Wydawca: Insignis Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 514 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ostrze zdrajcy - Sebastien de Castell

Wielkie Płaszcze. Sędziowie, bohaterowie… zdrajcy?

Król nie żyje, Wielkie Płaszcze rozwiązano, a Falcio val Mond i jego towarzysze Kest i Brasti skończyli jako straż przyboczna szlachcica, który na domiar złego nie chce im płacić. Ale mogło być gorzej – ich chlebodawca mógłby leżeć martwy, podczas gdy oni musieliby bezradnie patrzeć, jak zabójca podrzuca fałszywe dowody wikłające ich w morderstwo. Chwileczkę… Przecież to właśnie się zdarzyło!

W najbardziej zepsutym mieście świata zawiązuje się spisek koronacyjny, a to oznacza, że wszystko, o co walczą Falcio, Kest i Brasti, może lec w gruzach. Jeśli tych trzech zechce przeciąć intrygę, ocalić niewinnych i wskrzesić Wielkie Płaszcze, będą musiały wystarczyć im rapiery w dłoniach i obszarpane skórzane odzienie. Dziś bowiem każdy arystokrata jest tyranem, każdy rycerz – bandytą, a jedyne, czemu można ufać, to Ostrze zdrajcy.

„Szalony taniec walk, spisków i zaskakujących zwrotów akcji”. – Dave Duncan, bestsellerowy pisarz fantasy

„Piekielnie dobra książka”.– Conn Iggulden, autor bestsellerowej serii Imperator

Opinie o ebooku Ostrze zdrajcy - Sebastien de Castell

Fragment ebooka Ostrze zdrajcy - Sebastien de Castell

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Tytuł oryginałuLa crociata dei bambini

Copyright © Dmitry Glukhovsky, 2013–2017 Copyright © Tullio Avoledo, 2014 All rights reserved. The moral law of the authors has been asserted

Pomysł serii Uniwersum Metro 2033 © Dmitry Glukhovsky, 2009–2017

Przekład z języka włoskiego Piotr Drzymała

Projekt okładki Ilja Jackiewicz

Projekt logotypu serii Jacek Doroszenko, www.doroszenko.com

Redakcja Piotr Mocniak

Korekta Aleksandra Jastrzębska-Wiktor, Tomasz Brzozowski

Konwersja Tomasz Brzozowski

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2017 Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ta jest dziełem wyobraźni. Nazwiska, postacie i wydarzenia zostały wymyślone przez autora i są fikcyjne. Wszelkie podobieństwo do zdarzeń, miejsc lub osób rzeczywiście istniejących obecnie lub w przeszłości jest czysto przypadkowe.

ISBN 978-83-65743-63-3

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków telefon / fax +48 (12) 636 01 90biuro@insignis.pl, www.insignis.plfacebook.com/Wydawnictwo.Insignistwitter.com/insignis_media (@insignis_media)instagram.com/insignis_media

Dedykacja

Mojemu rodzeństwu

Motto

Auf die Erde voller kaltem Wind Kamt ihr alle als ein nacktes Kind.

Na ziemię zdjętą wichrem zimnym przybyliście jako dzieci nagie.

Bertolt Brecht, Von der Freundlichkeit der Welt

Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni.

Ewangelia wg św. Jana, 10:16

Cimcum

Prolog

Mężczyzna, którego zwiadowcy z Miasta odnaleźli porzuconego w śniegu niczym zepsutą zabawkę, wyglądał na umierającego.

Patrzyli na niego w osłupieniu. Nigdy jeszcze nie widzieli tak starego człowieka. Wydawał się martwy jak zwęglone pnie drzew wzdłuż drogi.

Stracił dużo krwi. Zbyt dużo, żeby przeżyć.

Dlatego nieśli go do schroniska bez najmniejszej dbałości, jak coś zupełnie bezwartościowego.

Matka Miłosierdzia pokręciła głową, kiedy go zobaczyła. Opatrując mu rany na nodze i na biodrze, uznała, że nie przeżyje nocy. W swoim pokoju ozdobionym ludzkimi czaszkami i starymi, wypchanymi w szpitalu peryferyjnym zwierzętami, Matka długo wypowiadała magiczne formuły, zanim uciekła się do ostatecznej próby: do zapomnianego rytuału, którego tajemnicę znała tylko ona.

– DEFIBRYLATOR! ŁADUJ!

Nacisnęła mocno rękami klatkę piersiową obcego.

Nagie ciało mężczyzny było nieruchome i trupio blade.

Szczupłe młode twarze, słabo oświetlone wątłym płomieniem świecy, pochyliły się, żeby lepiej widzieć. Po chwili odskoczyły wystraszone donośnym okrzykiem Matki.

– ŁADUJ!

Kolejny wstrząs, jeszcze silniejszy niż poprzedni.

Leżące na ziemi ciało drgnęło.

– TRACIMY GO! DAJCIE MI WIĘCEJ ENERGII!

Cała dwunastka pielęgniarzy podała sobie dłonie, tworząc krąg. Ostatnia, a zarazem najmłodsza z nich, Albachiara, wyciągnęła prawą rękę i uścisnęła dłoń obcego. Lewą rękę splotła z dłonią swojego brata Michelego, zwanego Miką.

– ŁADUJ! – wrzasnęła znowu Matka na cały głos.

Wszystkich jakby przeszyła błyskawica. Mika, a zaraz po nim Albachiara, poczuli pulsowanie energii, coś na kształt błękitnej kuli przepływającej po plecach i ramieniu, pozostawiającej za sobą wrażenie mrowienia i przechodzącej aż do dłoni leżącego na szpitalnym łóżku mężczyzny.

Artretyczne palce Matki jeszcze raz nacisnęły pierś konającego.

Mika przyglądał się tej scenie przepełniony strachem.

Ciałem wstrząsnęło, jakby rzeczywiście przeszył je prąd.

Wagant, szef zwiadowców, opowiadał im kiedyś o elektryczności. Czym była, co dawała. Dla nich była magią z zamierzchłych czasów.

To, czym jesteśmy teraz, mówił, to tylko symboliczna energia. A tamta była prawdziwa: mogła cię spalić jak piorun. Była we wszystkich domach, w ścianach. Jak ta moc, którą mamy w żyłach, pod skórą. Energia była bogiem tamtych czasów. To ona je stworzyła. I ona je zniszczyła.

Matka zmierzyła Mikę surowym spojrzeniem, jakby wspomnienia chłopca zostały wypowiedziane na głos i naruszyły świętość obrzędu.

Potarła dłonią o dłoń, aby wytworzyć magię zwaną „elektrycznością”.

Potem zbliżyła dłonie do piersi mężczyzny.

Wszyscy wiedzieli już, że to ostatnia próba.

Musiał być wielkim grzesznikiem. Nic nie mogło go ocalić.

Dokładnie tak powie Matka, zanim zamknie mu oczy i wytnie nożem na czole dwanaście pionowych kresek, które oznaczą go na podróż ku Ofiarowaniu. Symbol, który nazywała „kodem kreskowym”.

Położyła dłonie na torsie obcego. Zimne zakrzywione palce zamknęły się w puchar.

W powietrzu słychać było jakieś skwierczenie. Czuło się ozon. Niemożliwe, a jednak.

– DAJCIE MI WIĘCEJ ENERGII! SKONCENTRUJCIE SIĘ MAKSYMALNIE! RAZ, DWA, TRZY: ŁADUJ!

Tym razem wstrząs był potężniejszy, niż Mika i pozostali mogli się spodziewać. Albachiara bezwiednie aż jęknęła.

Plecy obcego wygięły się nagle w łuk. Mężczyzna wydał z siebie nieludzki krzyk, a z ust wyciekł mu strumień gęstego, czarniawego płynu. Oczy otworzyły się szeroko i wbiły niewidzące spojrzenie w sufit. Były białe, zamglone.

Jak oczy ryby smażonej na ogniu, powie tej nocy Mika swoim kolegom w pokoju zabaw.

Choć żaden z nich, rzecz jasna, nie widział nigdy ryby. Było to po prostu powiedzenie zasłyszane od dorosłych.

Z ust obcego znowu chlusnął czarny strumień, a po chwili nieco jaśniejszy, cuchnący żółcią.

Ślepe spojrzenie spoczęło na obecnych. Na kręgu utworzonym z ich twarzy.

Tyle że oczy nie wyglądały na ślepe. Zdawały się widzieć.

– Jak się nazywasz? – spytała Matka swoim skrzeczącym, ptasim głosem.

– John Daniels. Ojciec John Daniels – wyszeptał obcy i zemdlał.

1 | Przeżyje?

– Przeżyje? – zapytał Rządca, patrząc krzywo na mężczyznę leżącego pod brudnym kocem.

Matka pochyliła głowę, kręcąc włosy lalki, którą nosiła zawieszoną na naszyjniku. Lalka była smukła, miała blond włosy. Kiedyś takie lalki nazywano Barbie. Na tym samym naszyjniku wisiały jeszcze głowy jedenastu innych Barbie.

Matka i Rządca byli sami w szpitalu peryferyjnym. Sami w złowieszczym towarzystwie obcego.

– Przeżyje. Nie wiem, jak to możliwe, ale przeżyje. I może dla niego to wcale nie jest dobra wieść. Jest coś dziwnego w tym człowieku. Coś bardzo dziwnego. Są jakieś duchy wokół niego, i to duchy, które chyba wychodzą z niego samego. Nigdy nie widziałam takiej aury.

Rządca już chciał powiedzieć, że te historie o aurach były dobre dla nieoświeconych Obywateli, a nie dla kogoś z jego wykształceniem, ale się nie ośmielił. W Mieście wszyscy odczuwali lęk przed Matką Miłosierdzia. To ona leczyła, ona wysyłała do Wuja, kiedy nadchodził twój czas. Obecna Matka pochodziła z Wysokich Domów, dziesięć godzin drogi od Miasta. Zawsze tak było. Matki Miłosierdzia zawsze pochodziły z innego miasta. Decyzje, jakie musiały podejmować, rzeczy, które były zmuszone czasem robić, byłyby trudne do wykonania dla kogoś, kto znał wszystkich w mieście. Jak zawsze Matka była z zewnątrz. Tak było niezmiennie od dnia wielkiego grzmotu.

– Wiesz już, skąd jest?

Kobieta pokręciła przecząco głową. Naszyjnik z kości, który miała na sobie i który nazywała „stetoskopem”, wydał suchy dźwięk, coś jak odgłos kości rzucanych na zielone sukno w kasynie.

– Nie jest człowiekiem z miasta. Przybywa na pewno z daleka.

I, jakby na potwierdzenie swoich słów, spomiędzy fałd szaty zręcznym ruchem wyjęła zawiniątko. Rozwinęła chusteczkę. Oczom Rządcy ukazało się coś, co zaparło mu dech w piersiach.

– ZABIJ GO! – wrzasnął tak głośno, że Matka aż podskoczyła. – ZABIJ GO! – powtórzył piskliwym ze strachu głosem.

Cofnął się z pianą na ustach, jakby go ugryzł Stwór Nocy. Jego palec wskazujący mierzył w leżącego pod kocem obcego.

Matka poderwała się przestraszona reakcją chłopaka. Szata, którą nazywała „albą” – długa, niegdyś biała suknia z tkaniny – rozdarła się na boku i ukazała kolejne naszyjniki ze szczurzych czaszek. Jej ramię błyskawicznym ruchem powstrzymało dłoń Rządcy próbującą wyszarpnąć stary pistolet z kabury.

– Nie rób głupstw.

Rządca warknął coś, starając się wyrwać z uchwytu Matki. – To morderca!

Matka szukała właściwych słów, żeby mu odpowiedzieć, gdy z legowiska doszedł do ich uszu słaby, chrapliwy głos obcego:

– Nie… jestem… mordercą.

Jego białe oczy wbiły się w Rządcę. Później skierowały się ku prawej dłoni Matki. Palce uzdrowicielki otworzyły się same, jakby były niezależnym od niej bytem, ukazując przedmiot, który zrobił tak piorunujące wrażenie na Rządcy: była to kulka z szarego ciężkiego metalu o średnicy kilku centymetrów, prymitywnie uformowana na kształt oka.

Dłoń obcego uniosła się. Złamany paznokieć palca wskazującego skierował się w stronę dłoni Matki, w stronę ołowianego oka, którego mężczyzna nie mógł widzieć.

– To… nie moje… Wziąłem je… ludziom, którzy… mnie napadli.

– Ilu ich było?

Suche wargi obcego wykrzywiły się w ponurym uśmiechu.

– Jak dla mnie… za wielu.

– To oni cię oślepili?

– Nie. To… nie oni. To… było… wcześniej.

Ręka mężczyzny opadła bezwładnie na zniszczony koc.

– Dajcie mi pić. Mam sucho w gardle.

Matka przystawiła mu do ust misę. Woda była mętna i miała straszny zapach, ale obcy wypił ją do ostatniej kropli.

Rządca zdjął rękę z kabury pistoletu.

– Jeśli jesteś ślepy, to skąd wiesz, co się naprawdę stało? Skąd wiesz, ilu cię napadło?

Obcy uśmiechnął się i utkwił puste spojrzenie w twarzy Rządcy.

– Wiem, i tyle.

Chłopak podrapał się po brodzie, wprowadzając zamieszanie w lokalnym gnieździe wszy.

– Wyjdź – rozkazał Matce.

– Ale…

– Nie dyskutuj.

Kobieta zagryzła wargi, pochyliła głowę i wyszła.

Rządca przykucnął obok legowiska obcego.

– Najpierw powiedz mi, skąd przychodzisz.

– Gdy ci powiem, nie uwierzysz.

– Pozwól, że sam o tym zdecyduję.

– Przychodzę z Wenecji.

– Z Wenecji? A co to jest Wenecja?

– Takie miasto.

– Nie ma miasta o takiej nazwie. Znam wszystkie miasta, żadne nie nazywa się tak, jak mówisz.

Mężczyzna leżący pod szarym, brudnym kocem westchnął.

– A co wiesz o świecie, który jest na zewnątrz?

Rządca wypiął dumnie pierś.

– Podróżowałem. Znam miasta Wysokich Domów i te, które żyją wokół Żelaznych Wrót.

– Co masz na myśli, kiedy mówisz „miasto”?

Rządca wzruszył ramionami.

– Czym jest dla ciebie „miasto”? – nalegał obcy.

– Daj spokój. Każdy to wie.

– Ale powiedz.

– Miasto… no, miasto to masa ludzi, którzy są razem. Tak jak my.

– Masz na myśli „plemię”.

– Nie! Plemię to… to tak jak piraci albo Indianie. To tylko kupa dzikusów. A miasto jest wtedy, kiedy zbierają się razem cywilizowani ludzie.

– A ty jesteś szefem tego… „miasta”? Jesteś burmistrzem?

– Nie. Jestem Rządcą. Nie ma burmistrza, gdy jest Stan Zagrożenia. Kiedy się skończy, wybierzemy burmistrza, będą wybory i plakaty i wszystko, co trzeba. Ale na razie mamy tylko Rządcę, którym jestem ja.

Ślepe oczy obcego lustrowały powoli ściany groty, jakby widziały. Przytaknął.

Rządca patrzył na niego zafascynowany.

– Ilu was jest? – spytał obcy.

– Po co ci ta wiedza?

– Myślisz, że mógłbym was skrzywdzić, gdybym to wiedział? To taka ważna informacja? Jestem sam, jestem ranny. Jestem ślepy. Co ja wam mogę zrobić? Przypuszczam, że przed tą izbą stoi przynajmniej dwóch strażników gotowych przebić mnie włóczniami, gdy tylko spróbuję stąd wyjść.

– Trzech – skłamał Rządca. – Strażników jest trzech. I nie mają włóczni, tylko pistolety – dodał, starając się, żeby te słowa zabrzmiały dumnie.

Obcy pokręcił głową.

– Jest ich dwóch. Młodych i niedoświadczonych, z włóczniami. Tego młodszego boli brzuch, już dawno powinien pójść do latryny, ale boi się, że go ukarzesz za opuszczenie posterunku. Radzę ci go puścić, bo inaczej nie będzie tu czym oddychać.

Rządca wytrzeszczył oczy.

– Co do ich pistoletów – ciągnął nieznajomy – to imitacja broni. W moich czasach mówili na to straszaki. Robią dużo hałasu, ale żadnej krzywdy.

Zamknął oczy. Te dziwne białe oczy, od których Rządcy chodziły ciarki po plecach.

Obcy zapytał szeptem:

– Ile masz lat?

– Po co chcesz wiedzieć?

– Powiedz mi, proszę, ile masz lat.

– Dwadzieścia pięć – wydukał Rządca.

Obcy zamyślił się dłużej, gdy to usłyszał.

Twarz tamtego poczerwieniała ze zdenerwowania pod rzadką młodzieńczą bródką.

– Czemu się tak denerwujesz? – zapytał obcy uprzejmie.

– Nie denerwuję się.

– Ale twój pot nie kłamie – skwitował obcy. – No to jak? Z ilu osób składa się wasze miasto?

– Dlaczego miałbym ci to powiedzieć?

– Dlatego że pytam. I dlatego że nie jestem w stanie wykorzystać tej informacji przeciwko wam. Spójrz tylko na mnie.

Rządca potulnie posłuchał. Nigdy nie widział tak starego człowieka. Najstarszą osobą w Mieście była Matka Miłosierdzia, a przed nią Mama, która uratowała ich w Stanie Zagrożenia. Ale Mama miała zaledwie dziesięć lat więcej od zbłąkanych dzieci.

Ten człowiek był naprawdę stary.

Jego długa zaniedbana broda przypominała Rządcy bohatera pewnej historii, którą opowiadała Mama – historii mężczyzny, który polował na wielkiego białego wieloryba, tropiąc go aż na krańcach świata.

– Nie jestem aż taki stary – odezwał się obcy, jakby mu czytał w myślach.

– Ile masz lat?

– W czasach Zagłady, które ty nazywasz Stanem Zagrożenia, byłem mniej więcej w twoim wieku. Każdy nazywa to inaczej, ale chodzi o to samo. Dzień, w którym wszystko zostało stracone oprócz nadziei, choć i tej pozostało niewiele. Wydaje się, że ludzkie nasienie zdane jest na zatracenie…

Rządca się żachnął.

– Nie mam czasu na głupstwa. Spróbuj odpowiedzieć precyzyjnie. Chcę wiedzieć, kim jesteś i dokąd szedłeś, zanim natknąłeś się na Synów Gniewu. Zakładając, że wszystko odbyło się tak, jak mówisz.

– Nazywacie ich Synami Gniewu? Dobra nazwa. Bili mnie z modlitwą na ustach. A choć modlili się po łacinie, to byli niczym diabły. Znałem tylko jednego człowieka równie szalonego: kaznodzieję, który jeździł olbrzymią ciężarówką z kościołem w jej wnętrzu. Tyle że jego kościół torturował i zabijał. David Gottschalk – tak się nazywał. Połączenie kata i kaznodziei. Na ołtarzu jego kościoła widziałem taki symbol jak ten.

– Mówisz o tym oku, tak?

– Tak. Zastanawiam się, czy Gottschalk i Synowie Gniewu nie wyznają tego samego bluźnierczego kultu.

– Nie obchodzi mnie to. Odpowiedz na moje pytanie.

Daniels westchnął.

– Żeby odpowiedzieć na twoje pytanie, powtórzę jeszcze raz, że powiedziałem prawdę: przybywam z Wenecji. Przeszedłem pieszo setki mil. Szedłem do Rzymu. Tyle że kiedy przebyłem ćwierć drogi, musiałem zmienić trasę i trafiłem tutaj.

– Wciąż używasz słów bez sensu. Mów, z jakiego miasta przyszedłeś i dokąd zmierzałeś. Chcę nazw, które znam. Mów o dniach podróży, a nie o milach, cokolwiek by to nie było.

Obcy znów westchnął.

– Wenecja to miasto. Nie w waszym rozumieniu. Miasto, o którym mówię, składa się z ulic, domów i pałaców. Czekaj, nie przerywaj mi. Ale daj mi się jeszcze napić.

Rządca nalał wody z dzbana i zbliżył misę do ust księdza, który pił bardzo wolno, niemal nabożnie.

Kiedy skończył pić, uśmiechnął się.

– Nie ma nic lepszego od wody. Tylko musicie bardziej uważać na to, co pijecie. Wasza woda jest bardzo zanieczyszczona. Możecie się poważnie pochorować.

– Jeśli tobie nie szkodzi, to tym bardziej nam, młodym.

– To twoje zdanie.

Już dawno Rządca nie rozmawiał z kimś, kto najwyraźniej uważał się za równego mu poziomem. Przywykł do wydawania rozkazów, nie był gotowy na to, by ktoś się z nim równał. Te nieliczne sytuacje, w których przytrafiło mu się coś podobnego, miały miejsce z niewolnikami, żołnierzami przybyłymi z innych miast, którzy wpadli na ten fatalny pomysł, by rzucić wyzwanie Miastu. Rozmawiał z nimi przed Ofiarowaniem, czasami przez całą noc, próbując zebrać jak najwięcej informacji. Z tamtymi mężczyznami i kobietami Rządca dyskutował jak z równymi sobie. Ale pamięć ostatniej wojny była już odległa. Miastu od lat nikt już nie rzucał wyzwania.

– Ilu was jest? – nalegał obcy.

– To ja tu zadaję pytania – odparował Rządca. – Ta „Wenecja”, o której mówisz, jest silnym miastem?

– Nie, chociaż w pewnym sensie tak.

Młody mężczyzna wpadł w szał.

– Dość tego! Albo będziesz mówił, albo ofiaruję cię Wujowi!

Obcy zamilkł. Jego ślepe oczy długo wpatrywały się w pełne gniewu oczy Rządcy. Po chwili zdecydował się mówić.

– Dawno temu było to jedno z najpotężniejszych miast na świecie. Jego flota panowała niepodzielnie na Morzu Śródziemnym. Jego pałace ociekały złotem i kamieniami szlachetnymi. Później przyszedł upadek. W czasach Zagłady było już tylko cieniem własnej minionej chwały.

– Czyli nasze miasto jest większe od twojej Wenecji.

– Możliwe. Gdybyś tylko zechciał mi powiedzieć, ilu was jest i jaką macie broń…

Ręka Rządcy znów powędrowała do kabury.

– Odpręż się – szepnął obcy, wzdychając. – Za bardzo się asekurujesz. Jaką krzywdę może ci zrobić taki starzec jak ja?

– Byłeś praktycznie martwy, kiedy cię tu przynieśli. Jakim cudem tak szybko z tego wyszedłeś? I jak zdobyłeś ten symbol Synów Gniewu?

– Nie przestajesz zadawać pytań, a nie przyszło ci do głowy spytać, czy czasem nie jestem głodny.

– Najpierw odpowiedz. Jeśli będę zadowolony z twoich odpowiedzi, dostaniesz jeść. Inaczej ofiaruję cię Wujowi.

Obcy pokręcił głową.

– Już drugi raz o nim mówisz. To chyba możesz mi powiedzieć: kto to jest ten „Wuj”?

Rządca wydawał się zaskoczony tym pytaniem.

– Nie wiesz, kto to jest Wuj? Myślałem, że wszyscy to wiedzą, że wiedzieli nawet przed Stanem Zagrożenia. Wuj to istota, która jest tam, na zewnątrz. Jest jeden, ale kiedy jest dobry, nazywamy go Wujem z Ameryki. Kiedy zaś jest zły, staje się Wujem Festerem. Dobry Wuj mieni się tysiącem kolorów. Wściekły – brzydnie, rosną mu pazury i kły, robi straszne rzeczy dzieciom…

– Macie dzieci?

– NIE ZADAWAJ WIĘCEJ PYTAŃ! – wrzasnął Rządca tak głośno, że jeden ze strażników odsunął zasłonę zamykającą wejście do szpitala, żeby sprawdzić, co się dzieje.

– Wszystko w porządku. Wracaj na miejsce – rozkazał mu ostro Rządca.

Chłopak z włócznią posłuchał. Ostrze broni zrobione było ze starego kuchennego noża zaostrzonego tak, że we wprawnych rękach stawało się śmiercionośnym narzędziem. Ale Daniels wątpił w to, że jego właściciel zdoła zrobić z niego właściwy użytek. Dłonie chłopaka drżały, a twarz nosiła ślady skrajnego niedożywienia.

– Od jak dawna ten chłopak nie je nic treściwego? – zapytał półgłosem.

Odpowiedź Rządcy zionęła złością.

– Od ostatniego Ofiarowania. Módl się, żeby tej nocy nie było kolejnego.

2 | Ostatnie ofiarowanie

John Daniels, słysząc te słowa, zadrżał.

W podróży przeżył wiele okropności, ale największą, z jaką musiał się mierzyć aż nazbyt często, byli ludzie zmuszeni do pożywiania się mięsem bliźnich. Kościół Nowego Watykanu, niewielka społeczność kierowana przez kardynała kamerlinga Albaniego w katakumbach Świętego Kaliksta, potępiał kanibalizm – groziła za to kara śmierci.

Ale Kościół nie zawsze był w stanie zapewnić przestrzeganie prawa. Nie poza swoimi granicami.

A czasami nawet i w swoich granicach.

Chodziły słuchy, że rodzina Morich, która jako pierwsza zajęła katakumby i kwestionowała władzę Kościoła nad tym olbrzymim podziemnym schroniskiem, splamiła się w przeszłości także i tym strasznym grzechem. Ale Mori stali ponad prawem, tak ludzkim, jak i boskim. Ojciec Daniels zastanawiał się nieraz w trakcie swojej podróży, jak zmienił się układ sił w Świętym Kalikście pod jego nieobecność. Czy Albaniemu udało się wytłumaczyć przed Morimi z fiaska wyprawy do Wenecji? Wyprawy mającej wrócić do domu ze skarbem Świętego Marka, na który Mori się ślinili, ale przede wszystkim obliczonej na sprowadzenie do Rzymu, dobrowolnie lub pod przymusem, Patriarchy, którego obecność była niezbędna do zwołania konklawe i wyboru papieża po dwudziestu latach sediswakancji. Papieża, którym rzecz jasna zostałby Albani, kardynał kamerling, rządzący Kościołem przez dwadzieścia lat od śmierci ostatniego arcybiskupa Rzymu.

Kiedy Daniels wyruszał wraz z konwojem Gwardii Szwajcarskiej ze schronu Świętego Kaliksta, równowaga polityczna Nowego Watykanu była co najmniej niepewna. Autorytet Kościoła ustępował pola władzy Morich. To dlatego Albani poczuł się w obowiązku zarządzenia tej wyprawy, pomimo olbrzymiego ryzyka i absolutnego braku pewności co do jej skutków.

Ilekroć ojciec Daniels wspominał Albaniego, czuł przypływ nienawiści: uczucia niezgodnego z jego powołaniem. A jednak nie mógł na to nic poradzić. Odkąd odkrył zdradę Albaniego, odkąd zrozumiał, że misja była przykrywką i że jej prawdziwym celem było zniszczenie Wenecji wraz z Patriarchą przy użyciu bomby atomowej, John poświęcił się jednej jedynej sprawie, jaką było powstrzymanie zbrodniczej ręki kardynała.

Spotkanie z Patriarchą poruszyło nim do głębi.

To, co odkrył pośród ruin Wenecji, było zbyt piękne i tajemnicze, by mogło zostać zniszczone przez ludzkość. Żeby móc to osądzić, najpierw należało to zrozumieć. Być może był to dar, a nie zagrożenie.

Ta podróż zmieniła go na wiele sposobów. Stracił wzrok, ale zyskał zdolność odczuwania empatii wobec istot, które kiedyś potępiłby bez chwili zastanowienia. Jego wiara nie dość, że przetrwała okropności podróży, to wyszła z niej zahartowana niczym klinga. Choć pewnie Albani przeraziłby się na widok nowego kształtu tej klingi.

Młodzieniec, który kazał się nazywać Rządcą, spojrzał w twarz Danielsa.

– Co jest? – zapytał w reakcji na jego milczenie. – Bawisz się ze mną w kotka i myszkę?

Na te słowa po twarzy księdza przebiegł skurcz. Kąciki jego ust uniosły się dziwnie w górę, od miesięcy nie miał takiej miny.

John Daniels wybuchnął głośnym śmiechem. W oczach chłopaka malowało się zdumienie.

– A kiedyś ty widział kota?

Rządca poczerwieniał.

– Tak się po prostu mówi.

– Ja kota widziałem w Wenecji – wyszeptał Daniels. – Dziwny to był kot. Tak jakby był i jakby go nie było jednocześnie.

– Jak Kot-Dziwak z Cheshire? – wymknęło się chłopakowi.

– Jak Kot-Dziwak z Cheshire – potwierdził ksiądz. – A kiedy byłem chłopcem, miałem prawdziwego kota. Rasy maine coon, prążkowany, jak tygrys. Miał na imię Angel. A więc znasz Alicję w Krainie Czarów?

Rządcę zdziwiło to pytanie.

– Jasne! Wszyscy znają tę historię.

Daniels wolał nie zaprzeczać.

– Ten wenecki kot musiał być słynnym „kotem Schrödingera”.

– Czyim kotem?

– Nieważne, zapomnij. Wenecja to dziwne miejsce. Miejsce, które zmienia cię w środku. Ale ten schron… to wasze miasto… też niczego sobie. To mówiłeś, że ilu was jest?

– Nic nie mówiłem. I żebym nie musiał ci powtarzać, że nie masz zadawać pytań.

– Macie kogoś do leczenia chorych. Kobietę, która mną się zajmowała.

Rządca wypiął dumnie pierś.

– Tak. Mamy Matkę Miłosierdzia. I mamy Rządcę – to ja. Mamy kino, i bibliotekę, i…

– Jak? Kino?

– Tak. Inne miasta nie mają nic takiego. To żałośni…

– Barbarzyńcy…?

– Gorzej. To piraci. I Indianie.

– „Piraci i Indianie” mówisz?

Rządca spojrzał badawczo na Danielsa, próbując wychwycić ślad kpiny lub domyślić się pytania. Ale wyglądało na to, że ksiądz przyjął jego słowa normalnie. Dziwny był ten Daniels. Naprawdę dziwny. Miało się wrażenie, że dużo wie. Byłoby doprawdy szkoda, gdyby umarł, zanim przekaże Miastu swoją wiedzę.

– Pokażesz mi to kino? I bibliotekę? – spytał ksiądz.

– Kiedy poczujesz się lepiej. Teraz nawet nie utrzymasz się na nogach.

– Już czuję się lepiej.

Rządca uciął krótko tę zbędną dyskusję, która mogła go jedynie rozzłościć.

– Teraz odpoczywaj. Przyślę tu Matkę. Ona się tobą zajmie, dopóki nie będziesz mógł wstać. Wtedy zobaczę, czy będę miał czas, żeby ci pokazać Miasto. Musisz wiedzieć, że jestem bardzo zajętym człowiekiem.

Nie pozostawiając staremu czasu na odpowiedź, bez słowa pożegnania, odsunął zasłonę zamykającą wejście do szpitala i wyszedł.

Ledwo minął czas potrzebny na zaczerpnięcie dziesięciu oddechów, a w pomieszczeniu pojawiła się Matka Miłosierdzia. W ręku trzymała miskę z odrapanym brzegiem, z której wydobywała się niewiarygodna woń, tak intensywna, że zdominowała smród izby. Nos Johna Danielsa od dawna nie czuł takiego aromatu. Aż poleciała mu ślinka.

Po chwili z przerażeniem zdał sobie sprawę, skąd brał się ten zapach.

Rosół.

Wywar z mięsa.

– Jedz. Nie rób takich min – napomniała go Matka. – Jeśli nie będziesz jadł…

Nie dokończyła.

Jeśli nie będę jadł, to co mi się stanie? Co chciałaś powiedzieć? – zastanawiał się ojciec Daniels. – Jeśli nie będziesz jadł, to nie urośniesz? Jeśli nie będziesz jadł, to przyjdzie babok? Przyjdzie Wuj?

Kobieta podstawiła dymiącą miskę pod nos księdza. Poruszyła nią kilka razy, aż aromat zupy zrobił swoje.

Kiedy usta Danielsa dotknęły brzegu miski, kiedy pierwszy łyk rosołu spłynął do gardła, pociekły razem ślina i łzy, kapłan pił, a w duchu przeklinał siebie samego, i znowu pił, łapczywie, wielkimi haustami, a z każdą kroplą pożywnego płynu wlewającego się do jego ciała wypowiadał słowa przeprosin i modlitwy – i nie umiał powiedzieć, które skierowane były do Boga, a które do istoty, którą się żywił.

– Co mam zrobić z tym człowiekiem? – zapytał Rządca, zwracając się do fotografii.

Zawieszone na ścianie jego pokoju zdjęcie przedstawiało Matkę Miasta. Oprawne było w ogromną barokową ramę. Zbłąkane dzieci znalazły ją w jednym ze sklepów dzielnicy. Stare drewno wiło się dekoracjami aniołków i kiści winogron. Zapewne zdobiło portret jakiegoś szlachcica, wielkiego kondotiera, a może nawet papieża. Zdjęcie Mamy, maleńki kolorowy kwadracik, ginęło wśród tego przepychu.

Odpowiedzialność od zbyt dawna ciążyła jak głaz na wątłych barkach Rządcy. Chętnie przekazałby tę funkcję innym, ale to nie wchodziło w grę. Jego urząd był dożywotni.

– Kiedy mnie wybierałaś, wiedziałaś, na co mnie skazujesz? – zapytał zdjęcia, które w pewnym sensie przypominał: coś bardzo małego zamkniętego w nieproporcjonalnie wielkiej ramie. – Wiedziałaś, z czym będę się musiał zmierzyć? Domyślałaś się wagi wyborów, konsekwencji moich decyzji? Mówiłaś zawsze, że mnie kochasz, że jestem twoim cudownym synkiem, i tak mnie wynagrodziłaś?

Łzy obficie spływały mu po policzkach.

Mama nie odpowiadała. Jakżeby mogła? Na łożu śmierci powiedziała mu coś, co Rządca zachował tylko dla siebie. Czego nikt w Mieście nie powinien usłyszeć.

Tam, na zewnątrz, czai się straszny świat. To nie moja wina, Don. Nie zrobiłam nic złego. Moją jedyną winą jest to, że was uratowałam. Powinnam była pozwolić wam umrzeć. A później sama się zabić. Tak byłoby lepiej. Płynąć z nurtem rzeki, zamiast walczyć z prądem. Próbowałam ratować życie w umierającym świecie. Popełniłam błąd. Żeby was uratować, musiałam dokonywać strasznych wyborów. Musiałam pozbawić się wszelkich skrupułów, poświęcić własne przekonania. Musiałam robić rzeczy straszne, żebyście przeżyli…

Mama uratowała pewną cenną rzecz z czasów przed Stanem Zagrożenia. Niewiarygodne, że tak delikatny przedmiot nadal działał. Nazywała to „piórem wiecznym Montblanc”.

Tego dnia, w ostatniej godzinie swojego życia, Mama przekazała Donowi zawiniątko z piórem wiecznym i dwie drogocenne buteleczki z atramentem.

Na piórze wygrawerowane były złotymi literami jej imię i nazwisko: Francesca Vitali.

To mój prezent na zakończenie studiów, powiedziała, zamykając drżące palce Dona na tym niezwykle cennym darze. Weź. Ty jesteś teraz nowym Rządcą.

Dlaczego ja, Mamo? Czemu nie Wagant?

Wagant się nie nadaje. Możesz na niego liczyć, ale to nie jest właściwy człowiekdo tego zadania. Możesz mu ufać. Będzie wykonywał twoje rozkazy, i to perfekcyjnie. Ale to nie jest właściwy człowiek, żeby prowadzić moje zbłąkane dzieci.

Ale tyle mu zawdzięczamy. To niesprawiedliwe, że wybierasz mnie.

Wagant zrozumie. Zobaczysz. Problemy będą z innymi.

Wstrząsnął nią napad takiego kaszlu, że aż zgięła się wpół z bólu. Jak scyzoryk Waganta, którego małe ostrze otwierało się o sto osiemdziesiąt stopni. To legendarne ostrze, które pewnego dnia uratowało ich od ludojadów. Mama zginała się wpół jak ten scyzoryk z tnącym ostrzem tak często, że przypominała kartkę papieru.

To też była symboliczna rzecz. Taka relikwia z przeszłości.

Tego dnia, siedem lat temu, umierając, Mama ofiarowała mu swój dar i wymówiła słowa, które uczyniły Dona Rządcą Miasta.

Dbaj o moje dzieci – wyszeptała ledwo słyszalnym głosem.

Chwilę potem dobiły ją gorączka i ostatni spazm kaszlu. Zgasła jak płomień dopalającej się świecy, który rozbłyskiwał w kałuży rozlanego wosku, rzucając na ściany upiorne cienie.

Prowadź ich. Broń. Pocieszaj, gdy poczują się samotni. Karz, kiedy będzie trzeba, ale pamiętaj, że są jak twoje dzieci. Kiedyś będziesz miał też swoje. Widziałam, jak Sara na ciebie patrzy. Pewnego dnia urodzi ci dzieci, ona albo inna. Pamiętaj – jakkolwiek byś ich nie kochał, musisz jeszcze bardziej kochać te, które…

Jej oczy zamknęły się na dłużej z bólu.

Kiedy znów zaczęła mówić, jej głos był słaby jak szelest liści niesionych przez wiatr.

Donowi przyszła na myśl grecka dziewczyna, która tak nikła z miłości, że został z niej tylko głos. Kiedy była bliska śmierci, bogowie zlitowali się i zamienili ją w cykadę.

Litość…

Prawie nic nie zostało z Mamy.

Kiedy znów otworzyła oczy, nie dokończyła na wpół urwanego zdania. Chwyciła dłoń Dona cienkimi jak odnóża pająka palcami i pogładziła ją. Jej usta poruszały się wolno, niemal niezauważalnie. Don wyłowił spośród łez i łkania Mamy słowa piosenki dla dzieci, którą śpiewała im na dobranoc, gdy byli mali. Coraz słabszy głos intonował kołysankę do samego końca. Potem usta zamilkły, i nie było już Mamy.

Don wybuchnął niepohamowanym płaczem. Położył głowę na ramieniu Mamy, zalewając je łzami.

Czuwał przy niej znieruchomiały całą noc, gdy jej ciało stygło, a usta coraz bardziej się otwierały, nadając jej twarzy idiotyczny wyraz.

O świcie, gdy po ciemności nastąpiła szarość, Don wstał pośród zapachu choroby i wypalonych świec, jaki panował w pokoju śmierci. Popatrzył na Mamę z góry, z dziwnym uczuciem. Spokojny, zdystansowany. To, co leżało pod kołdrą, nie było już Mamą. Było ciałem, którym należało zadysponować dla Ofiarowania.

Kiedy wyjął z etui drogocenne wieczne pióro, nie był już Donem.

Był nowym Rządcą.

Ci, którzy weszli do pomieszczenia, zrozumieli to natychmiast. Spojrzeli błyszczącymi oczami na martwą Mamę i na stojącego obok niej chłopaka, po czym skłonili się, oddając im honory. Zawołali resztę i wszyscy razem przyklękli wokół łoża, aby być świadkami tej chwili. Uroczystym, wolnym gestem Rządca odkręcił zatyczkę pióra. Pochylił się nad Mamą i po chwili zawahania nakreślił na jej lodowatym czole dwanaście pasków kodu kreskowego. Piórem, nie nożem. Skóra była gładka. Nie było już na niej zmarszczek boleści, które znaczyły ją w ostatnich chwilach życia. Znaki wyszły precyzyjne, doskonałe.

Rządca wypowiedział formułę pożegnania i wyznaczył czterech Obywateli, którzy mieli zająć się przygotowaniem Ofiarowania. Oczywiście Waganta. A poza nim: Niedźwiedzia, Vasca i Malutkiego.

Czwórka wybrańców podeszła do łoża. Naciągnęli brzegi prześcieradła i zawinęli w nie ciało Mamy, po czym w ciszy położyli je sobie na ramionach.

Rządca wybrał Waganta, bo wiedział, że w tej sprawie może liczyć na dowódcę wojowników, a innych dlatego, że byli najmniej inteligentni w Mieście. Wymienili z Wagantem porozumiewawczy znak, i ciało zostało wyniesione.

Znak, którego pewnie nie zauważył nikt inny w pomieszczeniu, był prawdziwą inwestyturą Dona. Teraz pozostawało mu już tylko ją sformalizować.

Pierwszym Obywatelem, który powstał, był Drzewo. Nazywali go tak z powodu jego chudości, która upodobniała go do jedynego drzewa, jakie wszyscy pamiętali. Czarnego, zwęglonego. Widać je było z ostatnich pięter na dziedzińcu Miasta. Pień, od którego odchodziły dwa konary, niczym ramiona w błagalnej modlitwie. Chłopak zwany Drzewem był dokładnie taki sam. Don przeczuwał, że to on będzie źródłem problemów. Był młody, w Mieście nie mógł liczyć na poparcie zbyt wielu osób. Ale był też jednym z najbardziej obłudnych Obywateli, i to stanowiło zagrożenie.

– Mama nie żyje – powiedział Drzewo, zwracając się nie do Dona, lecz do pozostałych. – Musimy wybrać nowego Rządcę.

Don pokręcił przecząco głową.

– Mama wybrała mnie.

– A kto tak twierdzi? Ty, Don? – odparował z wyzywającą miną.

Don pokazał wszystkim wieczne pióro.

Drzewo pokręcił głową.

– Mogłeś jej to zabrać siłą. Albo ukraść. Dlaczego nikogo nie wezwałeś, Don? Dlaczego zostałeś sam przy jej łożu śmierci? Skąd mamy wiedzieć, że nie zabrałeś jej pióra, gdy była już martwa?

Niełatwo było zachować spokój. Chłopak czuł jak wzbiera w nim gniew.

– Jak mnie nazwałeś? – Tamten zrobił zdziwioną minę. – Nie nazywam się już Don. Odtąd będziesz mnie nazywał „Rządcą”.

Popatrzyli sobie w oczy, jak dzieciaki, które rzucają sobie wyzwanie w zabawie.

Gdyby był sprytniejszy, gdyby lepiej rozegrał swoje karty, młodszy z chłopaków mógłby odwołać się do Obywateli, przypominając im, że nie było zasad sukcesji po jedynej istniejącej dotąd Rządczyni. Ale to nie był inteligentny chłopak.

Dla Miasta byłby to fatalny wybór.

W końcu Drzewo pochylił głowę. Warknął coś przy tym między zębami.

– Co tam mruczysz?

– Nic.

– „Nic…”, a dalej?

– Nic, Rządco – wykrztusił w końcu tamten, nie podnosząc wzroku.

Don zwrócił się do Obywateli.

Pokój był jednym kręgiem zapłakanych twarzy, oczu i zębów, które błyszczały jak klejnoty pośród łachmanów.

To mój lud, pomyślał Rządca i poczuł, jak serce zaczyna mu mocniej bić. Stare pióro było jak berło w jego dłoni.

– Czy jeszcze ktoś spośród was uważa, że wciąż się nazywam Don? – zapytał mocnym i pewnym głosem, choć duszę przeszywały mu ból i strach.

Obywatele pokręcili głowami jeden po drugim.

Jeden po drugim przemaszerowali przed nowym Rządcą, ściskając mu dłoń z lekkim ukłonem.

Ostatnim, który oddał mu honory, był Drzewo. Na dłoni Dona zacisnęły się jego lodowate, spocone palce.

Chwilę później chłopak z nieodgadnionym uśmiechem na ustach odwrócił wzrok i wyszedł z pokoju.

Biedny Drzewo, pomyślał Rządca, gładząc kciukiem zdjęcie Mamy. Biedny, głupi, durny Drzewo.

Tego samego wieczoru, kiedy Miasto rozbrzmiewało odgłosami lamentów po śmierci Mamy, a woń palonego mięsa wdzierała się do korytarzy i pokoi, wywołując łzawienie, Rządca szepnął trzy słowa do ucha Waganta. Ten nawet nie przytaknął. Wyszedł z pokoju lekkim krokiem, jak duch.

Następnego ranka towarzysze z pokoju Drzewa obudzili się i zobaczyli, że go nie ma. Musiał odejść, zabierając ze sobą, co jego. Tak przynajmniej im powiedziano. I tak oni sami opowiedzieli to innym.

Na ich miejscu Rządca zapytałby, jakim cudem Drzewo wyszedł z Miasta bez maski przeciwgazowej.

Może i zastanawiali się nad tym, ale nie uznali za stosowne o to zapytać.

Rządca pokręcił głową.

Westchnął i pogładził jeszcze raz zdjęcie, które z roku na rok płowiało coraz bardziej.

Ciekawe, przemknęło mu przez myśl, czy kiedyś ktoś pogładzi tak moje zdjęcie.

Nie. Uśmiechnął się. To się nie zdarzy. Przecież nie ma moich zdjęć.

Może zrobią portret. Albo rysunek. Mężczyzna o złym spojrzeniu, z rogami i widłami. Potwór pożerający dziecko.

Odwrócił się plecami do ramy, by zmierzyć się z ciemnością korytarza.

3 | Pierścień, aby nad nimi panować

Przebudziwszy się, John Daniels nie zdziwił się widokiem Rządcy siedzącego przy jego legowisku. Już we śnie rozpoznał jego zapach – ostry, ale nie przykry.

Ostatnie dwadzieścia lat to było prawdziwe nagromadzenie nieprzyjemnych zapachów – od fetoru rozkładu poprzez swąd palonego drewna, aż do najbardziej swojskiego odoru schronów, czyli mieszanki spleśniałego kartonu, mokrej tkaniny i niedomytych ciał. Od czasu do czasu zapach krwi, intensywny nawet wtedy, gdy się o nim tylko pomyśli. Czuł go aż nazbyt często w swojej podróży z Rzymu do Wenecji, a jeszcze częściej podczas pieszego powrotu. Czasem to była jego krew, częściej zaś tych, którzy próbowali stanąć pomiędzy nim a jego celem. Wieczorem, kiedy zatrzymywał się w jakimś niepewnym schronieniu, by odpocząć w podróży, zdejmując rękawice, za każdym razem wąchał sobie dłonie z obawą, że wyczuje smród gangreny. Ręce miał niemożliwie zmasakrowane. Rzemienie sań powyrzynały mu rany głębokie niczym stygmaty, czyli coś, co dotykało (czy też było błogosławieństwem, w zależności od punktu widzenia) niektórych świętych, kiedy na ich dłoniach pojawiały się rany Chrystusa ukrzyżowanego.

Metaliczny zapach krwi był dobrym zapachem. Oznaczał, że rany nie są zainfekowane. John otwierał wtedy puszkę z drogocennym sadłem i smarował je przed zabandażowaniem.

Zapach sadła też był dobry. Grunt to nie zastanawiać się, z jakiego zwierzęcia pochodziło. Dostał trzy puszki od kupca napotkanego u wrót Ravenny, najbardziej na północ wysuniętego przyczółka Państwa Kościelnego, którego Nowy Watykan był tymczasową stolicą. Ponura podziemna stolica państwa, które na mapie półwyspu zaznaczyło się oderwanymi plamami: jedno miasto tu, jakiś przyczółek sto kilometrów na północ. Wszystkiego kilkaset osób rozsianych w takich odległościach, że informacje docierały po tygodniach, jeśli nie po miesiącach.

Kupiec okazał się uczciwy. To, co przed Zagładą wydałoby się dziwne, stało się normalnością; uczciwość była teraz warunkiem koniecznym przetrwania. W zamian za sadło i garść informacji na temat Nowego Watykanu – w większości mało wiarygodnych – John dał mu złoty pierścień: jeden z tych, które znalazł w kieszeni, wracając z Wenecji.

Pierścien należał do tych, które każdego roku doża, wenecki władca, wrzucał do wody z Bucentaura podczas uroczystości zaślubin Wenecji z morzem1. Alessia, ta tajemnicza Alessia, zebrała całą garść tych pierścieni, by mu je ofiarować. John był przekonany, że je wyrzucił, ale kilka dni później, na początku swojej podróży powrotnej, odnalazł je w kieszeni kurtki wraz z sygnetem papieskim, Pierścieniem Rybaka. Wciąż pamiętał wrażenie, jakie na nim zrobił widok sygnetu na palcu kapitana Gwardii Szwajcarskiej, który się chwalił, że zdarł go ze zmumifikowanej ręki ostatniego papieża.

Teraz pierścień już nic a nic nie obchodził Johna Danielsa. Całkowicie stracił swoją symboliczną wartość. Był dla niego zwykłym kawałkiem metalu, nadającym się co najwyżej do wymiany na coś przydatnego do przetrwania. Był jak wszystkie inne pierścienie, które odnalazł w kieszeni.

Choć pewnie – mimo że myśl ta drażniła go – wymieniłby go na żywność, wodę czy lekarstwa w ostatniej kolejności.

– Cześć, Don – wyszeptał, nie otwierając oczu.

– Skąd znasz moje imię, cudzoziemcze?

– Dlaczego tak do mnie mówisz? Powiedziałem ci, jak się nazywam.

– Za to ty musiałeś ukraść moje imię, choć nie wiem, jak to zrobiłeś.

– „Ukraść”… Mocne słowo.

– Nie podałem ci go, więc musiałeś sam sobie wziąć. Wiedz, że Miasto pilnuje swoich nazw.

– Ja nazywam się John Daniels.

– A ja Rządca. Zapamiętaj. „Rządca”, a nie tak jak mnie nazwałeś. To imię było moje przedtem. Ale już do mnie nie należy. – Pochylił się. Wziął prawą dłoń Danielsa i przyjrzał się jej. – Jak mogłeś doprowadzić sobie ręce do takiego stanu?

– Ciągnąłem sanie. Mniej więcej przez trzy miesiące.

Rządca wybuchnął śmiechem.

– Kpisz sobie ze mnie? Trzy miesiące? Chyba trzy dni.

– Trzy miesiące – powtórzył Daniels dobitnie.

Chłopak podrapał się po rzadkiej brodzie. Próbował się domyślić z miny obcego, czy ten z niego kpi, czy rzeczywiście mówi prawdę.

– Przestań ze mnie kpić – zdecydował w końcu.

– Ani myślę.

– I gdzie niby są te sanie? Zwiadowcy, którzy cię znaleźli, nie widzieli żadnych sań.

– Ukradli mi je.

– Ach tak! A kto ci je ukradł? Ci, co cię prawie utłukli?

– Nie, nie oni. Inni, z tego samego bractwa. Inne twarze, ta sama rasa.

– Synowie Gniewu?

– Zdaje się, że tak ich właśnie nazywacie.

– A co takiego wiozłeś na tych saniach? Prezenty dla grzecznych dzieci?

Daniels się uśmiechnął.

– Tylko jeden prezent, na dobrą sprawę. I to dla bardzo niegrzecznego człowieka. Niestety, ukradli.

– Przynosisz prezenty niedobrym?

– To zależy od prezentu.

– A ten skradziony? Co to był za prezent?

– Głowica termojądrowa. Z tych małych. Nazywano je taktycznymi. Teoretycznie miały być przenośne, ale kiedy ją ciągniesz taki szmat drogi w takich warunkach, to zmieniasz zdanie na temat pojęcia „przenośny”.

Rządca spojrzał w martwe oczy starca.

– Nikt nie może przebywać w pobliżu bomby atomowej przez trzy miesiące.

– Na tej zasadzie nikt nie może podróżować przez trzy miesiące za dnia, nie sądzisz? A jednak ja podróżowałem.

– Nabijasz się ze mnie. Wystarczy jeden dzień na zewnątrz, żeby umrzeć.

– Niezupełnie, ale to, co mówisz, jest dość bliskie rzeczywistości.

– Więc kłamiesz.

– Nie. Błędna dedukcja, drogi Watsonie.

Rządca osłupiał na dźwięk tego nazwiska.

– Z twojej reakcji wnoszę, że znasz przygody Sherlocka Holmesa – powiedział Daniels.

– Tak. Ty też?

– Pewnie. Przeczytałem wszystkie jako chłopiec. Tak jak Moby Dicka i Przygody Tomka Sawyera…

– Tego ostatniego nie znam. Co to jest?

– Powieść Marka Twaina.

Rządca wydawał się rozczarowany.

Umysł Danielsa, który sondował myśli tamtego, wzdrygnął się wobec gwałtownego przypływu frustracji zabarwionej agresją.

– Ale znam ją na pamięć – skłamał instynktownie.

Myśli chłopaka zbłękitniały.

– Poważnie? A jakie jeszcze znasz książki?

– Wszystkie.

To słowo było jak najryzykowniejszy rzut kośćmi, jaki John Daniels mógł wykonać.

Ale skutek był dobry.

Myśli chłopaka rozbłysły lśniącą bielą przeplataną srebrem i złotem.

– Naprawdę? Znasz je wszystkie? To wspaniale. Jesteś czarodziejem!

– Coś w tym rodzaju.

– Chodź. Zaprowadzę cię do Miasta.

– To my nie jesteśmy w Mieście?

– Nie. Idziemy, pokażę ci naszą bibliotekę.

– Nie jestem gotowy.

Wokół głowy chłopaka zapaliły się nagle małe czerwone ognie. Tańczące płomienie złości.

Od jakiegoś czasu John Daniels widział wszystko w taki właśnie sposób: jako kontury otoczone migoczącymi aurami. Tak było od dnia, w którym natknął się na Mnicha. Odkąd okazało się, że ta niezwykła istota podziela jego pogląd. Pogląd na to, co działo się w Rzymie. W zamian za swoje dary to osobliwe stworzenie zabrało mu naprawdę wiele. Czas miał pokazać, czy na tej wymianie zyskał, czy może jednak stracił.

Płomienie wokół twarzy Rządcy wciąż rosły.

– W porządku – rzucił pospiesznie John. – W porządku, zgoda, już idę.

Z trudem uniósł się na łokciach, później na dłoniach, żeby usiąść. Dużo go to kosztowało. Zakręciło mu się w głowie i pewnie padłby jak długi, gdyby nie chwyciły go ręce chłopaka.

– Pomóż mi… wstać…

Ciało Danielsa było wątłe. Lekkie jak kokon. W świecie, który znał tylko szczupłych, ciało kapłana było tak nikłe, że chłopak zaniemówił. Podniósł go bez najmniejszego trudu, pomagając mu się wesprzeć na sobie.

Daniels był nagi, jeśli nie liczyć brudnych bandaży zakrywających rany.

– Gdzie jest… moje ubranie?

Rządca poprowadził Johna małymi kroczkami do narożnika szpitala, w którym Matka zostawiła ubranie obcego. Porządnie złożone, ale, rzecz jasna, niewyprane. Jednak nie cuchnęło. Rządcę zadziwił zapach, jaki wydzielało. Neutralny, a jednocześnie pełen najprzeróżniejszych woni.

John uśmiechnął się, łapiąc chłopaka na tej myśli. Kiedyś jeden z jego przyjaciół, student MIT, wyjaśnił mu przy piwie, jak zlikwidować dźwięk innym dźwiękiem.

Jeśli dwie fale dźwiękowe są identyczne poza tym, że mają przeciwną fazę, znoszą się nawzajem. Czyli jeżeli chcesz wyeliminować jakiś dźwięk, musisz po prostu wytworzyć jego przeciwieństwo, które zniesie się z uciążliwym hałasem. Dźwięk i antydźwięk dają ciszę.

John nic nie zrozumiał z tej lekcji, ale przypomniał ją sobie, gdy poczuł w nozdrzach woń swoich ubrań. Zionął z nich przeraźliwy odór, owszem. Pleśń, błoto i ekskrementy. Ale był też antyzapach śniegu, ognia w zaciszu jakiejś piwnicy, ciepłej zupy ziemniaczanej. Antyzapach przyjaźni zawartej w obozowisku i antyzapach wymienianego towaru: sadła do smarowania nabojów, tytoniu z otwieranych blaszanych puszek zamkniętych od dwudziestu lat…

Ale szczególnie zapach śniegu.

A dokładniej – zapachy. Bo zapach śniegu nigdy nie był taki sam. Zmieniał się w zależności od miejsca. Gdzieś pośród ruin śnieg trącił czymś metalicznym. Gdzie indziej John wyczuwał woń zwiędłych liści, choć było to niemożliwe, bo – jak wiedział z własnego doświadczenia – cała wegetacja znikła z powierzchni ziemi. Nie było już pór roku, tylko jedna długa, śmiertelna zima nuklearna.

A jednak…

A jednak śnieg trącił czasem zwiędłymi liśćmi – gdy był dzieckiem, zagrabiano je na stosy w ogrodach, które później palono.

I rzeczywiście, innym zapachem, który czuł od czasu do czasu, był swąd liści palonych w ognisku.

Mózg podpowiadał mu, że zapachy te były tylko majakiem, że nic takiego nie istnieje, że śnieg jest tylko śniegiem, zalatuje popiołem i jest trujący. Ale jego serce nie chciało poprzestać na tej upiornej powierzchowności – próbowało odnaleźć w niej przeszłość, czar poranków spędzonych z nosem przy szybie, za którą wirowały płatki śniegu…

Zapiął wszystkie guziki kurtki. Zauważył, że w izbie musiało być lodowato, bo z ust wydobywała mu się para. Od dłuższego już czasu nie odróżniał ciepła od zimna, ale udawał, żeby nie wzbudzić podejrzeń innych.

Ubrał się, nie angażując w to myśli. Palce same wszystko zrobiły: wybrały ubiór i go wdziały, wciągnęły wojskowe buty, jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie miał. Po Zagładzie nie robiono już takich. Poczuł zazdrość Rządcy. Kiedyś tak sfatygowane buty dawno by wyrzucono. Były całe podrapane, miejscami skóra nosiła prawdziwe blizny. Ale pozostawały bezcennym skarbem. Niektórzy byliby zdolni zabić, żeby je mieć. Ale nie Rządca. Nie on. Przynajmniej nie teraz. Teraz chłopak drżał z podniecenia jak dziecko w Wigilię Bożego Narodzenia. Przestępował z nogi na nogę, zniecierpliwiony tak długim ubieraniem się starego.

– Skończyłeś? Możemy już iść?

– Możemy – westchnął Daniels.

Jego nowa percepcja – zmysł, którego ludzie nie mieli (a może już nie mieli albo jeszcze nie mieli) – ukazywała mu długi korytarz o wilgotnych ścianach. Wzdłuż korytarza ustawione były wiadra i miski, w których zbierała się woda filtrowana przez coś, co wyglądało jak stare pończochy. John widział już coś takiego podczas podróży, widział też uprawy grzybów identycznych lub bardzo podobnych do tych, które zajmowały kilka pomieszczeń przy szerokim korytarzu. Były też miejsca nieco lepiej oświetlone, z półkami, na których stały naczynia z rosnącymi roślinami: cebulą, ziemniakami, soją, fasolą, a nawet kilkoma niewydarzonymi pomidorami. Anemiczna zieloność liści ledwo zaznaczała się w tym mizernym świetle. Ale i tak ta ektoplazmatyczna zieleń postrzegana przez jego nowe zmysły wydała mu się cudem.

W innym pomieszczeniu, w połowie długości korytarza, John wyczuł oznaki rozgorączkowanego, kłębiącego się życia. Zza krat metalowych klatek uważnie wpatrywały się w niego oczy stworzeń przypominających wielkością koty.

John wciągnął powietrze w nozdrza.

Szczury.

Pokręcił głową na wspomnienie rozdarcia, jakiego doznał poprzedniego wieczoru przy pierwszym łyku rosołu. Nie żeby mięso szczura specjalnie go pociągało. Ale alternatywa – w zasadzie jedyna alternatywa – była zdecydowanie gorsza.

Mentalny obraz przeszedł w podczerwień, ukazując jakieś dwadzieścia stworzeń – chudych, choć w dobrym zdrowiu – rojowisko ogonów i szczękanie kłów, które zdradzało ich nienasyconą żarłoczność. Cofały się w najdalszy kąt swojego więzienia, by rzucić się z całym impetem na kraty klatki.

Rządca dostrzegł przestrach księdza.

– Spokojnie. Klatki są solidne.

Ciągnął Johna za kołnierz kurtki, nie zważając na to, że ten jest ślepy i ranny. Biegł, jakby przed czymś uciekał.

W korytarzu nie spotkali żywego ducha.

Uspokój się, powiedział kobiecy głos w jego mózgu. Tu jest bezpiecznie. Uspokój się.

Kolejny równie szeroki korytarz skręcał w prawo. Rządca wszedł do niego, ciągnąc za sobą Johna.

Nieliczne pochodnie na ścianach wystarczały chłopakowi, aby poruszać się w tej podziemnej przestrzeni, olbrzymiej w porównaniu z klaustrofobicznym środowiskiem Świętego Kaliksta. Johnowi, z natury rzeczy, światła w ogóle nie były potrzebne. Jedyne, co widział, to złociste, zmieniające swój kształt kule, tańczące niczym duchy świetlne pod wpływem powietrza, które obaj wprawiali w ruch na swojej drodze.

Z korytarza wchodziło się do dziesiątek identycznych pomieszczeń. W jednym z nich dwóch mężczyzn w plastikowych ponczach i maskach gazowych zbierało grzyby ze ściany czymś w rodzaju szczotek i wrzucało je do małych koszyków zawieszonych na biodrach.

Kiedy pokonali kolejny zakręt, znaleźli się u szczytu schodzącej w dół rampy pomalowanej w żółte pasy. Farba złuszczyła się już prawie zupełnie od ludzkich stóp i upływu czasu.

Rampą zeszli w dół, a później jeszcze jedną, identyczną jak poprzednia.

John pojął wtedy, gdzie się znajdują.

W piętrowym garażu podziemnym.

A pomieszczenia rozlokowane wzdłuż korytarza były prywatnymi garażami. Uchylne bramy zniknęły. Zapewne przydały się do czegoś innego. Może przetopiono je na broń i narzędzia.

John zrozumiał, gdzie się one podziały kilka minut później, za ostatnim zakrętem.

Wjazd zablokowany był stalową ścianą.

Na ścianie wisiała metalowa tablica.

Przy swoim odmienionym widzeniu John z trudem zrozumiał znaczenie dziwnych ilustracji i liter.

Tablica przedstawiała schemat piętra.

Według rysunku za ścianą rozciągała się olbrzymia przestrzeń: otwarty parking, tak duży jak całe piętro.

Na ścianie wymalowana była czerwona cyfra: 3.

Oznaczała poziom, na którym się znajdowali.

Wyjęte bramy poszczególnych garaży były zespawane i tworzyły dwie ściany zaporowe. Pas zewnętrzny i pas wewnętrzny, sięgający prawie po strop. Z płyt pierwszego ogrodzenia wystawały na zewnątrz żelazne ostrza skierowane ku górze. Tworzyły doskonałą, groźnie wyglądającą przeszkodę. Za tym pierwszym pasem zapory znajdowała się przestrzeń o szerokości dwóch metrów, mogąca pomieścić ze trzydzieści osób obrony schowanych za półtorametrowymi płytami, nad którą wisiała na zaostrzonych palach plątanina drutu kolczastego. Dopiero za nią wznosiła się druga zapora. Tu płyty zespawane były nie tylko jedna na drugiej wzwyż, ale i warstwowo, a na górze pozostawiono wąskie wysokie otwory. John ocenił, że zapora musiała mieć jakieś pół metra grubości. Strażnicy stali na podwyższeniu, z głowami wychylonymi przez okienka, niemal dotykając nimi stropu. John doliczył się ich sześciu, uzbrojonych w coś, co wyglądało na broń myśliwską.

Rządca stanął z rozstawionymi nogami przed jedynymi drzwiami prowadzącymi do pierwszego ogrodzenia.

Dwóch chłopaków w ponczach podobnych do tego noszonego przez zbieraczy grzybów otworzyło drzwi zawieszone na dobrze naoliwionych zawiasach. Oni też byli uzbrojeni, ale tylko w pistolety. Zasalutowali przed Rządcą i spojrzeli badawczo na jego gościa, kiedy ten przechodził obok nich.

Przestrzeń pomiędzy dwoma ścianami była czysta. W metalowych szafkach trzymano broń i amunicję. Były zamknięte, ale dla Johna nie stanowiło to problemu. Mógł odczytać ich zawartość w umysłach strażników. To była stara broń, naładowana emocjonalną energią, która pokrywała ją czerwienią niczym farba fluorescencyjna.

Sportowe łuki, oszczepy, miecze, parę pistoletów.

Nic specjalnego, jak na arsenał.

Za to drugie drzwi to było już coś zupełnie innego. Duże wrażenie. Masywna konstrukcja ze skręconych płyt, ważąca pewnie z tonę. Wydawało się, że nie ruszysz jej w dziesięciu, a tymczasem wystarczył ciężar dłoni jednego chłopaka, który otworzył ją jak drzwi lodówki za starych czasów.

Weszli. Metalowa ściana była gruba na ponad czterdzieści centymetrów. Prawie idealnie odgadł jej grubość. Schronieni za takimi płytami wartownicy mogli odeprzeć każdy atak, a później wycofać się, zamykając za sobą okienka metalowymi zasuwami.

Ten, kto zaprojektował taki system obronny, znał się na rzeczy, pomyślał John.

– Nie doceniłem was, kiedy zobaczyłem twoich niedzielnych wojowników tam na górze.

– Nie ty jeden.

John już miał go spytać, dlaczego konstrukcje obronne znajdują się wewnątrz, a nie na zewnątrz siedliska, gdzie przestraszyłyby każdego nieprzyjaciela. Ale Rządca powiedział mu to sam, niepytany.

– Nie chcemy, żeby na zewnątrz ktoś wiedział, jak dobrze zabezpieczone jest Miasto. Bo mogłaby mu przyjść ochota na zdobycie go. Dlatego na zewnątrz pokazujemy mało. I nasi… goście… widzą tylko to, co chcemy im pokazać.

– A szpital nie jest dla was ważny?

Rządca wzruszył ramionami. Uśmiechnął się.

– To nie jest właściwy szpital. Mamy drugi, tu, na dole, w Mieście. Prawdziwy.

– To dlatego ten na górze jest bardziej jak grota niż jak schronienie?

– Jasne – odrzekł z wyższością Rządca. Drzwi drugiej zapory zamknęły się za ich plecami. Przestrzeń znajdującą się przed nimi skrywały czarne zasłony z grubego, ciężkiego materiału. Rządca odchylił brzeg jednej z nich i wprowadził Johna do środka.

1 Bucentaur był wspaniałą pozłacaną galerą dożów weneckich, którą wypływali oni każdego roku w dzień święta Wniebowstąpienia Pańskiego, aby obchodzić uroczystości zaślubin z morzem (przyp. aut.).

4 | Biblioteka

Gdyby John Daniels normalnie widział, byłby oszołomiony jasnością olbrzymiej przestrzeni za zasłoną.

I ciepłem.

Wielka Zagłada pogrążyła świat w ciemności i zimnie. Takie warunki stały się dla ludzkiej egzystencji normą.

Zetknięcie z tą ogromną podziemną przestrzenią stanowiło więc niezwykłe doświadczenie.

Było tam przynajmniej osiemnaście stopni, a światło pochodziło z długich paneli zawieszonych na suficie. Ktoś żyjący w czasach przed zniszczeniem świata uznałby to światło za przyćmione. A powietrze za zimne i wilgotne. Ale teraz było to coś nadzwyczajnego.

Światło paneli ukazywało całą wystawność podziemnego wnętrza. A raczej tego, co w tych nędznych czasach uchodziło za wystawność.

Ludzie o zdrowym wyglądzie krzątali się przy budkach w miejscu wyglądającym na targ. Auta i furgony zmieniono w sypialnie, a starą przyczepę kempingową w coś na kształt baru z wielkim szyldem z wypisanym gotykiem: ADMIRAŁ BENBOW.

– I co? Podoba ci się nasze Miasto? – zapytał Rządca z dziecięcym entuzjazmem w głosie. Ale po chwili na jego twarzy pojawił się grymas. – Wybacz. Zapomniałem, że nie widzisz.

– Nie musisz przepraszać. I nie trzeba widzieć, żeby wiedzieć, jakie macie szczęście. Czuję ciepło. I światło.

Wypowiadając te słowa, ojciec Daniels poczuł się nieswojo. Przed Wielką Zagładą mało kto powiedziałby, że jest ciepło przy osiemnastu stopniach. A już z pewnością nikomu nie wydałoby się mocnym to światło z sufitowych paneli.

Ale po upadku cywilizacji wiele rzeczy uważanych kiedyś za normalne stało się teraz prawdziwym cudem.

– Budynek nad naszymi głowami powstał na krótko przed Stanem Zagrożenia. Miał kilka tygodni. Zbudowano go na jakąś imprezę. Targi czy coś takiego. Zdaje się, że nazywała się Expo. Miała demonstrować cuda techniki. I faktycznie – konstrukcja przetrwała w doskonałym stanie, część rzeczy działa do dziś. Na przykład światło, chociaż z roku na rok jest coraz słabsze. Izolacja cieplna była najwyższej jakości. Wytrzymały też wszystkie szyby. To dlatego możemy wchodzić aż na ostatnie piętro. Widok jest stamtąd przepiękny. Znaczy, przepraszam…

– Mówiłem ci już, że nie ma za co przepraszać. Owszem, chętnie wszedłbym na ostatnie piętro.

– Zobaczymy. Znaczy, miałem na myśli…

Daniels machnął zniecierpliwiony ręką. Ale jego usta się uśmiechały.

– Przestań już z tym zakłopotaniem. Proszę. Powiedz mi lepiej, co tu w ogóle działa.

– Dobra. No to światła i okna. Cała reszta psuła się stopniowo. Dziesięć lat temu to tu się nieźle żyło. Było nawet ogrzewanie. I woda bieżąca.

Chłopak podrapał się po brodzie. Pierzchające we wszystkich kierunkach wszy w sposób wymowny zademonstrowały konsekwencje wszystkich tych awarii.

– W porównaniu z innymi miejscami, które widziałem, i tak jesteście szczęściarzami. Możesz mi wierzyć. Ale chciałbym w takim razie wiedzieć, dlaczego powiedziałeś mi, że strażnik źle się czuje z głodu. Dlaczego powiedziałeś mi o Ofiarowaniu?

Rządca roześmiał się.

– Chciałem cię nastraszyć.

– Więc nie zjadacie swoich zmarłych?

– Nie. Chłopak jest chory, bo złapał jakiegoś wirusa na zewnątrz. Wirus – tak się to nazywa, prawda?

– Tak. Więc czym jest to Ofiarowanie?

– Mama nas tego nauczyła. Wyczytała o tym w jakiejś książce. Później ci pokażę. Znaczy…

– Rozumiem. Nie przepraszaj.

Szli przez rozległe podziemie.

Nie wszystkie panele oświetleniowe działały. Tu i ówdzie, w ciemniejszych miejscach, stały konstrukcje od posadzki po sam strop. Wyglądały na gigantyczne półki z najróżniejszych materiałów: drewna, blachy, plastiku. Na każdej półce znajdowały się materace. Na niektórych poziomach spali ludzie zawinięci w pościel zrobioną niemal z samych łat.

– Śpimy na zmiany. Jedna brygada zawsze patroluje obrzeża Miasta, druga okolice, i są jeszcze dwie grupy zwiadowców. Jak ta, co cię znalazła.

– Udaje się wam jeszcze na coś trafić?

– Nie na żywność, jeśli o to ci chodzi. Już od dłuższego czasu jej nie ma. Ale czasem natykamy się na prawdziwy skarb. Zaopatrzyliśmy się w niezłą ilość materiału w sklepie żelaznym o dwa kwartały stąd. Potrzebowaliśmy trzech miesięcy na opróżnienie go i zniesienie wszystkiego do Miasta. Ale jedzenia nie ma. Wina i alkoholi jest, ile chcesz, ale Mama zabroniła nam pić, więc używamy tego jako towaru wymiennego. Na przykład Matka Miłosierdzia, którą mamy teraz, kosztowała nas sześć skrzynek wina i dziesięć butelek whisky. To był świetny interes, ale może ty i tobie podobni z zewnątrz bylibyście innego zdania.

John Daniels nie odpowiedział. Był zbyt zajęty rejestrowaniem szczegółów, które udało mu się uchwycić. Na przykład zupełny brak osób starszych był kolejnym elementem obrazu Miasta, jaki sobie tworzył.

Były dzieci, ale niezbyt wiele. Opiekowały się nimi matki. Było też coś, co wyglądało na szkołę. Nauczycielka – jedna z najstarszych kobiet, jakie Daniels widział dotąd w Mieście – zapisała na tablicy kilka włoskich słów i kazała je głośno powtarzać całej klasie, którą stanowiły dzieci w różnym wieku. Daniels obiecał sobie, że zapyta o tę dziwną rzecz pod koniec całego obchodu, który zaprowadził ich do osobliwej konstrukcji, na samym końcu starej hali garażowej.

Wyglądała jak plastikowy domek, z tych, które kiedyś ustawiano na placach zabaw dla dzieci. Tyle że o wiele większy, przynajmniej dziesięć metrów na dziesięć, i wysoki po sam strop. Pomalowany był w żywe kolory: czerwony dach, żółte ściany, a drzwi i okna – jaskrawozielone.

Rządca wyjął z kieszeni ogromny klucz i wsunął go z namaszczeniem do zamka o równie imponujących rozmiarach.

Drzwi się otworzyły.

– Chodź – powiedział, kierując Danielsa w stronę progu.

Gdy weszli, zapalił najpierw jedną lampę naftową, a potem kolejno wszystkie inne podobne lampy wiszące na ścianach.

– Witamy w naszej bibliotece – oznajmił triumfalnie.

Danielsa zamurowało.

Na wszystkich ścianach stały niskie półki z rzędami książek. Czuć było ostrą woń pleśni, a na zielonej wykładzinie, która być może miała imitować łąkę, kwitły plamy wilgoci.

A więc to jest ta słynna biblioteka, pomyślał rozczarowany John Daniels.

Same książki dla dzieci. Z kolorowymi okładkami i dziecięcymi ilustracjami.

Wyczuł dumę Rządcy i usiłował się uśmiechnąć.

Przeciągnął palcami po grzbietach książek. Ale nie mógł wyraźnie dojrzeć liter.

Wziął do ręki jedną z nich, lekką jak piórko.

– Co to jest? – zapytał.

– Moby Dick.

To była cieniutka książka.

Kiedy Daniels czytał je na studiach, dzieło Melville’a miało jakieś osiemset stron.

– A więc to jest biblioteka?

– Tak.

– A macie jeszcze jakieś inne książki?

– Tak, w innych pomieszczeniach Miasta, ale są nudne. Prawie same liczby.

– Zatem uczycie się tutaj. Wychowaliście się na tych książkach.

– Tak. Mama ciągle nalegała, żebyśmy się uczyli.

– Rozumiem. A gdzie teraz jest Mama?

Cień, jaki przebiegł przez twarz chłopaka, wyprzedził odpowiedź.

– Opuściła nas. Siedem lat temu.

– Czyli umarła?

– Tak. Za jej życia Miasto kwitło.

– Zdaje się, że i teraz dobrze sobie radzicie.

– Och, ale to nic w porównaniu z tym, jak się mieliśmy wtedy. – Chłopak westchnął. Usiadł na jednym z miniaturowych jaskrawych taborecików. – Opowiedz mi o Tomku Sawyerze.

I co teraz?, pomyślał Daniels.

Czytał tę książkę, kiedy był mały. Pamiętał tytuł, treść – jedynie z grubsza. A chłopakowi powiedział, że zna ją na pamięć tylko przez instynkt przetrwania.

Zamknął oczy.

Nic się nie zmieniło. Jego widzenie nie zależało od gałek ocznych.

Wycofał się w głąb umysłu. W tym celu uciekł się do sztuczki, której nauczył go Mnich.

Wyobraź sobie, że jesteś rybą, która pływa tuż pod powierzchnią wody w wielkim jeziorze.

Wyobraź sobie, że naglepojawia się drapieżnik. Niedźwiedź.

Wyobraź sobie, że rzucasz się wszystkimi siłami w głąb jeziora. Schodzisz coraz niżej, płyniesz w stronę dna, gdzie woda jest mroczna jak płaszcz ciemności.

Umysł Johna Danielsa spłynął na dno jeziora.

Wszystko tonęło w mroku, ale gdzieś w oddali to pojawiało się, to znikało malutkie światło.

John popłynął w jego stronę.

To było ognisko. Najpierw pojawiło się jego rudawy blask, a później lśnienie gwiazd na niebie czarnym jak aksamit.

To już nie było na dnie jeziora, lecz nad jego brzegiem, na małej polanie.

Jakaś zakapturzona postać pochyliła się, żeby podsycić ogień, wzruszając żar gałązką.

John zbliżył się absurdalnie lekkim krokiem.

Jak na filmach z człowiekiem na Księżycu. Jakby się poruszał przy mniejszej grawitacji.

– Witaj, John. Czekałem na ciebie – odezwała się postać w kapturze.

I zaprosiła go gestem ręki, żeby usiadł obok.

Trawa była miękka, chłodna. John poczuł, że ma ściśnięte gardło.

Od tak dawna nie czuł dotyku trawy. Bał się, że ją zgniecie. Chociaż wiedział, że niczego wokół niego nie ma, a złudzenie jest doskonałe.

Musnął trawę dłonią. Na jego palce, łaskocząc go, wspiął się świerszcz. Powietrze było ciepłe, pachniało roślinnością i dymem z palonego drewna.

– Przebyłeś długą drogę od naszego ostatniego spotkania.

Daniels pokiwał głową.

– Długą drogę, z której na długo zboczyłem.

Mężczyzna w kapturze wzruszył ramionami.

– Każdy krok w naszej podróży ma sens. Każde pozorne zejście z drogi jest w rzeczywistości częścią podążania nią. Nie było żadnego zbaczania w twojej podróży.

– Może i tak.

– Wróciłeś, znaczy potrzebujesz mnie.

– Czyżbyś jeszcze nie wiedział?

– Może i wiem. Ale chciałbym to usłyszeć od ciebie.

– Potrzebuję cię, Mnichu.

– Znów mnie tak nazywasz…

– Nie przedstawiłeś się. Dopóki nie zdradzisz mi swojego imienia, będę cię tak nazywał.

– Jak chcesz. Widziałeś dzisiaj gwiazdy?

Daniels podniósł głowę. Droga Mleczna płynęła nad nimi jak rzeka światła. Tak piękna, że zapierała dech w piersiach.

– Brakuje ci gwiazd? – zapytał szeptem Mnich.

– Bardzo.

– Pewnego dnia znów zaświecą nad ziemią. I wiesz co? Ludzie nawet tego nie zauważą. Tak jak nie zauważali przed katastrofą. No więc? Czego ode mnie chcesz?

– Przecież wiesz. Powiedziałem chłopakowi, że znam masę książek na pamięć, a to nieprawda.

– Jak możesz mówić, że to nieprawda?

– Bo nie pamiętam ani słowa z Tomka Sawyera.

– Jesteś tego pewien? Przecież czytałeś.

– Wiele lat temu.

– Więc gdzieś tu jeszcze musi być. Spróbuj zajrzeć do środka. – Palec wskazujący Mnicha, nienaturalnie długi i kościsty, skierował się ku leżącej na kamieniu torbie podróżnej. – Otwórz ją, śmiało.

John zrobił, co mu kazano. Jego dłoń wsunęła się między fałdy materiału.

Palce zamknęły się na jakimś twardym przedmiocie.

Wyjął go.

To była książka. Jakieś stare wydanie oprawne w skórę.

Otworzył.

Przeczytał tytuł.

Przygody Tomka Sawyera.

Rozdział pierwszy.

– Przeczytaj na głos – nakazał Mnich.

– „»Tomek! – Cisza. – Tomek! – Brak odpowiedzi. – Gdzie się u licha podziewa ten chłopak? Tomek!«. Zsunąwszy okulary na czubek nosa, starsza pani rozejrzała się ponad nimi po pokoju, potem przesunęła je na czoło i popatrzyła spod szkieł. Rozglądając się za czymś tak znikomym jak mały chłopiec, bardzo rzadko, a właściwie nigdy nie raczyła patrzeć bezpośrednio przez szkła. Okulary nosiła bardziej dla fasonu niż z rzeczywistej potrzeby – z równym powodzeniem mogłaby oglądać świat przez parę fajerek. Teraz robiła wrażenie stropionej, ale już po chwili oznajmiła głosem niezbyt groźnym, choć donośnym na tyle, by mogły ją usłyszeć wszystkie meble w pokoju: »Niech no ja cię dopadnę…«.”1

John miał już przewrócić stronę, kiedy Mnich wyrwał mu książkę z rąk i rzucił w ogień.

– Co robisz?

– Ta książka nie jest ci potrzebna.

– Jest!

– Nie, już ją znasz.

– Nieprawda!

– Już ją znasz! – powtórzył osobnik w kapturze apodyktycznie, niczym ojciec do niesfornego dziecka. Tą samą gałązką poruszył kartki książki w ogniu. Płomienie strzeliły w górę, ale twarz pod kapturem pozostała niewidzialna. Jakby pochłaniała światło.

– Wracaj, skąd przyszedłeś – rzucił obcesowo Mnich. – Twoja prośba została wysłuchana.

John odczuł coś na kształt szarpnięcia. Jak wtedy, gdy w wieku osiemnastu lat dał się namówić przyjaciółce na skok na bungee. Poczuł się teraz dokładnie tak jak w chwili, gdy elastyczna lina szarpie cię z powrotem w górę i masz wrażenie, że wzbijasz się w niebo.

Umysł Johna Danielsa wypełnił się światłem, a uszy dźwiękiem. Wybuch światła, przebłysk dźwięku.

Inne miejsce.

– …że mogę na tobie polegać – kończył Rządca.

Minęła ledwie sekunda, odkąd John pogrążył się w czarnej wodzie swojego umysłu.

– Opowiedz mi tę historię – nalegał chłopak.

John opuścił głowę. Podnosił ją z powrotem bardzo wolno. Czuł, że ogarnia go dziwne uczucie.

Odchrząknął i zaczął opowiadać:

– „Przygody Tomka Sawyera. Rozdział pierwszy. »Tomek! – Cisza. – Tomek! – Brak odpowiedzi. – Gdzie się u licha podziewa ten chłopak? Tomek!« – Zsunąwszy okulary na czubek nosa, starsza pani rozejrzała się ponad nimi po pokoju, potem przesunęła je na czoło i popatrzyła spod szkieł. Rozglądając się za czymś tak znikomym jak mały chłopiec, bardzo rzadko, a właściwie nigdy nie raczyła patrzeć bezpośrednio przez szkła. Okulary nosiła bardziej dla fasonu niż z rzeczywistej potrzeby – z równym powodzeniem mogłaby oglądać świat przez parę fajerek. Teraz robiła wrażenie stropionej, ale już po chwili oznajmiła głosem niezbyt groźnym, choć donośnym na tyle, by mogły ją usłyszeć wszystkie meble w pokoju: »Niech no ja cię dopadnę…«. Urwała w pół zdania, bo gdy schylona zaczęła szturchać pod łóżkiem kijem od szczotki, musiała nabrać tchu, by móc akcentować głośnym okrzykiem każdy sztych. Nie wywołało to jednak żadnego poruszenia, jeśli nie liczyć ucieczki wystraszonego kota.”2

Ręce Rządcy wystartowały do oklasków.

Oczy chłopaka błyszczały z radości.

– Znasz całą na pamięć? Całą? My nie mamy tej książki!

Daniels skinął twierdząco głową.

– Ja ją mam, i mam dużo innych. Są wszystkie we mnie. Tu, w mojej głowie.

– Chcę, żeby wszyscy posłuchali, jak opowiadasz historię Tomka Sawyera. Dzisiaj wieczorem urządzimy publiczne czytanie. Zabawimy się.

– Jak sobie życzysz. Ale teraz oprowadź mnie po tej bibliotece. Chcę zobaczyć, co macie, a czego wam brakuje.

Chłopak wziął Danielsa pod rękę. Czytał mu na głos tytuły książek z pierwszej półki. Same bajki dla dzieci. Przydatne do nauki alfabetu. Więcej obrazków niż tekstu. Drugi regał mieścił więcej tomików, prostych historii, w sam raz dla dzieci ze szkół podstawowych. John kazał się zaprowadzić do półki, którą Rządca nazywał działem dla dorosłych. Ale na dobrą sprawę były to książki dla młodzieży. Cała seria krótkich powieści kryminalnych inspirowanych przygodami Scooby-Doo albo historyjki o gadającej myszy zwanej Geronimo Stilton.

Powieści z cyklu o Harrym Potterze były najdojrzalszymi książkami biblioteki. Nie było pozycji encyklopedycznych. Ani jednego atlasu czy słownika.

– Proszę… Nie jest nam potrzebny żaden atlas – powiedział Rządca z uśmiechem, pokazując z dumą wielki geopolityczny globus.