Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 350 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Oświadczyny - Julia Quinn

Sir Philip Crane sam wychowuje dwoje dzieci i nie najlepiej radzi sobie z wypełnianiem ojcowskich obowiązków. Postanawia się ożenić.
Idealną kandydatką na żonę wydaje się Eloise Bridgerton. Philip zna ją tylko z listów i jest przekonany, że „stara panna”, zapewne niezbyt urodziwa i nieśmiała, przyjmie Oświadczyny z entuzjazmem...
Czyż można się bardziej pomylić?
Eloise Bridgerton za nic w świecie nie wyjdzie za mąż za mężczyznę, którego nie zna! Im dłużej jednak myśli o propozycji sir Philipa, tym bardziej zaczyna się zastanawiać… rozważać… I ani się obejrzy, a już siedzi w powozie i pędzi na spotkanie z mężczyzna, który może być idealnym kandydatem na jej męża.
Czyż można się bardziej pomylić?

Opinie o ebooku Oświadczyny - Julia Quinn

Fragment ebooka Oświadczyny - Julia Quinn

Korekta

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© olenakucher/Fotolia

Tytuł oryginału

To Sir Phillip, With Love

Copyright © 2003 by Julie Cotler Pottinger

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6260-4

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Stefanie i Randallowi Hargreavesom. Otworzyliście swój dom, pokazaliście nam miasto, przechowaliście nasze rzeczy, a kiedy przyjechaliśmy, na ganku czekała na nas paczka.

Gdy naprawdę kogoś potrzebuję, dokładnie wiem, do kogo zadzwonić.

I

Prolog

Luty 1823 Gloucestershire, Anglia

Co za ironia losu, że stało się to w taki pogodny dzień.

W pierwszy słoneczny dzień po… ilu? Po sześciu tygodniach śniegu i deszczu, które na zmianę padały z zasnutego chmurami nieba. Nawet Philip, zwykle obojętny na kaprysy pogody, czuł się raźniej, uśmiechał szerzej. Musiał wyjść z domu. Nie mógł wytrzymać w murach, kiedy na dworze świeciło słońce. Zwłaszcza w środku szarej zimy.

Jeszcze teraz, miesiąc po tamtym wydarzeniu, nie potrafił uwierzyć, że niczego nie przewidział. Czyżby był ślepy? Przecież mieszkał z Mariną od dnia ślubu. Miał osiem długich lat, żeby ją dobrze poznać. Powinien się spodziewać i, po prawdzie…

Spodziewał się, ale wolał udawać, że wszystko jest w porządku. Oszukiwał samego siebie, łudził się, że jeśli nie będzie o tym myślał, nic złego się nie stanie.

Ale się stało. I to w piękny, słoneczny dzień. Bóg miał osobliwe poczucie humoru.

Philip spojrzał na szklaneczkę, którą trzymał w ręce, i ze zdziwieniem stwierdził, że jest pusta. Nawet nie pamiętał, kiedy wypił całą whisky. Nie czuł się pijany, w każdym razie bardzo pijany. A szkoda.

Wyjrzał przez okno i zobaczył, że słońce chyli się ku zachodowi. Ten dzień też był pogodny. Zapewne stąd się wzięła jego melancholia. Przynajmniej taką miał nadzieję. Musiał jakoś sobie wytłumaczyć to ogromne znużenie życiem, które raptem go ogarnęło.

Smutek go przerażał.

Bardziej niż pożar, bardziej niż wojna, bardziej niż samo piekło. Na myśl o tym, że pogrąży się w rozpaczy, że stanie się taki jak ona…

Marina była melancholiczką. Przez całe ich wspólne życie nie umiała otrząsnąć się z przygnębienia. Nie pamiętał jej śmiechu. Prawdę mówiąc, nie był pewien, czy w ogóle go słyszał.

W tamten słoneczny dzień…

Zacisnął powieki. Nie wiedział jednak, czy w ten sposób chce przywołać wspomnienie czy je odpędzić.

To był słoneczny dzień i…

– Człowiek myślał, że już nigdy nie poczuje na skórze tego miłego ciepła, prawda, sir Philipie?

Crane wystawił twarz do słońca i zamknął oczy z rozkoszy.

– Cudownie – mruknął. – Szkoda tylko, że jest tak cholernie zimno.

Miles Carter, jego sekretarz, zaśmiał się i powiedział:

– Bywało gorzej. W tym roku jezioro nie zamarzło całe, tylko w kilku miejscach.

Philip niechętnie otworzył oczy.

– Ale to jeszcze nie wiosna.

– Marzy się panu wiosna? Chyba zapomniał pan spojrzeć w kalendarz.

Crane zerknął na niego z ukosa.

– Płacę ci za te impertynencje?

– Owszem, i to nieźle – odparł sekretarz.

Philip skwitował jego słowa uśmiechem i przystanął, żeby jeszcze przez chwilę nacieszyć się słońcem.

– Myślałem, że nie przeszkadzają panu słoty – rzucił Miles, kiedy ruszyli dalej.

– Bo nie przeszkadzają – powiedział Philip, maszerując lekkim krokiem urodzonego sportowca. – Ale to, że nie mam nic przeciwko zachmurzonemu niebu, nie oznacza, że nie wolę słońca. – Po chwili milczenia dodał: – Niech pani Millsby weźmie dzieci na spacer. Oczywiście nie obejdzie się bez ciepłych płaszczy, czapek i rękawiczek, ale przynajmniej złapią trochę słońca. Za długo siedziały w domu.

– Jak my wszyscy – zauważył Miles. Philip się roześmiał.

– Istotnie.

Z wahaniem zerknął na oranżerię. Powinien zająć się korespondencją, ale miał również nasiona do posortowania. Po chwili namysłu doszedł do wniosku, że interesy mogą poczekać godzinę.

– Idź i odszukaj panią Millsby – wydał polecenie Milesowi. – Nasze sprawy omówimy później. Wiem, że nie lubisz oranżerii.

– Tak – przyznał sekretarz. – Ale o tej porze roku jest tam przyjemnie ciepło.

Philip uniósł brew i wskazał głową na Romney Hall.

– Sugerujesz, że w mojej siedzibie rodowej hulają przeciągi?

– Jak we wszystkich siedzibach rodowych – zauważył Miles.

– To prawda – zgodził się Crane z uśmiechem.

Lubił Milesa Cartera. Zatrudnił go przed sześcioma miesiącami, żeby pomógł mu w robocie papierkowej i zarządzaniu majątkiem. Młodzieniec okazał się zdolny i pracowity. Poza tym jego nieco kostyczne poczucie humoru było mile widziane w domu, gdzie nieczęsto słyszało się śmiech. Służący nie mieli odwagi dowcipkować przy lordzie i lady Crane. A Marina… cóż, nie trzeba mówić, że Marina nigdy się nie śmiała ani nie żartowała.

Dzieci czasami rozbawiały ojca, ale był to inny rodzaj wesołości, a poza tym Philip zwykle nie wiedział, o czym z nimi rozmawiać. Starał się, jak mógł, ale zawsze czuł się niezręcznie. W końcu wyganiał je do niani.

Tak było najłatwiej.

– Idź już – powtórzył, odprawiając Milesa z zadaniem, które powinien sam wykonać.

Dzisiaj jeszcze nie widział córki i syna, ale nie chciał zepsuć pięknego dnia karceniem ich, do czego niechybnie by doszło.

Poszuka dzieci, kiedy będą na spacerze z nianią Millsby. Tak, to dobry pomysł. Pokaże im jakąś roślinę, opowie o niej. W ten sposób najlepiej sobie z nimi radził.

Wszedł do oranżerii i zamknął drzwi. Z przyjemnością zaczerpnął wilgotnego powietrza. Studiował botanikę w Cambridge i pewnie wybrałby karierę akademicką, gdyby jego starszy brat nie zginął pod Waterloo. W rezultacie Philip przejął tytuł i majątek, został właścicielem ziemskim. Z czasem stwierdził, że ta sytuacja ma dobre strony. Przynajmniej mógł we względnym spokoju prowadzić swoje badania.

Pochylił się nad ławą i przyjrzał świeżo zasadzonemu groszkowi. Ostatnio starał się wyhodować dorodniejszą odmianę. Niestety na razie bez powodzenia. Roślinki nie tylko były małe, ale w dodatku wyraźnie żółkły. Nie takiego efektu się spodziewał.

Zmarszczył brwi, ale po chwili się uśmiechnął i ruszył w głąb oranżerii. Nie przejmował się zbytnio, kiedy jego eksperymenty nie przynosiły oczekiwanych wyników. Uważał, że potrzeba wcale nie jest matką wynalazków.

Według niego wszystko było kwestią przypadku. Żaden naukowiec oczywiście by tego nie przyznał, ale wielkich odkryć najczęściej dokonywano w trakcie rozwiązywania całkiem innego problemu.

Philip zaśmiał się cicho. Mniejsza o zwiędły groszek. Trzeba brać się do pracy. Pochylił się nad kolekcją nasion, rozłożył je, żeby wybrać najlepsze. Potrzebował tylko jednego…

Nagle jakiś ruch przyciągnął jego uwagę. Błysk czerwieni za świeżo umytymi oknami. Philip podniósł wzrok.

Uśmiechnął się do siebie i potrząsnął głową. To chyba Marina. Czerwień była jej ulubionym kolorem. Dziwne. Każdy, kto spędził z nią choć trochę czasu, doszedłby do przekonania, że lady Crane woli ciemniejsze, wręcz ponure kolory.

Philip zobaczył, że żona idzie w stronę lasu, i wrócił do pracy. Nieczęsto się zdarzało, żeby Marina wychodziła z domu. Ostatnio rzadko opuszczała nawet swój buduar. Dobrze, że zdecydowała się na spacer. Oczywiście nie oczekiwał cudu, ale może słońce poprawi jej nastrój, a pogodny, ciepły dzień sprawi, że na jej twarzy zagości chociaż cień uśmiechu.

Na pewno dzieci by na tym skorzystały. Niemal co wieczór odwiedzały matkę w pokoju, ale to im nie wystarczało.

Philip doskonale wiedział, że nie jest w stanie jej zastąpić.

Westchnął, dręczony wyrzutami sumienia. Zdawał sobie sprawę, że nie jest takim rodzicem, jakiego potrzebują jego dzieci. Próbował sobie tłumaczyć, że robi, co może, i przynajmniej jeden cel udaje mu się osiągnąć: nie postępuje jak jego własny ojciec.

Rozumiał jednak, że to za mało.

Zdecydowanym ruchem odsunął się od ławy. Nasiona mogły poczekać. To on powinien zabrać dzieci na spacer, a nie niania, która nie odróżniała drzewa liściastego od iglastego, róży od stokrotki…

Spojrzał za okno i przypomniał sobie, że to dopiero luty. O tej porze roku pani Millsby raczej nie natknie się na żadne kwiaty, ale tak czy inaczej to on powinien być teraz z dziećmi. Akurat od tego obowiązku nie musiał się wymigiwać, bo nieźle sobie z nim radził.

Wyszedł z oranżerii i ruszył w stronę Romney Hall. Byłoby dobrze, gdyby dzieci zobaczyły się z matką, pomyślał. Tęskniły za jej towarzystwem, nawet jeśli tylko głaskała je po głowach. Tak, skorzystają z okazji i, zamiast pogłębiać wiedzę przyrodniczą, razem poszukają Mariny.

W połowie drogi zatrzymał się raptownie. Doświadczenie nauczyło go ostrożności. Jego żona wprawdzie odważyła się pójść na przechadzkę, ale to nie oznaczało, że czuje się dobrze. Nie lubił, kiedy dzieci widziały ją w chwilach największego przygnębienia.

Zawrócił i pomaszerował w stronę zagajnika, w którym niedawno zniknęła Marina. Szedł tak szybko, że wkrótce powinien dogonić żonę i ocenić jej nastrój. Zdąży dotrzeć do domu, zanim dzieci wyjdą z nianią na spacer.

W lesie bez trudu odnalazł ślady zostawione na wilgotnej ziemi przez grube buty Mariny. Prowadziły w dół łagodnego zbocza i dalej na trawiastą polanę.

– Cholera! – zaklął cicho Crane. Jego głos zagłuszył wiatr.

Na trawie ślady się urywały. Philip osłonił oczy od słońca, wypatrując plamy czerwieni.

Nie zobaczył jej ani przy opuszczonej chacie, ani na swoim eksperymentalnym polu zboża, ani przy dużym głazie, na który wspinał się w dzieciństwie. Skierował wzrok ku północy i zmrużył oczy. Wreszcie ją wypatrzył. Kierowała się w stronę jeziora.

Jezioro!

Zamarł, patrząc, jak jego żona idzie ku brzegowi. Nie był w stanie wydobyć z siebie głosu ani się ruszyć. Marina nigdy nie pływała. Nawet nie wiedział, czy potrafi. W ciągu ośmiu lat małżeństwa ani razu nie widział, żeby udała się nad jezioro znajdujące się na terenie ich posiadłości. Teraz nie mógł uwierzyć własnym oczom. Bezwiednie ruszył w jej stronę. Gdy Marina weszła na płyciznę, przyspieszył kroku. Nadal .był za daleko, żeby coś zrobić. Mógł jedynie ją zawołać.

Nie wiadomo, czy go usłyszała. Wolno wchodziła na głębinę.

– Marina! – wrzasnął Philip, puszczając się biegiem. Miał jeszcze sporą odległość do pokonania. – Marina!

Jego żona dotarła do miejsca, gdzie dno raptownie opadało, i zniknęła pod wodą. Czerwony płaszcz przez chwilę unosił się na metalicznie szarej powierzchni, a następnie powoli zatonął.

Philip znowu wykrzyknął jej imię, choć nie mogła go usłyszeć. Potknął się i zjechał po zboczu schodzącym do jeziora. Na szczęście zachował dość przytomności umysłu, żeby zrzucić płaszcz i buty, nim wskoczył do lodowatej wody. Marina przebywała w niej zaledwie od minuty, za krótko, żeby utonąć, ale każda następna sekunda przybliżała ją do śmierci.

Philip pływał w tym jeziorze niezliczoną ilość razy i dokładnie wiedział, gdzie zaczyna się głębia. Szybko dotarł do tego miejsca, choć ciążyło mu mokre ubranie.

Musiał ją znaleźć.

Zanim będzie za późno.

Zanurkował i rozejrzał się, próbując przebić wzrokiem gęstą, wirującą chmurę, utworzoną przez piasek i muł, które podniosły się z dna. Trudno było przez nią coś dojrzeć.

Na szczęście Marinę uratowało zamiłowanie do jaskrawych kolorów. Philip dostrzegł czerwony płaszcz unoszący się w wodzie niczym latawiec. Żona nie walczyła z nim, kiedy ją wyciągał. Straciła przytomność i bezwładnie spoczywała w jego ramionach.

Gdy wychynęli na powierzchnię, Philip gwałtownie zaczerpnął haust powietrza. Przez chwilę oddychał głęboko, posłuszny instynktowi, który nakazywał mu ratować najpierw siebie. Następnie popłynął do brzegu, uważając, żeby trzymać twarz Mariny nad wodą, choć wyglądała jak martwa.

W końcu dotarł na brzeg i wyniósł żonę na wąski skrawek kamienistej plaży, który oddzielał wodę od trawy. Przystawił ucho do ust Mariny, ale nie usłyszał oddechu.

Nie wiedział, jak ratować topielca, zrobił więc to, co wydawało mu się najbardziej rozsądne. Przełożył nieprzytomną przez kolana, twarzą do dołu, i zacząć klepać ją po plecach. Z początku jego wysiłki nie przynosiły żadnych efektów, ale po kolejnym, silniejszym uderzeniu Marina zakaszlała, a z jej ust buchnął strumień wody.

Philip odwrócił ją szybko.

– Marino? – Lekko poklepał ją po twarzy. – Marino?

Znowu zaczęła gwałtownie kaszleć, a potem łapać powietrze. Płuca domagały się życiodajnego tlenu, choć dusza pragnęła czegoś innego.

– Dzięki Bogu – wyszeptał Philip głosem drżącym z ulgi.

Nigdy tak naprawdę jej nie kochał, ale była jego żoną, matką jego dzieci. I dobrym człowiekiem, mimo że od lat przebywała we własnym świecie smutku i rozpaczy. Nie chciał jej śmierci.

Zamrugała i otworzyła oczy. Wzrok miała nieprzytomny. Gdy w końcu uświadomiła sobie, gdzie jest, wyszeptała:

– Nie.

– Musimy wracać do domu – powiedział Philip burkliwie, zaskoczony własnym gniewem.

Jak mogła odrzucić jego poświęcenie?

Chciała zrezygnować z życia tylko dlatego, że była smutna? Własne przygnębienie liczyło się bardziej od córki i syna? Zły nastrój ważył więcej niż to, że dzieci potrzebowały matki?

– Zabieram cię do domu – rzucił zdecydowanym tonem, niezbyt łagodnie biorąc ją na ręce.

Wyraźnie dochodziła do siebie. Nie było potrzeby traktować jej jak delikatnego kwiatu.

– Nie! – wyszlochała. – Proszę, nie. Nie chcę… nie chcę…

Philip bez słowa zaczął wspinać się po zboczu, nie zważając na zimny wiatr, który zmieniał jego przemoczone ubranie w lód. Nie zwracał również uwagi na kamienie raniące jego bose stopy.

– Nie mogę – szepnęła Marina resztką sił. Niosąc ją do domu, Philip rozmyślał o tym, jak trafne są te słowa. „Nie mogę”. W pewnym sensie podsumowywały całe jej życie.

Pod wieczór stało się jasne, że gorączka może zrobić to, czego nie zdążyło dokonać jezioro.

Zaniósłszy Marinę do domu, Philip z pomocą ochmistrzyni zdjął z niej zlodowaciałe ubranie i otulił puchową kołdrą, należącą do posagu, który wniosła przed ośmioma laty.

– Co się stało? – wykrzyknęła pani Hurley, kiedy stanął w progu.

Nie chciał korzystać z głównego wejścia, gdzie mogły zobaczyć ich dzieci. Poza tym drzwi kuchenne znajdowały się bliżej o dobre dwadzieścia metrów od frontowych.

– Wpadła do jeziora – wyjaśnił krótko. Ochmistrzyni posłała mu spojrzenie, które wyrażało współczucie i jednocześnie powątpiewanie. Domyśliła się prawdy. Pracowała u Crane’ów od czasu ich ślubu. Znała nastroje swojej pani. Kiedy położyli Marinę do łóżka, wypędziła go z pokoju.

Nalegała, żeby się przebrał, zanim nabawi się śmiertelnego zapalenia płuc. Philip szybko jednak wrócił do sypialni żony. Tam było jego miejsce, pomyślał, dręczony wyrzutami sumienia. Miejsce, którego unikał w ostatnich latach.

Samo przebywanie w towarzystwie Mariny było przygnębiające. Trudne.

Teraz jednak nie zamierzał uchylać się od obowiązków, więc siedział przy jej łóżku przez cały dzień i pół nocy. Wycierał jej czoło, kiedy zaczynała się pocić i majaczyć, próbował karmić ciepłym bulionem, gdy leżała spokojnie.

Powtarzał jej, żeby walczyła, choć wiedział, że jego słowa niewiele pomogą.

Trzy dni później umarła.

Tego właśnie chciała, ale stanowiło to niewielkie pocieszenie, kiedy Philip próbował wyjaśnić siedmioletnim bliźniętom, że już nigdy nie zobaczą matki. Siedział w ich pokoju na krzesełku, na którym ledwo się mieścił. Niemal zgięty wpół zmuszał się do patrzenia im w oczy.

– Przykro mi – wykrztusił na koniec.

Bardzo kochał dzieci, ale nie potrafił być dla nich ojcem. Jak, do diabła, miał wziąć na siebie jeszcze rolę matki?

– To nie twoja wina – odezwał się Oliver, patrząc na niego z powagą. – Mama sama wpadła do jeziora, prawda? Nie wepchnąłeś jej.

Philip nie wiedział, co odpowiedzieć, więc tylko skinął głową.

– Jest teraz szczęśliwa? – zapytała cicho Amanda.

– Tak myślę – odparł Philip. – Teraz patrzy na was z nieba, więc musi być szczęśliwa.

Bliźnięta przez jakiś czas zastanawiały się nad jego słowami.

– Mam nadzieję, że jest szczęśliwa – powiedział w końcu Oliver głosem pewniejszym niż jego mina. – Może już nie płacze.

Philipowi ścisnęło się gardło. Nie zdawał sobie sprawy, Że dzieci słyszały szloch matki. Wprawdzie ich pokój znajdował się bezpośrednio nad jej sypialnią, ale zawsze sądził, że już spały, kiedy Marina zaczynała płakać. Amanda pokiwała głową.

– Jeśli jest teraz szczęśliwa, to cieszę się, że odeszła.

– Nie odeszła – poprawił ją brat. – Umarła.

– A właśnie, że odeszła – powtórzyła z uporem dziewczynka.

– Oboje macie rację – rzekł Philip, żałując, że może im powiedzieć tylko prawdę. – Ale myślę, że jest teraz szczęśliwa.

W pewnym sensie tak było. Tego przecież chciała Marina. Możliwe, że najbardziej ze wszystkiego pragnęła śmierci.

Amanda i Oliver milczeli przez dłuższą chwilę, wpatrując się w podłogę. Siedzieli na łóżku, najwyraźniej dla nich za wysokim. Philip zmarszczył brwi. Dlaczego nigdy przedtem tego nie zauważył? Nie należałoby sprawić im niższych łóżek? A jeśli w nocy wypadną?

A może są już dostatecznie duzi, by do tego nie doszło? Może nigdy im się to nie przydarzyło?

Chyba rzeczywiście był okropnym ojcem. Powinien wiedzieć takie rzeczy. Może… może. Zamknął oczy i westchnął. Najlepiej będzie, jeśli przestanie się zadręczać i po prostu zacznie bardziej się starać.

– Wyjedziesz? – spytała nagle Amanda, unosząc głowę.

Philip spojrzał jej w oczy, niebieskie jak u matki.

– Nie! – zapewnił żarliwie, klękając przed córką i biorąc ją za rączki. Wyglądały tak krucho w jego dużych dłoniach. – Nie – powtórzył. – Nie wyjadę. Nigdy nie wyjadę…

Philip spojrzał na szklaneczkę. Znowu pusta, choć napełniał ją już cztery razy. Zabawne, jak szybko znikała whisky.

Nienawidził wspomnień. Sam nie wiedział, co było najgorsze. Nurkowanie w lodowatej wodzie czy chwila, kiedy pani Hurley odwróciła się do niego i powiedziała: „Umarła”.

A może smutek na twarzach dzieci, strach w ich oczach?

Podniósł szklaneczkę do ust i wysączył ostatnie krople trunku. Zdecydowanie najgorsza była rozmowa z dziećmi. Zapewnił, że nigdy ich nie opuści, i dotrzymywał słowa, ale sama jego obecność nie wystarczała. Dzieci potrzebowały czegoś więcej. Potrzebowały kogoś, kto umiałby z nimi rozmawiać, przemówić im do rozsądku, nakłonić do grzeczności.

Ojca już miały, więc musiał pomyśleć o znalezieniu im matki. Oczywiście było za wcześnie na powtórny ożenek. Żałoba jeszcze się nie skończyła, ale to nie znaczyło, że nie wolno mu zacząć się rozglądać.

Westchnął, garbiąc się w fotelu. Potrzebował żony. Mniejsza o wygląd i pieniądze. Nie obchodziło go, czy kandydatka potrafi liczyć w pamięci, mówić po francusku i jeździć konno.

Najważniejsze, żeby była zadowolona z życia.

Czy tak wiele wymagał od przyszłej żony? Uśmiechu przynajmniej raz dziennie. Może czasami nawet odrobiny wesołości?

I będzie musiała pokochać jego dzieci. Albo chociaż udawać tak dobrze, żeby nie dostrzegły różnicy.

Czy to za duże oczekiwania?

– Sir Philipie?

Podniósł wzrok, zły na siebie, że zostawił uchylone drzwi gabinetu. Miles Carter wsadził głowę do pokoju.

– O co chodzi? – burknął Crane.

– List. – Sekretarz podszedł i wręczył mu kopertę. – Z Londynu.

Philip uniósł brwi na widok kobiecego pisma. Odprawił Cartera skinieniem głowy, sięgnął po nożyk do papieru, przełamał woskową pieczęć. Ze środka wyjął pojedynczą kartkę. Potarł ją między palcami. Drogi papier, wysoka jakość, pomyślał. Autorka najwyraźniej nie musiała oszczędzać na papeterii.

Rozłożył list i przebiegł go wzrokiem:

Bruton Street 5, Londyn

Sir Philip Crane

Spieszę złożyć kondolencje z powodu pańskiej straty. Choć minęły lata od naszego ostatniego spotkania, miło wspominam pańską żonę, a moją drogą kuzynkę Marinę. Bardzo mnie zasmuciła wieść o jej śmierci.

Proszę się nie wahać i napisać, czy mogę jakoś złagodzić pański ból w tym trudnym okresie.

Panna Eloise Bridgerton

Philip potarł oczy. Bridgerton… Bridgerton. Czy Marina miała kuzynki o takim nazwisku? Musiała mieć, skoro jedna z nich do niego napisała.

Westchnął przeciągle, a potem zaskoczył samego siebie, sięgając po papier listowy i pióro. Po śmierci żony dostał niewiele listów z kondolencjami. Wyglądało na to, że większość przyjaciół i rodziny zapomniała o Marinie wkrótce po jej zamążpójściu. Chyba nie powinien być tym oburzony ani nawet zaskoczony. Marina rzadko wychodziła ze swojej sypialni. Łatwo zapomnieć o kimś, kogo się nie widuje.

W każdym razie panna Bridgerton zasłużyła na odpowiedź. Wymagała tego choćby zwykła uprzejmość, stwierdził Philip, mimo że nie znał się na zasadach etykiety obowiązujących na wypadek śmierci żony.

Tak więc westchnął po raz kolejny i zanurzył pióro w atramencie.

1

Maj 1824 Droga z Londynu do Gloucestershire, środek nocy

Droga panno Bridgerton

Dziękuję za kondolencje z powodu śmierci mojej żony. To szlachetne, że poświęciła pani czas, żeby napisać do człowieka, którego pani nigdy osobiście nie poznała. Przesyłam zasuszony kwiat jako wyraz wdzięczności. To tylko zwykły bniec czerwony (silene dioica), lecz ubarwia pola w Gloucestershire, a w tym roku pojawił się wcześnie.

To był ulubiony polny kwiat Mariny.

Z poważaniem Sir Philip Crane

Eloise Bridgerton wygładziła dość pomiętą kartkę leżącą na jej kolanach. Choć przez okna powozu wpadał blask księżyca w pełni, w środku było zbyt ciemno na czytanie. Nie miało to jednak znaczenia. Eloise znała list na pamięć, a delikatny zasuszony kwiat, teraz bardziej różowy niż czerwony, leżał bezpiecznie między stronicami książki, którą wzięła z biblioteki brata.

Nie była zbyt zaskoczona, kiedy dostała odpowiedź od sir Philipa. Tak nakazywały dobre maniery, choć nawet jej matka, z pewnością największy autorytet w kwestii etykiety, twierdziła, że Eloise traktuje korespondencję zbyt poważnie.

Dla dam z jej sfery spędzanie kilku godzin tygodniowo na pisaniu listów było całkiem normalne, ale Eloise miała zwyczaj codziennie zasiadać przy biurku. Lubiła pisać, zwłaszcza do ludzi, których nie widziała od lat (zawsze wyobrażała sobie ich zdziwienie, kiedy otwierali kopertę), więc przy każdej okazji sięgała po pióro i papier: urodzin, śmierci i wszelkich wydarzeń, które zasługiwały na gratulacje albo kondolencje.

Sama nie była pewna, co nią kieruje, bo i tak dużo czasu poświęcała na korespondowanie ze swoim licznym rodzeństwem. Z drugiej strony, skreślenie krótkiej wiadomości do dalekich krewnych wydawało się łatwe, skoro już siedziała przy sekretarzyku.

I choć wszyscy odpisywali z uprzejmości – nikt nie chciał urazić Bridgertonów – ani jedna osoba nigdy nie dołączyła prezentu, nawet tak skromnego jak zasuszony kwiat.

Eloise zamknęła oczy, przywołując obraz drobnych różowych płatków. Nie umiała sobie wyobrazić mężczyzny obchodzącego się delikatnie z tak kruchym kwiatem. Jej czterej bracia byli rosłymi, silnymi mężczyznami o szerokich barach i dużych dłoniach, które w jednej chwili zmięłyby biedną roślinkę.

Zaintrygowała ją odpowiedź Philipa Crane’a, a szczególnie użycie łacińskiej nazwy. Natychmiast napisała drugi list.

Drogi sir Philipie

Bardzo dziękuję za uroczy prezent. Miałam miłą niespodziankę, kiedy wypadł z koperty. To cenne wspomnienie o drogiej Marinie.

Przy okazji moją uwagę zwróciła pańska znajomość rzeczy. Jest pan botanikiem?

Panna Eloise Bridgerton

Sprytnie zakończyła list pytaniem. W ten sposób zmuszała biedaka do dalszej korespondencji.

Nie rozczarował jej. Po zaledwie dziesięciu dniach dostała odpowiedź.

Droga panno Bridgerton

Istotnie jestem botanikiem, wykształconym w Cambridge, ale obecnie nie jestem związany z żadnym uniwersytetem ani instytutem badawczym. Prowadzę eksperymenty we własnej oranżerii w Romney Hall.

Czy pani również interesuje się nauką?

Z poważaniem Sir Philip Crane

Ta korespondencja coraz bardziej się jej podobała. Może po prostu chodziło o to, że znalazła człowieka spoza rodziny, który miał ochotę prowadzić z nią pisemny dialog. Tak czy inaczej, Eloise odpisała natychmiast.

Drogi sir Philipie

Obawiam się niestety, że nie jestem typem naukowca, choć mam głowę do liczb. Ale bardziej interesuje mnie humanistyka. Chyba pan zauważył, że lubię pisać.

Pańska przyjaciółka Eloise Bridgerton

Nie była pewna, czy może podpisać się w ten sposób, ale w końcu pozwoliła sobie na odważny zwrot. Sir Philip najwyraźniej lubił ich korespondencję tak bardzo jak ona; w przeciwnym razie z pewnością nie zakończyłby listu pytaniem.

Moja droga panno Bridgerton

Więc to jest przyjaźń, tak? Wyznam, że tutaj na wsi czuję się trochę osamotniony, a skoro przy śniadaniu nie mam naprzeciwko siebie uśmiechniętej twarzy, przynajmniej poczytam sobie miły list. Zgodzi się pani ze mną?

Dołączam kolejny kwiat. To geranium pratense, znany bardziej jako bodziszek łąkowy.

Serdecznie pozdrawiam Philip Crane

Eloise dobrze pamiętała tamten dzień. Siedziała w ulubionym fotelu przy oknie w swoim buduarze i chyba przez całą wieczność przyglądała się starannie zasuszonemu fioletowemu kwiatowi. Czyżby sir Philip próbował się do niej zalecać? Za pośrednictwem poczty?

A potem dostała list całkiem inny od wcześniejszych.

Moja droga panno Bridgerton

Korespondujemy od jakiegoś czasu i choć nigdy oficjalnie się nie poznaliśmy, odnoszę wrażenie, jakbym dobrze panią znał. Mam nadzieję, że pani czuje podobnie.

Proszę mi wybaczyć śmiałość, ale chciałbym zaprosić panią do Romney Hall. Gdybyśmy, co jest moim skrytym pragnieniem, po stosownym okresie czasu doszli do wniosku, że pasujemy do siebie, może zgodziłaby się pani zostać moją żoną.

Oczywiście zadbam o przyzwoitkę. Jeśli przyjmie pani zaproszenie, natychmiast sprowadzę do Romney Hall moją owdowiałą ciotkę.

Liczę na to, że rozważy pani moją propozycję.

Jak zawsze pozdrawiam Philip Crane

Eloise od razu schowała list do szuflady. Nie była w stanie nawet zastanowić się nad prośbą. Sir Philip naprawdę chciał ożenić się z kobietą, której nie znał?

No, może niezupełnie. W ciągu roku korespondowania dowiedzieli się o sobie więcej niż wiele żon i mężów w trakcie całego małżeństwa.

Ale nigdy się nie spotkali.

Eloise pomyślała o oświadczynach, które w swoim czasie odrzuciła. Ile ich było? Co najmniej sześć. Teraz nie mogła sobie nawet przypomnieć, dlaczego odmówiła niektórym mężczyznom. Właściwie bez powodu. Tyle że nie byli…

Doskonali.

Tylko po co takie wymagania?

Potrząsnęła głową, zirytowana własną głupotą i wygórowanymi oczekiwaniami. Nie, wcale nie szukała ideału. Po prostu potrzebowała kogoś, kto będzie stworzony dla niej.

Wiedziała, co o niej plotkują matrony z towarzystwa. Była zbyt wymagająca, a to gorsze niż głupota. Skończy jako stara panna… Nie, tego już nie mówiły. Od dawna uważały ją za starą pannę, i nie bez powodu. W wieku dwudziestu ośmiu lat często słyszy się szepty za plecami.

Albo słowa prawdy wypowiadane wprost.

Zabawne jednak było to, że Eloise bynajmniej nie narzekała na własny los. W każdym razie do niedawna.

Nie obawiała się staropanieństwa, a poza tym lubiła swoje życie. Miała najwspanialszą rodzinę, jaką można sobie wyobrazić: siedmioro braci i sióstr o imionach zaczynających się na kolejne litery alfabetu. Łatwo policzyć, że należała do średniaków w rodzeństwie. Matka, cudowna istota, nawet przestała ponaglać ją do zamążpójścia. W towarzystwie nadal szanowano i lubiano Eloise, jak wszystkich Bridgertonów (czasami nawet się ich bano). Jej pogodny i miły charakter sprawiały, że wszyscy się do niej garnęli, mimo staropanieństwa.

Ale ostatnio…

Eloise westchnęła. Nagle poczuła się staro. Przestała być taka pogodna. Zaczęła nawet myśleć, że matrony mają rację. Nigdy nie znajdzie sobie męża. Może rzeczywiście była zbyt wybredna. Za bardzo się upierała, żeby pójść za przykładem starszych braci i siostry, którzy znaleźli prawdziwą miłość (choć początki źle wróżyły).

Może małżeństwo oparte na wzajemnym szacunku i przyjaźni jest lepsze niż żadne.

Niestety nie miała z kim porozmawiać o tych rozterkach. Matka przez wiele lat namawiała ją, żeby znalazła sobie męża. I choć Eloise ją uwielbiała, nie umiałaby się pokajać i przyznać, że powinna była jej posłuchać. Jeśli chodzi o braci, najstarszy Anthony prawdopodobnie wziąłby na siebie wybór odpowiedniego kandydata, po czym zmusiłby biedaka do oświadczyn. Benedict zwykle bujał w obłokach, a poza tym prawie nie przyjeżdżał do Londynu, wolał wiejski spokój. Colin… cóż, z nim to była zupełnie inna historia, warta osobnego rozdziału.

Mogłaby porozmawiać z Daphne, ale za każdym razem, gdy szła do niej z wizytą, widziała, jaka szczęśliwa jest starsza siostra, jak bardzo zakochana w mężu i czwórce dzieci. Czy ktoś taki mógł udzielić dobrej rady osobie w zupełnie innej sytuacji? Z kolei Francesca mieszkała w dalekiej Szkocji. Zresztą Eloise nie chciała zaprzątać jej głowy swoimi głupimi zmartwieniami.

Młodsza siostra owdowiała w wieku dwudziestu trzech lat. W porównaniu z jej nieszczęściem troski Eloise wydawały się całkiem błahe.

I może dlatego korespondencja z sir Philipem stała się dla niej taka ważna. Trzymała ją w tajemnicy niczym grzeszną przyjemność. Bridgertonowie stanowili dużą, hałaśliwą i wesołą rodzinę. Prawie niemożliwe było utrzymanie czegokolwiek w sekrecie, zwłaszcza przed siostrami, z których najmłodsza Hyacintha szybko doprowadziłaby do wygrania wojny z Napoleonem, gdyby jego królewska mość wpadł na pomysł, żeby zaangażować ją jako szpiega.

Tymczasem sir Philip należał tylko do niej. Z nikim nie musiała się nim dzielić. Jego listy, związane fioletową wstążką, trzymała ukryte na dnie środkowej szuflady sekretarzyka, pod stosami papieru listowego.

Był jej sekretem.

I ponieważ nigdy go nie widziała, mogła stworzyć go w wyobraźni, na podstawie listów. Jeśli istniał na świecie idealny mężczyzna, był nim sir Philip Crane z jej wyobraźni.

A teraz nagle zapragnął ją poznać. Oszalał? Chciał zniszczyć ich idealny związek?

Lecz wtedy stała się rzecz niemożliwa. Penelope Featherington, jej najbliższa przyjaciółka od prawie dwunastu lat, wyszła za mąż. W dodatku za Colina. Jej brata!

Gdyby księżyc nagle spadł z nieba i wylądował w ogrodzie, Eloise nie byłaby bardziej zaskoczona.

Cieszyła się ze względu na Penelope. Naprawdę. I oczywiście ze względu na Colina. Kochała oboje, więc była zachwycona, że znaleźli szczęście. Nikt inny nie zasłużył na nie bardziej.

Ale po ich ślubie w jej życiu powstała pustka.

Kiedy Eloise zastanawiała się nad życiem starej panny i próbowała przekonać samą siebie, że naprawdę tego chce, zawsze widziała przy sobie Penelope, towarzyszkę w staropanieństwie. Los dwudziestoośmioletniej niezamężnej kobiety wydawał się całkiem znośny, póki jej przyjaciółka też była niezamężną dwudziestoośmiolatką. Oczywiście to nie znaczyło, że Eloise nie chce, żeby Penelope znalazła sobie męża. Rzecz w tym, że wydawało się to zupełnie nieprawdopodobne. Eloise wiedziała, że Penelope jest cudowna, dobra, bystra i dowcipna, ale dżentelmeni tego nie dostrzegali. Przez te wszystkie lata, które minęły od jej debiutu w towarzystwie, całych jedenaście, panna Featherington nie dostała ani jednej propozycji małżeństwa. Nawet śladu zainteresowania.

W pewnym sensie Eloise liczyła na to, że Penelope już na zawsze pozostanie jej najbliższą przyjaciółką. I będzie dzielić z nią los starej panny.

Najgorsze, że sama nigdy nie pomyślała – co zresztą przyprawiało ją teraz o wyrzuty sumienia – jak poczułaby się Penelope, gdyby to Eloise pierwsza wyszła za mąż, a, szczerze mówiąc, było to o wiele bardziej prawdopodobne.

Lecz teraz Penelope miała Colina, a w jej małżeństwie układało się świetnie. A Eloise była sama. Sama w sercu zatłoczonego Londynu, wśród licznej i kochającej rodziny.

Trudno sobie wyobrazić bardziej odludne miejsce.

I nagle przyszedł śmiały list od sir Philipa. Teraz leżał schowany na samym dnie szuflady, zamknięty w nowo kupionym sejfie, żeby nie korciło jej zaglądać do niego sześć razy dziennie. Cóż, propozycja wydawała się dość intrygująca.

Z każdym dniem coraz bardziej intrygująca, w miarę jak Eloise stawała się coraz mniej zadowolona z życia, które sama wybrała.

Tak więc pewnego dnia, gdy udała się z wizytą do Penelope i usłyszała od kamerdynera, że państwo Bridgertonowie nie przyjmują gości (powiedziane takim tonem, że nawet ona zrozumiała, co to oznacza), powzięła decyzję. Nadeszła pora, żeby pokierować własnym losem, zamiast chodzić na kolejne bale w złudnej nadziei, że nagle zmaterializuje się przed nią idealny mężczyzna, choć w Londynie nie pojawił się nikt nowy, a po dekadzie obracania się w towarzystwie Eloise poznała już wszystkich kawalerów w wieku stosownym do małżeństwa.

Powtarzała sobie, że wcale nie musi od razu wychodzić za sir Philipa. Uznała jednak, że trzeba sprawdzić tę nową możliwość. Jeśli nie będą do siebie pasowali, nie wezmą ślubu. Ostatecznie nie składała mu żadnych obietnic.

A trzeba powiedzieć, że kiedy już Eloise podejmowała jakąś decyzję, działała szybko. I nie tylko, pomyślała w chwili szczerości. Była również wytrwała. Penelope porównała ją kiedyś do psa broniącego kości.

I wcale nie żartowała.

Kiedy Eloise uczepiła się jakiegoś pomysłu, nawet połączone siły Bridgertonów nie mogły jej od niego odwieść (a Bridgertonowie stanowili potężną siłę). Miała głupie szczęście, że jej osobiste plany i zamierzenia rodziny nigdy nie weszły ze sobą w kolizję, przynajmniej w ważnych kwestiach.

Eloise wiedziała, że bracia nie pozwoliliby jej jechać na spotkanie z nieznajomym mężczyzną. Anthony prawdopodobnie zażądałby, żeby sir Philip przybył najpierw do Londynu i poznał całą rodzinę, a Eloise nie wyobrażała sobie, żeby coś mogło bardziej wystraszyć kandydata do jej ręki. Mężczyźni z londyńskiego towarzystwa, którzy starali się o jej względy, przynajmniej wiedzieli, w co się pakują. Biedny sir Philip, który, jak sam przyznawał w listach, nie postawi! nogi w stolicy od czasów szkolnych i nigdy nie brał udziału w sezonowych balach, wpadłby w pułapkę.

Tak więc po kilku dniach rozmyślań Eloise doszła do wniosku, że jedynym dla niej wyjściem jest podróż do Gloucestershire, i to w sekrecie. Gdyby rodzina dowiedziała się o jej planach, zabroniłaby jej jechać. Eloise była godnym przeciwnikiem i pewnie w końcu postawiłaby na swoim, ale dopiero po długiej i wyczerpującej walce. Nie wspominając o tym, że nawet gdyby po przegranej bitwie wyrazili zgodę na wyjazd, nalegaliby, żeby wzięła do towarzystwa co najmniej dwie osoby.

Eloise zadrżała. Tymi osobami byłyby prawdopodobnie matka i Hyacintha.

Dobry Boże, nikt się nie zakocha, kiedy one będą w pobliżu. Ani nie stworzy spokojnej, ale trwałej więzi, na którą Eloise mogłaby ewentualnie się zdecydować.

Postanowiła, że ucieknie w czasie balu wydawanego przez jej siostrę Daphne. Miało to być wielkie wydarzenie. Tłumy gości, hałas i zamieszanie sprawią, że jej nieobecność pozostanie niezauważona przez dobrych sześć godzin, może więcej. Matka zawsze nalegała, żeby przychodziły punktualnie albo nawet wcześniej na przyjęcia u członków rodziny, więc z pewnością zjawią się u Daphne nie później niż o ósmej. Jeśli wymknie się wcześnie, a bal skończy się dopiero nad ranem, będzie prawie świtało, zanim ktoś się zorientuje, że jej nie ma. W tym czasie ona będzie już w połowie drogi do Gloucestershire.

A jeśli nie w połowie, to dostatecznie daleko, żeby niełatwo było ją dogonić.

Rzeczywiście wszystko okazało się zadziwiająco proste. Cała rodzina była zaaferowana nowiną, którą zamierzał ogłosić Colin, więc Eloise jedynie szepnęła, że idzie do pokoju dla dam, wymknęła się tylnymi drzwiami i pokonała pieszo krótki odcinek do własnego ogrodu, w którym ukryła torby. Stamtąd musiała jedynie dotrzeć do rogu, gdzie wcześniej kazała czekać woźnicy.

Boże drogi, gdyby wiedziała, jak łatwo jest ruszyć w świat, zrobiłaby to lata temu.

Teraz jechała w stronę Gloucestershire, ku swojemu przeznaczeniu, jedynie z torbą ubrań na zmianę i plikiem listów od mężczyzny, którego nigdy nie widziała.

Mężczyzny, którego miała nadzieję pokochać.

To było podniecające.

Nie, to było przerażające.

Najbardziej szalona rzecz, jaką zrobiła w życiu, a sama przyznawała, że w swoim czasie powzięła kilka głupich decyzji.

Ale mogła to również być jej jedyna szansa na szczęście.

Eloise zmarszczyła brwi. Zaczynała bujać w obłokach. To zły znak. Powinna podejść do tej przygody z całym pragmatyzmem, który zwykle cechował jej postanowienia. Jeszcze był czas, żeby zawrócić. Co właściwie wiedziała o sir Philipie? Zdradził jej całkiem sporo przez rok korespondowania…

Miał trzydzieści lat, dwa lata więcej niż ona.

Studiował botanikę w Cambridge.

Przez osiem lat był mężem jej dalekiej kuzynki Mariny, co oznaczało, że w chwili ślubu ledwo skończył dwadzieścia.

Miał brązowe włosy.

Wszystkie zęby.

Był baronetem.

Mieszkał w Romney Hall, kamiennej budowli wzniesionej w osiemnastym wieku obok Tetbury w Gloucestershire.

Lubił czytać naukowe rozprawy i poezje, ale nie powieści i zdecydowanie nie dzieła filozoficzne.

Lubił deszcz.

Jego ulubionym kolorem był zielony.

Nigdy nie wyjeżdżał z Anglii.

Nie znosił ryb.

Eloise stłumiła nerwowy śmiech. Nie znosił ryb? Aż tyle o nim wiedziała?

– Bez wątpienia solidna podstawa małżeństwa – mruknęła do siebie. W jej głosie zabrzmiała nuta strachu.

A ile on wiedział o niej? Co skłoniło go do złożenia propozycji małżeństwa zupełnie nieznanej kobiecie?

Próbowała sobie przypomnieć, co pisała mu w listach…

Że ma dwadzieścia osiem lat.

Brązowe, a właściwie kasztanowe włosy i wszystkie zęby.

Szare oczy.

Pochodziła z dużej i kochającej się rodziny. Jej brat nosił tytuł wicehrabiego.

Ojciec zmarł, kiedy była dzieckiem. Ukąsiła go osa.

Za dużo mówiła. (Dobry Boże, naprawdę tak napisała?)

Lubiła poezję i powieści, ale nie naukowe rozprawy czy dzieła filozoficzne.

Podróżowała do Szkocji i nigdzie więcej.

Jej ulubionym kolorem był fioletowy.

Nie przepadała za baraniną i wręcz nie znosiła krwawej kiszki.

Z jej gardła znowu wyrwał się nerwowy śmiech. Rzeczywiście świetna z niej partia, pomyślała z sarkazmem.

Wyjrzała przez okno, jakby tam mogła uzyskać wskazówkę, ile jeszcze drogi zostało jej do Tetbury.

Falujące zielone wzgórza wyglądały jak zielone falujące wzgórza. Równie dobrze mogła znajdować się w Walii.

Zmarszczyła brwi i spojrzała na list leżący na kolanach. Złożyła go, wsunęła w przewiązany wstążeczką pakiet i schowała do torby. Potem zaczęła stukać palcami po udach.

Miała powody do zdenerwowania.

Zostawiła dom, rodzinę, wszystko.

Jechała na drugi koniec Anglii, gdzie nikogo nie znała.

Nikogo.

Nawet sir Philipa.