Oszukana - Magda Stachula - ebook + audiobook

19 osób właśnie czyta

Opis

Jestem Lena, mam dwadzieścia trzy lata, interesuję się fotografią, mieszkam w uroczej willi nad jeziorem. W wielkim domu, otoczonym lasem, tylko ja, mój chłopak i nasz pies. Jednym wyda się to romantyczne, innym mroczne, nic z powyższych, dla mnie to po prostu idealna kryjówka. Musiałam uciekać, musiałam się gdzieś schować, nie chciałam umrzeć. Żyję chwilą, stronię od ludzi, codziennie przekonuję siebie, że moje wcześniejsze życie nie istniało. Tak jest prościej. Gdy się w kółko powtarza kłamstwa, w końcu zaczyna się w nie wierzyć. Ale to tylko część prawdy o mnie. Tak jak Ty mam swoje tajemnice i lęki. Najbardziej boję się, że jeśli przeszłość mnie odnajdzie, zginę! To co mi się przydarzyło, równie dobrze mogło spotkać Ciebie. Uważaj na siebie i pamiętaj, niektórzy ludzie kłamią.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 395

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright for Polish Edition © 2019 Edipresse Kolekcje Sp. z o.o. Copyright for text © 2019 Magdalena Stachula-Nieścioruk

Edipresse Kolekcje Sp. z o.o., ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książek: Iga Rembiszewska Senior Project Manager: Natalia Gowin Produkcja: Klaudia Lis Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51), Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73), Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Jolanta Kucharska Korekta: Krystyna Podleska, Jolanta Kucharska, Anna Kielan Projekt okładki i stron tytułowych: Pawel Panczakiewicz/ /PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl Zdjęcia na okładce: andrey_I/Shutterstock

Biuro Obsługi Klienta www.hitsalonik.pl e-mail: [email protected] tel.: 22 584 22 22 (pon.–pt. w godz. 8:00–17:00) facebook.com/edipresseksiazki facebook.com/pg/edipresseksiazki/shop instagram.com/edipresseksiazki

ISBN: 978-83-8164-082-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

TO DLA NAS, DZIEWCZYNY

9 marca 2019

Trójstyk granic na Bugu

Ludzkie zwłoki Bug wyrzucił tuż nad ranem. Załoga helikoptera patrolującego tego dnia wschodni teren granicy Unii Europejskiej i strefy Schengen nie dostrzegła niczego niepokojącego. Maszyna zatoczyła kolejne koło i oddaliła się w stronę najbliższej placówki Nadbużańskiej Straży Granicznej we Włodawie. Gdyby ten człowiek żył, helikopter obniżyłby lot zaalarmowany aparaturą termowizyjną, która poinformowałaby załogę, że do strefy nadgranicznej wtargnął intruz i trzeba natychmiast zastosować odpowiednie procedury. Zanim jednak patrol po raz kolejny pojawi się w tym newralgicznym punkcie na trójstyku granic Polski, Białorusi i Ukrainy, na ciało leżące na brzegu rzeki zapewne natknie się jakiś wędrowiec przemierzający pieszo nadbużański szlak turystyczny albo grupa zatwardziałych kajakarzy, którzy mimo pogody właśnie w tym miejscu postanowią zwodować kajaki, by wyruszyć w niezapomniany spływ rwącą rzeką. Powiadomią policję, a ta ściągnie w to miejsce służby specjalne. Może też się zdarzyć, że jeszcze wcześniej zwłoki padną łupem wilków, które wraz z końcem zimy co roku przekraczają Bug, by szukać pożywienia w Polsce. Drapieżniki tak rozszarpią ciało, że nie tylko identyfikacja będzie utrudniona, ale także sprawa zejdzie na fałszywe tory. Czy to był bestialski mord, przypadkowy atak na ofiarę przez dzikie zwierzęta, czy celowe działanie zorganizowanej grupy przestępczej? Jakkolwiek się stanie, ten dzień przejdzie do historii i zapisze się niechlubną kartą w pamięci okolicznych mieszkańców, wiodących małomiasteczkowe życie na wschodnich rubieżach Polski. W ich oczy zajrzy strach, który sąsiedzką swobodną atmosferę zmieni w pełną podejrzliwości uważność. Zamknie biegające po polach dzieci za ogrodzeniami posesji, których bramy już nigdy nie zostaną otwarte nocą. Zmieni to miejsce na zawsze. Policja, wozy transmisyjne mass mediów, dziennikarze tabloidów i rzesze gapiów. Festyn niewyjaśnionej zbrodni przyciągnie tłumy.

Ale na razie na trójstyku panuje spokojny, rześki marcowy poranek. Stalowe chmury przemieszczające się wolno po niebie odbijają się w tafli wody. Ciało omiata zimny wiatr wiejący ze wschodu, kładący trzciny i niosący woń mułu. W zaroślach poruszają się kaczki, które przylegając blisko siebie, ogrzewają się własnymi ciałami. Nad zmąconą wodą przelatują bociany, które w tym roku nietypowo wcześnie postanowiły zawitać na Polesie. Nic nie wskazuje na to, że ten dziewiczy przyczółek przyrody na krańcach Unii Europejskiej za chwilę skupi na sobie uwagę całej Polski.

Po pierwsze kłamstwo

Lena

9 marca 2019

Gniezno

Nikodem wygląda jak martwy. W zastygłej pozie, z głową na oparciu i nogami wyciągniętymi przed siebie, leży nieruchomo. Sportową marynarkę przerzucił przez kolana, na których ułożył zaciśnięte dłonie jak nieboszczyk w trumnie. Jedynie rytmicznie unosząca się i opadająca klatka piersiowa dowodzi, że właśnie odpoczywa. Popołudniowe słońce oświetla jego twarz. Kołnierzyk zielonej polówki nosi krwistoczerwony ślad mojej szminki. Zapiorę koszulkę od razu po powrocie do domu. Mam wątpliwości, czy uda się łatwo usunąć plamę, pomadka jest z serii trwałych, odpornych na jedzenie, picie, pocałunki i detergenty. Mydełko galasowe? Mama powtarzała, że to doskonała broń na wszelkie zabrudzenia. Mam nadzieję, że ze szminką też sobie poradzi.

Patrzę na niego i zastanawiam się, czy taki z niego twardziel, czy tylko się zgrywa. Jest wprawdzie słonecznie, ale to jeszcze kalendarzowa zima. Mimo że na niebie nie ma nawet najmniejszej chmurki, od ziemi bije chłód i nieprzyjemna wilgoć. Jego gołe bicepsy wywołują u mnie gęsią skórkę. Zaciskam pasek w talii kaszmirowego swetra.

Musiał wyczuć, że ktoś mu się przygląda, bo nagle otwiera oczy i patrzy wprost na mnie. Chcę uciec wzrokiem zaskoczona jego przebudzeniem, ale nim mi się to uda, on już chwyta moje spojrzenie. Uśmiecha się i robi miejsce obok siebie na huśtawce ogrodowej. Odsuwa się lekko w bok i zaprasza mnie, postukując znacząco ręką w siedzenie obok niego. Odpowiadam uśmiechem i robię wymowny znak, że dołączę do niego, gdy tylko skończę jeść sałatkę. Kiwa głową i wraca do wcześniejszej pozycji.

Za chwilę podejdę do niego, choć tak naprawdę wolałabym zostać tu, gdzie jestem, i z oddali mu się przyglądać. Nie znaczy to, że nie lubię jego bliskości, nie o to chodzi. Nikodem jest przystojny i pociągający, ale ja muszę pamiętać, żeby zachować czujność. A tu, w oddychającym przedwiośniem ogrodzie, jest za dużo ludzi, żeby oddawać się chwili i jednocześnie mieć wszystko pod kontrolą.

Podchodzi do niego Klaudia, pomysłodawczyni dzisiejszej imprezy. Nachyla się i wręcza mu drinka z parasolką. Wysoka szklanka jest oszroniona, plasterki limonki i listki mięty nadają trunkowi zielony kolor. Chyba wszyscy tu obecni są już znudzeni zimą i w tym pierwszym ciepłym weekendzie marca za wszelką cenę poszukują niemal letnich klimatów. Zajmuje miejsce, obok Nikodema, które było zarezerwowane dla mnie. Symbolicznie stukają się szklaneczkami i niemal w tej samej chwili upijają pierwszy łyk. Z tej odległości nie słyszę, o czym rozmawiają, ale Niko wybucha nagle donośnym śmiechem. Ma dziś wyjątkowo dobry humor. Oddycham z ulgą. Zamykam oczy i uwalniam zgromadzone w płucach powietrze. Jego wesołe usposobienie jest gwarancją naszego udanego związku. Ktoś o tak pogodnej naturze nie zawraca sobie głowy czyjąś przeszłością. Zdążyłam się już o tym przekonać w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Choć nie ukrywam, że czasem mnie to zastanawia. Jak można być tak stale opanowanym i zrównoważonym? Nigdy jeszcze nie spotkałam człowieka, który potrafiłby trzymać równie mocno swoje emocje na wodzy jak Nikodem. Wiem, że to czepianie się, doszukiwanie się problemu tam, gdzie go nie ma. Powinnam się cieszyć, że trafiłam na takiego mężczyznę, a nie zastanawiać się, czy to normalne, że taki właśnie jest. W mojej sytuacji wydaje się darem niebios, nie powinnam o tym zapominać.

Jesteśmy ze sobą od końca października, ale ja codziennie próbuję siebie przekonać, że znamy się od lat, a moje wcześniejsze życie nie istniało. Tak jest prościej. Gdy się w kółko powtarza kłamstwa, w końcu zaczyna się w nie wierzyć. Każdego ranka, gdy tylko otworzę oczy, mówię sobie, że to wszystko, co tak dobrze znam i o czym nie mogę zapomnieć, spotkało inną dziewczynę, nie mnie.

– Napijesz się? – Zza moich pleców wyłania się Maria.

Wzdrygam się. Ta kobieta porusza się bezszelestnie jak kot. Pojawia się znienacka i za każdym razem przygląda mi się podejrzliwie. Dzisiejszego popołudnia już kilka razy przyłapałam ją na obserwowaniu mnie. Nawet się z tym nie kryła, po prostu bezczelnie się na mnie gapiła.

– Dziękuję. – Biorę od niej szklaneczkę z martini. Gdy upijam pierwszy łyk, wrzucona do środka oliwka dotyka moich warg.

Przez głowę przemyka mi myśl, że może nie powinnam tego robić. Czy wiem, czego mogła dosypać do drinka? Odpędzam od siebie głupie podejrzenia i przesuwam się na ławce, gdy Maria siada obok. Głośno odstawia swoją szklaneczkę, opiera łokcie na stole i patrzy w moją stronę. Wiem, że za chwilę zacznie się przepytywanie, stawianie w niewygodnym położeniu i zaspokajanie ciekawości. Nie muszę jej dobrze znać, by wiedzieć, że to właśnie zamierza zrobić.

– Cudownie wygląda, prawda? – zauważa. Gdyby głową nie wskazywała na oddalającą się w stronę domu Klaudię, byłabym święcie przekonana, że ma na myśli Nikodema, mojego przystojnego faceta.

– O tak, ciąża jej służy – zgadzam się.

– Wciąż nie mogę uwierzyć, że moje dzieci tak powyrastały – rzuca, spoglądając w moją stronę. – Jeszcze niedawno to ja nosiłam je w brzuchu. – W geście triumfu kładzie obie dłonie na wysokości pępka. Przez chwilę przyglądam się jej drobnym palcom przyozdobionym pierścionkami z kolorowymi kamieniami, połyskującymi w słońcu. – Jak się bawisz? – pyta.

Odrywam od niej wzrok i upijam kolejny łyk martini. Kątem oka widzę, że znów mi się przygląda. O czym teraz myśli? Analizuje mój wygląd? Zastanawia się, czy jest sens zadać mi pytania, które od kilku miesięcy świdrują dziury w jej głowie?

– Świetnie – odpowiadam i się prostuję.

Trzeba wyostrzyć zmysły, skupić się na każdym słowie, które ma paść z moich ust. Nie chcę, żebyśmy rozmawiały o mnie. Już kilka razy robiła podejścia, ale do tej pory udawało mi się wykręcić od rozmowy. Czuję, że teraz nie pójdzie mi tak łatwo. Maria jest ciekawa nowej dziewczyny swojego syna, nie powinnam się jej dziwić, ale dzisiaj nie mam ochoty na kłamstwa. To wymaga zbyt dużej kontroli, a jestem już po dwóch drinkach, muszę więc skierować pogawędkę na bardziej bezpieczne tory.

– Klaudia miała świetny pomysł z tym baby shower – mówię, odstawiając szklaneczkę z martini na blat stołu. Lepiej, żebym na razie więcej nie piła.

– Prawda?! Na początku byłam temu przeciwna, amerykańskie zwyczaje. – Spogląda teatralnie w górę. – Ale gdy teraz patrzę, jak cudownie się bawią, cieszę się, że nie odwiodłam jej od tego pomysłu.

Kiwam głową. Jakie to niesprawiedliwe, że niektórym dzieciom urządza się przyjęcia, gdy jeszcze się nie urodziły, a inne nigdy nie zaznają takich przyjemności nawet po przyjściu na świat.

– To był twój pomysł z tym koszem Mojżesza? – pyta nagle.

Słowa zastygają między nami. Nie wiem, czy ma zamiar mnie oskarżyć, czy pogratulować mi. Wciąż mam nieodparte wrażenie, że jego matka mnie nie lubi i tylko czeka na właściwy moment, aby dać temu wyraz. Być może należy do typu kobiet, które nie akceptują żadnej dziewczyny swojego syna. I nie chodzi konkretnie o mnie, bo zachowywałaby się podobnie wobec każdej, którą wybrałby jej syn. Jednocześnie nie wiem, czy szóstym zmysłem, matczynym instynktem nie wyczuwa moich prawdziwych intencji wobec Nikodema. Stąd te jej podejrzliwe spojrzenia, niekończące się pytania i niechęć, którą wyczuwam na każdym kroku.

– Tak. – Kiwam głową. – Pomyślałam, że przyda się jej, gdy będzie chciała wyjść z dzieckiem do ogrodu, a poza tym na wystawie wyglądał tak uroczo, że nie potrafiłam przejść obok niego obojętnie. – Uśmiecham się do niej, a ona odpowiada mi podobnym grymasem ust, choć widzę, że tak naprawdę nie ma ochoty mnie nim obdarować.

– Podoba się jej – mówi, ściszając głos. – Trafiłaś w dziesiątkę.

Wiem, że to głupie, ale cieszę się jak dziecko z pochwały skierowanej pod moim adresem. Gdy będzie mi przychylna, będę mogła bezpiecznie tkwić przy Niko. Zależy mi na tym, żeby jego matka mnie polubiła. Chcę przypodobać się jego siostrze, muszę stać się częścią ich rodziny, przynajmniej do czasu.

– Wszystko byłoby prostsze, gdyby goście wiedzieli, czy będzie chłopiec, czy dziewczynka – kontynuuje. – Ale co zrobić, jeśli przyszli rodzice wolą do końca mieć niespodziankę.

Uśmiecham się, patrząc na pęk srebrnych balonów przywiązanych do balustrady tarasu, na którym zapewne jest tyle samo różowych i niebieskich napisów newborn.

– A pani jak czuje? – pytam, badawczo przyglądając się Marii.

Czytałam kiedyś, że kontakt wzrokowy wzbudza większe zaufanie i wzmaga poczucie szczerości między rozmówcami, a ja właśnie tego potrzebuję, rozmowy przyjaciółek. Niech dostrzeże we mnie kompana, nie wroga. Mruga pośpiesznie kilka razy, ale uśmiecha się do swoich myśli. Ma sześćdziesiąt dwa lata, jednak wygląda o dziesięć lat młodziej. Przypuszczam, że trudno będzie jej przyzwyczaić się do roli babci. Przed oczami staje mi twarz mojej matki. Faliste włosy, uśmiechnięta twarz i niebieskie oczy, które po niej odziedziczyłam. Ona też wygląda młodo jak na swój wiek, ale nie tak dobrze jak Maria. Praca na roli odcisnęła trwałe ślady na jej skórze. To wspomnienie wywołuje wzruszenie, czuję łzy gromadzące się pod powiekami, więc mocno je zaciskam. Przełykam ślinę i odwracam głowę. Nie mogę o tym myśleć, nie powinnam do tego wracać, to przeszłość. Jeśli chcę być szczęśliwa, nie mogę oglądać się za siebie.

– Chłopiec – oznajmia dumnie. – Zważywszy na to, jak pięknie wygląda, to musi być syn.

Zabobony, dziwię się, że ona w nie wierzy.

– Kiedy byłam w ciąży z Nikodemem, wyglądałam wspaniale i tak też się czułam. Z Klaudią pod każdym względem było znacznie gorzej.

Nie mówię jej, że to dlatego, że była o kilka lat starsza, a płeć dziecka nie miała żadnego znaczenia. Niech wierzy, w co chce. Nie mam ochoty z nią dłużej rozmawiać, jestem zmęczona ciągłym graniem nowej wersji siebie. Muszę grzecznie przerwać tę konwersację i dołączyć do Nikodema, zabrać go do naszego bezpiecznego gniazdka i z nikim się nim nie dzielić. Gdybym była z jego siostrą w bliższych relacjach, przekonałabym ją, że baby shower to typowo kobieca bibka, nie ma sensu mieszać w to facetów. Gdybym więc przyszła tu bez niego, wymknęłabym się po pierwszym toaście i teraz wylegiwałabym się w jego ramionach, a nie wyczekiwała szybkiego końca nudnej imprezy rodzinnej. Klaudia trzyma mnie jednak na dystans, a ja nie mam zamiaru zabiegać o jej względy. Poza tym wiem, że najlepiej unikać niepotrzebnych rozmów z jego rodziną i ukrywać jak najdalej od nich moje tajemnice.

Nagle Nikodem wstaje, opuszczona huśtawka buja się w górę i w dół. Zmierza w naszym kierunku. Siada obok mnie i zarzuca mi rękę na ramię. Maria odwraca wzrok w drugą stronę. Krępuje ją nasza bliskość czy nie potrafi mnie zaakceptować, dlatego nie może na nas patrzeć? Chciałabym mu szepnąć na ucho, na co mam teraz ochotę, przekonać go, że w domu czeka na niego o wiele więcej atrakcji niż na przyjęciu z okazji rychłych narodzin jego siostrzeńca lub siostrzenicy. Jednak milczę, bo wiem, że Maria siedzi zbyt blisko i usłyszy każde moje słowo.

– Mamo, czy mógłbym w następny weekend podrzucić wam Biszkopta? – odzywa się Nikodem ponad moją głową.

– Wyjeżdżacie gdzieś? – pyta, odwracając się w naszą stronę. Patrzymy sobie w oczy. Jedno surowe spojrzenie wystarcza, bym była stuprocentowo pewna, że ta kobieta mnie nie lubi.

– Tak – potwierdza Nikodem.

– Tak? – Odwracam głowę w jego stronę.

Nic nie wiem o żadnym wyjeździe. Chce oddać psa na kilka dni do rodziców, a to oznacza, że mogę mieć problemy.

– Tak, kochanie. – Całuje mnie w czoło. – Niespodzianka.

Wiem, że teraz mogę się tylko uśmiechnąć i udawać miłe zaskoczenie. Spoglądam na Marię, w geście zdziwienia unosząc brwi. Jeśli Nikodem ma w planach miły wypad w góry czy nad morze, to jestem zachwycona, jeśli natomiast kupił bilety lotnicze, to w przyszły piątek dostanę biegunki.

– Cudownie – mówię i całuję go w kark, uważając, aby nie zrobić kolejnej plamy na jego kołnierzyku.

– Mamo, Niko! – Głos Klaudii dobiega z tarasu, wszyscy zerkamy w jej stronę. – Chodźcie! Lena, ty też – dodaje. – Robimy na werandzie wspólne zdjęcie.

Przerażenie wbija się we mnie tysiącem szpilek. Nie może mnie być na tym zdjęciu, to zbyt niebezpieczne. Wstajemy, ręka Niko zaciska się na mojej dłoni, nieświadomy niczego prowadzi mnie w stronę domu. Klaudia stoi w objęciach z Robertem, a Maria dołącza do swojego męża, po cichu wymieniając z nim kilka słów.

– Ja je zrobię – mówi Nikodem, sięgając po aparat leżący na balustradzie tarasu.

– Wykluczone. – Przejmuję inicjatywę, odbierając z jego rąk nikona. W duchu dziękuję Klaudii, że nie była na tyle próżna i nie zamówiła profesjonalnego fotografa, by zapisać na stałe cudowne chwile. Wtedy na pewno nie wywinęłabym się od wspólnej fotografii. – Ja się tym zajmę.

Nikodem protestuje, ale jestem nieugięta. Z pomocą przychodzi Maria.

– Chodź do mnie, synku – nakazuje, jakby znów miał sześć lat. – Powinieneś być tu z nami.

Wiem, że w myślach dodaje, przecież to tylko twoja nowa dziewczyna, niebawem będzie inna, nie ma potrzeby uwieczniać Leny na fotografii, która przejdzie do historii rodziny. Uśmiecham się szeroko i proszę Niko, aby odsłonił dziadka Romana, a potem puszczam serię migawek.

Cieszę się, że tak łatwo udało mi się wyjść z opresji. Jestem pewna, że za chwilę to zdjęcie trafi do sieci. Klaudia i jej mąż Robert zechcą podzielić się z resztą świata tym cudownym dniem. Ja nie mogę tam z nimi być, mnie nikt nie może zobaczyć, bo przecież nie istnieję.

Emil

26 października 2018

Kraków

Z klimatyzowanego wnętrza lotniska wychodzę na chłodny wieczór. Jesień przytłacza. Stawiam kołnierz płaszcza i podnoszę rękę, by przywołać taksówkę. Zielona toyota z piskiem opon podjeżdża do krawężnika, ochlapując nogawki moich spodni. Wiem, że kierowca nie zrobił tego celowo, ale czuję, że wskaźnik poziomu irytacji w moim organizmie powoli przekracza normę. Chwytam za rączkę walizki i ciągnąc ją, zmierzam w kierunku auta. Wyprzedza mnie kobieta. Zapach, który zostawia za sobą, świadczy o tym, że przetestowała wszystkie perfumy w strefie bezcłowej. Jej czerwony płaszcz wiruje na wietrze. Nie mogę uwierzyć, że właśnie szarpie za drzwi toyoty.

– Chwileczkę! – krzyczę. – To moja taksówka.

Odwraca się. Zaróżowione od chłodu i wiatru policzki, blond włosy opadające na ramiona, znam tę twarz.

– Słucham? – pyta zaskoczona.

Leciała ze mną tym samym samolotem i już na lotnisku w Wiedniu irytowało mnie jej zachowanie. Wszędzie jej było pełno, biegała z jednego sklepu do drugiego, przechodząc obok mnie, przewróciła moją walizkę pokładową. Wprawdzie nie miałem tam niczego, co mogłaby uszkodzić, a ona przeprosiła, ale jej chaotyczny sposób bycia doprowadzał mnie do szału. Ucieszyłem się, kiedy zajęła miejsce na końcu samolotu, a teraz, proszę, ładuje się do mojej taksówki.

– Będzie musiała pani poczekać na kolejną, bo ta jest moja – mówię, podchodząc do kobiety na odległość kilku kroków.

Wiem, że to okrutne, jest zimno i nawet kilka minut spędzonych na wietrze nie należy do przyjemnych. Gdyby była seksowna lub choć w jakiś sposób interesująca, zaproponowałbym jej wspólną jazdę, ale taka nie jest. Czerwony płaszcz, mający przyciągać uwagę kolorem, w rzeczywistości podkreśla wszystkie jej mankamenty. Grube uda, szerokie ramiona, zdecydowanie powinna nosić inny krój, a poza tym ten egzemplarz jest zniszczony. Stojąc blisko niej, widzę, że jego zmechacenie weszło w fazę krytyczną. Tysiące drobnych kulek oblepia materiał, blondynka wygląda, jakby obsiadło ją robactwo.

– Przepraszam, że co? – pyta, wydymając wargi.

I do tego zbyt pewna siebie. Nie lubię takich kobiet.

– Ja pierwszy wezwałem tę taksówkę – odpowiadam.

Kierowca wysiada z auta i otwiera bagażnik.

– Doprawdy? – Przekrzywia głowę. – To może pojedziemy razem? – proponuje, uśmiechając się. Jak na taką brzydulę ma niewiarygodnie piękne zęby, bez wątpienia w szkole nosiła aparat.

Już mam jej powiedzieć bez owijania w bawełnę, że nie mam ochoty na wspólną jazdę, ale jej nieatrakcyjna figura wzbudza we mnie litość. Może dostawać tysiące koszy od facetów przy barze, gdy próbuje zaciągnąć ich do łóżka, ale ja nie muszę dorzucać swojego, jeśli chodzi o zwykłą podwózkę z lotniska.

– Raczej to niemożliwe. Pani pewnie jedzie do centrum miasta, a ja za Kraków – kłamię.

– Hasło Zofia? – pyta kierowca, podchodząc do nas.

– Tak – odpowiada dziewczyna, wręczając taksówkarzowi walizkę.

To jakieś kpiny?

– A jednak moja. – Posyła mi triumfalny uśmiech i gramoli się na tylną kanapę auta. – Moglibyśmy jechać razem, ale skoro pan w przeciwnym kierunku… – Rozkłada ręce i trzaska drzwiami, zostawiając mnie na drżącym z wilgoci powietrzu.

Kierowca z hukiem zamyka bagażnik, wraca na swoje miejsce i odjeżdża z podobnym impetem, z jakim się tu zjawił. Klnę pod nosem.

Musiała ją wezwać, czekając na bagaże, a ja głupi sądziłem, że w piątkowy wieczór wystarczy machnąć ręką, żeby taksówka podjechała prosto pod nogi. W Krakowie to wciąż towar deficytowy, powinienem w końcu zainstalować w telefonie Ubera. Rozglądam się dookoła, w zasięgu wzroku nie widzę wolnych aut, tylko tabuny pasażerów, którzy wylewają się z hali przylotów. Wyjmuję z kieszeni komórkę i dzwonię do jednej z kilku korporacji, których numery telefonów mam wpisane w kontaktach. Dopiero za trzecim razem udaje mi się uzyskać połączenie. Kobieta po drugiej stronie linii powiadamia mnie, że za dwadzieścia minut srebrna skoda zjawi się u mych stóp.

– Hasło? – pyta.

Już mam jej odpowiedzieć kąśliwie „masło”, ale gryzę się w język, potrzebuję taksówki, podaję więc imię i chowam się do hali przylotów na kilka najbliższych minut. Deszcz przybiera na sile.

Kiedy taksówka zatrzymuje się przed bramą osiedla, zerkam w okna mieszkania. Ciemno. Dochodzi dwudziesta pierwsza, za późno, żeby jeszcze nie było jej w domu, i za wcześnie, żeby już spała. Może bierze prysznic. Uwielbia długie, relaksujące kąpiele, słucha wtedy muzyki albo czyta książkę. Płacę i wysiadam na dżdżysty ziąb. Wpisuję kod do bramy i wchodzę na teren osiedla. Nigdy nie byłem zadowolony z mieszkania tuż przy wjeździe, to ciągłe zamykanie się i otwieranie bramy, klaksony śmieciarek nad ranem, ale teraz cieszę się, że zaledwie kilka kroków dzieli mnie od ciepłego, suchego wnętrza klatki schodowej. Czas dłuży się niemiłosiernie, gdy czekam na windę. Zjeżdża właśnie z piątego piętra, by później wwieźć mnie tam z powrotem. Jestem okropnie zmęczony, a po raz kolejny przychodzi mi bezsensownie tracić czas. Nerwowo kilkakrotnie stukam w przycisk windy, jakby ta czynność mogła przyśpieszyć pojawienie się jej na dole. A może to Lena ściągnęła ją na górę? Właśnie przed chwilą nią jechała? To tłumaczyłoby ciemność w mieszkaniu.

W windzie czuć mocny zapach męskich perfum, to nie mogła być ona, chyba że w towarzystwie jakiegoś faceta… Gdzieś w środku budzi się lekki niepokój, ale przeganiam go, bo wiem, że ona nigdy nie przyprowadziłaby nikogo do mieszkania. Zdążyłem się już o tym przekonać, to po prostu nie w jej stylu. Nie używam dzwonka do drzwi, właściwie nigdy tego nie robię. Wkładam klucz do zamka i wchodzę do środka. Pusto.

– Lena?

Odpowiada mi cisza. Właściwie nie wiem, dlaczego czuję się zawiedziony. Mogła przecież gdzieś wyjść, wieczorna wizyta u klientki, impreza na mieście z koleżankami albo randka. Właśnie to ostatnie wkurza mnie najbardziej. Wizja jej w objęciach innego faceta, pchającego łapy pod jej bluzkę, wsadzającego język do jej gardła. Piekielnie jestem o nią zazdrosny. Mimo że to bezzasadne, nic nie poradzę, że tak właśnie się czuję.

Zapalam boczne światło i przejeżdżam walizką w stronę mojej sypialni. Kółka z hałasem przesuwają się po płytkach. Nie chcąc jej obudzić, jeśli jednak śpi u siebie, zostawiam bagaż na środku przedpokoju i wchodzę do kuchni. Blask osiedlowych latarni oświetla kuchenny blat. W pękatej misce leży kilka jabłek i poczerniały banan. Moje serce przyśpiesza. Nie było jej tu od kilku dni, w przeciwnym razie banan nie byłby w tak opłakanym stanie. Albo zjadłaby go, gdy był jeszcze świeży, albo wyrzuciła, dostrzegając nadpsutą skórkę. Podobnie jak ja przykłada dużą wagę do takich detali.

Zapalam światło i rozglądam się wokół. Żadnych nieumytych naczyń, niedopitych soków. Ale czy właśnie nie umawialiśmy się na dbanie o porządek i sprzątanie po sobie? Nic dziwnego, że wszystko błyszczy. Czuję jednak, że coś jest nie tak. Jestem niemal pewien, że nie spała w domu od kilku dni. Już nie staram się zachowywać cicho, chciałbym ją obudzić, chciałbym, żeby tu była. O niczym tak nie marzę, jak o widoku jej zaspanej twarzy w progu kuchni. Otwieram szafkę, trzaskam drzwiami, wyjmuję z niej szklankę i z impetem odstawiam na blat. Oglądam się w stronę jej sypialni, ciemno. A może coś jej się stało? Zemdlała? Umarła? Bzikuję.

Wiem, że nie powinienem tego robić, ale pewnym krokiem przemierzam mieszkanie i staję przed drzwiami jej pokoju. Nasłuchuję, a potem otwieram drzwi i wchodzę do środka.

– Lena? – rzucam w przestrzeń.

Cisza. Zapalam światło. Łóżko jest starannie zaścielone, jej w nim nie ma. Wiedziałem. Otwieram drzwi do łazienki, podświadomie wiedząc, że tam też jej nie znajdę. Światło jest zgaszone, dlaczego miałaby siedzieć po ciemku? Tak jak przypuszczałem, w środku jest pusto. Jestem rozczarowany. Wściekam się, że nie ma jej w domu i nie czeka na mnie tak, jak to sobie wymyśliłem.

Siedząc w dusznym samolocie, wyobrażałem sobie moment powrotu do mieszkania. Ona jak co wieczór krząta się po kuchni. Obserwuję, jak kroi pomidory, zakłada za ucho opadające na twarz włosy. Jej piersi poruszają się w rytm wykonywanych przez nią czynności, które pochłaniają ją bez reszty. A ja podziwiam jej cudowną figurę, piękną twarz, zmysłowość, która działa na mnie jak narkotyk. Ona z uśmiechem zwraca się do mnie, proponując, żebym spróbował jej sałatki. Zgadzam się i w rewanżu zapraszam ją na lampkę wina, które wyjmuję z walizki. Starannie na tę okazję wybrałem je w jednym ze sklepów bezcłowych. Jemy wspólnie kolację, rozmawiając o tym, co robiliśmy przez kilka ostatnich dni. Ja opowiadam jej o konferencji, ona mi o zdjęciach, które pstrykała podczas porannych spacerów wzdłuż Wisły. Żartujemy, jest miło, zerkamy na siebie wymownie, a potem lądujemy u mnie albo u niej w łóżku.

W głowie stale wyświetlam podobne projekcje z jej udziałem. Różne scenerie, skrajne sytuacje – ona wciąż w roli głównej. Uprawiamy seks na plaży albo w windzie, w jakimś miejscu publicznym, tam, gdzie ktoś może nas zobaczyć. Innym razem zamknięci gdzieś z dala od świata, ona skrępowana, zakneblowana i przywiązana do wezgłowia łóżka, ja dominuję. A czasem po prostu kolacja we dwoje, jak ta niedoszła dzisiejszego wieczoru. Takie miałem plany, niestety ona miała inne.

W łazience pochylam się nad umywalką i przemywam twarz zimną wodą. Słyszę, jak głośno burczy mi w brzuchu. Ostatnim posiłkiem było śniadanie w hotelu, na lunch się spóźniłem, bo zagadałem się z młodym lekarzem z Sofii na temat leczenia schorzeń rogówki z wykorzystaniem rąbkowych komórek macierzystych. W jednym z fast foodów w drodze na lotnisko kupiłem kanapkę. Chyba była z poprzedniego dnia, bo sałata ślizgała mi się po zębach niczym ślimak winniczek po liściu kapusty, a wędlina była podejrzanie zielonkawa, wyrzuciłem więc kanapkę do śmietnika. Otwieram lodówkę i nie znajduję w niej niczego oprócz napoczętej butelki mleka, jogurtu typu greckiego, opróżnionego do połowy słoika z oliwkami i dwóch ogórków. Ten widok jest dziwnie niepokojący. Kolejny dowód, że już nie pierwszy wieczór mieszkanie stoi puste. Lena nie ma skłonności do robienia wielkich zapasów, ale też nigdy wcześniej lodówka nie wyglądała tak żałośnie. A może straciła rachubę czasu w markecie? Może właśnie wejdzie za chwilę objuczona siatami pełnymi smakołyków?

Jak na zamówienie winda rusza z mojego piętra przywołana przez kogoś na dole. Lenę? Zastygam, nasłuchując odgłosów z zewnątrz. Cisza i znów dźwięk windy, niestety nie dojeżdża do piątego piętra. Gdzieś w dali rozlega się płacz dziecka. To zapewne sąsiedzi spod dwudziestki, mają niemowlę. Latem często widywałem tę kobietę, była w zaawansowanej ciąży. Skoro kilkumiesięczne dziecko o tej porze wraca do domu, to co dopiero dorosła kobieta. Muszę się uspokoić. Dlaczego miałoby się coś jej stać? Dlaczego zawsze zakładam najgorsze? Gdzieś wyszła i za chwilę wróci. Moja obsesja na jej punkcie przeraża mnie. Ściągam z lodówki jedną z ulotek i zamawiam makaron z krewetkami z tajskiej restauracji Hurry Curry.

Lena

10 marca 2019

Jezioro Powidzkie

Drewniane żaluzje przepuszczają słońce, które niczym paski zebry odbijają się na naszej pościeli. Ręka Nikodema leży na moim nagim brzuchu, ciepło jego ciała przypomina mi o wszystkim, co dobre i złe w moim życiu. Wyślizguję się z jego ramion i idę do toalety.

Na wczorajszej imprezie już więcej nie piłam, ale po powrocie do domu Nikodem otworzył wino i pozwoliłam sobie na dwa czy nawet trzy kieliszki. Hiszpańska cava, musująca, półsłodka, szybko przenosząca mnie w krainę zapomnienia. Od kilku miesięcy stała się moim przyjacielem, używką, z którą łatwiej zrobić kolejny krok do przodu, nie oglądając się za siebie.

Miło nam się rozmawiało, siedzieliśmy wtuleni w siebie przed kominkiem, w którym przyjemnie trzaskały iskry. Nie potrafiłam jednak się zrelaksować, bo wciąż nie dawał mi spokoju ten planowany wyjazd. Wodziłam opuszką palca po obrzeżach kieliszka, zastanawiając się, jak zahaczyć o temat, przy okazji nic nie zdradzając.

– A ten wyjazd? – zaczęłam. – Nie możemy zabrać ze sobą Biszkopta? – Uniosłam głowę i spojrzałam Nikodemowi w oczy. – Nie chciałabym go zostawiać u twoich rodziców.

Zabrzmiało to fatalnie. Dopiero gdy na głos wypowiedziałam te słowa, zdałam sobie sprawę, że może odebrać je w sposób, jaki nie powinien. Zdecydowanie nie powinien podejrzewać, że nie przepadam za jego matką.

– Uważam, że dla niego to będzie ogromny stres – tłumaczyłam, starając się uratować sytuację. – Tak naprawdę nie zna życia bez nas.

Uśmiechnął się i pogładził mnie po plechach.

– Mówisz o nim, jakby to było dziecko, a nie pies, a poza tym może właśnie przyszła pora, żeby poznał inne życie. Na pewno zechcemy gdzieś polecieć na wakacje i co wtedy? A tak zostanie u nich najpierw na kilka dni, a potem tygodni. Niech się przyzwyczaja.

Chyba uważał rozmowę za skończoną, bo sięgnął po butelkę i napełnił nasze puste kieliszki.

– A dokąd jedziemy?

– Tego ci nie zdradzę. – Popatrzył na mnie, wręczając kieliszek. – Niespodzianka, kochanie. Taka, której nie zapomnisz do końca życia.

Nie wygadał się, choć próbowałam podchodzić go jeszcze parę razy. Nawet po seksie, gdy leżeliśmy wtuleni w siebie, nie puścił pary z ust, choć kilkakrotnie nawiązywałam do wyjazdu.

Trochę jeszcze kręci mi się w głowie. Spuszczam wodę w sedesie i wracam do niego pod kołdrę. Biorę do ręki aparat leżący na nocnej szafce. Jego twarz poprzecinana paskami cieni i światła wygląda zmysłowo. Kilka włosów srebrzy się na skroni, zauważam też gdzieniegdzie siwe kępki zarostu. Pstrykam kilka zdjęć. Potem przeglądam je i usuwam te najmniej udane. Kolejna seria powtórzeń, tym razem skupiam się na detalach jego ciała, robię powiększenie ust, zamkniętych oczu. Gdyby moje życie potoczyło się inaczej, pewnie do tej pory znałabym więcej technik fotografowania i moje zdjęcia byłyby o wiele lepsze. Wzdycham głęboko i opadam na poduszkę.

Zza drzwi dobiega mnie drapanie. Biszkopt domaga się wyjścia na spacer. Jeszcze się nie przyzwyczaiłam do dzielenia życia ze szczeniakiem. Od dziecka marzyłam, żeby mieć psa, ale w moim rodzinnym domu mieszkały nieodmiennie tylko koty. Idealni kompani do utrzymania domu i pomieszczeń gospodarczych z dala od myszy, które na wsi są plagą. Nigdy nie było mowy o psie. Żadne tam podpuszczanie ojca, że przegoni złodzieja w nocy, nie sprawdzało się, bo kto na prowincji, gdzie wszyscy się znają od pokoleń, chciałby napaść na stary dom stojący tuż przy drodze.

Biszkopta – beżowego, radosnego labradora – pokochałam od pierwszego spotkania, gdy kilka tygodni temu Nikodem wrócił z nim do domu. Dzięki niemu nie czuję się przez całe dnie samotna. Łączy nas niezwykła więź, a poza tym mieszka tu krócej niż ja i dla niego też wszystko wokół jest nowe i ciekawe. Razem poznajemy okolicę. Codziennie urządzamy sobie długie spacery, choć jeszcze nigdy nie udało nam się przejść dookoła jeziora. Może latem, gdy będzie cieplej, podejmiemy to wyzwanie, o ile wtedy jeszcze tu będę. Uwielbiam patrzeć, jak hasa swobodnie między wysokimi trawami, biega za rzucanym mu patykiem i z radością w oczach przynosi mi zdobycz. To mój ulubiony czas w ciągu dnia, moment, kiedy jestem sobą.

Dom Nikodema stoi nad Jeziorem Powidzkim, jakieś trzydzieści kilometrów od Gniezna, w którym mieszka cała jego rodzina. Posesja znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie plaży i lasu na niewielkim osiedlu domków letniskowych, wśród których ten największy i najpiękniejszy należy do mojego faceta. Przestronny, murowany, nowoczesny, z przeszklonym salonem z widokiem na jezioro, kominek, ogrzewanie podłogowe w łazience. Wokół wielki ogród.

– Właściwie to dom letniskowy. Wcześniej wpadałem tu tylko w wakacje, ale od pewnego czasu mieszkam tu na stałe – powiedział, kiedy pierwszy raz mnie tu przywiózł.

Kiwałam z uznaniem głową, podziwiając przepiękny dom, i zastanawiałam się, jak to możliwe, że nasze wyobrażenia o domku letniskowym są tak odmienne. Ja kojarzyłam je z ciasnym wnętrzem, przypominającym większą psią budę, w której temperatura w czasie upałów dochodzi do czterdziestu stopni. Przynajmniej w takich domkach bywałam w dzieciństwie, gdy wraz z rodzicami jeździliśmy na kilka dni nad Jezioro Białe.

– Choć teraz od kilku tygodni znów mieszkam w Poznaniu, bo mam tam pilne zlecenia – dodał, pokazując mi sypialnię i swój gabinet. – Nad jezioro przeprowadziłem się kilka lat temu, kiedy moja firma zaczęła budować osiedle domków jednorodzinnych z drugiej strony lasu. – Wskazał ręką w kierunku jeziora.

Dziś wiem, że praca to niejedyny powód przeprowadzki nad jezioro. Główną przyczyną były naciski ze strony Marii, która usilnie nalegała, aby jej syn zamieszkał bliżej. Stale jest jej do czegoś potrzebny, na każde zawołanie i z byle powodu zawraca mu głowę. Mam nadzieję, że gdy Klaudia urodzi jej wnuka lub wnuczkę, swoje zainteresowanie przeniesie z Nikodema i mnie na tę małą istotkę. Nie mogę się doczekać tego momentu.

Drapanie do drzwi przybiera na sile. Wstaję i na palcach przemierzam pokój. Gdy otwieram drzwi, Biszkopt na mój widok macha radośnie ogonem, robi kilka kółek i pędzi na dół. Sięgam po leżący na fotelu szlafrok, okręcam się nim i schodzę po schodach. Przez wielkie okno na półpiętrze widać drogę, którą właśnie przejeżdża jakiś motocyklista. Zbiegam boso po schodach. Salon tonie w słońcu, które wślizguje się do wnętrza przez wielkie przeszklone drzwi. Jezioro obiecująco mieni się odcieniami błękitu; gdyby nie bezlistne drzewa za oknem, można by uwierzyć, że to pełnia sezonu. Cieszę się, że Niko mieszka w bliskim sąsiedztwie wody, każdego dnia przypomina mi to rodzinne strony. Jezioro jest częścią mojej tożsamości.

Biszkopt drapie drzwi wejściowe, podbiegam do niego.

– Już, już – uspokajam go, chwytając za klamkę.

Jest jeszcze młody, zdarza mu się czasami załatwić potrzeby fizjologiczne w domu. Pcham drzwi i wypuszczam go na zewnątrz.

Promienie słońca oświetlają moje nogi. Wkładam crocsy i wychodzę przed dom. Siadam na szerokich schodach prowadzących z tarasu do ogrodu i patrzę, jak Biszkopt po załatwieniu porannych potrzeb zaczyna tarzać się w trawie. Mimowolnie uśmiecham się. Zazdroszczę mu tej beztroski, uczucia, które bezpowrotnie utraciłam. Mimo że słońce przyjemnie ogrzewa mnie ciepłem, poranek jest chłodny. Pocieram zmarznięte dłonie i wstaję. Podnoszę z ziemi patyk i rzucam Biszkoptowi. Psiak chwyta go w zęby i radośnie mi go przynosi. Powtarzamy to kilka razy, oboje czerpiąc z tej zabawy przyjemność. Poza tym robi mi się znacznie cieplej. Znów chwytam za kij i rzucam najdalej, jak potrafię.

– Biszkopt, aport! – wołam.

Kij uderza w płot i spada na ziemię. Pies pędem rusza w tamtą stronę, a ja nagle słyszę głośnie pęknięcie suchych gałęzi za moimi plecami. Gwałtownie odwracam głowę w stronę lasu, ale nikogo nie widzę. Biszkopt podbiega do mnie z patykiem w pysku i zastyga. Oboje patrzymy w stronę, z której dobiegł hałas, ale nie udaje mi się niczego dostrzec w ścianie lasu gęsto zasnutej drzewami. Nagle Biszkopt zaczyna głośno szczekać i rzuca się w stronę ogrodzenia. Kij wypada mu z pyska, uderzając mnie w stopę.

– Cicho! – uspokajam go, masując obolałe miejsce.

Sarna? Nigdy nie widziałam ich przy ogrodzeniu. Czasami, gdy spacerowaliśmy po lesie, w oddali mignęły mi ich podskakujące białe zadki, ale teraz niczego takiego nie dostrzegam. Drzewa lekko kołyszą się na wietrze, wydając charakterystyczny dźwięk, ale nie taki jak ten, który przed chwilą słyszałam. Gdyby to było dzikie zwierzę, nie zastanawiałoby się, czy wydało jakiś odgłos i zainteresowało tym czyjąś uwagę, tylko kontynuowałoby swoje leśne harce i na pewno zobaczyłabym, jaka zwierzyna była na tyle odważna, by podejść pod ogrodzenie. To na pewno nie mieszkaniec lasu. Czy ktoś schował się w zaroślach? Ktoś mnie obserwuje? Ta myśl atakuje mnie, sprawiając, że zaczyna mi szumieć w głowie. Fala gorąca uderza z taką mocą, że mam ochotę zrzucić z siebie szlafrok, choć chwilę temu drżałam z zimna. Spoglądam na Biszkopta, który najeżony nie przestaje szczekać.

– Biszkopt, chodź! – krzyczę. – Chodź ze mną!

Jednak pies mnie nie słucha, przednie łapy oparł na płocie i nieprzerwanie ujada. A jeśli to on mnie tu odnalazł? Serce przyspiesza, przeszłość boleśnie odbija się od mojej posiniaczonej duszy. To niemożliwe. Jak by miał mnie tu znaleźć? Jestem w lesie, z dala od ludzi, na drugim końcu Polski. Tylko czy na pewno moja kryjówka jest idealna? Nie oglądając się już w stronę lasu, pędem puszczam się przed siebie, lądując prosto w ramionach Nikodema, który nagle staje w otwartych drzwiach domu.

– Co tu się dzieje? – pyta zaspanym głosem. – Biszkopt oszalał?!

Tulę się do niego.

– Lena, co jest? – Odciąga mnie od siebie i patrzy mi w oczy.

– Nie wiem – mówię. – Chyba jakieś dzikie zwierzę za płotem. Biszkopt jest wściekły, jeszcze nigdy go takiego nie widziałam.

Ujadanie psa jest tak głośne, że mam wrażenie, że Nikodem nie usłyszał żadnego mojego słowa.

– Biszkopt, spokój! – krzyczy. Jednak pies nie zważa na rozkazy pana i szczeka na kogoś lub coś w krzakach po drugiej stronie ogrodzenia. – Pójdę po niego – oznajmia Nikodem.

– Nie – protestuję i ściskam jego rękę. – Nie zostawiaj mnie samej – proszę.

Nikodem zerka na mnie badawczo i przyciąga mnie do siebie.

– Ej, to pewnie lis. Nie wejdzie tu, a gdyby nawet, Biszkopt podgryzie mu gardło.

Patrzę na niego przerażona i jeszcze mocniej obejmuję go w pasie, choć wizja, którą właśnie roztoczył przede mną, napawa mnie odrazą. Niko w samych bokserkach stoi boso na zimnych płytkach, wiatr telepie moim szlafrokiem, a ja w środku płonę.

– Zostawmy go tam – decyduje, wskazując głową w stronę lasu. – Naprawdę nie sądziłem, że boisz się lisów – mówi, kładąc rękę na moim karku i zamykając za nami drzwi domu.

Czy naprawdę uważa, że tak bym się zachowywała, gdybym przypuszczała, że za płotem czai się jakieś leśne zwierzę? Drżałabym, sądząc, że obserwuje mnie dzik lub sarna? Nikodem w ogóle mnie nie zna, nic o mnie nie wie. Wierzy w mój wizerunek, który stworzyłam dla niego w najdrobniejszych szczegółach. Ale to dobry znak, świetnie wykonałam zadanie, powinnam dostać szóstkę z aktorstwa. W tym momencie jednak nie przynosi mi to satysfakcji. Niepokój, który dopadł mnie kilka minut temu, potęguje się z każdą minutą.

– Usiądź. – Odsuwa krzesło barowe przy kuchennej wyspie. – Niech sobie szczeka, za chwilę sam się uspokoi. Zaparzę kawę.

Siadam na hokerze i patrzę, jak Nikodem wkłada kapsułkę do ekspresu. Odwracam od niego głowę i spoglądam przez okno. Zacietrzewiony pies nie przestaje demonstrować swojej wrogości. W gęstych krzakach za płotem nikogo nie dostrzegam.

– Proszę. – Stawia przede mną filiżankę z parującą kawą.

– Dzięki. – Przysuwam ją do siebie.

Nikodem posyła mi czuły uśmiech, a ja wiem, że nie patrzyłby na mnie w ten sposób, gdyby wiedział, kim jestem i co zrobiłam.

Emil

29 października 2018

Kraków

Powoli przekręcam klucz w zamku. Czuję się dziwnie podniecony, oczekując, że ona tam będzie. Serce bije szybko, mam suche usta, przełykam ślinę i popycham drzwi. Na białych płytkach nie ma jej butów – zawsze ustawiała je równo pod ścianą, niewysokie botki za kostkę, w których jej nogi zdają się nie mieć końca.

– Lena, jesteś? – wołam.

Cisza. Zaglądam do kuchni, do jej pokoju, nic się nie zmieniło od czasu, gdy wyszedłem rano do pracy. Nie ma jej. Nie wróciła. Zrezygnowałem z nocnego dyżuru, pędziłem do domu z nadzieją, że dziś już będzie. Rzucam klucze na szafkę.

– Kurwa – klnę pod nosem.

Kiedy w piątek nie wróciła na noc, pomyślałem, że zabalowała i poszła spać do koleżanki. Nie znałem żadnej z nich, nigdy nie przyprowadzała nikogo do domu, ale przecież musiała mieć jakieś przyjaciółki od serca, u których nocuje się po imprezie. W sobotę po południu zadzwoniłem do niej na komórkę. Telefon był wyłączony. Do końca dnia nie wychodziłem z domu, łudząc się, że w każdej chwili może wrócić, ale nie pojawiła się przez cały weekend. Nie miałem możliwości sprawdzić, gdzie się podziewa, i na dobrą sprawę w ogóle nie powinienem interesować się jej losem. Bo kim dla niej jestem? Współlokatorem, kolegą zza ściany. Choć bardzo chciałbym, żeby to było coś więcej.

Poznaliśmy się pod koniec czerwca. Doskonale pamiętam słoneczny poranek, gdy nieznajoma dziewczyna, o podniecająco niskim głosie zadzwoniła na mój telefon.

– Dzień dobry! Ja w sprawie ogłoszenia. Czy nadal aktualne?

Ogłoszenia? Byłem po nocnym dyżurze, z trudem dochodziłem do rzeczywistości brutalnie wyrwany ze snu. Powtórzyłem w myślach jej słowa. Ogłoszenia! Tak. Kilkanaście dni wcześniej umieściłem w internecie informację o wolnym pokoju w mieszkaniu, które zajmuję od początku studiów. Trzy pokoje i kuchnia na strzeżonym osiedlu, niedaleko przystanku tramwajowego. I choć od kiedy zacząłem pracę jako lekarz rezydent na wydziale okulistyki, kilka razy myślałem o kupnie czegoś na własność, ale dogodna lokalizacja i brak czasu na poszukiwanie nowego lokum sprawiły, że stale odkładałem tę decyzję. Poza tym prawie w nim nie mieszkałem. Nocne dyżury, wyjazdy, konferencję – czy miało sens szukanie nowego mieszkania, które i tak traktowałbym jak hotel? Zajmuję największy pokój. Drugi obok kuchni wynajmowała para, która wyprowadziła się z końcem roku akademickiego, i właśnie w sprawie tego pokoju zadzwoniła wtedy Lena.

– Tak – potwierdziłem, zerkając na zegarek. Dochodziła dziesiąta.

– Czy cena taka jak w ogłoszeniu? – dopytywała.

– Oczywiście – przytaknąłem.

Opowiedziałem jej krótko o lokalizacji i o tym, że właściciel mieszkania od lat przebywa za granicą i zostawił mi wolną rękę w sprawie doboru współlokatorów, jako że mieszkam najdłużej.

– Najmniejszy pokój zajmuje Olga, studentka z Ukrainy – dodałem. – Jak chcesz, możesz do nas wpaść i zobaczysz, czy ci się podoba nasza chata.

Umówiłem się z nią jeszcze tego samego dnia. Nie była wymagająca, obejrzała pokój i została. Zdystansowana, na swój sposób tajemnicza, bardzo atrakcyjna dziewczyna. Owładnęła moimi żądzami od pierwszego dnia, od momentu, gdy przekroczyła próg mieszkania. Już wtedy pomyślałem, że chciałbym, żeby była moja. Oszałamiająco piękna, jedna z tych, które wyróżniają się w tłumie, przykuwają uwagę, sprawiają, że po prostu chcesz ją mieć. Nie spałem z kobietą od kilku miesięcy, tamtej nocy, gdy zasnęła niecały metr ode mnie, na łóżku, które od mojego dzieliła cienka ścianka działowa, nie potrafiłem przestać o niej myśleć.

Pod koniec września Olga wyprowadziła się do swojego chłopaka, który w końcu na stałe przeprowadził się do Krakowa. Od początku października zostaliśmy sami w mieszkaniu. Myślałem, aby dać znów ogłoszenie i wynająć komuś wolny pokój po Ukraince, ale świadomość dzielenia mieszkania tylko z Leną była podniecająca. Liczyłem, że to zbliży nas do siebie, i pewnego dnia zostaniemy parą. Mój wcześniejszy związek rozpadł się przed ponad rokiem. Byłem pochłonięty pracą, brak stałej partnerki rozwiązywałem przypadkowymi znajomościami na jedną noc, ale w zasadzie dlaczego nie miałbym spróbować czegoś na poważnie z Leną? Poza tym odnosiłem wrażenie, że też nie jestem jej obojętny. Była skryta, niewiele o sobie mówiła, ale w ostatnich tygodniach zdarzyło się nam kilka wieczorów, które przegadaliśmy do rana. Nie mogłem się mylić, była mną zainteresowana. A teraz nagle zniknęła? Coś się nie zgadzało. Coś było nie tak. Ponownie wchodzę do jej pokoju i rozglądam się wokół. Łóżko starannie zasłane, nienaruszone od momentu, gdy ujrzałem je w piątkowy wieczór. Na parapecie kartonowe pudełko, ale nie zaglądam do środka. Nie decyduję się też otworzyć szafy i szuflad w biurku, to już byłoby totalnie bezczelne z mojej strony. Zamykam za sobą drzwi i wracam do kuchni.

Kiedy przez całą sobotę nie mogłem się do niej dodzwonić, pomyślałem, że może wyjechała na weekend do rodziców. Nie mogłem sobie przypomnieć, gdzie mieszkają i czy w ogóle mi o tym kiedyś wspominała. Ale gdzieś byli jej rodzice, bo pamiętam, jak w połowie października powiedziała, że żałuje, że w tym roku nie zje tortu, który matka upiecze na urodziny ojca – wspólne świętowanie to była ich tradycja. Nie zapytałem jej, dlaczego tam nie pojedzie, bo nie chciałem, żeby choć na chwilę opuściła nasze mieszkanie. Ale może w czasie mojego pobytu w Wiedniu zmieniła zdanie i jednak postanowiła pojechać do rodzinnego domu i złożyć ojcu spóźnione życzenia? Tak to sobie tłumaczyłem przez cały weekend, ale dziś jest poniedziałek, weekend właśnie się skończył, a jej nie ma…

Otwieram szafkę nad zlewem i wyjmuję szklankę. Napełniam ją do połowy whisky. Przypominam sobie treść artykułu, który niedawno czytałem. Podano w nim profesje, w których pije się najwięcej. Lekarze są tuż za dziennikarzami i artystami wymieniani jako osoby najczęściej nadużywające alkoholu, coś w tym musi być. Opróżniam szklankę do dna i nalewam kolejną porcję.

Czy powinienem zadzwonić na policję? Powiedzieć, że niepokoi mnie nieobecność mojej współlokatorki? Czy potraktują mnie poważnie? Nie jest moją żoną, ba, nie jest nawet moją dziewczyną, jest pełnoletnia, ma prawo robić ze swoim życiem, co jej się podoba, niczego nie uzgadniając ze mną ani nie pytając mnie o pozwolenie. Poza tym nie wyprowadziła się, zostawiła swoje rzeczy, kosmetyki w łazience, zwyczajnie gdzieś wyjechała, nie uprzedziwszy mnie o tym, bo też nie ma takiego obowiązku.

Stawiam szklankę na stoliku, rozkładam się na sofie, nogi zarzucam na oparcie kanapy. Próbuję się zrelaksować, ale moje myśli wciąż krążą wokół Leny. To nie w jej stylu. Jestem przekonany, że gdyby chciała gdzieś pojechać, spędzić weekend u znajomych czy rodziców, uprzedziłaby mnie. Napisałaby SMS-a, ponieważ tak się robi, gdy się z kimś mieszka pod jednym dachem. Niepisana umowa, ja powiedziałem jej o konferencji w Wiedniu, uprzedziłem, kiedy wyjeżdżam i kiedy wrócę, dlaczego ona miałaby ukrywać swój wyjazd przede mną?

Biorę do ręki spinera i bawię się nim. Szybkie ruchy krążka trochę mnie uspokajają. Lena nie ma konta na Facebooku, Instagramie czy Twitterze. Wiedziałem o tym, oboje jesteśmy przeciwnikami wystawiania swojej prywatności na widok publiczny. A gdybym potrzebował podać policji jej rysopis, pokazać jej zdjęcie? Rzucam na kanapę spinera i chwytam telefon, pośpiesznie zaczynam przeglądać albumy. Nie jestem osobą, która potrzebuje uwieczniać każdą chwilę, ale wśród zdjęć w mojej komórce nie ma żadnego, na którym byłaby ona. Fotografia przypięta do jej kontaktu przedstawia sylwetkę od tyłu. Długie włosy zakrywają zarys jej karku i ramion. To może być każda długowłosa blondynka.

Pamiętam jak pewnego wieczoru zapytałem, czy mogę zrobić jej zdjęcie.

– Zdjęcie? – Popatrzyła na mnie, podnosząc wzrok znad gazety. – Po co?

– Żeby przypiąć je do twojego kontaktu w komórce – wyjaśniłem.

Tak naprawdę chciałem mieć jej zdjęcie. Podobała mi się, po prostu chciałem czasem spojrzeć na nią w ciągu dnia.

– To głupie – skwitowała i wróciła do lektury prasy.

Nie składałem jej już więcej takich propozycji, ale kiedyś, gdy wyglądała przez okno i byłem pewien, że nie wie, że ją obserwuję, zrobiłem właśnie to zdjęcie od tyłu, które potem przypiąłem do jej kontaktu.

Spoglądam na zegarek, dochodzi siódma. Wybieram jej numer, a po chwili bezosobowy głos kobiety chyba po raz setny w ciągu ostatnich dni informuje mnie, że abonent jest niedostępny i prosi, abym spróbował zadzwonić później. Rzucam telefonem w stertę poduszek. Co, u diabła, stało się z dziewczyną, którą wpuściłem do swojego życia i w której zacząłem się powoli zakochiwać?

Lena

10 marca 2019

Jezioro Powidzkie

Jest niedzielne popołudnie, a mnie dopada przerażenie. Jutro Nikodem wyjedzie na kilka dni. Spotkanie biznesowe z klientem, który planuje wybudowanie nad jeziorem nieopodal Berlina podobnego osiedla domków letniskowych, które Nikodem wzniósł nad Jeziorem Powidzkim. Niemiecki inwestor zaproponował, aby to on został generalnym wykonawcą projektu. Wiem, że Nikodemowi zależy na tym dealu i nie chcę odwodzić go od wyjazdu. Powiedział, że będzie z powrotem w czwartek, a w piątek obiecany wyjazd. W innych okolicznościach cieszyłabym się, że zostaję tylko z Biszkoptem, mnóstwo czasu na doskonalenie robienia zdjęć, już to wielokrotnie przerabiałam.

Nikodem zazwyczaj kilka dni w tygodniu spędza poza domem, i ten układ mi odpowiada. Trudno cały czas udawać miłość, a tak przez kilka nocy jestem szczęśliwie z tego obowiązku zwolniona. Nie to, że Nikodem wzbudza we mnie niechęć. Jest wprawdzie starszy ode mnie o dwadzieścia lat, ale nie w tym problem. Nie jestem z nim z potrzeby serca, szaleńczego uczucia ani dzikiej żądzy, tylko dlatego, że stanowi dla mnie idealną kryjówkę. On nie może się o tym dowiedzieć i robię wszystko, dosłownie wszystko, by mój największy sekret utrzymać przed nim w tajemnicy. Ale teraz wizja pozostania samotnie na tym bezludziu z przekonaniem, że ktoś przed kim uciekam, wrócił i czai się za płotem, przeraża mnie. Od porannego incydentu obserwowałam Biszkopta, gdy w ciągu dnia bawił się w ogrodzie i już nic nie wzbudziło jego podejrzeń, zachowywał się jak dawniej, beztrosko. Czy może to dowodzić, że rzeczywiście pod ogrodzenie podeszła sarna lub lis? Dzikie zwierzę pobiegło w swoją stronę, więc pies jest spokojny i tak naprawdę nikt nie czaił się za płotem? Hipotezy i domysły kołaczą się w mojej głowie od rana i jestem już tym zmęczona. Nie chcę wracać do tamtych chwil. To zamknięty rozdział mojego życia. Zatarłam wszystkie ślady, ulotniłam się, rozmyłam w niebycie, przestałam istnieć, on nie miał prawa mnie tu odnaleźć. Jednak mimo że usilnie się temu sprzeciwiam, wizja, że jednak on tam był, siedział w zaroślach, obserwował dom i doprowadził do pasji Biszkopta, dopada mnie co chwilę i sprawia, że zaczyna brakować mi tchu. Nie mogę powiedzieć Nikodemowi, że boję się sama zostać w domu, że ktoś, przed kim uciekam, dotarł do mnie.

Słyszę, jak Niko krząta się w kuchni. Zna się na gotowaniu i sprawia mu to niezłą frajdę. Pogwizduje wesoło, rozmawiając z Biszkoptem. Siedzę na górze, w naszej sypialni i wyglądam przez okno. Las jest spokojny, skąpany w promieniach zachodzącego słońca. Na środku jeziora od kilku godzin dryfuje łódka. Mam wrażenie, że już wcześniej kilka razy ją widziałam. Z oddali nie widzę dobrze, ale zapewne siedzi w niej jakiś zatwardziały wędkarz. Dziwna pora jak na łowienie ryb. Zawsze wydawało mi się, że najlepiej biorą bladym świtem. Poprawiam poduszkę pod głową i patrzę, jak klucz ptaków zatacza koło nad taflą wody i kieruje się w stronę lasu. Widok łódki dryfującej na środku jeziora przypomina mi Huberta, mojego byłego chłopaka. Początek czerwca, słońce chyliło się już ku zachodowi, ale my wypożyczyliśmy łódkę i wypłynęliśmy na środek Jeziora Białego. Zakochani tak mają, że tracą rachubę czasu. Migdaliliśmy się tam aż do zmierzchu, i gdy przybiliśmy do brzegu, było już zupełnie ciemno. Może tam, w oddali na łódce też cudowne chwile spędza jakaś para? Momentalnie dopada mnie ogromny smutek. Nie powinnam nigdy więcej wspominać Huberta. Nigdy. Już to sobie wielokrotnie obiecywałam. Nie jesteśmy razem i już nigdy nie będziemy. Wstaję z łóżka i zaciągam żaluzje. Nie chcę już patrzeć w przestrzeń, w której czają się demony.

Z dołu dochodzą dźwięki jakiejś wesołej melodii. Nikodem nuci do słów piosenki płynącej z głośników. Potrzebowałam kogoś takiego jak on. Mężczyzny, który da mi schronienie i nie zadaje pytań, któremu w zupełności wystarczy powierzchowność udanych relacji, dobry seks i brak awantur. Oboje godzimy się na ten układ, udając przed sobą idealnych partnerów. Ja nie zauważam jego zdrad, łatwo mi to przychodzi, bo jest mi obojętny. Wiem, że nocując poza domem, sypia z innymi kobietami. Nie mam niezbitych dowodów, ale to się czuje. Czasami tylko się zastanawiam, dlaczego z taką naturą postanowił mnie na stałe zaprosić do swojego życia? Czy nie łatwiej byłoby mu uprawiać seks z przypadkowymi kochankami w wygodnym łóżku na górze niż w motelach przy drodze? Może nie chce zdradzać się przed tamtymi kobietami, gdzie mieszka, obnosić z majątkiem? To mogłoby mu tylko przysporzyć kłopotów. A jednak ze mną postąpił inaczej. Było mu mnie szkoda czy jednak do mnie poczuł coś więcej? Lecz nie na tyle mocno, by zrezygnować ze skoku w bok raz na jakiś czas? W każdym razie ma mnie na własność, stale do usług. Cieszy się, że niczego nie zauważam i że skrywa przede mną swoje słodkie tajemnice. A ja z czułością witam go, gdy staje w progu z walizką w ręku, w którą zawsze przed wyjazdem pakuje prezerwatywy. Z jakiegoś powodu zdecydował się właśnie mnie zaprosić do swojego życia, a nie inną dziewczynę, to mi wystarcza, bo tego właśnie od niego potrzebuję. Przeczekać i zastanowić się, co dalej.

Na początku byłam za bardzo roztrzęsiona, by móc planować. Każdego dnia uczyłam się grać przed nim interesującą dziewczynę i nie zdradzić się w żaden sposób z twarzą, jaką naprawdę mam. Na nic więcej nie starczało mi sił. Zasypiałam wykończona zestawem kłamstw i strachu na myśl o tym, co by się stało, gdyby mnie rozszyfrował. Z czasem robiło się to łatwiejsze. Zaczynałam odnajdywać się w nowym życiu. Byłam pewna, że Niko wierzy, że jestem dziewczyną, której potrzebuje, której zawsze szukał. Co prawda nie tak łatwo poszło mi z Marią. Ta kobieta jeszcze nie wie co, ale coś jej nie gra w naszych relacjach. Ciekawa jestem, w jaki sposób o swoich podejrzeniach wobec mnie mówi Nikodemowi, bo że mu mówi, nie mam wątpliwości. Ten typ lubi wsadzać nos w nie swoje sprawy. Treść jej rozmów do mnie nie doszła, ale wiem, że wyczuwa iluzję naszego razem. Może to, że żyję na koszt Nikodema najbardziej jej przeszkadza? W zasadzie nie wydaję wiele, siedząc całymi dniami w domu, ale to Niko płaci rachunki, dał mi do dyspozycji swoje auto, którym dwa czy trzy razy przez ostatnie miesiące wybrałam się do miasta. Nie mam ze sobą prawa jazdy, więc wyruszenie bez niego jest ryzykowne, ale w tamtym tygodniu byłam zmuszona wybrać się do Gniezna, aby kupić kosz Mojżesza dla Klaudii. Wcześniej kilka razy pojechałam do Powidza zaopatrzyć się w zapasy środków higienicznych dla kobiet. Nie potrafiłam prosić Niko o zakup tamponów i wkładek, podświadomie czułam, że byłoby to dla niego krępujące. Ma czterdzieści dwa lata, wygląda młodo, jest zadbany, ale bardzo różni się od chłopaków, z którymi miałam do tej pory do czynienia. Poprawny, skromny, poukładany, a jednak zdradzający mnie podczas podróży służbowych. Pełno w nim sprzeczności. Może to dlatego, że tak długo był samotny? Przywykł już do seksu za pieniądze, który stał się jego nałogiem, i trudno mu zrezygnować, nawet mając na stałe dziewczynę? A może czuje się niedoskonały i sypiając z przypadkowymi kobietami, chce się dowartościować, połechtać własne ego? Nie narzekam na seks z nim, może nie doprowadza do niezapomnianych doznań, ale w sumie jest w porządku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki