Ostrze ironii. Modernizm w cieniu monarchii habsburskiej - Marjorie Perloff - ebook
Opis

Trudno znaleźć dziś w świecie zachodnim krytyka literackiego, którego każda kolejna książka okazywałaby się pozycją tak opiniotwórczą, jak teksty Marjorie Perloff. Jej monografie pozwalają zrozumieć rodowód, rozwój i znaczenie ogromnych połaci literatury – od wczesnego modernizmu po współczesność, od poezji po prozę, teatr i sztuki wizualne. Badaczka śledzi zarówno źródła, jak i ewolucję szeroko pojętej literatury modernistycznej. W „Ostrzu ironii”, swojej najnowszej książce, przywraca pamięć o nieco zaniedbanej, lecz niesłychanie ważnej formacji europejskich twórców. Przybliża sześciu pisarzy, których talent objawia się w okresie rozpadu monarchii austro-węgierskiej: Karla Krausa, Josepha Rotha, Roberta Musila, Eliasa Canettiego, Paula Celana i Ludwiga Wittgensteina. Bohaterów Perloff łączy podobne doświadczenie: pochodzą z wielokulturowych społeczności, czasem także z peryferii dawnej monarchii. W państwie powstałym na jej gruzach bywają postrzegani jako obcy. W ich wypadku ironia nie jest wyłącznie cechą stylu, to zarazem forma obrony i subtelne narzędzie poznania gwałtownie zmieniającego się świata.

„Wpływ Perloff wykroczył dawno poza ramy życia naukowego. Jej praktykę pisarską należy już teraz widzieć jako jednolity, rozwijany w formie eseistycznej namysł nad rolą modernistycznego eksperymentu w kształtowaniu się współczesnej międzynarodowej świadomości artystycznej i kulturowej”. - Kacper Bartczak

„Jest to książka naprawdę świetna, którą powinni bezzwłocznie przeczytać wszyscy, którym leży na sercu idea obecnej i przyszłej Europy. Na pierwszy rzut oka, istotnie, dotyczy ona trochę pomijanej w anglosaskim świecie, austriackiej odmiany modernizmu, silnie związanej z kulturą sprzed I wojny światowej, na której reprezentantów autorka wybrała sześciu pisarzy. Jednak zaraz staje się jasne, że chodzi o coś więcej niż tylko o uzupełnienie poważnej krytycznoliterackiej luki; mamy do czynienia z niezwykle interesującą próbą zdefiniowania modernizmu jako idei, której nie da się oddzielić od pewnej konkretnej wizji Europy – wielokulturowej i wielojęzycznej monarchii habsburskiej”. * Barbara Kopeć-Umiastowska


Marjorie Perloff (1931) – amerykańska krytyczka i historyczka literatury, eseistka. Urodzona w Wiedniu, który opuściła w roku 1938. Wybitna znawczyni literatury XX i XXI wieku, zwłaszcza awangardowej. Emerytowana profesor Stanford University. Autorka dziewiętnastu książek, z których każda wpływała na dyskusje literaturo- i kulturoznawcze nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale i na świecie. Jej najważniejsze tomy to: „Frank O’Hara: Poet Among Painters” (1977), „The Poetics of Indeterminacy” (1981), „Radical Artifice” (1994), „Wittgenstein’s Ladder” (1996), „Modernizm XXI wieku” (2002; wyd. pol. 2012), „Unoriginal Genius” (2010) oraz ukazujące się właśnie „Ostrze ironii” (2016). Za wydaną w 2004 roku książkę „Differentials: Poetry, Poetics, Pedagogy” otrzymała Nagrodę Warrena–Brooksa przyznawaną w dziedzinie krytyki literackiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 399

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Spis rzeczy
Karta redakcyjna
Dedykacja
Przedmowa
Wstęp. Początki austromodernizmu
Rozdział 1. Zmediatyzowana wojna.Ostatnie dni ludzkości Karla Krausa
Rozdział 2. Utracony łącznik.Marsz Radetzky’ego Josepha Rotha
Rozdział 3. „Prawdopodobnie mogłoby być inaczej”.Człowiek bez właściwości Roberta Musila
Rozdział 4. Dorastanie w Cekanii.Język ojczysty i kradzież tożsamości w autobiografii Canettiego
Rozdział 5. Ostatni poeta habsburski.Poezja miłosna Paula Celana a granice języka
Koda. Stać się „innym” człowiekiem.Wittgenstein i Ewangelie
Posłowie. Adam Lipszyc.Apokaliptyczna precyzja, czyli Austria irret in orbe ultima
Spis ilustracji
Indeks
Przypisy
Seria „Sztuka Czytania”
Tytuł oryginału: Edge of Irony: Modernism in the Shadow of the Habsburg Empire
Licensed by The University of Chicago Press, Chicago, Illinois, U.S.A. © 2016 by The University of Chicago. All rights reserved. Copyright © for the Polish edition by Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 2018 Copyright © for the Polish translation by Maciej Płaza, 2018 Posłowie: Copyright © by Adam Lipszyc, 2018
Wydanie pierwsze, elektroniczneWrocław 2018
Nieupoważnione powielanie lub wykorzystywanie utworu stanowi naruszenie praw autorskich.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury
Seria:Sztuka Czytania
Redaktor prowadząca: Anna Krzywania
Redakcja:Olga Czernikow
Zestawienie indeksu: Michał Kunik
Korekta:Michał Kunik, Urszula Włodarska
Redakcja techniczna: Stanisława Trela
Projekt okładki: Przemek Dębowski
Zdjęcie wykorzystane na okładce: Rebecca Schortinghuis, Broken white plate on black background (© Rebecca Schortinghuis / Moment Open / Getty Images)
Opracowanie typograficzne, łamanie wersji papierowej: | manufaktu-ar.com
Konwersja:eLitera s.c.
Wydawnictwo Ossolineum ul. Szewska 3750–139 Wrocławwydawnictwo@ossolineum.plwww.wydawnictwo.ossolineum.pl
ISBN 978-83-65588-89-0

PamięciJosepha K. Perloffa(1924–2014)

PRZEDMOWA

Dla małego dziecka, nawet dziecka żydowskiego, wychowanego, jak ja, w niewielkiej i chwiejnej Republice Austriackiej czasów międzywojennych, nie było opowieści czarowniejszych niż te o habsburskich monarchach, na przykład o królu Rudolfie I (1218–1291) albo o uwiecznionym na wspaniałym Dürerowskim portrecie Maksymilianie I (1459–1519), zdobywcy Niderlandów, Węgier, Czech i Hiszpanii, czy wreszcie o cesarzowej Marii Teresie (1717–1780), potężnej władczyni, która rządziła rozległą monarchią, prowadziła wojnę o sukcesję austriacką i wojnę siedmioletnią (obie przeciw Prusom), a poza tym wszystkim urodziła swojemu mężowi, Franciszkowi I, szesnaścioro dzieci, między innymi Marię Antoninę. Biografia Marii Teresy stanowiła materiał dla legend i anegdot, jak choćby tej o spotkaniu cesarzowej z małym Mozartem: powiadano, że przyszły kompozytor po odegraniu koncertu na dworze cesarskim bezceremonialnie wskoczył monarchini na kolana i ją pocałował, za co ona nagrodziła go garniturkiem wyszywanym złotą nicią. Maria Teresa, żarliwa katoliczka, była zagorzałą przeciwniczką protestantyzmu i jeszcze bardziej zajadłą antysemitką – niemniej my, austriackie dzieci, znaliśmy ją tylko z melodyjnych piosenek i wesołych dykteryjek.

W roku 1867 oficjalnie ustanowiono dualistyczną monarchię austro-węgierską; w tym samym roku długowieczny cesarz Franciszek Józef (1830–1916) zadekretował emancypację Żydów. Austro-Węgry, będące mieszanką najróżniejszych nacji i kultur, przy całej swej kruchości tworzyły jednak dość stabilny organizm państwowy, szczególnie dobrze zaś prosperowały w latach poprzedzających wybuch Wielkiej Wojny, uważanych za złoty okres dziejów monarchii – w każdym razie złoty dla klas wyższych i rosnącej w siłę burżuazji, bo raczej nie dla mas. W czerwcu 1914 roku podczas objazdu niespokojnej sarajewskiej prowincji książę Franciszek Ferdynand, nielubiany austriacki następca tronu, został wraz z żoną Zofią zamordowany przez serbskiego terrorystę Gavrila Principa. Niewiele ponad miesiąc później Austro-Węgry i Niemcy toczyły już wojnę z Serbią i Rosją oraz z Anglią, Francją, a wkrótce także z Włochami. W listopadzie 1918 roku, po ostatecznym zwycięstwie potęg zachodnich, do których tymczasem przyłączyły się Stany Zjednoczone, monarchia Habsburgów po prostu się rozpadła. Nagle, niemal z dnia na dzień, miliony obywateli cesarstwa – ocalałych z Wielkiej Wojny – zostały wcielone do nowo utworzonych państw narodowych.

Ten straszliwy i doniosły zwrot w dziejach Europy zawsze mnie interesował, po części dlatego, że nieodwołalnie naznaczył losy mojej rodziny, a po części dlatego, że u schyłku monarchii lub tuż po jej rozpadzie przyszli na świat tak znakomici twórcy jak kompozytor Gustav Mahler (pochodzący z dużej, biednej rodziny osiadłej w Czechach), powieściopisarz Joseph Roth (urodzony w Galicji) czy poeta Paul Celan (dorastający na Bukowinie). Dziećmi imperium byli też Sigmund Freud i Ludwig Wittgenstein, a także Franz Kafka. I choć powszechnie wychwala się Republikę Weimarską jako kolebkę niemieckiego modernizmu, dziś, sto lat po rozpadzie dualistycznej monarchii, dziedzictwo Austro-Węgier wydaje się coraz istotniejsze dla zrozumienia naszych wartości kulturowych i artystycznych.

W świecie anglojęzycznym austromodernizm niestety wciąż pozostaje białą plamą na kartach historii literatury. Owszem, nazwisko Freuda znają wszyscy, zwłaszcza w przymiotnikowej formie „freudowski”. Owszem, symfonie Mahlera należą do żelaznego repertuaru wybitnych orkiestr, a obrazy Gustava Klimta i Egona Schielego są wystawiane w najsłynniejszych muzeach. Ale pisarze? Okazuje się, że poza wydziałami germanistyki (które w Stanach Zjednoczonych kurczą się, a często nawet zanikają) o tak znaczącym twórcy jak Karl Kraus prawie nikt nie słyszał. Gdy przy jakiejś okazji zdarza mi się wspomnieć o Rocie, moi przyjaciele i koledzy po fachu sądzą, że mam na myśli Philipa Rotha lub może Henry’ego (autora książki Nazwij to snem). Komu jednak mówi coś nazwisko Josepha Rotha, autora Marsza Radetzky’ego? Robert Musil jest kojarzony z obszerną i trudną powieścią Człowiek bez właściwości, ale w moich kręgach – którym nieobce są dzieła Jamesa Joyce’a, Marcela Prousta czy Thomasa Manna – niewiele osób rzeczywiście czytało Musila. Wittgensteina, uznawanego za jednego z najważniejszych filozofów XX wieku, czytelnicy (w większości anglojęzyczni) znają głównie z przekładów angielskich, mimo że wszystkie jego aforystyczne pisma, od Tractatus logico-philosophicus po O pewności, powstały po niemiecku. Elias Canetti, autor traktatu Masa i władza, autobiografiiOcalony język i kilku tomów wspomnień, przetłumaczonych na angielski pod koniec lat siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych, w 1981 roku zasłynął wprawdzie jako laureat Nagrody Nobla, lecz kiedy piszę te słowa, jego głośne niegdyś książki mają wyczerpane nakłady.

Od zapomnienia uchronił się tylko Kafka, któremu zawdzięczamy przymiotnik „kafkowski” i który nadal jest czytany i regularnie cytowany, często w niewłaściwym kontekście. Ponieważ o Kafce, twórcy jedynym w swoim rodzaju, powstała olbrzymia literatura przedmiotu, pominę go tutaj; wolę omówić tych austriackich autorów, którzy wciąż pozostają niesłusznie zapoznani. Należy do nich między innymi Paul Celan, ceniony co prawda jako poeta Holocaustu, autor Fugi śmierci i Szibboletu, ale interpretowany przez swoich wielbicieli dość jednostronnie. W niniejszych rozważaniach odczytuję go pod prąd: jako autora liryków miłosnych, w znacznej części adresowanych do austriackiej poetki Ingeborg Bachmann – liryków, w których pamięć o utraconym cesarstwie wydaje się nadal żywa.

Ostrze ironii to zatem książka przeznaczona głównie dla czytelnika spoza obszaru kultury niemieckiej. Staram się przyjąć szerszą perspektywę niż większość autorów, a tym samym przywrócić równowagę niemiecko-austriacką w świadomości odbiorców – sądzę bowiem, że literatura austriacka pierwszych dziesięcioleci XX wieku może śmiało konkurować nie tylko z modernizmem francuskim i angloamerykańskim, z których czerpiemy normy i paradygmaty służące do opisu tej epoki, ale i z twórczością okresu weimarskiego czy z dokonaniami szkoły frankfurckiej, niezwykle silnie oddziałującymi na angloamerykańskie badania literackie.

Niniejsza publikacja nie próbuje objąć całej tej obszernej i zróżnicowanej dziedziny, nie jest to systematyczna monografia naukowa. Nie poddaję tu analizie poezji ani prozy Ingeborg Bachmann czy Thomasa Bernharda, bo zrobiłam to w książce Wittgenstein’s Ladder (1996). Skupiam się natomiast na uważnej lekturze ograniczonego zestawu rozmaitych gatunkowo tekstów – dramatu (Ostatnie dni ludzkości Krausa), powieści „realistycznej” (Marsz Radetzky’ego Rotha), eseju (odgrywającego kluczową rolę w Człowieku bez właściwości Musila), pamiętnika (Ocalony język Canettiego), poezji lirycznej (Celan) i notatnika filozoficznego (Wittgenstein) – by uzmysłowić niefachowemu czytelnikowi, jak złożona, błyskotliwa i głęboko sceptyczna była twórczość schyłkowego okresu monarchii habsburskiej. Omawiani autorzy wywodzili się z odległych krańców cesarstwa: z Galicji (Roth), z Bukowiny (Celan i Rezzori), z dzisiejszej Bułgarii (Canetti). Kraus pochodził z czeskiego Jičína, Musil z morawskiego Brna, Bachmann z Karyntii w południowej Austrii. Pogranicza, krawędzie, rubieże: spośród interesujących mnie autorów tylko Wittgenstein urodził się w Wiedniu, lecz tak jak większość bohaterów tej opowieści miał żydowskie korzenie i przez to nigdy nie należał w pełni do findesieclowego Wiednia ani nie współtworzył jego dziedzictwa.

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że austromodernizm był zjawiskiem w dużej mierze austriacko-żydowskim. Przedstawieni tu autorzy, z pochodzenia zwykle Żydzi i prowincjusze, dorastali w jednym z najbardziej antysemickich okresów w nowożytnych dziejach Europy, paradoks zaś polegał na tym, że w swym gorliwym pragnieniu zaistnienia na scenie kulturalnej i artystycznej sami ulegali oni antysemickim nastrojom. Skłonność do kompromisowych rozwiązań w rodzaju Karrieretaufe („chrzest dla kariery”), powszechnych pod koniec lat dwudziestych, ustała raptownie po aneksji Austrii, dokonanej przez Hitlera zaledwie dwadzieścia lat po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Od tej pory o tym, kto jest, a kto nie jest Żydem, miał decydować nazistowski reżim.

W swojej wcześniejszej książce, The Futurist Moment: Avant-Garde, Avant-Guerre, and the Language of Rupture (1986), podkreślałam, że oprócz dobrze znanej twórczości modernistycznej – reprezentowanej przez dzieła Jamesa Joyce’a, Virginii Woolf, Marcela Prousta, Thomasa Manna czy Bertolta Brechta – istniał jeszcze inny modernizm: awangarda rosyjska i włoska, odgrywająca znaczącą rolę przed pierwszą wojną światową i prekursorska wobec dadaizmu rodem z Cabaret Voltaire i paryskiego surrealizmu. Poniższe refleksje są próbą rewizji zjawiska nieco późniejszego. Jeśli pragniemy zrozumieć modernizm, który, jak zgodnie twierdzi większość krytyków, zrodził się w Europie przełomu wieków, musimy czytać, i to czujniej niż dotychczas, głęboko ironiczną literaturę wojenną unicestwionej wielokulturowej monarchii austro-węgierskiej. Dziś, gdy Wiedeń znów jest doskonale prosperującą i elegancką stolicą, przyciągającą publiczność całego świata wspaniałą tradycją muzyczną, słynnymi zabytkami architektury barokowej i secesyjnej oraz swym wyjątkowym dziedzictwem literackim, najwyższa pora ponownie przemyśleć austromodernistyczny etos postimperium, w osobliwy sposób zwiastujący mrok i cynizm – ale też żywy humor – naszej wyzbytej złudzeń kultury XXI stulecia.

Podziękowania

Jesienią 2011 roku pismo „Bookforum” zaproponowało mi zrecenzowanie trzech powieści Gregora von Rezzoriego wznowionych w serii „The New York Review of Books”. Analizując Rezzoriego, zwłaszcza wczesne Pamiątki antysemity, uświadomiłam sobie, jak mocno pokłosie pierwszej wojny światowej wpłynęło na obywateli niegdyś wielojęzycznej monarchii austro-węgierskiej i jak ostrą formę mogła przybrać nowa nienawiść, skierowana głównie przeciwko austriackim Żydom. Niedługo przedtem przeczytałam Ostatnie dni ludzkości i doszłam do wniosku, że jako dramat antywojenny stanowią one klasę dla siebie. Wiedeń epoki fin de siècle’u i Wiedeń po Wielkiej Wojnie to dwa zupełnie różne światy.

Jestem wdzięczna licznym przyjaciołom oraz kolegom i koleżankom po fachu, a także redaktorom czasopism i organizatorom konferencji, którzy służyli mi radą na kolejnych etapach realizacji tego przedsięwzięcia. Podziękowania zechcą przyjąć: Charles Altieri, Mary Jo Bang, John Benfield, Charles Bernstein, James Campbell, Clare Cavanagh, Mary Ann Caws, Gordana Crnković, Craig Dworkin, Thomas Eder, Al Filreis, Eva Forgacs, Rubén Gallo, Kenneth Goldsmith, Robert von Hallberg, Robert Harrison, Giles Havergal, Daniel Heller-Roazen, Susan Howe, Judd Hubert, Doris Ingrisch, Roland Innerhofer, Pierre Joris, Mario Klarer, Uli Knoepflmacher, Herbert Lindenberger, Susan McCabe, Tyrus Miller, W.J.Th. Mitchell, Albert Mobilio, Jann Pasler, Carrie Paterson, Vanessa Place, Herman Rapaport, Claude Rawson, Brian Reed, Radmila Schweitzer, Vincent Sherry, Sabine Zelger.

Szczególnie wiele zawdzięczam Patrickowi Greaneyowi i Thomasowi Harrisonowi, którzy przeczytali maszynopis słowo po słowie i przedstawili doskonałe sugestie. Mój długoletni przyjaciel i szacowny kolega Gerald Bruns czytał pierwsze wersje kolejnych rozdziałów w trakcie ich powstawania i udzielał mi cennych wskazówek – jemu także jestem niezwykle zobowiązana.

Cudownie pomocne były też jak zawsze moje córki, Nancy Perloff i Carey Perloff, zajmujące się zresztą podobnymi tematami, oraz wnuki: Alexandra Perloff-Giles, Nicholas Perloff-Giles, a zwłaszcza Benjamin Lempert, który ukończył historię Europy Środkowej na uniwersytecie Yale i który wniósł do mojej pracy świeżość spojrzenia młodego człowieka.

Z Alanem Thomasem, redaktorem University of Chicago Press, współpracuję od 1986 roku; zna on aż nazbyt dobrze moje słabości i dziwactwa i dokłada wszelkich starań, by książki, które publikuję, trzymały poziom i były jak najlepsze. Jego kolega z wydawnictwa, Randolph Petilos, zapewnił mi wsparcie w kwestiach technicznych. Dziękuję również mojej świetnej adiustatorce Ruth Goring oraz autorce indeksu – Marcie Steele.

Kilka miesięcy przed ukończeniem tej książki straciłam męża, który przeżył ze mną sześćdziesiąt jeden lat i który był nie tylko moim najlepszym przyjacielem, ale też wspaniałym doradcą. Joseph K. Perloff, sam dobrze zaznajomiony z rzemiosłem pisarskim (tyle że w dziedzinie kardiologicznej), żywo interesował się zagadnieniami, o których piszę, i pozostawił obszerne komentarze w moich egzemplarzach książek Rotha, Canettiego i Wittgensteina. Dedykuję tę pracę jego pamięci. W mroczne dni – a tych w ubiegłym roku miałam sporo – powtarzam sobie aforyzm Wittgensteina, który oboje uwielbialiśmy: „Świat szczęśliwego jest szczęśliwym światem”[1].

WSTĘP

Początki austromodernizmu

Wiedeń w okresie międzywojennym był też teatrem świata, na którego scenie upadło – niczym barokowe alegorie – wiele ideologicznych pewników i wielkich rewolucyjnych nadziei.

Claudio Magris, Dunaj[1]

Co pozostaje

Przed 1914 rokiem Austro-Węgry były wewnętrznie zróżnicowanym organizmem państwowym o powierzchni 676 tysięcy kilometrów kwadratowych. W skład jego pięćdziesięciomilionowej populacji wchodzili m.in. Węgrzy, Czesi, Słoweńcy, Chorwaci, Serbowie, Bośniacy i Rumuni, a także Polacy z Galicji, Rusini z zachodniej Ukrainy oraz Włosi z Tyrolu Południowego i Triestu. Gdy pierwsza wojna światowa dobiegła końca, a dualistyczna monarchia się rozpadła, Wiedeń stał się stolicą małej i niestabilnej republiki liczącej zaledwie sześć milionów mieszkańców i zajmującej 83 tysiące kilometrów kwadratowych – republiki przypominającej kształtem kijankę o zwróconej ku wschodowi głowie, zatkniętej niepewnie na ciałku, którego ogonkiem były góry Vorarlbergu (zob. il. 1).

Republikę Austriacką utworzono w 1919 roku na obszarze pozostałym po rozparcelowaniu ogromnej części cesarstwa pomiędzy terytoria już istniejących lub dopiero powstających państw. Jak stwierdził francuski premier Georges Clemenceau: „L’Autriche, c’est ce qui reste” („Austria to to, co pozostaje”)[2].

1. Rozpad Austro-Węgier (1918). Na podstawie: H.G. Wells, The Outline of History, New York 1921.

Z perspektywy stu lat wydaje się, że aneksja Austrii – nazwanej przez Stefana Zweiga „nikłym, szarym, martwym cieniem dawnej monarchii cesarskiej”[3] – była nieunikniona, podobnie jak nieunikniony był rychły wybuch drugiej wojny światowej. Coraz więcej historyków określa wydarzenia z lat 1914–1945 mianem długiej wojny bądź drugiej wojny trzydziestoletniej. W roku 1918 większość Austriaków, w tym Żydzi, wolała zostać wcielona do Niemiec, ale Woodrow Wilson i inni przedstawiciele zwycięskich państw uważali, że dzięki Anschlussowi Niemcy staną się zbyt potężne, dlatego na mocy traktatu w Saint-Germain (wrzesień 1919) państwa ententy zobowiązały Austrię do rezygnacji z dążeń zjednoczeniowych. Gdy dziewiętnaście lat później Anschluss w końcu nastąpił, nie był to efekt politycznych regulacji, tylko wzrostu potęgi nazistów.

W anglojęzycznym dyskursie krytycznym Austrię mniej lub bardziej utożsamia się z Wiedniem. Rozmaite prace naukowe i przedsięwzięcia kulturalne – by wymienić książki Alana Janika i Stephena Toulmina (Wittgenstein’s Vienna, 1973) oraz Carla Schorskego (Fin-de-siècle Vienna, 1979) czy słynne wystawy dzieł Gustava Klimta albo koncerty muzyki Gustava Mahlera – zdają się sugerować, że znaczenie Wiednia jako wielkiej artystycznej i kulturalnej stolicy jest czymś oczywistym, a więc niepodlegającym dyskusji. Mniej natomiast rozumie się to, jak potężnego znaczenia nabrał austromodernizm po pierwszej wojnie światowej, kiedy to twórcy z odległych krańców rozczłonkowanego cesarstwa – w większości Żydzi wykształceni w klasycznym systemie wprowadzonym przez scentralizowany kaiserlich und königlich rząd – zaczęli zyskiwać rozgłos. Joseph Roth (1894–1939), autor słynnej powieści Marsz Radetzky’ego (1932), urodził się w Brodach w Galicji (po Wielkiej Wojnie włączonych do Polski, później do Ukrainy) i zarabiał na życie jako dziennikarz, najpierw we Frankfurcie i w Berlinie, następnie w Paryżu. Elias Canetti (1905–1994) pochodził z bułgarskiego miasta Ruszczuk (obecnie Ruse) nad Dunajem, uczył się w Manchesterze, a dorastał, studiował i zaczynał karierę w Wiedniu, skąd w 1938 roku musiał uciekać, aż wreszcie znalazł azyl w Anglii. Paul Celan (właśc. Paul Antschel, 1920–1970) przyszedł na świat w Czerniowcach, należących kolejno do Rumunii, Związku Radzieckiego, potem znowu do Rumunii, następnie okupowanych przez Rosjan, obecnie zaś znajdujących się na Ukrainie. Po drugiej wojnie światowej mieszkał krótko w Bukareszcie, potem w Wiedniu, by w końcu osiąść w Paryżu wraz z żoną, francuską graficzką Gisèle de Lestrange.

Brody, Ruszczuk, Czerniowce – te wieloetniczne miasta leżały setki kilometrów od Wiednia, niemniej horyzont intelektualny ich poliglotycznych mieszkańców w dużej mierze kształtował się pod wpływem wysoko rozwiniętej kultury austriackiej. Dlatego dzisiejsze przyporządkowania są dość mylące: Franz Kafka (1883–1924), niekiedy zaliczany do pisarzy czeskich, niekiedy do niemieckich, czasem zaś żydowskich, był – rzecz jasna – obywatelem cesarstwa; o Celanie na ogół mówi się jako o pochodzącym z Rumunii poecie Holocaustu, a o Canettim jako o wychowanym w Bułgarii sefardyjskim Żydzie, który następnie stał się kosmopolitą. Innym znów razem za kryterium kategoryzacji przyjmuje się język – wtedy sprawa jest prosta: wszystkie wymienione tu postacie uznaje się za autorów niemieckich. Warto zauważyć, że tak znacząca przewaga pisarzy pochodzenia żydowskiego w ówczesnym świecie literackim spowodowała, iż losy wielu twórców nieżydowskich (którzy przecież także boleśnie odczuli na sobie skutki rozpadu Austro-Węgier) praktycznie uległy zapomnieniu. Gregor von Rezzori (1914–1998), późniejszy kronikarz ostatniego okresu cesarstwa, autor okrutnych, ale olśniewających Pamiątek antysemity (1979), spędził dzieciństwo w tym samym mieście co Celan – w Czerniowcach – a studiował w Wiedniu. Robert Musil (1889–1942), którego Człowieka bez właściwości (wydanego w 1930 roku) od dawna uważa się za klasyczną „niemiecką” analizę zbliżającej się zapaści „Cekanii”, jak sam autor nazywał cesarsko-królewską monarchię, urodził się w Karyntii, odebrał klasyczne wykształcenie w Brnie (wtedy Brünn), ukończył tamtejszą Wyższą Szkołę Techniczną, gdzie jego ojciec był jednym z bardziej liczących się profesorów, kontynuował studia ścisłe w Berlinie, potem zaś przeprowadził się do Wiednia wraz ze swoją żydowską żoną Marthą. W roku 1938 Musilowie musieli uciekać z Austrii i osiedli w Szwajcarii, gdzie podczas wojny Musil zmarł w wielkim ubóstwie. Listę tych „prowincjonalnych” austriackich pisarzy można rozszerzyć na lata powojenne i zwieńczyć ją nazwiskami Thomasa Bernharda oraz Ingeborg Bachmann, którzy również pochodzili z peryferii Austrii: Bernhard z Wallersee niedaleko Salzburga, a Bachmann z Klagenfurtu, leżącego około czterdziestu kilometrów od granicy ze Słowenią (wówczas Jugosławią).

Charakterystycznym rysem austromodernizmu jest jego wyjątkowy stosunek do pierwszej wojny światowej. Żadna inna kultura narodowa nie doświadczyła traumy nagłej destrukcji w takim stopniu jak kultura austriacka. Bądź co bądź, w 1914 roku Niemcy były zjednoczonym narodem ledwie od czterdziestu paru lat, Włochy niewiele dłużej. I jakkolwiek straszliwe straty ponieśli w pierwszej wojnie Anglicy i Francuzi, w 1918 roku ich poczucie tożsamości narodowej właściwie nie zostało nadszarpnięte, tego rodzaju kryzys pojawił się dopiero w latach po drugiej wojnie światowej, kiedy to kolejne terytoria zamorskie zaczęły się uniezależniać w procesie dekolonizacji. Wróćmy jednak do Wielkiej Wojny i jej wpływu na życie obywateli niegdysiejszych Austro-Węgier. Oto jak – na przykładzie rodzinnego miasta – ukazał tę kwestię Gregor von Rezzori:

Czerniowce, gdzie się urodziłem, były dawną stolicą dawnego księstwa Bukowiny, położonego na wschodzie lesistych Karpat [...]. W roku 1775 ówczesne Imperium Osmańskie oddało Bukowinę ówczesnemu cesarsko-królewskiemu państwu austro-węgierskiemu w ramach zadośćuczynienia za mediację w wojnie rosyjsko-tureckiej. [...] po 1848 roku Bukowina stała się jednym z autonomicznych krajów koronnych monarchii Habsburgów.

Jak widać, w tym lakonicznym streszczeniu [...] wszystko określone jest jako „dawne” lub „ówczesne”, czyli nieteraźniejsze, nieistniejące naprawdę – nadaje to miejscu mojego urodzenia nieco mityczną aurę, pewną nierzeczywistość. Próba rozjaśnienia tego mitycznego półmroku za pomocą analizy historycznej nie miałaby sensu. Chociaż mieszkańcy Czerniowiec doskonale wiedzieli, że w 1918 roku monarchia austro-węgierska odeszła w niebyt, zachowywali się tak, jakby nie do końca w to wierzyli. Niemiecki pozostał językiem codziennej komunikacji dla większości ludzi, a Wiedeń nadal był najbliższą metropolią i nikt ani myślał odmawiać mu stołecznej rangi.[4]

W roku 1940 na mocy paktu między Trzecią Rzeszą a Związkiem Radzieckim Bukowinę podzielono na dwie części. Część północna, obejmująca Czerniowce, weszła w skład Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Czerniowce przestały być stolicą regionu, Ukrainie wystarczył bowiem jeden główny ośrodek – Kijów. W chwili kiedy piszę te słowa, Czerniowce należą do objętej konfliktem zbrojnym Ukrainy, której status polityczny jest bardziej niepewny niż kiedykolwiek dotąd.

Literacki etos powojennych austriackich pisarzy, z których wszyscy zdradzali miłosno-nienawistny stosunek do Wiednia i decydowali się na rozmaite formy emigracji, znacząco różni się od postawy współczesnych im twórców niemieckich. W „laboratorium badawczym światowej zagłady” – jak Karl Kraus (1874–1936) nazwał Austrię w monumentalnym dramacie Ostatnie dni ludzkości (1922) – trauma wojny, a potem nagły i radykalny rozpad bytów geograficznych nadały kiełkującemu modernizmowi głęboko sceptyczny i rozmyślnie indywidualistyczny charakter, zarazem zaś sprawiły, że był on o wiele mniej obciążony ideologicznie niż odpowiadający mu kierunek w Niemczech. Ani rygorystyczny intelektualnie, rewolucyjny marksizm niemieckich pisarzy pokroju Brechta, ani – na prawicy – posttranscendentalna filozofia Heideggera, skupiona na odsłanianiu „bycia-w-świecie”, nie wydawały się atrakcyjne dla przenikniętego ironią, satyrą, mrocznym humorem i erotyką – a często też subtelnym mistycyzmem – świata postimperialnej Austrii. Jeśli istniało coś, co zdeterminowało naturę austromodernizmu, było to – by przywołać określenie Musila – „poczucie ewentualności”. Oto jak pisarz definiuje owo poczucie:

Kto je ma, nie mówi na przykład nigdy: to czy tamto się stało, stanie albo musi się stać, a jedynie zakłada, że coś mogłoby, miałoby albo musiałoby się stać. A kiedy się takiemu człowiekowi o czymś mówi, że to tak jest, jak jest, wtedy on myśli sobie, że prawdopodobnie mogłoby być również inaczej. W ten sposób poczucie ewentualności dałoby się po prostu zdefiniować jako zdolność do uwzględniania wszystkiego, co równie dobrze mogłoby się zdarzyć, oraz do nieuznawania za ważniejsze tego, co jest, od tego, czego nie ma. Widzimy, że wyniki takiego twórczego uzdolnienia mogą być godne uwagi i niestety często ujawniają, że to, co ludzi wprawia w zachwyt, okazuje się marnym blichtrem, a to, czego zabraniają, jest dozwolone lub też – zarówno jedno, jak i drugie – zgoła obojętne. Ludzie mający poczucie ewentualności żyją, jak to się mówi, otoczeni delikatną pajęczyną utkaną z ułudy, wyobraźni, marzeń i... trybów warunkowych. U dzieci, które zdradzają takie skłonności, wyplenia się je radykalnie, a dorosłych, którzy je posiadają, nazywa się wobec dzieci fantastami, marzycielami, słabeuszami lub wiedzącymi wszystko lepiej krytykantami.[5]

Marzyciele, krytykanci albo – moglibyśmy dodać – obdarzeni wyobraźnią pisarze i artyści.

W analizie Musila dają się słyszeć echa twierdzeń z Traktatu Wittgensteina: „Wszystko, co widzimy, mogłoby być inaczej” (5.634) oraz „Sens świata musi leżeć poza nim. W świecie wszystko jest tak, jak jest, i dzieje się, jak się dzieje” (6.41)[6]. W takiej perspektywie zmiana oznacza nie rewolucję polityczną, transformację porządku społecznego czy politycznego, lecz zwrot w świadomości. Chodzi o to, by – jak nieustannie powtarzał Wittgenstein – próbować „stać się innym człowiekiem”[7].

Paradoksalnie, w przypadku austromodernistów odmowa bezpośredniego zaangażowania się w sprawy państwa często szła w parze z wyjątkową intuicją polityczną. Doskonałymi przykładami są Kraus i Canetti, ale i Joseph Roth, który prędzej niż inni zrozumiał, jak niebezpieczna może się okazać idea Anschlussu. W sierpniu 1925 roku Roth, będący wówczas paryskim korespondentem „Frankfurter Zeitung”, pisał do Benna Reifenberga, szefa działu kulturalnego owej gazety:

Jestem zrozpaczony. Nie mogę nawet jechać do Wiednia, od kiedy żydowscy socjaliści zaczęli wrzaskliwie domagać się swojego Anschlussu. O co im chodzi? Ciągnie ich do Hindenburga? Gdy umarł cesarz Franciszek Józef, ja sam byłem już „rewolucjonistą”, a mimo to płakałem po nim. Służyłem wtedy jako jednoroczny ochotnik w wiedeńskim regimencie, tak zwanej jednostce elitarnej, pełniącej wartę honorową przy Kapuzinergruft, i zapewniam Cię, że roniłem łzy. Została wtedy pogrzebana pewna epoka. Wraz z Anschlussem nasza kultura pójdzie do piachu. Każdy Europejczyk powinien być przeciwny Anschlussowi. [...] Czy oni chcą, żeby Austria stała się jakąś dolną Bawarią?[8]

Roth często zachowywał się irracjonalnie i popędliwie: nienawidził Niemców, na przemian dawał upust to sentymentom prożydowskim, to antysemityzmowi, poza tym, podobnie jak jego „bohater spod Solferino” z Marsza Radetzky’ego, darzył nabożną czcią cesarza i całą dynastię Habsburgów, a w chwilach szczególnej egzaltacji zdarzało mu się nawet deklarować podziw dla Kościoła katolickiego. Zarazem jednak w lot chwytał to, co działo się w Europie w latach międzywojennych, i doskonale sobie uświadamiał, że sam chcąc nie chcąc zawsze będzie outsiderem. Wrażenie obcości („zawsze mi towarzyszące poczucie, że nigdzie nie przynależę”) nawiedzało go nawet w ukochanym Paryżu. Z drugiej strony pozycja outsidera umożliwiła mu dokonanie licznych błyskotliwych obserwacji dotyczących życia codziennego w powojennym Berlinie i Paryżu.

Te właściwe austromodernizmowi sprzeczności trafnie uchwycił Eric Hobsbawm:

Ze wszystkich wielojęzycznych i wieloterytorialnych imperiów, których kres nastąpił w XX stuleciu, cesarstwo Franciszka Józefa doczekało się najbogatszej literackiej kroniki swojego zmierzchu, skądinąd przewidzianego na długo przedtem przez wnikliwych obserwatorów. Umysły austriackie miały dość czasu na refleksję nad agonią i ostatecznym schyłkiem cesarstwa, pozostałe imperia umierały natomiast zupełnie niespodziewanie (przynajmniej według miar zegara historii), nawet jeśli – jak to było w przypadku Związku Radzieckiego – od dawna trawiła je ciężka choroba. Być może powszechnie akceptowana wielojęzyczność, wielowyznaniowość i wielokulturowość monarchii habsburskiej pomogła jej poddanym wypracować bardziej złożoną perspektywę. Żyli oni równocześnie w różnych uniwersach społecznych i w różnych epokach historycznych.[9]

To znamienne, że Hobsbawm, który spędził biedne i trudne dzieciństwo w Wiedniu lat dwudziestych i który wkrótce miał się stać oddanym rewolucjonistą komunistycznym, bez wahania przyznał, że w dziedzinie literatury najbardziej złożoną i sugestywną analizę rozpadu imperium stworzyli właśnie Austriacy.

Jak scharakteryzować ten wyjątkowy etos? Literatura austromodernistyczna nie jest „awangardowa” w zwykłym sensie: nie znajdziemy w niej takich cech jak kolaż, fragmentaryczność, intencjonalne krzyżowanie gatunków albo intermedialność. Pod tym względem pozostaje raczej konwencjonalna. Ostatnie dni ludzkości Krausa napisane są językiem, który w dużej mierze sprawia wrażenie przezroczystego, nawet gdy podrabia gwarę zasłyszaną w robotniczych kawiarniach czy kiedy podszywa się pod urzędniczy bełkot. Marsz Radetzky’ego Rotha wygląda jak tradycyjna powieść, z wszechwiedzącym narratorem oraz klasyczną trójdzielną kompozycją. W Człowieku bez właściwości eseistyczny sposób prowadzenia narracji zdaje się umożliwiać Musilowi formułowanie autorytatywnych sądów etycznych, które jednak – niczym obraz w serii lustrzanych odbić – po chwili tracą wyrazistość i zaczynają się chwiać. Ocalony język Canettiego to ciąg urywkowych wspomnień o pozornie tradycyjnej formie i dygresyjnym charakterze. Nawet poezję Celana, mimo pojawiającego się w jej późnej fazie minimalizmu, można sklasyfikować jako tradycyjną lirykę, często najzupełniej konkluzywną, zachowującą budowę stroficzną i konsekwentny podział na wersy.

Lecz choć pisarze austromodernistyczni stronili od eksperymentów, które kojarzymy z awangardą, to wzbogacanie przez nich ojczystej niemczyzny innymi rejestrami językowymi, ich kłopotliwy antysemityzm i przekonanie – pamiętnie wyrażone przez Wittgensteina – że do argumentacji lepiej nadaje się seria aforyzmów niż linearny dyskurs, a także ich tendencja do podważania wartości normatywnych, zamiłowanie do paradoksu i sprzeczności jako narzędzi interpretacyjnych, zwłaszcza zaś ostra jak brzytwa, groteskowo komiczna ironia mogą okazać się trwalszym dziedzictwem epoki niż awangardowe innowacje formalne, takie jak stosowanie techniki kolażu, zmienianie perspektyw czasowych czy wprowadzanie strumienia świadomości do narracji. Zresztą, austromoderniści, szczególnie Musil i Kraus, w niektórych aspektach także byli awangardzistami czy pionierami – na przykład jeśli chodzi o wykorzystywanie rzeczywistych dokumentów w tekstach literackich (w czym, jak podkreślałam w książce Unoriginal Genius [2010], wyprzedzili poetów współczesnych). „Najbardziej niewiarygodne rozmowy, jakie się tutaj pojawiły”, konstatuje Kraus w przedmowie do Ostatnich dni ludzkości, „to autentyczne wypowiedzi zapisane słowo w słowo; najjaskrawsze zmyślenia to cytaty. [...] Dokument to postać sceniczna; gazetowe doniesienia powstają jako formy życia, a formy życia kończą jako redakcyjne wstępniaki”[10]. Musil w 1920 roku napisał w notatniku: „Zmontować postać z samych cytatów!”[11].

Czerwone i czarne

Przekształcenie dawnej monarchii w republikę musiało być procesem wyjątkowo trudnym. Dla przeważnie wiejskiej, prowincjonalnej i katolickiej populacji Austrii scentralizowanie władzy w inteligenckiej stolicy (w dziesięciu procentach zamieszkanej przez Żydów) oznaczało niemal pewne kłopoty. I rzeczywiście: w unieważnionym później referendum z 1919 roku Vorarlberg (najbardziej wysunięta na zachód prowincja Austrii) przytłaczającą większością wybrał przyłączenie do Szwajcarii: mieszkańcy uznali, że kraj ten jest im kulturowo bliższy niż na poły zrujnowane „wiedeńskie państwo żydowskie”[12]. Na południu Innsbruck i okalający go Tyrol spoglądały chętniej w stronę Berlina niż Wiednia, obawiając się groźby przyłączenia do Włoch.

Za ilustrację ówczesnego zamieszania niech posłuży fragment wspomnień mojego dziadka, Richarda Schüllera, który przed pierwszą wojną światową pracował w rządzie jako Sektionschef do spraw handlu. Oto jak pisał on o powrocie do siedziby ministerstwa przy Ballhausplatz w październikowy dzień 1918 roku, gdy w Paryżu negocjowano już warunki rozejmu:

Moi koledzy siedzieli bez słowa w swoich biurach, nie wiedzieli, co począć, i unikali rozmów o tej katastrofie. [...] Przez dwadzieścia lat współpracowałem z przedstawicielami wszelkich możliwych narodowości. Przed wojną pełniłem urząd pod przewodnictwem dwóch czeskich ministrów handlu, Fořta i Fiedlera, ówczesny podsekretarz dr Mueller również był Czechem, asystent sekretarza Polakiem, a w moim departamencie dwóch z pięciu urzędników pochodziło z Czech. Teraz wszyscy oni pytali mnie, czy mają zrezygnować ze swoich posad, ja zaś radziłem, by udali się do Pragi, gdzie być może okażą się potrzebni w nowym rządzie. [...] Byli teraz obywatelami zwycięskiej Czechosłowacji, a ja – pokonanej Austrii. Moja matka też stała się obywatelką Czechosłowacji, kraju, w którym się urodziłem[13]. Sekretarz stanu Victor Adler poprosił mnie, bym przeniósł się z Ministerstwa Handlu do Ministerstwa Spraw Zagranicznych.[14]

Kryzys, który wkrótce nastąpił, w Austrii odczuwano o wiele dotkliwiej niż w Niemczech. Nowo powstałe państwo czechosłowackie odcięło dostawy węgla do Austrii; Węgry i południowe prowincje słowiańskie zmniejszyły o trzy czwarte eksport żywności, a zimą, która tamtego roku była mroźna, Anglia i Francja odmówiły wszelkich pożyczek oraz dostaw zboża, mąki i oleju[15].

Wszechobecną nędzę tamtych czasów doskonale ukazał Stefan Zweig w swoim Świecie wczorajszym. Zamieścił tam między innymi przerażający opis podróży, jaką odbył w 1918 roku z Feldkirch (szwajcarsko-austriackiej stacji pogranicznej w Vorarlbergu) do Salzburga, gdzie miał posiadłość:

Konduktorzy wskazujący miejsce byli wymizerowani, zagłodzeni i na pół obszarpani; podarte, złachmanione mundury zwisały na ich zapadniętych i opuszczonych ramionach. Przy oknach rzemienie skórzane, służące do opuszczania i podnoszenia ram okiennych, były poucinane, gdyż każdy kawałek skóry był na wagę złota. [...] Żarówki były porozbijane lub powykradane i jeśli pasażer coś zgubił, musiał szukać po omacku, przy świetle zapałki. [...] każdy z podróżnych trzymał walizkę lub torbę z jedzeniem mocno przyciśniętą do siebie; nikt nie zaryzykowałby wypuszczenia czegokolwiek z ręki w takich ciemnościach.[16]

Podróż, która zwykle trwała siedem godzin, zajęła ich siedemnaście. Na stacji w Salzburgu nie było tragarzy ani dorożek, później nie dało się zdobyć opału, brakowało też jedzenia. Na dalszych stronach Zweig rozwija ten ponury obraz: „w naszym ogrodzie młody chłopak zastrzelił wiewiórkę na niedzielny obiad, a lepiej odżywione psy czy koty rzadko kiedy powracały z dłuższego spaceru”[17].

W takich oto warunkach w lutym 1919 roku odbyły się w Austrii pierwsze wybory do parlamentu. W ich efekcie zdecydowaną dominację zyskały dwie partie polityczne: chrześcijańsko-społeczna i socjaldemokratyczna. Socjaldemokraci mieli poparcie głównie w żydowskim Wiedniu. Pierwsze wybory wygrali różnicą trzech mandatów (siedemdziesiąt dwa do sześćdziesięciu dziewięciu), dwadzieścia sześć kolejnych przypadło niewielkiej prawicowej Partii Niemiecko-Narodowej. Victor Adler, szacowny przywódca socjalistów, zmarł niedługo po zawarciu rozejmu; Karl Renner, niemieckojęzyczny Czech, który wcześniej pełnił funkcję bibliotekarza w Reichsracie (cesarskiej Radzie Państwa), został pierwszym kanclerzem nowej republiki, a Otto Bauer, główny wiedeński austromarksista, sekretarzem do spraw zagranicznych w jego rządzie. W ciągu niespełna dwóch lat sytuacja się odwróciła: w 1920 roku Austriacka Partia Chrześcijańsko-Społeczna zdobyła osiemdziesiąt pięć mandatów, Socjaldemokratyczna Partia Austrii – sześćdziesiąt dziewięć. Przez następne osiemnaście lat socjaliści ani razu nie wygrali już wyborów powszechnych, ale z sukcesem tworzyli w „czerwonym Wiedniu” coś w rodzaju namiastki państwa opiekuńczego. Wiedeń przeobraził się wręcz, jak zauważa Lisa Silverman, w „samotne «czerwone» miasto, wokół którego rozciągały się «czarne» prowincje, zdominowane przez partię chrześcijańsko-społeczną i federalny rząd. W retoryce antysemickiej socjalizm kojarzono z Żydami na długo przed wojną, odkąd zaś po 1918 roku Żydzi zaczęli coraz liczniej uczestniczyć w ruchu socjalistycznym, skojarzenie to jeszcze się umocniło”[18]. W roku 1922 Austriacy wybrali na kanclerza katolickiego księdza Ignaza Seipela. Engelbert Dollfuss, kontrowersyjny kanclerz z początku lat trzydziestych, rządzący autorytarnie bez udziału parlamentu, również wywodził się z duchowieństwa. W roku 1934, po zaledwie dwóch latach sprawowania urzędu, Dollfuss ośmielił się przeciwstawić Hitlerowi i krótko potem został zamordowany przez nazistowskich siepaczy – w biały dzień, we własnym gabinecie.

Dziesiątki tysięcy żydowskich uchodźców już od jesieni 1914 roku uciekały z Galicji i Bukowiny oraz z Polski i zachodniej Rosji przed wojenną zawieruchą i ciągnęły do Wiednia. Potężny napływ ludności – stanowiący obciążenie dla i tak już osłabionej gospodarki – sprawił, że antysemityzm, dotąd uśpiony, nagle się rozbudził. Przyda się tutaj odrobina statystyki[19]. Od ogłoszenia przez cesarza emancypacji w 1867 roku liczebność austriackich Żydów, osiedlających się głównie w Wiedniu, szybko rosła, a ich warunki materialne konsekwentnie się poprawiały. W roku 1870 w Wiedniu mieszkało 40 tysięcy Żydów, w 1880 już 72 tysiące, a w 1890 ponad 118 tysięcy. Nowo zbudowane linie kolejowe pomogły przyśpieszyć imigrację ze wschodu. W roku 1885 Żydzi stanowili ponad sześćdziesiąt procent wszystkich lekarzy i ponad połowę prawników zarejestrowanych w stolicy. Co jeszcze istotniejsze, Żydzi byli właścicielami i redaktorami niemal wszystkich ważnych wiedeńskich gazet – dawało im to znaczną możność kształtowania opinii publicznej[20]. Do takich wpływowych osobistości należał między innymi Moritz Benedikt, redaktor gazety „Neue Freie Presse” i zagorzały rzecznik pangermanizmu, bezlitośnie krytykowany i pogardzany przez Karla Krausa. Sam Kraus, który porzucił judaizm i przyjął chrzest katolicki, by potem jednak wyrzec się Kościoła ze względu na jego współudział w wojnie, słynął wprawdzie z deprymujących, jednoznacznie antysemickich komentarzy, niemniej jego oskarżenia pod adresem Benedikta (Kraus zarzucał mu kłamstwa i korupcję) okazały się słuszne.

Ówczesna nadreprezentacja Żydów w ruchach socjaldemokratycznych miała ten skutek, że wkrótce zaczęto otwarcie głosić hasła czystki etnicznej. Rewolucja 1905 roku w Rosji wywołała wyjątkową falę antysemityzmu. Lew Trocki, który w latach 1907–1914 przebywał w Wiedniu, stał się symbolem żydowskich ciągot do rewolucji socjalistycznej. Karl Lueger („der schöne Karl”), antysemicki burmistrz Wiednia, ostrzegał Żydów, by nie posuwali się tak daleko jak ich rosyjscy współbracia i nie angażowali się w działania socjaldemokratycznych rewolucjonistów: „Jeśli [...] Żydzi zagroziliby naszej ojczyźnie, niech też nie liczą na łaskę”, oznajmił w jednym z wystąpień[21]. Nie tylko lewicowi Żydzi stanowili zagrożenie – obawiano się również Żydów-kapitalistów. „Żydzi nie chcą «równości», lecz pełni władzy”, brzmiała konkluzja Luegera[22]. Mówiono, że Żydzi planują „utworzenie międzynarodowego sojuszu bankowego z siedzibą w Waszyngtonie” i że wkrótce będą „jawnie dyktować światu swe prawa”[23]. Nastroje antysemickie narastały jeszcze gwałtowniej podczas wojny, kiedy to do Austrii masowo przyjeżdżali biedni ortodoksyjni Żydzi galicyjscy, prowokujący swoim charakterystycznym strojem i „obcym” w brzmieniu językiem jidysz, jakim posługiwali się między sobą. Przybysze ci zatrudniali się na ogół jako uliczni handlarze (handełesi) i poprzez zbijanie cen konkurowali z nieżydowskimi sprzedawcami, dzięki czemu szybko dorabiali się majątku.

Po wojnie nierówność w dystrybucji zawodów wyraźnie się pogłębiła. Bernard Wasserstein w swoim przełomowym studium W przededniu zauważa: „Tylko niewielka liczba Żydów pracowała w dziedzinach, w których niemal wszędzie zatrudniano najwięcej pracowników: w rolnictwie, służbie domowej, górnictwie i administracji państwowej”[24]. Z kolei w urzędach, w wojsku czy – co oczywiste – w Kościele Żydzi nie obejmowali żadnych stanowisk lub obejmowali ich mało. Znacznie nadreprezentowani byli za to w finansach, wolnych zawodach i w sztuce, a także w handlu, od drobnego sklepikarstwa po kartele przemysłowe. Napięciom społecznym nie pomagała coraz większa rola Żydów na politycznej lewicy. „Żyd budził lęk i nienawiść jako [...] rewolucyjny wichrzyciel i kapitalistyczny wyzyskiwacz”, pisze Wasserstein. „Powszechnie uważano go za obcego”[25].

Zasymilowani Żydzi, którzy często, jak Wittgenstein czy Victor Adler, pochodzili z rodzin dawno nawróconych na katolicyzm i zdystansowanych od swych żydowskich korzeni, znaleźli się teraz w wyjątkowo trudnym położeniu[26]. Przedstawiciele poprzedniego pokolenia – jak Arthur Schnitzler czy Gustav Mahler – na pewno również spotykali się z przejawami antysemityzmu, niemniej nie musieli się jeszcze mierzyć z koniecznością emigracji. Przeciwnie, traktowali oni Wiedeń jako swój dom, swoje miasto. „Austro-Węgier już nie ma”, oświadczył Freud w 1918 roku. „Nie chcę mieszkać nigdzie indziej. Dla mnie emigracja nie wchodzi w grę. Będę żył dalej w samym kadłubie i wyobrażał sobie, że to całość”[27]. Dwadzieścia lat później, gdy naziści okupowali Wiedeń, osiemdziesięciodwuletni Freud tak bardzo nie chciał wyjeżdżać, że przyjaciele musieli siłą wyciągnąć go z mieszkania i wywieźć.

W następnej generacji takie bezwarunkowe przywiązanie do „swojego” Wiednia ustąpiło znacznie bardziej złożonym i sprzecznym odczuciom. W powojennej stolicy, podkreśla Timms, odbywała się antysemicka krucjata. Rządową kampanię na rzecz ograniczenia dalszego napływu ludności „zdominowały bezpodstawne zarzuty przeciwko marksistom i Żydom, którzy rzekomo stanowili zagrożenie dla chrześcijańsko-niemieckiej cywilizacji”. Niebezpieczeństwo bolszewickie, oświadczył przyszły kanclerz Ignaz Seipel w 1918 roku, było „niebezpieczeństwem żydowskim”[28]. W tej sytuacji austriaccy Żydzi zaczęli, o ironio, tęsknić za utraconym światem cesarstwa:

W monarchii habsburskiej większość Żydów świetnie radziła sobie z własną austriackością w „kosmopolitycznym” sensie tego słowa: Żyd mógł być polskojęzycznym Austriakiem z Krakowa, czeskojęzycznym Austriakiem z Pragi bądź włoskojęzycznym Austriakiem z Triestu i nie czuć przy tym potrzeby wyparcia się swego żydowskiego pochodzenia. W roku 1918 ten model wielokulturowości nieodwołalnie się załamał. [...] Bycie niemieckojęzycznym austriackim Żydem w zaciekle antysemickim społeczeństwie oznaczało nieuchronne pęknięcie tożsamości.[29]

Dlatego tak wielu Żydów wkrótce wyemigrowało z kraju, bądź dobrowolnie, jak Wittgenstein, który w 1930 roku osiadł w Cambridge, czy jak Joseph Roth, który zadomowił się w Paryżu, bądź też z konieczności, jak Canetti i Musil (obaj wyjechali w 1938 roku). Znacznie młodszy Paul Celan, student literatury z Czerniowiec, lata wojny spędził wprawdzie w Rumunii (jego rodzice zginęli w Zagładzie, on sam zaś trafił na kilkanaście miesięcy do nazistowskiego obozu pracy, a potem do sowieckiego więzienia), ale w 1948 roku przeniósł się na stałe do Francji.

Tym, co jednoczyło austromodernistów, był język niemiecki (dokładnie jego austriacka odmiana), którym posługiwali się od urodzenia albo – to przypadek Canettiego – od dzieciństwa. Wychowani w wielojęzycznym cesarstwie, wszyscy siłą rzeczy stali się poliglotami. Canetti na ulicy słyszał język bułgarski, w szkole w Manchesterze nauczył się angielskiego; Musil mówił po czesku, Roth w jidysz (którego później się wyrzekł). Każdy z nich swoje dzieła tworzył jednak w języku niemieckim. Historia Wittgensteina, który zaczynał karierę filozoficzną w międzywojennym Cambridge, gdzie współpracował z Bertrandem Russellem i G.E. Moore’em, wydaje się w tym kontekście szczególnie znamienna. W listach i zapisach wykładów Wittgensteina widać, że jego angielszczyzna do końca pozostała nieco niezgrabna i sztuczna; nigdy nie opanował on „zwykłego” języka angielskiego, chociaż cenił potoczność w języku, a w niemczyźnie wręcz ją hołubił. Joseph Roth jako dziennikarz w ostatniej dekadzie życia napisał wiele esejów po francusku, ale jako pisarz nie wyobrażał sobie, by mógł posługiwać się innym językiem niż niemiecki. Z kolei Paul Celan w często cytowanym wykładzie stwierdził, że poeta nie ma wyboru – po prostu musi pisać w języku ojczystym, ponieważ ubrana w „obcy język” prawda poetycka „schodzi na psy”[30].

Jako język ojczysty, ale też wybrany, niemczyzna stała się u austromodernistów niezwykle samoświadoma – była ona bowiem nie tyle środkiem komunikacji, ile przedmiotem refleksji. Przytoczmy w tym miejscu zdanie Krausa z opublikowanego w „Die Fackel” eseju Die Sprache: „Język to jedyna chimera, której moc iluzji nie ma końca – to niewyczerpany zasób, który chroni życie przed zubożeniem”[31].

Osobliwa batalia o nerwy

Walter Benjamin, choć był wielkim miłośnikiem Karla Krausa, miał do swego austriackiego kolegi po piórze pewne poważne zastrzeżenie – otóż jego zdaniem Kraus niesłusznie wierzył w sprawczość jednostki:

Całkiem logiczne, że wynędzniały, zredukowany człowiek tej epoki – człowiek współczesny – może jeszcze domagać się dla siebie azylu w świątyni świata stworzonego tylko w owej najbardziej zmarniałej postaci: jako osoba prywatna. Ileż wyrzeczeń, ileż ironii wymaga ta osobliwa batalia o „nerwy”, o ostatnie włókienka nerwowe wiedeńczyków – korzonki, na których Kraus potrafił jeszcze odnaleźć coś z ojczystej ziemi. [...] Tutaj właśnie – jeśli gdziekolwiek – ujawnia się ta osobliwa gra między reakcyjną teorią a rewolucyjną praktyką, którą u Krausa napotykamy na każdym kroku.[32]

„Rewolucyjna praktyka”, o której mówi Benjamin, to stosowanie cytatów, uprawianie nowej, dokumentalnej sztuki złożonej w całości z przytoczeń. „W cytacie obie domeny – źródło i zniszczenie – legitymizują się wobec języka. I na odwrót: tylko tam, gdzie się przenikają – w cytacie – język osiąga spełnienie”[33]. Tę radykalną metodę Benjamin uważał jednak za sprzeczną z politycznym nastawieniem Krausa, ocenianym przez filozofa jako wsteczne. W dobie reprodukcji technicznej nie mogło być miejsca dla burżuazyjnego indywidualizmu, którego Kraus zdawał się bronić; praktyka społeczna musiała stać się wspólnotowa. Z drugiej strony, jak konstatuje Edward Timms, Kraus za najbardziej wrogą siłę uznawał „militaryzm, nie kapitalizm, a burżuazyjny świat potępiał raczej za nierówności społeczne niż za wyzysk ekonomiczny. Bolszewizm stanowił dla niego problem nie tyle moralny, ile polityczny; Kraus był wstrząśnięty, gdy widział, że tak wielu inteligentnych młodych ludzi, często pochodzenia żydowskiego, zaczyna wierzyć w przemoc”[34]. Istotnie, w lipcu 1919 roku Kraus na łamach „Die Fackel” trafnie odgadł, że wkrótce pojawi się ostra reakcja antysemicka i że zanim nadejdzie „światowa rewolucja” (Weltrevolution), nastąpi „światowy pogrom” (Weltpogrom)[35]. Takie komentarze można interpretować – i interpretuje się – jako niefortunne przejawy żydowskiej samonienawiści, trzeba jednak przyznać, że w tym wypadku Kraus miał rację.

Tak czy inaczej, niezgodę między Krausem a Benjaminem należałoby rozumieć jako opozycję między pragmatyzmem człowieka zaangażowanego w codzienne życie niestabilnej republiki a znacznie bardziej abstrakcyjną działalnością postępowego intelektualisty (skupiającą się na analizie historii, literatury i myśli społecznej), głęboko zakorzenioną w tradycji filozoficznej jego narodu. Drugą z tych postaw przybliża wydana niedawno książka Weimar Thought, której redaktorzy nie kryją zresztą swojego entuzjazmu dla „zdumiewającego fermentu kulturalnego i intelektualnego w międzywojennych Niemczech lat 1919–1933”. Jak czytamy we wstępie:

Republika Weimarska stanowiła zapewne najważniejszą kuźnię intelektualnych innowacji w teorii politycznej i socjologii, w krytyce kultury, teorii filmu, psychologii i teorii prawa, w fizyce i biologii oraz w modernizmie w całej różnorodności jego form. Krótki czas jej istnienia był okresem twórczego rozkwitu dla intelektualistów, uczonych i krytyków zaliczanych dziś do najważniejszych myślicieli XX stulecia. Na tej liście z pewnością powinni znaleźć się radykalni filozofowie: Walter Benjamin, Martin Heidegger i Max Scheler, teoretycy kryzysu politycznego: Carl Schmitt, Ernst Jünger, Hannah Arendt, Hans Kelsen i Oswald Spengler, nowatorscy teologowie: Karl Barth, Franz Rosenzweig, Gershom Scholem i Ernst Bloch, a także wyraziciele buntu estetycznego w literaturze, filmie, dramacie, muzyce i sztukach pięknych: Alfred Döblin i Siegfried Kracauer, Bertolt Brecht i Ernst Křenek, Hannah Höch i Kurt Schwitters.[36]

Lista nazwisk rzeczywiście robi wrażenie – nie da się jednak ukryć, że wyraźnie ciąży ona ku teorii politycznej i społecznej, a nie ku literaturze. Republika Weimarska istotnie zasłynęła jako laboratorium śmiałych idei: teorii marksistowskiej, Heideggerowskiej ontologii „bycia-w-świecie”, koncepcji filmu Kracauera, Rudolfa Arnheima i samego Benjamina. Nie oznacza to wszakże, że austromodernizm – od Freuda, Wittgensteina i Krausa po Musila i Rotha, Celana i Bachmann – należy uważać za słabszą wersję silnej formacji intelektualnej powstałej w Republice Weimarskiej. Był on od niej po prostu inny. Ze względu na sam charakter monarchii Habsburgów i na sytuację po jej rozpadzie, ze względu na wschodnie (i często żydowskie) pochodzenie czołowych twórców austromodernizm rozwijał się w odmiennym kierunku; jego zasadniczą cechą było głębokie zwątpienie w to, czy rząd – jakikolwiek rząd czy ustrój gospodarczy – potrafi uczynić ludzkie życie lepszym. Dlatego w prozie i poezji austromodernistów dominującą kategorią estetyczną jest ironia – ironia oscylująca nie tyle ku satyrze (która wyśmiewa po to, by coś zmienić), ile ku zmysłowi absurdu. Pisarza postrzegano nie jako kogoś, kto wprowadza i legitymizuje zmiany – Austriakom zmiana zawsze wydawała się czymś podejrzanym – tylko kogoś, kto może przeprowadzić potrzebną i wnikliwą analizę fundamentalnych oczekiwań i pryncypiów.

Przyjrzyjmy się dyskusji, którą w 1932 roku odbyli Niemiec Albert Einstein i Austriak Sigmund Freud, a której temat streszczał się w pytaniu „Dlaczego wojna?” („Warum Krieg?”). Liga Narodów i działający pod jej patronatem Międzynarodowy Instytut Współpracy Intelektualnej w Paryżu zaproponowały Einsteinowi, by zaprosił on kogoś „do szczerej wymiany poglądów” na wybrany przez siebie temat. Einstein wskazał problem, który uważał za „najpilniejszy ze wszystkich, z jakimi musi zmierzyć się cywilizacja”. Kwestię tę ujął następująco: „Czy istnieje sposób, by wybawić ludzkość od groźby wojny?”. W swoich rozważaniach zaś pisał: „Wraz z postępem współczesnych nauk ścisłych zagadnienie to stało się sprawą życia i śmierci naszej cywilizacji”[37].

Einstein przyznał, że w przeciwieństwie do Freuda on sam nie ma „wglądu w mroczne zakamarki ludzkiej woli ani uczucia”, podsunął jednak „prosty sposób poradzenia sobie z powierzchniową (czyli administracyjną) stroną problemu: stworzenie – za międzynarodową zgodą – ciała ustawodawczego i sądowego, które rozstrzygałoby wszystkie konflikty między narodami. Każdy naród zobowiązałby się do przestrzegania nakazów wydanych przez owo ciało ustawodawcze, powoływania się na jego decyzje w każdym sporze, szanowania bez zastrzeżeń jego werdyktów oraz podejmowania wszelkich kroków, jakie ów trybunał uzna za konieczne w egzekwowaniu swoich orzeczeń”[38]. Einstein doskonale sobie uświadamiał, że taka propozycja stoi w sprzeczności z ludzką naturą, z „silnymi czynnikami psychologicznymi”, które „paraliżują podobne próby”, a zwłaszcza z „dążeniem do władzy, cechującym klasy rządzące we wszystkich państwach”. Przekonywał jednak, że jeśli na wstępie przyjmiemy, iż „ludzie noszą w sobie żądzę nienawiści i zniszczenia”, możemy starać się szukać „sposobów i środków, które zapobiegną dalszym konfliktom zbrojnym”[39]. Wyrażał też nadzieję, że Freud jest osobą, która zdoła ująć „problem pokoju na świecie w perspektywie swoich najnowszych odkryć”, i że takie naświetlenie tematu „wytyczy drogę dla nowych, owocnych metod działania”[40].

Na ironię zakrawa fakt, że wspomniana debata toczyła się w lipcu 1932 roku, ledwie sześć miesięcy przed tym, jak Hitler został kanclerzem. Freud w swojej odpowiedzi przedstawił zagadnienie przemocy w szerszym kontekście i podkreślił, że od niepamiętnych czasów konflikty rozstrzygano z użyciem agresji, mającej na celu zabicie lub ujarzmienie wroga. „Od przemocy”, pisał dalej Freud, „droga wiodła do prawa”, ale tylko dlatego, że ludzie zrozumieli, iż „przemoc może zostać złamana przymierzem wielu”[41], a więc że ratunku należy upatrywać w solidarności. „Widzimy, że prawo jest siłą wspólnoty. Jest to nadal przemoc gotowa zwrócić się przeciwko każdemu indywiduum, które się jej przeciwstawia, posługuje się ona tymi samymi środkami, dąży do tych samych celów; różnica tak naprawdę polega na tym, że już nie przemoc jednostki dochodzi swego, lecz przemoc wspólnoty”. Skoro nierówność sił jest nieunikniona nawet w łonie samej władzy, konkluduje Freud, nie da się uniknąć „rozwiązywania konfliktu interesów za pomocą przemocy”[42].

Czy zatem istnieje jakieś wyjście z tej sytuacji? Freud sugeruje, że im więcej ludzi w danej społeczności dzieli te same konieczności i cechy wspólne, tym większa nadzieja na rozwiązania pokojowe. „Niezależnie od tego, jak paradoksalnie mogłoby to brzmieć, trzeba przecież przyznać, że wojna nie jest bynajmniej niestosownym środkiem w dziele zaprowadzania wytęsknionego «wiecznego» pokoju, albowiem może ona powoływać do życia owe wielkie jednostki, w obrębie których silna władza centralna uniemożliwia następne wojny”[43]. Freud ma tu pewnie na myśli Austro-Węgry, w których istnienie scentralizowanej władzy zapobiegało – przynajmniej w erze ponapoleońskiej – wojnie na większą skalę, nawet jeśli na pograniczach toczyły się mniej istotne wojny. W praktyce jednak, przyznaje Freud, „nowo stworzone jednostki ponownie się rozpadają, nie najczęściej za sprawą niedostatecznej spójności części spojonych przemocą”[44]. Prędzej czy później pojawia się więc groźba globalnego konfliktu zbrojnego.

W dalszej części dyskusji Freud wprowadza szerszą perspektywę poprzez odwołania do symboliki Erosa i Tanatosa – kreacji i destrukcji – które to pierwiastki zawsze uważał za nierozerwalnie ze sobą związane:

pragnienie zlikwidowania agresywnych skłonności człowieka nie ma widoków na przyszłość. [...] Także bolszewicy mają nadzieję, że będą mogli zlikwidować ludzką agresję w ten sposób, iż zapewnią zaspokojenie potrzeb materialnych i ustanowią równość uczestników wspólnoty. Uważam to za złudzenie. Na razie bolszewicy się zbroją jak mogą, tym zaś, co spaja ich zwolenników, jest wcale w nie najmniejszym stopniu nienawiść do wszystkich, którzy do nich nie należą.[45]

Idealne warunki do wyeliminowania wojny, sugeruje Freud, mogłyby zaistnieć w społeczności, w której wszyscy podporządkowaliby popędy (Eros versus Tanatos) nakazom rozumu. „Jest to jednak najprawdopodobniej nadzieja nader utopijna”, konkluduje. Zresztą z jego perspektywy „internalizacja skłonności do agresji” przynosi konsekwencje zarówno korzystne, jak i niebezpieczne[46]. Być może, stwierdza Freud, trzeba pogodzić się z wojną, „tak samo jak z wieloma innymi przykrymi koniecznościami życia”[47].

I Wittgenstein, i Kraus odrzucali – każdy na swój sposób – koncepcję Freuda. Niemniej zgodziliby się, jak sądzę, co do tego, że wiecznotrwały pokój to mrzonka i że społeczeństwo komunistyczne, zbudowane przecież na fundamentach przemocy rewolucyjnej, prędzej czy później samo stanie się ofiarą przemocy. Z perspektywy austromodernizmu teoria szkoły frankfurckiej, domagająca się nowego porządku gospodarczego i politycznego, była nie do przyjęcia. Postulowany przez frankfurckich myślicieli etos mógłby być najwyżej czymś w rodzaju świeckiego odpowiednika teologii negatywnej. W obliczu wojny, potworności bliźniaczych systemów: faszyzmu i komunizmu, a także w obliczu groźby upadku demokracji, można wprawdzie demaskować szaleństwa i łajdactwa świata, w którym się żyje, ale nie zmienia to przecież faktu, że realnej zmiany doświadcza się ostatecznie tylko we własnym wnętrzu. Jedynym celem, jak to ujął Wittgenstein (i jak by pewnie powiedzieli także Musil i Roth), jest „stać się innym człowiekiem”[48].

Dlatego zamiast wdrażać kolejne idee, austromoderniści skromnie ograniczają się do diagnozy, rozpoznania status quo. Zarówno Marsz Radetzky’ego, jak Człowiek bez właściwości i dziwna poezja miłosna Celana mają za zadanie wyłącznie przedstawiać, pokazywać, „jak jest”. Literatura austromodernistyczna nigdy nie wydałaby takiego dzieła jak Korzenie totalitaryzmu (Hannah Arendt), bo austriaccy twórcy zwyczajnie nie odważyliby się stwierdzić bez wahania, czym owe korzenie właściwie są. Omawiane tu utwory – powieści, eseje, wiersze, dramaty, wspomnienia – przenika coś, co w skrystalizowanej formie odnajdujemy u Wittgensteina, myśliciela, dla którego proces dociekania był istotniejszy niż jego efekty i który uznawał pewność za największe niebezpieczeństwo dla własnej filozofii (zauważmy na marginesie, jak niezdecydowane, „nieśmiałe” tytuły nadawał on swoim pracom – Dociekania filozoficzne, Uwagi o kolorach – i jak często formułował przemyślenia za pomocą enigmatycznych aforyzmów lub lakonicznych tez).

Diagnoza, choćby taka jak w Ostatnich dniach ludzkości Krausa, może być bolesna. Gregor von Rezzori w swych sardonicznych Pamiątkach antysemity bezlitośnie odsłania przed czytelnikiem świat swojej antysemickiej rodziny, podupadłego arystokratycznego rodu osiadłego w silnie zjudaizowanych Czerniowcach. Rodzina ta opłakuje zastąpienie „flagi Cesarstwa, z dwugłowym orłem na złotym polu” przez „wulgarną flagę nowej republiki”, której na szczęście, jak powiada narrator, nikt w jego domu nie uznaje[49]. W tym środowisku za rzecz nie do pomyślenia uważano na przykład związek z Żydówką: to „oznaczało sprzeniewierzenie się fladze. To była po prostu zdrada”[50].

Narrator Wierności, bodaj najbardziej błyskotliwej opowieści z tej książki, zakochuje się jednak właśnie w Żydówce. Gdy jako młody student uniwersytetu gości w Wiedniu u srogiej (i obnoszącej się ze swoim antysemityzmem) babki, poznaje mieszkającą piętro wyżej Minkę Raubitschek, czarującą żydowską dziewczynę, której rodzice, kulturalni i światli ludzie, zmarli niedługo przedtem na hiszpankę, pozostawiwszy córce mnóstwo pieniędzy. Minka lubi się zabawić – jest jakby wiedeńską wersją Sally Bowles z powieści Isherwooda, dziewczyną otoczoną wianuszkiem kochanków, a zarazem osobliwie niewinną. Osiemnastoletni narrator zostaje jej absztyfikantem, towarzyszy jej na przyjęciach, koncertach i spektaklach, a nawet na wykładzie Karla Krausa. Ta idylla późnych lat dwudziestych kończy się, kiedy bohater musi wrócić do Rumunii, by odbyć służbę wojskową. Gdy ponownie przyjeżdża do Wiednia w 1937 roku, beztroskie rozrywki są już przeszłością.

Narrator Pamiątek antysemity (którego Rezzori obdarzył zresztą swoimi personaliami) konstatuje w pewnym momencie:

jeśli, jak utrzymywał Poldi [tj. dziennikarz i przyjaciel narratora], Niemcy rzeczywiście zamierzali teraz podbić Austrię, tym lepiej. Niemieckojęzyczne narody znów zostałyby zjednoczone, jak w czasach Świętego Cesarstwa Rzymskiego pod panowaniem Karola Wielkiego.[51]

Lecz kiedy udaje się wraz z Minką i jej przyjaciółmi do piwiarni, gdzie „wielkie, nieogolone indywiduum” ryczy im w twarz: „Juden raus!”[52], jego perspektywa nieco się zmienia. Narrator wyznaje:

W pewien sposób było mi nawet szczerze żal Minki i wszystkich naszych przyjaciół, w ogóle wszystkich Żydów; ale i to się stało, jak się stało, każdy pokutował za coś, z czym może nawet nie miał już nic wspólnego, i w najlepszym wypadku mogłem zrobić dla tych biednych ludzi jedno: uruchomić moje kontakty z SS, gdyby znaleźli się w poważnych tarapatach.[53]

Sama Minka najwyraźniej nie ma pojęcia, co to znaczy być Żydem czy Żydówką. Jedną z najbardziej przerażających scen, z jakimi zetknęłam się w tej i w ogóle w jakiejkolwiek opowieści o Anschlussie, jest epizod w szkole butlerów przy Praterstrasse, gdzie żydowscy bankierzy i intelektualiści starający się o wizę do Anglii (dokąd Minka również będzie wkrótce zmuszona wyjechać) uczą się nowego fachu. Robią to nie bez powodu, Brytyjczycy przyjmują bowiem „tylko ludzi, których dało się zatrudnić jako służących”:

Poszliśmy tam kiedyś, żeby sobie popatrzeć, jak żydowskich intelektualistów, kawiarnianych bywalców i maklerów giełdowych uczono stylowego obsługiwania lordów. Skręcaliśmy się ze śmiechu na widok starszawych bankierów w fartuszkach wokół bioder, którzy czyścili srebra, balansowali z przeładowanymi tacami i przelewali czerwone wino do karafek. Wykorzystując swój szczególny talent parodystyczny, wymyśliłem skecz o szkockim lordzie, który dowiaduje się z gazety o smutnym losie wiedeńskich Żydów i postanawia wyrzucić wszystkich swoich wiernych, pachnących lawendą służących, a na ich miejsce przyjąć dr. Pisko-Bettelheima, Jacques’a Pallinkera, Yehudo Nagoschinera i innych Żydów z Wiednia. Zawsze gościnne mieszkanie Minki stało się punktem spotkań garstki Żydów, którzy zostali jeszcze w Wiedniu, a także paru Aryjczyków, którzy jak ja sprzeniewierzyli się własnym przekonaniom. Przed tą publicznością wystawiłem swój skecz. [...]

Owego lata i jesieni 1938 roku większość znanych mi Żydów jeden po drugim wyjeżdżała za granicę lub znikała w inny sposób [...].[54]

Jak powiada Rezzori w swej przeraźliwie beznamiętnej relacji, stało się, jak się stało. Mince udaje się uciec do Anglii, skąd w 1947 roku zamierza wyemigrować do Ameryki. Teraz to Gregor, którego ojciec, zapalony myśliwy, „w chwili, gdy Rosjanie zajęli Bukowinę, oddał swój ostatni strzał – tym razem we własną skroń”[55], jest bez grosza i przymiera głodem. Wygląda na to, że „nie został już nikt, kogo można by nienawidzić”[56]. Czy Rezzori sugeruje, że jego narrator zaczyna rozumieć, iż sam był wspólnikiem nazistów? Trudno orzec. Na pewno są też czytelnicy, którym Wierność wyda się nazbyt drastyczna. W tej i innych opowieściach Rezzori bezlitośnie obnaża austriacki antysemityzm jako patologię pokonanego i upokorzonego narodu, który potrzebował kozła ofiarnego.

Po Anschlussie w 1938 roku austriaccy pisarze okresu międzywojennego znaleźli się w stanie zawieszenia. Wittgenstein, który od 1930 roku mieszkał i wykładał w Cambridge, napisał w dzienniku: