Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 611

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Otchłań zła - Maxime Chattam

Portlandzka policja odkrywa pozostawiane w głębi lasu lub w starych i zrujnowanych zabudowaniach okrutnie okaleczone ciała ofiar, zniekształcone po przeprowadzonych na nich tajemniczych rytuałach, noszące na sobie znaki kabalistycznego przesłania. Czyżby zabójca był kimś, kto powrócił z zaświatów? Czy chodzi o jakąś szczególną sektę, która okalecza ciała swoich ofiar, aby przeprowadzać dziwne i okrutne ceremonie? Co ma wspólnego poemat Dantego, przeklęta księga Necronomicon oraz katalogi sprzedaży wysyłkowej? Inspektor Brolin i młoda studentka psychologii usiłują wpaść na ślad mordercy przeszukując księgozbiory ezoteryczne, wiejski cmentarz i ukryte w lasach samotne domostwa. Jaką cenę będą musieli zapłacić za odkrycie przerażającego sekretu? Czy ich determinacja wystarczy, by położyć kres złu, któremu odważyli się stanąć na drodze? „Facet potrafi straszyć… Jest w jego książkach wszystko, co wyróżnia świetny thriller: wartka akcja, dający się polubić od pierwszych słów dobrzy bohaterowie, i ci źli, których motywacji autor nie odkrywa aż do ostatnich stron”. Dziennik Zachodni

Opinie o ebooku Otchłań zła - Maxime Chattam

Fragment ebooka Otchłań zła - Maxime Chattam

Tytuł oryginału: L’âme du Mal

Copyright © 2002 by Éditions Michel Lafon

Published by arrangement with Literary Agency „Agence de I’Est”

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2006 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

FragmentMakbeta Williama Szekspira w przekładzie Józefa Paszkowskiego.

FragmentyBoskiej komedii Dantego w przekładzie Edwarda Porębowicza.

FragmentEwangelii według św. Marka na podstawie Biblii Tysiąclecia (wydanie V, Poznań 2002)

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Olga Rutkowska, Marcin Grabski

Korekta: Magdalena Bargłowska

ISBN: 978-83-8110-431-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Prolog

PRZEDMIEŚCIA MIAMI, 1980 ROK

Kate Phillips otworzyła drzwi samochodu i wypuściła Josha. Chłopczyk trzymał w dłoni plastikową lalkę komiksowego bohatera Captain Future, którą tulił do siebie, jakby chodziło o największy skarb. Uderzyło ich w twarze gorące powietrze unoszące się nad parkingiem. Zapowiadało się naprawdę upalne lato.

– Chodź, aniołku – powiedziała Kate, przytrzymując włosy okularami przeciwsłonecznymi.

Josh wyszedł z auta, wpatrując się w fasadę centrum handlowego. Bardzo lubił tutaj przyjeżdżać, a oglądanie tych wszystkich wspaniałości było dla niego ogromną przyjemnością, spełnieniem marzeń. Setki zabawek, ustawionych według rodzajów na ogromnej przestrzeni, i wszystkie prawdziwe – żaden tam obrazek w telewizji czy w katalogu. Rano, gdy tylko matka oznajmiła, że wybiera się do centrum handlowego, natychmiast zorientował się w sytuacji i zachowywał tak grzecznie, że zdołał ją przekonać, aby go zabrała. Teraz, kiedy widział przed sobą budynek sklepu, czuł, jak emocje rosną. Może uda się wyjechać stąd znową zabawką? Brakowało mu ciężarowej cysterny Majorette, o całym zestawie Captain Future nie wspominając! Dzień zapowiadał się więc dobrze, nawet bardzo dobrze. Nowa zabawka. Co za nęcący pomysł! Trzeba było tylko jeszcze sprawić, żeby Kate się zgodziła. Odwrócił się w stronę matki, chcąc ją o to zapytać, i zobaczył, że przelicza kupony zniżkowe, starannie powycinane z gazet i reklam.

– Kupisz mi nową zabawkę, mamusiu? – zapytał cienkim głosikiem niespełna czteroletniego chłopca.

– Nie zaczynaj, Josh! I pospiesz się, inaczej nigdy cię już ze sobą nie zabiorę.

Chłopiec zrobił z otwartej dłoni daszek nad oczami, jak często czynił to jego ojciec, i przeszedł tak przez cały parking.

– Co za upał! – westchnęła Kate, wachlując się nieporadnie ręką. – Nie marudź, kochanie. Stopimy się, jeśli za długo będziemy przebywali na pełnym słońcu!

Josh, mimo że nie bardzo zrozumiał, co matka miała na myśli, przyspieszył kroku i po chwili oboje weszli do wielkiego centrum handlowego z galerią sklepów. Wzdłuż głównej alei były rozstawione stoiska z gazetami; na pierwszych stronach dzienników widniała wiadomość o bojkocie moskiewskich igrzysk olimpijskich przez Amerykę. Mówiono tylko o tym. Niektórym już się wydawało, że nadchodzi podobny kryzys jak ten w Zatoce Świń. Dla Kate to wszystko były polityczne machinacje. „Podejrzane machinacje” – jak mówił Stephen, jej mąż. Lepiej było trzymać się od tego wszystkiego z daleka, żyć spokojnie we własnych czterech ścianach, wykonywać swoją pracę na stacji benzynowej, zacisnąć zęby i poświęcić pięć lat na napisanie jednej sztuki teatralnej oraz co pewien czas zapalić sobie skręta. „Nie ma sensu bawić się w politykę”. Kate zgadzała się z tą opinią. Zgadzała się z wieloma rzeczami, które mówił Stephen – dlatego między innymi się w nim zakochała.

Rzuciła po raz ostatni okiem na gazety i pociągnęła za sobą Josha, przyspieszając kroku. Dziecko musiało podbiec, żeby utrzymać jej tempo.

Minęli mnóstwo półek z artykułami plażowymi, które zapowiadały zbliżające się już nieuchronnie lato, a wraz z nim rzesze turystów. Szeroki pasaż handlowy rozbrzmiewał dokuczliwym zgiełkiem tłumu klientów.

Kate pchała wózek, a Josh usiłował się do niego przyczepić, naśladując widzianego w telewizji gangstera, który w podobny sposób starał się wskoczyć na stopień starego auta. Kiedy mijali ciąg sklepów z zabawkami, chłopiec pociągnął matkę za spódnicę.

– Mamo, chciałbym pooglądać zabawki. Mamo, mogę? No, powiedz! Mogę?

Kate westchnęła. Nienawidziła robienia zakupów. Denerwowała ją konieczność przemieszczania się bez końca między długimi rzędami regałów tylko po to, żeby wziąć jedną rzecz spośród tysiąca innych, niemal identycznych… Właśnie sobie uświadomiła, że Stephen prosił, żeby nie zapomniała o lodzie, a perspektywa wspólnego pieczenia szaszłyków z przyjaciółmi, które czekało ją tego popołudnia, bardzo poprawiła jej humor. Przyjdą Salingerowie, Dayton i Molly, których nie widziała od prawie dwóch lat, a którzy wreszcie wrócili w dawne strony. Pełna nowych sił, czując zapach hamburgerów smażących się na grillu i myśląc o spotkaniu z przyjaciółmi z lat szkolnych, poczuła się w doskonałym nastroju.

Josh znów pociągnął ją za spódnicę, najwyraźniej oczekując odpowiedzi. Już miała go obsztorcować, ale zrobił tę swoją minę błagającego malucha.

– Proszę cię, mamo! Obiecuję, że tylko sobie pooglądam; zaczekam tu na ciebie…

Z obu stron szerokiego korytarza przesuwały się powoli rzędy wózków, jak samochody na zatłoczonej w godzinach szczytu autostradzie.

Josh wpatrywał się błagalnie w matkę. Nie cierpię, kiedy tak na mnie patrzy, pomyślała Kate.

Nie mając zupełnie ochoty na robienie mu wyrzutów czy awantur, które skończyłyby się tylko tym, że Josh szedłby obok niej nadąsany, Kate wzruszyła ramionami. Pragnęła wrócić już do domu, usiąść w ogródku, pogadać z przyjaciółmi. Będę mogła szybciej skończyć zakupy, jeśli go tutaj zostawię, pomyślała.

– Dobrze, możesz tutaj na mnie zaczekać, ale uprzedzam cię: masz nie robić głupstw i nigdzie nie odchodzić od półek z zabawkami. I żeby było jasne: niczego nie kupujemy!

Josh przytaknął zadowolony, nie przejmując się wcale ostatnim ostrzeżeniem. Matka zawsze tak mówiła, co oczywiście nie wykluczało, że może uda mu się coś wyprosić, kiedy wróci z pełnym wózkiem i będzie chciała jak najprędzej znaleźć się w domu. Zrobił już kilka kroków w kierunku plastikowych figurek, kiedy usłyszał, jak go woła:

– Hej, superchłopczyku! Nie chcesz dać mamie buzi?

Josh zawrócił i z figlarnym grymasem na twarzy szybko pocałował Kate w policzek, po czym odwrócił się i pobiegł do swoich plastikowych bohaterów. Kate Phillips, młoda, zaledwie dwudziestotrzyletnia matka, patrzyła z uśmiechem na oddalającego się syna.

Nie zobaczyła go już nigdy więcej.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Stary niedźwiedź mocno śpi,

Stary niedźwiedź mocno śpi.

My się go boimy,

Na palcach chodzimy.

Jak się zbudzi, to nas zje!

dziecięca wyliczanka

1

Komputer cichutko szumiał, kiedy na ekranie monitora powoli wyskakiwały kolejne słowa.

<OBERON> Coś ponuro na czacie dziś wieczór. Czuję się samotny. A co u ciebie?

Juliette Lafayette zmarszczyła brwi, patrząc na okienko rozmów komunikatora. Obróciła głowę, żeby sprawdzić, na jakim etapie pracy znajdował się jej drugi komputer, który po przeciwnej stronie dużego, stale zawalonego masą książek biurka z blatami ustawionymi w kształcie litery „L”, ściągał właśnie nowy program z internetu, a na jego ekranie z matematyczną dyscypliną defilowały dane. Po chwili wróciła do rozmowy z Oberonem.

<ISZTAR> Czuję się tak, jak każdego wieczoru. Pusta.

Z zadowoleniem spojrzała na czarne litery swojego pseudonimu, który wyświetlał się automatycznie przy każdej jej odpowiedzi. Isztar – jakie piękne imię; imię bogini! W podobny sposób, nie wiedząc o rozmówcy nic poza tym, co oznajmiał jego identyfikator, setki tysięcy osób używały codziennie internetu, żeby ze sobą pogadać. Na czacie człowiek znaczył tyle, ile jego pseudonim.

Na ekranie znów pojawiła się linijka z tekstem odpowiedzi towarzysza samotności Juliette.

<OBERON> Rozumiem, co czujesz. U mnie to samo. Pustka, ciemność, noc zapada na cały świat.

<ISZTAR> Podoba mi się łatwość, z jaką ludzie wypowiadają się na czacie. Mogę ci opowiedzieć całe moje życie i nic mnie to nie będzie kosztowało, ponieważ ciebie tu nie ma i nigdy się nie zobaczymy. A to oznacza, że nie będę narażona na ciężar twojego spojrzenia.

<OBERON> Jeśli w ten sposób będziemy spędzać razem nasze samotne wieczory, to w końcu będzie nam siebie brakować.

Juliette łagodnie pokręciła głową.

<ISZTAR> Jeszcze czego! A poza tym – nie jesteśmy zupełnie samotni. Ty, jak mi to często mówisz, masz swoją noc, a ja, przypominam ci, mam swoje studia!

<OBERON> Prawda, zapomniałem. Byłaś dziś na zajęciach?

Juliette uśmiechnęła się i jednocześnie przez chwilę zawahała, zanim ponownie uderzyła w klawisze.

<ISZTAR> A to co znowu?! Może jesteś jednym z moich profesorów? Śledzisz mnie?

Wzięła miseczkę z resztką stygnącego chińskiego makaronu i przyciemniła trochę zbyt intensywne światło w halogenowej lampie. Pokój pogrążył się w relaksującym półmroku. Na zewnątrz, w ciemnościach nocy, zaszczekał pies sąsiadów.

<OBERON> Nie. Ale się tobą interesuję. Nie mówisz dużo o sobie. Chciałbym cię lepiej poznać.

Juliette kilkakrotnie przeczytała słowa anonimowego rozmówcy, zastanawiając się, jak na nie odpowiedzieć.

<ISZTAR> Już tak długo dzielimy się naszymi myślami, drogi Oberonie, że powinieneś znać mnie lepiej, nie sądzisz?

Podciągnęła niezdarnie nogi i zaklęła, kiedy nawinięta na widelec porcja makaronu spadła na podłogę.

<OBERON> Dokładnie dwa miesiące. Wymieniamy myśli na czacie od dwóch miesięcy, a wszystko, co wiem o tobie, można zawrzeć w jednym zdaniu: że masz dwadzieścia trzy lata, że lubisz historię i mitologię, stąd pseudonim Isztar – imię bogini miłości i wojny – i że przepadasz za chińskim makaronem. Założę się zresztą, że teraz też go jesz.

Juliette przestała żuć porcję makaronu. Skąd on mógł to wiedzieć? Czyżby ją w tym momencie obserwował? Wolno przełknęła to, co miała w ustach, i postawiła miseczkę na biurku. Serce prawie od razu wróciło do normalnego rytmu. Jesteś kompletną idiotką! – pomyślała. – Skąd on może wiedzieć, co robisz? Wie, co jesz, bo właściwie stale jadasz to samo! Wciąż mu otym piszesz iwreszcie to zapamiętał!

<OBERON> A więc?

Palce Juliette zręcznie przebiegły po klawiaturze, tak jak to bywa u osób, które całe dnie pracują przy komputerze.

<ISZTAR> Zgadłeś! Widzisz, znasz już moje nawyki kulinarne! To bardzo dużo. Co jeszcze chciałbyś wiedzieć?

<OBERON> Chciałbym wiedzieć, kim jesteś naprawdę, Isztar. Kto kryje się za tym imieniem.

<ISZTAR> Studentka czwartego roku psychologii. Odpowiada ci to?

Odpowiedź tajemniczego Oberona nadeszła natychmiast.

<OBERON> To dobry początek. Może zagramy w małą grę? Im więcej opowiesz mi o sobie, tym więcej dowiesz się o mnie. Co ty na to? Przełammy wreszcie lody!

Juliette odstawiła pustą miseczkę. Szkoda, Oberonie, ale cała ta historia zmierza wkierunku, który zupełnie mi nie odpowiada – pomyślała.

Szybko zredagowała odpowiedź.

<ISZTAR> Obawiam się, że to niemożliwe. Jest już późno, muszę kończyć. Dobranoc i może do zobaczenia… na czacie.

Podniosła się, przeciągnęła i już miała wyłączyć komputer, kiedy na ekranie pojawiły się słowa:

<OBERON> Nie, nie rozłączaj się! Nie rób tego!

Przykro mi, królu elfów, ale jestem zmęczona. Nacisnęła przycisk, komputer zaszumiał ostatnim podmuchem wentylatora i zamilkł. Drugi komputer tymczasem pobrał już z sieci cały program, którego Juliette potrzebowała, żeby usprawnić jego działanie; również go więc wyłączyła. Przechodząc koło szafy, stanęła i popatrzyła na swoje odbicie w dużym lustrze. Zamyśliła się. Wysoka i szczupła sylwetka… Może za szczupła – pomyślała. – Powinnam się wreszcie porządnie zająć uprawianiem sportu. Dotknęła pośladków, wciąż jeszcze jędrnych mimo setek godzin spędzonych na krześle przed komputerem lub nad książkami. Przeniosła wzrok na twarz. Duże wargi, nos, określany przez jej matkę jako zadarty, i długie włosy, które od dwóch lat farbowała na heban, aby podkreślić błękit oczu. Uważała zresztą, że taki kolor bardziej do niej pasuje. Ciemne włosy idealnie współgrały z jej niezależnym charakterem. Niezależnym, choć czasami trochę zbyt posępnym. Widząc wysoką, zgrabną dziewczynę o hebanowych włosach, większość chłopców nie mogła oderwać wzroku – patrzyli na nią oczarowani, dopóki nie napotkali jej spojrzenia. Ile razy czuła, jakie wrażenie na mężczyznach robią jej błękitne oczy! Najbardziej pewni siebie osobnicy tracili często cały rezon. Nieraz było to aż śmieszne, tak wydawali się zmieszani. W rzeczywistości jednak Juliette miała już tego trochę dość. Niewielu mężczyzn ośmielało się do niej podejść, wyobrażając sobie, że tak wspaniała dziewczyna na pewno ma już kogoś i jest szczęśliwie zakochana. Nieliczni, którzy ją zaczepiali, robili to przez próżność i z reguły nie mieli nic do zaoferowania. Juliette była nieśmiała, dlatego wieczory spędzała sama ze swoimi komputerami, a nie na romantycznych randkach, które tak sobie cenią dziewczyny w jej wieku.

Miało to jednak także dobre strony, a przede wszystkim oznaczało sporą swobodę i brak ryzyka. Pseudonimy ludzi, których spotykało się na czacie, często mówiły same za siebie. Można było pogadać, nie narażając się na nic, bo gdy tylko ton rozmowy stawał się nieprzyjemny, wystarczyło się rozłączyć, żeby być niemal pewnym, że z tą osobą nie będzie się już miało więcej do czynienia. Między nią a Oberonem, którego spotkała na jakimś forum dyskusyjnym, nawiązała się swego rodzaju przyjaźń. Zdarzało im się kontaktować wieczorami, ot tak, na pogaduszki za pośrednictwem komunikatora. Właściwie nic o sobie nie wiedzieli. Internet zapewniał możliwość bezpiecznego kontaktu. Ale rzecz jasna, brakowało w tej znajomości odrobiny ludzkiego ciepła.

Na zewnątrz pies sąsiadów rozszczekał się na dobre.

– Zamknij się, Roosevelt! – krzyknęła Juliette przez otwarte okno sypialni.

Co to za pomysł, żeby nazwać psa Roosevelt! Ja przynajmniej nie miałabym problemu zwymyśleniem imienia dla psa, oczywiście jeśli kiedyś zdecydowałabym się przygarnąć jakiegoś czworonoga. Skończę jak stara czarownica, sama wswojej norze! – pomyślała.

Ta wizja wywołała uśmiech na jej twarzy i Juliette zdecydowała się pójść spać.

Światło w sypialni zgasło pół godziny po północy.

Kilka dni później profesor Thompson prowadził wykład w amfiteatralnej sali, w której okna z głuchym łoskotem uderzały strugi ulewnego deszczu. Monotonny głos wykładowcy pogrążył większość słuchaczy w swoistym letargu. Juliette Lafayette również słuchała nieuważnie, obserwując rozciągający się za oknem szary pejzaż zalanego deszczem miasta. Myślami była w Kalifornii, tam, dokąd przed dwoma miesiącami przeprowadzili się jej rodzice. Ted Lafayette awansował i został przeniesiony do San Diego, a jego żona Alice pojechała razem z nim w stronę ciepła i słońca. Nie wiązało się to z żadnymi wyrzeczeniami, bo i tak planowała zmianę pracy, pragnąc, aby jej pogrążona w rutynie kariera nabrała utraconych barw. Juliette wyrosła w Portland – tu mieszkali wszyscy jej przyjaciele, tu był cały jej świat; nie znała innego – zdecydowała więc, że nie wyjedzie z rodzicami. W pewnym sensie została strażniczką starego domu. Mieszkanie samej w wielkiej willi nie zawsze było łatwe, ale Juliette do tego stopnia lubiła samotność i niezależność, że często poświęcała dla nich swoje nieliczne związki. Najtrudniejsza była zresztą nie samotność – chociaż zdarzały się noce, kiedy potrafiła przestraszyć się byle czego – ale narzucenie sobie dyscypliny. Wstawać o stałej porze, dbać o dom, a przede wszystkim porządnie się odżywiać. Nie umiała gotować tylko dla siebie; jadła mało i przeważnie to, co akurat miała pod ręką, byle było łatwe do przygotowania.

– Można tu mówić o trzech fazach syndromu sztokholmskiego…

Głos profesora Thompsona zabrzmiał nagle jak głos ducha.

Powinnam się skupić, jeśli nie chcę odpaść już na samym początku – pomyślała Juliette, mrugając oczami, żeby otrząsnąć się z nachodzących ją myśli. Z korytarza dobiegały wybuchy śmiechu i profesor Thompson przerwał na chwilę, rzucając w kierunku drzwi rozdrażnione spojrzenie.

– Pierwsza faza rozpoczyna się w momencie, gdy zakładnik, zaraz po dostaniu się w ręce napastnika, pada ofiarą stresu, w większości wypadków ostrego. Druga faza to uwięzienie i szantaż ze strony napastnika – jest to faza odczłowieczająca: zakładnik staje się towarem przetargowym. Przeważnie wtedy następuje zwykle identyfikacja zakładnika z napastnikiem. Zakładnik przezwycięża powoli strach przed śmiercią i zaczyna patrzeć na bandytę coraz przychylniej. Wreszcie faza końcowa, w której pojawia się stres posttraumatyczny albo depresja.

Juliette zaciekawiła dziwaczność tej postawy. Jak to możliwe, żeby osoby schwytane i przetrzymywane w niewoli wbrew własnej woli mogły przychylnie spoglądać na swojego prześladowcę? Kiedy profesor Thompson zaczął mówić o kobiecie, która zakochała się w swoim porywaczu i w końcu go poślubiła, Juliette nie mogła powstrzymać uśmiechu. Myślałby kto, że jesteśmy wkinie na hollywoodzkiej komedii. Brakuje tylko Kevina Costnera wroli napastnika ifilm gotowy! Rzeczywistość często przerasta fikcję – pomyślała.

Ostatnie dziesięć minut wykładu minęło nadzwyczaj szybko. Po wykładzie Juliette udała się na studencki parking i wsiadła do maleńkiego volkswagena garbusa. Deszcz przestał padać kilka minut temu. Ruszyła w stronę wschodnich dzielnic miasta, stając po drodze w Seven-Eleven, żeby kupić karton piwa. Jak w każdą środę, także dziś miała odwiedzić swoją najlepszą przyjaciółkę. Juliette i Camelia były zupełnie do siebie niepodobne, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Juliette miała dwadzieścia trzy lata, Camelia – trzydzieści dwa. Juliette lubiła spędzać wieczory w domu; Camelia o tej porze regularnie wychodziła, a poza tym przez pięć lat była mężatką. Wystarczyło jednak, żeby zaczęły rozmawiać – od razu świetnie się rozumiały. Dogadywały się na każdy temat i ich wieczorne spotkania przeciągały się często do późnej nocy.

Garbus zatrzymał się przed odrapanym budynkiem.

Drzwi otworzyła Camelia. Była wysoka i miała długie, jasne włosy, w których naturalne były tylko fale. Na widok przyjaciółki uśmiechnęła się serdecznie.

– Witaj, moja piękności!

– Cześć, zbliża się październik, zimno! – rzuciła jednym tchem Juliette, szybko wchodząc do wnętrza.

– Zaraz rozpalę w kominku. Siadaj, siadaj.

Juliette zmarszczyła brwi, patrząc na opaloną Camelię.

– Myślałam, że przestałaś chodzić do solarium. Sama mówiłaś, że twoja skóra źle to znosi – powiedziała.

– Powiedzmy, że to ostatni raz po lecie. Przygotowałam sałatkę z gęsich żołądków. Uwaga: wielka kuchnia francuska! To na cześć twojego pochodzenia!

– Hm, hm… Już tylko ojciec tak myśli. Chyba się trochę snobuje na swojego francuskiego dziadka. Uważa to za zaszczyt, coś w rodzaju błękitnej krwi – odpowiedziała Juliette, stawiając butelki z piwem na stole w kuchni. Gdzieś w domu był włączony telewizor, z którego dobiegały dźwięki wieczornych wiadomości.

– A jak tam rodzice? – zapytała Camelia.

– Dzwonili wczoraj wieczorem. Mamie bardzo się tam podoba, choć trochę trudno przyzwyczaić się jej do gorąca. Ojciec dużo pracuje, wraca późno i często ma zajęte weekendy. Najdziwniejsi są Kalifornijczycy; mają zupełnie inną mentalność; tak przynajmniej utrzymuje moja matka.

– Nigdy nie byłaś w Kalifornii? – zdziwiła się Camelia, ustawiając talerze na tacy.

– Nie; wiesz, że ja i podróże… Nie można powiedzieć, żebym często wyjeżdżała poza Oregon.

Camelia oparła ręce na biodrach i wygięła się zalotnie.

– Kup mi nowy kostium kąpielowy, a zabiorę cię na weekend do Los Angeles, na plaże pełne umięśnionych mężczyzn.

– Pełne umięśnionych mężczyzn, pod koniec września?

– Hej, moja mała! To jest właśnie mentalność kalifornijska, bo prawdziwy Kalifornijczyk nie zwraca uwagi na taki drobiazg, jak pora roku. Poza tym w ogóle cały czas jest „ponad”, jeśli wiesz, co mam na myśli…

Juliette zignorowała tę frywolną uwagę.

– Wiesz, że nie przepadam za plażą… – rzuciła lakonicznie.

Camelia popatrzyła Juliette w oczy.

– Moja droga, kiedyś będziesz musiała wreszcie polubić to, co lubi większość śmiertelników, bo jeśli nie, to zakończysz życie samotna i zapomniana przez wszystkich!

– Nie zamierzam się do niczego przymuszać. Uważam, że to kompletna głupota spędzać cały dzień prawie nago, dusząc się z upału, znosić nachalne spojrzenia facetów cierpiących na brak seksu, i jeszcze ze skórą, która piecze od słonej wody. Może nie idę z duchem czasu, trudno. Przepraszam cię, ale nic na to nie poradzę.

Camelia spojrzała na nią życzliwie i pokręciła głową.

– Rzeczywiście, trudno cię przekonać. Chodź, pomóż mi zanieść to wszystko do pokoju.

Rozstawiły talerze na pięknym stole z blatem z dymnego szkła. Dom Camelii był nie tylko duży, ale również bardzo ładnie umeblowany. Alimenty, które wypłacał jej były mąż, stanowiły dodatek finansowy pozwalający na luksusowe kaprysy.

Zjadły kolację z apetytem i szczodrze podlały ją winem, świadomie rezygnując tym razem z piwa. Około dwudziestej drugiej obie były już mocno podchmielone. Usiadły przed telewizorem. Juliette cały czas się śmiała, gdy Camelia złośliwie komentowała głupstwa wygadywane przez bohaterów jakiegoś serialu.

Śmiały się tak i chichotały przez resztę wieczoru, przeskakując z kanału na kanał i dolewając sobie co jakiś czas wina. Camelia, która lubiła powtarzać, że jest wytworem błędnie funkcjonującego społeczeństwa, ponieważ została poczęta przez rodziców podczas wielkiej awarii w 1965 roku, kiedy w całym Nowym Jorku wysiadło światło, wciąż krytykowała współczesną telewizję i jej ogłupiający wpływ na ludzi, co wywoływało kolejne wybuchy śmiechu Juliette.

– Od godziny nic nie robisz, tylko wybrzydzasz na telewizję; a jednak ją oglądasz! – zauważyła Juliette.

– Bo trudno mi uwierzyć w to, co widzę, i wciąż mam nadzieję, że wreszcie znajdę jakiś inteligentny program! – odparła Camelia i obie znów się roześmiały.

Dochodziła północ, kiedy Juliette zdecydowała, że czas wracać. Camelia próbowała ją zatrzymać – nie ma sensu prowadzić, jest późno, lepiej, żeby Juliette przespała się w pokoju gościnnym. Juliette nie chciała. Obiecała, że będzie jechać powoli i ostrożnie, mimo że dystans, który miała do pokonania, był śmiesznie krótki – mieszkała niecały kilometr dalej, na stoku wzgórza.

Camelia wyszła na ganek, pomachała przyjaciółce ręką na pożegnanie i wróciła do domu, żeby się położyć. Juliette zeszła po schodkach na ulicę, licząc, że chłodne nocne powietrze pozwoli jej uporządkować myśli. Była lekko wstawiona, ale opary alkoholu ulotniły się na tyle, że czuła się na siłach poprowadzić samochód. Świadoma, że idzie za wolno, zrobiła głęboki wdech i wydech, aby nabrać energii. Oparła się dłońmi o poręcz schodków i z zainteresowaniem popatrzyła na domy i ogrody poniżej. Gdzieś w oddali rzeka Willamette przecinała centrum miasta ciemną wstążką. Bardzo przyjemnie było stać tak wysoko nad miastem i podziwiać oświetlone domy oraz wciąż, mimo późnej pory, ruchliwe ulice. Ale z tej odległości wszystko wydawało się Juliette nierzeczywiste, jakby martwe. Portland było po prostu feerią anonimowych świateł.

Co się ztobą dzieje! – przeleciało jej przez głowę. – Już po północy, aty, zamiast cieszyć się tym ślicznym widokiem, ulegasz takim myślom – doprawdy, płakać się chce!

Rezygnując z dalszego podziwiania świetlnego spektaklu, który znała na pamięć, Juliette przeszła na drugą stronę ulicy, minęła zaparkowaną furgonetkę i podeszła do garbusa, szukając kluczyków w kieszeni dżinsów. Przeszukiwała właśnie obie kieszenie, kiedy zauważyła, że nie ma powietrza w tylnej oponie. Koło osiadło miękko na asfalcie, wyglądając jak zdeptana guma do żucia.

– O cholera! No nie! Tylko nie dziś wieczór!

Oparła się o samochód, zastanawiając się, co robić.

– Coś się stało, proszę pani?

Juliette drgnęła i zaskoczona odwróciła się w stronę, z której dobiegł głos. Znalazła się twarzą w twarz z dwudziestokilkuletnim mężczyzną, który, jakby zdziwiony, cofnął się błyskawicznie, przepraszając.

– Przykro mi – wymamrotał. – Nie chciałem pani przestraszyć…

Wydawał się tak samo zażenowany jak ona, Juliette machnęła więc ręką na znak, że nic się nie stało.

– To moja wina; łatwo mnie przestraszyć – rzuciła, przykładając dłoń do serca.

– Widzę. Wygląda na to, że ma pani problem – odpowiedział mężczyzna, spoglądając na dziurawą oponę.

– Tak, ale to nic, mieszkam niedaleko – odpowiedziała Juliette.

– Może panią podwieźć? Mam tu samochód – wskazał dużą furgonetkę stojącą kilka metrów dalej.

Spojrzenie mężczyzny uciekało na boki. Nie patrzył Juliette w oczy, tylko nerwowo rozglądał się wokoło. Wyglądał banalnie – ciemne, niezbyt długie włosy, dość solidnie zbudowany, było jednak w jego sylwetce coś, co do niego nie pasowało. Juliette poczuła się nieswojo.

– Och nie, dziękuję. To miłe z pana strony, ale naprawdę mieszkam kilka kroków stąd.

– Zapewniam panią, że to mi nie sprawi kłopotu – uśmiechnął się mężczyzna.

To jakiś podrywacz – pomyślała Juliette. – Niespecjalnie przystojny, ale wie, jak być miłym.

Przez moment przeszło jej przez głowę, że może to spotkanie mogłoby być początkiem pięknej historii – takiej, do jakiej wracają myślami niektóre starsze pary. Ale teraz czuła się raczej zażenowana obecnością tego człowieka. Jego uśmiech nie był szczery: skrywał coś dziwnego, czego nie dało się określić.

To oczy. Jego oczy nie mówią tego samego co usta – pomyślała.

Rzeczywiście, oczy mężczyzny błyszczały jakimś zimnym światłem. Twarz chciała być przyjazna; robił wszystko, co mógł, żeby sprawiać takie wrażenie, ale wzrok miał martwy, jak oczy zdechłej ryby.

– A więc? – naciskał.

– Wolę się przejść, to mi dobrze zrobi; ale bardzo dziękuję – odrzekła Juliette, rzucając mężczyźnie krótki uśmiech. – Dobranoc panu!

Przeszła kilka kroków, kiedy usłyszała za plecami odgłos, jakby ktoś potrząsał shakerem do mieszania drinków.

Zanim zdała sobie sprawę z tego, co się dzieje, na jej twarz opadła mgła z waty.

W gardle poczuła płomienie.

Starała się uwolnić, ale uścisk był zbyt silny.

Jej umysł zalał strumień niezrozumiałych obrazów.

W płucach okrutnie paliło.

Po kilku sekundach zapadła w noc.

2

W korytarzu panował półmrok. Gdzieś z piwnicy dobiegał odgłos kapiącej wody. Ale zdecydowanie najgorsze były ciemności – nie było widać dalej niż na dwa metry. I nagle to coś wyskoczyło jak diabeł z pudełka. Wielkie, obrzydliwe i niewiarygodnie szybkie monstrum obcięło głowę mężczyźnie, który patrzył na to jak sparaliżowany, zanim w ogóle zdążył wyciągnąć broń.

– Cholera! – wykrzyknął Joshua Brolin i zerwał się z fotela, żeby wyłączyć konsolę. Znajdował się na piątym piętrze Komendy Głównej Policji w Portland, w swoim biurze, bardzo jasnym dzięki ogromnym oknom oraz, co naprawdę rzadkie w budynkach policyjnych, niezwykle przestronnym.

Nagle otworzyły się drzwi i stanął w nich mężczyzna w mundurze. Dobrze zbudowany, o siwiejących włosach i oczach z ciemnymi obwódkami, Larry Salhindro był w wisielczym humorze.

– Już dwa lata jesteś inspektorem, a na drzwiach nadal nie ma wizytówki – powiedział, wchodząc tak swobodnie, jakby to było jego własne biuro.

Na widok przenośnego telewizora i konsoli do gier wideo dorzucił:

– Wciąż nie możesz skończyć z tą dziecinadą, Josh?

– Wierz mi, staram się, ale to gorsze od papierosów! Tylko dzięki temu mogę nie myśleć o pracy. To mój osobisty odstresowywacz.

– Ładny mi odstresowywacz. Spójrz, to jest raport lekarza sądowego dotyczący naszej ślicznej panienki, którą wyłowiono przedwczoraj rano – rzekł Salhindro, kładąc teczkę z dokumentami na zabałaganionym stole. – Badania mikroskopowe wykonano wczoraj, ale nie mieli czasu wszystkiego opisać; pozostałe wyniki przyślą w ciągu dnia.

Usiadł, rozluźniając szeroki pasek uciskający jego wydatny brzuch. Larry Salhindro miał pięćdziesiątkę na karku, ale był za ciężki jak na swój wiek. Pracował w policji portlandzkiej od dwudziestu siedmiu lat, co oznaczało długie lata patroli i opychania się słodyczami, żeby wytrzymać związany z tym wysiłek fizyczny.

Brolin podniósł ze stołu teczkę z dokumentami i nasunął na nos wyjęte z futerału okulary. Mimo opadających na czoło kosmyków ciemnych włosów, wielkich orzechowych oczu, ust, które naturalnie układały się do uśmiechu, i szerokiego, kwadratowego podbródka – gdy założył szkła, wyglądał nad wyraz poważnie. Nie skończył jeszcze trzydziestu jeden lat i był najmłodszym inspektorem wydziału dochodzeniowo-śledczego. Często zarzucano mu, że wygląda bardziej jak gwiazda amerykańskiego futbolu – quaterback, kapitan drużyny; stąd zresztą wzięło się jego przezwisko: QB – niż inspektor pracujący w terenie. Próbowano dać mu tym do zrozumienia, że nie powinien się zbyt intensywnie zastanawiać, w jaki sposób znalazł się na swoim stanowisku.

Joshua Brolin przebył bowiem inną drogę zawodową niż większość stróżów prawa – to znaczy przeszedł z FBI do policji, a nie odwrotnie. Po zdobyciu dyplomu z psychologii czuł, że ma prawdziwy talent do rozwiązywania problemów dewiacyjnych, wymarzył więc sobie pracę w FBI, w Wydziale Nauk Behawioralnych (WNB), gdzie mógłby się całkowicie poświęcić różnym sprawom dochodzeniowym. Najpierw jednak musiał przejść serię testów, żeby dostać się do akademii FBI w Quantico. Później nastąpił nudny etap szkoleniowy. Konkursowe egzaminy wstępne zdał bardzo dobrze, plasując się między najlepszymi, dzięki czemu poznał członków WNB i nawiązał z nimi bliższą znajomość. Oprócz tego wielki entuzjazm, z jakim zgłębiał różne działy kryminologii, i bardzo dobre oceny pozwoliły mu szybko otrzymać wyjątkowy przywilej uczestniczenia w szkoleniach tego wydziału. Tam również się wyróżnił, tym razem umiejętnością wykorzystania w terenie zdobytych informacji i zdolnością określenia dokładnego profilu psychologicznego przestępcy.

Jednak w tym momencie sprawy zaczęły przybierać niedobry obrót. Brolin dobrze wiedział, że samo szkolenie nie wystarczy, aby zostać ekspertem profilującym w WNB. Żeby w ogóle móc zabiegać o to stanowisko, trzeba było przepracować najpierw kilka lat w innym wydziale. Tylko doświadczenie w pracy w terenie mogło dać policjantowi umiejętności, jakich wymagano od dobrego eksperta profilującego. Tymczasem Brolin naiwnie sądził, że piątki uzyskane na większości egzaminów i dobre kontakty, które nawiązał z wieloma wysokimi rangą pracownikami WNB, pozwolą mu się tam zaczepić przynajmniej jako stażyście. Nic takiego nie nastąpiło. Miał zostać przyjęty do FBI dopiero po dwóch latach wdrażania do pracy i praktyki kryminalnej.

Z pozoru zimne i nieprzejednane, WNB było w gruncie rzeczy wielką rodziną, której członkowie zawsze mogli liczyć na życzliwą radę i pomoc pozostałych pracowników. Wynikało to głównie z tego, że wszyscy zajmowali się sprawami o niewyobrażalnym stopniu okrucieństwa i codziennie byli narażeni na oglądanie straszliwych okaleczeń czy rezultatów odrażających zachowań seksualnych. Wspomagali się, ponieważ nie mieli wyboru. Wielu oficerów po kilku latach pracy w WNB prosiło o przeniesienie do innego wydziału – tutaj nikt długo nie zagrzewał miejsca, jeśli chciał zachować równowagę psychiczną umożliwiającą normalne życie w społeczeństwie. Codzienność oficera tej służby polegała na analizie najgorszych zbrodni popełnionych w Ameryce, korzystaniu przy tym z fotografii, a nawet filmów i raportów lekarza sądowego czy policji. W rzeczywistości było to więc stałe nurzanie się w najczarniejszych głębinach ludzkiej duszy.

Co ciekawe, nie przeszkadzało to wcale Brolinowi podczas wielu godzin szkolenia w tym wydziale. Udawało mu się bez problemu wejść w koszmarne realia zbrodni, nasiąknąć jej atmosferą, odtworzyć osobowość mordercy, a później wrócić z tego ponurego świata i stać się znowu Joshuą Brolinem.

Któregoś wieczoru, po długim dniu wypełnionym zajęciami, Robert Douglas, dyrektor WNB, oznajmił, że właśnie z powodu tej umiejętności oddzielenia pracy od życia prywatnego widzi w Brolinie urodzonego eksperta profilującego. Osobie, która stara się określić charakter mordercy, największą trudność sprawia dostrojenie własnej psychiki do umysłu przestępcy. Ekspert musi dogłębnie zrozumieć zachowanie zbrodniarza; musi poczuć to samo co tamten, gdyż tylko w taki sposób zdoła go osaczyć, będzie w stanie przewidzieć kolejny ruch przestępcy. Praca eksperta profilującego to zobowiązanie długofalowe – człowiek, który oddaje się temu zajęciu, żyje swoim śledztwem i wciąż myśli o ofiarach zbrodni. Dzień i noc koncentruje się na wszystkim, co uczyniono ofierze, tak długo, aż poczuje, że „ma”, że „złapał” portret psychologiczny zabójcy.

I później „staje się” zabójcą.

A przynajmniej rozumie jego czyny, a zwłaszcza motywy, jakie kierują tym człowiekiem; jego wizje i pragnienia pchające go w określonym momencie do złego. Dopiero wtedy można przygotować portret psychologiczny mordercy, wiadomo już bowiem, kim on jest – ekspert profilujący zrozumiał jego potrzeby i może przewidzieć, jak bardzo zbrodniarz jest niebezpieczny.

Według Douglasa, siła charakteru Brolina pozwalała mu robić to wszystko i wychodzić bez uszczerbku na psychice, co jest najważniejszą cechą dobrego eksperta profilującego. W rzeczywistości Brolin był zdolny do empatii, a nie do zwykłego zrozumienia. Na tym polegała jego siła. Nie starał się dociec, czemu taki był. Po prostu taką miał naturę. Nie zależało mu również na tym, żeby tę swoją zdolność poznać i przeanalizować. Nie to go interesowało – interesował go zbrodniarz. Chciał zatrzymać złoczyńcę, zanim ten popełni kolejną zbrodnię. Zresztą w Quantico, na korytarzach jednostek mieszczących się obok Wydziału Nauk Behawioralnych, często przebąkiwano, że gdyby dzieciństwo wszystkich pracujących dla FBI ekspertów profilujących potoczyło się trochę inaczej, zdjęcia ich twarzy byłyby teraz przypięte pinezkami do ścian obok portretów najgroźniejszych seryjnych morderców w kraju.

Zrozumieć poszlaki, odnaleźć dowody, ustalić portret psychologiczny i swoim działaniem znacząco pomóc w osaczeniu zabójcy – takie były podstawowe motywy, które skłoniły Brolina do podjęcia pracy w FBI. Miał skończone dwadzieścia osiem lat, gdy otrzymał identyfikator i gdy Robert Douglas wezwał go do swojego gabinetu.

– Wiem, że teraz, kiedy jesteś już pełnoprawnym pracownikiem naszej firmy, chciałbyś pracować w mojej jednostce – rzekł. – Będziesz musiał jednak poczekać. Jak już ci mówiłem, z pewnością będziesz doskonałym ekspertem profilującym, ale…

– Ale? – powtórzył Brolin, czując w ustach gorzki smak zawiedzionych nadziei.

– Ale nie zamierzam robić wyjątków. Intuicja musi być wspomagana doświadczeniem z prawdziwego życia, z prawdziwych spraw kryminalnych, dlatego – szanując i doceniając twoją doskonałą znajomość teorii – chcę, żebyś wzbogacił ją wiedzą praktyczną. To kwestia czterech, pięciu lat. Najwyżej sześciu. Niewiele od ciebie wymagam; pragnę tylko, abyś w tym czasie nabył doświadczenia zwykłego policjanta. Wierz mi, niektórych rzeczy możesz nauczyć się tylko tam, w miejskiej dżungli. Później przyjdziesz do nas, miejsce czeka.

Na widok nadąsanej miny Brolina dodał:

– A co ty sobie wyobrażałeś?! Być może jesteś przeznaczony do tej pracy, ale nie wezmę agenta, który może nawalić przy pierwszej prawdziwej robocie, bo brakuje mu doświadczenia i wymaganej dojrzałości! Czy przyjrzałeś się ludziom, którzy u nas pracują? Każdy z nich jest po trzydziestce. Załatwię ci odpowiednie stanowisko w policji, a za kilka lat będziesz członkiem naszej ekipy.

Brolin wiedział, że Douglas stara się być miły, ale prawda była bardzo prosta: WNB zawdzięczało swoją doskonałą reputację sukcesom w pracy dochodzeniowej, a żeby tej reputacji nie stracić z powodu głupstwa, angażowało tylko tych oficerów policji, którzy wielokrotnie się sprawdzili. WNB nie miało zamiaru ryzykować.

Kilka dni później Brolinowi przydzielono stanowisko w oddziale FBI w Bostonie. Wielu kolegów z jego rocznika w akademii zazdrościło mu tego przydziału, ale dla Brolina oznaczało to jeszcze sześć lat z dala od tego, co było jego pasją już od ośmiu. Nie mógł się z tym pogodzić.

Podczas szkolenia zaprzyjaźnił się z ekspertem profilującym, który wykładał psychiatrię kryminalną, Johnem Risselem. Rissel miał do Brolina stosunek bardzo przyjacielski i zawsze był gotów przyjść mu z pomocą. To właściwie on przyczynił się do tego, że Josh zdecydował się odejść z FBI. Rissel również uważał, że Brolin ma prawdziwy talent do odkrywania charakterów zbrodniarzy i że powinien czekać. Jednak gdy zobaczył, jak uparty jest młody agent, skapitulował i doradził mu, żeby podał się do dymisji i zaciągnął się do pracy w policji, gdzie ludzie tacy jak on są bardzo potrzebni. Prawdopodobnie wysłaliby go od razu w teren, żeby pokazał, co potrafi; a jeśli jeszcze znalazłby oddział w niezbyt dużym mieście, od razu zostałby włączony do ekipy zajmującej się sprawami kryminalnymi i wcześniej zająłby się profilowaniem, niż gdyby pozostał w FBI. Rissel szybko się zorientował, jakim człowiekiem jest Brolin, i że w pracy potrzebuje stabilizacji, która pozwoliłaby mu wykorzystać tę uporczywą manię ciągłego rozpracowywania otaczającego go środowiska. Zamiast trwać na stanowisku agenta specjalnego FBI, którego co pewien czas wysyłają w różne miejsca, Josh powinien osiąść w jakimś dużym mieście. Jeśli nie czuje się na siłach wytrwać kilka lat tutaj, lepiej, żeby poszedł pracować tam, gdzie bardziej się przyda i gdzie będzie mógł się rozwinąć twierdził Rissel.

Tak więc z dyplomem z psychologii i stażem kryminalistycznym w FBI Brolin wrócił do Portland, swojego rodzinnego miasta, gdzie po zaledwie sześciu miesiącach pracy otrzymał stanowisko inspektora. Przez jedenaście kolejnych miesięcy podrzucano mu sprawy beznadziejne i kontrowersyjne, ponieważ jednak umiał niezwykle precyzyjnie określić naturę zbrodniarza, zwierzchnicy szybko go docenili i zaczęli mu powierzać także bardziej interesujące śledztwa.

Od tej pory Josh bardzo uważał, żeby nie wspominać o swojej przeszłości w FBI, która co prawda wiele mu dała zawodowo, ale którą uważał za największą osobistą porażkę.

W takim mieście jak Portland sam fakt, że się było „federalnym”, wystarczał, aby narazić na szwank swoją reputację. Dla większości policjantów stanowiło to po prostu dowód niezwykłej zarozumiałości. Koledzy z pracy widzieli w Brolinie młodego, drapieżnego karierowicza, co było bardzo dalekie od prawdy, ale żeby to sobie uświadomić, należało się do niego zbliżyć, czego – poza Salhindrem – niewielu tak naprawdę spróbowało.

– Laboratorium jeszcze jej nie zidentyfikowało, co? – zapytał Brolin, nie podnosząc głowy znad biurka.

– Skąd! Biorąc pod uwagę stan, w jakim się znajdowała, nie będzie to takie proste. Jest cała zniekształcona przez te gazy, a skórę ma koloru…

Mimo że był blisko o dwadzieścia lat młodszy, Brolin uciszył kolegę gestem ręki.

– Larry, byłem przy tym, jak ją znaleźli. Jaka jest więc przyczyna śmierci?

– Uduszenie.

– Chcesz powiedzieć: utopienie – poprawił go Brolin.

– Nie, chcę powiedzieć, że zmarła, bo nie była w stanie nabrać do płuc wystarczającej ilości powietrza. Udusiły ją pijawki.

Teraz Brolin podniósł głowę i popatrzył na Salhindra znad opuszczonych okularów.

– Co?

– Wiem, że to dziwne, ale tak jest napisane.

Salhindro wziął teczkę z dokumentami i zaczął przewracać kartki i fotografie, aż natrafił na to, czego szukał.

– Przeczytam ci: …niewyjaśniona obecność sześciu pijawek wprzewodzie oddechowym pociągnęła za sobą przeciążenie prawej komory inastępnie zatrzymanie akcji serca. Sześć obcych ciał znaleziono wróżnych miejscach: wprzełyku, na ścianach gardła, na chrząstce nagłośni. Znalezione obiekty przekazano hodowcy pijawek wcelu uzyskania bardziej precyzyjnych wyjaśnień. Rany – które wwyniku badań anatomopatologicznych określono jako zadane ante mortem – ust, zębów ijęzyka świadczą, że ciała obce wprowadzono do przełyku ofiary przed jej śmiercią. Prawdopodobnie pijawki zeszły do krtani wposzukiwaniu krwi. Mimo że stan rozkładu ciała uniemożliwia odczytanie wszystkich śladów, łatwo można zauważyć krwiaki, sińce iinne znaki na skórze ibłonie śluzowej, które świadczą otym, że ofiara się broniła. Ślady zewnętrzne iwewnętrzne na szczęce iróżne inne rany wustach pozwalają przypuszczać, że zbrodniarz siłą zmusił ofiarę do ich otwarcia, żeby włożyć do nich pijawki. Dalsze badania anatomopatologiczne wyjaśnią przyczyny obecności wody wpłucach oraz pozwolą dokładniej określić, czy ofiara została również utopiona, czy też jest to woda, która dostała się do płuc wyłącznie post mortem, kiedy ofiara leżała wrzece. Te cholerne pijawki opiły się krwią, napęczniały i w końcu nie pozwoliły jej oddychać, stąd uduszenie. Masz – wszystko jest tutaj, w tym sprawozdaniu.

Teczka z dokumentami z głośnym plaśnięciem spadła na biurko.

– Zgoda, mamy do czynienia z szaleńcem, któremu sprawia przyjemność faszerowanie ludzi pijawkami. Ale ja chcę wiedzieć, czy zrobił to na pewno ten facet, którego szukamy! – rzucił Brolin, poirytowany. – Co z tym śladem na czole? Mamy coś nowego?

Salhindro usiadł naprzeciwko młodego inspektora i złożył ręce jak do modlitwy, obserwując niebo za oknem.

– Właśnie, właśnie – odrzekł. – Posłuchaj, to cię zainteresuje.

Dwa dni wcześniej Brolin został wezwany nad brzeg rzeki Tualatin, z której wyłowiono zwłoki młodej kobiety. Obecny na miejscu lekarz sądowy od razu zauważył dziwne znamię na czole. Gazy tworzące się w procesie rozkładu ciała i długotrwały pobyt w wodzie nie pozwalały precyzyjnie ocenić sytuacji, ale inspektor obecny przy wydobyciu zwłok natychmiast wezwał Joshuę Brolina.

W ciągu dwóch ostatnich miesięcy odnaleziono w podobnych okolicznościach jeszcze dwa inne ciała okrutnie okaleczonych kobiet.

Pierwsza ofiara miała dwadzieścia dwa lata, była kelnerką i wracała do domu po pracy, kiedy ją porwano. Znaleźli ją przypadkowo rybacy w jednym z okolicznych stawów. Zwłoki kobiety unosiły się na plecach na powierzchni wody. Obcięto jej ręce na wysokości przedramienia.

Żywej.

To znaczy, ofiara była jeszcze żywa, kiedy jej to zrobiono. Z niewiadomej przyczyny kobiecie przypalono również czoło, w wyniku czego widniał na nim duży znak w formie gwiazdy. Rana, choć niegłęboka, poczyniła duże spustoszenia, a czoło wyglądało jak krater wulkanu. Zły stan zwłok nie pozwolił jednak określić z dostateczną pewnością, jak rana ta powstała. „Prawdopodobnie kwas” – to było wszystko, co napisał w raporcie lekarz sądowy. Zwłoki zbyt długo leżały w wodzie, żeby można było powiedzieć coś więcej.

Drugą ofiarą była dwudziestotrzyletnia studentka sztuk plastycznych. Porwano ją z parkingu klubu nocnego, a znaleziono nad Tualatin. Zamordowana kobieta również nie miała rąk i podobnie jak poprzedniej ofierze wypalono jej na czole znak gwiazdy. Tym razem rana była głębsza, objęła znaczną część twarzy. W obu wypadkach ciała były dotkliwie okaleczone. Nie można było wykluczyć molestowania seksualnego, choć długotrwałe przebywanie zwłok w wodzie uniemożliwiło jednoznaczną diagnozę. Śmierć spowodowały wielokrotne urazy i wynikłe z nich krwotoki.

Było oczywiste, że seria morderstw na tym się nie skończy. Determinacja, z jaką działał morderca, i okrucieństwo, którego wymagało obcinanie rąk i następnie pozbawienie życia obu kobiet, pozwalały przypuszczać, że ma się do czynienia z niebezpiecznym psychopatą, czyhającym już na kolejną ofiarę.

Brolin pracował nad podobnymi sprawami w FBI, umiał również przygotować portret psychologiczny, opierając się na elementach śledztwa, a poza tym nikt w policji w Portland nie znał się lepiej od niego na seryjnych mordercach. Detektyw Ashley, obecny przy wyłowieniu dwa dni wcześniej zwłok młodej kobiety z raną na czole, mimo że ofiara nie miała obciętych rąk, natychmiast wezwał Brolina, któremu oficjalnie powierzono śledztwo.

Przy seryjnych mordercach zawsze znajdzie się ktoś, kto wymyśli dla nich chwytliwe medialnie przezwisko. Tym razem dowcipnisiem był jeden z kolegów Brolina. Biorąc pod uwagę okaleczenia i rodzaj tortur, w których lubował się morderca, osobnika nazwano „Katem z Portland”. Informacja przedostała się jakoś na zewnątrz i wkrótce zaczęła tak o nim pisać cała prasa.

Teraz Brolin czekał na potwierdzenie tego, co sam przeczuwał już od dawna, a mianowicie, że rana na czole kobiety została wypalona kwasem.

– To taka sama rana jak w wypadku dwóch poprzednich ofiar – powiedział Salhindro. – Sekcja zwłok wykazała, że morderca równie zaciekle oblewał górną część twarzy substancją żrącą. I tak samo, długotrwałe przebywanie ciała w wodzie uniemożliwia dokładne określenie, co to za substancja, ale najprawdopodobniej jakiś kwas. Tak więc znowu natrafiamy na rodzaj rytuału.

W przeciwieństwie do swojego kolegi po fachu i przyjaciela, Josha Brolina, Larry Salhindro nigdy nie przechodził szkolenia dla ekspertów profilujących w Quantico. Jednak lata spędzone na współpracy z psychologami policyjnymi, przesłuchaniach zbrodniarzy i czytaniu raportów nauczyły go dość, żeby mógł mieć własne zdanie na temat spraw o morderstwo.

Brolin kiwnął potakująco głową.

– Tak, tak; to zrobił nasz człowiek – powiedział powoli i bardzo cicho. – Sposób działania jest tutaj trochę inny, ale to on; to jego podpis. Potrzeba zadawania cierpienia, jego eskalacji… Coraz mocniej krzywdzić. I wypalać kwasem czoła ofiar – dorzucił jeszcze ciszej.

Westchnął, jakby przygnieciony ogromnym ciężarem, i zdjął okulary. Z pewnością wszystkie te linie gdzieś się krzyżowały. Dlaczego morderca uciął ręce dwóm pierwszym ofiarom, atrzeciej nie? Aten kwas na czole?

Brolin potarł skronie, koncentrując się na osobie mordercy. Postarał się wejść w jego psychikę, a kiedy mu się to udało, zaczął sprawnie analizować zebrane fakty.

Nic wdziałaniu mordercy nie jest dziełem przypadku – myślał. – Najtrudniej będzie jednak stwierdzić, jaką rolę wjego rojeniach odgrywa obcinanie rąk. Może jest fetyszystą ito stanowi rodzaj trofeum. Ale dlaczego właśnie ręce? Ijak dobiera ofiary – przypadkowo, czy też kieruje się precyzyjnymi kryteriami?

Wszystkie ofiary były młodymi kobietami z grupy tak zwanego niskiego ryzyka. Były sprawne i wysportowane, a więc umiały się bronić; nie bywały też w miejscach podejrzanych ani nie kontaktowały się z podejrzanymi osobami. Morderca, porywając je, wykazał się dużym zuchwalstwem. Stawiał poprzeczkę wysoko. Może był to rodzaj wyzwania? Podczas każdego ataku mogli nagle pojawić się świadkowie; ofiara mogła zacząć się bronić i zaalarmować przypadkowych przechodniów. Nic takiego się jednak nie stało – wszystko odbyło się prędko i bez zwracania uwagi.

Mieli do czynienia z osobnikiem przebiegłym, z zabójcą dobrze zorganizowanym i z sadystą.

Brolin łatwo mógł go sobie wyobrazić, jak rozmawia z ofiarami, terroryzuje je i wreszcie – bez pośpiechu – gwałci. Może jest nawet przystojnym mężczyzną, zcharyzmą; takim jak Ted Bundy… – puścił wodze fantazji. – Ale kiedy bierze wnim górę morderczy popęd, staje się spragnionym dominacji monstrum, zdolnym do wszelkich okropności, byle zapanować nad drugą osobą. Cały proces zaczyna się dość łagodnie – ot, pojawia się dręcząca ochota na seks. Ipóźniej na ulicy albo wtelewizji mężczyzna spostrzega jakąś młodą kobietę. Kobieta ta wzbudza wnim agresję iwprowadza go wstan podniecenia, zachęcając do rozpoczęcia polowania. Być może morderca nie od razu znajduje potencjalną ofiarę; osobę, która go odurzy; poszukiwania mogą więc trwać kilka dni. Czasami pożądanie wyparuje imężczyzna wraca do spokojniejszego życia, ale zdarza się również, że napędzana widokiem tych wszystkich niedostępnych kobiet chuć nie znika, ale jeszcze wzrasta. Wmordercy rodzi się frustracja irośnie nienawiść. Zapłacą mu za to! On im pokaże! Kim on jest dla kobiet spotykanych na ulicy, oglądanych wpismach iwtelewizji? Nikim! Nie może znimi zrobić tego wszystkiego, co by chciał. Im dłużej trwa woczekiwaniu, tym bardziej ich nienawidzi. Inagle nadarza się okazja. Kobieta, którą od pewnego czasu obserwował, znajduje się wkorzystnym dla niego miejscu. Może zresztą pilnował tego miejsca, anie kobiety? Dość, że podniecony do granic możliwości, czuje, że oto szczęście się do niego uśmiechnęło, wystarczy ją schwycić… ibędzie jego. Porywa więc tę kobietę izabiera gdzieś daleko, żeby mieć spokój. Zapewne ma bezpieczne schronienie, wktórym dokonuje tych wszystkich okropności. Na początku bawi się sterroryzowaną ofiarą, powstrzymuje dręczącą go nienawiść. Straszy ją wróżny sposób iupaja się paniką, którą wzbudza, kiedy ją gwałci. Może się nawet wówczas śmieje; może ją bije. Narastająca wnim przez długi czas nienawiść wybucha iosobnik wchodzi wfazę ekstremalnej przemocy. Pada cios za ciosem – to są te wszystkie znaki, które widać na ciele.

Kobieta umiera.

Morderca popada wtak upragnioną ekstazę.

– Dobra, wracam do siebie, zanim dorwie mnie Chamberlin – rzekł Salhindro, wstając.

Wyrwany gwałtownie z rozmyślań Brolin kiwnął głową w roztargnieniu.

– Będę cię informował na bieżąco.

Salhindro poprawił szeroki pasek i wyszedł.

Brolin został sam. Przez chwilę obserwował widoczne z okna budynki centrum, po czym otworzył raport z sekcji.

3

Juliette z trudem przełknęła ślinę. Bolało ją gardło i głowa. Ocknęła się kilka minut wcześniej, powoli odzyskując przytomność. Ogarnęła ją panika. Najpierw zaczęła dygotać ze strachu, a z oczu popłynęły jej łzy, ale po pewnym czasie, stopniowo uświadamiając sobie, gdzie i w jakim stanie się znajduje, usłyszała wewnętrzny głos, który nakazał jej spokój. Nie mogła nic zrobić. Solidne, wpijające się w skórę więzy krępowały jej dłonie z tyłu na plecach i kostki nóg. Przynajmniej napastnik nie zamierzał jej zabić, bo już by to uczynił. Na co miałby jednak czekać? Ale wewnętrzny głos mówił jej także, żeby nie miała specjalnych złudzeń i lepiej szybko zaczęła myśleć o czymś innym. Niestety, łatwiej było to powiedzieć niż zrobić. Rozciągnięta na zimnej i wilgotnej podłodze, unieruchomiona grubym sznurem, w niemal zupełnych ciemnościach, czuła, że zaraz zwariuje.

Obróciła głowę, żeby ponownie popatrzeć na to, co ją otaczało i sprawdzić, czy czegoś nie przegapiła. Bursztynowe światło rzucało na ściany groźne cienie. Pomieszczenie było małe, nie miało więcej niż trzy metry na cztery. Podłogę stanowiło klepisko, miejscami nierówne, jakby wydrapane jakimś nieprzystosowanym do takich robót narzędziem.

Wygląda to tak, jakby ktoś starał się nogami wykopać tu dziurę! – pomyślała Juliette. – Boże, spraw, żeby to nie było to!

Jednak obraz tej drugiej uwięzionej kobiety nie zniknął. Juliette wyobraziła sobie, jak drżący ze strachu kształt, szarpiąc się gorączkowo, próbuje wydrapać nogami dziurę pod drewnianą ścianą… Gwałtownie potrząsnęła głową, żeby pozbyć się tej wizji, i natychmiast świat wokół niej zaczął wirować w powracających oparach chloroformu. Jeden, drugi głęboki oddech; musi odzyskać spokój i… Boże, spraw, żeby mniej bolało.

Zajmij się raczej badaniem swojej sytuacji. Zrób coś, obejrzyj wszystko, co możesz dostrzec – powtarzał wewnętrzny głos.

Ściany pomieszczenia były czarne i zbudowane z okrąglaków, które ułożono jeden na drugim jak w górskiej chacie czy chłopskiej chałupie. Nie było żadnego mebla, a jedyne źródło słabego światła stanowiła mała świeczka ustawiona w kącie.

Juliette zadrżała. Wokół panował chłód. Nie miała pojęcia, która jest godzina; straciła poczucie czasu. Czy w ogóle była jeszcze noc? Pewnie tak, przez szpary w drewnianej ścianie nie przechodził nawet jeden promyk światła. Nagle Juliette przyszło do głowy coś bardziej niepokojącego. Przeturlała się, żeby dokładniej przyjrzeć się ścianom i sprawdzić, czy, nie daj Bóg, ma rację. Miała! Zdławił ją strach.

W pomieszczeniu nie było drzwi.

Ani drzwi, ani żadnego innego otworu; nigdzie. Było to miejsce hermetycznie zamknięte, jak jakaś wielka trumna.

Nie krzyczeć. Przede wszystkim nie krzyczeć – powiedziała do siebie, ale jej z trudem zachowywane opanowanie balansowało na granicy histerii. Jeśli napastnik nie zadał sobie nawet trudu, żeby ją zakneblować, to znaczy, że nie bał się jej krzyków. Na pewno znajdowała się gdzieś na pustkowiu, bo gdyby było inaczej, to nie tylko związałby jej ręce, ale postarałby się także zatkać usta. Zaczęła szybciej oddychać. Nie wolno ulec panice! Kilka godzin wcześniej siedziała spokojnie u Camelii, wesoło popijając wino, a oto teraz, zamknięta gdzieś na pustkowiu, znalazła się na łasce jakiegoś obcego faceta. Zaczęła w niej wzbierać rozpacz.

Nikt nie ma pojęcia, gdzie ona jest; nawet ona sama. Jak się tu znalazła? Dlaczego się nie broniła? Jedyne, co pamiętała, to że beztrosko szła, a sekundę później coś ją zaczęło dusić i obudziła się uwięziona. Nagle całe jej życie zmieniło się w koszmar. Bez żadnego powodu ktoś wyrwał ją z jej rzeczywistości i wrzucił do tej trumny. Teraz do strachu dołączyła pretensja – bo przecież każdemu może się to zdarzyć, każdy jest zagrożony. Wychodzi się spokojnie z pracy i wystarczy zupełnie nieświadomie natknąć się na jakiegoś wariata, żeby nagle znaleźć się w piekle.

Juliette poczuła, jak grymas żalu rysuje się na jej twarzy, a oczy napełniają się łzami. Zaczęła szlochać.

Po chwili zawyła w nagłym napadzie wściekłości i, szarpnąwszy związanym ciałem, usiadła. Gdy uczucie złości i żalu trochę osłabło, rozejrzała się uważnie wokół siebie. Trzy metry dalej, po swojej prawej stronie, w miejscu, gdzie ściana stykała się z podłogą, zobaczyła otwór w ziemi. Powstrzymała szloch i zaczęła czołgać się ku zagłębieniu. Światło świeczki właściwie tam nie dochodziło; musiała się położyć i schylić głowę, żeby przyjrzeć się dziurze. Była niewiele większa od piłki do koszykówki i zachodziła pod ścianę jak otwór wentylacyjny albo wąskie przejście. Drgnęła, gdy zauważyła na klepisku długie, równoległe linie. Starała się nie myśleć o kobiecie w panice drapiącej ziemię i o jej poodrywanych paznokciach.

Może gdyby udało się jej wcisnąć w ten otwór głowę, zobaczyłaby, co znajduje się na zewnątrz? Przynajmniej wiedziałaby, gdzie jest, co ją otacza. Co prawda z rękami skrępowanymi na plecach i z nogami związanymi w kostkach wydawało się to ryzykowne, bo gdyby się poślizgnęła lub gdyby się okazało, że nie ma się o co oprzeć, żeby się wycofać, jej głowa utknęłaby w tej dziurze aż po ramiona. No, ale warto spróbować.

Juliette ruchem gąsienicy zaczęła wczołgiwać się w ciemność pod ścianą. Po chwili przekręciła się na plecy i spróbowała podnieść głowę z drugiej strony otworu. Głowa uderzyła o kamień.

Z drugiej strony nie było nic.

Zadrżała, odkrywszy prawdę – jej loch nie miał drzwi ani okien, a za ścianami były tony kamieni! Zamknięto ją pod ziemią, w miejscu bez wyjścia, w świecie zmarłych.

Znów ogarnęła ją panika.

A potem na górze coś skrzypnęło, jakby uchylono jakąś klapę.

Ależ tak! Sufit! – wykrzyknęła w myśli Juliette. Sufit ginął w mroku i właściwie nie było go w ogóle widać. Sprawiła jej ulgę myśl, że pomieszczenie ma jakieś wyjście, że w końcu nie jest zupełnie odizolowana, że istnieje jakiś kontakt ze światem zewnętrznym, a więc możliwość ucieczki. Lecz uczucie ulgi trwało krótko. Zaszeleścił materiał. Wyglądało to tak, jakby za jej plecami ktoś ruszył nogą czy ręką, i Juliette znów ogarnęła histeria. Była zablokowana; jej głowa tkwiła w wąskim wykopie; nie była w stanie nic zobaczyć z tego, co działo się poniżej jej ramion, a napastnik był tuż-tuż – prawdopodobnie patrzył z satysfakcją na to, jak ona się szarpie.

Niczym dźwięk pogrzebowych dzwonów spłynął na nią z sufitu fałszywie słodki i pełen niewyobrażalnego okrucieństwa głos:

– Czas na nas, kochanie.

Juliette zaczęła się w panice wyginać, żeby wyszarpnąć głowę z dziury. Strach przeszywał jej ciało, a po policzkach płynęły łzy. Przerażenie, niczym gwałtowny poryw niszczącego huraganu, kazało jej zamknąć oczy.

* * *

Chcąc rzucić palenie, Joshua Brolin zaczął pić herbatę.

Powody tej decyzji były bardziej złożone, ale Josh tak przedstawiał sprawę, gdy koledzy z pracy denerwowali się, że połyka wielkie ilości pachnącej ciepłej wody. Dwa miesiące wcześniej, latem, wyrzucił ostatnią paczkę winstonów, przysięgając sobie, że nigdy już nie weźmie papierosa do ust. Pierwsze dni były bardzo bolesne, dosłownie, i Brolin zaczął się nawet zastanawiać, czy papieros nie jest w końcu mniejszym złem niż to okropne uczucie drapania w krtani spowodowane brakiem nikotyny. Następnie dość szybko odkrył, że długoletniemu palaczowi najbardziej brakuje nie nikotyny, ale tych wszystkich codziennych gestów, które musi odtąd wykonywać bez papierosa trzymanego między palcami. Trzeba było się od nowa uczyć operować wolną dłonią. Dłonią o wielu niespodziewanie nabytych możliwościach, która ważyła tonę. Już samo wspomnienie picia kawy i jednoczesnego palenia papierosa, wspomnienie smaku połykanego dymu na przemian z goryczą kofeiny, było źródłem ciężkiego stresu. Dopiero w wieku trzydziestu lat Brolin odkrył, że nie znosi smaku kawy, jeśli nie utopi go w nikotynie. I żeby móc się obyć bez koniecznej dawki dymu, zastąpił cappuccino herbatą – najlepiej pachnącą, z leśnych owoców, jeśli to możliwe, choć bardzo trudno było znaleźć je suszone.

Popił ciepły łyk i odstawił kubek na sztywną okładkę raportu z sekcji.

Popatrzył na jedno ze zdjęć zrobionych tuż po znalezieniu zwłok ofiary. Trudno było sobie wyobrazić, że jest to ciało młodej kobiety, tak zdeformowały je gazy wytworzone podczas procesu gnilnego i inne czynniki związane z długotrwałym przebywaniem materii organicznej w wodzie. Twarz ofiary była opuchnięta, brązowozielona, powieki wielkości orzechów pekan, a wargi obrzmiałe, jakby zastygłe do ostatniego pocałunku. Do ciała dobrało się również mnóstwo różnych wodnych drapieżników, zostawiając na pofałdowanej skórze liczne czerwone bruzdy. W chwili, gdy robiono zdjęcie, zwłoki znajdowały się ponad dwie godziny poza środowiskiem wodnym, ale przy oczach i ustach nie było widać śladu pleśni w postaci brązowawego mchu. Pleśń ta stanowiła dość charakterystyczną oznakę, z którą Brolin już się spotkał przy okazji innych spraw, jakimi zajmował się na stażu w FBI. Będąc w istocie mieszanką powietrza, wody i śluzu oskrzelowego, powstawała w momencie, gdy ofiara robiła wdech w wodzie. Pleśń wskazywała jasno, że zgon nastąpił w wyniku utonięcia. Tymczasem tutaj jej nie było.

Pijawki!

Tym razem kobieta nie zmarła na skutek odniesionych ran. Przynajmniej nie bezpośrednio. Zabójca zmienił metodę.

Najbardziej jednak intrygował Brolina ten chaotyczny rysunek, który kwas wypalił na czole ofiary. Kwas lub coś podobnie niszczącego, jak soda żrąca albo wapno.

Dlaczego, do diabła, ten facet to robi? – zastanawiał się inspektor. – Wjakim celu wypala czoło ofiar? Czy jest to część jakiegoś rytuału? Ręce obcina prawdopodobnie po to, żeby mieć jakieś trofeum; żeby później, patrząc na nie, doprowadzać się do orgazmu. Pewnie ich dotyka albo się nimi głaszcze; używa ich jako substytutu, manipulując «partnerką» ijednocześnie będąc przez nią pieszczonym. Dobrze, ale dlaczego nie uciął rąk ostatniej ofierze? Czym się ona różni od dwóch pozostałych?

Ostatnia ofiara była widocznie dla niego czymś innym. Nie zamęczył jej na śmierć, ale doprowadził do uduszenia w bardzo powolny sposób, co zresztą nie było dużo lepsze.

Brolin zważył w dłoni kubek, sprawdzając, ile jeszcze zostało herbaty. Kubek był pusty. Jak obecnie moja głowa – pomyślał, szukając wzrokiem czajniczka.

Jeśli policzyłoby się laborantów, lekarza sądowego, który robił sekcję, starając się wyciągnąć wnioski z najdrobniejszych szczegółów, i czterech inspektorów policji, których zadaniem było zebrać jak najwięcej informacji na temat ofiar, przy śledztwie pracowało około dziesięciu osób. I żadna z nich nie była w stanie skierować swoich podejrzeń na kogokolwiek. Brolin kazał sprawdzić okoliczne szpitale psychiatryczne, ale żaden z pacjentów, którzy przebywali tam przez ostatnie dwanaście miesięcy, nie pasował do profilu takiego zabójcy, jakiego szukali. Zresztą sprawdzenie szpitali było w tym wypadku działaniem pozbawionym sensu, a powziętym bardziej po to, żeby uspokoić zwierzchników, niż by zatrzymać winnego.

Ponieważ z ciała pierwszej zamordowanej kobiety pobrano próbkę spermy, dysponowano teraz kodem genetycznym zabójcy. Jednak porównanie tego kodu z listą „odcisków genetycznych” dostępnych w policyjnej bazie danych nie dało żadnego rezultatu. Ten człowiek na niej nie figurował.

Brolin znalazł czajniczek na półce założonej dokumentami i wstał, żeby napełnić kubek. Zaczął pić małymi łyczkami.

Podczas pracy w FBI nauczył się sporządzać profil psychologiczny zabójcy, szczegółowo analizując dane zbrodni. Podstawowa trudność pojawiała się wtedy, kiedy zwłoki przebywały długo w wodzie. Nie można było wyciągnąć żadnych wniosków z pozycji, w jakiej znajdowało się ciało, i niemożliwe było zbadanie miejsca, w którym przebywał morderca, a więc gdzie zadeptywał własne ślady, zanim pozbył się ciała. Zwłoki pływające w wodzie znajdowano wiele kilometrów od miejsca, gdzie zostały wrzucone. Woda zmywała właściwie wszystkie ślady spermy, krwi czy włosów zbrodniarza… Przynajmniej było wiadomo, że osobę działającą w taki sposób charakteryzuje pewien poziom przebiegłości. Zbrodniarz wiedział, że policja wykorzysta każdy szczegół, aby go zatrzymać. Był zorganizowany i rozważny.

Brolin podszedł do tablicy zapisanej swoimi notatkami na temat zabójcy. Postanowił zrobić szybkie podsumowanie najważniejszych punktów tej sprawy – sprawy potrójnego morderstwa.

Zaczął na głos wymieniać wszystko, co do tej pory wydedukował:

– Morderca jest białym mężczyzną. Seryjny morderca zabija prawie zawsze osoby tej samej rasy, jaką sam reprezentuje. Gwałt i przemoc świadczą o tym, że jego obsesje seksualne są bardzo rozbudowane i że ma nad nimi stosunkowo dużą kontrolę. Podejmuje spore ryzyko, ale udaje mu się nie zwrócić na siebie uwagi. Poza tym na tyle panuje nad ofiarą i nad sobą samym, że jest zdolny do pełnego stosunku płciowego. Co gorsza, liczne siniaki i obrażenia na obu przedramionach, spowodowane tym, że ofiara się broniła, świadczą o jego niezwykłej zaciekłości. Bardzo możliwe, że podczas gwałtu uciekał się jeszcze do tortur – zgadzałoby się to z typem jego osobowości. Jeśli chodzi o wiek, to mężczyzna ten jest na tyle dojrzały, żeby móc, przynajmniej do pewnego momentu kontrolować swoje odruchy. Lecz szał, w jaki wpada, świadczy o tak silnej wściekłości i nienawiści, że trudno wyobrazić sobie, aby mógł panować nad tymi emocjami przez wiele lat. Tymczasem w bazie danych nie ma śladu kogoś, kto zachowywałby się w podobny sposób…

Brolin, gdy tylko powierzono mu to śledztwo, natychmiast przekazał dane o dwóch poprzednich zbrodniach do programu VICAP1 stworzonego przez FBI. Zadaniem tego programu było gromadzenie wszystkich informacji dotyczących bestialskich zbrodni popełnionych na terytorium USA i zapewnienie policji w całym kraju dostępu do bazy danych ułatwiających ewentualną identyfikację przestępcy. Jeśli na przykład w stanie Illinois grasował dwa lata wcześniej zabójca obcinający ofiarom ręce, to program VICAP natychmiast poinformowałby o tym Brolina, który mógłby prześledzić przemieszczanie się seryjnego mordercy między stanami. Jednak w programie nie było żadnych danych, które dotyczyłyby ewentualnego „obcinacza rąk”.

Brolin podkreślił rozpiętość wieku mordercy na tablicy. Dwadzieścia trzy do dwudziestu ośmiu lat.

– Bliżej dwudziestu trzech do, jak sądzę, dwudziestu pięciu. Miał już czas na wielokrotne przeżycie swoich zbrodni w wyobraźni, ale nie mógłby się powstrzymywać przez zbyt wiele lat. Jest dobrze zbudowany i silny, ponieważ poradził sobie z kobietami względnie wysportowanymi. Jego ofiary pochodzą z grupy o niskim wskaźniku ryzyka – ich osobowość, zawód i otoczenie nie należą do potencjalnie niebezpiecznych, jak byłoby to w wypadku prostytutki. Opierając się wciąż na tym, co wiemy, miejsca, w których zostały porwane, również należały do obszarów o niskim wskaźniku ryzyka. Na przykład jedną z kobiet zaatakowano w dość eleganckiej dzielnicy, w miejscu, gdzie panował duży ruch, a drugą na parkingu wytwornego i pełnego ludzi nocnego klubu. A mimo to nie ma żadnych świadków.

Morderca ryzykuje, bawi się. Musi być bardzo pewny siebie. Jest zorganizowany, bo każde porwanie zaplanował znacznie wcześniej. Działa pod wpływem wielkiego stresu, lecz jest tak zarozumiały, że uważa się za nietykalnego. Z czasem będzie ryzykował coraz bardziej i zacznie popełniać błędy. Ale po ilu ofiarach? To, że atakuje kobiety z grupy niskiego ryzyka w miejscach o niskim wskaźniku ryzyka, również świadczy o jego dojrzałości. Nie działa pod wpływem impulsu: musi czerpać wielką satysfakcję z podniecenia sytuacją i umie zachować zimną krew. Najważniejsze dla niego to zaczepić ofiarę, może nawet poflirtować, uwodzić, cały czas mając na względzie to, co jej potem zrobi. Proces dominacji zaczyna się już w momencie zarzucania sieci.

Inspektor napisał na tablicy specjalnym flamastrem: „plus minus dwadzieścia pięć lat”.

Nad wszystkimi tymi elementami już pracowano i tak jak radził Brolin, poświęcono bardzo dużo czasu na przesłuchanie personelu klubu nocnego oraz jego stałych klientów. Niestety, działania te nie wniosły niczego nowego do sprawy.

W innym pomieszczeniu budynku komendy jakiś facet oburzał się, że go oskarżają, i krzyczał, że jest niewinny. Brolin skończył pić herbatę i wrócił do biurka.

Jestem niemal pewien, że ta kanalia uwielbia uwodzić swoje przyszłe ofiary albo przynajmniej delikatnie znimi poflirtować! Do tego dochodzi to, że nie zabija wokreślonym cyklu – pierwsze dwie zbrodnie dzieli pięć tygodni, ateraz zabił zaledwie po dwóch. Przyspieszył działanie: dwie ostatnie zbrodnie dzieli krótszy okres…

Zwróciwszy na ten szczegół uwagę, Brolin poczuł się dziwnie. Wiedział, że to właściwie nic nie znaczy – seryjni mordercy mogli często zabijać w dość krótkich odstępach czasu, a następnie wejść w fazę zwaną „odpoczynkiem”. Ale byli i tacy, którzy zabijali coraz częściej, działając pod wpływem niezaspokojonej żądzy, której kres mogły położyć wyłącznie areszt lub śmierć. Brolin potrzebował przede wszystkim więcej czasu, żeby móc uporządkować wszystkie informacje i przeanalizować każdą hipotezę. Potrzebował czasu, żeby wykorzystać najdrobniejszy szczegół i złapać tego obłąkańca, zanim stanie się nieodwracalne.

Następna rzecz: morderca zawsze pozbywał się ciała, wrzucając je do wody…

Ten łajdak wie, że jesteśmy na jego tropie; wie to bardzo dobrze inie chce wpaść. Chce kontynuować, jeszcze ijeszcze. To pewne, że znów zaatakuje: to jest silniejsze od niego.

Inspektor potrząsnął głową w bezsilnej złości.

Patrzył właśnie na zdjęcia ostatniej ofiary, kiedy zadzwonił telefon.

– Inspektor Brolin – powiedział do słuchawki.

– Joshua, tu Carl. Mam coś nowego, chodzi o badania anatomopatologiczne.

Carl DiMestro pracował w laboratorium kryminalistycznym, współdziałając z ekipą lekarzy sądowych, i tymczasowo kierował w ich ogromnym budynku sekcją biologiczną.

– Czy zidentyfikowano ofiarę? – zapytał niecierpliwie Brolin.

– Nie, pracujemy nad tym: badamy uzębienie. Ale mam coś dla ciebie. Znalazłem w jej ciele rodzaj okrzemek…

– Rodzaj czego?

– Okrzemek. Mikroskopijnych krzemionkowych alg, które występują we wszystkich wodach, bieżących i stojących, słodkich i słonych. Sam fakt, że ofiara miała wodę w płucach, niewiele nam mówi. Ale pod mikroskopem zauważyliśmy te algi w tkance płucnej, wątrobie i sercu. A to oznacza, że kobieta musiała przed śmiercią odetchnąć pod wodą. Do diagnozy o uduszeniu trzeba dołączyć utopienie. To prawda, że ofiara umarła uduszona przez pijawki, ale morderca przyspieszył proces, zanurzając jej głowę w wodzie. Jedna rzecz jest pewna: to nie była woda z kranu, ale z naturalnego zbiornika, z florą i fauną.

Brolin po wstępnych uwagach DiMestro spodziewał się jakichś rewelacji, jakiegoś dowodu; czegoś, co naprowadziłoby go na jakiś trop. Tymczasem słowa Carla potwierdzały tylko tortury ante mortem, barbarzyński akt charakterystyczny dla „Kata z Portland”. Trochę zawiedziony, nie odezwał się.

– Ale to nie wszystko – ciągnął doktor DiMestro. – Te algi mogą nam dostarczyć innych, bardzo interesujących informacji.

Brolin nadal milczał. Carl DiMestro był zafascynowany mikroskopem i możliwościami, jakie dawał on badaczom. Cieszył go najmniejszy wypatrzony szczegół, bez względu na to, czy dzięki niemu śledztwo posuwało się naprzód, czy też nie.

– Musisz wiedzieć, że te okrzemki mają szczególną budowę, różną w zależności od tego, z jakiego miejsca pochodzą…

– Zaczekaj – przerwał mu Brolin. – Czy to oznacza, że możesz mi powiedzieć, czy woda, w której znaleziono ciało, to ta sama woda, którą ona wprowadziła sobie do płuc, oddychając?