat temu mój ojciec zdradził matkę.

Czuję, że moje oczy powoli się rozszerzają. Myślę o Alfredzie i Krystynie, o ich splecionych palcach, gdy wysłuchiwali podziękowań dla rodziców podczas naszego wesela.

– Kiedyś tato miał słabość do kobiet, nigdy jej nie ulegał, ale ten jeden raz… – Zawiesza głos i spuszcza głowę.

– Kiedy to było? – wchodzę mu w słowo.

– Dwadzieścia lat temu, może nawet więcej, nie wiem dokładnie, on niestety też nie pamięta.

– To jest ta rodzinna tajemnica? – pytam lekko zbita z tropu.

– Nie, nie to. – Wstaje i siada na fotelu po drugiej stronie ławy. Sięga po paczkę cygar leżącą na półce pod niedużym szklanym blatem. Wyciąga z niej jedno zaczęte i podpala zapalniczką, która leżała na ławie.

Po chwili jego twarz rozmazuje się za obłokiem bladego dymu.

– Kochanka ojca zaszła z nim w ciążę – mówi wreszcie dalej. – Ojciec przerażony tym, że matka się dowie, poprosił tę kobietę, żeby usunęła dziecko. Nie zgodziła się. Wtedy on…

Wzdycha i zaciąga się mocno cygarem.

– Co zrobił? – dopytuję, wpatrując się w chmurę dymu rozpływającą się w powietrzu.

– On postanowił zrobić to za nią.

Bezwiednie wstaję z fotela i podchodzę do barku. Nalewam do jednego z kieliszków kolejną porcję koniaku, upijam duży łyk i odstawiam karafkę na drewniane wieko beczki. Czuję, że to, co mówi Artur, zaczyna mnie przerastać.

– W jaki sposób? – pytam po chwili, wpatrując się w pokryte czernią nocy korony drzew kłębiące się za oknem.

Trawa po zmroku ma barwę stali. Z pewnością jest mokra i zimna. Nie wiem, dlaczego myślę o tym teraz, ale lepsze to niż obrazy, jakie czyhają na mnie w zakamarkach świadomości. A tam wyobrażam sobie Alfreda z nożem w ręku czekającego w ciemnej bramie na niewinną kobietę, którą wcześniej rozpieszczał pocałunkami i prezentami. Niedawno czytałam artykuł opisujący zabójstwo ciężarnej w Anglii i teraz wracam do niego myślami.

– Dodał jej coś do napoju. – Artur burzy moje wyobrażenie.

– Co takiego?

– Substancję, którą opracował w laboratorium, a raczej nielegalny lek wywołujący poronienie.

– Boże! – Chowam twarz w dłoniach. – Jak on mógł coś takiego zrobić?

– Wiele lat temu był innym człowiekiem. Bezwzględnym, despotycznym egoistą. Sam tak ostatnio siebie podsumował. Bał się, że matka się dowie. Bał się, że nas straci. Byliśmy z Waldim mali, on rozwijał firmę, wszystko szło jak po maśle. To zniszczyłoby jego plany.

– Zniszczył je w chwili, gdy wdał się w romans. – Biorę kolejny łyk koniaku. Piekące ciepło już mi tak nie przeszkadza, chyba zaczynam się do niego przyzwyczajać. Jeszcze nigdy tak bardzo nie łaknęłam alkoholu. Jakbym chciała uciec przed tym, co mój mąż ma mi jeszcze do powiedzenia. Czuję, że to dopiero wstęp. Mam teraz przed oczami twarz Alfreda, cień zarostu, który czasem przechodzi w gęstą brodę przyprószoną siwizną, głębokie cienie pod oczami i czujne spojrzenie ciemnych oczu. Człowiek, którego do tej pory darzyłam ogromnym szacunkiem. Wydawało się, że zawsze ma wszystko przemyślane, zaplanowane od początku do końca. Chyba nie brałam pod uwagę faktu, że on też był kiedyś młody i nie zawsze wszystko szło po jego myśli.

Zaczyna mi się kręcić w głowie. Powoli wracam na miejsce. Stawiam chwiejne kroki, wpatrując się w skórzane obicie brązowego fotela. Jestem pewna, że w każdej innej sytuacji Artur oponowałby, widząc, że w tak krótkim czasie wypijam kolejny kieliszek silnego trunku, ale teraz tego nie robi. Czuję jednak na sobie jego wzrok, chyba czeka, aż znowu usiądę. Może fakt, że jestem pijana, jest mu teraz na rękę.

– Dlaczego mi o tym mówisz? Jaki to ma związek z nami? – pytam, przesuwając paznokciem po grubym szwie na oparciu fotela.

– Niestety, duży. – Wzdycha, odkładając cygaro na szklaną popielniczkę. Mam wrażenie, że jest bardzo zdenerwowany, choć jak zawsze wspaniale gra. Jego ruchy są płynne, spokojne, w przeciwieństwie do moich. Ręce mi drżą, czuję palące ciepło na dekolcie.

– Ona nie wypiła wtedy wszystkiego, a w sumie to wzięła tylko łyk. – Drapie się po brwi. – Bo od razu źle się poczuła. Ojciec liczył na to, że substancja zacznie oddziaływać na organizm dopiero po paru godzinach, ale jak się okazało, jej działanie było natychmiastowe. Nie miał czasu na odpowiednie przetestowanie specyfiku. Ta kobieta – na chwilę zawiesza głos – Ewa, miała na imię Ewa, prawie umarła po spożyciu tej substancji. Ojciec przestraszył się, widząc jej reakcję, i pojechał do laboratorium. Wrócił do mieszkania Ewy z silnym środkiem detoksykującym. Podał go jej, tym samym ratując ją… i dziecko. Ewa domyśliła się, że to wszystko stało się przez ojca. Pracowała w fabryce Mangano jako jego asystentka, dobrze wiedziała, czym się zajmuje. Nie mógł się wyprzeć, gdy go o to zapytała. Chciała złożyć doniesienie na policji, ale ojciec przekonał ją, żeby tego nie robiła. Zaproponował jej pokaźną sumę pieniędzy w zamian za milczenie. Nie wiem, czy jej groził, i nie chcę wiedzieć, ale w końcu przystała na jego propozycję. Obiecała wychować dziecko samodzielnie, wyjechać z Głębi.

Zwracam twarz w kierunku mojego męża. Nie mogę uwierzyć, że ta kobieta zdecydowała się na taki ruch.

– To jeszcze nie koniec, a właściwie to dopiero początek.

Zamykam oczy. Przez kilka sekund masuję ich wewnętrzne kąciki. W tej chwili boję się Alfreda. Świadomość, że siedzę w jego dawnym gabinecie, działa na mnie paraliżująco. Fotel wydaje się mniej wygodny niż zawsze, unoszący się w powietrzu korzenny zapach, wciąż podszyty nikotynowym dymem, pali mnie w gardło. Czego jeszcze nie wiem o swoim teściu? Powoli rozchylam powieki i patrzę wyczekująco na Artura. Prawie niezauważalnie kiwam głową, dając mu do zrozumienia, że może mówić dalej.

– Nawet mi to nie chce przejść przez gardło… – Artur opuszcza głowę, zaczyna się masować po karku. Dobra, daj mi chwilę.

– Czemu tak trudno ci to powiedzieć?

– Zaraz zrozumiesz.

Powoli rozprostowuje się w fotelu. Patrzy teraz przed siebie, chyba na regał z książkami stojący za biurkiem.

– Ojciec nigdy nie interesował się tym dzieckiem, tak było łatwiej. Z czasem uwierzył, że Ewa ułożyła sobie życie na nowo, że ich dziecko ma się dobrze, że wszystko jest w porządku. Brak wiadomości to przecież dobra wiadomość. – Śmieje się gorzko, znowu biorąc do ręki cygaro. Nie zapala już go tym razem, tylko obraca w palcach to w jedną, to w drugą stronę. – Niedawno, jakieś dwa lata temu, Ewa odezwała się do niego. Napisała mu jedną wiadomość. Jedną – powtarza, unosząc palec wskazujący – lecz była ona tak druzgocąca, że ojciec postanowił natychmiast wszystko wyjawić Waldkowi i mnie. Przesłał mi ją. – Wyciąga z kieszeni smartfon. – Spójrz.

Robi palcem na ekranie tajemniczy wzór, przez co rozjaśnia się ekran. Podaje mi smartfon. Przejmuję go drżącą ręką i czytam wiadomość.

Witaj, Alfredzie, tu Ewa, nie wiem, czy jeszcze mnie pamiętasz… Zabawne, że przez tyle lat nie zmieniłeś numeru telefonu, z drugiej strony to bardzo pasuje do Twojego uporządkowanego charakteru.

Piszę do Ciebie, żeby się pożegnać. Jestem śmiertelnie chora. Nieoperacyjny guz mózgu rozrósł się w mojej głowie jak winorośl, jego gałęzie wdzierają się wszędzie. Wkrótce mój czas na tym świecie dobiegnie końca.

Pewnie Cię to nie obejdzie, domyślam się. Przez ostatnich dwadzieścia lat myślałam o Tobie każdego dnia, Ty pewnie wymazałeś mnie z pamięci już dawno. Masz piękną żonę, przy której można zapomnieć o przeszłości. O mnie, a raczej o nas. Obiecałam, że do końca życia nie odezwę się do Ciebie, i dotrzymałam słowa. Uwierz mi, gdybyś zobaczył mnie w tej chwili, nie powiedziałbyś, że żyję. Chcę jednak, żebyś o czymś wiedział. Chyba powinieneś.

Twoje dziecko urodziło się z poważną wadą serca. Najprawdopodobniej stało się to przez tamten wieczór, tamten napój… Pamiętasz? Do dziś nie wiem, dlaczego tak się stało. Dlaczego tak bardzo się przestraszyłeś. Wydałam wszystkie pieniądze od Ciebie na operację w Stanach. Na szczęście się udała. Ariel od kilku lat cieszy się zdrowiem.

Chcę Ci powiedzieć, że wybaczam Ci. Wybaczam wszystko, co się wtedy wydarzyło, przez co przeszłam, gdy urodziłam nasze dziecko i okazało się, że jest tak poważnie chore. Niestety, Ariel nie potrafi o tym zapomnieć. Choć dziś cieszy się zdrowiem, wciąż pamięta o tym, jak ciężko było je zdobyć. Wie o tamtym wieczorze w moim mieszkaniu. Wie, że dolałeś mi coś do napoju… Przepraszam, w tej kwestii nie mogłam kłamać.

Ariel Was nienawidzi i pragnie zemsty. Szykuje się do niej. Szukałam sposobów, żeby temu zapobiec, ale się nie udało. Proszę, nie zrób niczego głupiego. Tylko o to Cię proszę.

Odkładam telefon na ławę, zmrożona strachem.

– Ojciec oczywiście wszystko sprawdził – dopowiada Artur, widząc, że skończyłam czytać. – Dowiedział się, że w branży handlu bronią pojawił się nowy gracz o imieniu Ariel. Nikt go nigdy nie widział, wszystkie transakcje przeprowadza wyłącznie przez internet. Ludzie chwalą sobie jego towar. Podejrzewam, że odziedziczył zdolności po tacie, że jest – drapie się w skroń – wiesz, że też jest bardzo zdolny, tak jak ja. Wczoraj rano dostałem od niego list. W polu nadawcy widniało nazwisko Mangano. Ariel Mangano, choć to niemożliwe, żeby tak się nazywał. Tato nigdy nie uznał ojcostwa. Specjalnie się tak podpisał. Wiesz, co było w środku?

– Co?

– Nasze ślubne zdjęcie.

– Nasze? – dopytuję. – Twoje i moje?

– Tak, stoimy przed kościołem. W miejscu mojej twarzy jest wydarta dziura.

Zastygam w bezruchu. Mam wrażenie, że czas staje w miejscu. Powietrze nagle robi się ciężkie i gęste. Nie mogę złapać tchu.

– Masz je? – pytam po chwili, wpatrując się bezradnie w męża.

Kiwa potakująco głową.

– Nie pokażę ci go, Leno. Nie chciałem ci tego mówić, ale ojciec powiedział, że musisz wiedzieć, musisz być świadoma zagrożenia. – Nachyla się w moim kierunku. Dopiero teraz zauważam, że jego oczy są zaczerwienione, zmęczone. – Jakość produktów Ariela świadczy o tym, że jest pieprzonym geniuszem. I ma nade mną przewagę. Wie o mnie wszystko. Był na naszym ślubie. – Ścisza głos do szeptu. – A ja nie wiem o nim nic, nie wiem, jak wygląda, gdzie mieszka. Wszystkie transakcje, które przeprowadza, są szyfrowane. Nie jestem w stanie ustalić jego tożsamości.

– Ale dlaczego uwziął się właśnie na ciebie? – To pierwsze, co przychodzi mi na myśl. – Przecież to Alfred go skrzywdził!

Sama myśl o tym zdjęciu wywołuje we mnie dreszcze. Powoli zaczyna robić mi się niedobrze.

– Ja zrobiłbym to samo. Uderzyłbym ojca tam, gdzie najbardziej zaboli. Jeśli zniszczy mnie, to ojciec straci syna, straci firmę. Przecież już mi ją przekazał. Straci też nadzieję na potomka, który mógłby dalej rozwijać biznes.

Dopadają mnie bezsilność i zmęczenie. Gabinet zaczyna wirować mi przed oczami. Przez chwilę myślę o ucieczce. Doskonale wiem, że nie byłabym w stanie tego zrobić, ale to jawi mi się teraz jako najwygodniejsze rozwiązanie. Ile jeszcze problemów na nas spadnie? Mam wrażenie, że nazwisko Mangano jest ciężarem, który muszę dźwigać. Cena za bycie żoną Artura jest bardzo wysoka. Z jednej strony patrzą na mnie lazurowe oczy ukochanego, z drugiej – rozpościera się strefa ciemności, z której wylewa się zło.

Powoli wstaję z fotela i podchodzę do Artura. Bez słowa siadam mu na kolanach i wtulam się w niego. Zamykam oczy, próbując w ten sposób uciec od otaczającej mnie rzeczywistości. Nie zgadzam się na nią.

– Nie chcę już mieć przed tobą tajemnic, Leno. Jesteś moją żoną, musisz wiedzieć o wszystkim. Teraz już rozumiesz, dlaczego nie chcę cię wciągać w sprawy rodziny? Czyha na nas kolejne zagrożenie. Mój przyrodni brat.

– Myślisz, że on naprawdę to zrobi? Że będzie chciał ci zaszkodzić?

– Zdecydowanie tak. Ja na jego miejscu zrobiłbym to samo. Ojciec bardzo go skrzywdził.

– Skąd wiadomo, że jego choroba była spowodowana przez specyfik, który twój ojciec podał Ewie?

– To nie ma znaczenia. Liczy się tylko to, w co wierzy. W co chce wierzyć.

Przykładam dłoń do ust. W tej chwili poraża mnie bezmiar zła, jakie wylało się na niewinne dziecko przez nieprzemyślaną decyzję Alfreda. Skrzywdził własnego syna. A jak się okazuje, nie tylko jego, ale i całą rodzinę.

– Musisz się jakoś zabezpieczyć przed Arielem. Coś trzeba zrobić – mówię w końcu.

– Nie możemy zrobić nic poza tym, co robiliśmy do tej pory. Mam ochronę, dom jest zabezpieczony, firma też. Nic więcej nie wymyślę. Będę normalnie żył, a kiedy przyjdzie po mnie, postaram się stawić mu czoło.

Przywieram policzkiem do jego twarzy. Czuję na szyi jego ciepły oddech. Z oczu płyną łzy, nie chcę płakać, nie chcę okazywać przed nim słabości. Muszę zebrać w sobie siły, żeby stawić czoło nowemu wrogowi. Najgorsze jest to, że nie wiem, z której strony zaatakuje. Ożywa we mnie wspomnienie sprzed paru miesięcy, gdy leżałam w małym domku, w środku lasu, skrępowana przez Leona. Wilgotne powietrze osiadało na mojej twarzy, było mi zimno, byłam głodna, przerażona, bezbronna. Choć bardzo tego nie chcę, wyobrażam sobie na swoim miejscu Artura i przytulam go jeszcze mocniej.

– Leno, zaraz nie będę mógł oddychać – mówi cicho.

Biorę głęboki wdech i rozluźniam uścisk.

– To nie pierwszy tego rodzaju problem, z którym muszę sobie poradzić – dodaje. – Mam spore doświadczenie z takimi ludźmi, dam sobie radę.

Dociera do mnie, że nie powinnam w tak otwarty sposób okazywać przy nim strachu. Zaraz zacznie żałować, że mi o wszystkim powiedział. Powinnam być dla niego oparciem. Jest przyzwyczajony do takich ludzi. Waldi pewnie dla rozluźnienia atmosfery rzuciłby teraz kąśliwy żart, a Nadia wyciągnęłaby smartfon i zaczęła rozpisywać plan działania. Co robię ja? Na razie płaczę. Moja postawa jest żałosna.

Powoli schodzę z jego kolan i przełykam ślinę. Odwracam głowę i wierzchem dłoni dyskretnie wycieram lekką wilgoć, jaka zebrała mi się pod nosem.

– Artur, może na jakiś czas wyjedziemy? Przeczekamy burzę daleko stąd.

– Nie ma mowy. Jeżeli uznam, że coś grozi tobie, to ty wyjedziesz. Ja zostanę. Nie będę uciekał jak przestraszony zając. To ja jestem łowcą. – Wskazuje siebie palcem. – Ja, rozumiesz?

Wstaje i podpiera się pod boki. Mam wrażenie, że robi się przez to jeszcze większy.

– Kiedy mój brat zechce się ujawnić, to ja na niego zapoluję, złapię go, a później wytrawię mu umysł tak, że nie będzie pamiętał, jak się nazywa. Na koniec nauczę go alfabetu, a także manier oraz zasad panujących w rodzinie Mangano. W końcu on też do niej należy. Przynajmniej tak podpisał się na kopercie z naszą ślubną fotografią.

Z każdym słowem robi się coraz bardziej rozgniewany. Jego oczy są żywe, niespokojne, wodzi nimi teraz po ścianach gabinetu, jakby szukał punktu zaczepienia. Nie odnajduje go jednak. Proponuje, żebyśmy już stąd wyszli. Nie oponuję, wciąż jest mi niedobrze, chcę odpocząć, wyciszyć umysł, może nawet zasnąć. Wypity alkohol sprawia, że moje powieki robią się ciężkie.

Gdy idziemy schodami na górę, Artur mówi mi, że musi jeszcze wrócić do laboratorium. Nie zgadzam się. Za oknami panuje już ciemność. Mam wrażenie, że Ariel czyha tam na mojego męża. Artur nie może samotnie wychodzić z domu. Najchętniej zamknęłabym go teraz w naszej sypialni i obstawiła brygadą najlepszych ochroniarzy.

– Niech Waldek tam pójdzie – mówię. – Jego zdjęcia nikt ojcu nie podsyłał.

– Leno, przestań, bo pożałuję, że ci to powiedziałem.

Biorę głęboki wdech. Wiem, że powinnam się opanować, ale miłość do męża w tej chwili mnie ogłupia, oślepia. Pewnie dlatego Artur nigdy nic mi nie mówi. Chciałabym móc nie biadolić jak naiwna żonka, ale zagrożenie jest zbyt realne, zbyt bliskie. Ariel wydrapał twarz z naszej ślubnej fotografii, co kojarzy mi się tylko z jednym. On pragnie śmierci Artura. Na samą myśl o tym czuję na plecach nieprzyjemny chłód.

Wchodzimy do sypialni. Siadam na łóżku, zsuwam ze stóp klapki. Artur zajmuje miejsce obok mnie. Materac ugina się odrobinę, przez co przesuwam się w jego stronę. Obejmuje mnie w pasie. Patrzę na pył z mąki na jego czarnych spodniach dresowych – ślad po wyrabianiu pizzy. Nasze wspólne gotowanie wydaje się teraz czymś nierealnym, snem, z którego obudziłam się w gabinecie Alfreda. Przypominam sobie, z jaką gracją Artur obracał w dłoni ciasto. Sprawiał wrażenie takiego beztroskiego i spokojnego, jakby problem, o którym mi przed chwilą powiedział, nie istniał.

– Nie chcesz ode mnie uciec? – pyta, uśmiechając się niepewnie.

Za tym uśmiechem kryje się coś głębszego. Jakiś smutek.

Kręcę przecząco głową.

– Nie powiedziałem ci jeszcze jednej rzeczy.

Odruchowo zaciskam pięść. Nie uchodzi to jego uwadze. Patrzy na mój gest z rezygnacją, jakby doskonale zdawał sobie sprawę, że jego wyznanie było dla mnie wielkim ciosem. Od dziś będę żyła, czując na karku oddech jego przyrodniego brata.

– Czego? – pytam, spoglądając na niego błagalnie.

Chciałabym, by tym razem jego słowa nie były dla mnie aż tak przerażające.

– Moja matka o niczym nie wie. Ukrywamy to przed nią.

Powoli analizuję to, co powiedział. Jestem zaskoczona, choć przecież nie powinnam się dziwić. W końcu cała ta chora sytuacja ma swój początek w romansie Alfreda. Chowam twarz w dłoniach, dopiero teraz uświadamiam sobie, jak podle czułaby się Krystyna, gdyby wiedziała. Zarazem rośnie we mnie bunt. Powinna znać prawdę.

– Nie wiem, jak możesz okłamywać własną matkę. To najuczciwsza kobieta, jaką znam.

– Nie okłamuję jej. Po prostu nie mówię jej o tym.

– Ukrywanie ważnej prawdy to też kłamstwo.

Artur zerka na mnie kątem oka, wyraźnie zaskoczony, po czym bierze głęboki wdech.

– W tej całej popieprzonej sytuacji tego bałem się najbardziej.

Zerka na swoje spodnie i strzepuje z nich mączny pył.

– Czego się bałeś?

– Tego, że zmienisz o mnie zdanie.

Niepewnie kładę dłoń na jego ramieniu. Natychmiast przykrywa ją swoją, jakby chciał wzmocnić mój odruch, odpłynąć jak najdalej od tego, co przed chwilą powiedziałam.

– Przecież nie mogę jej o tym powiedzieć. To ją zniszczy – dodaje.

Kiwam potakująco głową. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę.

– Krystyna nie wie, że twój ojciec ma jeszcze jedno dziecko. Dziecko, które pragnie twojej krzywdy.

Mój wzrok zastyga na dużym białym pudełku, do którego po ślubie wszyscy goście wrzucali koperty z gratulacjami. Uściskom i pocałunkom nie było końca. Moje policzki muskały twarde zarosty mężczyzn, umalowane usta kobiet chwalące mój „anielski wygląd”. Krystyna stała przy nas najdłużej. Jej oczy błyszczały, a uśmiech nie schodził z pięknej twarzy. Alfred obejmował ją w pasie, też wydawał się szczęśliwy, choć w jego spojrzeniu zawsze czaił się jakiś mrok, który dostrzegam również w oczach mojego męża. Ciężar problemów, niedopowiedzeń, sekretów. Tak wiele rzeczy kryje się za kulisami kolorowego świata…

Artur podnosi się z miejsca. Mam wrażenie, że robi to w akcie jakiejś bezradności.

– Muszę iść, Leno.

Wstaję za nim.

– Zostań, proszę – wyrywa mi się.

„Miałaś się opanować”, odzywa się mój wewnętrzny głos rozsądku. „On ci nigdy nic więcej nie powie”.

Mój mąż mocno mnie obejmuje. Wciągam cytrusowy zapach perfum, wtulam się w czarną bawełnianą koszulkę opinającą umięśniony tors.

– Musisz być silna, skarbie. Dobrze wiesz, że tam pójdę – szepcze mi do ucha. – Nie jestem tchórzem. A ty właśnie takiego mnie kochasz.

– Nie kocham cię za odwagę, tylko za dobre serce.

Odsuwa mnie od siebie i patrzy mi w oczy z uniesionymi brwiami. Jego twarz ściąga grymas wzruszenia.

– To było naprawdę miłe – odpowiada, po czym całuje mnie w czoło i powoli wychodzi z sypialni.

Opadam na łóżko. Kulę się, chcąc się ukryć przed całym światem, przed lękiem o życie mojego męża i bezradnością, bo on i tak nigdy mnie nie słucha, lecz działa po swojemu. Doprawdy nie wiem, jak mam funkcjonować w rzeczywistości, którą właśnie mi pokazał.

Po paru minutach zawroty głowy mijają. Pod wpływem impulsu podrywam się z łóżka i wysuwam szufladę z szafki nocnej Artura. Robię to z taką siłą, że ląduje na podłodze. Wypadają z niej dwa numery „Forbesa”, kilka małych karteczek z notatkami, długopis Parkera, mikrokarta SIM, dwa kieszonkowe wydania thrillerów Kinga, mały kalkulator. Błądzę po tym wszystkim dłonią, dobrze wiem, czego szukam. Wydaje mi się, że wczoraj włożył tu białą kopertę. Przykuła mój wzrok, choć wtedy myślałam, że to korespondencja służbowa. Jest. Znajduję ją między połyskującymi stronami „Forbesa”. Biała koperta. Na jej tylnej stronie widzę imię i nazwisko nadawcy, którego zaczęłam się już bać: Ariel Mangano. Po drugiej stronie widnieją dane Alfreda. Trzymam kopertę opuszkami palców, jakby była czymś skażona. Przeraża mnie sam fakt, że brat Artura kiedyś jej dotykał, że ją podpisał czarnym piórem. Jego charakter pisma kojarzy mi się z sinusoidą. Jest podobny do pisma Artura.

W końcu ostrożnie unoszę jej trójkątne zamknięcie, od razu dostrzegając połyskujący papier fotograficzny. Widzę już fragment odrapanej kolumny fasady kościoła, w którym braliśmy ślub, i roześmiany profil Waldka trzymającego na ramieniu tekturowe działko z konfetti. Przełykam ślinę i powoli wyjmuję zdjęcie. Gdy obejmuję wzrokiem całość, bezwiednie je upuszczam. Pochylam się nad nim, bojąc się znowu wziąć je w palce. Jest w nim otwór wyszarpnięty czymś ostrym. Czubkiem noża lub cyrklem. Mam wrażenie, że Ariel dziurawił swój cel, wytrwale wbijając ostrze raz za razem, milimetr po milimetrze tworząc nierówne koło. Wokół wyrwy widzę bowiem wiele wgniecionych kropek. Obsypany jest nimi mój dekolt i fragment welonu, ale nie to jest w tym wszystkim najbardziej przerażające. Ariel nie zrobił dziury tylko w miejscu twarzy Artura. Moja również została wydrapana.

LENA

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
LENA
ARTUR
LENA
LENA
ARTUR
LENA
ARTUR
LENA
ARTUR
LENA
ARTUR
LENA
ARTUR
LENA
ARTUR
LENA
ARTUR
LENA
ARTUR
LENA
ARTUR

Redaktor prowadząca: Marta Budnik

Wydawca: Monika Rossiter

Opracowanie językowe tekstu, opracowanie graficzne i skład:

cała jaskrawość, www.calajaskrawosc.pl

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © Kiselev Andrey Valerevich/Shutterstock.com

Copyright © 2020 by Alicja Sinicka

Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66654-07-5

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek