Ostatnie dziecko lasu - Richard Louv - ebook
Opis

Jak uchronić dzieci przed zespołem deficytu natury?

W przeciągu ostatnich kilku dziesięcioleci radykalnie zmienił się sposób rozumienia i doświadczania przyrody przez dzieci. Dzieciaki są dziś świadome globalnych zagrożeń dla środowiska naturalnego, ale ich fizyczny kontakt i intymna relacja z przyrodą powoli odchodzą w zapomnienie.

Choć z badań wynika, że kontakt z przyrodą wspomaga leczenie ADHD, poprawia koncentrację i koordynację ruchową, regeneruje umysł i ciało, na całym świecie – nie tylko w krajach rozwiniętych – wzrasta liczba osób, których kontakt z naturą ograniczony jest do minimum.

 

Ostatnie dziecko lasu” to książka, która radykalnie zmienia sposób myślenia o przyszłości – naszej i naszych dzieci. Richard Louv nie zachęca do powrotu do leśnej chaty, ale pokazuje, jak pogodzić wyzwania współczesnego świata z jego nowoczesnymi technologiami z nienadążającymi za nimi potrzebami ludzkiego organizmu.

Książka Richarda Louva została przetłumaczona na kilkanaście języków, wywołując liczne dyskusje wśród nauczycieli, lekarzy i rodziców. Stworzony przez niego termin zespół deficytu natury trwale wpisał się do debaty o zrównoważonym rozwoju.

***

Bardzo dobra książka o tym, czym kiedyś było dzieciństwo, i czym powinno dziś być oraz dlaczego tak ważny jest kontakt dzieci z przyrodą. Zresztą nie tylko dzieci. Bez zaglądania w różne zakamarki, włóczenia się po lesie albo łąkach, lub podglądania innych stworzeń po prostu nie będziemy szczęśliwi i nic nam tego nie zastąpi.

Adam Wajrak

przyrodnik i dziennikarz

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 548

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:Last Child in the Woods: Saving Our Children from Nature-deficit Disorder

Autor: Richard Louv

©2005, 2008 by Richard Louv. All rights reserved.

Published by arrangement with Algonquin Books of Chapel Hill, a division of Workman Publishing Company, Inc., New York

Tłumaczenie: Anna Rogozińska

Redakcja i korekta: Kamila Wrzesińska

Projekt okładki i skład: Ewelina Malinowska

Zdjęcia na okładce: http://www.istockphoto.com/

ISBN 978-83-65087-14-0

© Copyright for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Relacja Sp. z o.o. 2014

© Copyright for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Relacja Sp. z o.o. 2014

Grupa Wydawnicza Relacja Sp. z o.o.

Harfowa 1a/45/46

02-389 Warszawa

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Dla Jasona i Matthew

Było raz dziecko, które szło naprzód każdego dnia,

I stawało się pierwszą rzeczą, na którą spojrzało,

A przedmiot ten stawał się częścią jego na cały dzień lub na część dnia,

Albo na kilka lat lub na długie lata.

Wczesne bzy stawały się częścią tego dziecka,

I trawa, i świtu blaski białe i czerwone, białe i czerwone goździki, i śpiew muchołówki,

I marcowe jagnięta, i jasnoróżowe prosięta, i źrebię, i cielę…

—WALT WHITMAN

Było raz dziecko, które szło naprzód

w tłum. Krzysztofa Boczkowskiego

„Lubię się bawić w środku, bo tam są wszystkie urządzenia elektryczne.”

—CZWARTOKLASISTA Z SAN DIEGO

Podziękowania

Jak większość książek, także i ta była pracą zbiorową. Moja żona, Kathy Frederick Louv, i synowie, Jason oraz Matthew, udzielali mi logistycznego, emocjonalnego i intelektualnego wsparcia. Przeszli też przez cały proces badawczy.

Książka nie ukazałaby się bez pomocy wydawczyni Elisabeth Scharlatt i agenta literackiego Jamesa Levine’a. Elisabeth patrzyła na wszystko życzliwym, lecz krytycznym okiem. Zapewniała korzeniom przestrzeń do wzrostu, ale łagodnie, acz stanowczo przycinała niesforne pędy. Współpraca z nią to sama radość. Również Amy Gash z wydawnictwa Algonquin udzielała mi budującego wsparcia, podobnie jak Craig Popelars, Ina Stern, Brunson Hoole, Michael Taeckens, Aimee Bollenbach, Katherine Ward i pozostali członkowie zespołu wydawniczego. Ciężka praca korektorska przypadła mojemu utalentowanego przyjacielowi, niemal już bratu, Deanowi Stahlowi. Nie do przecenienia jest pomoc redaktorska, jaką zaoferowali mi John Shore, Lisa Polikov, Cheryl Nicchitta oraz moi redaktorzy w San Diego Union Tribune: Bill Osborne, Bernie Jones, Lora Cicalo, Jane Clifford, Karin Winner i Peter Kaye. W odpowiednich momentach na ziemię sprowadzali mnie John Johns, David Boe, Larry Hinman, Karen Kerchelich, Rosemary Erickson, R. Larry Schmitt, Melissa Baldwin, Jackie Green, Jon Funabiki, Bill Stothers, Michael Stepner, Susan Bales, Michael Goldstein, Susan White, Bob Laurence, Jeannette De Wyze, Gary Shiebler, Anne Pearse Hocker, Peter Sebring, Janet Fout, Neal Peirce, LaVonne Misner, Melissa Moriarty, a przede wszystkim, jak zawsze świecąc przykładem, Michael Louv.

Choć nie jest przyjęte, by pisarz dziękował autorom dzieł cytowanych w swojej książce, staranność (skrupulatność) oraz szacunek nakazują mi wyrazić wdzięczność trzem grupom. Pierwsza z nich to nauczyciele, a zwłaszcza John Rick, Brady Kelso, Tina Kafka, David Ward i Candy Vanderhoff, którzy zachęcali uczniów do dzielenia się ze mną swoimi przemyśleniami. Druga to sami uczniowie (imiona niektórych zostały przeze mnie zmienione). Trzecia to wielce użyteczna grupa naukowców, którzy w ostatnich latach rozpoczęli pracę na tym polu. Jestem szczególnie wdzięczny Louise Chawli, która nie tylko podzieliła się ze mną własnymi odkryciami, ale również wskazała mi prace innych badaczy. Przepraszam tych, których dokonania w tej dziedzinie są bezcenne, lecz do których nie odwoływałem się w sposób bezpośredni.

To już drugie wydanie tej książki. Mam dług wdzięczności wobec Cheryl Charles i Alicii Senauer, które podjęły się aktualizacji przywoływanych badań. Jestem też wdzięczny Martinowi LeBlancowi, Amy Pertschuk, Marti Ericksonowi, Johnowi Parrowi, Stephenowi Kellertowi, Yusufowi Burgessowi, Chrisowi Kruegerowi, Mike’owi Pertschukowi, Kathy Baughman McLeod, Nancy Herron, Bobowi Peartowi oraz po raz kolejny Cheryl Charles, za założenie Sieci „Dzieci i przyroda” (Children & Nature Network), która podtrzymuje dziedzictwo tej książki.

Na końcu chciałbym podziękować Elaine Brooks, która niestety nigdy nie przeczyta książki, do napisania której mnie inspirowała, lecz której głos słychać na jej kartach.

Wprowadzenie

Pewnego wieczoru, kiedy moi chłopcy byli młodsi, siedzieliśmy w restauracji, a dziesięcioletni wtedy Matthew spojrzał na mnie znad talerza i zapytał z powagą: „Tato, dlaczego było fajniej, kiedy ty byłeś dzieckiem?”.

Zapytałem, co ma na myśli.

„No ciągle tylko opowiadasz o swoich lasach i domkach na drzewie, i jak jeździłeś na koniu niedaleko tamtego bagna”.

W pierwszej chwili pomyślałem, że jest na mnie zły. Rzeczywiście często opowiadałem mu, jak używaliśmy sznurka i kawałków wątróbki do łapania raków w strumyku, a więc o czymś, czego próżno dziś szukać wśród dziecięcych zabaw. Jak wielu rodzicom, zdarza mi się idealizować swoje dzieciństwo i obawiam się, że zbyt często okazuję lekceważenie dla sposobów zabawy i przygód własnych dzieci. Mój syn mówił jednak całkiem poważnie, czuł, że omija go coś bardzo ważnego.

I miał rację. Moi rówieśnicy – pokolenie wyżu demograficznego – czy też starsi Amerykanie oddawali się swego rodzaju nieskrępowanej, bliskiej naturze zabawie, która w epoce telefonów komórkowych, sms-owania i Nintendo wydaje się jakimś osobliwym przeżytkiem.

W ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci radykalnie zmienił się sposób rozumienia i doświadczania przyrody przez dzieci. Nastąpiło całkowite odwrócenie sytuacji. Dzieciaki są dziś świadome globalnych zagrożeń dla środowiska naturalnego, ale ich fizyczny kontakt i bliska relacja z przyrodą powoli odchodzą w zapomnienie. Zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy ja byłem dzieckiem.

Kiedy byłem mały, w ogóle nie zdawałem sobie sprawy, że moje lasy znajdują się w ekologicznej łączności z innymi lasami. W latach 50. nikt nie mówił o kwaśnych deszczach, dziurze ozonowej czy globalnym ociepleniu. Mimo to świetnie znałem swoje lasy i pola, znałem każdy zakręt strumyka i zagłębienie w piaszczystych ścieżkach. Wędrowałem po nich nawet we śnie. Współczesne dzieciaki z pewnością opowiedzą nam wszystko o amazońskich lasach tropikalnych, lecz nie o tym, kiedy ostatnio samotnie spacerowały po lesie albo leżały na łące, wsłuchując się w świst wiatru i obserwując przepływające nad ich głowami chmury.

Ta książka dotyczy rosnącej przepaści między naszymi dziećmi a światem przyrody oraz jej środowiskowych, społecznych, psychologicznych i duchowych konsekwencji. Powołuję się w niej na coraz obszerniejszy materiał badawczy, który wskazuje na to, jak ważny jest kontakt z przyrodą dla zdrowego rozwoju dziecka – jak również osoby dorosłej.

Choć skupiam się tu przede wszystkim na dzieciach, to sporo miejsca poświęcam także tym, którzy urodzili się w przeciągu ostatnich dwóch, trzech dziesięcioleci. Zmiana, która nastąpiła w naszym stosunku do świata przyrody, jest porażająca nawet w tych okolicznościach, które – mogłoby się zdawać – z definicji sprzyjają bliskiemu kontaktowi z przyrodą. Jeszcze nie tak dawno obóz letni był miejscem, gdzie spało się pod namiotami, chodziło po lasach, zdobywało wiedzę o roślinach i zwierzętach oraz opowiadało przy ognisku historie o duchach i drapieżnych bestiach. Ale dzisiaj „obóz letni” coraz częściej oznacza wczasy odchudzające albo obóz komputerowy. Dla młodszego pokolenia przyroda bliższa jest abstrakcji niż rzeczywistości. Coraz częściej jest czymś, co się obserwuje, konsumuje, zakłada na siebie – i ignoruje. Niedawno emitowano w telewizji reklamę przedstawiającą samochód terenowy z napędem na cztery koła pędzący wzdłuż oszałamiająco pięknego górskiego potoku. Na tylnym siedzeniu samochodu siedziało dwoje dzieci i oglądało na wysuwanym ekranie film, zupełnie nieświadome widoku za oknem.

Sto lat temu historyk Frederick Jackson Turner oświadczył, że nastąpił koniec amerykańskiego „efektu pogranicza”. Jego teza nadal stanowi przedmiot debat i dyskusji. Ale dzisiaj przekraczamy podobną i jeszcze istotniejszą granicę.

Nasze społeczeństwo uczy młodych ludzi unikania bezpośredniego kontaktu z przyrodą. Taką lekcję daje nam szkoła, rodzina, a nawet organizacje turystyczno–krajoznawcze; została ona wpisana w prawne i regulacyjne struktury naszych społeczności. Nasze instytucje, plany zagospodarowania przestrzeni miast i przedmieść oraz postawy kulturowe nieświadomie przedstawiają przyrodę jako źródło wszelkiego nieszczęścia, a otwartą przestrzeń pozbawiają jej konotacji z radością i samotnością. System szkolnictwa, media i rodzice, kierowani pozytywnymi pobudkami, w rzeczywistości tylko odstraszają dzieci od zabawy w lasach i na polach. Na uczelniach, rządzących się zasadą „opatentuj albo zgiń”, jesteśmy świadkami śmierci historii naturalnej, która zanika w miarę, jak praktyczne dziedziny takie jak zoologia, ustępują miejsca tym bardziej teoretycznym i opłacalnym, jak na przykład mikrobiologia i inżynieria genetyczna. Szybki rozwój technologii zaciera granice między człowiekiem, zwierzęciem i maszyną. Postmodernistyczne stwierdzenie, że rzeczywistość jest jedynie konstruktem – a my sami tym, co sobie zaprogramujemy – obiecuje człowiekowi nieskończone możliwości, lecz w miarę, jak młodzi ludzie coraz mniej czasu spędzają w otoczeniu przyrody, ich zmysły ulegają fizjologicznemu i psychologicznemu ograniczeniu, a to zmniejsza bogactwo ludzkiego doświadczenia.

Jednak w tym samym czasie, gdy więź łącząca młodych ludzi ze światem przyrody zanika, coraz większa liczba badań wskazuje na bezpośredni i jednoznacznie pozytywny wpływ przyrody na nasze zdrowie psychiczne, fizyczne i duchowe. Niektórzy naukowcy sugerują nawet, że przemyślany kontakt młodzieży z przyrodą bywa bardzo skuteczną formą terapii zaburzeń deficytu uwagi i innych schorzeń. Jak twierdzi jeden z badaczy, można już śmiało powiedzieć, że dzieci potrzebują kontaktu z przyrodą w takim samym stopniu, jak niezbędne jest im właściwe odżywianie czy odpowiednia ilość snu.

Zmniejszenie tego deficytu – połączenie zerwanej więzi między młodymi a przyrodą – leży w naszym interesie nie tylko ze względu na wymogi estetyki czy sprawiedliwości, ale także dlatego, że od tego zależy nasze zdrowie psychiczne, fizyczne i duchowe. Stawką jest też zdrowie całej planety. To, w jaki sposób młodzież reaguje na przyrodę i jak wychowa swoje dzieci, będzie wpływać na konfiguracje i warunki panujące w naszych miastach, domach – w naszym życiu codziennym. Na kolejnych stronach przyjrzę się alternatywnym ścieżkom prowadzącym do przyszłości, włączając w to jedne z najbardziej innowacyjnych ekologicznych programów szkolnych; rewizjom i innym sposobom projektowania środowisk miejskich – a więc temu, co pewien teoretyk określił mianem „zoopolii”; sposobom radzenia sobie z wyzwaniami, które stoją przed grupami ekologicznymi i zajmującymi się ochroną przyrody; oraz temu, jak organizacje wyznaniowe mogą przywrócić bliską więź z przyrodą w ramach duchowego kształcenia dzieci. Na kartach tej książki zabierają głos rodzice, dzieci, dziadkowie, nauczyciele, naukowcy, przywódcy religijni, ekolodzy i badacze z różnych części kraju. Wszyscy ci ludzie dostrzegają, że nadszedł czas na zmianę. Niektórzy z nich kreślą wizje nowej przyszłości, w której dzieci zostają na powrót zjednoczone z naturą, a środowisko naturalne jest doceniane i chronione.

W czasie badań nad tą książką żywiłem nadzieję, że wielu obecnym studentom, należącym do pierwszego pokolenia, które dorastało w oderwaniu od świata przyrody, udało się zakosztować jej na tyle dużo, by intuicyjnie zdać sobie sprawę z tego, co ich ominęło. Ta tęsknota jest źródłem siły. Ci młodzi ludzie opierają się postępującemu odchodzeniu od tego, co realne, do tego, co wirtualne, od gór do Matrixa. Oni nie zamierzają zostać ostatnimi dziećmi lasu.

Moi synowie mogą jeszcze doświadczyć tego, co pisarz Bill McKibben nazwał „końcem przyrody” – to nieskończenie smutny świat, w którym człowiek nie ma już dokąd uciec. Ale jest jeszcze jedna możliwość: wcale nie koniec przyrody, lecz odrodzenie postawy pełnej zadziwienia, a nawet radości. Nagrobek, który Jackson wystawił amerykańskiemu pograniczu, był tylko po części uzasadniony. Choć jedno pogranicze zniknęło, pojawiło się inne, na którym Amerykanie idealizowali, wykorzystywali, chronili i niszczyli przyrodę. Teraz i to pogranicze – obecne na rodzinnej farmie, w lesie na krańcu drogi, w parkach narodowych i w naszych własnych sercach – zaczyna znikać albo zmienia się nie do poznania.

Ale, tak jak i poprzednio, nasza relacja z naturą może jeszcze przemienić się w coś zupełnie innego. Ta książka opowiada o końcu pewnej epoki, ale i o zupełnie nowym pograniczu – o lepszym sposobie współżycia z przyrodą.

CZĘŚĆ PIERWSZANowa relacja dziecka z naturą

Popatrzmy na tę olbrzymią, drapieżną, ryczącą matkę, którą posiadamy – Naturę – jak leży przy nas przepełniona pięknem i czułością dla swoich dzieci tak, że przypomina samicę lamparta. Niestety, tak wcześnie jesteśmy odłączeni od jej piersi i zapędzeni w społeczeństwo, w kulturę, która jest oddziaływaniem na człowieka.

—HENRY DAVID THOREAU,Sztuka chodzenia w tłum. Piotra Madeja

1. Dary natury

Gdy widzę brzozy, w prawo lub w lewo schylone, Skośne na tle pionowych krech ciemniejszych pni, Chętnie godzę się z myślą, że to jakiś chłopak Musiał się na nich huśtać.

—ROBERT FROSTBrzozy w tłum. Stanisława Barańczaka

Jeśli w dzieciństwie włóczyliśmy się po lasach topolowych w stanie Nebraska, hodowaliśmy gołębie na dachu w Queens, łowiliśmy bassy niebieskie w Ozark i czuliśmy, jak podnosi się fala, która przebyła tysiąc mil, zanim otarła się o naszą łódź, to ze światem przyrody połączyła nas więź, która pozostaje z nami do dzisiaj. Przyroda wciąż wywiera na nas swój wpływ – podrywa nas do lotu, niesie na swoim grzbiecie.

Dla dzieci przyroda ma wiele twarzy. To nowo narodzony cielak; zwierzak domowy, który żyje, a potem umiera; wydeptana ścieżka w lesie; fort wzniesiony wśród pokrzyw; wilgotny, tajemniczy skraj pustej działki. Niezależnie od tego, jaką przyjmuje formę, otwiera przed każdym dzieckiem starodawny, bezkresny świat, poza kontrolą rodziców. W przeciwieństwie do telewizji przyroda nie zabiera nam czasu, ona go rozszerza. Przyroda działa jak balsam dla duszy dziecka, które żyje w wyniszczającej je rodzinie albo niebezpiecznym otoczeniu. Jest jak czysta karta, na której dziecko kreśli i interpretuje na nowo fantazje kultury. Przyroda pobudza kreatywność u dziecka, domagając się wizualizacji i wykorzystania wszystkich zmysłów. Jeśli mu tylko pozwolić, dziecko zabierze swoje zagubienie w świecie do lasu, opłucze je w strumyku i wywróci na drugą stronę, żeby zobaczyć, co się tam kryje. Przyroda może też dziecko przestraszyć i ten strach ma swój cel. W przyrodzie dziecko odnajdzie wolność, wyobraźnię i prywatność: to miejsce z dala od świata dorosłych, jego własny (s)pokój.

To tylko niektóre z praktycznych zastosowań przyrody, ale na poziomie głębokim przyroda sama ofiarowuje się dzieciom – sama z siebie, a nie jako odbicie kultury. Na tym poziomie niewytłumaczalność natury sprawia, że odczuwamy pokorę.

Jak pisze jedyny w swoim rodzaju poeta przyrody Gary Snyder, odwołujemy się do dwóch znaczeń słowa „natura”, które pochodzi od łacińskiego natura – narodziny, istota, charakter, bieg rzeczy – oraz natura, nasci – narodzić się. W swoim najszerszym znaczeniu natura–przyroda obejmuje świat materialny wraz ze wszystkimi jego przedmiotami i zjawiskami, zgodnie z tą definicją częścią natury będzie też maszyna. Oraz toksyczne odpady. W innym ujęciu przyroda to „otwarta przestrzeń”. Według tej konotacji wytwór człowieka nie stanowi części natury, jest od niej osobny. Na pierwszy rzut oka Nowy Jork nie ma z przyrodą wiele wspólnego, ale przecież kryje w sobie różnego rodzaju tajemne, samowystarczalne przestrzenie dzikości, poczynając od stworzeń ukrywających się w próchnie w Central Parku, na jastrzębiach kołujących nad Bronksem kończąc. W tym sensie miasto żyje w zgodzie z szeroko pojmowanymi prawami natury, jest naturalne (tak jak i maszyna jest częścią przyrody), ale i czasami dzikie.

Rozmyślając nad relacją dzieci z przyrodą, chciałoby się odnaleźć jakąś bogatszą definicję, definicję pozostawiającą więcej miejsca na wzięcie oddechu – taką, która nie obejmuje sobą wszystkiego, ale też nie ogranicza natury do dziewiczych lasów. Snydera przyciągnęła fraza poety Johna Miltona: „cały gąszcz słodyczy”. „U Miltona słowo gąszcz zawiera w sobie całą tę niebywale realną energię i bogactwo, które często można odnaleźć w dzikich systemach. „Gąszcz słodyczy” jest jak miliardy młodych śledzi i makreli w oceanie, całe metry sześcienne krylu, nasiona dzikich traw na prerii… cała ta niebywała mnogość małych zwierząt i roślin, utrzymujących przy życiu szerszą sieć” – wyjaśnia. „Ale z drugiej strony gąszcz przywołuje na myśl chaos, erosa, nieznane, przestrzenie tabu, siedlisko tego, co zarazem ekstatyczne i demoniczne. W obu znaczeniach tego słowa jest to miejsce archetypowej mocy, nauki i wyzwania”. Rozmyślając o dzieciach i darach natury, warto pamiętać o tym trzecim, pełnym obfitości znaczeniu. Na potrzeby tej książki, kiedy używam słowa „natura” (lub „przyroda”) w sposób ogólny, mam na myśli gąszcz przyrody: różnorodność biologiczną, nadmiar – to, co można znaleźć w nieuporządkowanej przestrzeni podwórka i na urwistym grzbiecie góry. Ponad wszystko natura znajduje swoje odbicie w naszej zdolności do zadziwienia. Nasci. Narodzić się.

Choć często wyobrażamy sobie siebie w oderwaniu od przyrody, istoty ludzkie także są częścią tego gąszczu. Moje pierwsze wspomnienie, odczuwane wszystkimi zmysłami i pełne zadziwienia, to pewien zimny wiosenny poranek w Independence w stanie Missouri. Miałem wtedy jakieś trzy lata i siedziałem na wysuszonym na wiór polu za wiktoriańskim domem mojej babki, z którego łuszczyła się farba. Mój ojciec pracował obok, sadząc rośliny w ogrodzie. Rzucił na ziemię niedopałek papierosa – jak zrobiłoby to tylu innych w tamtych czasach, kiedy mieszkańcy Środkowego Zachodu beztrosko rzucali na ziemię odpadki albo wyrzucali butelki po piwie i napojach gazowanych oraz niedopałki z okien samochodów, aż iskry latały na wietrze. Sucha trawa zajęła się ogniem. Pamiętam doskonale ten dźwięk płomieni i zapach dymu, i szust! nogi ojca, kiedy zadeptywał ogień, krocząc za nim w miarę, jak ten rozprzestrzeniał się po polu.

Po tym samym polu spacerowałem wokół spadów z babcinej gruszy, zgięty w pół i zatykając nos palcami, w ostrożnej odległości od niewielkich stosów fermentującej materii, by wreszcie zdobyć się na eksperymentalny oddech. Siadałem wtedy wśród rozkładających się owoców, pełen fascynacji i odrazy. Ogień i fermentacja…

Spędzałem całe godziny, odkrywając lasy i pola na brzegu miasta. Rosły tam drzewa żółtnicy pomarańczowej ze swoimi kolczastymi, nieprzyjaznymi konarami, z których spadały lepkie, obrzydliwe owoce większe od piłki do softballu. Tych należało unikać. Ale na krawędzi lasu rosły drzewa, na które można było się wdrapać, a ich małe gałęzie były dla nas jak stopnie drabiny. Wspinaliśmy się kilkanaście metrów nad ziemię, wysoko nad żółtnicowym wiatrochronem, i z tego punktu obserwacyjnego spoglądaliśmy na dobrze znane, błękitne wstążki Missouri i na dachy nowych domów na rozpychających się jak zawsze przedmieściach.

Często wspinałem się sam. Czasem, zagubiony w swoim zadziwieniu, wchodziłem głęboko w las i wyobrażałem sobie, że jestem Mowglim z książki Rudyarda Kiplinga, chłopcem wychowanym przez wilki, i wspinając się na górę, pozbywałem się większości ubrania. Jeśli udało mi się wejść wystarczająco wysoko, gałęzie stawały się tak cienkie, że przy każdym podmuchu wiatru cały świat przechylał się w dół i w górę, i dookoła, i w górę, i w bok, i znowu w górę. Było to przerażające i wspaniałe zarazem, tak oddać się mocy wiatru. Moje zmysły wypełniały odczucia towarzyszące spadaniu, wznoszeniu się, huśtaniu, wokół mnie słychać było liście trzaskające jak kostki u dłoni, i westchnienia oraz szepty wiatru. Wiatr przyniósł też ze sobą zapachy, a i drzewo szybciej uwalniało swoją woń chłostane jego powiewem. I wreszcie pozostawał już tylko wiatr, przebijający się przez wszystkie te doznania.

Dzisiaj czasy wspinania się na drzewa mam już za sobą, ale często rozmyślam nad nieprzemijalną wartością tych wczesnych, cudownie leniwych dni. Teraz potrafię docenić ten widok aż po horyzont otwierający się z korony drzewa. Las działał na mnie równie stymulująco, jak Ritalin1. Natura uspokajała mnie, ułatwiała koncentrację, ale i pobudzała zmysły.

„Tam, gdzie wszystkie urządzenia elektryczne”

Wielu przedstawicieli mojego pokolenia dorastało, nie doceniając darów natury. Zakładaliśmy (jeśli w ogóle przeszło nam to przez myśl), że przyszłe pokolenia też będą miały do nich dostęp. Ale coś się zmieniło. Nastąpiło to, co nazywam zespołem deficytu przyrody. Ten termin nie ma nic wspólnego z diagnozą medyczną, lecz pozwala się zastanowić nad problemem i możliwościami jego rozwiązania – dla naszych dzieci, ale także i dla nas samych.

Ja sam zdałem sobie sprawę z tego, że zaszła podobna przemiana, pod koniec lat 80., podczas badań towarzyszących pisaniu książki Przyszłość dzieciństwa poświęconej życiu rodzinnemu w czasach nowoczesnych. Przeprowadziłem rozmowy z prawie trzema tysiącami dzieci i rodziców z całego kraju, z terenów miejskich, podmiejskich i wiejskich. W klasie szkolnej i w salonie od czasu do czasu pojawiał się temat relacji dziecka z przyrodą. Często przypominam sobie tę niezwykle szczerą opinię, którą podzielił się ze mną Paul, czwartoklasista z San Diego: „Lubię się bawić w środku, bo tam są wszystkie urządzenia elektryczne”.

Podobne uwagi słyszałem w wielu klasach szkolnych. Oczywiście dla wielu dzieci natura nadal jest źródłem radości i zadziwienia. Ale innym zabawa na dworze wydaje się taka… bezproduktywna. Zabroniona. Obca. Urocza. Niebezpieczna. Przefiltrowana przez medium telewizji.

„To przez to ciągłe oglądanie telewizji” – powiedziała mi pewna mama ze Swarthmore w stanie Pensylwania. „Nasze społeczeństwo wiedzie teraz siedzący tryb życia. Kiedy byłam dzieckiem dorastającym w Detroit, ciągle bawiliśmy się na dworze. Dzieci, które zostawały w domu, były jakieś dziwne. Nie mieliśmy dostępu do żadnych wielkich przestrzeni, ale cały czas bawiliśmy się na ulicy – na pustych działkach, grając w gumę albo w baseball czy w klasy. Ulica była najważniejszym miejscem zabawy nawet dla nastolatków”.

Inny rodzic ze Swarthmore dodał, że „coś jeszcze wyglądało inaczej, kiedy byliśmy dziećmi. Nasi rodzice też siedzieli na zewnątrz. Nie żeby od razu zapisywali się na zajęcia sportowe, nic w tym rodzaju, ale przebywali poza domem, siedzieli na ganku albo tarasie, rozmawiając z sąsiadami. Jeśli chodzi o aktywność fizyczną, dzieci mają się dziś najgorzej w całej historii Stanów Zjednoczonych. Ich rodzice poszli się przebiec po parku, a dzieciaki po prostu zostały w domu”.

To było jak mantra wypowiadana przez rodziców, dziadków, wujków, ciocie, nauczycieli i innych dorosłych w całym kraju, nawet tam, gdzie spodziewałem się usłyszeć inne głosy. Odwiedziłem na przykład przedmieścia Overland Park w stanie Kansas, okolice zamieszkiwane przez dość zamożną klasę średnią, niedaleko miejsca, gdzie sam dorastałem. W międzyczasie wiele lasów i pól zniknęło, ale pozostało na tyle dużo naturalnego krajobrazu, by dostarczyć okazji do zabawy na dworze. Byłem pewien, że dzieciaki bawią się tam w otoczeniu przyrody. Niezbyt często się to dzieje, jak uświadomili mnie rodzice, którzy pewnego wieczoru spotkali się w czyimś salonie, aby porozmawiać o nowym pejzażu dzieciństwa. I choć wielu z nich mieszkało w tym samym bloku, niektórzy z nich nigdy wcześniej się nie spotkali.

„Kiedy dzieci były w trzeciej lub czwartej klasie, ciągle jeszcze mieliśmy ten skwer za domem” – powiedziała jedna z matek. „Dzieciaki marudziły, że się nudzą. A ja powiedziałam: Jest wam nudno? To jazda na dwór, na skwerek za domem, i nie wracajcie wcześniej niż za dwie godziny. Znajdźcie sobie coś do roboty. Zaufajcie mi, po prostu spróbujcie. Może wam się to spodoba. Tak więc niechętnie wyszli na dwór się pobawić. I nie wrócili po dwóch godzinach, wrócili znacznie później. Zapytałam, dlaczego, a one odpowiedziały: Było super! Nie wiedzieliśmy, że może być tak fajnie! Wspinali się na drzewa, obserwowali różne rzeczy, ganiali się po polu, bawili się w takie same zabawy, jak my, kiedy byliśmy mali. Następnego dnia mówię więc Hej, znowu się nudzicie – może znowu wyjdziecie na dwór? A oni na to: E tam, już się tam bawiliśmy. I wcale nie mieli ochoty tego znowu spróbować”.

„Nie wiem, czy rozumiem, o co ci chodzi”– odpowiedział jeden z ojców. „Wydaje mi się, że moje dziewczynki lubią takie rzeczy, jak pełnia księżyca, ładny zachód słońca albo kwiaty. Lubią, kiedy drzewa kołyszą się na wietrze – i inne takie”.

Inna mama tylko potrząsnęła głową: „Jasne, maluchy zauważają takie rzeczy” – powiedziała. „Ale nie potrafią się na nich skupić”. Zaczęła nam opowiadać o ostatnich rodzinnych wakacjach na nartach w Kolorado. „Był taki cudowny, spokojny dzień, dzieciaki zjeżdżały po stoku – ze słuchawkami na uszach. Nie potrafią się cieszyć odgłosami przyrody ani byciem sam na sam z naturą. Nie potrafią bawić się same ze sobą. Muszą mieć coś innego”.

Mężczyzna, który wychował się na farmie i do tej pory nie zabierał głosu, włączył się do rozmowy.

„Tam, gdzie ja dorastałem, naturalnie wszyscy spędzaliśmy cały czas na dworze” – powiedział. „Nieważne, w którą stronę się poszło, było się na dworze – na świeżo zaoranym polu, w lesie, nad strumieniem. Tutaj jest inaczej. Overland Park to teraz miasto. Dzieci niczego nie utraciły, bo nigdy tego nie miały. To, o czym tutaj rozmawiamy, to przejście, którego dokonaliśmy my sami, którzy dorastaliśmy na łonie natury. Teraz natury po prostu tu nie ma”.

Zapadła cisza. Tak, wiele z dawnych dzikich terenów zamieniło się w tereny zabudowane – ale z okna domu, w którym siedzieliśmy, można było dostrzec brzeg lasu. Natura ciągle tam była. Było jej mniej, bez wątpienia, ale jednak ciągle tam była.

Następnego dnia po rozmowie z rodzicami z Overland Park przejechałem przez granicę stanu Kansas z Missouri, aby odwiedzić szkołę podstawową Southwood w Rayton w stanie Missouri, nieopodal Kansas City. Ja sam też do niej chodziłem. Ku mojemu zdziwieniu, nad asfaltem skrzypiały dokładnie te same huśtawki (albo tak mi się zdawało), podłogi były pokryte identycznym linoleum, a małe drewniane krzesła z napisami wyrytymi czarnym, niebieskim i czerwonym długopisem ciągle stały w nierównych rzędach, jakby w oczekiwaniu.

Podczas gdy nauczyciele zbierali uczniów z klas II–V i odprowadzali ich do sali, w której czekałem, ja odpakowywałem swój magnetofon i patrzyłem przez okno na niebieskozieloną ścianę drzew, najprawdopodobniej dębów błotnych, klonów i topól włoskich, a może i orzeszników jadalnych albo glediczji trójcierniowych, których gałęzie drżały i kołysały się powoli na letnim wietrze. Jakże często te właśnie drzewa inspirowały mnie do dziecięcych snów na jawie!

W ciągu następnej godziny, kiedy wypytywałem młodych ludzi o ich relacje z przyrodą, oni opisywali niektóre spośród barier, które powstrzymywały ich przed wychodzeniem na dwór: brak czasu, telewizję, standardowe i często przywoływane przyczyny. Ale ich istnienie nie oznaczało, że dzieciom brakowało ciekawości. Wręcz przeciwnie, mówiły o przyrodzie z dziwną mieszaniną zakłopotania, oderwania i tęsknoty – a czasem z oporem. W przyszłości często miałem spotkać się z tym właśnie tonem.

„Tak naprawdę moi rodzice nie czują się bezpiecznie, kiedy wchodzę w głąb lasu” – mówił jeden chłopiec. „Nie mogę odejść za daleko. Moi rodzice ciągle się o mnie martwią. Ale ja i tak tam chodzę, tylko nic im o tym nie mówię – i wtedy są na mnie wściekli. Ale ja po prostu siedzę sobie za drzewem albo coś w tym rodzaju, albo leżę na polu z królikami”.

Któryś chłopiec powiedział, że komputery są ważniejsze od przyrody, bo to one pozwalają znaleźć pracę. Jeszcze inni stwierdzili, że nie mają czasu, żeby wyjść na dwór. Ale jedna uczennica piątej klasy w prostej, wzorzystej sukience i z bardzo poważnym wyrazem twarzy wyznała mi, że kiedy dorośnie, chce zostać poetką.

„Kiedy jestem w lesie” – powiedziała – „czuję się jak mama”.

Była jednym z tych wyjątkowych dzieci, które ciągle jeszcze spędzają czas na dworze, w samotności. Dla niej natura oznaczała piękno – i ucieczkę. „Jest tam tak spokojnie i powietrze tak ładnie pachnie. To znaczy, też jest zanieczyszczone, ale nie tak bardzo, jak powietrze w mieście. Dla mnie jest tam zupełnie inaczej” – powiedziała. „Jest tak, jakby się było zupełnie wolnym. To twój własny czas. Czasami wychodzę na dwór, kiedy jestem strasznie zła – i wtedy, w całym tym spokoju, nagle zaczynam czuć się lepiej. Wracam do domu szczęśliwa, a moja mama nawet nie wie, dlaczego”.

Potem opisała swój własny leśny zakątek.

„Miałam tam swoje miejsce. Po jednej stronie był duży wodospad i strumyk. Wykopałam tam dużą dziurę i czasami zabierałam ze sobą namiot albo koc, i kładłam się w tej dziurze, i patrzyłam w górę na drzewa i niebo. Czasami zasypiałam. Czułam się wolna, to było takie jakby moje miejsce i mogłam tam robić to, co chciałam, i nikt nie mógł mnie powstrzymać. Chodziłam tam prawie każdego dnia”.

Twarz młodej poetki zarumieniła się, zaczęła mówić zduszonym głosem.

„I wtedy po prostu wycięli las. Czułam się, jakby wycięli kawałek mnie samej”.

Z czasem zacząłem rozumieć złożoność, jaką reprezentował chłopiec – zwolennik urządzeń elektrycznych i poetka, która utraciła swój ukochany leśny zakątek. Nauczyłem się też czegoś jeszcze. Rodzice, nauczyciele, inni dorośli, instytucje – sama kultura – mówi dzieciom jedno, jeśli chodzi o dary natury, ale nasze działania i przesłanie – zwłaszcza te, których sami nie słyszymy – to coś zupełnie innego.

A dzieci mają doskonały słuch.

2. Trzecie pogranicze

Pogranicza już nie ma. Umarło w butach.

—M. R. MONTGOMERY

Mam na półce egzemplarz Shelters, Shacks and Shanties [Schronienia, szopy i szałasy], książki napisanej w 1915 roku przez Daniela C. Bearda, inżyniera budownictwa i późniejszego artysty, który jest najlepiej znany jako jeden z założycieli ruchu skautów amerykańskich. Przez pół wieku pisał i ilustrował książki na temat przyrody. Shelters, Shacks and Shanties jest jedną z moich ulubionych książek, bo Beard uosabia dla mnie – zwłaszcza za pomocą swoich rysowanych piórkiem ilustracji – epokę, kiedy doświadczenie przyrody u młodzieży było nierozerwalnie związane z romantycznym wizerunkiem amerykańskiego pogranicza.

Gdyby takie książki opublikować dzisiaj na nowo, zostałyby uznane za dziwaczne i – delikatnie mówiąc – niepoprawne politycznie. Ich adresatami byli chłopcy. Jako gatunek literacki zdawały się sugerować, że żaden porządny chłopiec nie jest w stanie cieszyć się przyrodą, nie wycinając przy tym tylu drzew, ile się tylko da. Ale tym, co naprawdę definiuje te książki i czasy, które sobą reprezentują, jest niepodważalne przekonanie, że przebywanie na łonie natury wiąże się zawsze z postawą aktywną, robieniem czegoś, bezpośrednim doświadczeniem – z byciem kimś więcej niż tylko widzem.

„Najmłodsi chłopcy będą w stanie zbudować niektóre z prostych szałasów, a starsi wybudują te trudniejsze” – pisał Beard we wstępie do książki. „Czytelnik może, jeśli ma taką chęć, zacząć od tej pierwszej [budy] i wspiąć się na wyższy poziom umiejętności, budując domy z bali; tak czyniąc, będzie podążał za historią rodzaju ludzkiego, bo odkąd nasi żyjący na drzewach przodkowie wyposażeni w chwytne kończyny rozpierzchali się wśród gałęzi pradawnych drzew i budowali na nich przypominające gniazda osłony, ludzie zawsze budowali szałasy, które oferowały im tymczasowe schronienie”. Dalej opisuje za pomocą słów i rysunków, w jaki sposób chłopcy mogą zbudować ponad czterdzieści rodzajów szałasów, włączając w to domki na drzewach, szałasy otwarte typu Adirondack, szałasy stożkowe, tipi z kory, szałasy pionierskie i skautowskie. Uczy, jak „wybudować chatki ze ścianami z plecionki z kory” i „szopy kryte darnią”. Pokazuje, jak „rozłupywać drewno, robić gonty, szczapy oraz deski szalunkowe” i jak skonstruować dom na balach, sekretny zamek do drzwi, podziemny fort oraz jakże intrygującą „chatę z bali ukrytą wewnątrz współczesnego domu”.

Dzisiejszy czytelnik nie posiadałby się ze zdziwienia nad poziomem wynalazczości i niezbędnych umiejętności, a także tym, jak ryzykowne są niektóre z opisywanych w książce konstrukcji. W przypadku „tradycyjnego amerykańskiego hoganu dla chłopców albo domu podziemnego” Beard zaleca ostrożność. Przy tworzeniu podobnych jaskiń, przyznaje autor, „zawsze istnieje poważne ryzyko zawalenia się dachu i zasypania młodych troglodytów, ale poprawnie skonstruowany podziemny hogan jest całkowicie bezpieczny”.

Uwielbiam książki Bearda ze względu na ich nieprzeparty urok, czasy, które przywołują, oraz opisywane w nich utracone rzemiosło. Jako dziecko budowałem podstawowe wersje tych schronień, szop i szałasów, wliczając w to podziemne forty pod polami kukurydzy i wyrafinowane domki na drzewach z ukrytym wejściem i widokiem na to, co w mojej wyobraźni było pograniczem rozciągającym się od Ralston Street hen poza granicę znanego, podmiejskiego świata.

Koniec jednego pogranicza, początek drugiego

W przeciągu jednego stulecia amerykańskie doświadczenie natury – które wywarło swój wpływ na kulturę innych zakątków świata – pokonało drogę od bezpośredniego utylitaryzmu poczynając, przez romantyczne przywiązanie, na elektronicznym oderwaniu kończąc. Amerykanie pokonali nie jedno, lecz trzy pogranicza. Przejście przez to trzecie pogranicze, w którym dorastają dzisiaj młodzi ludzie, jest taką samą wyprawą w nieznane, jak za czasów Daniela Bearda.

Przebycie i ważność pierwszego pogranicza zostały opisane w 1893 roku podczas Kolumbijskiej Wystawy Światowej w Chicago, zorganizowanej dla uczczenia przybycia Kolumba do Ameryki. Tam, na spotkaniu Amerykańskiego Towarzystwa Historycznego w Chicago, historyk Frederick Jackson Turner z Uniwersytetu w Wisconsin przedstawił swoją „teorię pogranicza”. Twierdził, że przyglądając się takim czynnikom jak „dostępność pustej, darmowej przestrzeni, jej ciągłe kurczenie się oraz postęp amerykańskiego osadnictwa w kierunku zachodnim” można wyjaśnić rozwój narodu amerykańskiego, jego historię oraz charakter narodowy. Następnie powiązał to stwierdzenie z wynikami amerykańskiego cenzusu z 1890 roku, który ujawnił zanik ciągłości linii amerykańskiego pogranicza – „zamykanie się pogranicza”. W tym samym roku kierownik zespołu badań nad cenzusem ogłosił koniec epoki „wolnego dostępu do ziemi” – czyli do terenów, które osadnicy mogli swobodnie uprawiać.

Choć pierwotnie nie przykładano do niej wielkiej uwagi, teoria Jacksona stała się jedną z najistotniejszych tez w historii Ameryki. Jackson twierdził, że każde pokolenie „powracało do prymitywnych warunków na ciągle przesuwającej się linii pogranicza”. Opisywał pogranicze jako „miejsce spotkania barbarzyństwa z cywilizacją”. Najbardziej podstawowe cechy kultury amerykańskiej można tłumaczyć, jak twierdził, wpływem pogranicza na osobowość: „ta szorstkość w obyciu i siła połączona z przenikliwością i żądzą posiadania; ten zmysł praktyczny, tak łatwo znajdujący rozwiązania; ta mistrzowska umiejętność obchodzenia się z przedmiotami materialnymi… ta niespożyta, nerwowa energia; ten jakże dominujący indywidualizm”. Historycy ciągle prowadzą dyskusje na temat teorii Turnera. Wielu z nich, jeśli nie większość, odrzuciła kluczowe znaczenie Turnerowskiego pogranicza dla zrozumienia historii i charakteru Ameryki. Imigracja, rewolucja przemysłowa, wojna domowa – one też wywarły głęboki, formatywny wpływ na naszą kulturę. Zresztą sam Turner też dokonał w końcu rewizji swojej teorii, uzupełniając ją o wydarzenia w duchu pogranicza, jak na przykład boom naftowy w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku.

Nie zmienia to jednak faktu, że Amerykanie – od Teddy’ego Roosevelta poczynając, na Edwardzie Abbey’u2 kończąc – dalej widzieli się w roli pionierów pogranicza. W 1905 roku, na inauguracji prezydenckiej Roosevelta, przez Pennsylvania Avenue przejechali kowboje, dokonał się przegląd Siódmego Regimentu Kawalerii, a do uroczystości włączyli się też Indianie amerykańscy, wliczając w to siejącego niegdyś postrach Geronimo. Parada zapowiadała koniec drugiego pogranicza, które przez prawie całe stulecie istniało, choć głównie w naszej wyobraźni. Drugie pogranicze żyło w słowach i ilustracjach Bearda i na rodzinnej farmie, która – choć coraz mniej licznie – pozostawała istotnym wyznacznikiem kultury amerykańskiej. W pierwszych dziesięcioleciach XX wieku drugie pogranicze można było odnaleźć także w amerykańskich miastach, czego przykładem jest założenie wielkich parków miejskich. Drugie pogranicze to także czas rozwoju przedmieść, kiedy chłopcy wciąż jeszcze wyobrażali sobie siebie jako skautów i ludzi lasu, a dziewczynki marzyły tylko o życiu w małym domku na prerii – i czasami budowały forty lepiej niż chłopcy.

Tak jak pierwsze pogranicze odkrywali nienasyceni Lewis i Clark3, tak drugie pogranicze malował romantycznym pędzlem Teddy Roosevelt. Jeśli pierwsze pogranicze to czasy prawdziwego Daviego Crocketta4, to drugie dokonało swojej kulminacji z Daviem Disney’a. Jeśli pierwsze pogranicze to czas walki, to drugie było epoką bilansu i opiewania darów natury. To wtedy nakreślono nową politykę ochrony przyrody, czyli zanurzenie się Amerykanów w udomowione i wyidealizowane leśne ostępy, pola i okoliczne strumienie.

Oświadczenie Turnera wygłoszone w 1893 znajduje swój odpowiednik w roku 1993. I tak jak jego teoria bazowała na wynikach cenzusu z 1890 roku, tak nowa linia demarkacyjna została nakreślona na podstawie cenzusu z roku 1990. To niesamowite, ale dokładnie sto lat po tym, jak Turner i Amerykańskie Biuro Statystyczne ogłosili koniec tego, co uważa się powszechnie za amerykańskie pogranicze, ten sam urząd opublikował raport stwierdzający koniec drugiego pogranicza oraz narodziny pogranicza trzeciego. Wtedy to właśnie, jako „symbol ogromnej, ogólnokrajowej przemiany” – jak określił to Washington Post – rząd federalny postanowił zrezygnować ze swego wieloletniego, dorocznego spisu mieszkańców gospodarstw rolnych. Populacja farmerska skurczyła się tak bardzo – z czterdziestu procent amerykańskich gospodarstw domowych w 1900 roku do 1,9 procent w 1990 – że spis mieszkańców gospodarstw rolnych stał się zbędny. Nie ma cienia wątpliwości, że wyniki raportu z 1993 roku były równie istotne jak cenzus, który zainspirował Turnera do napisania jego peanu na śmierć pogranicza. „Jeśli fundamentalne zmiany można uchwycić, odwołując się do banalnych – wydawałoby się – punktów odniesienia, to jednym z nich jest bez wątpienia decyzja o rezygnacji z corocznego spisu” – pisał Washington Post.

Ta nowa, symboliczna linia demarkacyjna sugeruje, że pokolenie wyżu demograficznego – baby boomers urodzeni między 1946 a 1964 rokiem – to być może ostatnie pokolenie Amerykanów, które posiada intymny, swojski związek z ziemią i wodą. Wielu z nas – czterdziestolatków i starszych – zetknęło się z życiem na wsi albo z lasem na granicy terenów podmiejskich, a w rodzinie miało mieszkańców farm. Nawet jeśli przyszło nam mieszkać w centrum miasta, nasi dziadkowie albo inni starsi krewni pracowali na farmie albo stosunkowo niedawno przenieśli się ze wsi do miast podczas wielkiej migracji, która miała miejsce w pierwszej połowie XX wieku. Dzisiejszej młodzieży takie związki rodzinne i kulturowe wydają się coraz bardziej obce, wyznaczając tym samym kres epoki drugiego pogranicza.

Trzecie pogranicze zamieszkują zaś nasze własne dzieci.

Czym charakteryzuje się trzecie pogranicze

Trzecie pogranicze określa to, jak obecne i przyszłe pokolenia postrzegają przyrodę. Czyni to w sposób, jakiego Turner i Beard nie mogliby sobie nawet wyobrazić.

Choć nie jest ono jeszcze w pełni ukształtowane ani zbadane, to nowe pogranicze można określić za pomocą pięciu podstawowych tendencji: opinia publiczna i prywatna przestały się interesować tym, skąd pochodzi nasze pożywienie; nastąpiło zerwanie łańcucha łączącego maszyny, ludzi i inne zwierzęta; rozumienie naszej relacji z innymi istotami żywymi stało się coraz bardziej abstrakcyjne; nastąpiła inwazja dzikich zwierząt na miasta (chociaż projektanci miejscy i podmiejscy zamieniają nieujarzmioną przyrodę w jej syntetyczną symulację); i wreszcie: pojawił się nowy typ formacji podmiejskiej. Większość z przywołanych cech charakterystycznych można odnaleźć także i w innych krajach o zaawansowanej technologii, ale zmiany te najwyraźniej widać właśnie w Stanach Zjednoczonych (nawet jeśli tylko ze względu na ich kontrast z naszym wyobrażeniem o świecie pogranicza). Na pierwszy rzut oka cechy te nie układają się w logiczną całość, ale rewolucja rzadko zachodzi w sposób logiczny czy linearny.

Na trzecim pograniczu wyidealizowane ilustracje Bearda przedstawiające dzieci lasu wydają się równie przestarzałe, jak dziewiętnastowieczne obrazy Rycerzy Okrągłego Stołu. Na trzecim pograniczu bohaterowie dotąd utożsamiani z dziką przyrodą przestają być punktem odniesienia, w siną dal odeszły i uległy zapomnieniu symbolizująca pierwsze pogranicze postać historycznego Davy’ego Crocketta i Disnejowski Davy rodem z pogranicza drugiego. Pokolenie, które dorastało, ubierając się w skórzane kurtki z frędzlami i babcine sukienki, wychowuje teraz tych, dla których moda – kolczyki, tatuaże i cała reszta – jest jednoznacznie powiązana z kulturą miejską.

• Dla młodych ludzi jedzenie jest z Wenus, a uprawa roli z Marsa

Mój znajomy, Nick Raven, mieszkaniec Puerta de Luna w stanie Nowy Meksyk, przez kilka lat pracował na farmie, zanim został cieślą i nauczycielem w więzieniu stanowym. Nick i ja często jeździmy razem na ryby, ale trudno znaleźć dwóch mężczyzn, którzy bardziej by się od siebie różnili. W innym miejscu opisywałem go jako niezachwianego ojca rodziny rodem z dziewiętnastego wieku; ja sam jestem dwudziestopierwszowiecznym nowoczesnym ojcem, którego umysł pełen jest wszelkiego rodzaju wątpliwości. Nick wierzy, że ryby należy samemu złapać i zjeść; ja uważam, że rybę należy złapać i, w większości wypadków, wypuścić na wolność. Nick sądzi, że przemoc jest nieodłączną częścią naszego życia, że droga do odkupienia prowadzi przez cierpienie i że jako ojciec musi nauczyć dzieci, że życie jest okrutne, wystawiając je na to okrucieństwo. Ja z kolei głęboko wierzę, że jako rodzic powinienem chronić swoich synów przed okrucieństwem tego świata tak długo, jak to tylko możliwe.

W mojej poprzedniej książce, The Web of Life [Sieć życia], tak przedstawiłem stosunek Nicka i jego dzieci do zwierząt i pożywienia:

Kiedy dzieci Nicka były małe, a on i jego rodzina ciągle jeszcze mieszkali na farmie u kresu piaszczystej drogi w dolinie wypełnionej przez topole włoskie, araukarie i ściany z gliny suszonej na słońcu, jego córka wróciła pewnego dnia do domu i znalazła swoją ukochaną kozę (która chodziła za nią po gospodarstwie, choć nie była w ścisłym tego słowa znaczeniu zwierzęciem domowym) w stodole, obdartą ze skóry, wypatroszoną i zwisającą z belki sufitowej. Rodzina Nicka często chodziła wtedy bez butów, a mięso jadła wtedy, kiedy Nick ustrzelił je lub własnoręcznie zarżnął. Dla jego córki był to straszliwy moment.

Nick upiera się, że niczego nie żałuje, ale nie przestaje tego wspominać. „Owszem, zraniło ją to do głębi” – opowiada – „ale od tej chwili wiedziała już, i będzie tego świadoma do końca życia, skąd bierze się mięso na jej talerzu i że nie rodzi się ono gotowe, w plastikowym opakowaniu”. Ja sam nie chciałbym, żeby moje dzieci doświadczyły czegoś podobnego, ale moje życie było inne.

Niewielu z nas tęskni za tymi bardziej brutalnymi aspektami zdobywania pożywienia. Ale ogromna większość młodych ludzi nie ma do tego nawet najprostszego punktu odniesienia w swoim własnym życiowym doświadczeniu. Może i częściej decydują się oni na wegetarianizm albo kupują jedzenie w sklepach ze zdrową żywnością, ale niewielu uprawia czy hoduje swoje własne pożywienie – a już zwłaszcza jeśli chodzi o zwierzęta. W przeciągu niecałych pięćdziesięciu lat kultura przeszła od czasów, kiedy krajobraz wiejski upstrzony był niewielkimi rodzinnymi farmami, przez okres, kiedy uprawa podmiejskich, przydomowych ogrodów warzywnych stała się zajęciem niemal wyłącznie rekreacyjnym, aż do dziś, kiedy jedzenie przychodzi do nas zawinięte w folię, prosto z laboratorium. Do pewnego stopnia młodzież ma teraz większą świadomość tego, skąd bierze się ich pożywienie. Ruch na rzecz praw zwierząt pokazał im warunki panujące na – dajmy na to – kurzych fermach. To pewnie nie przypadek, że coraz więcej uczniów szkół średnich i studentów przechodzi na wegetarianizm. Ale sama ta wiedza nie oznacza, że młodzi sami wchodzą w relacje ze źródłem swojego pożywienia.

• Koniec biologicznych praw absolutnych. Czy jesteśmy myszami, czy ludźmi? A może i jednym, i drugim?

Młodzież dorasta dziś w czasach pozbawionych biologicznych praw absolutnych. Definicji wymaga nawet sama kategoria życia.

W roku 1997 ludzie na całym świecie otworzyli poranną gazetę, aby znaleźć na jej łamach szokujące zdjęcie żywej, pozbawionej owłosienia myszy, z której grzbietu wyrastało coś, co wyglądało zupełnie jak ucho ludzkie. To stworzenie było wynikiem prac zespołu badawczego z Uniwersytetu Stanu Massachussets i MIT, który wprowadził ludzkie komórki chrząstkowe do modelu ucha wykonanego z biodegradowalnego tworzywa poliestrowego, który następnie wszczepiono w grzbiet myszy. Model utrzymywał kształt sztucznego ucha i zapewniał mu substancje odżywcze.

Od tamtej pory nagłówki gazet bezustannie ogłaszają jakieś potencjalne połączenie maszyn, ludzi oraz innych zwierząt. Konsekwencje tego wymykały się nam przez dobre dwa dziesięciolecia, jak twierdzi Międzynarodowe Centrum ds. Oceny Technologii – organizacji non profit, która zajmuje się oceną wpływu technologii na społeczeństwo. Ludzkie geny – włączając w to te odpowiedzialne za wzrost oraz nerwy – wszczepiano już szczurom, myszom oraz ssakom naczelnym, tworząc tym samym istoty zwane chimerami. Te nowe stworzenia mają być wykorzystywane przede wszystkim w badaniach medycznych, ale niektórzy naukowcy rozważają już możliwość egzystencji chimer poza warunkami laboratoryjnymi. W 2007 roku przewodniczący Wydziału Biotechnologii Zwierząt na University of Nevada School of Medicine wraz z kolegami stworzyli pierwszą krzyżówkę człowieka z owcą, która posiada ciało owcy i połowicznie ludzkie organy. Badania tego typu mogą doprowadzić do rozpowszechnienia się wykorzystania organów zwierzęcych w transplantacjach u ludzi.

Pomyślmy tylko, co to znaczy być teraz dzieckiem i jak różne od naszego jest ich doświadczenie przyrody oraz definicja tego, czym jest życie lub czym niedługo się stanie. Kiedy my byliśmy dziećmi, wiadomo było, że człowiek to człowiek, a mysz pozostanie myszą. Najnowsze technologie dopuszczają założenie, że na poziomie atomowym i molekularnym nie ma wielkiej różnicy między materią żywą a nieożywioną. Niektórzy widzą w tym jeszcze jeden przykład utowarowienia naszej egzystencji – redukcję kulturową, która zamienia żywe ciało żywszynę.

U początków XXI wieku naukowcy z Uniwersytetu Cornell ogłosili skonstruowanie pierwszej nanomaszyny – robota o niemal mikroskopijnych rozmiarach, który posiada zdolność ruchu. Maciupeńki robot wykorzystywał śrubę napędową i silnik, czerpiąc energię z cząsteczek organicznych. Jak stwierdził jeden z badaczy, to osiągnięcie „otwiera drzwi do produkcji maszyn egzystujących we wnętrzu komórki”. „Dzięki temu będziemy w stanie łączyć urządzenia mechaniczne z systemami żywymi” – dodał. W Laboratoriach Krajowych Sandia w Albuquerque inny badacz przepowiedział, że system „masowo rozpowszechnianej inteligencji” znacznie rozszerzy umiejętność komunikowania się i organizacji u nanorobotów. „Razem będą w stanie wykonywać czynności, z którymi nie radzą sobie w pojedynkę, podobnie do kolonii mrówek” – powiedział. Mniej więcej w tym samym czasie pewien entomolog ze stanu Iowa skonstruował urządzenie, które łączyło czułki ciem z mikroprocesorami wysyłającymi sygnały o różnym poziomie intensywności wówczas, gdy czułki wyłapywały zapach materiałów wybuchowych. Badacze na Northwestern University stworzyli miniaturowego robota wyposażonego w pień mózgowy minoga. A firma z Rockville w stanie Maryland wyhodowała bakterie, które można doczepić do miniaturowych układów scalonych, nazywając swoje odkrycie „stworzeniami na czipie” (critters on a chip).

Nie możemy już dalej wyznawać kluczowej dla naszej kultury wiary w doskonałość natury. Dla poprzednich pokoleń nie było nic piękniejszego ani doskonalszego od drzewa. Dzisiaj naukowcy szpikują drzewa materiałem genetycznym pochodzącym od wirusów i bakterii, aby sprawić, by szybciej rosły, wytwarzały lepsze surowce drzewne albo oczyszczały skażoną glebę. W 2003 roku Agencja ds. Zaawansowanych Obronnych Projektów Badawczych Pentagonu sfinansowała badania, które doprowadziły do wyprodukowania drzewa zmieniającego kolor w sytuacji ataku bronią chemiczną lub biologiczną. A inżynierowie genetyczni z Uniwersytetu Kalifornijskiego propagowali „antykoncepcję dla drzew” – metodę na sztuczne wyhodowanie „drzewa–kastrata, które koncentruje swoje siły na produkcji drewna, a nie reprodukcji”.

Przedstawicielom pokolenia wyżu demograficznego takie wieści wydają się fascynujące, dziwne, niepokojące. Dla dzieci trzeciego pogranicza to najoczywistsza oczywistość – przekonanie, że złożoność jest nieunikniona.

• Przeintelektualizowane postrzeganie innych stworzeń

Jeszcze nigdy od czasów łowiectwa i zbieractwa nie wpajano dzieciom tyle wiedzy na temat podobieństw ludzi i innych stworzeń, choć dzisiaj podobieństwa te postrzega się w zupełnie inny, znacznie bardziej intelektualny sposób.

To nowe rozumienie opiera się na nauce, a nie na micie czy religii. Na przykład niedawne badania opublikowane w magazynie Science opisują, jak niektóre zwierzęta komponują utwory muzyczne. Analiza śpiewu ptaków i humbaków dowodzi, że wykorzystują one te same techniki akustyczne i kierują się takimi samymi zasadami kompozycji, jak muzycy ludzcy. Śpiew waleni zawiera nawet rymujące się refreny oraz podobne pauzy, frazy, długość pieśni oraz tony. Wieloryby podobnie wykorzystują też rymy, które są dla nich, jak mówią naukowcy, „techniką mnemoniczną pomagającą im zapamiętać złożoną piosenkę”. Badania waleni dowodzą, że stojąc przed psychologicznym wyborem: wykorzystanie arytmicznych i niepowtarzających się melodii albo śpiew, wieloryby zdecydowały się na to drugie.

Podobne informacje nie zastąpią bezpośredniego kontaktu z naturą, ale mimo to wywołują w nas zadziwienie. Mam nadzieję, że takie badania zainspirują dzieci do poszukiwania głębszego rozumienia innych, bratnich istot. Jasne, taka wyidealizowana bliskość – jak na przykład pływanie z delfinami jako sentymentalna wersja bezpośredniego kontaktu ze zwierzętami – może i łagodzi nasze poczucie samotności jako gatunku. Ale z drugiej strony sama natura nie jest tak łagodna i przytulna. Łowienie ryb i polowanie albo to, w jaki sposób Nick Raven dostarczał mięso na domowy stół, to paskudna sprawa – dla niektórych także pod względem moralnym – ale wymazanie wszelkich śladów tego doświadczenia z dzieciństwa nie jest dobre ani dla dzieci, ani dla samej przyrody.

„Patrzysz na te dzieciaki [z ruchu na rzecz praw zwierząt] i widzisz przede wszystkim ludzi z miasta, zniechęconych, ale jednak wciąż uprzywilejowanych” – mówi Mike Dwa Konie, założyciel Koalicji na rzecz Zakończenia Dyskryminacji Rasowej Amerykańskich Indian. Jego organizacja wspiera rodowitych mieszkańców Ameryki, na przykład północnozachodnie plemię Makah, które od wieków utrzymuje się przy życiu dzięki polowaniu na wieloryby. „Jedyne zwierzęta, z którymi zetknęli się ci młodzi aktywiści, to ich zwierzęta domowe” – mówi. „Poza tym napotykali je w ogrodach zoologicznych, oceanariach albo podczas wypraw na obserwowanie [teraz także dotykanie] wielorybów. Są całkiem oderwani od źródeł swojego pożywienia – nawet od soi i innych białek pochodzenia roślinnego, które konsumują”.

Ja sam dostrzegam więcej dobrych stron w ruchu na rzecz praw zwierząt niż Dwa Konie, ale jego podejście też nie jest bez racji.

• Kontakt z naturą: tak blisko, lecz tak daleko

Nawet jeśli sama kategoria życia jest otwarta na nowe definicje, to szansa na kontakt z co bardziej rozpowszechnionymi gatunkami dzikich zwierząt jest teraz znacznie większa, niezależnie od tego, co twierdzi Dwa Konie. W wielu środowiskach miejskich ludzie stykają się z dzikimi stworzeniami w sposób, który jest Amerykanom zupełnie obcy przynajmniej od wieku, jeśli nie dłużej. Na przykład populacja jeleni jest teraz największa od stu lat.

W swojej książce Ecology of Fear: Los Angeles and the Imagination of Disaster [Ekologia strachu: Los Angeles i wizje katastrofy] historyk społeczny i teoretyk miejski Mike Davis opisuje coś, co nazywa dialektyką tego, co „dzikie”, i tego, co „miejskie”: „Okrąg administracyjny Los Angeles, którego dzisiejszą granicę stanowią przede wszystkim tereny górskie i pustynia, a nie, jak niegdyś, ziemie uprawne, graniczy z terenami dzikimi na przestrzeni większej niż w przypadku jakiegokolwiek innego miasta nietropikalnego. Oznacza to gwałtowne zderzenie obszarów zabudowanych z dziką przyrodą… Śmiałe kojoty to teraz stały element krajobrazu ulicznego w Hollywood i Toluca Lake”. A pewien dziennikarz tak pisze o tym w brytyjskiej gazecie Observer: „[Amerykańscy] osadnicy i ich potomkowie podjęli się ujarzmiania środowiska naturalnego z bojową wręcz zaciekłością. Dokonawszy czystki etnicznej na indiańskich plemionach, zabrali się za eksterminację niedźwiedzi, pum, kojotów i dzikiego ptactwa… Ale pumom udało się zaadaptować do nowych warunków. Los Angeles to być może jedyne miejsce na ziemi, które może się pochwalić istnieniem grup wsparcia dla ofiar kuguarów”.

W latach pięćdziesiątych miliony Amerykanów dokonało migracji na przedmieścia, podążając za marzeniem posiadania własnego domu i kawałka ziemi – swojej własnej jednej czwartej akra pogranicza. Kiedyś przestrzeń rozszerzała się. Dzisiaj rozbudowa terenów miejskich wcale nie gwarantuje większej przestrzeni. Nowy, dominujący obecnie rodzaj osiedli – z centrami handlowymi budowanymi w równych odstępach, sztucznymi elementami wystroju naśladującymi przyrodę i pod ścisłą kontrolą umów i stowarzyszeń społecznych – wypełnia modne, przodujące dziś tereny miejskie w południowej Kalifornii i na Florydzie, otaczając zarazem starsze regiony w naszym kraju. Te gęste oponki inwestycyjne dostarczają mniej możliwości kontaktu z przyrodą niż dawne tereny podmiejskie. W niektórych przypadkach dostarczają ich jeszcze rzadziej niż centra dawnych miast przemysłowych.

Okazuje się, że niektóre miasta w Europie Zachodniej są bardziej zielone – w sensie zwiększania powierzchni i jakości środowiska naturalnego na terenach miejskich – niż większość Ameryki miejskiej i podmiejskiej, którą utożsamia się przecież z pograniczem i kultem otwartych przestrzeni. „Ważna lekcja od wielu spośród tych miast europejskich wiąże się z samym postrzeganiem miasta” – pisze Timothy Beatley, profesor na Wydziale Planowania Miejskiego i Środowiskowego na Uniwersytecie Stanu Virginia, w swojej książce Green Urbanism: Learning from European Cities [Zielona urbanistyka. Przykłady z miast europejskich]. Zwłaszcza w miastach skandynawskich, gdzie coraz bardziej popularne staje się projektowanie ekologiczne, „panuje przeświadczenie, że miasta są i być powinny miejscem, w którym funkcjonuje przyroda. W Stanach Zjednoczonych głównym wyzwaniem jest wyjście poza sztywny podział na to, co miejskie, i na to, co naturalne. Może ze względu na rozległość naszych zasobów naturalnych i otwartych przestrzeni uważaliśmy dotąd, że najważniejsze przejawy życia przyrody zachodzą gdzieś daleko – często setki mil od ludzkich osiedli – w parkach narodowych, na dzikim wybrzeżu, w rezerwatach przyrody”.

Oto niektóre trendy, które stanowią w Ameryce kontekst dla dzieciństwa pozbawionego kontaktu z naturą – a więc czegoś może równie tajemniczego i jeszcze mniej zbadanego niż nadejście nanorobotów i rozwój chimer.

3. Kryminalizacja zabawy w otoczeniu przyrody

Lata całe byłem samozwańczym inspektoremburz śnieżnych i ulew…

—Henry David Thoreau

Przypatrzmy się dokładniej okolicy pana Ricka.

Piętnaście lat temu John Rick, gimnazjalny nauczyciel matematyki, przeniósł się razem z rodziną na Rancho Scripps, ponieważ miało reputację miejsca przyjaznego dla dzieci. Scripps znajduje się pośrodku bujnego gaju eukaliptusowego w północnym San Diego, w okolicy pociętej licznymi kanionami i z gęstą siecią spacerowych ścieżek. Jest jednym z niewielu osiedli, gdzie rodzice mogą wyobrazić sobie, że ich dzieci będą cieszyć się przyrodą tak, jak oni kiedyś. Tablica znajdująca się koło wjazdu głosi: „Życie na wsi”.

„Mamy tu najwięcej w skali kraju grup skautów na głowę mieszkańca” mówi Rick. „Planiści wywalczyli mnóstwo otwartej przestrzeni przeznaczonej na miejsca zabaw dla dzieci, każde osiedle ma swój park”.

Kilka lat po przeprowadzce Rick zaczął zauważać w lokalnej prasie artykuły na temat „nielegalnego użytkowania” otwartych przestrzeni. „W przeciwieństwie do naszej poprzedniej okolicy, tutaj dzieci naprawdę spędzały czas na świeżym powietrzu, biegając wśród drzew, budując forty i dając upust swojej wyobraźni”, wspomina Rick. „Dzieci budowały sobie rampy do skoków na rowerach. Tworzyły tamy na strumieniach, żeby móc pływać na łódkach. Innymi słowy robiły dokładnie to, co my, kiedy byliśmy mali. Tworzyły sobie te same doświadczenia, które my wspominamy z tak wielką nostalgią”. Nagle to wszystko zostało zakazane. „Z jakiegoś powodu domki na drzewach okazały się zagrożeniem pożarowym. Tamy mogły grozić powodzią”.

Apodyktyczni dorośli ze Stowarzyszenia Społecznego Scripps Ranch przegonili dzieci znad niewielkiego stawu koło biblioteki publicznej, gdzie dzieci od kilkudziesięciu lat łowiły rybki, jeszcze gdy na Rancho Scripps hodowano bydło. W odpowiedzi na te zakazy na prywatnych podwórkach pojawiły się kosze do koszykówki. Młodzi ludzie przenieśli swoje deskorolkowe rampy na własne podjazdy. Jednak Stowarzyszenie przypomniało mieszkańcom, że takie działania łamią warunki umowy, którą mieszkańcy musieli podpisać przy kupnie domu.

Rampy i kosze musiały zniknąć, a dzieci wróciły do domów.

„Konsole do gry, jak Game Boy i Sega, stały się jedynym ujściem dla ich wyobraźni”, mówi Rick. „Rodzice zaczęli się niepokoić. Ich dzieci zaczęły przybierać na wadze, trzeba było coś z tym zrobić”. Dlatego miejscowi rodzice pomogli utworzyć skatepark na mniej restrykcyjnym osiedlu. To osiedle było odległe o 16 km.

Rick mógłby się przeprowadzić, ale podobne zakazy stają się regułą na rosnących przedmieściach większości amerykańskich miast. Niezliczona liczba społeczności lokalnych wprowadziła kompletny zakaz swobodnej zabawy w otoczeniu przyrody, często z powodu obawy przed pozwami sądowymi, ale również przez rosnącą obsesję na punkcie porządku. Wielu rodziców i ich dzieci wierzy, że zabawa na świeżym powietrzu jest zabroniona nawet wtedy, gdy nie ma żadnego formalnego zakazu: przeświadczenie zmieniające się w fakt.

Jednym ze źródeł tych ograniczeń są prywatne zarządy osiedli. Większość osiedli mieszkaniowych i zamkniętych społeczności utworzonych w ciągu ostatnich dwudziestu–trzydziestu lat podlega surowym regulaminom, które ograniczają lub wręcz całkowicie zakazują zabawy na dworze w sposób, jaki my praktykowaliśmy jako dzieci. Według Instytutu Stowarzyszeń Społecznych (Community Associations Institute) obecnie ponad 57 milionów Amerykanów mieszka w domach zarządzanych przez radę osiedla, spółdzielnię mieszkaniową lub stowarzyszenie właścicieli. Liczba towarzystw społecznych wzrosła gwałtownie z 10 000 w 1970 roku do dzisiejszych 286 000. Te stowarzyszenia narzucają swoje zasady zarówno dzieciom, jak i dorosłym (dzieci zwykle nie mają żadnego głosu w stowarzyszeniach), od niewielkich ograniczeń aż po całkowite zakazy. Stowarzyszenie zarządzające Scripps Ranch jest jednym z bardziej tolerancyjnych, ale nawet tam zorganizowane grupy dorosłych regularnie niszczą forty i domki na drzewach budowane przez dzieci w zadrzewionych kanionach.

Niektóre przyczyny takich działań są zrozumiałe, na przykład obawa przed włóczęgami czy pożarem. Jednak głównym, niezamierzonym skutkiem jest zniechęcenie do zabawy w otoczeniu przyrody.