Wydawca: Burda Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Ostrożnie z miłością ebook

Samantha Young  

4.25112107623318 (223)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 469 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ostrożnie z miłością - Samantha Young

Chyba cały wszechświat sprzysiągł się przeciwko Avie.

Powrót z Phoenix do domu w Bostonie okazuje się pełen niespodzianek: pewien arogancki Szkot, Caleb, sprzątnął jej sprzed nosa ostatni bilet w pierwszej klasie, jej lot zostaje odwołany, musi więc wracać okrężną drogą, z przesiadką i noclegiem w Chicago.

Na dodatek spotyka tam niesympatycznego Caleba. Napięcie, które rośnie między bohaterami, doprowadza w końcu do… namiętnej nocy podczas przymusowej przerwy w podróży; nocy, jakiej Ava jeszcze nigdy nie przeżyła.

Oboje traktują to jako jednorazową przygodę, ale za jakiś czas los znów postawi Caleba na drodze Avy…

Decydują się wówczas na związek bez zobowiązań. Caleb przez swoje trudne doświadczenia z przeszłości nie chce się poważniej angażować. Ale Ava wkrótce przekonuje się, że przystojny Szkot wcale nie jest takim okropnym typem, za jakiego go uważała.

Postanawia za wszelką cenę zawalczyć nie tylko o jego ciało, lecz także serce.

Opinie o ebooku Ostrożnie z miłością - Samantha Young

Fragment ebooka Ostrożnie z miłością - Samantha Young

Tytuł oryginału: Fight or Flight

Copyright © by Samantha Young, 2018

This edition published by arrangement with Berkley,

an imprint of Penguin Publishing Group,

a division of Penguin Random House LLC.

Copyright for the Polish edition © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2018

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Ewa Górczyńska

Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska

Korekta: Agnieszka Rybczak-Pawlicka, Katarzyna Szajowska/Melanż

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Eliza Luty

Zdjęcie na okładce: Dave and Les Jacobs/Getty Images

ISBN: 978-83-8053-451-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

1

lotnisko Sky Harbor, Arizonamarzec 2018

Jedzenie. Jedzenie i kawa. Wiedziałam, że to powinno być dla mnie w tej chwili najważniejsze. Burczenie w brzuchu jasno dawało mi to do zrozumienia. Czułam, że jeśli zaraz nie wprowadzę do organizmu dawki kofeiny, zacznę gryźć i drapać. Biorąc pod uwagę cel mojej wizyty w Phoenix i niedawne przeszukanie mojej walizki podczas kontroli bezpieczeństwa, nie było w tym nic dziwnego.

Chociaż byłam głodna i zła, postanowiłam najpierw podwyższyć klasę swojego biletu do Bostonu. W hali dworca lotniczego jeszcze jakoś się trzymałam, mimo rozdrażnienia, ale jako ktoś cierpiący na łagodną postać klaustrofobii wiedziałam, że w cias­nym samolocie poczuję się milion razy gorzej. Z moim szczęściem na pewno trafi mi się miejsce obok kogoś, kto na czas lotu zdejmie nie tylko buty, lecz także skarpetki. Nie mogłam się narażać na coś takiego. Para obcych rozgrzanych nieświeżych bosych stóp tuż obok mnie przez cztery i pół godziny lotu? Nie, w obecnym stanie ducha na pewno bym tego nie zniosła. Wzdrygnęłam się i ruszyłam do stanowiska odpraw przy mojej bramce.

Spostrzegłszy niewielką grupkę osób zgromadzonych pod ekranem telewizyjnym, zwolniłam kroku, zastanawiając się, jaka wiadomość tak przykuła ich uwagę. Na widok olbrzymich pióropuszy dymu, wydobywających się ze szczytu niebywale wysokiej góry, przystanęłam zaciekawiona.

W kilka sekund dowiedziałam się, że na Islandii wybuchł wulkan o nazwie nie do wymówienia. Powstała przez to ogromna chmura pyłu, która spowodowała niebywały zamęt w Europie. Odwołano loty, co wywołało totalny chaos komunikacyjny.

Wizja tkwienia na lotnisku przez wiele godzin – może nawet dni – wzbudziła we mnie współczucie dla wszystkich dzielących moją podróżną dolę. Nie potrafiłam sobie wyobrazić czegoś takiego, zwłaszcza po tym, co przeszłam w minionym tygodniu. Postrzegałam siebie jako osobę opanowaną i zorganizowaną, jednak ostatnio buzowały we mnie tak silne emocje, grożące nagłym wybuchem, że niemal się ich bałam. Błagając Wszechświat, żeby wybaczył mi mój egocentryzm, i dziękując losowi, że to nie ja nie dotrę dziś do domu, znów ruszyłam w stronę stanowiska odpraw. Kolejki nie było, a mężczyzna za kontuarem uśmiechał się zapraszająco, gdy zobaczył, że się do niego zbliżam.

– Dzień dobry, chciałam zapytać… Au! – Skrzywiłam się, kiedy torba z laptopem, niesiona przez jakiegoś rosłego mężczyznę, uderzyła mnie w prawe ramię tak mocno, że zatoczyłam się na bok.

Zwalisty facet nawet nie zauważył, że kogoś potrącił. Minął mnie jak powietrze i nie czekając na swoją kolejkę, stanął przy kontuarze.

Co za bezczelność!

– Chciałbym zamienić swój bilet na bilet pierwszej klasy – powiedział głębokim, donośnym, dudniącym głosem, z miłym dla ucha akcentem, który jednak wcale nie złagodził mojego gniewu na tak obcesowe wypchnięcie z kolejki.

– Oczywiście – odparł pracownik lotniska zalotnym tonem i chociaż byłam zbyt niska, żeby go zobaczyć ponad ramieniem tego zwalistego gbura, miałam pewność, że kokieteryjnie zatrzepotał rzęsami. – Sprawdźmy. Lot DL180 do Bostonu. Ma pan szczęście, panie Scott. W pierwszej klasie zostało jeszcze jedno miejsce.

Cholera! Nie!

– Co takiego? – Wepchnęłam się przed gbura, nawet na niego nie patrząc.

Pracownik lotniska, usłyszawszy mój ton, natychmiast przymrużył oczy i zacisnął wargi.

– Właśnie podchodziłam do pańskiego stanowiska, żeby poprosić o bilet pierwszej klasy, ale on – wskazałam gestem winowajcę – wcisnął się przede mnie. Przecież pan to widział.

– Bardzo proszę, żeby się pani uspokoiła i zaczekała na swoją kolej. Wszystkie miejsca na ten lot są wykupione, ale wpiszę pani nazwisko na listę oczekujących i jeśli zwolni się miejsce w pierwszej klasie, zostanie pani zawiadomiona o możliwości wymiany biletu.

Akurat. W tym tygodniu prześladował mnie pech, więc i to na pewno się nie uda.

– Ale ja byłam pierwsza – upierałam się, czerwona z gniewu i oburzenia na taką niesprawiedliwość. – Ten tutaj potrącił mnie torbą na laptopa i wepchnął się przede mnie.

– Czy możemy zignorować tę rozzłoszczoną osóbkę i zająć się biletem? – zapytał nieznajomy z charakterystycznym akcentem.

Niski głos rozległ się ponad moją głową, po prawej stronie.

Jego pobłażliwy ton sprawił, że w końcu na niego spojrzałam.

I nagle wszystko stało się jasne.

Obok stał współczesny wiking i spoglądał na mnie z góry, odwróciwszy wzrok od pracownika lotniska. Jeszcze nigdy nie widziałam tak pięknych oczu. Jasnoniebieskie i wyraziste, kontrastowały z opaloną twarzą, lśniąc w promieniach słońca wpadających przez lotniskowe okna niczym błękitne przejrzyste szkło. Włosy miał ciemnoblond, krótko przystrzyżone po bokach, dłuższe na górze. I chociaż nie był w moim typie, musiałam przyznać, że jego twarz o surowych męskich rysach, z krótko przystrzyżoną ciemnoblond brodą, prezentowała się bardzo atrakcyjne. Właściwie nie była to broda, tylko kilkudniowy gęsty zarost. Miał piękne usta, o cieńszej górnej wardze, ale pełnej i zmysłowej dolnej, co nadawało im chłopięcy wyraz, niepasujący do zdecydowanie męskiej aparycji. Usta, chociaż tak piękne, w tej chwili wykrzywiały się w grymasie pełnym niezadowolenia.

I czy już wspominałam, że był wspaniale zbudowany?

Na widok jego szerokich ramion trener drużyny futbolowej załkałby z radości. Szacowałam, że mógł mieć jakieś metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, ale był tak umięśniony, że wyglądał na wyższego. Mierzyłam zaledwie metr sześćdziesiąt i choć miałam na sobie dziesięciocentymetrowe szpilki, stojąc obok niego, czułam się jak skrzat.

Tatuaże, którym jeszcze nie zdążyłam się przyjrzeć, wyglądy spod podwiniętych rękawów sportowej koszulki, podkreślającej zarys mięśni, jakich można się dorobić jedynie dzięki częstym i regularnym wizytom w siłowni.

Krótko mówiąc, był to wspaniały przedstawiciel męskiego gatunku.

Przewróciłam oczami i zirytowana spojrzałam znacząco na pracownika lotniska.

– Serio? – Stało się dla mnie jasne, że zamierza traktować ulgowo tego wikinga wyglądającego na członka gangu motocyklowego.

– Bardzo proszę, niech mnie pani nie zmusza do wezwania ochrony.

Ze zdziwienia aż otworzyłam usta.

– Czy to nie przesada?

– Hej. – Głos wikinga zabrzmiał tak wojowniczo, że się zjeżyłam.

Podniosłam na niego wzrok.

– Zmykaj stąd, krasnalu – powiedział kpiąco.

– Nie mówię po skandynawsku. – Udałam, że nie rozumiem jego słów, wypowiedzianych z silnym obcym akcentem.

– Jestem Szkotem.

– Co mnie to obchodzi?

Wymamrotał coś niezrozumiale i zwrócił się do mężczyzny za kontuarem.

– Gotowe?

Facet posłał mu uwodzicielski uśmiech i podał bilet oraz paszport.

– Już ma pan miejsce w pierwszej klasie – oznajmił.

– Zaraz, zaraz! Co takiego? – zaprotestowałam, ale wiking zabrał swoje dokumenty i odszedł.

Stawiał o wiele dłuższe kroki niż ja, ale mnie napędzała silna motywacja, a poza tym potrafiłam biegać w szpilkach. Podążyłam więc za nim, ciągnąc za sobą walizkę pokładową na kółkach.

– Chwileczkę! – Chwyciłam go za ramię, a on odwrócił się tak szybko, że aż się zachwiałam.

Natychmiast odzyskałam równowagę i krzywiąc się, wygładziłam żakiet.

– W takiej sytuacji powinieneś postąpić jak należy i oddać mi miejsce w pierwszej klasie.

Sama nie wiedziałam, dlaczego tak się uparłam. Może dlatego, że zawsze mnie bolało, kiedy kogoś traktowano niesprawiedliwie. A może w tym tygodniu zbyt często mną pomiatano.

Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

– To jakiś żart?

Nawet nie próbowałam udawać, że nie jestem obrażona. Zachowanie tego typa było obraźliwe w każdym calu. Oskarżycielsko wskazałam na niego palcem.

– Ukradłeś mi miejsce w samolocie – wycedziłam wolno, żeby jego ptasi móżdżek zdołał nadążyć za moimi słowami.

– Jesteś kompletną świruską – odparł, również celując we mnie palcem.

Na chwilę zatkało mnie z oburzenia.

– To nieprawda – zaprotestowałam. – Po pierwsze, jestem po prostu głodna i zła. A to różnica. A po drugie, słowo „świrus” jest całkiem niepoprawne politycznie.

Przez moment patrzył w przestrzeń gdzieś ponad moją głową, jakby zbierał myśli. A może po prostu starał się przywołać resztki cierpliwości. Chyba jednak to drugie, ponieważ kiedy w końcu spojrzał na mnie tymi swoimi urzekającymi oczami, westchnął głęboko.

– Byłabyś nawet zabawna, gdyby nie to, że jesteś totalnie niezrównoważona. A ja nie jestem w dobrym nastroju po tym, jak musiałem lecieć z Glasgow do Londynu, z Londynu do Phoenix, a teraz z Phoenix do Bostonu, zamiast dotrzeć tam prosto z Londynu, tylko dlatego że mój asystent to palant, który najwyraźniej nie słyszał o międzynarodowych lotach bezpośrednich. Bądź więc tak miła i idź w swoją stronę, zanim powiem lub zrobię coś, czego będę potem żałował.

– A więc nie przeprosisz za to, że nazwałeś mnie świruską?

W odpowiedzi odwrócił się i odszedł.

Pokonana i zrezygnowana patrzyłam, jak się oddala razem z biletem pierwszej klasy, który powinien być mój.

Zadecydowałam, że kawa i jedzenie mogą zaczekać, dopóki nie odświeżę się w łazience – czyli do momentu aż nie odzyskam spokoju. Ruszyłam w kierunku najbliższej toalety. Patrząc przez okno na Camelback Mountain, marzyłam, żeby jak najszybciej znaleźć się jak najdalej od Phoenix. To wizyta tutaj była przyczyną mojej frustracji. Poczułam, że zaczynają mną targać wyrzuty sumienia. Przed chwilą wyładowałam złość i frustrację na nieznajomym Szkocie. Fakt, ten gość był nieznośnie bezczelny, ale to ja wywołałam otwarty konflikt. W innych okolicznościach po prostu zapytałabym spokojnie, kiedy odlatuje następny samolot do Bostonu i czy dostanę bilet pierwszej klasy na ten rejs.

Ale tak bardzo chciałam już wrócić do domu.

Skorzystałam z toalety, umyłam ręce i wpatrzyłam się w swoje odbicie w lustrze. Marzyłam, żeby ochlapać twarz zimną wodą, ale to zniszczyłoby makijaż, który tak starannie wykonałam rano.

Przyglądając się sobie krytycznie, przeczesałam palcami włosy, ułożone w fale za pomocą prostownicy. Kiedy stan fryzury uznałam za zadowalający, przeniosłam uwagę na ubranie. Czerwony kostium był jednym z moich najładniejszych strojów. Składał się z dwurzędowego żakietu z baskinką i ołówkowej spódnicy do kolan. Ponieważ żakiet najlepiej wyglądał zapięty, pod spód włożyłam tylko cienką jedwabną koszulkę w kolorze kości słoniowej. Nie wiedziałam nawet, dlaczego spakowałam ten kostium, ale ponieważ przez ostatnie dni nosiłam jedynie czarne stroje, czerwień była dla mnie symbolem buntu. Albo wołaniem o pomoc. Albo jednak symbolem buntu.

Chociaż miałam dobrze płatną pracę jako projektantka wnętrz w ekskluzywnej firmie projektowej, życie w Bostonie okazało się dla mnie bardzo drogie. Połyskującą na przegubie dłoni tenisową bransoletkę z diamencików dostałam na osiemnaste urodziny od byłego chłopaka. Przez jakiś czas jej nie nosiłam, ale ponieważ w oczach moich niedorzecznie bogatych i ważnych klientów musiałam wyglądać jak uosobienie sukcesu, kiedy rozpoczęłam pracę, wyciągnęłam ją z przechowalni, dałam do czyszczenia i od tej pory się z nią nie rozstawałam.

Ostatnio jednak jej widok sprawiał mi ból.

Skrzywiłam się, oderwałam wzrok od skrzących się diamentów i spojrzałam na prawy przegub, gdzie błyszczał zegarek Gucciego. Taką premię przyznała mi Stella, moja szefowa, po pierwszym roku pracy w firmie.

Natomiast buty z czarnego aksamitu, na seksownej szpilce i z uroczym paseczkiem wokół kostki, zaprojektowane przez Jimmy’ego Choo, były jednym z wielu moich zakupów, które przyczyniały się do rosnącego debetu na karcie kredytowej. Gdybym mieszkała gdziekolwiek indziej niż w Bostonie, za otrzymywaną pensję mogłabym sobie sprawić dowolną liczbę butów tego projektanta. Niestety, większość moich zarobków pochłaniał wysoki czynsz za wynajmowane mieszkanie.

Zajmowałam uroczy pięćdziesięciopięciometrowy apartamencik, usytuowany na Beacon Hill. Dokładnie mówiąc, na Mount Vernon Street, kilka minut spacerem od rozległego parku Boston Common. Miesięczny wynajem kosztował mnie ponad cztery tysiące dolarów, a nie wchodziły w to rachunki za media. Pensji, po zapłaceniu podatków, wystarczyłoby na zgromadzenie jakichś oszczędności, ale wtedy nie byłoby mnie stać na kupowanie ulubionych butów Jimmy’ego Choo.

Tak, przyznaję, dotarłam do trzydziestki obciążona długiem na karcie kredytowej.

Ale to chyba upodobniało mnie do większości moich rodaków i rodaczek, prawda? Spojrzałam na swoje nieskazitelne odbicie w lustrze, starając się nie dopuścić do siebie myśli, że wielu współobywateli ma długi ze względu na koszty opieki medycznej lub dlatego, że muszą wykarmić dzieci.

Nie z powodu apartamentu w niedorzecznie drogiej dzielnicy Bostonu (choć uwielbiałam tam mieszkać) czy kupowania butów drogich projektantów, które pozwalały przekonać klientów, że mają do czynienia z kimś, kto doskonale rozumie ich potrzeby.

Zignorowałam te wnioski, nie chcąc dłużej krytykować samej siebie w myślach. Od przyjazdu do rodzinnego Phoenix niemal nic innego nie robiłam, chociaż przedtem mój tryb życia dawał mi szczęście.

Byłam w pełni szczęśliwa w perfekcyjnie urządzonym mieszkaniu, z nieskazitelną fryzurą i doskonałymi butami!

Perfekcja jest dobra.

Wygładziłam żakiet i chwyciłam rączkę walizki pokładowej.

Perfekcja oznacza kontrolę.

Patrzyłam na śliczną dziewczynę w lustrze i czułam, że się odprężam. Gdyby ten facet przy bramce wolał kobiety, natychmiast dostałabym bilet na pierwszą klasę.

– Nieważne – wyszeptałam do siebie.

Co się stało, to się nie odstanie.

Po wyjściu z łazienki postanowiłam kupić wytęsknioną przepyszną sałatkę śródziemnomorską i kanapkę w jednej ze swoich ulubionych restauracji sieci Olive & Ivy. Ta myśl sprawiła, że poczułam się jeszcze lepiej.

Wszystko będzie dobrze, gdy tylko zaspokoję głód i pragnienie kawy.

2

Wszechświat chyba jednak mnie nie znienawidził, ponieważ w Olive & Ivy dostrzegłam wolne miejsce. Była to popularna restauracja, więc nic dziwnego, że niezajęty pozostał tylko jeden stołek przy kontuarze otaczającym niewielką salkę. Młoda, dwudziestokilkuletnia kobieta, siedząca na miejscu obok wolnego stołka, zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów, a po chwili zachęcający uśmiech rozjaśnił jej twarz. Ha. Miałam nadzieję, że jej nieskrywane zainteresowanie mną oznacza chęć przypilnowania dla mnie miejsca, podczas gdy ja będę zamawiać jedzenie. Okrążyłam ją, czując na sobie jej uważne spojrzenie. Już miałam ją poprosić, żeby zajęła mi wolny stołek, kiedy na blacie tuż przy nim wylądowała ciężka torba na laptopa, z takim hukiem, że aż podskoczyłam.

– To miejsce jest zajęte.

No nie!

Nie ma mowy!

Nie!

Odwróciłam się szybko i zobaczyłam znajomego irytującego osobnika, który dziś już pojawił się w moim życiu.

– Tak, jest zajęte. Przeze mnie!

Szkot patrzył na mnie z bezczelnym, niezmąconym spokojem.

– A złożyłaś już zamówienie? Bo ja tak. Jako pełnoprawny klient mam pierwszeństwo przed stukniętym, przemądrzałym krasnalem, przekonanym, że wszystko mu się od życia należy.

Wzniosłam oczy do nieba, ale oczywiście zamiast Wszechświata zobaczyłam sufit.

– Ja chyba śnię – wymamrotałam.

– O, proszę. Na dodatek gadasz do siebie. Najlepszy dowód na to, że jesteś stuknięta.

Zgromiłam go wzrokiem.

– Znów ten niepoprawny politycznie język.

– Skarbie, popatrz na mnie. – Uśmiechnął się krzywo. – Cały jestem niepoprawny politycznie.

– Tylko nie „skarbie” – zaprotestowałam. – Nie spoufalaj się.

Pochylił się nade mną, przygwożdżając mnie do miejsca zimnym spojrzeniem niebieskich oczu.

– Nie zamierzam się znów z tobą kłócić w publicznym miejscu. Sio stąd, do cholery!

Czy właśnie powiedział do mnie „sio”?

„Sio”!

Zdecydowanym ruchem odsunął stołek, aż musiałam się cofnąć, żeby mnie nim nie uderzył. Zauważył moje zdziwienie i, ku swojemu zaskoczeniu, na jego twarzy dostrzegłam nie tylko irytację, lecz także pogardę.

– Pewnie jesteś przyzwyczajona, że mężczyźni padają do twych stóp, więc dam ci jeszcze dwie sekundy na zdziwienie. Ale jeśli za pięć sekund jeszcze tu będziesz, narobię ci cholernego wstydu na całe lotnisko.

– Często przeklinasz. – To były jedyne słowa, jakie dałam radę z siebie wydusić, czując tak silną niechęć z jego strony.

Jego mina stawała się coraz groźniejsza.

– Pięć, cztery, trzy…

Prychnęłam z oburzeniem, przerywając mu odliczanie, i już miałam odejść, ale siedząca obok młoda kobieta położyła mi dłoń na ramieniu.

– Ja już kończę, więc może pani zająć moje miejsce.

Uśmiechnęłam się do niej słodko.

– To bardzo miło z pani strony – powiedziałam, a potem dodałam, podnosząc głos: – Ale wolałabym popełnić harakiri wykałaczką, niż siedzieć obok tego nieokrzesanego fiuta, którego zachowanie przeczy pogłoskom, że Szkoci to najsympatyczniejszy naród świata.

Dokończywszy zdanie, odwróciłam się szybko, dramatycznym gestem odrzucając włosy do tyłu, i odeszłabym jako zwyciężczyni w tej słownej szermierce, gdybym nie usłyszała, jak koleś wybucha pełnym rozbawienia niskim śmiechem.

Ten dźwięk wyraźnie wybił mnie z rytmu.

Bezczelny Szkot nie pozwolił mi nawet oddalić się z gracją.

Zamiast pysznej sałatki kupiłam gotową kanapkę z lodówki i choć zupełnie nie miała smaku, zjadłam ją, siedząc pod przypadkową bramką i gapiąc się na góry. Upływ czasu sprawił, że nieco ochłonęłam, a bolesne wspomnienie minionego tygodnia pomogło spojrzeć na wszystko z odpowiednim dystansem. Kiedy poczułam się wystarczająco spokojna, postanowiłam podejść do jednego z lotniskowych stoisk z napojami i kupić kawę. Przy najbliższym stoisku już tworzyła się kolejka, więc przyśpieszyłam kroku, żeby się w niej ustawić, zanim stanie się jeszcze dłuższa.

Na widok okazałej postaci Szkota Sukinkota, która zmierzała ku stoisku z przeciwnej strony, podkręciłam tempo i niemal podbiegłam do celu. Wyhamowałam tuż za mężczyzną w garniturze, niechcący potrącając jego torbę moją walizką. Rzucił mi przez ramię gniewne spojrzenie, a ja uśmiechnęłam się przepraszająco i zaraz potem triumfalnie spojrzałam na Szkota, który właśnie stanął za mną.

– Kto ostatni, ten gapa – powiedziałam, nie przejmując się tym, że zabrzmiało to dość infantylnie.

– Wiesz, można by pomyśleć, że masz cztery lata.

– W końcu cię prześcignęłam. To wiem na pewno.

– Świruska.

– Prostak.

– Jędza.

Skrzywiłam się, słysząc tę obelgę, która zabrzmiała nawet gorzej niż „świruska”.

– Głupi fiut.

– Masz chyba jakąś obsesję na punkcie mojego fiuta.

– Słucham? – Odwróciłam się oburzona.

– Nieokrzesany fiut. Głupi fiut – zacytował mnie.

– To były obelgi.

– Z bardzo specyficznym odniesieniem.

Ku swojemu przerażeniu przeniosłam wzrok na jego krocze, jakby nagle moje oczy zaczęły żyć własnym życiem. Dobry Boże! Zaczerwieniłam się po same uszy i szybko powędrowałam spojrzeniem w dół, na jego ciemnoniebieskie dżinsy i luźno zasznurowane buty motocyklowe.

Miał duże stopy.

Wiesz, co mówią… Spokój! Nieważne, co mówią.

– Takie uprzedmiotowienie bardzo mnie zabolało.

Czerwona jak pomidor spojrzałam na jego twarz. Wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie.

– Dobra. Nieźle się bawię, wgniatając cię w ziemię podczas tych słownych potyczek, ale naprawdę chce mi się kawy. – Bez dalszych wyjaśnień wyszedł z kolejki i przeszedł na sam jej przód.

Co jest, do cholery!

Podążyłam za nim, rozwścieczona, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach, która podskakiwała gwałtownie, jakby wyczuwając mój gniew.

– Mój samolot niedługo startuje i już wzywają pasażerów do wejścia na pokład – powiedział do kobiety, która właśnie miała zostać obsłużona. – Zachce mnie pani przepuścić? – zapytał niemal uprzejmie.

– Ależ oczywiście. – Kobieta najwyraźniej nie mogła mu się oprzeć. Patrzyła na niego cielęcym wzrokiem. – Skąd pan pochodzi? Ma pan cudowny akcent.

– Ze Szkocji – odrzekł krótko i stanął przed nią, nawet nie podziękowawszy.

Facet nie miał za grosz dobrych manier. Ale ja miałam.

– Hej. – Uśmiechnęłam się do kobiety. – Lecę tym samym samolotem. Przepuści pani i mnie?

Na dźwięk mojego głosu Szkot lekko odwrócił głowę.

Kobieta spojrzała na niego uważnie.

– Są państwo razem? – zapytała.

Miał minę, jakby taka możliwość przyprawiła go o mdłości.

– Nigdy w życiu nie widziałem tej osoby.

Kobieta uniosła krytycznie brew.

– Chytry pomysł, ale nic z tego. Niech pani wraca do kolejki.

Nigdy tak naprawdę nie miałam ochoty rzucić się na kogoś z pazurami, ale dla Szkota Sukinkota gotowa byłam zrobić wyjątek.

– Twoi pobratymcy wstydziliby się za ciebie – przemówiłam do jego pleców.

Z niedowierzaniem spostrzegłam, że ramiona zaczęły mu się trząść. Czyżby się śmiał? W błyszczącej metalowej obudowie ekspresu do kawy zobaczyłam jego zniekształcone odbicie. Uśmiechał się od ucha do ucha, ukazując niemal wszystkie zęby.

Co za wstrętny typ!

Daleko mi było do perfekcji, kiedy ignorując wrogie spojrzenia ludzi, zgrzana i zaczerwieniona, wracałam na koniec kolejki, teraz już o pięć osób dłuższej.

Dwie minuty później Szkot przeszedł obok mnie z zadowoloną miną i ironicznie zasalutował mi, unosząc kubek z kawą.

– Idź do diabła! – wrzasnęłam za nim.

Facet przede mną spojrzał z obawą i przysunął się do stojącej przed nim kobiety tak blisko, że niemal dotykał jej pleców.

– To skończony osioł – starałam się wytłumaczyć.

Jednak spojrzenie nieznajomego powiedziało mi, że jego zdaniem to raczej ja jestem oślicą. I trudno zaprzeczyć, ten okropny Szkot właśnie zrobił ze mnie oślicę. A może była to wina mojego kiepskiego nastroju. Sama nie wiedziałam. Tak bardzo pragnęłam jak najszybciej znaleźć się w domu i chociaż niesprawiedliwie jest oceniać całą społeczność na podstawie zachowania jednego człowieka, nie chciałam już nigdy natknąć się na żadnego Szkota. A już podróż do Szkocji byłaby największą karą.

Nagle nadawany przez głośniki komunikat przykuł moją uwagę.

– Co takiego? – Znieruchomiałam, zamieniając się w słuch.

– …lot DL180 do Bostonu został odwołany. Pasażerowie są proszeni o zgłoszenie się do stanowiska obsługi w celu wymiany biletów.

Zrezygnowałam z kawy i kolejny raz szybko poszłam przez halę lotniska do swojej bramki. Zgromadził się tam już niewielki tłumek, a znany mi pracownik lotniska tłumaczył zebranym, dlaczego odwołano lot. Okazało się, że wybuch wulkanu, przez który odwołano loty w Europie, wywołał efekt domina, uziemiając krajowe loty w Stanach.

– Załoga tego samolotu nie zdążyła na miejsce z powodu odwołanych lotów transoceanicznych z Europy. W tej chwili brakuje nam personelu lotniczego, ponieważ wiele załóg obsługujących loty międzynarodowe utknęło za oceanem. Niestety, oznacza to, że planowany lot do Bostonu się nie odbędzie. Bardzo proszę ustawić się w kolejce, żebyśmy mogli dokonać odpowiednich zmian w państwa planach podróży.

Kilka osób zaczęło narzekać, że o zmianach poinformowano nas tak późno, bo przecież „na pewno wcześniej wiedzieli, że brakuje im ludzi”. Wiele osób postanowiło zatrzymać się w hotelu przy lotnisku i czekać na pierwszy dostępny lot do Bostonu. Im więcej osób decydowało się na takie rozwiązanie, tym bardziej byłam zdenerwowana.

Nie ma mowy, żebym została kolejną noc w Phoenix.

Dwa dni najzupełniej wystarczą.

Musiałam wrócić do domu. Tak szybko, jak to tylko możliwe. Inaczej groził mi gwałtowny, niekontrolowany atak histerii.

Kiedy wręczałam pracownikowi lotniska dokument i bilet, ręce drżały mi ze zdenerwowania. Mężczyzna najwyraźniej mnie rozpoznał, ponieważ z niechęcią zacisnął wargi.

– Czy jest jakaś inna możliwość dostania się do celu? Może lot do innego miasta i stamtąd do Bostonu?

Rozluźnił się i posłał mi współczujący uśmiech, jakby usłyszał drżenie w moim głosie.

– Jutro rano jest planowany rejs z Chicago. Dotarłaby pani do Bostonu przed południem. A samolot do Chicago startuje stąd za godzinę. – Zerknął na monitor komputera i uśmiechnął się z lekką ironią. – Na oba loty są jeszcze wolne miejsca w pierwszej klasie.

Poczułam wielką ulgę i oparłam się bezwładnie o kontuar. Nie obchodziło mnie, ile to będzie kosztować. Po prostu podałam facetowi swoją kartę kredytową.

– Dziękuję.

Potem znów uniosłam wzrok do sufitu. Dziękuję ci, Wszechświecie.

3

Spoglądałam, osłupiała, to na swój bilet pierwszej klasy, to na miejsce w samolocie.

Następnie wzrokiem, który mógł zabić, zmierzyłam osobę, która miała siedzieć obok mnie.

– To chyba jakiś żart. – Niech cię szlag, Wszechświecie. Między nami wszystko skończone.

Szkot Sukinkot podniósł wzrok znak gazety i lekko potrząsnął głową.

– Błagam, powiedz mi, że nie będziesz siedziała obok mnie podczas lotu trwającego ponad trzy godziny.

– Mnie też to nie cieszy – zapewniłam go, otwierając schowek na bagaż podręczny ponad rzędem foteli.

Gdy unosiłam walizkę, która ważyła tonę (poważnie; to cud, że ją domknęłam), lekko się zachwiałam. Walizka wysunęła mi się z rąk i wyrżnęła Szkota w głowę. Słysząc głuche stęknięcie, uśmiechnęłam się słodko.

– Przepraszam. To było niechcący. – Mój uśmiech mówił jasno, że wcale nie jest mi przykro.

– Pomogę pani. – Facet w moim wieku, ubrany w garnitur szyty na miarę, pośpieszył mi z pomocą, ale Szkot wstał, odsunął go szorstko i wyjął mi z rąk walizkę.

– Lepiej będzie, jeśli sam to zrobię. Inaczej może się to dla mnie skończyć wstrząśnieniem mózgu.

– A to byłoby bardzo przykre. – Wyminęłam go, żeby wsunąć się na swoje miejsce, podczas gdy on zajmował się moim bagażem.

Już wcześniej wyjęłam z walizki czytnik e-booków i włączyłam go, zanim Szkot Sukinkot wrócił na miejsce obok. Chociaż dzieliły nas podwójne podłokietniki z uchwytami na napoje, i tak czułam się przytłoczona jego gabarytami.

Zamierzałam natychmiast zatopić się w lekturze książki i zająć się swoim życiem, jakbym wcale nie siedziała obok gburowatego, zabójczo atrakcyjnego faceta, w którego żyłach bez wątpienia musiała płynąć domieszka krwi wikingów. Postanowiłam go ignorować, ponieważ nie miałam wątpliwości, że usłyszę jakiś grubiański komentarz na temat wagi mojego bagażu. Nie miałam jednak okazji okazać mu swojej obojętności, ponieważ on zrobił to pierwszy. Rozłożył stolik umieszczony z boku fotela, postawił na nim laptopa i go włączył. Jakbym była niewidzialna.

– Panie Scott? – Steward, który mnie powitał, gdy wchodziłam na pokład, stanął nad nami z tacą drinków. – Czy mogę zaproponować coś do picia przed startem? Może szampana?

– Woda – odpowiedział oschle, jak to najwyraźniej miał w zwyczaju.

Pan Scott – Szkot Sukinkot.

Steward wręczył mu szklankę wody i uśmiechnął się do mnie.

– A co dla pani, pani Breevort?

– Poproszę kieliszek szampana – odrzekłam natychmiast, gromiąc wzrokiem sąsiada za taką nieuprzejmość. – Bardzo dziękuję – dodałam z naciskiem.

I znów, nie wiem dlaczego, oczekiwałam od Szkota Sukinkota jakiegoś komentarza, kiedy tuż przed jego nosem sięgałam po napój z bąbelkami. Nie zauważyłam jednak żadnej reakcji.

Zirytowana poruszyłam się niespokojnie i mocno ściskając kieliszek w dłoni, sączyłam szampana. Zerkałam z ukosa na pana Scotta, który popijając wodę, palcami jednej ręki wystukiwał coś na klawiaturze.

Powinnam się cieszyć, że mnie ignoruje, ale z jakiegoś powodu wydało mi się to równie obraźliwie jak jego zachowanie na lotnisku.

Nie chciałam tego przyznać sama przed sobą, ale jego obojętność mnie drażniła. Przez ostatnich kilka dni byłam ignorowana przez znajomych z rodzinnego miasta Arcadia. Dosłownie traktowali mnie jak powietrze.

Chociaż powtarzałam sobie, że nic mnie to nie obchodzi, to jednak bolało.

A teraz doświadczałam tego samego ze strony zupełnie nieznajomego faceta, który najwyraźniej pochopnie mnie ocenił. Nie powinno mnie to irytować, ale byłam zmęczona, przeżyłam ciężki tydzień, więc doprowadzało mnie to do białej gorączki.

Zerknęłam na niego wrogo kątem oka i mój wzrok przykuł monitor jego laptopa. To, co zobaczyłam, bardzo mnie zaskoczyło. Widniały tam arkusze kalkulacyjne, skomplikowane szkice i wykresy, wyglądające na specyfikację techniczną, jakieś gęsto zapełnione strony i maile. Wszystko to sugerowało, że Szkot Sukinkot nie jest jednak członkiem gangu motocyklowego, ale raczej biznesmenem.

– Planujesz napad na bank? – spytałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

Groziła mi kolejna potyczka słowna.

Spojrzał na mnie przenikliwie. W jego niezwykłych oczach dostrzegłam zmieszanie i jednocześnie rozdrażnienie.

W odpowiedzi na jego nieme pytanie wskazałam na laptopa.

Spojrzał na ekran, a potem znów na mnie. Teraz w jego oczach było widać tylko narastające rozdrażnienie.

– Zawsze wtykasz nos w nie swoje sprawy?

– Jeśli nie chcesz, żeby ktoś się dowiedział o planowanym napadzie, powinieneś lepiej się kryć.

– To moja praca – warknął.

– Jesteś biznesmenem?

Nie odrzekł ani słowa, a jednak wyczułam ironię. Uznałam jego milczenie za przytaknięcie.

– A nie wyglądasz.

– Nic dziwnego, że ktoś taki jak ty ocenia ludzi po wyglądzie – odparł drwiąco. – Facet ma tatuaże, nie nosi garnituru, więc na pewno jest przestępcą, a nie biznesmenem, tak?

– Nie zauważyłeś, że robisz to, o co mnie oskarżasz? Osądzasz mnie na podstawie tego, jak wyglądam. Właściwie jak się nad tym zastanowić, postępujesz tak od pierwszej chwili, kiedy wpadliśmy na siebie na lotnisku. Poza tym… skoro stać cię na lot w pierwszej klasie, mógłbyś też sobie kupić trochę poczucia humoru. Naprawdę powinieneś, bo bardzo ci go brakuje.

– Niby kiedy oceniłem cię po wyglądzie?

– Powiedziałeś „ktoś taki jak ty”, prawda?

Przechyliłam głowę i przyjrzałam się jego twarzy o surowych – a teraz wręcz zaciętych – rysach.

Sztywno skinął głową.

– Nie znasz mnie – ciągnęłam. – Zobaczyłeś mnie kilka godzin temu na lotnisku, gdzie ludzie na ogół nie zachowują się w typowy dla siebie sposób z powodu podwyższonego poziomu stresu, zmęczenia, a często również strachu przed lataniem. Zatem skoro mnie nie znasz, jedyny logiczny wniosek brzmi, że oceniasz mnie po tym, jak wyglądam, a nie na podstawie tego, kim naprawdę jestem.

Szkot Sukinkot przez chwilę przyglądał mi się uważnie.

– Prawda – zgodził się w końcu. – Do pewnego stopnia. Często z wyglądu człowieka można wiele wyczytać. Jeśli ma się trochę intuicji, ocena jest trafna. Ty zobaczyłaś tatuaże i od razu przyszedł ci na myśl… gang motocyklowy?

Poczułam się nieswojo, że tak trafnie odczytał moje myśli.

– Pomyliłaś się co do mnie. W jednym natomiast masz rację, nie znam cię, ale na podstawie tego, ile czasu poświęciłaś na fryzurę i makijaż, ile pieniędzy wydałaś na ten strój, designerskie buty, brylanty w uszach i wokół nadgarstka, mogę powiedzieć, że z jakiegoś powodu – nie wiem, z jakiego – bardzo przejmujesz się tym, co ludzie myślą o twoim wyglądzie. Ciężar walizki, którą właśnie włożyłem do schowka, świadczy o tym, że spakowałaś zbyt wiele rzeczy, a to, w połączeniu z wyglądem, sugeruje, że jesteś kosztowna w utrzymaniu. Bardzo bym się zdziwił, gdyby się okazało, że się w tej ocenie pomyliłem.

Ton jego głosu, bardziej niż słowa, sprawił, że poczułam się urażona.

– Czyli uważasz się za lepszego ode mnie, ponieważ nie dbasz o wygląd?

– Nie powiedziałem, że nie dbam o wygląd. Dbam. Świadczą o tym choćby tatuaże. Nie dbam natomiast o to, co inni sądzą o moim wyglądzie.

– Cóż, może ja myślę tak samo. Lubię dobrze wyglądać. Nie ma to nic wspólnego z innymi.

Jego mina sugerowała, że nie wierzy, a mnie to drażniło, więc warknęłam:

– Nie obchodzi mnie, co o mnie myślisz.

– Ależ obchodzi. Pewnie jestem pierwszym facetem, który od razu nie padł ci do stóp.

Przebiegł wzrokiem moją twarz, a potem jego spojrzenie powędrowało w dół i badało moje ciało z taką uwagą, że mimo woli zadrżałam.

To sprawiło, że jego słowa zabrzmiały jeszcze bardziej prowokująco. Rozdrapały starą ranę, która w tym tygodniu i tak się już zaogniła. Bardzo chciałam o niej zapomnieć, bo nie była warta rozpamiętywania, i wcale mi nie odpowiadało, że jakiś nieznajomy to komplikuje.

– Oskarżasz mnie o skłonność do szufladkowania ludzi, ale ty też masz tę wadę, nawet w większym stopniu.

Wzruszył ramionami.

– Nie twierdzę, że nie mam. I zwykle nie mylę się w swoich ocenach. A już na pewno nie mylę się co do ciebie.

Czułam przymus udowodnienia mu, że jednak nie ma racji, ale przecież to tylko potwierdzało jego opinię. Zbyt wielką wagę przywiązywałam do tego, co ludzie pomyślą. Chociaż odnosił się do mnie krytycznie, co przywołało dawny ból, postanowiłam, że najlepiej będzie go zignorować, jak to postanowiłam na początku.

Wypiłam resztę szampana i odstawiłam kieliszek na podstawkę obok. Tymczasem Szkot Sukinkot znów skupił uwagę na laptopie, jakby wcale mnie przed chwilą nie obraził. Znowu!

Mówiąc otwarcie, jeszcze nigdy nie spotkałam tak nieuprzejmego, źle wychowanego dupka.

Starając się zapomnieć o jego istnieniu, otworzyłam książkę na czytniku, ale cały czas miałam świadomość, że miejsce obok mnie zajmuje ten postawny irytujący osobnik. Nie podobało mi się, że co chwila czuję zniewalający zapach jego wody kolońskiej – piżmowy, leśny i korzenny, który aż za bardzo pasuje do tego drania. Kiedy piąty raz przeczytałam ten sam akapit, rozdzwoniła się moja komórka, co przyjęłam z dużą ulgą.

– W samolocie telefony powinny być wyłączone – burknął mój sąsiad.

Prychnęłam drwiąco i wyjęłam komórkę z kieszeni.

– Facet, który twierdzi, że nie dba o to, co inni o nim sądzą, tak sztywno trzyma się zasad? Szok.

Widok jego zaciśniętych nerwowo ust sprawił mi satysfakcję. Kiedy zobaczyłam, kto dzwoni, złośliwa satysfakcja ustąpiła miejsca prawdziwej radości.

– Cześć, skarbie – powitałam rozmówczynię.

– Przepraszam, że wcześniej nie odebrałam. Pora lunchu, sama rozumiesz. – Dźwięk głosu Harper sprawił, że natychmiast się rozluźniłam.

Rozmowy z przyjaciółką pozwalały mi nie zwariować przez ostatnie dni.

– Chciałam ci tylko powiedzieć, że odwołali mój lot. Właśnie lecę do Chicago, ale będę musiała tam zanocować. Samolot do Bostonu mam dopiero jutro rano.

– Co się stało?

– Wybuchł jakiś wulkan na Islandii.

– Myślałam, że to miało wpływ tylko na loty w Europie?

– Najwyraźniej nie.

– Ha. To kiepsko. A jak ty się czujesz?

Mając świadomość, kto siedzi obok mnie, odwróciłam się lekko do okna i ściszyłam głos.

– Chciałabym już być w domu.

– Powinnam była z tobą jechać – stwierdziła Harper z ubolewaniem.

– Nie, skarbie. Musiałam to zrobić sama. Wiesz o tym tak samo dobrze jak ja.

– Niekoniecznie. Ty zawsze mnie wspierasz. Powinnam być przy tobie w ciężkich chwilach.

Być może miała rację. Ale tak naprawdę nie chciałam, żeby Harper zobaczyła, jak mnie traktują w Phoenix, bo to mogłoby zmienić jej opinię o mnie. Oczywiście wtajemniczyłam ją w całą historię, ale bałam się, że ci wszyscy ludzie mogliby w jakiś sposób przekonać ją, że to ja ponoszę winę. A to nieprawda. To była niedorzeczna obawa, ponieważ Harper kochała mnie jak siostrę, lecz mimo to nie potrafiłam się jej pozbyć.

– Nawet jeśli cię ze mną nie było, i tak czułam twoje wsparcie – zapewniłam.

Harper westchnęła.

– Niech ci będzie. Odezwij się, kiedy wylądujesz w Chicago, i daj znać, kiedy twój samolot ląduje w Bostonie. Jeśli uda mi się zwolnić z pracy, przyjadę po ciebie.

– Nie musisz tego robić.

– Ale chcę, więc siedź cicho.

Roześmiałam się łagodnie.

– Dobrze. Zadzwonię. Pa, skarbie.

– Pa, kochana.

Kiedy się rozłączałam i wyłączałam telefon, przysięgłabym, że czułam na sobie wzrok Szkota Sukinkota. Jednak gdy na niego zerknęłam, ze zmarszczonym czołem patrzył na ekran laptopa.

Rozległ się komunikat, że samolot jest gotowy do startu, i poproszono pasażerów o schowanie większych urządzeń elektronicznych, takich jak laptopy. Ukradkiem patrzyłam, jak mój odpychający sąsiad odkłada laptopa i usadawia się wygodniej w fotelu.

Zamknął oczy, co wykorzystałam, żeby mu się lepiej przyjrzeć. Rękawy sportowej koszulki nadal miał podwinięte, więc widziałam część tatuaży na jego lewym ramieniu. Wśród dymu, pyłu i czegoś, co wyglądało jak ruiny budynków, biegł współczesny żołnierz z karabinem. Nad nim zobaczyłam coś, co wyglądało jak stopa innej postaci, ale resztę przesłaniał rękaw koszulki. Mimowolnie przeniosłam wzrok na frapującą twarz Szkota. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jakie długie są jego złotobrązowe rzęsy. Moją uwagę przyciągnęła wydatna dolna warga, otoczona zarostem. Taki trzydniowy zarost zwykle mnie odrzucał, ale musiałam przyznać, że ten drań wygląda z nim dobrze.

Przyszło mi do głowy, że pewnie drapie i łaskocze przy pocałunku.

Na samą myśl o tym przerażona poczułam pulsowanie między nogami.

Zaczerwieniłam się i oderwałam wzrok od sąsiada. Zamierzałam ignorować jego obecność i fizyczne reakcje, jakie we mnie wywołuje, ale nagle spostrzegłam jego dłoń na podłokietniku obok.

Kurczowo zaciskał na nim palce.

Z całej siły.

Aż zbielały mu kostki.

Znów spojrzałam na jego twarz i tym razem zauważyłam bruzdę między brwiami i lekko rozszerzone nozdrza.

Czyżby ten szkocki twardziel bał się latania?

Natychmiast przypomniałam sobie Harper. Panicznie bała się latać. Kilkukrotnie wybrałyśmy się razem na wakacje do Europy i za każdym razem czułam się bezsilna, ponieważ nie mogłam jej pomóc. Kiedy tylko wchodziłyśmy na pokład, zamieniała się w kłębek nerwów, a gdy samolot startował, bladła i drżała na całym ciele. Nawet po starcie przez cały czas siedziała spięta w fotelu, sztywna ze strachu. Podczas długich lotów musiałam odprowadzać ją do toalety i stać pod drzwiami, żeby czuła moje nieustające wsparcie. Bardzo jej współczułam. Starałam się ją przekonać do wakacji w Stanach, w miejscach, do których można dojechać samochodem. Jednak ona nie chciała, żeby strach przejął nad nią kontrolę. To była jedna z rzeczy, które w niej podziwiałam.

Przypomniawszy sobie, co przechodziła moja przyjaciółka, poczułam mimowolny przypływ współczucia.

– Przepraszam! – zawołałam do przechodzącego stewarda. Kątem oka zobaczyłam, że Szkot uniósł powieki. – Czy mogę prosić o jeszcze jeden kieliszek szampana?

– Szykujemy się do startu.

– Będę bardzo szybka. Obiecuję.

Steward nie wyglądał na szczęśliwego, ale po krótkiej chwili podał mi szampana. Podziękowałam uśmiechem i zwróciłam się do Szkota, który znów zamknął oczy.

– Wypij to. – Wyciągnęłam ku niemu kieliszek.

Spojrzał na mnie chłodno.

– Co?

Podsunęłam mu kieliszek pod nos.

– To pomoże.

– O co ci chodzi? – zapytał, krzywiąc się z niechęcią.

– Boisz się latać w ogóle czy przeraża cię jedynie moment startu?

Nie odpowiedział, tylko spojrzał na mnie wojowniczo.

– Nie pijam szampana.

– Ale teraz wypijesz. Nie jest to whisky, ale może zadziała.

Kiedy nie zareagował, westchnęłam ciężko.

– Chryste! To, że boisz się latać, nie robi z ciebie mięczaka. Nadal uważam cię za nadętego gbura.

Słysząc te słowa, wyrwał mi kieliszek z ręki i wypił zawartość jednym haustem. Wycierając usta, spojrzał na mnie gniewnie.

– Chodzi tylko o start i lądowanie – warknął, a ja musiałam stłumić uśmiech.

– Nie jestem zaskoczona. Samolot to nie łódź wikingów.

– Jestem Szkotem, nie Skandynawem.

– Chcesz mi powiedzieć, że nie masz w sobie ani kropli skandynawskiej krwi? Nie uwierzę.

Pojawił się steward, żeby zabrać pusty kieliszek, ale mój sąsiad nawet go nie zauważył, tak intensywnie mi się przyglądał. Nagle go zaciekawiłam.

– Szwedzkiej – powiedział.

– Słucham?

– Mój prapradziadek był Szwedem.

– Wiedziałam! Ale cały się zjeżyłeś, kiedy nazwałam cię Skandynawem. Właściwie to miałam rację.

– Właściwie to jesteś irytująca.

– Chyba powinieneś być przyzwyczajony do irytujących ludzi. Sam jesteś skrajnie irytujący. Choć zaczynam się zastanawiać, czy to zgrywanie wrednego typa nie wynika bardziej ze strachu przed lataniem niż z tego, że rzeczywiście taki jesteś.

Zmrużył oczy.

– Ja wredny?

– Jeszcze jak. Traktowałeś mnie podle, odkąd się poznaliśmy.

– Pozwolę sobie mieć inne zdanie. To ty już w pierwszej chwili na mnie naskoczyłaś. Niby jak inaczej miałem zareagować?

– Potrąciłeś mnie tak mocno, że prawie upadłam, żeby tylko być pierwszy przy kontuarze.

– Nie widziałem cię.

– Serio?

– Masz metr pięćdziesiąt. W kapeluszu.

– Wypraszam sobie. Mam metr sześćdziesiąt. A w szpilkach ponad metr siedemdziesiąt.

Jego wzrok znów powędrował wzdłuż mojego ciała, zatrzymując się na nogach.

– A nie wyglądasz.

Zmarszczyłam czoło.

– Sugerujesz, że mam krótkie nogi?

– Nie, twój wzrost to sugeruje.

– Jak na niską osobę, mam zaskakująco długie nogi.

– Wszystko potrafisz zamienić w kłótnię. To niezwykły talent.

– Nie o tym chcę rozmawiać. Chodzi mi o to, że najwyraźniej zachowywałeś się tak okropnie, ponieważ boisz się latać. Ja też nie byłam sobą z powodu zmęczenia.

Chyba dostrzegłam w jego spojrzeniu cień zainteresowania.

– Z powodu zmęczenia?

Wzruszyłam ramionami.

– Mam za sobą ciężki tydzień.

– Rozłąka z chłopakiem?

Że co?

– Z jakim chłopakiem?

– Z tym „skarbem”, z którym rozmawiałaś przez telefon.

Uśmiechnęłam się.

– To była Harper. Moja przyjaciółka.

– Jestem zaskoczony, że ktoś tak irytujący ma przyjaciół.

– Wszyscy mnie lubią. Gdyby nie to, że próbujesz się na mnie odgrywać, pewnie też byś mnie polubił.

– Wcale nie odgrywam się na tobie przez strach. Wtedy, na lotnisku, po prostu cię nie widziałem i nie zorientowałem się, że cię potrąciłem. Gdybyś nie rzuciła się na mnie jak harpia, być może bym cię przeprosił.

– Wątpię. Brakuje ci dobrych manier. Jak inaczej wytłumaczysz to, że postawiłeś mnie w głupiej sytuacji w Olive & Ivy? Albo że potraktowałeś mnie niegrzecznie przy stoisku z kawą? Czym to usprawiedliwisz?

Nagle uśmiechnął się tak pociągająco, że poczułam przyjemny dreszczyk w podbrzuszu. Ta fizyczna reakcja mnie zadziwiła.

– Zrobiłem to dla zabawy. Tak łatwo cię wkurzyć.

Prychnęłam, starając się stłumić swój fizyczny pociąg do irytującego Szkota, a ten dźwięk nawet w moich uszach zabrzmiał nieprzyjemnie i wyniośle.

– Strasznie pokręcony z ciebie typ.

– A ty mogłabyś się zastanowić, czy nie warto poddać się chirurgicznej operacji usunięcia tego kija, który połknęłaś.

– Wybacz, ale chyba pomyliłeś mnie z kimś, kogo choć trochę obchodzi twoje zdanie.

– Skarbie – odrzekł drwiąco. – Jak już mówiłem, nie znam cię prawie wcale, a i tak wiem, że za bardzo zależy ci na opinii innych.

Byłam wściekła, że wciąż wraca do tego denerwującego stwierdzenia, ale nie chciałam, żeby zobaczył, jak bardzo mnie tym wkurza, więc poklepałam się po kieszeni, a potem przerzuciłam magazyny pokładowe.

– Co ty robisz? – zapytał, marszcząc czoło.

– Szukam kartki i czegoś do pisania.

Pytająco uniósł brew.

– Pomyślałam sobie, że warto zanotować twoje przemądrzałe rady… żebyś mógł je sobie potem wsadzić w tyłek.

– A może wreszcie się zamkniesz i dasz mi spokojnie przetrwać start?

Uśmiechnęłam się, zadowolona z siebie.

– Za późno.

Rozejrzał się, zdezorientowany, i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że już jesteśmy w powietrzu. Samolot jeszcze nie wyrównał lotu, ale oderwał się od ziemi kilka minut wcześniej. Szkocki wiking musiał podnieść głos, żeby przekrzyczeć silniki, ale był tak skupiony na mnie, że nie zwrócił na to uwagi.

Spojrzał na mnie, wyraźnie zbity z tropu, co chyba rzadko mu się zdarzało.

– Nie ma za co – powiedziałam wesoło.

4

Prawdopodobnie byłam tak zmęczona, że zatraciłam zdolność jasnego myślenia, ponieważ przez sekundę wydawało mi się, że Szkot podziękuje mi za odwrócenie uwagi od startu samolotu.

Jego zaskoczenie szybko zmieniło się w chłodną ironię.

– Mam nadzieję, że nie spodziewasz się podziękowań – rzekł z kpiącym uśmieszkiem.

Słysząc jego lodowaty ton, niemal się wzdrygnęłam. Spostrzegłam, że w którymś momencie naszej rozmowy pochyliłam się ku niemu. Szybko usiadłam prosto i przybrałam równie ironiczny wyraz twarzy.

– Tak, to byłoby naiwne z mojej strony.

– Cóż, udało ci się tak mnie wkurzyć, że zapomniałem o wszystkim innym, a to trudno uznać za pomoc.

Wróciłam do czytnika, zamierzając znów ignorować obecność tego gbura.

– Jesteś żałosnym draniem, wiesz?

– Skarbie, gdybym zaczął się przejmować, co takie rozpieszczone księżniczki o mnie myślą, to chyba odechciałoby mi się żyć.

Zabolało mnie to do żywego, aż poczułam, że palą mnie policzki. Ten facet był koszmarny. Po prostu koszmarny! Zrobiłam błąd, pozwalając sobie wobec niego na współczucie i mylnie usprawiedliwiając jego zachowanie strachem. Nie zamierzałam popełnić tego błędu po raz drugi.

– Nie mów do mnie „skarbie”. Mam na imię Ava.

Nie odpowiedział, a ja pożałowałam, że w ogóle się odezwałam. Należało go olać.

Kiedy ogłoszono, że można używać większych urządzeń elektronicznych, mój odrażający sąsiad wyjął laptopa i znów zaczął mnie ignorować, co tym razem wydało mi się błogosławieństwem. Już się nie obrażałam, że traktuje mnie jak powietrze. Tak było korzystniej dla mojej samooceny.

Nie wiem, czy książka była słaba, czy Szkot wpływał na mnie silniej, niż tego chciałam, ale lektura mnie nie wciągnęła. Zaczęłabym coś szkicować, czy to projekty do pracy, czy rysunki dla przyjemności, ale Stella powiedziała, żebym nie zabierała laptopa i ustawiła automatyczną odpowiedź w skrzynce mailowej, zawiadamiającą o urlopie, i w ten sposób odcięła się od służbowych problemów. Sama postanowiłam nie brać szkicownika. Szefowa przejęła obowiązki na czas mojej nieobecności, jako że była nie tylko moją szefową, lecz także przyjaciółką. W firmie Stella Larson Designs pracowały tylko cztery osoby: Stella, ja, Paul i Gabe, młodszy projektant. Wykonywaliśmy projekty dla klientów na całym świecie, nie tylko w Stanach. Przywykłam do długich podróży służbowych, podczas których wykonywałam specyfikacje, dokonywałam pomiarów i robiłam liczne zdjęcia, żeby potem dopracować projekt w biurze w Bostonie. W zależności od zlecenia niekiedy musiałam odwiedzać dane miejsce wielokrotnie.

Czasami budżet można było wyrazić sumą sześciocyfrową, ale niejednokrotnie dochodził do milionów dolarów. Wszyscy pracowaliśmy z oddaniem i zaangażowaniem. Sprawiała to Stella, która jako bardzo zasadnicza szefowa wymagała doskonałości, ale też widziała w nas kogoś więcej niż pracowników. Traktowała nas jak przyjaciół, którzy mogą się do niej zwrócić z każdym problemem. Niewielu było takich pracodawców jak ona. Zdobyła naszą lojalność, sama wykazując się lojalnością wobec nas. Dzień, w którym skontaktowała się ze mną, zobaczywszy mój pierwszy po studiach duży projekt indywidualny (przekonałam wuja, księgowego, żeby pozwolił mi przerobić swoje biuro, a Stella okazała się jedną z jego klientek), był jednym z najszczęśliwszych dni mojego życia.

W tej chwili jednak przeklinałam ją, że jest tak dobrą szefową. Żałowałam, że nie nakazała mi stałego kontaktu z biurem, ponieważ mogłabym się teraz zająć pracą nad dwoma aktualnymi projektami i odpowiadaniem na maile, które bez wątpienia nagromadziły się w skrzynce. Miewałam klientów, którzy dawali mi wolną rękę; większość kontrolowała jedynie ogólną estetykę (niekiedy tkaniny i paletę barw). Ale zdarzali się też tacy, na szczęście nieliczni, z którymi musiałam uzgadniać każdy szczegół. Tacy byli najbardziej wyczerpujący i właśnie robiłam projekt dla jednego z nich.

Mogłam sobie wyobrazić, jak odchodzi od zmysłów, czekając, aż wrócę do pracy.

Cóż, znałam to uczucie.

Z zazdrością patrzyłam na Szkota, który w skupieniu pracował na laptopie.

Jedyna przyjemna chwila nastąpiła, gdy zaserwowano lekki lunch i dostałam wyczekiwaną filiżankę kawy. Była to kawa rozpuszczalna, zatem nie najlepsza, ale zawierała kofeinę, więc po pierwszym łyku mimowolnie jęknęłam z zadowolenia.

Wydawało mi się, że na ten dźwięk Szkot na chwilę zesztywniał, ale kiedy zerknęłam na niego ukradkiem, z zapałem konsumował swój lunch, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi.

Mój lunch mógł zaczekać. Najpierw chciałam nacieszyć się kawą.

– Jeśli tego nie chcesz, chętnie to zjem – powiedział zirytowanym tonem.

Nie miałam pojęcia, czym go tak zdenerwowałam. Po prostu siedziałam obok.

– Zamierzam to zjeść. Najpierw jednak nacieszę się kawą.

– Pomyślałem, że pewnie jesteś jedną z tych kobiet, które nic nie jedzą. – Wzruszył ramionami i dopił swoją kawę.

– Przecież już ustaliliśmy, że jesteś dupkiem, który bezpodstawnie szufladkuje ludzi. – Uśmiechnęłam się słodko i zabrałam się do jedzenia. Czując na sobie spojrzenie, jadłam wolno i z namysłem, intuicyjnie przeczuwając, że go to wkurzy. I wyraźnie czułam, że napięcie między nami staje się coraz silniejsze, kiedy w ślimaczym tempie wkładałam do ust kęs po kęsie sałatki z szynką.

– Zabierz to – warknął, a ja odwróciłam głowę i zobaczyłam, że podaje pustą tacę stewardowi, któremu na chwilę odebrało mowę.

– Oczywiście, proszę pana – odrzekł spokojnie, najwyraźniej przyzwyczajony do takich sytuacji.

Wziął tacę i się oddalił.

Wzburzona takim zachowaniem, nie mogłam się opanować.

– Czy ty kiedykolwiek używasz takich słów jak „proszę” i „dziękuję”?

Rzucił mi ponure spojrzenie.

– Co?

Wskazałam plastikowym widelcem miejsce, w którym przed chwilą stał steward.

– To nie są twoi służący. Personel pokładowy wykonuje swoje obowiązki i stara się, żeby lot upłynął tak miło, jak to możliwe. Można ci wybaczyć szorstkość, wyniosłość i być może niezamierzone grubiaństwo ze względu na twój strach przed lataniem. W każdym razie tak sobie to tłumaczę. Ale sposób, w jaki odzywasz się do obsługi, świadczy o tym, że jesteś aroganckim, roszczeniowym fiutem.

– Na twoim miejscu zamknąłbym się i pilnował własnego nosa.

– A ja na twoim miejscu popracowałabym nad swoim okropnym charakterem i od czasu do czasu użyła słowa „dziękuję”.

Nie wiem, czy sprawiło to drżenie mojego głosu, ale oczy Szkota lekko się rozszerzyły, zanim posłał mi gniewne spojrzenie i znów z hałasem położył laptopa na stoliku.

Wstrętny, obrzydliwy typ.

Tym razem ignorowanie go przyszło mi o wiele łatwiej. Po lunchu (i kolejnej kawie) udało mi się nawet zagłębić w lekturze książki. Jednak na niespełna godzinę przed końcem lotu potrzeba skorzystania z toalety sprawiła, że nie mogłam dłużej ignorować sąsiada. Musiałam poprosić, żeby mnie przepuścił. W dodatku czułam, że muszę zdjąć żakiet.

– Czy mógłbyś mnie przepuścić? – zapytałam starannie kontrolowanym, neutralnym tonem.

Z twarzą bez wyrazu chwycił laptopa, złożył stolik i gestem dał mi znać, że mogę przejść.

Oniemiała, patrzyłam na niemal nieistniejące przejście między jego kolanami a oparciem fotela w następnym rzędzie. Chyba sobie żartował. Czyżby nie miał zamiaru wstać? Zobaczyłam, że z obojętną miną uparcie patrzy przed siebie.

Świetnie!

Jeśli przypadkiem nadepnę mu na stopę, wbijając wąski obcas w palce, będzie to jego wina. Sapnęłam z oburzenia, wstałam, przytrzymałam się oparcia fotela przed nim, starając się nie dotknąć głowy zajmującej go kobiety, i wsunęłam prawą nogę w wąską przestrzeń pozostawioną przez Szkota. Gdyby był mężczyzną przeciętnych rozmiarów, zapewne bez problemu przecisnęłabym się do przejścia, ponieważ w pierwszej klasie odstępy między rzędami są dość szerokie.

Ale mój sąsiad nie był przeciętnie zbudowany.

Kiedy nasze nogi się zetknęły, wbiłam paznokcie w zagłówek fotela przede mną. Wcisnęłam się głębiej, dostawiając lewą nogę, i usłyszałam, jak Szkot klnie pod nosem, kiedy mój obcas wbił się w jego lewą stopę. Poczułam dreszczyk satysfakcji i śmielej wtargnęłam w jego przestrzeń. Poczułam, że spina mięśnie nóg, i nagle zdałam sobie sprawę, że moja pupa znalazła się tuż pod jego nosem. Na szczęście w większości przysłaniała ją baskinka żakietu.

Zrobiłam jeszcze jeden kroczek w bok i wreszcie znalazłam się w przejściu. Zerknęłam za siebie w nadziei, że pod moim karcącym spojrzeniem Szkot Sukinkot spali się ze wstydu.

Tymczasem ten drań już rozłożył laptopa i na nowo pogrążył się w pracy.

Zastanawiając się, dlaczego tak gruboskórnego gościa jeszcze nie dopadła zła karma, pomaszerowałam do łazienki na przodzie samolotu.

Skorzystałam z toalety, umyłam ręce i wyswobodziłam się z żakietu, w którym było mi nieznośnie gorąco. Na szczęście jedwabna bluzeczka na ramiączkach, którą włożyłam pod spód, była na tyle głęboko wycięta pod pachami, że nie utworzyły się na niej wilgotne plamy potu. Pociągnęłam nosem, żeby sprawdzić, czy nie czuć ode mnie nieprzyjemnego zapachu. Na razie nic nie wyczułam, ale wiedziałam, że wkrótce będę musiała się odświeżyć, żeby tego uniknąć. Chociaż… ponieważ siedziałam obok tego dupka, nie bardzo mnie to obchodziło. Byłam w stanie zrobić wszystko, żeby uprzykrzyć mu resztę lotu.

Nie mogłam dłużej tkwić w toalecie, więc wyszłam, niemal zderzając się z czekającą pod drzwiami kobietą, która zajmowała miejsce przed piekielnym Szkotem.

– Przepraszam. – Uśmiechnęłam się skruszona. – Długo pani czeka?

Potrząsnęła głową z miną pełną współczucia, którego źródła nie rozumiałam, dopóki się nie odezwała.

– Nic nie szkodzi. Gdybym dostała miejsce obok takiego gbura, pewnie cały lot spędziłabym w toalecie.

Oczywiście ludzie siedzący w pobliżu słyszeli naszą słowną potyczkę. To dziwne, że kiedy rozmawiałam z tym okropnym typkiem, zapominałam o reszcie świata. Wcale mi się to nie podobało.

– No tak – odrzekłam niepewnie.

– Brawo dla pani – ciągnęła nieznajoma. – Wie pani, jak się z nim obchodzić. Mnie wyrzuciliby z samolotu przed startem, bo chybabym mu przyłożyła.

Roześmiałam się i podziękowałam, a potem ruszyłam z powrotem na miejsce, czując ulgę na myśl, że lot dobiega końca. Kiedy się zbliżyłam, Szkot zerknął na mnie znad laptopa. Potem spuścił wzrok na komputer, ale jakąś milisekundę później znów gwałtownie go podniósł. Jego lodowate spojrzenie omiotło głęboki dekolt mojej jedwabnej bluzeczki, włożonej w ołówkową spódnicę.

Poczułam, że zdradliwy dreszczyk przebiega mi po szyi i karku.

Wzrok Szkota spoczął na mojej twarzy i już nie miałam wrażenia, że mnie nie zauważa.

Miał niezadowoloną minę.

Przymrużyłam oczy, zastanawiając się, co tym razem zrobiłam.

– Wpuścisz mnie? – spytałam, wskazując na swój fotel.

Z trzaskiem zamknął laptopa i złożył stolik.

– Wysokie koszty utrzymania – wymamrotał cicho.

Chwyciłam oparcie pustego teraz fotela przed nim i odwrócona plecami przeciskałam się na miejsce.

– Tak, wyjście do toalety to kosztowna fanaberia.

Lewą stopą nadepnęłam na jego lewą stopę, a on wysunął kolana, tak że opierały się o moje uda. Nie mogłam przejść.

Zerknęłam przez ramię i już miałam coś powiedzieć, ale zobaczyłam, że wbił wzrok w moją pupę. Patrzył z takim żarem, jakiego przedtem nie widziałam w jego oczach. Z takim żarem patrzyli na mnie tylko faceci, którzy marzyli o tym, żeby zaciągnąć mnie do łóżka.

Nagle wyobraziłam sobie, że widzę go nad sobą, leżącego między moimi udami. Zalała mnie fala gorąca, wywołując jednocześnie szok i złość.

Ha!

Szybko odwróciłam głowę i wymazałam z głowy ten obraz.

– Posuniesz się? – warknęłam.

Szybko cofnął kolana, a ja przecisnęłam się dalej i opadłam na fotel z mniejszą gracją, niż zamierzałam.

Czując na sobie jego wzrok, posłałam mu chyba setne tego dnia gniewne spojrzenie.

– No co? – spytałam zaczepnie.

Nie odpowiedział, tylko schylił się i podniósł mój leżący w przejściu żakiet. Nawet nie zauważyłam, że go zgubiłam. Wyciągnął w moją stronę, a ja szybko wyrwałam mu go z ręki.

– I nic? Żadnego „dziękuję”? – zapytał drwiąco.

– Nie będę ci dziękować, skoro nie wstałeś z fotela, żeby mnie przepuścić, co zrobiłby każdy dobrze wychowany człowiek.

Stęknął i skupił się na laptopie.

– Panie i panowie, zbliżamy się do lotniska O’Hare w Chicago – oznajmiła przez głośniki szefowa pokładu. – Proszę schować większe sprzęty elektroniczne do schowków na bagaż, złożyć stoliki, wrócić na swoje miejsca i ustawić oparcia foteli w pozycji pionowej…

Jej słowa przestały do mnie docierać, kiedy nierozważnie spojrzałam na Szkota, który właśnie wyłączył komputer i schował go do torby. Złożył stolik, a potem wstał, prostując się na całą wysokość. Bez trudu sięgnął do szafki nad fotelami i włożył tam laptopa. Mój wzrok mimowolnie pobiegł w dół jego ciała i pomyślałam, że ludzie z tak okropnym charakterem powinni mieć równie odrażającą powierzchowność. Bardzo mnie złościło własne ciało, które niczym u jaskiniowca reagowało gwałtownym pożądaniem na widok tego wspaniałego okazu płci przeciwnej.

Poczułam zmysłowy skurcz i miłe łaskotanie, którego nie mogłam stłumić. Zaczerwieniona oderwałam wzrok od Szkota i włożyłam żakiet.

Boże, jak ja go nienawidziłam.

Nasze fotele lekko zadrżały, kiedy z impetem usiadł na swoim miejscu. Kątem oka zobaczyłam, że natychmiast zapiął pas. Znów mocno zacisnął dłonie na podłokietnikach.

Gdybym poświęcała więcej czasu i energii na żałowanie czegoś, to żałowałabym, że mam takie miękkie serce. Niestety, znów zrobiło mi się go szkoda. Chociaż szczerze nie znosiłam faceta, żal było patrzeć, jak ktoś tak opanowany traci nad sobą kontrolę przez zniewalający strach. Czułam, że jemu przeszkadza to bardziej niż większości ludzi.

Siedzieliśmy w napiętej ciszy, a samolot zniżał się stopniowo, coraz bliżej pasa lądowiska.

– Musi być ci bardzo gorąco – rzekł nagle.

Nie powinnam reagować, ale w przeciwieństwie do niego miałam serce i wiedziałam, że odezwał się, ponieważ chciał czymś zająć myśli. Był zbyt dziecinny, by przyznać, że jestem mu potrzebna do rozproszenia uwagi. Odpowiedziałam więc z oczekiwaną przez niego dozą irytacji.

– Wcale nie jest mi gorąco.

– Jest.

– Nie znasz mnie na tyle dobrze, żeby to wiedzieć.

Westchnął.

– Skarbie, nie trzeba w ogóle cię znać, żeby się tego domyślić. Wszystkie uczucia masz wypisane na twarzy.

– Nieprawda. Założę się, że nie wiesz, co teraz czuję.

– Masz ochotę mnie zamordować, ale jednocześnie troszkę mi współczujesz.

Rozchyliłam usta, zaskoczona jego intuicją.

Przewrócił oczami.

– Nie przeszkadza mi, że chcesz mnie zamordować. Ale współczucie mam gdzieś.

– Jesteś okropny. Wiesz o tym, prawda? Naprawdę okropny. Czy istnieje na tym świecie ktoś, kto myśli inaczej?

– Cała moja rodzina. Znajomi. Przyjaciele. Kobiety, z którymi spałem.

Te ostentacyjne słowa wywołały w mojej głowie obrazy, od których znów zrobiło mi się gorąco.

– Jeśli chodzi o tę ostatnią grupę, to chyba masz urojenia.

– Nie sądzę. – Zmierzył mnie lodowatym spojrzeniem, ale natychmiast odwrócił wzrok i spojrzał gdzieś w przestrzeń. – Takie sztywne królewny po prostu tego nie rozumieją. Wybierają niewłaściwych facetów, którzy nie wiedzą, jak je zadowolić, i nabierają przekonania, że seks to przereklamowana sprawa. A te, które mówią, że go lubią, po prostu kłamią.

Tak mu się tylko wydawało.

– Wiem, co to znaczy dobry seks. A nawet wspaniały. – Doświadczyłam go długie lata temu, potem zostałam zdradzona w okrutny sposób, ale seks był niesamowity.

Patrzył na mnie, najprawdopodobniej starając się ocenić, czy mówię szczerze.

– To zaskakujące.

Źle się czułam pod jego świdrującym spojrzeniem, więc uznałam, że już najwyższy czas zmienić temat.

– Wspomniałeś o rodzinie. Czy twoi najbliżsi wiedzą, jaki jesteś ordynarny?

– Skąd mieliby wiedzieć? Dla nich jestem bardzo miły.

– A więc przyznajesz, że wobec mnie jesteś niegrzeczny?

– Prawdopodobnie jestem. Może po prostu muszę.

Ta enigmatyczna odpowiedź rozwścieczyła mnie nawet bardziej niż wszystkie jego dotychczasowe odzywki.

– Co to ma znaczyć?

Lód w jego oczach nagle stopniał.

– To znaczy… – Jego głos nieco zadrżał, kiedy samolot osiadł na pasie lądowiska. – To znaczy, że chcę, żebyś czuła do mnie niechęć.

Skrzywiłam się.

– Co to znowu za bzdury?

Przyglądał mi się, a kącik ust mu drgał.

– Chodzi o to, żebyś nie dała mi się zaciągnąć do łóżka.

Znieruchomiałam, zupełnie zaskoczona.

– Co takiego?

– Nie chcesz się ze mną przespać, prawda?

– Nie! – odrzekłam z naciskiem, bo chociaż czułam do niego mimowolny pociąg, tak naprawdę go nie lubiłam. Co więcej, nie miałam do niego szacunku.

Moja szczera odpowiedź wywołała w jego oczach błysk niezadowolenia.

– Świetnie – burknął i odwrócił wzrok.

Kiedy spostrzegł, że już wylądowaliśmy, znów na mnie spojrzał. Jego mina trochę złagodniała i mówiła to, czego najwyraźniej nie potrafił wyrazić słowami.

Przez chwilę wydawało mi się, że usłyszę ciche podziękowanie, ale Szkot tylko krótko skinął mi głową.

Odpowiedziałam mu tym samym.

Dość gwałtownym ruchem odpiął pas bezpieczeństwa i wstał wraz z innymi. Może sprawiła to jego postura, ale podróżni usuwali mu się z drogi, kiedy wyjął ze schowka torbę z laptopem i ruszył do wyjścia. Wyminął wszystkich i zatrzymał się przed zamkniętymi drzwiami, żeby opuścić samolot przed współpasażerami.

Bez jednego słowa.

I nawet się na mnie nie obejrzał.

– Co za bezczelność!

5

Za żadne skarby nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio prysznic sprawił mi taką przyjemność. Strużki wody spadały na ramiona, likwidując napięcie. Poczułam, że automatycznie prostuję się i rozluźniam. Bardzo chciałam już być w Bostonie, ale samo to, że opuściłam Arizonę, poprawiało mi humor. Zwykle lotnisko O’Hare budzi mój niepokój, ponieważ jest olbrzymie i ruchliwe, ale teraz mnie to nie obchodziło. Liczyło się tylko to, że dotarłam do hotelowego pokoju, a konsjerż odstawił kilka moich ciuchów do pralni chemicznej, żebym miała co na siebie włożyć na kolację. Z dala od rodzinnego miasta wreszcie spokojnie prześpię noc.