Ostępy nocy - Djuna Barnes - ebook
Opis

Zawiła, pełna sprzeczności historia miłosna z elementami czarnego humoru. Robin Vote, bohaterka powieści, to młoda amerykańska „femme fatale”, która spędza czas w towarzystwie trojga admiratorów: Nory Flood, Jenny Petherbridge i Feliksa Volkbeina. Towarzyszy im doktor Matthew O’Connor. Jego nieokiełznane gadulstwo i fanfaronada przywodzą na myśl Szekspirowskiego Falstaff a. Wszystkie postaci są wyraziste, barwne, skomplikowane. Główną rolę w powieści odgrywa jednak język – bogaty i kapryśny składniowo, chłodny i ekspresyjny zarazem. Nadaje tej książce niezwykłą siłę. Barnes radykalnie łamie konwencje, eksperymentuje, a jej sposób pisania stawia ją obok najważniejszych anglosaskich autorek modernistycznych jak Virginia Woolf, Gertrude Stein czy Mina Loy. „Jest to powieść tak dobra, że docenią ją w pełni tylko osoby o wrażliwości wykształconej przez poezję” – pisał w przedmowie do pierwszego wydania „Ostępów nocy” T.S. Eliot. To dzięki niemu dzieło Barnes, dziś lektura obowiązkowa na każdym kursie literatury angielskiej XX wieku, znalazło drogę do czytelników.

 

„Nora była duża i wysoka, i choć skóra jej przypominała skórę dziecka, już we wczesnej młodości widać było zapowiedź tego, co później stało się surowym deseniem drewniejącej twarzy; zwiastun przemiany w drzewo, nieudokumentowany zapis czasu.

Od razu wiedziało się, że jest człowiekiem Zachodu. Patrząc na nią, cudzoziemcy przypominali sobie historie o krytych wozach, zwierzętach u wodopoju, przerażonych dzieciach, które wypatrują przez okienko, czy w mroku nie czają się czerwonoskórzy; o ciężkich spódnicach, za sprawą których kobiety rosły wszerz i prasowały bujne pastwiska – z Bogiem w sercu mogły w ciągu siedmiu dni zadeptać cały świat.”

(fragment)

 

„Najbardziej widoczną cechą pisarstwa Djuny Barnes nie są wątki ekspatriacyjne, lecz

zdumiewający styl prozatorski. Jej zdania uciekają od słów, których byśmy oczekiwali.” - Andrew Goldstone, przeł. Marcin Rychter

 

Ostępy nocy nawiązują do eksperymentalnej tradycji w dwudziestowiecznych sztukach plastycznych, do kubizmu i surrealizmu.” - Marcin Szuster

 

Djuna Barnes (1892–1982) – amerykańska pisarka i dziennikarka. Jej artykuły, wywiady i reportaże publikowały największe nowojorskie gazety. W 1915 roku ukazał się tom jej wierszy „The Book of Repulsive Women”, który uzupełniła swoimi rysunkami. Lata 20. i 30. spędziła głównie w Europie, gdzie poznała m.in. Jamesa Joyce’a, Gertrude Stein i Peggy Guggenheim, stając się częścią paryskiego świata artystycznego. Tu powstały jej najbardziej znane dzieła: „Ladies Almanack” (1928) i „Ostępy nocy” (1936), uchodzące za arcydzieło prozy modernistycznej. Od kilku dekad zainteresowanie jej twórczością systematycznie rośnie. W Polsce praktycznie nieznana. Fragmenty jej utworów ukazały się w „Literaturze na Świecie”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 225

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Spis rzeczy
Karta redakcyjna
Dedykacja
OSTĘPY NOCY
W pokłonie
La Somnambule
Nocna warta
„Skwaterka”
Stróżu, co powiesz o nocy?
Gdzie pada drzewo
Przeto idź, Matthew
Opętana
Objaśnienia
Posłowie
Przypisy
Seria „Z Kraju i ze Świata”
Tytuł oryginału: Nightwood
© Djuna Barnes, 1936, 1950 Copyright © for the Polish edition by Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 2018 Copyright © for the Polish translation by Marcin Szuster, 2018 Posłowie: Copyright © by Marcin Szuster, 2018
Wydanie pierwsze, elektroniczneWrocław 2018
Nieupoważnione powielanie lub wykorzystywanie utworu stanowi naruszenie praw autorskich.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury
Seria:Z Kraju i ze Świata
Redaktor prowadzący: Karol Poręba
Redakcja:Andrzej Sosnowski
Redakcja posłowia: Inez Kropidło
Korekta:Inez Kropidło, Anna Gądek
Redakcja techniczna: Stanisława Trela
Projekt okładki i stron tytułowych: Przemek Dębowski
Zdjęcie wykorzystane na okładce: Aut. Alex Ramsay / Alamy Stock Photo
Opracowanie typograficzne, łamanie wersji papierowej: | manufaktu-ar.com
Konwersja:eLitera s.c.
Wydawnictwo Ossolineum ul. Szewska 37 50–139 Wrocławwydawnictwo@ossolineum.plwww.wydawnictwo.ossolineum.pl
ISBN 978-83-65588-92-0

Dla Peggy Guggenheim i Johna Ferrara Holmesa

Ostępy nocy

W pokłonie

Na początku roku 1880, mimo uzasadnionych podejrzeń co do celowości utrwalania owej rasy, która budzi aprobatę Boga i niechęć ludzi, Hedvig Volkbein – mocarna wiedenka o wojskowej urodzie, leżąc na łożu z baldachem w kolorze widowiskowej purpury, z lambrekinem drukowanym w rozpostarte skrzydła Domu Habsburgów i lekką narzutą w satynowej powłoce, na której widniał wyszyty grubą złotą nicią spłowiały herb Volkbeinów – wydała na świat, w wieku lat czterdziestu pięciu, jedyne swoje dziecko, syna, siedem dni po tym, jak lekarz zapowiedział, że nie przeżyje porodu.

Wijąc się na pobojowisku, które, jak zwykle o poranku, wibrowało w takt końskich kopyt za oknem, z namaszczeniem generała salutującego fladze nadała chłopcu imię Feliks, wypchnęła go z siebie i skonała. Ojciec dziecka zmarł pół roku wcześniej, na gorączkę złośliwą. Guido Volkbein, Żyd pochodzenia włoskiego, smakosz i dandys, nie pojawiał się publicznie bez baretki tajemniczego orderu, zdobiącej przybladłym pasmem jego butonierkę. Był mały, okrągły, lękliwie wyniosły, a brzuch sterczał mu lekko ku górze, uwydatniając guziki od kamizelki i od spodni i znacząc środek ciała obstetryczną linią, jaką widuje się na owocach – owym nieuchronnym łukiem, na który Guido zapracował obfitym spożyciem burgunda, schlagsahne i piwa.

Miano swojej aury nadał jesieni, sezonowi nostalgii i grozy, który, jak żadna inna pora roku, spowijał go w reminiscencje rasowe. Jesienią widywano jak spacerował po Praterze, w zaciśniętej dłoni niosąc wytworną chusteczkę z żółto-czarnego lnu, która gromko krzyczała o edykcie wydanym w 1468 roku przez niejakiego Pietra Barbo, a stanowiącym, że współplemieńcy Guida, z powrozami wokół szyi, biegać będą po Corso ku uciesze chrześcijańskiej gawiedzi, podczas gdy wysoko urodzone damy o akuratnie wyprężonych grzbietach wstaną z miejsc, by wespół z purpuratami oraz monsignori bić brawo w tym zimnym, a jednak histerycznym uniesieniu, typowym dla ludu zarazem pełnego uprzedzeń i szczęśliwego; i nawet sam papież spadnie z niebieskiego piedestału, zanosząc się śmiechem człowieka, który wyrzekł się swoich aniołów, by odnaleźć w sobie bestię. To wspomnienie i towarzysząca mu chusteczka wpoiły Guidowi (jak niektóre kwiaty przywiedzione do pełni ekstatycznego rozkwitu osiągają typowe cechy dopiero wówczas, gdy zaczynają więdnąć) pewne ogólne wyobrażenie o tym, co znaczy być Żydem. Chodził – rozgorączkowany, nieobecny potępieniec – mrugając powiekami wyłupiastych oczu, zamroczony bólem przynależności, która, cztery stulecia później, czyniła go ofiarą, kiedy czuł w gardle echo krzyku niosącego się ongiś po Piazza Montanara: „Roba vecchia!”[1] – tamto poniżenie, dzięki któremu przetrwał jego lud.

Bezdzietny w wieku lat pięćdziesięciu dziewięciu wyrychtował dla przyszłego potomka serce na podobieństwo własnego serca, naznaczone przez prywatną obsesję – niezmordowane hołdowanie szlachectwu, genufleksję szczutego ciała na skutek skurczu mięśni, odruch klękania przed tym, co nieuchronne i niedostępne, jak przed wielkim żarem. Przez to serce Guido, a później jego syn, czuli w sobie ciężar niedozwolonej krwi.

I bezdzietny skonał, jeśli nie liczyć obietnicy wiszącej u chrześcijańskiego pasa Hedvig. Guido żył tak jak wszyscy Żydzi, którzy, odcięci od swego narodu przez przypadek lub z wyboru, stwierdzają, że przyszło im zamieszkiwać świat, którego obce żywioły zmuszają ich do uległości wobec jakiejś wyobrażonej wspólnoty. Kiedy Żyd umiera na chrześcijańskim łonie, umiera wbity na pal. Hedvig, pomimo udręki, opłakiwała wyrzutka. Jej cielesność stała się w owej chwili barierą i Guido skonał pod tą ścianą zagubiony i samotny. W życiu robił wszystko, by przerzucić most nad otchłanią; gestem najsmutniejszym i najbardziej żałosnym były jego pretensje do tytułu barona. Przyjął znak krzyża; twierdził, że jest Austriakiem ze starego, niemal wygasłego rodu, przedstawiając na poparcie swojej historii najbardziej fantastyczne i wyssane z palca dowody: herb, do którego nie miał prawa, oraz listę przodków (o chrześcijańskich imionach), którzy nigdy nie istnieli. Gdy Hedvig przypadkiem znalazła czarno-żółte chusteczki, powiedział, że mają mu przypominać o rzymskiej gałęzi jego rodziny.

Usiłował się do niej zbliżyć, adorując ją, naśladując jej defiladowy krok, który w jego wykonaniu stawał się niezdarny i pocieszny. Ona też gotowa była zrobić wiele, ale ponieważ wyczuwała w nim jakąś profanację i samotność, przyjęła cios jak na gojkę przystało – zbliżając się do niego w odruchu repulsji. Wierzyła we wszystko, co mówił, ale często pytała: „Co cię gnębi?” – nieustanny wyrzut pomyślany jako memento jej miłości. Te słowa towarzyszyły mu przez całe życie jak jakiś oskarżycielski głos. Dręczony przymusem, by wyrażać się z rewerencją o członkach rodziny cesarskiej, wyrzucał z siebie hymny pochwalne z siłą wątłego strumienia kranówki spotęgowanego przytkniętym kciukiem. W towarzystwie mniej utytułowanych śmiał się aż nazbyt serdecznie, jak gdyby mógł ich wynieść do upragnionych zaszczytów samą mocą swojej rubaszności. Ale w konfrontacji z generałem w skrzypiącej skórze i z pewną sztywnością ruchów typową dla wojskowych, którzy oddychają jak gdyby w odwrotnym kierunku, pachną prochem i końmi, pogrążeni w letargu, lecz gotowi wziąć udział w jakiejś nieplanowanej jeszcze wojnie (ten typ bardzo pociągał Hedvig), Guido wpadał w niewidzialne drżenie. Widział, że Hedvig nosi się tak samo, ma tę samą, choć bardziej skondensowaną siłę dłoni, zawartą w mniejszej posturze, a przez to upiorną jak dom dla lalek. Piórko u jej kapelusza lśniło jak klinga i drżało niby w podmuchach wróżebnego wiatru; była kobietą, w której natura przegląda się jak w lustrze, skrupulatną, biuściastą i pogodną. Patrząc na tych dwoje, Guido poczuł się zdezorientowany, jak gdyby zaraz miał otrzymać reprymendę – nie od oficera, lecz od żony.

Kiedy tańczyła na lekkim winnym rauszu, parkiet stawał się polem taktycznych manewrów; obcasy wybijały rytmiczne staccato, a wierzchołki ramion były równie świadome jak te, które noszą galon i frędzlę; sposób, w jaki odwracała głowę, miał w sobie zimną czujność wartownika, którego służba nie jest całkiem wolna od lęku. Niemniej Hedvig starała się jak mogła. Jeżeli istnieje coś takiego jak masywny chic, ona była jego uosobieniem – a jednak gdzieś czaił się niepokój. Jej podejrzliwość, choć Hedvig nie była tego świadoma, budziły zapewnienia Guida, że jest baronem. Wierzyła w nie jak żołnierz „wierzy” w rozkaz. Jakiś szósty zmysł – sama nie zwróciłaby na to uwagi – mówił jej, że to blaga. Hedvig została Baronessą, o nic nie pytając.

Za czasów Volkbeina niewiele było w Wiedniu profesji dostępnych dla Żydów, ale jakimś cudem, handlując sprzętem domowym, skupując po cichu starych mistrzów i pierwsze wydania, obracając walutą, Guido zdołał zapewnić Hedvig dom w Innere Stadt, z północnymi oknami wychodzącymi na Prater – wielkie, ponure domiszcze, które stało się fantastycznym muzeum ich spotkania.

Długie rokokowe korytarze, ciężkie od pluszu i złotych ornamentów, zaludniały fragmenty rzymskich posągów, białe i niestanowiące spójnej kolekcji; noga biegacza, wyniośle odwrócona głowa jakiejś matrony z kawałkiem torsu, puste, ślepe oczodoły, którym źrenice dawał każdy ruchomy cień, tak, że to, na co wyglądały, było dziełem słońca. Olbrzymi salon wyłożono drewnem orzechowym. Nad kominkiem wisiały imponujące kopie tarczy herbowej Medyceuszy, a obok nich – austriacki ptak.

Trzy masywne fortepiany (Hedvig grała modne walce biegle i po męsku, w tempie swojej krwi, prędkim i narastającym, z układną lekkością właściwą wiedeńczykom, którzy poczuli miłosne ukłucie rytmu, choć nie poddają się jego rygorom bez walki) rozsiadły się na grubych miękkich dywanach w kolorze smoczej krwi, sprowadzonych z Madrytu. Gabinet zajmowały dwa opływowe biurka ze szlachetnego krwawego drewna. Hedvig lubiła mieć każdą rzecz w dwóch lub trzech egzemplarzach. Do centralnych łuków obydwu biurek przybito srebrne ćwieki, układające się w zarysy lwa, niedźwiedzia, barana, gołębia, a pośrodku – płonącej pochodni. Wzór wykonano pod okiem Guida, który, niewiele myśląc, przywłaszczył go sobie jako herb Volkbeinów, choć akurat ten okaz heraldyki od dłuższego czasu kurczył się pod srogim spojrzeniem papieża. Okna na całą wysokość ściany (francuski akcent, który przypadł Guidowi do gustu) wychodziły na park, przysłonięte rodzimym aksamitem i tkaninami z Tunisu, a weneckie żaluzje miały barwę osobliwie posępnej czerwieni, tak przez Austriaków uwielbianą. Na tle dębowej boazerii, która pięła się ponad długim stołem aż po zaokrąglony sufit, wisiały naturalnej wielkości portrety rzekomego ojca i rzekomej matki Guida. Dama była wspaniałą florentynką o przebiegłych jasnych oczach i wydatnych ustach. Ku spiczastym wypustkom sztywnej koronki, upiętej wokół stożkowatej i oplecionej warkoczem głowy, wznosiły się obfite bufiaste rękawy wyszywane perłami. Głębokie fałdy sukni spowijały postać krzyżowymi pasmami cienia; tren wijący się wśród prymitywnych drzewek miał grubość dywanu. Wydawało się, że dama wypatruje ptaka. Dżentelmen siedział niepewnie na rumaku. Można było odnieść wrażenie, że nie tyle wspiął się na zwierzę, ile dopiero za chwilę na nim wyląduje. Błękit włoskiego nieba wcinał się klinem między siodło a płową żółć opiętego zadka. Malarz uchwycił wierzchowca w pozycji opadającego łuku, z rozwianą omdlewającą grzywą i ogonem schowanym między chudymi, przygiętymi nogami. Ubiór dżentelmena był zdumiewającą mieszanką stylu romantycznego i religijnego; w zgięciu lewego łokcia, jak w kołysce, spoczywał, koroną w stronę patrzącego, kapelusz z piórem. Wszystko to żywcem przypominało kostium z Mardi Gras. Głowa dżentelmena, przytwierdzona do tułowia w pozycji en trois quarts, zdradzała uderzające podobieństwo do Volkbeina – ten sam wydatny kabalistyczny nos, dojrzałe i ciepłe rysy twarzy, jeśli nie liczyć miejsca, w którym dziewiczy błękit oczu uwypuklał powieki, jakby kryło się za nimi jakieś inne medium niż wzrok. Nic nie zakłócało bystrości tego spojrzenia, nieruchomego i beznamiętnego. Podobieństwo było przypadkowe. Gdyby ktoś zechciał zgłębić tę kwestię, odkryłby, że płótna przedstawiają dwójkę dzielnych aktorów z minionej epoki. Guido znalazł je w jakimś zakurzonym antykwariacie i nabył drogą kupna, zorientowawszy się, że potrzebne mu będzie świadectwo błękitnej krwi.

W tym punkcie rodzinna historia zatrzymała się dla Feliksa, który trzydzieści lat później ukazał się światu wyposażony w te fakty, dwa portrety i nic więcej. Jego ciotka, rozczesując długie warkocze bursztynowym grzebieniem, opowiedziała mu wszystko, co wiedziała o jego przeszłości, niczego nie tając. To, co formowało Feliksa od urodzenia do trzydziestki, nie było światu znane, bo jak każdy syn miał w sobie coś z Żyda Wiecznego Tułacza. Bez względu na to, kiedy i gdzie go spotykasz, zawsze wydaje ci się, że właśnie skądś przybył – nieważne skąd – z jakiejś krainy, którą raczej pożerał, niż zamieszkiwał, z jakiegoś tajemniczego lądu, który go karmił, lecz którego nie mógł odziedziczyć, bo Żyd jest zawsze i wszędzie znikąd. Ilekroć w towarzystwie padało imię Feliksa, co najmniej trzy osoby gotowe były przysiąc, że tydzień wcześniej widziały go w trzech różnych krajach.

Feliks przedstawiał się jako Baron Volkbein, podobnie jak wcześniej jego ojciec. Nikt nie wiedział, jak Feliks żył, jak doszedł do swoich pieniędzy – wyczuwał je niczym płochacz stado kuropatw i równie gorliwie aportował – jak opanował siedem języków, z których potrafił zrobić dobry użytek. Wiele osób znało jego sylwetkę i twarz. Nie był popularny, choć szacunek dawkowany pośmiertnie jego ojcu zapewnił Feliksowi owe szczególne półkoliste spojrzenia tych znajomych rodzica, którzy, nie rezygnując z okazywania wyższości, mimo wszystko, ze względu na śmierć i jej majestat, skłonni są, jak gdyby rekompensując przyszły dystans, obdarzyć latorośl lekkim skinieniem głowy, gestem jakże dla nas znamiennym w obecności tego narodu.

Feliks był cięższy i wyższy od ojca. Linia włosów na jego czole rysowała się zbyt wysoko. Pełna, lekko pociągła twarz nosiła ślady ciężkiej melancholii. Po Hedvig miał tylko usta, które z braku pożądliwości, jak jej usta z powodu wyparcia, mimo naturalnej zmysłowości, przywarły zbyt mocno do kostnej struktury zębów. Pozostałe rysy twarzy były raczej grube – podbródek, nos i powieki; w jednej tkwił monokl, który lśnił w słońcu jak okrągłe ślepe oko.

Zwykle widywano go podczas samotnych spacerów lub przejażdżek, wystrojonego jakby miał wziąć udział w jakimś wielkim wydarzeniu, choć nie można było powiedzieć, że istnieje na świecie uroczystość, na którą jest odpowiednio ubrany; starając się zawsze wyglądać akuratnie, nosił strój po części wieczorowy, a po części dzienny.

Z kłębowiska namiętności, które składały się na jego przeszłość, z mieszaniny krwi, ze splotu tysiąca nieprawdopodobnych sytuacji Feliks wyłonił się jako ich jednostkowa akumulacja – człowiek zakłopotany.

Jego zakłopotanie przybrało formę obsesji na punkcie tego, co nazywał Starą Europą: arystokracji, szlachectwa, królewskości. Kiedy wymieniał czyjś tytuł, robił pauzę przed nazwiskiem i zaraz po nim. Wiedząc, że jedyną dostępną mu formą kontaktu jest meandryczne wielosłowie, mówił bez końca i wdawał się w najdrobniejsze szczegóły. Z furią fanatyka tropił własną nieprzynależność, ożywiając w języku szczątki dawno zapomnianych dworów cesarskich (tylko ci, o których pamięć trwała długo, twierdzić mogą, że dawno o nich zapomniano) i łapczywie słuchając nagabywanych przez siebie oficjeli i strażników spuścizny, w obawie, że chwila nieuwagi mogłaby go pozbawić jakiejś cząstki zmartwychwstania. Sądził, że wielka przeszłość być może poczuje się lepiej, jeżeli on pokłoni się jej dostatecznie nisko, jeżeli się podda i złoży hołd.

W roku 1920 był w Paryżu (ślepe oko uchroniło go przed wojskiem), nadal nosił getry i żakiet, cały w ukłonach szamotał się w poszukiwaniu obiektów admiracji: odpowiedniej ulicy, odpowiedniej kawiarni, odpowiedniego budynku, odpowiedniego widoku. W restauracjach kłaniał się lekko każdemu, kto wyglądał, jakby mógł być „kimś”, zginając się tak niezauważalnie, że zaskoczony adresat mógł pomyśleć, iż Feliks po prostu wciąga brzuch. Wziął te a nie inne pokoje tylko dlatego, że jakiś Burbon został z nich wyprowadzony na śmierć. Zatrudnił służącego i kucharkę; tego pierwszego, bo wyglądał jak Ludwik XIV, tę drugą, bo przypominała królową Wiktorię, Wiktorię w tańszym wydaniu, skrojoną na miarę chudszego portfela.

W swoich poszukiwaniach szczególnej comédie humaine Feliks zetknął się z wieloma osobliwościami. Znał edykty i prawa, klechdy i herezje, degustował rzadkie wina, studiował białe kruki i smalone duby wiejskich bab – legendy o ludziach, którzy dostąpili świętości, i o bestiach, na które spadło potępienie – wczytywał się w plany fortyfikacji i mostów, popadał w zadumę na przydrożnych cmentarzach, znał zakamarki licznych kościołów i zamków, darzył mgliście nabożnym szacunkiem Madame de Sévigné, Goethego, Loyolę i Brantôme’a. Ale najgłębszą strunę poruszał w nim Loyola: samotny, osobny, bezżenny. Plemię przeganiające swoje pokolenia z miasta do miasta nie miało czasu nabrać tej twardości, której plonem jest grubiaństwo; w ciągu dwudziestu wieków, jakie minęły od ukrzyżowania jego idei, nie zdołało wykształcić tej niepamięci, która jest niezbędna do stworzenia legendy. Trzeba chrześcijanina, wiecznie stojącego na drodze Żyda do zbawienia, by obwinił samego siebie i wydobył z tej otchłani urzekające i fantastyczne przesądy, dzięki którym powoli i niestrudzenie mielący Żyd stanie się raz jeszcze „kolekcjonerem” własnej przeszłości. Ciężki los Żyda nigdy nie jest opłacalny, dopóki jakiś goj nie nada mu ponownie takiego kształtu, który pozwoli zaoferować ów los jako „znak”. Los Żyda nie należy do niego samego, lecz do Boga; rehabilitacja Żyda nie należy do niego samego, lecz do chrześcijanina. Chrześcijański handel retrybucją uczynił z żydowskiej historii towar; za jego pośrednictwem Żyd otrzymuje w krytycznym momencie surowicę swojej przeszłości, aby móc ofiarować ją ponownie jako własną krew. Tym sposobem ma udział w dwoistej kondycji, jak Feliks chwytający pierś mamki, której mleko było życiodajne, a jednak nie przysługiwało mu z urodzenia.

Feliks bardzo wcześnie przeniknął do wypełnionego blichtrem świata cyrku i teatru. Stanowiły one jak gdyby namiastkę wyższego i niedostępnego blichtru królów i królowych. Co życzliwiej usposobione aktorki z Pragi, Wiednia, Węgier, Niemiec, Francji i Włoch, akrobaci i połykacze mieczy od czasu do czasu udostępniali mu swoje garderoby – fałszywe salony, w których małpował własne serce. Tu nie musiał brylować i nie czuł się obco. Przez chwilę brał udział w ich wspaniałej, cuchnącej mistyfikacji.

Ludzie z tego świata, choć pragnęli zupełnie czego innego niż Feliks, także mieli powód, by przywłaszczyć sobie arystokratyczne tytuły. Byli wśród nich Princessa Nadja, Baron von Tink, Principessa Stasera y Stasero, Król Buffo i Księżna Barczystanu: krzykliwe ochłapy zwierzęcego życia, wybitni fachowcy od rabanu zwanego rozrywką. Przyjmowali tytuły, by zniewalać chłopaków z miasta, by uczynić swoje publiczne życie (innego nie mieli) tajemniczym i frapującym, wiedzieli bowiem, że sztuka najbardziej zdumiewa wtedy, gdy nie przystoi artyście. Feliks uczepił się tytułu, żeby zniewolić swoje wyobcowanie. Coś ich w ten sposób łączyło.

Wchodząc między tych ludzi, mężczyzn pachnących słabiej i kobiety pachnące mocniej niż ich zwierzęta, odczuwał spokój, jakiego wcześniej doznawał tylko w muzeach. W Carnavalet krążył pośród zbutwiałych brokatów i koronek w stanie pokornej histerii; kochał ten dawny i udokumentowany splendor miłością lwa do pogromcy – zmatowiały od potu i pokryty cekinami enigmat, który, przywołując bestię do nogi, zwracał ku niemu twarz podobną jego twarzy, uważną i łagodną, a jednak noszącą ślady furii tkwiącej w jego umyśle.

Nadja siadywała plecami do Feliksa, przeświadczona o nieomylności jego oka, jak gdyby chodziło o nieomylną kreskę Ropsa, wiedząc, że Feliks rejestruje precyzyjnie giętkość jej pleców – wraz z biczowatym łukiem przechodzącym płynnie w zwartą szczelinę między pośladkami, łukiem tak gniewnym i pięknym jak bardziej namacalny ogon jej lwa.

Emocjonalna spirala widowiska cyrkowego – skok w otchłań bezradności z odbiciem od batuty bezkresnej nadziei – budziła w Feliksie nostalgię i niepokój. Cyrk był czymś uwielbianym, czego nie potrafił dotknąć, a więc i poznać. Ta nieuchwytność ludzi teatru i areny dramatyzmem i potwornością dorównywała w jego oczach przechodzącej koło nosa licytacji. Uporczywość, z jaką ich nawiedzał, świadczyła o tym, że cząstka jego natury nawraca się na chrześcijaństwo.

Ze zdumieniem stwierdził, że ciągnie go do kościoła, choć akurat z tym napięciem radził sobie łatwiej; arena, skonstatował, ograniczała się tu do pojedynczego serca.

To Księżnej Barczystanu (Frau Mann) zawdzięczał pierwszą audiencję u „prawdziwego dżentelmena”. Frau Mann, przebywająca wówczas w Berlinie, wyjaśniła, że osoba ta „w przeszłości miała z nią co nieco do czynienia”. Feliks z najwyższym trudem potrafił sobie wyobrazić Frau Mann „mającą do czynienia” z kimkolwiek, jej wdzięki były muskularne i precyzyjnie zlokalizowane. Profesja Księżnej – trapez – utrzymywała ją w dobrej kondycji. Przydawała szczególnego uroku. Jej nogi miały w sobie prężność charakterystyczną dla robotników wysokościowych; w nadgarstkach było coś z drążka, w chodzie – coś z pokrytej mieloną korą areny, jak gdyby powietrze, właśnie ze względu na swoją lekkość i przenikliwość, stanowiło problem prawie nie do pokonania; ciało, drobne i jędrne, wyglądało na znacznie cięższe niż ciała kobiet, które nie odrywają się od ziemi. W twarzy było napięcie typowe dla organizmu usiłującego trwać w obcym żywiole. Wydawało się, że deseń kostiumu wtopił się w jej skórę: gorset w czerwone i żółte romby, z tyłu dłuższy, pomięty wokół ramion, przeżarty zapachem aplikowanych trzy razy dziennie odwaniaczy, czerwone trykoty, wysokie trzewiki – miało się wrażenie, że przenikały ją niczym ornament świąteczną landrynkę, a wybrzuszenie w kroku, gdzie trzymała drążek, zahaczając stopę o mięsień drugiej łydki, było twarde, wyspecjalizowane i gładkie jak dąb. Trykot nie był jej zewnętrzną powłoką, był nią samą; ciasno zszyty w kroku stał się jej ciałem tak bardzo, że była równie bezpłciowa jak lalka. Za sprawą takiej samej igły jedna była własnością dziecka, a druga nie należała do żadnego mężczyzny.

– Dziś wieczorem – rzekła Frau Mann, zwracając się do Feliksa – będziemy się dobrze bawić. Berlin bywa bardzo przyjemny w nocy, nicht wahr? A hrabiego po prostu trzeba zobaczyć. Rezydencja jest imponująca, czerwień i błękit, hrabia, nie wiedzieć czemu, upodobał sobie błękit i ludzkie dziwadła, więc jesteśmy zaproszeni. – Baron wsunął stopę do środka. – Może nawet wystawi posągi.

– Posągi? – powtórzył Feliks.

– Żywe posągi – odrzekła. – On je uwielbia. – Feliks upuścił kapelusz, który potoczył się i zatrzymał.

– Hrabia jest Niemcem? – zapytał.

– O nie, Włochem, ale to bez znaczenia, mówi wszystkimi językami, myślę, że przyjeżdża do Niemiec obracać walutą; przyjeżdża, wyjeżdża i wszystko toczy się po staremu, tyle że ludzie mają o czym rozmawiać.

– Mówiłaś, że jak się nazywa?

– Nie mówiłam, ale przedstawia się jako Hrabia Onatorio Altamonte, to na pewno bujda, ale twierdzi, że jest spokrewniony z każdym narodem, więc powinien ci się spodobać. Zjemy kolację, napijemy się szampana. – To, jak wymówiła słowo „kolacja” i słowo „szampan”, precyzyjnie oddawało różnicę między mięsem a trunkiem, jak gdyby po ujarzmieniu dwóch żywiołów, ziemi i powietrza, jej talent parł niestrudzenie do przodu, podbijając wszystkie pozostałe.

– Będzie dobra zabawa? – zapytał.

– O, bez wątpienia.

Pochyliła się do przodu; zaczęła zmywać makijaż z biegłością malarza w pośpiechu czyszczącego paletę. Rzuciła Baronowi szydercze spojrzenie. – Wir setzen an dieser Stelle über den Fluss[2] – powiedziała.

Wokół stołu, w głębi olbrzymiego pokoju, stało w parlamentarnych pozach dziesięciu mężczyzn, wyglądających, jakby właśnie decydowali o losach jakiegoś narodu, a towarzyszyła im jedna młoda kobieta. Kiedy Feliks i Księżna Barczystanu weszli do środka, cała grupa słuchała niemłodego już „adepta medycyny”, o krzaczastych brwiach, wspaniałym wdowim szpicu, zbyt dużych ciemnych oczach i ciężkiej posturze, wyrażającej przy tym coś w rodzaju skruchy. Był to doktor Matthew O’Connor, Irlandczyk z dzielnicy Barbary Coast (Pacific Street, San Francisco), któremu zainteresowania ginekologiczne kazały przemierzyć już pół świata. Jako że Hrabia jeszcze się nie pojawił, doktor przyjął rolę gospodarza i opowiadał o sobie w przeświadczeniu, że trudno o ciekawszy temat.

– Możliwe, że w świecie przyrody wszyscy jesteśmy arystokratami – mówił doktor i wzmianka o arystokracji sprawiła, że Feliks od razu poczuł się raźniej, choć następne słowa nieco zbiły go z tropu – pomyślcie jednak o opowieściach, z których niewiele wynika! Czyli o takich, które zapomniano na przekór ludzkiej pamiętliwości (obejmuje ona tylko innych) po prostu dlatego, że dotyczą kogoś bez stanowiska czy tytułu – zwiemy je legendą, i jest to najlepsza rzecz, jaką człowiek poczciwy może uczynić ze swoim losem. Pozostałe – tu wykonał nieokreślony gest ręką – zwiemy historią, i jest to najlepsza rzecz, jaką ze swoim losem mogą uczynić ludzie potężni i wpływowi. Legenda jest pozbawiona cenzury, lecz historia, ze względu na aktorów, jest pozbawiona czystości – każdy naród z poczuciem humoru to naród zgubiony i każda kobieta z poczuciem humoru to kobieta zgubiona. Tylko Żydzi mają tyle rozsądku, by zatrzymać humor w rodzinie; chrześcijanin rozsiewa go po całym świecie.

– Ja! das ist ganz richtig[3] – powiedziała głośno Księżna, ale jej wtręt był daremny. Kiedy doktor miał już swoją publiczność – a zdobywał ją za pomocą prostej sztuczki: podniesionym głosem (przypominającym wściekły dyszkant zaborczej baby) wymawiał najbardziej bagienne i przenikliwe spośród krótkich czasowników wczesnosaksońskich – nic nie mogło go zatrzymać. Zwrócił na nią swoje wielkie oczy, a uczyniwszy to, dostrzegł po raz pierwszy ją i jej strój, co nasunęło mu myśl o czymś zapomnianym, lecz podobnym, to zaś sprawiło, że wybuchnął śmiechem i wykrzyknął: – Doprawdy tajemnicze są ścieżki skojarzeń w mojej głowie! Przypomniał mi się Murzyn Nikka, który walczył z niedźwiedziem w Cirque de Paris. Chodził po arenie przyczajony, całkiem jak go Pan Bóg stworzył, jeśli nie liczyć cienkiej przepaski na biodrach, napęczniałej jak sieć po dalekomorskim połowie, wytatuowany od stóp do głów: pełne ameublement deprawacji! Cały w girlandach róż, pokryty diabelską pisaniną, cóż to był za widok! Chociaż nie mógłby nic zdziałać (wbrew temu, co się twierdzi o czarnych chłopcach, wiem, o czym mówię), nawet gdyby wstawić go na tydzień do draparki, to, z drugiej strony (wszyscy tak mówią), jego narząd w całej rozciągłości pokazywał litera po literze imię Desdemona. Na brzuchu miał anioła z Chartres; na jednym i drugim pośladku częściowo widoczne, a częściowo zakryte cytaty z księgi czarów i zaklęć, potwierdzenie teorii jansenistów, o czym przykro mówić, szczególnie tutaj. Na jednym kolanie, daję słowo, wytatuowane miał „ja”, a na drugim „mogę”, wyobrażacie to sobie? Na torsie piękna karawela pod pełnymi żaglami, a poniżej złożone dłonie o nadgarstkach okolonych koronką. Na jednej i drugiej piersi serce przebite strzałą, różne inicjały, tyle samo kropli krwi; od pachy w dół, wzdłuż całego boku, słowo, które wypowiedział książę Artur Tudor, syn Henryka VII, gdy po nocy poślubnej kazał sobie podać puchar wody (może jednak nie była to woda?). Jego szambelan, dociekając przyczyn tak wielkiego pragnienia, napomknął o tym na głos i usłyszał w odpowiedzi jedno słowo, tak zwięzłe i nielicujące z majestatem i powagą Imperium Brytyjskiego, że stanął jak wryty i nic więcej się o tym nie dowiemy, chyba że – zakończył doktor, klepiąc się w biodro – ktoś jest tak domyślny jak Mały M’Caffery.

– A nogi? – zapytał lekko zażenowany Feliks.

– Nogi – rzekł doktor O’Connor – oplatały pnącza, które wieńczyła brązowa róża skopiowana ze sklepienia Domu Rotschildów w Hamburgu. Jego dos, możecie mi wierzyć lub nie, ja bym nie uwierzył, pokrywał zwięzły opis mnisim gotykiem (niektórzy zwą to pismo sprośnym, inni bastardą) żałosnych warunków panujących w Paryżu przed wprowadzeniem higieny, kiedy brodziło się po kolana w czystej naturze. Tuż powyżej tego, o czym wspominać nie wypada, leciał ptak, a w dziobie trzymał wstęgę, na której widniał napis „Garde tout!”[4]. Zapytałem, po co to całe barbarzyństwo; odparł, że kocha piękno i chce je mieć zawsze przy sobie.

– Zna pan Wiedeń? – zainteresował się Feliks.

– Wiedeń – rzekł doktor. – Wyrko, na które mozolnie wspina się spotulniałe od znoju pospólstwo i z którego wyskakuje arystokracja, zapiekła w swoim poczuciu godności – znam nie za dobrze, choć to i owo pamiętam. Pamiętam austriackich chłopców idących do szkoły, byli jak stada przepiórek, siedzieli na pauzie w plamach słońca: rumiane buzie, jasne oczy, wilgotne różowe usta, stadny zapach z pastwisk dzieciństwa; fakty historyczne mieniły im się w główkach jak promienie słońca, choć wkrótce miały odejść w zapomnienie, przepaść, obrócić się w klisze. Młodość to przyczyna, skutkiem jest starość; kiedy tyją szyje, przybywa nam danych.

– Nie myślałem o wiedeńskich chłopcach, lecz o militarnej potędze Wiednia, o jego wielkich nazwiskach – powiedział Feliks, czując, że wieczór jest stracony, bo gospodarz się nie pojawia, nikogo to nie obchodzi, a całą imprezę zdominuje migotliwa postać, która przedstawia się jako doktor.

– Dla żyjących w celibacie armia jest jak rodzina – przytaknął doktor. – Jedyna przystań.

Młoda, niespełna trzydziestoletnia kobieta odłączyła się od grupy i podeszła do Feliksa i doktora. Schowane za plecami dłonie oparła o blat stołu. Wyglądała na zażenowaną. – Panowie naprawdę tak myślą, czy tylko tak sobie mówią? – wypowiedziawszy te słowa, spłonęła rumieńcem i pospiesznie dodała: – Zajmuję się reklamą i promocją cyrku, jestem Nora Flood.

Doktor odwrócił się zamaszyście, wyglądał na zadowolonego. – Ach! – powiedział. – Nora wyczuła zimną, beztroską melodię pełznącego czasu, ale ja – dodał – dopiero się rozkręcam. – Nagle plasnął w udo otwartą dłonią. – Flood, Nora, na miły Bóg, pomogłem ci przyjść na świat, dziewczyno!

Feliks, zaaferowany, jak gdyby oczekiwano od niego, że „zrobi coś”, by zapobiec katastrofie (jak trzeba coś zrobić w związku z przewróconą szklanką, której zawartość za chwilę spłynie ze stołu prosto na podołek jakiejś damy), na dźwięk słów „pełznący czas” wybuchnął niekontrolowanym śmiechem i choć przez całe życie niespokojnie wracał do tego wydarzenia myślami, nigdy nie potrafił go sobie wytłumaczyć. Towarzystwo, miast zamilknąć, gwarzyło sobie w najlepsze; dwaj albo trzej młodzi mężczyźni dyskutowali o jakimś skandalu, a Księżna donośnym pustym głosem opowiadała tęgiemu jegomościowi o żywych posągach. To tylko wzmogło udrękę Barona. Wymachując rękami, powtarzał: „No błagam, błagam!” i nagle zaczęło mu się wydawać, że wcale się nie śmieje, tylko robi coś dużo gorszego, chociaż mówił do siebie: „Przecież się śmieję, naprawdę się śmieję, nie robię nic innego!”. Wymachiwał ramionami i powtarzał: „Błagam, błagam!”, wpatrując się w podłogę, głęboko zażenowany swoim zachowaniem.

I nagle usiadł prosto, z rękoma na poręczach krzesła, wpatrzony w doktora, który właśnie pochylał się do przodu, żeby przyciągnąć drugie krzesło i usadowić się naprzeciwko. – Tak – powiedział doktor, uśmiechając się – będzie pan rozczarowany! In questa tomba oscura[5]; o, wiarołomny! Nie jestem zielarzem, nie jestem Rutebeufem, nie mam żadnego panaceum, nie jestem szarlatanem, innymi słowy nie potrafię i nie chcę stawać na głowie. Nie jestem akrobatą, mnichem, a tym bardziej trzynastowieczną Salome, która tańczy z wypiętym zadkiem na dwóch szablach z Toledo, niech pan dzisiaj spróbuje do tego namówić jakąś zadurzoną dziewczynę, płci żeńskiej lub męskiej! Jak pan nie wierzy, że tak ongiś bywało, proszę zajrzeć do rękopisów w British Museum albo do katedry w Clermont-Ferrand – dla mnie na jedno wychodzi. Pójście w ślady majętnych muzułmanów z Tunisu, co to zabawiają się z panienkami, by płynący czas pozbawić znaczenia, też nic nie pomoże, bo nie ma takiego leku, który mógłby za jednym zamachem uzdrowić całego mężczyznę. Wie pan, czego mężczyzna tak naprawdę pragnie? – zapytał doktor, uśmiechając się szeroko do stężałej twarzy Barona. – Jednej z dwóch rzeczy: znaleźć osobę, która jest tak głupia, że będzie mógł ją okłamywać, albo pokochać jakąś osobę tak bardzo, że to ona będzie mogła okłamywać jego.

– Wcale nie myślałem o kobietach – powiedział Baron, próbując wstać.

– Ani ja – rzekł doktor. – Siadaj pan. – Ponownie napełnił swoją szklankę. – Zacna ta fine – powiedział.

Feliks odparł: – Dziękuję, nie piję.

– Do czasu – rzucił doktor. – Spróbujmy to ująć inaczej. Kościół luterański albo protestancki kontra Kościół katolicki. Kościół katolicki to dziewczyna, którą kochasz tak bardzo, że pozwalasz jej się okłamywać; Kościół protestancki to dziewczyna, która tak cię kocha, że pozwala ci się okłamywać i udawać, że czujesz coś, czego wcale nie czujesz. Bez obrazy, ale Luter to był obleśny stary cap, który podeptał własne leże, bo odebrano mu pieczę nad „odpustami”, która w tamtych czasach warta była połowę wszystkiego, co ludzie posiadali, i którą stary mnich z Wittenbergi myślał zacharapcić. Nic dziwnego, że go szlag trafił, zaczął trajkotać jak małpa na drzewie i wszczął aferę, której wszczynać nie zamierzał (jak pozwalają sądzić napisy na stole, przy którym śniadał), skandaliczna megalomania – a był to osobnik tak dziki i nieokiełznany, że jest to jasne jak słońce w biały dzień, albo wcale nie. Czego słucha się w Kościele protestanckim? Słów człowieka, którego wybrano ze względu na elokwencję – zresztą elokwentnego nieprzesadnie, inaczej strącono by go kopniakiem z ambony w obawie, że użyje swoich złotych ust do celów politycznych. Albowiem złote usta nie spoczną, póki nie wyplują z siebie zdań o przyszłości narodu, Kościół zaś jest dostatecznie mądry, by o tym wiedzieć.

Ale niech pan wstąpi do kościoła katolickiego, w dowolnym momencie mszy – co pan zastanie? Coś, co i tak miał pan we krwi. Zna pan historię, którą, chodząc wzdłuż ołtarza, opowiada kapłan – wszystko jedno, czy będzie to kardynał, Leon X, czy jakiś nieszczęsny bękart z Sycylii, co właśnie odkrył, że pecca fortiter[6] z kozami to