Ostatnie lata polskiego Lwowa - Sławomir Koper, Tomasz Stańczyk - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Czy Polska może istnieć bez Lwowa? Ostatnie siedemdziesiąt lat udowadnia, że jest to możliwe, ale polska dusza mocno straciła na tej separacji.
Jak magię miasta, porównywanego nieraz do Florencji, legendę stolicy polskiej przedwojennej kultury i elegancji przełożyć na język zrozumiały dla współczesnego pokolenia?

Wehikuł czasu prowadzony wprawną ręką znanych popularyzatorów historii; Sławomira Kopra i  Tomasza Stańczyka  zaprasza na pokład.
Panorama Racławicka widziana ze Lwowa
Najlepsze trunki – tylko z firmy Baczewski
Wesoła Lwowska Fala - Szczepcio, Tońcio  i lwowski bałak
Wielkie zbrodnie z namiętności i sprawa Gorgonowej
Początki polskiej piłki nożnej
Polski dramat sceniczny i lwowskie lata Gabrieli Zapolskiej
Legenda cmentarza Łyczakowskiego
Lwowscy pogromcy tyfusu
Hemar i Lem.  Lwów to wielka tęsknota
Skandal w  Galicyjskiej Kasie Oszczędności
Obrona Lwowa 1939
Wygnanie z polskiego Lwowa

Pożoga wojenna spowodowała, że Lwów, jedno z trzech najważniejszych polskich miast (obok Warszawy i Krakowa), pozostało poza granicami Rzeczypospolitej.  Większość literatury o Lwowie to nostalgiczne wspomnienia, jego dawnych mieszkańców lub ich potomków. Nic więc dziwnego, że malują oni obraz wyidealizowany, pozbawiony wad, jak wspomina się kraj szczęśliwej młodości czy dzieciństwa. Autorzy poszli inną drogą, przedstawili ostatnie półwiecze polskiego Lwowa z punktu widzenia historyków.

To ostatnie lata, fascynującego i wspaniałego miasta, ale również sceny na której miały miejsce wydarzenia które czasami lepiej wyrzucić ze zbiorowej pamięci. Nie zmieniło to jednak ciepłych uczuć jakie Autorzy żywią do tego cudownego grodu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 516

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki, stron tytułowych i układ graficzny książkiFahrenheit 451

Fotoedycja, obróbka zdjęć, podpisy ilustracji, skład i łamanieTekst Projekt

Redakcja i korektaWitold Grzechnik

Dyrektor wydawniczy Maciej Marchewicz

Zdjęcia wykorzystane w książce pochodzą z archiwów: Tomasza Stańczyka i Sławomira Kopra, a także Narodowego Archiwum Cyfrowego, Biblioteki Narodowej, Wikipedii, Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, Podkarpackiej Biblioteki Cyfrowej oraz Agencji EastNews

ISBN 9788380794726 

Copyright © Sławomir KoperCopyright © Tomasz StańczykCopyright © for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2019

WydawcaFronda PL, Sp. z o.o.ul. Łopuszańska 3202-220 Warszawatel. 22 836 54 44, 877 37 35 faks 22 877 37 34e-mail: kontakt@wydawnictwofronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

KonwersjaMonika Lipiec

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Od Autorów

We Lwowie mawiano, że gdyby to miasto miało jeszcze rzekę, przypominałoby Florencję, ale niestety – ze względów sanitarnych pod koniec XIX stulecia Pełtew zamknięto w podziemnym kanale. Tymczasem autorom tej książki Lwów kojarzy się bardziej z Krakowem, choć – jak zgodnie przyznają – jest od Krakowa o wiele bardziej urodziwy. Wprawdzie nie ma tutaj Wisły, ani Wawelu, ale jest podobna zabudowa, na którą składają się i kamienice sprzed wieków, i secesyjne gmachy. A do tego jest jeszcze coś nieuchwytnego – coś, czego nie spotkamy w żadnym innym polskim mieście.

Podczas jednej z wizyt we Lwowie autorzy wpadli na pomysł, by tym razem na Cmentarz Łyczakowski wybrać się tramwajem – nie samochodem, nie marszrutką, gdzie bilety kupuje się u kierowcy, a normalnym środkiem komunikacji miejskiej. Po wyjściu z hotelu „George”, idąc w kierunku klasztoru Bernardynów, głośno zastanawiali się, gdzie nabyć bilety (we Lwowie, podobnie jak w naszym kraju, często zmieniają się zasady ich zakupu). Wtedy podszedł do nich pewien starszy pan, który śpiewną polszczyzną udzielił potrzebnych informacji. Odprowadzili go do domu (mieszkał w pobliżu), wreszcie jeden z autorów zauważył, że Lwów jest jednak piękny. Wówczas rozmówca obruszył się i stwierdził, że to rzeczywiście było piękne miasto, dopóki Sowieci go nie opanowali…

II wojna światowa sprawiła, że Lwów, jedno z trzech najważniejszych polskich miast (obok Warszawy i Krakowa), znalazł się poza granicami Polski. Ludność została wysiedlona, a samą nazwę miasta za czasów PRL niemal zupełnie wymazano z polskiej historii. Owszem, dopuszczano polską przynależność Lwowa, ale właściwie tylko za czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Natomiast o późniejszych latach wspominano jak najmniej.

Większość literatury o Lwowie to nostalgiczne wspomnienia, głównie jego dawnych mieszkańców lub ich potomków. Z wiadomych względów jest to obraz wyidealizowany, pozbawiony wad, bo właśnie tak wspomina się krainę szczęśliwej młodości czy dzieciństwa. Autorzy poszli jednak inną drogą, przedstawiając ostatnie półwiecze polskiego Lwowa z punktu widzenia historyków. Nie unikali przy tym drażliwych tematów, gdyż ideał bywa fascynujący, ale z reguły daleko mu do prawdy historycznej. Mimo to oni również ulegli magii Lwowa i zgodnie uważają go za najpiękniejsze z polskich miast, a fakt, że żaden z nich nie ma kresowych korzeni, jeszcze bardziej uwiarygodnia ich fascynację.

Niniejsza książka nie jest podobna do innych książek o Lwowie. To rzeczywisty obraz miasta i jego mieszkańców, bez idealizacji czy retuszu. To ostatnie półwiecze polskiego Lwowa – miasta fascynującego i wspaniałego, ale też takiego, w którym działy się rzeczy, o których czasami wolałoby się zapomnieć. Nie zmienia to jednak uczuć, jakie autorzy żywią do tego cudownego grodu.

Sławomir Koper, Tomasz Stańczyk

Rozdział 1. }Panorama Racławicka– „Dyć to nasi!”

Choć to jedyne tego rodzaju dzieło zachowane w Polsce, przez niemal wszystkie lata PRL nie pokazywano go publiczności. Komunistyczne władze obawiały się bowiem, że Panorama Racławicka ukazująca zwycięstwo nad Rosjanami może wzbudzić antysowieckie nastroje. Wcześniej, przez pięćdziesiąt lat można było ją oglądać we Lwowie, a pamiątką po niej pozostała rotunda, w której była eksponowana. W 1946 roku Panoramę przewieziono do Wrocławia, gdzie dziś można ją oglądać, a warto przy tym wiedzieć, że kiedy Jan Styka i Wojciech Kossak ten obraz malowali, kłócili się tak, że trzeba było ich godzić.

{Powszechna Wystawa Krajowa

Pomysłodawcą dzieła był Jan Styka – rodowity lwowianin, syn austriackiego oficera, z pochodzenia Czecha. Przyszły autor Panoramy studiował w wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych, a także w Krakowie, pod okiem Jana Matejki, którego podziwiał. Gdy władze Galicji postanowiły zorganizować w 1894 roku we Lwowie Powszechną Wystawę Krajową, zaproponował wykonanie monumentalnego dzieła malarskiego, które miało uczcić przypadającą wtedy setną rocznicę insurekcji kościuszkowskiej. Pomysł idealnie wpisywał się w plan wystawy, mającej być nie tylko przeglądem osiągnięć gospodarczych Galicji, ale także okazją do zaprezentowania jej kultury. Ekspozycja zorganizowana w jedynym zaborze, w którym Polacy cieszyli się autonomią, miała służyć całemu polskiemu społeczeństwu, rozdzielonemu granicami obcych mocarstw, wzmacniać jego dumę i tożsamość narodową. Przedsięwzięcie to okazało się gigantycznym sukcesem.

Zwiedzający pasjonowali się pierwszym w Galicji elektrycznym tramwajem i prezentacją święcącego triumfy przemysłu naftowego, a także podziwiali wielką wystawę malowideł Jana Matejki, wśród których znalazł się nieukończony z powodu śmieci malarza obraz Śluby lwowskie Jana Kazimierza.

Ale największe wrażenie wywierała Panorama Racławicka – pierwszy tego rodzaju obraz wykonany przez polskich malarzy. Nie chodziło jednak tylko o niespotykaną dotąd formę, lecz przede wszystkim o patriotyczną treść. Czegoś podobnego nie widziano dotychczas na ziemiach polskich pod rozbiorami.

{Jan Styka

Po ukończeniu studiów w Krakowie Styka zamieszkał w Kielcach, jednak było mu tam „za ciasno w małej improwizowanej pracowni”. Miał zresztą swoje ambicje i marzył o pracowni „wielkiej, jasnej, we własnym domu i to w rodzinnym grodzie – w tak ukochanym przezeń Lwowie”1.

W 1890 roku wrócił do miasta nad Pełtwią i zamieszkał w willi zaprojektowanej przez znanego lwowskiego architekta Juliana Zachariewicza. W tym czasie tworzył wielki alegoryczny obraz zatytułowany Polonia, ukazując w nim m.in. Kościuszkę, kosynierów, księcia Poniatowskiego i Adama Mickiewicza. Według plotki, którą rozpowszechnił Tadeusz Boy-Żeleński, Styka miał kłopoty z wypłaceniem architektowi honorarium, a ponieważ Zachariewicz był radnym miejskim, malarz zaproponował, by Lwów kupił od niego Polonię, a on wtedy spłaci należność za projekt willi2.

Boy nie cenił Styki, uważając go wręcz za pacykarza, jednak Polonia, zawieszona w sali lwowskiego ratusza, stała się celem narodowych pielgrzymek, a reprodukcje obrazu rozchodziły się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy. Uskrzydlony sukcesem Styka zaproponował, by planowaną Wystawę Krajową i setną rocznicę bitwy pod Racławicami uświetnić panoramą przedstawiającą zwycięstwo Tadeusza Kościuszki.

„Zaskoczyły nas wszystkich gigantyczne plany tego przedsięwzięcia – wspomniał Aleksander Małaczyński – gdy się dowiadywaliśmy od Styki, jakie kolosalne wymiary musi mieć budynek i sam obraz (płótno 120 m. długie 15 m. wysokie!). Równocześnie podnoszono zarzut, czy obraz panoramiczny nie obniża sztuki i artystów nad nim pracujących, Co do kwestii kosztów, uspokoił wszystkich i przekonał dr. Z. Marchwicki – zaś co do strony artystycznej sam Styka dowodził przekonywająco, że sławną panoramę Bitwy pod Rezonville malowali przecież artyści tej miary co Detaille i Neuville, że sztuka nie może być wyłącznym przywilejem bogatych, którzy dzieło artysty nabyć na własność są w stanie, ale musi wypowiadać się we formie, która i robotnikowi i wieśniakowi umożliwi oglądanie dzieł sztuki”3.

Styka nie zajmował się dotąd malarstwem batalistycznym, tworząc głównie obrazy o tematyce religijnej i antycznej. Dlatego też do swojego projektu zaprosił – jako głównego współpracownika – Wojciecha Kossaka, który był już uznanym twórcą obrazów batalistycznych i autorem powszechnie podziwianej Olszynki Grochowskiej (1886). Nic zatem dziwnego, że Kossak zapalił się do tego pomysłu, o co było tym łatwiej, że duże wrażenie zrobiła na nim panorama bitwy pod Sedanem niemieckiego malarza Antona von Wernera (1883).

Propozycja Styki została przyjęta przez Zdzisława Marchwickiego, wiceprezydenta Lwowa i zarazem dyrektora Powszechnej Wystawy Krajowej. W styczniu 1893 roku w mieszkaniu Styki odbyło się zebranie, podczas którego powstał komitet organizacyjny Panoramy Racławickiej pod przewodnictwem wybitnego historyka Ludwika Kubali.

Styka przestawił kalkulację, z której wynikało, że koszt obrazu i wybudowania dla niego rotundy (100 tysięcy złotych reńskich – około 1,26 miliona euro) zwróci się z wpływów za bilety jeszcze podczas trwania wystawy. W koszt przedsięwzięcia wliczone było także wynagrodzenie dla wykonawców, przy czym Styka i Kossak mieli dostać po 10 tysięcy guldenów (czyli po 126 tysięcy euro).

Malowanie panoramy poprzedzono wnikliwymi studiami historycznymi i kostiumologicznymi. Bardzo przydatne okazały się lwowskie zbiory Ossolineum i Biblioteki Pawlikowskich. W archiwum wojskowym w Wiedniu odnaleziono plany bitwy pod Racławicami, a odkrycie to przypisywali sobie zarówno Kossak, jak i Styka.

Konieczne okazało się również zapoznanie się z realiami terenu, zatem Styka wraz z niemieckim pejzażystą Ludwikiem Bollerem wybrał się na pola racławickie w kwietniu 1893 roku, czyli w miesiącu, w którym miała miejsce bitwa.

Nie obyło się jednak bez przeszkód. Gubernator kielecki odmówił zgody na robienie szkiców, co malarze – do których dołączył Kossak – kompletnie zignorowali. Spotkali się też na polu bitwy z historykami Tadeuszem Korzonem (rok później wydał książkę o Racławicach) i Konstantym Górskim, którzy byli ich konsultantami. Styka przywiózł z pobojowiska do Lwowa kule armatnie i fragmenty pocisków kartaczowych, które miały być elementem sztafażu wokół obrazu.

Malowanie panoramy poprzedziło wykonanie przez Stykę i Kossaka czterech szkiców stanowiących około 1/10 wielkości panoramy.

{Kossak goni Stykę po rusztowaniach

26 sierpnia 1893 roku, po poświęceniu pędzli i palet (podobno część zespołu malarskiego wyśmiała ten gest), rozpoczęło się tworzenie panoramy. Malarzy było aż dziewięciu, bo poza Kossakiem i Styką w powstawaniu dzieła brali udział: Ludwig Boller, Tadeusz Popiel, Teodor Axentowicz, Zygmunt Rozwadowski, Włodzimierz Tetmajer, Michał Sozański i Wincenty Wodzinowski. Ogromną siłą całego zespołu był młody wiek twórców (średnia wieku około 30 lat), co przełożyło się na ich zapał do pracy4.

Jednak niemal od razu rozpoczęły się kłótnie. Styka poróżnił się z Tetmajerem i Axentowiczem, ale najważniejszy był konflikt pomiędzy pomysłodawcą przedsięwzięcia a Kossakiem. Wynikał on przede wszystkim z odmiennego podejścia do tworzonego dzieła. Kossak chciał jak najwierniej przedstawić malowany epizod bitwy, natomiast Styka pragnął nadać obrazowi także znaczenie symboliczne. To właśnie dlatego Kościuszko nosi chłopską sukmanę, choć w rzeczywistości nie miał jej na sobie pod Racławicami, a nad walczącymi powiewa sztandar z napisem „Żywią i bronią”, mimo że wówczas jeszcze nie istniał.

Wojciech Dzieduszycki – polityk, ale też i wytrawny znawca sztuki – notował na gorąco, że fragmenty malowane przez Kossaka odznaczają się niepospolitą werwą i prawdą, ale zasługą Styki było wniesienie do projektu myśli historycznej i politycznej. Dzięki temu panorama przedstawia triumf polskiego oręża, a nie „najzwyczajniejsze w świecie utarczki”5.

Kolejnym źródłem konfliktu był fakt, że – zdaniem Kossaka – Styka zajmował się bardziej autoreklamą niż tworzeniem panoramy.

„Malowało ją wielu – złośliwie podsumowywał Boy-Żeleński – on na szczęście najmniej i dlatego panorama była niezła. […] Styka malował mało, cały czas był pochłonięty oprowadzaniem zwiedzających roboty dostojników, wówczas pokazywał, objaśniał, gadał, przy czym oczywiście on był twórcą wszystkiego. Pamiętam jak Włodzio Tetmajer na ciepło odgrywał te paradne sceny, śmiejąc się i wściekając po trosze, bo nieraz zdarzało się, że Styka pokazywał, jako swoją, grupę jeszcze mokrą od pędzla Tetmajera. Gorzej było, kiedy próbował wywłaszczyć Kossaka! Po wizycie jakiegoś arcyksięcia, gdy Styka zanadto właził Kossakowi w szkodę, temperamentny Wojtek gonił go po rusztowaniach, chcąc go obić, aż dopiero spokojny Niemiec Boller musiał godzić zwaśnionych racławicczyków”6.

W listach do żony Wojciech Kossak nazywał Stykę durniem i bezczelnym łgarzem, chcącym zrobić z niego małpę wyciągającą dla kota kasztany z ognia. Najwyraźniej zbyt dużo naczytał się bajek Lafontaine’a – zauważał złośliwie Kossak, który już po otwarciu Panoramy Racławickiej chwalił się, że we Lwowie mówią o nim i o Bollerze, iż „wyrżnęli znakomitą panoramę”7.

Po dwóch miesiącach od rozpoczęcia prac malarzy trzeba było pogodzić, gdyż realizacja projektu stanęła pod znakiem zapytania. Mediacji podjął się Ludwik Ramułt, budowniczy rotundy dla panoramy. Protokół pojednania stanowił, że Kossak będzie sprawował „wewnętrzne kierownictwo”, zaś Styce przyznaje się „prawo dyspozycji figur i ugrupowania obrazu pod względem historycznym”. Na znak zgody obaj malarze podali sobie ręce.

Gdy natomiast udostępniono panoramę zwiedzającym, nie było wątpliwości co do wkładu obu artystów w jej powstanie, ponieważ podpisane przez nich prospekty i druki stwierdzały, że połowę komponował Styka, a połowę Kossak, co mijało się jednak z rzeczywistością.

Kossak nie zapomniał sporów ze Styką i po latach stwierdził, że gdyby Axentowicz malował postacie na panoramie, dzieło znacznie by zyskało, stworzyłby bowiem figury „równie świetne i plastyczne, jak Styki płaskie, banalne, kompromitujące panoramę”8.

Natomiast już po śmierci Styki (zmarł w 1925 roku) Kossak stwierdził, że wprawdzie współpracownik był inicjatorem powstania dzieła, zebrał potrzebne fundusze i pokonał liczne trudności techniczne, ale autorem całej kompozycji był tylko on.

„Jednej tylko grupy nieco melodramatycznej – wspominał Kossak – autorstwo przynależy śp. Janowi Styce, a to lirnika z dziećmi i babami pod krzyżem. I nie uwłacza to pamięci śp. Jana Styki, bo tak, jak ja, batalista, nie miałbym nic odpowiedniego dla mojej sztuki do roboty, dajmy na to, w panoramie Golgoty [namalował ją Styka w 1896 roku – T.S], tak śp. Styka, malarz tematów religijnych i alegorycznych, nie miał dla siebie pola w batalii”9.

Według znawców Kossak wykonał 2/3 całej kompozycji figuralnej, natomiast Styka namalował – oprócz grupy modlących się i postaci Kościuszki (konia Naczelnika malował Kossak) – atak kosynierów na armaty i kosynierów idących w bój (z pomocą Włodzimierza Tetmajera)10.

Początkowo jednak Styka odstąpił Kossakowi namalowanie postaci Tadeusza Kościuszki, ale zaraz pożałował tego.

„[…] był tak przybity – relacjonował Kossak żonie – tak ogromnie smutny i tak stracił całą energię, że dla dobra sprawy, przytrzymawszy go cały dzień, zwróciłem mu Kościuszkę, obiecując go posadzić i narysować konia. Rozpłakał się biedak i zaczął mnie w kawiarni tak ściskać, że Niemcy ze zdumieniem się oglądali”11.

{Duma chłopów

Po dziewięciu miesiącach gigantyczne płótno o powierzchni 1800 metrów kwadratowych zostało ukończone. Podczas trwania wystawy, w ciągu niespełna pięciu miesięcy Panoramę Racławicką obejrzało aż 200 tysięcy widzów. Wpływy z biletów wyniosły 80 tysięcy złotych reńskich, nie pokryły zatem kosztów przedsięwzięcia.

Dzieło było jednak olbrzymim sukcesem propagandowym, krzepiącym i jednoczącym polskie serca. Dzięki niemu chłopi mogli się poczuć nie jako przedmiot historii, lecz jako jej twórcy. Panorama wpływała na identyfikowanie się chłopów z dążeniami niepodległościowymi, reprezentowanymi przez szlachtę i wywodzącą się z niej inteligencję. A przecież jeszcze nie tak dawno, bo podczas rabacji galicyjskiej, palili dwory i mordowali ich mieszkańców, natomiast w latach 1863–1864 wydawali powstańców w ręce władz carskich.

Działacz ludowy Jakub Bojko rzucił myśl organizowania wycieczek dzieci wiejskich, by mogły obejrzeć Panoramę Racławicką, czym zajęło się Towarzystwo Szkoły Ludowej.

Autor pierwszej książki o obrazie (1895), Stanisław Schnür-Pepłowski, był świadkiem, jak grupa chłopów z krakowskiego radośnie wykrzyknęła na widok kosynierów: „Dyć to nasi!!!”, po czym chóralnie odśpiewała pieśń Hej, ostre kosy nasze…12

Panorama Racławicka krzepiła serca Polaków niczym Trylogia i Krzyżacy Sienkiewicza, jednak była też przedsięwzięciem komercyjnym. W latach 1896–1897 pokazywano ją z wielkim sukcesem w Budapeszcie, a Węgrzy również zapragnęli mieć własną panoramę. Ich wybór padł na Stykę, który przyjął zamówienie. Panorama Bem w Siedmiogrodzie, nazywana także Bitwą pod Sybinem, miała uświetnić tysiąclecie Węgier, a wśród współpracowników Styki znaleźli się Zygmunt Rozwadowski i Tadeusz Popiel, pracujący wcześniej przy Panoramie Racławickiej. Monumentalne płótno jako pierwsi mogli podziwiać lwowianie, zanim dzieło zostało przewiezione nad Dunaj.

Wojciech Kossak także korzystał z sukcesu Panoramy Racławickiej. Otrzymał od Juliana Fałata propozycję namalowania przejścia Wielkiej Armii przez Berezynę, przy czym to dzieło przetrwało 11 lat i w 1907 roku zostało pocięte przez autora na kawałki.

Ten sam los spotkał kilka lat później również Bema w Siedmiogrodzie (kilkanaście fragmentów znajduje się w Muzeum Okręgowym w Tarnowie). Pocięcie groziło także Panoramie Racławickiej, gdyż rozważano taką możliwość w 1912 roku, by dochód ze sprzedaży fragmentów dzieła rozdysponować między akcjonariuszy przedsięwzięcia. Na szczęście władze Lwowa zapobiegły temu, kupując obraz od Spółki Akcyjnej „Panorama Racławicka”.

W listopadzie 1918 roku, podczas walk we Lwowie, obraz ucierpiał od ukraińskiego ostrzału – płótno zostało podziurawione w kilkuset miejscach. W drugiej połowie lat 20. dzieło odrestaurowali dwaj spośród jego twórców: Wojciech Kossaka i Zygmunt Rozwadowski. Ten pierwszy nie omieszkał podkreślić swojego poświęcenia, jako że z powodu prac przy panoramie zrezygnował z lukratywnego wyjazdu do Stanów Zjednoczonych, gdzie miał malować portrety zamożnych Amerykanów.

{Stalin ratuje panoramę

Panorama Racławicka została uszkodzona ponownie podczas sowieckiego bombardowania Lwowa w kwietniu 1944 roku. Po to, by uchronić gigantyczne płótno przed dalszymi zniszczeniami, nawinięto je na walec i złożono w lwowskim klasztorze Bernardynów.

Zaraz po zakończeniu II wojny światowej zdominowany przez komunistów polski rząd prowadził rozmowy w sprawie wywozu ze Lwowa do Polski jak największej części polskiego dziedzictwa kulturalnego, w tym i Panoramy. Komuniści argumentowali, że nieprzekazanie przez Związek Sowiecki lwowskich zbiorów zrobi na Polakach bardzo złe wrażenie.

Los monumentalnego dzieła rozstrzygnął się ostatecznie podczas rozmów na Kremlu w 1946 roku.

TwórcyPanoramy Racławickiej(domena publiczna)

Jan Styka(Biblioteka Narodowa)

Wojciech Kossak(domena publiczna)

„Nikita Chruszczow, premier Ukrainy – wspomniał ówczesny premier, Edward Osóbka-Morawski – nie chciał nam zwrócić Panoramy Racławickiej, a na zapytanie Stalina, dlaczego, odpowiedział, że »tam ruskich biją«. Na to Stalin: »To nic, to tylko historia. Oddajcie im ją«. Mieliśmy wiadomość, że Chruszczow pragnie zniszczyć panoramę”13.

Panorama była zbyt cennym atutem w zabiegach komunistów o pozyskanie społeczeństwa, by dopuścić do jej zniszczenia. Stalin miał się też wyrazić, że „stanowi ona skarb kulturalny narodu polskiego, jest związana z jego historią i wypowiedział się za oddaniem jej Polsce”14.

Obraz został przewieziony w 1946 roku do Wrocławia, jednak nie był eksponowany. W latach 50. ministerstwo kultury i sztuki odmówiło społecznemu komitetowi odbudowy Panoramy Racławickiej środków finansowych na kontynuowanie konserwacji malowidła. Drugi społeczny komitet powstał w 1956 roku na fali październikowej „odwilży”.

Dwa lata później rozstrzygnięto konkurs na gmach ekspozycyjny, którego budowę rozpoczęto w 1961 roku, by rok później ją przerwać. Gdy ostatecznie po sześciu latach rotunda była gotowa w stanie surowym, sprawa jej wykończenia została wstrzymana na kilkanaście lat.

W 1977 roku władze Wrocławia zrezygnowały z planów eksponowania panoramy i zleciły przerobienie budynku na centrum kongresowe. Zapewne także dlatego, że cztery lata wcześniej ministerstwo kultury i sztuki ponownie odmówiło pieniędzy na konserwację obrazu. Pojawiły się jednak propozycje umieszczenia dzieła w Racławicach, Połańcu lub Krakowie. Takie projekty rozważano w ministerstwie kultury i sztuki, a nawet podejmowano w ich sprawie pewne niezrealizowane decyzje.

Zasadniczym zwrotem w dziejach płótna okazał się przełomowy dla Polski rok 1980. Powstał wówczas trzeci już komitet odbudowy panoramy, wznowiono także prace przy nieukończonej rotundzie. Wreszcie w czerwcu 1985 roku Panorama Racławicka udostępniona została zwiedzającym.

Od samego początku obraz znajdował się pod czujnym okiem Służby Bezpieczeństwa. Władze komunistyczne nie przestawały się bowiem obawiać możliwości wzbudzania wśród zwiedzających antysowieckich nastrojów. Założono nawet teczkę obiektową „Panorama Racławicka”! W czerwcu 1985 roku szyfrogram wrocławskiej SB do centrali MSW donosił o końcowym posiedzeniu Społecznego Komitetu Panoramy Racławickiej, że w wyniku „podjętych przez nasz Wydział działań profilaktycznych nie doszło do udziału w imprezie czołowych działaczy b. »Solidarności« figurujących na liście SKPR od 1981 r. – Józefa Piniora, Lecha Wałęsy lub rodziny i Władysława Frasyniuka”. Przy okazji stwierdzono, że podczas zebrania nie miały miejsca negatywne politycznie wystąpienia15.

Po „Racławicach” nie powstała już żadna inna panorama o tematyce zaczerpniętej z historii Polski, chociaż Wojciech Kossak planował monumentalne obrazy szarży pod Somosierrą, bitwy pod Olszynką Grochowską i obrony Lwowa w 1918 roku.

Z siedmiu polskich panoram powstałych od początku XIX wieku przetrwały tylko dwie: Panorama Racławicka i – mniejsza – Golgota (Ukrzyżowanie) Jana Styki, znajdująca się w Glendale w Kalifornii.

{Przypisy

1 A. Małaczyński, Jan Styka. Szkic biograficzny, Lwów 1930, s. 22.

2 T. Boy-Żeleński, O Krakowie, oprac. H. Markiewicz, Kraków 1974, s. 530.

3 A. Małaczyński, op. cit., s. 26.

4 F. Ziejka, Panorama Racławicka, Kraków 1984, s. 35.

5 A. Małaczyński, op. cit., s. 28.

6 T. Boy-Żeleński, op. cit., s. 530–532.

7 W. Kossak, Listy do żony i przyjaciół, t. 1, Kraków 1985, s. 216–221.

8 W. Kossak, Wspomnienia, Warszawa 1986, s. 466.

9 Za: F. Ziejka, op. cit., s. 43.

10 W. Kossak, Wspomnienia…, s. 137.

11 W. Kossak, Listy do żony…, t. 1, s. 210.

12 S. Pepłowski, Racławice. Pierwsza panorama polska, „Świat” 3/1895.

13 E. Osóbka-Morawski, Dziennik polityczny 1943–1948, Gdańsk 1981, s. 139.

14 M. Matwijów, Walka o lwowskie dobra kultury w latach 1945–1948, Wrocław 1996, s. 85.

15Za: W. Trębacz, Obraz Panoramy Racławickiej w obiektywie »bezpieki«, w: „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej”, 3 (74), III 2007.

Rozdział 2. }Skandal w GalicyjskiejKasie Oszczędności

3sierpnia 1899 roku w lwowskim więzieniu śledczym zmarł 72-letni Franciszek Zima, były dyrektor Galicyjskiej Kasy Oszczędności. Kilka dni wcześniej aresztantowi doręczono akt oskarżenia, w którym prokurator zarzucał mu machinacje finansowe prowadzące GKO na krawędź upadku, a także przywłaszczenie ogromnej sumy pieniędzy. Zima był zdenerwowany i przygnębiony, a chociaż ordynowano mu środki uspokajające, narzekał na ból w klatce piersiowej i wreszcie doznał konwulsji. Gdy wezwano lekarza, było już za późno.

Śmierć byłego dyrektora GKO, który miał być głównym oskarżonym w zbliżającym się procesie, wywołała ogromne poruszenie. Natychmiast pojawiły się pogłoski, że Zima popełnił samobójstwo, by uniknąć hańby rozprawy sądowej i więzienia. Plotkowano także, że wiedział zbyt dużo i dlatego został w więzieniu otruty.

„Szeptem wiązano z tym znane w kraju nazwisko – wspominał Marian Rosco-Bogdanowicz – ale dochodzeń w tym kierunku uniknięto. […] Tendencja do uniknięcia skandalu była widoczna”1.

Ta druga pogłoska mogła się wiązać z kolejną, według której dyrektor Zima miał nielegalnie pokryć z funduszy GKO deficyt lwowskiej Powszechnej Wystawy Krajowej w 1894 roku. Natomiast jeszcze inna plotka głosiła, że pieniądze z Kasy przekazywano na popieranie „pewnego męża stanu”. Władze, zresztą także na prośbę rodziny, zarządziły sekcję zwłok, by przeciąć spekulacje na temat otrucia. Ostatecznie podano, że Zima zmarł na zawał serca.

{Skaza na wizerunku

Franciszek Zima miał ładną patriotyczną przeszłość. Pół wieku wcześniej był uczestnikiem powstania węgierskiego, walczył też w powstaniu styczniowym. Od 1871 roku pełnił obowiązki dyrektora Galicyjskiej Kasy Oszczędności, którą kierował żelazną ręką. Podczas jego blisko trzydziestoletniego urzędowania powstał okazały gmach tej instytucji w centrum Lwowa, przy Wałach Hetmańskich (Prospekt Swobody), gdzie dzisiaj mieści się Muzeum Etnografii i Przemysłu Artystycznego. Na fasadzie, pod kopułą budynku wciąż widnieje napis: Galicyjska Kasa Oszczędności.

Dyrektor Zima został aresztowany po kontroli, która wykazała liczne nieprawidłowości, sprzeniewierzenia i udzielane ryzykownych kredytów. Zarzuty dotyczyły przede wszystkim pożyczek dla Stanisława Szczepanowskiego – rzutkiego przedsiębiorcy naftowego, świetnego publicysty i posła do austriackiego parlamentu.

Problemy dyrektora rozpoczęły się wraz z ostatnim dniem 1898 roku, gdy komisja rewizyjna rozpoczęła sprawdzanie sytuacji finansowej instytucji. Zapewne nikt z członków komisji nie podejrzewał, że podczas kontroli wyjdą na światło dzienne sprawy, które wstrząsną nie tylko Lwowem, ale także całą Galicją.

„Przeszliśmy następnie do rachunków bieżących – zeznawał jeden z kontrolerów, Władysław Gubrynowicz. – Przy oglądaniu tych zaproponował Zima, aby dwóch z nas udało się do kasy dla przeliczenia banknotów. Ja sam zostałem z dyrektorem Zimą, przeglądając resztę depozytów. Gdy tamci panowie wyszli, stanęliśmy około owej zaklętej skrzyni. Zapytaliśmy, co jest w tej skrzyni. Zima odpowiedział, że pokrycie długu Szczepanowskiego. Zażądaliśmy otwarcia i to była straszna, przełomowa chwila dla kasy oszczędności”2.

W skrzyni znajdowały się wyłącznie bezwartościowe akcje, których kursu dyrektor nawet nie potrafił podać. Westchnął tylko, że „teraz zaczyna się jego dola ciężka” i rozpaczliwie usiłował przekonać kontrolerów, by podpisali protokół stwierdzający, iż wszystko jest w porządku.

Niebawem pogłoski o katastrofalnym stanie finansów Galicyjskiej Kasy Oszczędności przedostały się do opinii publicznej i w drugiej połowie stycznia 1899 roku wywołały panikę wśród jej klientów. Przez kilka dni masowo wycofywano pieniądze, przez co instytucja straciła połowę wkładów. Plotki wyszły zapewne od pracowników GKO, a za panikę odpowiadały także konkurencyjne instytucje finansowe.

„Faktorzy pokątnych banków żydowskich, których coraz więcej powstaje we Lwowie – podsumowywano na łamach »Kuriera Lwowskiego« – rozpuścili w dzielnicach żydowskich pogłoskę, że Galicyjska Kasa Oszczędności bankrutuje, że należy więc wycofywać wkłady z tej kasy. Pogłoska ta wywołała naturalnie popłoch i chałatowcy od czwartku urządzają rodzaj oblężenia Kasy Oszczędności, przy czym dziwią się, że wypłata następuje z nadzwyczajną punktualnością”3.

Zarówno banki lwowskie, jak i wiedeńskie odmówiły wsparcia znajdującej się w tarapatach GKO. W tej sytuacji interweniował namiestnik Galicji Leon Piniński, zasilając ją kilkoma milionami guldenów (złotych reńskich) z funduszów krajowych.

{Wzlot i upadek Stanisława Szczepanowskiego

Po śmierci Franciszka Zimy najważniejszymi oskarżonymi zostali Eugeniusz Wędrychowski, główny księgowy GKO, oraz Stanisław Szczepanowski. Prokurator zarzucił pierwszemu z nich fałszowanie ksiąg i rachunków, natomiast drugiemu – skłonienie dyrektora Zimy do udzielenia mu bardzo ryzykownych kredytów. Jednocześnie obu oskarżonym zarzucono działanie w zmowie z szefem Kasy. Uwagę publiczności przyciągał jednak głównie Szczepanowski, uważany dotychczas za człowieka sukcesu, który nadał nowy impuls przemysłowi naftowemu w Galicji.

Szczepanowski miał wówczas 53 lata. Po maturze podjął studia chemiczne w Wiedniu, gdzie zawarł znajomość z pochodzącym z bankierskiej rodziny Robertem Biedermannem. W 1867 roku wyjechał na zachód Europy, by studiować technologię chemiczną i ekonomię. Miał 24 lata, gdy – być może dzięki protekcji Biedermannów – został sekretarzem kierownika handlu i przemysłu w brytyjskim ministerstwie do spraw Indii. Tworzył tam plany rozwoju ekonomicznego, proponując m.in. nawadnianie pól i budowę linii kolejowych, a przy okazji kreślił prognozy rozwoju gospodarczego. Gdy w 1877 roku otrzymał brytyjskie obywatelstwo, wydawało się, że wielka kariera w służbie Imperium stoi przed nim otworem. Jednak kiedy został zaproszony przez księcia Walii, przyszłego króla Edwarda VII, do towarzyszenia mu w podróży do Indii, odmówił.

Był już zdecydowany na powrót w ojczyste strony, bo prawdopodobnie uznał, że Galicja jest równie zacofana jak Indie. Ostatecznie dotarł do kraju dwa lata później i miał już wówczas skrystalizowany „program energicznego rozwoju gospodarstwa krajowego”. Taki był zresztą podtytuł jego słynnej publicystycznej książki Nędza Galicji, wydanej niecałe dziesięć lat później.

Gdy pojawił się nad Pełtwią miał 33 lata. Jako człowiek inteligentny, błyskotliwy, władający obcymi językami i posiadający już znaczne doświadczenie w sprawach gospodarczych był wręcz stworzony do odnoszenia sukcesów i chyba sam w to uwierzył4.

Doskonale wiedział, do czego dąży, a szansę rozwoju dla Galicji widział w przemyśle naftowym. Uznał jednak, że musi się dokształcić w tej dziedzinie, więc zapisał się na studia geologiczne w Wiedniu. Być może dzięki temu zwrócił uwagę na Słobodę Rungurską (w okolicach Kołomyi), gdzie już w drugiej połowie XVIII wieku istniała studnia, z której wydobywano ropę5.

Takiej okazji Szczepanowski nie mógł przepuścić, wydzierżawił więc ziemię w Słobodzie i rozpoczął wiercenia. Gdy w 1881 roku wytrysnęła tam wielka ropa, Słoboda stała się największą kopalnią w Galicji. Błyskotliwy sukces przedsiębiorcy był możliwy także dzięki temu, że uzyskał on na swoje naftowe inwestycje pożyczkę od znajomego z wiedeńskich czasów, Roberta Biedermanna. Stanowiła ona 90 procent kapitału, jakim dysponował biznesmen.

W 1893 roku Szczepanowski wybudował w Peczeniżynie rafinerię do przerobu wydobytej ropy i połączył ją ze Słobodą kilkunastokilometrowym rurociągiem. Była to największa rafineria w Galicji i jedna z trzech największych w Austro-Węgrzech, obok zakładów w Budapeszcie i Rijece. Założył też Kołomyjskie Towarzystwo Opieki i Rozwoju Przemysłu Naftowego, był również wiceprezesem Krajowego Towarzystwa Naftowego, które od 1896 roku miało swoją siedzibę we Lwowie.

Szczepanowski nie był drapieżnym kapitalistą. Dbał o pracowników, stawiał dla nich domy, powołał bractwo wzajemnej pomocy, założył czytelnię ludową, sklep spółdzielczy, wybudował szkołę w Peczeniżynie. Ale jednocześnie był krytykiem idei socjalistycznych i zwolennikiem solidaryzmu.

{W pętli zadłużenia

Przedsiębiorca naftowy Władysław Długosz mawiał, że przed odkryciem Słobody Rungurskiej wydobycie ropy mierzyło się na garnce, od czasu Słobody produkcję liczono już w baryłkach, a gdy Szczepanowski odkrył Schodnicę, wydobycie ropy zaczęto mierzyć na wagony.

Odwierty w Schodnicy pod Borysławiem prowadzono od 1888 roku i szybko natrafiano tam na bardzo obfite złoża. Na części terenów działała zresztą spółka kuzynów żony biznesmena – Wacława Wolskiego i Kazimierza Odrzywolskiego. Obaj zaczynali swoją karierę przy Szczepanowskim.

Schodnica z kopalniami Szczepanowskiego, Wolskiego i Odrzywolskiego stała się polskim ośrodkiem wydobycia ropy naftowej. Inaczej było w Borysławiu, gdzie dominował kapitał niemiecki i żydowski, a Szczepanowski nie taił, że zamierzał z nimi rywalizować. Jednak – jak później twierdził – spółka i umowa z wiedeńskim bankiem Biedermannów była dla niego wyjątkowo niekorzystna, w efekcie czego wiedeńscy bankierzy przejęli udziały w kopalniach w Słobodzie i rafinerii w Peczeniżynie. Był to początek gigantycznych kłopotów Szczepanowskiego.

Zaczął finansować inwestycje z kredytów udzielanych przez Galicyjską Kasę Oszczędności. Dyrektor Franciszek Zima, którego poznał jeszcze w Londynie, był entuzjastą Szczepanowskiego i jego programu gospodarczego rozwoju Galicji. Udzielał mu kredytów także z tego powodu, że uważał go za człowieka, który mógłby się stać przywódcą stronnictwa demokratycznego6.

Szczepanowski przeliczył się jednak z siłami, zbyt wiele inwestował, a być może za bardzo wierzył w swoje szczęście. Nie zwracał uwagi na niepokojące sygnały, uważając, że problemy jego firm mają charakter przejściowy. Tak jednak nie było7.

Co gorsza, biznesmen był bardziej wizjonerem niż praktykiem. Nie nadzorował na bieżąco własnych spółek, pochłaniała go bowiem praca publicystyczna i działalność parlamentarna. W Wiedniu bronił z sukcesami interesów galicyjskich przedsiębiorców naftowych przed nieuczciwą konkurencją. Rotszyldowie, właściciele rafinerii w Rijece, sprowadzali bowiem z rosyjskiego Kaukazu naftę zabarwioną smołą, deklarując, że jest to ropa, na którą nie obowiązywało cło ochronne. Machinację tę ujawnił właśnie Szczepanowski.

{Najgorsza z inwestycji

Okazało się, że oprócz Schodnicy wszystkie kopalnie Szczepanowskiego były deficytowe. W tej sytuacji, chcąc zdobyć pieniądze na spłatę kredytów, biznesmen w 1890 roku zainwestował w wydobycie węgla brunatnego w Myszynie w powiecie kołomyjskim. Wstępne wiercenia wykazywały, że pokłady węgla liczą od 2 do 2,5 metra grubości, badania były jednak wykonane małym nakładem środków i bez osobistego nadzoru Szczepanowskiego. Niebawem też okazało się, że szacunki dotyczące wielkości złoża zdecydowanie rozmijały się z rzeczywistością.

Tymczasem dyrektor Zima, przekonany przez Szczepanowskiego o wspaniałych perspektywach związanych z wydobyciem węgla, nadal udzielał mu hojnych kredytów. Ich zabezpieczeniem miały być złoża węgla, a Szczepanowski miał je spłacać z zysków pochodzących z wydobycia.

Okazało się to fatalne w skutkach zarówno dla dyrektora, jak i przedsiębiorcy. Węglowa inwestycja była kompletnie nietrafiona i tylko powiększyła zadłużenie. Przychody ze sprzedaży węgla były bowiem mniejsze niż koszty jego wydobycia.

Tymczasem Zima nalegał na spłatę długów, gdyż z kolei na niego naciskał ówczesny namiestnik, Kazimierz Badeni. Dostojnik sam też nie był bez winy, ponieważ wcześniej informowano go o nieprawidłowościach w funkcjonowaniu GKO. Wiadomości na ten temat przekazał mu komisarz rządowy przy Kasie, jednak gdy urzędnik wszedł w spór z dyrektorem, namiestnik wziął stronę tego ostatniego.

Przyciśnięty do muru Szczepanowski sprzedał w 1894 roku szyby naftowe w Schodnicy wiedeńskiemu Anglobankowi za kwotę 1 miliona guldenów (około 12,6 milionów euro). W ten sposób zrezygnował z rocznego dochodu w wysokości 375 tysięcy guldenów (około 4,75 miliona euro), a co gorsza z sumy transakcji musiał spłacić poprzednie zobowiązania. W rezultacie dostał do ręki niewiele więcej niż pół miliona guldenów i dalej był zadłużony. Na domiar złego chyba do reszty opuściło go szczęście i biznesowe wyczucie, bo już w następnym roku dokonano w Schodnicy nowych odwiertów, z których obficie trysnęła ropa, a wartość kopalni wzrosła do 15 milionów guldenów (189 milionów euro). Kwota ta znacznie przekraczała całość zadłużenia Szczepanowskiego, nic zatem dziwnego, że dyrektor Zima czynił sobie późnej gorzkie wyrzuty. Zrozumiał bowiem, że przekreślił możliwość spłacenia kredytów przez biznesmena. Sam Szczepanowski przeżył to wszystko na tyle mocno, że od tego czasu zaczął mieć poważne problemy z sercem.

Kredyty z Galicyjskiej Kasy Oszczędności pozostawały zatem niespłacone i dług narastał. W tej sytuacji Zima, nie chcąc doprowadzić do zachwiania sytuacji finansowej GKO, tworzył fikcyjne konta. Obciążał je częścią zadłużenia, ukrywając w ten sposób wysokie należności Szczepanowskiego.

Rok później przedsiębiorstwa Szczepanowskiego znajdowały się w tak krytycznym stanie finansowym, że uratowała je tylko interwencja Wolskiego i Odrzywolskiego. Obaj dali poręczenie na sumę 500 tysięcy guldenów (6,3 milionów euro), a trzy lata później poręczyli już całym majątkiem!

Wolski podczas procesu stwierdził, że zadecydowały o tym nie tylko powiązania rodzinne. Wprawdzie pamiętał, że był uczniem Szczepanowskiego i wiele mu zawdzięczał na początku kariery, ale ważniejsza okazała się inna rzecz. Wraz z Odrzywolskim uznali, że interesów Szczepanowskiego „nie mogli uważać za prywatną rzecz, bo jego upadek byłby zarazem upadkiem Kasy Oszczędnościowej”. A to oznaczałoby cios w najważniejszą instytucję finansową w Galicji i straty dla tysięcy ludzi, którzy powierzyli GKO swoje pieniądze.

Niestety, nawet Wolski i Odrzywolski nie znali prawdziwej sytuacji finansowej przyjaciela. Oceniali jego dług na 2–3 miliony guldenów, a okazało się, że w chwili wybuchu afery zadłużenie przedsiębiorcy wzrosło do ponad 5 milionów (63 miliony euro)!

W 1896 roku z ramienia Wolskiego i Odrzywolskiego kontrolę nad majątkiem i inwestycjami Szczepanowskiego przejął administrator Bolesław Łodziński. Zeznawał później przed sądem, że w Myszynie zastał w pełni urządzoną kopalnię: budynki, magazyny, kolej konną. Jednym słowem wszystko „oprócz węgla”, ale ta ocena była przesadna. Węgiel bowiem był, tylko w kilkakrotnie mniejszej ilości, niż oceniano. Co gorsza, surowiec energetyczny był przemieszany z iłem, zatem jego eksploatacja była znacznie utrudniona.

W kopalnie węgla Szczepanowski zainwestował podobno aż 2,9 miliona złotych guldenów (blisko 36,5 miliona euro). Oczywiście nie były to jego pieniądze tylko GKO, a sam przedsiębiorca przyznawał się do kwoty o milion guldenów mniejszej.

{Na ławie oskarżonych

Trwający niemal miesiąc proces „o miliony”, jak nazwała go prasa, rozpoczął się we Lwowie na początku października 1899 roku. Cieszył się tak wielkim zainteresowaniem, że prasa drukowała obszerne stenogramy z kolejnych dni rozprawy.

Obok Stanisława Szczepanowskiego i Eugeniusza Wędrychowskiego na ławie oskarżonych zasiedli także Franciszek Karpiński i Maria Fuhrmann. Pierwszemu z nich zarzucano, że w porozumieniu z Zimą doprowadził do „szalbierczego i rozrzutnego udzielania kredytu” dla siebie i innych osób. Natomiast obyczajową sensacją były zarzuty przeciwko Marii Fuhrmann – kobiety o wyjątkowo zszarganej reputacji, a do tego utrzymanki Zimy – która została oskarżona o fałszywe zeznania w sprawie pochodzenia swojego majątku.

„Trzeba rozróżnić pierwszych parę lat – tłumaczył się Szczepanowski przed sądem – gdzie robiłem wydatki, sądząc, że one mi się wrócą, od czasu, gdy musiałem zawierać transakcje z konieczności. Z początku był kredyt na pewnych podstawach, a później trzeba było brać, by uniknąć katastrofy”.

Wprawdzie przyznawał, że „teoretycznie miał krytyczny zmysł, który go przestrzegał i wskazywał niebezpieczeństwo, ale w praktyce nie umiał sobie poradzić”. Z rozbrajająca szczerością porównał się do człowieka, który dobrze zna zasady gry na instrumencie muzycznym, ale sam nie potrafi nic zagrać8.

Największą sensację wywołało jednak jego oświadczenie, że to nie on podsunął Zimie pomysł tworzenia fikcyjnych kont, na które można było rozkładać zadłużenie, by ukryć jego rzeczywistą wielkość. Twierdził, że konto o nazwie „Lilien” powstało bez jego wiedzy, ale skoro pieniądze z rachunku szły na regulowanie jego zobowiązań, czuł się współwinny. Dlatego też sam zgłosił się do prokuratora, chociaż administrator jego majątku, Łodziński, przekonywał, by tego nie robił. Bankructwo nie musiało przecież pociągać za sobą ruiny dobrego imienia. W odpowiedzi Szczepanowski miał odpowiedzieć, że „nie może zważać, co świat powie, ale musi postąpić według własnego sumienia”9.

Oskarżony dodał także, że o kontach „Kühnel” i „Fröhlich” dowiedział się już po ich założeniu. Podobno był przekonany, że powstały one wyłącznie „dla ułatwienia prowadzenia rachunków z jego interesów”. Miał też być nieświadom tego, że dyrektor „zrobił to dla częściowego przynajmniej ukrycia jego długów”, chociaż później domyślił się, że „niezawodnie Zima to w tym celu musiał robić”10. Tymczasem w śledztwie dyrektor zeznał, że konta te założone zostały na życzenie Szczepanowskiego…

Gmach Galicyjskiej Kasy Oszczędności we Lwowie (Biblioteka Narodowa)

Reklama Galicyjskiej Kasy Oszczędnościowej w Księdze Adresowej Król. Stoł. Miasta Lwowa, 1914 rok, (Biblioteka Narodowa)

Szyby naftowe w Schodnicy(Biblioteka Narodowa)

Częściowo pogrążył Szczepanowskiego Łodziński, który wyjaśnił, że wprawdzie biznesmen twierdził, iż „o niczym nie wiedział”, ale on sam nie jest pewien, czy „dyrektor Zima przez to, że udzielał mu nadmiernego kredytu, nie był zmuszony popełnić jakichś nieprawidłowości”.

Dobrego imienia Szczepanowskiego bronił natomiast Wacław Wolski. Na pytanie adwokata Michała Greka, czy dopuszcza, że Szczepanowski jest czemukolwiek winien, oświadczył, że jego zdaniem do „żadnych machinacji niezgodnych z uczciwością oraz honorem nie przyłożył ręki”. I nie miał też pojęcia o nich11.

Z kolei główny księgowy Wędrychowski utrzymywał, że nie był świadom tego, iż trzy rachunki na inne nazwiska należą do Szczepanowskiego. Kombinacje z kontami odbywały się za jego plecami, przez co nie miał żadnych podejrzeń, wierząc w uczciwość Zimy. Przyznał jednak, że dokonywał na polecenie dyrektora manipulacji w księgach. Na uwagę sędziego, że przecież właśnie on odpowiadał za księgowość, odparł, że istotnie tak było, ale przecież nie jest odpowiedzialny za to, co nakazywał mu Zima.

{Błyskotliwa kariera murarza

Franciszek Karpiński – „postać potężna, gruba, o wielkiej, okrągłej, niby nalanej twarzy, bez śladu inteligencji” – był niegdyś murarzem, który ledwie potrafił czytać i pisać. Dzięki znacznym kredytom udzielanym mu przez Zimę (bez żadnego zabezpieczenia), błyskawicznie się wzbogacił. Stał się właścicielem kilku kamienic, załatwiał też u Zimy kredyty dla innych osób. Łączna suma tych pożyczek wynosiła 140 tysięcy guldenów (blisko 1,8 miliona euro), a Karpiński za swoje usługi pobierał niezwykle wysoki procent.

Sędzia zapytał go, jak mogło dojść do udzielenia im kredytów na tak wielką sumę. W odpowiedzi usłyszał, że po prostu spełniał prośby, a „jak pan dyrektor dawał, to oni przecież musieli brać”. Tłumaczył się jednocześnie, że robił to z życzliwości:

„Tylko moja chęć pomożenia ludziom z dobrego serca. Ja jestem człowiek religijny i trzymam się tego, co Pismo Święte nakazuje – kochać bliźniego jak siebie samego”.

Wrażenie, jakie zrobiło na obecnych to wyznanie, natychmiast rozwiał prokurator, pytając zgryźliwie, czy „Pismo Święte nakazuje brać także 50 od sta?” [50% prowizji od kredytu – T.S.] Pytanie oczywiście wywołało wesołość na sali12.

Nie było jasne, jak robotnik Karpiński poznał dyrektora potężnej instytucji i zyskał jego zaufanie. Jeden ze świadków zeznał, że „murarz miał dobrą hipotekę, inni, że pan Zima lubił jego fizjonomię”. Był jednak i taki, który stwierdził, iż przyczyną tej dziwnej zażyłości były sprawy takiej natury, że jemu „wstyd przed świetnym trybunałem to powtarzać”.

{Utrzymanka dyrektora seksoholika

Prawdopodobnie chodziło o kobiety, których Zima był wielkim wielbicielem. Zapewne Karpiński sprowadzał mu je, choć na sali sądowej twierdził, że „to nieprawda, on z babami u pana dyrektora żadnych interesów nie miał”.

Jednak jedna z nich, Maria (Malcia) Fuhrmann, zasiadła na ławie oskarżonych. Miała około 30 lat i była „wychrzcianką” i analfabetką.

„Twarz czerwona, brzydka – opisywał ją sprawozdawca sądowy – na której widnieje wyraz przerażenia, skierowaną jest w stronę przewodniczącego rozprawy, oczy prawie bez wyrazu, śledzą uważnie każdy ruch jego. Cała figura w ogóle dość zgrabna i przy ciemno blond bujnych splotach włosów nie razi zbytnią pospolitością”13.

Zarzucano jej fałszywe zeznania w sprawie swojego majątku, a był on całkiem pokaźny, gdyż miała we Lwowie kamienicę o wartości 40 tysięcy guldenów (ponad 600 tysięcy euro) i drugie tyle w gotówce. Według prokuratury wszystko to pochodziło od Zimy, ale nie z jego kieszeni, tylko z pieniędzy GKO.

Malcia Fuhrmann przyjechała do Lwowa mając 18 lat. Wkrótce została prostytutką, a potem kochanką i utrzymanką Zimy, czemu dyrektor w śledztwie zaprzeczał. Natomiast ona twierdziła, że dawał jej co jakiś czas od 100 do 200 guldenów. Z czasem jednak wyszło na światło dzienne, że Zima przekazał jej 3000 guldenów (około 40 tysięcy euro) brakujących do kupna kamienicy. Fuhrmann twierdziła, że resztę pieniędzy miała od innych osób, w tym od pewnego bogatego Rumuna.

Sędzia zapytał oskarżoną, czy znała inne kobiety, które miały stosunki z Zimą. Wyjaśnił podsądnej, że trybunał posiadał wiedzę „o 26 takich damach, które, podobnie jak ona, utrzymywały stosunek z Zimą”. Najwyraźniej zmarły dyrektor był nie tylko oszustem finansowym, ale pomimo swojego sędziwego wieku, także seksoholikiem…

{Wszyscy niewinni

Wyrok zapadł 9 listopada 1899 roku. Dwunastu przysięgłych było jednomyślnych w sprawie Stanisława Szczepanowskiego i odrzuciło wszystkie zarzuty. W przypadku Wędrychowskiego jednogłośnie oczyszczono go z oskarżenia o fałszowanie rocznych bilansów w porozumieniu z Zimą. Większością głosów uniewinniono go także od zarzutów pomocy dyrektorowi GKO w manipulacjach księgami i rachunkami oraz przywłaszczenia znacznych sum pieniędzy. Natomiast przyjęto, że dopomógł Zimie w „rozmyślnym przedstawianiu” niektórych pozycji w księgach handlowych. Jednomyślne natomiast odrzucono oskarżenia wobec Karpińskiego oraz większością głosów wobec Fuhrmann. Wszyscy oskarżeni zostali uniewinnieni, przez co cała wina za machinacje w Galicyjskiej Kasie Oszczędności spadła na nieżyjącego już dyrektora. I trudno oprzeć się wrażeniu, że taka sytuacja chyba wszystkim odpowiadała.

Szczepanowski już podczas procesu ciężko chorował na serce. Był złamany postępowaniem sądowym i skończony jako przedsiębiorca. Nie bez powodu nazywano go „romantykiem pozytywizmu”, a taka postawa w biznesie zawsze była poważną wadą, co ostatecznie doprowadziło go „do smutnego końca”14.

Zmarł rok później, w wieku 54 lat, podczas kuracji w Neuheim w Austrii. Początkowo pochowano go w uzdrowisku, jednak po dwóch latach staraniem Krajowego Towarzystwa Naftowego sprowadzono jego prochy do Lwowa. Spoczął na Cmentarzu Łyczakowskim, a jego grób zachował się do dnia dzisiejszego.

{Przypisy

1 M. Rosco-Bogdanowicz, Wspomnienia, t. 2, Kraków 1959, s. 210.

2 „Kurier Lwowski”, 18.10.1899.

3 „Kurier Lwowski”, 21.01.1899.

4 S. Kieniewicz, Dramat trzeźwych entuzjastów. O ludziach pracy organicznej, Warszawa 1964, s. 184.

5Historia polskiego przemysłu naftowego, red. R. Wolwowcz, t. 1, Brzozów–Kraków 1994, s. 39.

6 S. Kieniewicz, op. cit., s. 190.

7 L. Kuberski, Stanisław Szczepanowski (1846–1900). Przemysłowiec, polityk, publicysta, Opole 1997, s. 64.

8 „Kurier Lwowski”, dodatek nadzwyczajny, 11.10.1899.

9 „Kurier Lwowski”, 19.10.1899.

10 „Kurier Lwowski”, 12.10.1899.

11 „Kurier Lwowski”, 19.10.1899.

12 „Kurier Lwowski”, 26.10.1899.

13 „Kurier Lwowski”, 3.10. 1899.

14 K. Chłędowski, Pamiętniki, t. 2: Wiedeń (1881–1901), Kraków 1957 s. 143.

Rozdział 3. } Saga firmy Baczewskich

Przed II wojną światową właściwie każdy Polak kojarzył wyroby lwowskiej cukierni Zaleskiego, produkty miejscowego browaru czy mocne trunki Baczewskiego. Największą sławę zdobyła jednak ta ostatnia firma, albowiem produkowane przez nią wódki należały do europejskiej ekstraklasy. Jej ekspansję i sukcesy można było porównywać wyłącznie do warszawskiej fabryki Wedla, była bowiem rozpoznawana poza granicami Polski i zbierała wszelkie możliwe nagrody i wyróżnienia, stając się symbolem polskiego Lwowa. W zgrzebnych czasach PRL smakosze z nostalgią wspominali smak trunków produkowanych nad Pełtwią, a nielegalnie przywożone z Zachodu wyroby firmy stawały się natychmiast główną atrakcją spotkań towarzyskich, skłaniając do chwili zadumy nad utratą najpiękniejszego z polskich miast…

{Od chałupy do fabryki

Historia firmy zaczęła się we wsi Wybranówka, niecałe 50 kilometrów od Lwowa, gdzie w 1782 roku niejaki Lejb Baczeles założył wytwórnię wódki. Nic więcej właściwie o nim nie wiadomo, poza tym, że twórca słynnej marki zmarł w 1811 roku. Dwadzieścia lat później we Lwowie istniała już firma „Chana Baczeles und Sohn”, którą z czasem przejął Mayer Baczeles. Prawdopodobnie był wnukiem Lejba, po latach jednak jest to niemożliwe do ustalenia.

Mayer Baczeles uległ polonizacji i już niebawem został Leopoldem Maksymilianem Baczewskim. Firma prosperowała coraz lepiej, co osiągnięto dzięki udanym inwestycjom. Już w latach 30. XIX stulecia wykorzystywano nowatorskie metody rektyfikacji spirytusu znacznie poprawiające jakość produktów. Były one znacznie czystsze i łagodniejsze w smaku od konkurencyjnych wyrobów, dzięki czemu bez problemów znajdowano nowych nabywców. Sława wódek od Baczewskich przekroczyła niebawem granice Galicji i już w połowie stulecia firma miała swoją filię w cesarskim Wiedniu.

Po śmierci Leopolda Baczewskiego wytwórnię przejęła wdowa po nim, Debora, a następnie syn (?), Józef. Firma dalej prężnie się rozwijała, w 1867 roku zdobyła nagrodę na wystawie w Paryżu, a pięć lat później brała udział w wystawach w Wiedniu i Lwowie. Już wówczas Baczewscy zwracali szczególną uwagę na wizualną oprawę swoich wyrobów, wychodząc z założenia, że poza smakiem ważny jest także atrakcyjny wygląd produktu.

„Flaszki, flakony i różnego rodzaju butle ze szkła, porcelany – zachwycał się dziennikarz »Gazety Lwowskiej« – ozdobione pięknymi etykietami […] i eleganckimi korkami, przedstawiają się z dala jakby wystawa wspaniałych wyrobów galanteryjnych. Staranność o ozdobną powierzchowność, w której pp. Baczewskich nikt nie przewyższa, łączy się z wielką starannością o dobroć spirytualii w tych flakonach zawartych”1.

Baczewscy dysponowali wówczas dwiema wytwórniami alkoholi. Jedna z nich położona była we wsi Zniesienie pod Lwowem, natomiast druga znajdowała się w samym mieście. Fabryki miały różnych właścicieli, jednak należeli oni do tej samej rodziny.

{Mistrz reklamy

Zapewne firma nigdy nie zdobyłaby takiej pozycji wśród europejskich wytwórców alkoholu, gdyby nie prawnuk założyciela, Józef Adam. Był on bez wątpienia najwybitniejszym przedstawicielem rodu, wizjonerem i biznesmenem, a przede wszystkim mistrzem reklamy i marketingu.

O wykształceniu poprzedników Józefa Adama nie wiemy nic, natomiast w jego przypadku jest oczywiste, że edukacja zawodowa doskonale przygotowała go do prowadzenia rodzinnego biznesu. Ukończył Wydział Technologii na Uniwersytecie Lwowskim, kształcił się także w produkcji alkoholi w zachodniej Europie. W jego biografii nie zabrakło również patriotycznych wątków, albowiem mając niewiele ponad 30 lat wziął udział w powstaniu styczniowym. Natomiast później działał w legalnych strukturach autonomii galicyjskiej oraz stowarzyszeniach handlowych i przemysłowych.

Józef Adam przejął kontrolę nad interesami Baczewskich w stulecie istnienia firmy. Niebawem też zdecydował się na przeniesienie jej siedziby do dawnego pałacu Cieleckich, zlokalizowanego poza ówczesnymi granicami miasta, przy rogatce Żółkiewskiej. Budynek ten został gruntownie przebudowany w 1908 roku i w niezmienionym stanie przetrwał do II wojny światowej.

Wprawdzie Baczewscy już wcześniej proponowali znaczne zróżnicowanie opakowań swoich wyrobów, jednak dopiero od czasów Józefa Adama można było mówić o prawdziwej eksplozji inwencji stylistów. Do najważniejszych należała sprzedaż mocnych trunków w przejrzystych, kryształowych butelkach i karafkach o futurystycznych kształtach, czego dotychczas w ogóle nie stosowano. Co prawda opakowania miewały dość wymyślne kształty, jednak wytwarzano je z porcelany lub ciemnego szkła. Natomiast Baczewski uznał, że jego wyroby są tak klarowne i czyste, że nie ma powodów, by ukrywać ich zawartość przed wzrokiem nabywców. W efekcie osiągnięto znakomite efekty wizualne, wzmacniane dodatkowo atrakcyjnymi etykietami ze słynnym logo firmy (inicjały J.A.). Do tego dochodził jeszcze wysoko ceniony na obszarze monarchii Habsburgów wizerunek cesarskiego orła, używany przez firmę już od lat 80. XIX stulecia.

Józef Adam nie ograniczał się jednak tylko do marketingu i reklamy, cały czas dbając o podnoszenie jakości produkowanych trunków. W swojej fabryce zamontował najnowsze urządzenia sprowadzane z Zachodu, a także zmodernizował rafinerię spirytusu, dzięki czemu zbierał nagrody na wystawach od Barcelony do Melbourne. W efekcie nazwa „Baczewski” zaczęła być używana jako synonim słowa „wódka”.

„Pamiętam […] doskonale – wspominał Jerzy Zaruba – jak kiedyś Benedykt Hertz, ubrany w przedpotopowy smoking i aksamitną kamizelkę koloru wina, odtańczył solo dookoła sali walca wiedeńskiego z przytupywaniem, a kiedy zwróciłem mu uwagę, że solo się nie tańczy, oświadczył, że wszystkie damy mu odmówiły. »Zresztą – dodał – czy to ja tańczę? To Baczewski tańczy«. Rzeczywiście zalatywało od niego pomarańczówką”2.

{Najbardziej lwowska wódka

Wyroby Baczewskiego zawsze były wysoko cenione, a gorącym ich wielbicielem był Henryk Zbierzchowski. Firma rewanżowała się za jego przywiązanie, przysyłając mu przed świętami „próbki” swoich wyrobów, a właściwie całą skrzynkę wódek, uważając to za rodzaj podziękowania za reklamę marki. Zbierzchowski bowiem nie uznawał innych napitków, a spożywanie trunków Baczewskiego zaliczał do doznań metafizycznych.

Jeden oktawy wielbi Słowackiego,Drugi znajduje cały smak w sonecie,Dla mnie zaś cztery wódki BaczewskiegoTworzą najlepszy czterowiersz na świecie...

Do stałego rytuału firmy należało także przedświąteczne wysyłanie skrzynek swoich produktów do lwowskich komisariatów. Tradycja ta sięgała czasów austriackich, przeszła też na okres II Rzeczypospolitej. Skrzynki były opisane jako „próbki bez wartości”, a miejscowi stróże prawa bardzo sobie chwalili ich zawartość. Niestety, pod koniec lat 30. na jednej z placówek pojawił się nowy komisarz, który prezent od Baczewskiego uznał za łapówkę. Podwładni wyjaśniali, że to stary obyczaj, a jeżeli podarek zostanie odesłany do fabryki, to jej właściciele się obrażą. W tej sytuacji komisarz polecił zarekwirować skrzynię i napisał do ministra spraw wewnętrznych (i premiera jednocześnie), generała Felicjana Sławoja Składkowskiego, prosząc go o wytyczne w tej sprawie.

„Odtąd codziennie przy zmianie służby – wspominał przodownik Paska – cholera nas brała, jak meldowaliśmy przy spisie inwentarza »…oraz jedna nienaruszona skrzynka próbek Baczewskiego«. Przyszła Wigilia, od dalekich wyższych władz nie ma rozstrzygnięcia, a co gorsza, skrzynia wciąż »nienaruszona«”3.

W Wigilię w południe przyszedł wreszcie oczekiwany telefonogram z Warszawy. Felicjan Sławoj Składkowski nie zawiódł oczekiwań podwładnych i polecił „natychmiast doręczyć adresatom próbki wódek Baczewskiego”.

Nowy komisarz zadzwonił do biura Baczewskich i podziękował za prezent, po czym odbyło się tradycyjne dzielenie zawartości skrzyni, połączone z konsumpcją „próbek”.

„Tak jurny lwowiak, podkomisarz woła: »dawać mi tą sakramencką skrzynię i migiem mi ją otworzyć«.

To skrzynia chyba sama na stół wyfrunęła, a otworzyła się migiem, jak kochająca kobieta. Starszy przodownik, jak należało według zwyczaju, wszystko równo bez krzywdy podzielił. Gdy już każdy miał swoje butelki, to podkomisarz krzyczy: »Chłopcy, wypijemy zdrowie Składkowskiego«, a ostrożny komisarz dodaje; »pana premiera«. […] Zaczęliśmy po trochu próbować tych wódek, żeby były »próbki« naprawdę! Przy trzeciej kolejce komuś wyrwało się: »No to lu, jeszcze pod tego Składkowskiego«”4.

Od tej chwili, gdy lwowscy policjanci z tego komisariatu szli do szynku, mówiono, że idą na „lu, pod tego Składkowskiego”…

{Czasy II Rzeczypospolitej

Józef Adam Baczewski zmarł w 1911 roku, a firmę przejęli jego synowie – Leopold i Henryk. Pierwszy z nich poza prowadzeniem rodzinnego biznesu zapisał się w lwowskiej historii jako działacz gospodarczy i filantrop, natomiast jego brat był przez wiele lat członkiem Rady Miejskiej Lwowa. To właśnie za ich życia przebudowano należącą do rodziny kamienicę na lwowskim Rynku pod nr 31, a na jej parterze zlokalizowano elegancki sklep firmowy. Gdy biznes przejęli synowie Leopolda i Henryka – Stefan i Adam – nadal stawiano na nowe technologie, starając się być zawsze krok przed konkurencją.

„Fabryka posiada 2 maszyny parowe o sile 125 kilowatów – informowano w ulotce reklamowej – 14 motorów o łącznej sile 70 kilowatów, 3 dynamo o łącznej sile 500 amperów; 1 turbo-dynamo o sile 200 amperów i cały szereg pomp parowych. Rafineria posiada 3 aparaty rektyfikacyjne systemu Barbeta-Pompego i Savala o sprawności 336 hektolitrów dziennie, 5 aparatów do destylacji ziół i innych surowców oraz prasy hydrauliczne; personel techniczny liczy 20, administracyjny – 30 osób oraz 300 robotników. Zdolność wytwórcza fabryki wynosi dziennie 4, 5 wagonów”5.

Do tego doszła jeszcze bardzo skuteczna akcja reklamowa, w wielu czasopismach pojawiły się humorystyczne rysunki reklamujące wyroby Baczewskich. Ostatecznie wydano je w formie osobnej książeczki uzupełnionej podstawowymi informacjami o przedsiębiorstwie, żartobliwymi wierszami oraz tzw. alfabetem Baczewskiego. To bardzo interesująca lektura, a przy okazji przegląd produktów firmy:

„Babula by już dawno wyciągnęła nóżki, ale kieliszek Johna Bulla bierze do poduszki”.

Produkty firmy miały być dobre na wszystko, nawet na problemy męsko-damskie w małżeństwie:

„Ewa skarży się wszędzie, że mąż niedołęga, esencja Baczewskiego wiele stadeł sprzęga”.

Trunki ze Lwowa miały być także bardzo skuteczne w leczeniu bezpłodności:

„Hela co rok w Krynicy z kuracją się pęta, hetmanównę niech pije, a będą bliźnięta”.

Podobno „likiery Baczewskiego nawet murzyn pijał”, wielbicielom Orange „miały się przyśnić Włochy”, natomiast smakoszom Pepermintu – słynne jezioro Garda. Ale i tak najwięcej powabów miała mieć czysta wódka:

„Całus lubią mężczyźni, ale najczęściej baby, czysta wódka polska większe ma powaby”.

I ponownie słowa „wódka” i „Baczewski” były synonimami…

Leopold Baczewski (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Zestaw produktów zakładów Baczewskiego (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Wieża pawilonu fabryki wódki, likieru i rumu J.A. Baczewski na X Międzynarodowych Targach Wschodnich we Lwowie(Narodowe Archiwum Cyfrowe)

{Czasy państwowego monopolu

Odradzające się państwo polskie poszukiwało dochodów, a rozwiązaniem problemu dziury budżetowej miało być utworzenie państwowych monopoli. Jako jeden z pierwszych powstał monopol loteryjny, później tytoniowy, a wreszcie, w lipcu 1924 roku, przyszedł czas na Państwowy Monopol Spirytusowy. Zgodnie z obowiązującym prawem produkcja alkoholu pozostała w rękach prywatnych, jednak całość wytworzonej wódki czystej miała być odsprzedawana państwu. W efekcie jej produkcja musiała się odbywać pod egidą PMS, natomiast przedsiębiorcy mogli swobodnie wytwarzać wyłącznie wódki gatunkowe, rum, destylaty, koniaki i likiery.

Powstanie monopolu spirytusowego było też elementem walki z alkoholizmem w kraju. Już w kwietniu 1920 roku Sejm Ustawodawczy przyjął tzw. lex Moczydłowska, czyli ustawę drastycznie ograniczającą sprzedaż alkoholu. Zakazano handlu trunkami w soboty i niedziele, w dni targowe oraz dzień poboru wojskowego. Dopuszczano istnienie tylko jednego sklepu z alkoholem na 2,5 tysiąca mieszkańców, co oznaczało, że na Kresach w promieniu wielu kilometrów nie można było legalnie nabyć żadnych trunków. Do tego punkt dystrybucji alkoholu (czyli także lokale z wyszynkiem) musiały być oddalone o minimum 300 metrów od budowli sakralnych, więzień, sądów, stacji kolejowych, szkół, przedszkoli, przystani wodnych i zakładów pracy zatrudniających ponad 100 pracowników. W praktyce w wielu miejscowościach właściwie nie było miejsca, gdzie można było zakupić czy spożyć alkohol. Na dodatek ustawą objęto wszelkie trunki o zawartości alkoholu od 2,5% do 45%, a mocniejszych wyrobów w ogóle nie dopuszczano do sprzedaży. Nic zatem dziwnego, że prężnie rozwijało się bimbrownictwo, bo nadmiernego spożycia alkoholu nigdy i nigdzie nie udało się opanować za pomocą ograniczenia sprzedaży.

Powstanie monopolu spirytusowego miało jednak także pewne pozytywne efekty. Ceny wódek ustabilizowano na względnie rozsądnym poziomie, a część pozyskanych środków przeznaczono na przeciwdziałanie alkoholizmowi i leczenie uzależnionych. Nie zmienia to jednak faktu, że był to poważny cios dla Baczewskich, gdyż około 80% asortymentu firmy stanowiły wódki czyste.

Jednak właściciele zakładów potrafili sprostać nowej sytuacji. Już wcześniej część wyrobów wysyłano za granicę, a teraz jeszcze bardziej zwiększono ekspansję eksportową. Sukcesy na Londyńskiej Wystawie Spirytusowej w 1925 roku umożliwiły nawiązanie kontaktów z dystrybutorami nie tylko z całej Europy, ale również z obu Ameryk i Australii. Jednocześnie na rynku krajowym umiejętnie rozwijano sprzedaż produktów dopuszczonych do obrotu. Symbolem sukcesu firmy było wyposażenie w jej produkty polskich transatlantyków, a Baczewscy nie zapominali też o zaskakiwaniu swoimi nowatorskimi pomysłami. Na lwowskich Targach Wschodnich w 1926 roku pawilon firmy miał kształt ogromnej karafki…

{Smutne czasy

Wybuch II wojny światowej oznaczał koniec polskiego imperium rodziny Baczewskich. Już w pierwszych dniach września ofiarą nalotu Luftwaffe padły budynki fabryczne i magazyny firmy.

„Od górnego Łyczakowa – wspominał Witold Szolginia – wyraźnie było widać, jak ginie trafiony bombami »stary Baczewski«. W dzień nad wzgórzami […] wznosił się […] olbrzymi grzyb dymu, zamieniający się wieczorem i nocą w jakiś potworny, łopoczący ognisty gejzer. […] Wszyscy mężczyźni na Łyczakowie (i z całą pewnością także w innych lwowskich dzielnicach) strasznie żałowali gwałtownie palącego się bez przerwy »Baczewskiego«, tyle alkoholu w jego magazynach, tyle dobra się marnuje, tyle dobra… Z lubością i wielkim żalem wspominali różne gatunki wódek i likierów znakomitej firmy”6.

Po wkroczeniu Sowietów Stefan i Adam Baczewscy zostali aresztowani i ślad po nich zaginął. Z odgruzowanych magazynów okupanci całymi wagonami wywozili do Moskwy ocalałe produkty firmy. Podobno cieszyły się one ogromnym powodzeniem wśród przedstawicieli najwyższych kręgów władzy sowieckiego imperium. Nie ocaliło to jednak ostatnich właścicieli, których los przez wiele lat pozostawał niewyjaśniony. Ostatecznie dopiero niedawno ustalono, że Stefan Baczewski został zamordowany wiosną 1940 roku, a jego nazwisko znalazło się na tzw. Ukraińskiej Liście Katyńskiej. Prochy biznesmena spoczywają prawdopodobnie na Polskim Cmentarzu Wojennym w Kijowie – Bykowni. Ofiarą zbrodniarzy z Kremla padł również jego kuzyn, Adam, nie wiadomo jednak, gdzie zostali pochowany. Przez pewien czas utrzymywała się legenda, że obaj Baczewscy zmarli, pracując w kopalniach Donbasu, ale nie było to prawdą.

W ocalałych budynkach zakładów Sowieci uruchomili produkcję alkoholi, jednak na etykietach nie było już śladu po nazwisku dawnych właścicieli. Większy szacunek do sławnej marki wykazali Niemcy, którzy po zajęciu Lwowa wznowili produkcję, a na butelkach umieścili przedwojenną nazwę. Ostatnie produkty firmowane nazwiskiem Baczewski opuściły lwowską fabrykę latem 1944 roku.

Firma odrodziła się po wojnie w Wiedniu, gdzie znalazł schronienie ostatni przedstawiciel rodu, Jacek Aleksander Baczewski. Wspólnie z innymi przedstawicielami wódczanego biznesu z dawnej monarchii Habsburgów, rodziną Gesslerów, stworzył markę Altvater Gessler – J.A. Baczewski, która przejęła tradycję lwowskich producentów.

Obie rodziny były ze sobą spowinowacone (aczkolwiek miało to miejsce bardzo dawno temu), ważniejsze było jednak to, że w czasach II RP łączyły je wspólne interesy. Zarówno Gesslerowie, jak i Baczewscy bardzo ucierpieli podczas wojny, ale zachowali prawa do swoich marek, a co najważniejsze, ocalili bezcenne receptury. W efekcie produkcja wznowiona w Wiedniu w 1956 roku szybko przyniosła sukces, a koneserzy na całym świecie najbardziej ucieszyli się z powrotu legendarnej Wódki Monopolowej. Miała ona szczególnie duże powodzenie w USA, które stały się jej największym odbiorcą. Tylko nad Wisłą trzeba było czekać aż do 2011 roku, by sławna marka ponownie pojawiła się w sklepach. I nie ma znaczenia, że firma w całości przeszła już w ręce Gesslerów – ważne, że do dzisiaj zachowane są oryginalne metody produkcji.

We Lwowie po Baczewskich pozostało niewiele śladów – w ich dawnej fabryce Sowieci zlokalizowali zakład produkujący materiały ścierne, nad którego bramą wciąż widniała data 1782. Na Cmentarzu Łyczakowskim zachowała się piękna kaplica grobowa rodu, w której do dzisiaj spoczywają szczątki Józefa Adama i jego rodziny. Niestety, nigdy nie trafiły tam prochy jego zamordowanych wnuków, ani odnowiciela marki z Wiednia. Natomiast w 2015 roku przy ulicy Szewskiej rozpoczęła działalność restauracja „Baczewski”, nawiązująca do tradycji sławnej marki…

{Przypisy

1 Za: T. Lachowski, J.A. Baczewski. Ilustrowana historia wódki, bdw, s. 37.

2 J. Zaruba, Z pamiętników bywalca, ebook, Warszawa 2011.

3 Za: F.S. Składkowski, Kwiatuszki administracyjne i inne, Łomianki 2005, s. 365.

4 Za: Ibidem, s. 365–366.

5 Za: I. Kotłobułatowa, Baczewski, Baczewski…, http://www.lwow.com.pl/brama/baczewski/baczewski.html

6 W. Szolginia, Tamten Lwów. Rozmaitości, Wrocław 1994, s. 123.

Rozdział 4. }Zabójstwo namiestnika Galicji

Zamach na namiestnika Galicji Andrzeja Potockiego wstrząsnął nie tylko Lwowem i Galicją, lecz również całymi Austro-Węgrami, był to bowiem pierwszy mord polityczny w cesarsko-królewskiej monarchii Habsburgów. Franciszek Józef I, głęboko przejęty zbrodnią i jednymi z ostatnich słów namiestnika, w których zapewniał cesarza o swojej wierności, wysłał depeszę kondolencyjną do wdowy, Krystyny Potockiej.

„Nikt lepiej ode mnie w ostatnich latach i miesiącach – mówił na sesji Sejmu Krajowego marszałek Stanisław Badeni – nie znał myśli, którymi się w sprawach publicznych kierował, nie znał lepiej celu, do którego dążył i dlatego jest moim obowiązkiem w tej chwili i z tego miejsca raz jeszcze stwierdzić, że Andrzej Potocki pragnął z całą siłą swej woli, całym ciepłem szlachetnego serca, dobra i rozwoju obu narodów kraj ten zamieszkujących – i że nie było celu i myśli, do której urzeczywistnienia by z większą siłą przekonania według najlepszej wiedzy dążył, jak zgodne współżycie Polaków i Rusinów na tej ziemi”1.

A jednak Potocki został zamordowany, zginął od kul ukraińskiego studenta.

{Niepokoje na uniwersytecie

W końcu lat 60. XIX wieku Galicja uzyskała autonomię, co oznaczało polonizację urzędów, sądów i szkół. W tej sytuacji równouprawnienia – także językowego i oświatowego – domagał się drugi naród Galicji, czyli Ukraińcy, którzy stanowili większość mieszkańców we wschodniej części prowincji.

W 1894 roku na uniwersytecie lwowskim utworzona została katedra historii powszechnej ze szczególnym uwzględnieniem dziejów Europy Wschodniej i z ukraińskim językiem wykładowym. Objął ją Mychajło Hruszewski, który zaczął wprowadzać pojęcie Ukraińca zamiast Rusina dla wyraźniejszego odróżnienia swojego narodu od Rosjan.

Jednocześnie Hruszewski przywiózł z Kijowa do Lwowa ideę walki z Polakami. Nad Dnieprem głoszono hasło „Polacy do Warszawy”, jednak w Galicji pojawiła się jego modyfikacja – tutaj bardziej nośne okazało się: „Polacy za San”2.

Ukraińscy studenci domagali się własnego lub dwujęzycznego uniwersytetu lwowskiego. Protestowali przeciw immatrykulacji w języku polskim, grozili nawet rozlewem krwi. W 1903 roku obrzucili zgniłymi owocami rektora, ks. prof. Jana Fijałka, po tym, jak jednemu z ukraińskich studentów powiedział, że nie rozumie jego języka. W odpowiedzi polska młodzież akademicka zaczęła blokować Ukraińcom wejście na uniwersytet.

W styczniu 1907 roku studenci ukraińscy napadli na sekretarza uniwersytetu, docenta Alojzego Winiarza. Pobili go, a następnie zdemolowali aulę i pocięli nożami portrety rektorów. Prasa podkreślała, że napastnicy śpiewali pieśni narodowe „przy akompaniamencie jęku szyb wywalanych razem z ramami, łoskotu druzgotanych sprzętów, obrazów, portretów, przy trzasku rąbanych siekierą drzwi, szaf, stołków, przy łomocie piętrzących się barykad”. Jednym z uczestników napadu był Mirosław Siczyński. Dwa miesiące później został aresztowany za udział w rozruchach związanych z protestem przeciw niedopuszczeniu do immatrykulacji w języku ukraińskim. Po trzydniowej głodówce wyszedł na wolność.

„Jeżeli Rusini żądają utrakwizacji – tłumaczył redaktor »Hromadśkiego Hołosu«, Wiaczesław Budzynowśkij – to na to, by uniwersytet stał się ruskim, albo go rozdzielić. O tym, aby zrobić go ruskim, nie mogą Rusini obecnie marzyć, ale chcą stopniowej utrakwizacji. Ale uniwersytetu nie dostaniemy tak długo, dopóki trupów wynosić nie będą z gmachu uniwersyteckiego”3.

Budzynowśkij podkreślał, że ostatnie akty terroru były tylko początkiem walki o ukraiński uniwersytet. Za nimi miały „pójść inne na innych polach”. I rzeczywiście nie trzeba było długo czekać. Tymczasem Budzynowśkij jako poseł do parlamentu austriackiego nie przebierał w słowach. Zdarzały mu się pogróżki pod adresem polskich posłów, że „w kraju naszym przed Sanem nie będziemy was absolutnie cierpieć”. Groził, że dla Lachów „znajdą prawdziwie złoty środek”, to znaczy zaprowadzą ich „nad San i tam przywiążą im kamienie do szyi i wprost do wody”4.

{Namiestnik Galicji

W 1903 roku namiestnikiem Galicji został hrabia Andrzej Potocki z krzeszowickiej linii rodu. Wcześniej wybierano go do Sejmu Krajowego (był jego marszałkiem) i parlamentu austriackiego. Był również radnym miejskim w Krakowie i bezskutecznie ubiegał się o fotel prezydenta miasta.

Po wyborze w 1901 na marszałka krajowego Potocki wyłożył cele swojej polityki wobec Ukraińców:

„Zasady harmonii i zgody rozszerzyć nam należy jeszcze dalej i zastosować tak samo do bratniego narodu, który z nami Galicję zamieszkuje. To, co się słusznie należy, przyznać; rzeczywiste potrzeby kulturalne Rusinów uwzględnić, pamiętając o zasadzie: nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. Jest to, zdaje mi się, nie tylko zasadą sprawiedliwości, ale i dobrą polityką, dążącą do tego, aby ten naród został naprawdę naszym bratnim narodem. […] Hasłom niezgody i nienawiści rozgłaszanym przez agitatorów powinniśmy przeciwstawić uczucie szczerej i gorącej miłości, która zapomina urazy, aby podać bratnią rękę; a miłość jest taką potęgą, że zwyciężyć musi nad nienawiścią”5.

Urzędowanie we Lwowie Potocki musiał rozpocząć od zajęcia stanowiska wobec strajków rolnych chłopów ukraińskich. Uważał, że mają one nie tylko podłoże ekonomiczne, lecz także podtekst polityczny – były wymierzone w polskich ziemian. Nie chodziło jednak tylko o godziwe wynagrodzenie.

„Strajkiem i bojkotem… może naród ruski stać się właścicielem całej ziemi w kraju – agitował w broszurze Wiaczesław Budzynowśkij – […] Gdy panowie przez strajk i bojkot nie będą mieli ze swej ziemi żadnej korzyści, tylko same podatki i długi, wtedy na pewno nie będą długo targować się, lecz za pół darmo ją odstąpią”6.