Ostatnia wyrocznia - James Rollins - ebook
Opis

Rok 398, świątynia Apollina w Delfach na górze Parnas. Z rozkazu cesarza Rzymu legionista zabija Pytię – kobietę zasiadającą na tronie wyroczni wielbionej przez władców i zdobywców antycznego świata.

Waszyngton, czasy współczesne. Na rękach Pierce’a umiera starszy człowiek, śmiertelnie postrzelony przez snajpera. Okazuje się, że zabity to profesor neurologii Archibald Polk, jeden z współzałożycieli Sigmy. Dlaczego zginął? Odpowiedź może ukrywać zakrwawiona grecka moneta przedstawiająca świątynię w Delfach…

Polk był jednym ze współpracowników tajnego Projektu JASON, w którym na zlecenie rządu wybitni naukowcy prowadzili badania nad autystycznymi dziećmi odznaczającymi się wyjątkowym talentem. Grayson i agenci Sigmy będą musieli przemierzyć cały świat – od Waszyngtonu, przez indyjskie slumsy i napromieniowane ruiny Czarnobyla, po opuszczone podziemne miasto w Uralu – by rozwikłać zagadkę , której korzenie sięgają starożytnej Grecji. I powstrzymać szaleńca, który nie zawaha się przed zgładzeniem jednej czwartej ziemskiej populacji, by urzeczywistnić swój plan zdobycia niczym nieograniczonej władzy.

 

Rollins jest jednym z najoryginalniejszych pisarzy dzisiejszych czasów. Lincoln Child, autor Utopii

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 563

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Bestialstwo, także to popełnione w imię nauki lub bezpieczeństwa narodowego, wciąż jest zbrodnią. A uczciwi naukowcy nie mają licencji na zabijanie, nawet ci, którym się wydaje, że ratują świat.

Śmierć w sercu Waszyngtonu

W pobliżu siedziby Sigmy komandor Gray Pierce trafia na starego człowieka akurat w momencie, gdy snajper oddaje do niego śmiertelny strzał. Okazuje się, że ofiara, profesor neurologii, był jednym ze współzałożycieli Sigmy. A ostatnio pracował nad mechanizmami instynktu i intuicji.

Żywa przesyłka

Do agentów Sigmy trafia autystyczna dziewczynka o niezwykłych wzmocnionych wszczepionym implantem – zdolnościach, które mogłyby skutecznie wykorzystać służby wywiadowcze na całym świecie. I nie jest jedynym takim dzieckiem.

Nowy renesans

Tak nazywa to, co szykuje światu, ogarnięty żądzą władzy rosyjski senator z pomocą grupy sawantów – genialnych autystycznych dzieci. Do wcielenia w życie jego planu, którego powodzenie oznaczałoby zagładę dużej części półkuli północnej, pozostały już tylko godziny…

Żeby powstrzymać szaleńca, agenci Sigmy będą musieli przemierzyć cały świat – od Muzeum Historii Naturalnej w Waszyngtonie, przez indyjskie slumsy i ruiny Czarnobyla, po podziemne miasto na Uralu – i rozwikłać zagadkę, której korzenie sięgają starożytnej Grecji.

James Rollins

Amerykański pisarz, z zawodu weterynarz, z zamiłowania płetwonurek i grotołaz. Absolwent University of Missouri, karierę literacką rozpoczął w 1999 r. powieścią o wyprawie do wnętrza Ziemi, Podziemny labirynt. Kolejne – m.in. Ekspedycja, Amazonia oraz książki z cyklu SIGMA FORCE zapoczątkowanego w 2004 r. Burzą piaskową – których akcja toczy się często w niedostępnych rejonach świata – dżunglach, głębinach oceanów, podziemnych grotach oraz na pustyniach i lodowcach – odniosły międzynarodowe sukcesy. Obecnie trwają przygotowania do ekranizacji Mapy Trzech Mędrców.

jamesrollins.com

Tego autora

LODOWA PUŁAPKA

AMAZONIA

OŁTARZ EDENU

EKSPEDYCJA

PODZIEMNY LABIRYNT

Cykl SIGMA FORCE

BURZA PIASKOWA

MAPA TRZECH MĘDRCÓW

CZARNY ZAKON

WIRUS JUDASZA

OSTATNIA WYROCZNIA

KLUCZ ZAGŁADY

KOLONIA DIABŁA

LINIA KRWI

OKO BOGA

SZÓSTA APOKALIPSA

LABIRYNT KOŚCI

SIÓDMA PLAGA

Wkrótce

DIABELSKA KORONA

James Rollins, Grant BlackwoodCykl z Tuckerem Wayne’em

WYŁĄCZNIK AWARYJNY

James Rollins, Rebecca CantrellCykl ZAKON SANGWINISTÓW

EWANGELIA KRWI

NIEWINNA KREW

DIABELSKA KREW

Tytuł oryginału:

THE LAST ORACLE

Copyright © Jim Czajkowski 2008All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2018

Polish translation copyright © Bogusław Stawski 2010

Redakcja: Jacek Ring

Zdjęcie na okładce: Jgor Guz/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Mapy: Steve Perry

ISBN 978-83-8125-403-8

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla Shaya i Bryce’aza to, że umiecie dawać czadu

Podziękowania

Choć tylko inspiracja wystarcza do rozpoczęcia pisania powieści, to w rzeczywistości wsparcie płynące od ludzi wokół pisarza przekuwa jego pomysły w gotowe dzieło. Podczas pisania mojej ostatniej powieści towarzyszył mi dream team złożony ze współpracowników wydawnictwa HarperCollins, którzy oferowali mi swoją wiedzę i wskazówki o nieocenionej wartości dla procesu tworzenia książki. W niniejszych podziękowaniach chciałbym szczególnie odnieść się do grupy recenzentów, z którymi współpracuję od początku mojej kariery (od czasów, kiedy pisałem potworne opowiadania, które teraz są na szczęście bezpiecznie zakopane w moim ogródku) i to właśnie dzięki ich radom i krytyce stałem się lepszym pisarzem. Na początku pragnę podziękować Penny Hill, Steve’owi i Judy Preyom oraz Dave’owi Murrayowi, których nieraz aż nazbyt wykorzystuję do wprowadzania poprawek dokonywanych w ostatniej chwili. Podziękowania należą się tej zasadniczej grupie krytyków, którzy prowadzili mnie okopami pisarstwa od samego początku mojej drogi: Caroline Williams, Chrisowi Crowe’owi, Lee Garrettowi, Jane O’Rivie, Michaelowi Gallowglasowi i Danny’emu Graysonowi. Świeżą krew tej grupy stanowią krytycy, którzy zawsze wnoszą nowe spojrzenie: Leonard Little, Kathy L’Ecluse i Scott Smith. Na końcu chcę podziękować Dave’owi Meekowi, któremu należą się wyrazy szczególnego uznania jako przyjacielowi, mentorowi i koledze, chociaż niedawno przeniósł się na drugą stronę kraju. Spoza tej grupy trzeba wspomnieć o Carolyn McGray i Davidzie Sylvianie, którzy starają się wciągnąć mnie na wyżyny pisarstwa. Pragnę podziękować także J.A. Konrathowi, autorowi serii powieści z głównym bohaterem Jackiem Danielsem, za to, że był na moje wezwanie w chwili kryzysu; Jotu J. Kamlaniemu za wiedzę o broni białej; Anthony’emu Ossa-Richardsonowi za jego pomoc w kwestii wyroczni delfickiej. Jeśli chodzi o wybór głównego wątku powieści, pragnę złożyć szczególne podziękowanie Temple Grandin, autorce książki Animals in Translation (Tłumaczenie mowy zwierząt), za inspirację do napisania niniejszej powieści oraz za możliwość umieszczenia tu cytatów z jej dzieła. Na samym końcu specjalne podziękowania należą się czterem osobom kluczowym na każdym etapie produkcji: wydawcy, Lyssie Keusch, jej współpracownicy May Chen i moim agentom Russowi Galenowi i Danny’emu Barorowi. Oczywiście w tym miejscu jak zawsze muszę oświadczyć, że wina za wszystkie błędy faktograficzne i uchybienia w niniejszej powieści spoczywa na moich barkach.

Waszyngton – centrum miasta

Nota historyczna

Największe błogosławieństwa darowane ludzkości przekazywane są za pośrednictwem szaleństwa, które jest boskim darem.

SOKRATES O WYROCZNI DELFICKIEJ

Starożytni Grecy z całym panteonem swoich bogów święcie wierzyli w potęgę przepowiadania przyszłości. Czcili ludzi, którzy widzieli przyszłość w splotach kozich wnętrzności albo z kształtu dymu ogni ofiarnych umieli ją przewidzieć czy też zapowiadali nadejście wydarzeń na podstawie układu rozrzuconych kości. Spośród tych obdarowanych umiejętnościami jasnowidzenia ludzi najwyższym szacunkiem obdarzano jedną osobę – mistyczną wyrocznię z Delf.

Przez prawie dwa tysiące lat zastępy pilnie strzeżonych kobiet zamieszkiwały świątynię Apollina na zboczach góry Parnas. Spośród nich tylko jedna kobieta zasiadała na tronie wyroczni i przyjmowała imię Pytii. Znajdując się w stanie odurzenia oparami, Pytia odpowiadała na pytania dotyczące przyszłości – zarówno te przyziemne, jak i te bardziej wnikliwe.

Pytię podziwiały najznamienitsze postacie z historii Grecji i Rzymu: Platon, Sofokles, Arystoteles, Plutarch, Owidiusz. Nawet pierwsi chrześcijanie oddawali jej cześć. Michał Anioł umieścił jej wizerunek na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej – przepowiada nadejście Chrystusa.

Pojawiają się jednak wątpliwości, czy nie była ona tylko szarlatanem, wróżką ogłupiającą ludzi enigmatycznymi odpowiedziami. Bez względu na to, czy przepowiadała prawdę, należy zwrócić uwagę, że jeden fakt jest całkowicie bezdyskusyjny. Pytia była wielbiona przez władców i zdobywców całego antycznego świata, a jej proroctwa zmieniały losy ludzkości i świata.

O ile większość faktów z jej życia okryta jest tajemnicą albo stanowi jedynie część mitologii, o tyle jedna rzecz jest pewna. W 2001 roku archeolodzy odkryli niezwykły układ warstw tektonicznych pod Parnasem, wskazujący, że w tym miejscu uchodziły z wnętrza ziemi gazy złożone z prostych węglowodorów, a wśród nich etylen, który powoduje u ludzi stany pobudzenia przypominające euforię oraz halucynacje. Te gazy doskonale odpowiadają historycznym opisom oparów, którymi spowita była Pytia podczas przepowiadania przyszłości.

Mimo że nauka odkryła jedną z tajemnic Pytii, to nadal pewna rzecz pozostaje największą zagadką:

Czy wyrocznia faktycznie przepowiadała przyszłość? Czy było to tylko boskie szaleństwo?

Człowieku, poznaj siebie, a poznasz prawdęo wszechświecie i tajemnice bogów.

NAPIS NA MURACH ŚWIĄTYNI W DELFACH

Rok 398Góra Parnas, Grecja

Przyszli, by ją zabić.

Stała na stopniach prowadzących do świątyni. Drżała pod cienką szatą z białego lnu okręconą wokół talii, ale to nie chłód nadchodzącego poranka przenikał jej ciało.

Poniżej, po stoku Parnasu, niczym rzeka ognia, płynęła procesja pochodni. Wspinała się serpentynami wyłożonego kamieniem Świętego Traktu w kierunku świątyni Apollina. Marszowi towarzyszyły uderzenia mieczy o tarcze pięciuset rzymskich legionistów. Droga wiła się, omijając powalone posągi i dawno ograbione skarby przeszłości. Żołnierze podkładali ogień pod wszystko, co jeszcze dało się spalić.

Przedzierający się przez ruiny blask pożogi tworzył migocącą iluzję lepszych czasów, jakby nagle odrestaurowany ognisty obraz minionej świetności: dawne bogactwo iskrzyło się złotem i srebrem, zastępy posągów wyrzeźbionych przez najznamienitszych artystów, tłumy ludzi zbierające się, by wysłuchać proroctw wyroczni.

Nadchodził ostateczny koniec.

Przez cały miniony wiek Delfy były nękane i rujnowane napadami Galów, plądrowane przez Traków, ale najbardziej dawały im się we znaki zwykłe zaniedbanie i zapomnienie. Niewielu ludzi docierało tu, by wysłuchać wyroczni: czasem pojawiał się pasterz chcący dowiedzieć się, czy zdradza go żona, albo żeglarz szukający potwierdzenia dobrych omenów przed rejsem po Zatoce Korynckiej.

Nadchodził koniec dziejów; koniec wyroczni delfickiej. Po przepowiadaniu przyszłości przez trzydzieści lat ona właśnie będzie ostatnią kobietą noszącą imię Pytia.

Ostatnie chwile wyroczni z Delf.

Z tą wiedzą spadło na nią ostatnie wielkie wyzwanie.

Pytia odwróciła się na wschód, gdzie nieboskłon zaczynał się powoli rozświetlać.

Och, moja różanopalca bogini jutrzenki Eos spieszy, by Apollo okulbaczył cztery rumaki do swojego rydwanu Słońca, pomyślała.

Jedna z sióstr Pytii, młoda akolitka, wyszła ze świątyni i stanęła za jej plecami.

– Uchodź z nami, pani – próbowała ją ubłagać. – Jeszcze nie jest za późno. Nadal możemy uciec z pozostałymi do wysokich jaskiń.

Pytia położyła dłoń na jej ramieniu. Nocą reszta kobiet wyniosła się już do niedostępnych jaskiń Dionizosa, dających im bezpieczne schronienie. Jednak Pytia miała do wypełnienia swoje ostatnie posłanie.

– Pani, nie ma już czasu na ostatnie proroctwo.

– Ale ja muszę.

– Zatem niech to odbędzie się teraz, zanim będzie za późno.

– Muszę poczekać na świt siódmego dnia. To nasza powinność.

Gdy słońce zachodziło poprzedniego wieczoru, rozpoczęła już ostatnie przygotowania. Wzięła kąpiel w srebrzystym źródełku Kastylii, napiła się ze źródła Kassotis i spaliła liście wawrzynu na ołtarzu z czarnego marmuru na zewnątrz świątyni. Postąpiła dokładnie według ustalonego rytuału, tak samo jak pierwsza Pytia tysiące lat wcześniej.

Tylko że tym razem wyrocznia nie była sama podczas oczyszczania.

Razem z nią w rytualnych ablucjach udział wzięła dziewczynka mająca zaledwie dwanaście wiosen.

Takie młode stworzenie, a taka silna osobowość.

Dziewczynka stała nago w wodzie źródełka, gdy starsza od niej kobieta obmywała ją i namaszczała olejkami. Nie wyrzekła nawet słowa, stała jedynie z wyciągniętą ręką, prostując i zaciskając palce dłoni, jakby chciała uchwycić coś, co tylko ona mogła zobaczyć. Któryż to bóg skłonił ją do cierpienia, a jednocześnie obdarował taką mocą? Z pewnością nie był to tylko Apollo. Bo słowa wypowiedziane przez dziewczynkę trzydzieści dni wcześniej mogły pochodzić tylko od bogów. To były słowa, które przemieniły się w ognie pełznące teraz w stronę Delf.

Och, że też to dziewczę tutaj trafiło.

Pytia była nawet zadowolona, że Delfy pogrążały się w zapomnieniu. Pamiętała o porażającej przepowiedni wypowiedzianej wieki wcześniej przez jedną z jej poprzedniczek.

Cesarz August zapytał onegdaj jej dawno nieżyjącą siostrę:

– Dlaczego wyrocznia tak ostatnio ucichła?

– Hebrajski chłopiec, Bóg, który będzie rządzić wśród sprawiedliwych, nakazuje mi opuścić to miejsce…

Te słowa okazały się prawdziwą przepowiednią. Wiara w Chrystusa ogarnęła całe imperium i zniszczyła wszelkie nadzieje na powrót dawnych, dobrych czasów.

Mniej więcej przed miesiącem do progów świątyni przyprowadzono tę dziwną dziewczynkę.

Pytia odwróciła się od morza płomieni w stronę adytonu, sanktuarium świątyni Apollina. Dziewczynka już czekała w środku.

Była sierotą, pochodziła z odległego miasta Chios. Przez wieki przyprowadzano kapłankom Apollina takie dzieci, gdy chciano pozbyć się kłopotu. Większość z nich odprawiano z powrotem. Jedynie najbardziej odpowiednim dziewczętom pozwalano tu pozostać – musiały mieć smukłe członki, czyste spojrzenie i niezepsuty charakter. Apollo nigdy nie zaakceptowałby osoby bez odpowiednich przymiotów jako kapłanki wyroczni.

Zatem gdy tę delikatną jak gałązki wierzby dziewczynkę przedstawiono Pytii, wyrocznia ledwie na nią spojrzała. Dziecko było zaniedbane, ciemne włosy miało rozczochrane i skołtunione, a skóra nosiła ślady przebytej ospy. Gdzieś w głębi duszy Pytia jednak poczuła, że w tym dziecku jest coś dziwnego. Może to przez to jej kiwanie się tam i z powrotem. Oczy dziecka wpatrywały się w przestrzeń, ale sprawiały wrażenie, że nic nie widzą.

Jej opiekunowie twierdzili, że była dotknięta przez bogów. Że umiała policzyć oliwki na drzewie, obrzucając je zaledwie jednym spojrzeniem. Że potrafiła określić, kiedy owca urodzi jagnię, nawet jej nie dotykając.

Te opowieści zaintrygowały Pytię. Zawołała dziewczynkę, by podeszła do wejścia do świątyni. Dziecko posłuchało polecenia, ale poruszało się bezwiednie, jakby w reakcji na podmuchy wiatru. Pytia musiała pociągnąć ją za ramię, by ta usiadła przy niej na najwyższym stopniu schodów.

– Jak na ciebie wołają? – zapytała.

– Na imię ma Anthea – odpowiedziało jedno z jej opiekunów, stojące u podnóża schodów.

– Antheo, czy wiesz, dlaczego cię tutaj przyprowadzono? – Pytia ze skupieniem wpatrywała się w dziecko.

– Twój dom jest pusty – wybełkotało dziecko, wbijając wzrok w ziemię.

Przynajmniej umie mówić. Pytia spojrzała do wnętrza świątyni. W palenisku głównej sali płonął ogień. Rzeczywiście w środku teraz nikogo nie było, ale zdawało się, że wyszeptane słowa dziecka mają zgoła głębsze znaczenie.

A może ona tylko tak się wyrażała. To było niezwykłe, takie odległe, jakby sama stała jedną nogą w jakimś innym świecie, poza otaczającą ich rzeczywistością.

Dziecko uniosło głowę i spojrzało na nią niebieskimi, niewinnymi oczami, które tak niezwykle kontrastowały z tym, co po chwili powiedziała.

– Jesteś już stara. Niedługo umrzesz.

Stojąca poniżej opiekunka dziecka próbowała je zganić, ale Pytia przemówiła miękkim głosem:

– Kiedyś wszyscy umrzemy, Antheo. Taka jest naturalna kolej rzeczy.

– Hebrajski chłopiec nigdy nie umrze – odparło dziecko, kręcąc głową.

Dziwne oczy wwiercały się w wyrocznię. Pytia poczuła, jak dostaje gęsiej skórki. To było oczywiste, że dziewczynkę uczono o kulcie Chrystusa i jego krwawej śmierci na krzyżu. Ale te jej słowa. Wypowiadane z taką mocą.

Hebrajski chłopiec…

Kiedyś jedna z poprzedniczek przepowiadała nadejście dnia Sądu Ostatecznego.

– Ale pojawi się jeszcze jeden – przemawiała dziewczynka. – Drugi chłopiec.

– Jeszcze jeden? – Pytia przysunęła się bliżej. – Kto? Skąd?

– Z moich snów. – Dziewczynka potarła koniuszek ucha.

Czując, że istnieją głębsze warstwy tej przepowiedni, Pytia postanowiła je poznać.

– Ten drugi chłopiec? Kim on jest?

Gdy zebrani ludzie usłyszeli następne słowa dziewczynki, z ich piersi wyrwało się westchnienie, bo nawet oni uznali te słowa za bluźniercze.

– On jest bratem hebrajskiego chłopca. – Dziecko przytuliło się mocno do rąbka szaty Pytii. – Płonie w moich snach… i on wszystko spali. Nic nie przetrwa. Nawet Rzym.

Przez cały uprzedni miesiąc wyrocznia usiłowała dowiedzieć się więcej o przeznaczeniu, nawet wciągnęła dziewczynkę do grona kapłanek. Ale dziecko jakby zamknęło się w sobie i stało się nieme. Nadal jednak istniał sposób na poznanie prawdy.

Jeśli dziewczynka była rzeczywiście obdarzona boskim błogosławieństwem, to moc oddechu Apolla – cudowne opary dające dar przepowiadania – mogła uwolnić to, co było zamknięte w umyśle dziewczynki.

Tylko czy starczy im czasu?

Poczuła, że ktoś dotyka jej łokcia, i to wyrwało ją z rozmyślań.

– Pani, słońce… – przypomniała jej młodsza kapłanka.

Pytia spojrzała na niebo, które na horyzoncie zaczęło rozbłyskiwać światłami poranka, zwiastując wschód słońca. Ze stoku góry dobiegały pokrzykiwania legionistów. Najwyraźniej słowa dziewczynki odbiły się szerokim echem. Proroctwa o końcu świata rozchodziły się daleko… i dotarły do uszu samego cesarza. Cesarski posłaniec twierdził, że dziewczynka została opętana przez demona, i domagał się, by ją wydano i wysłano do Rzymu.

Pytia odmówiła. Bogowie zesłali jej tę dziewczynkę, przywiedli do świątyni Apollina. Nie porzuci tego dziecka bez wcześniejszego sprawdzenia jego wiarygodności.

Na wschodzie pierwsze promienie słońca zaczęły penetrować poranny nieboskłon.

Rozpoczynał się siódmy dzień siódmego miesiąca.

Kapłanki czekały na tę chwilę wystarczająco długo.

Pytia odwróciła się plecami do nadciągających legionistów.

– Chodźcie. Musimy się spieszyć.

Weszły do wnętrza świątyni. Tutaj też przywitały je płomienie, ale one dawały radosne ciepło powitania i wydobywały się ze świętego paleniska ku czci Apolla. Dwie starsze kapłanki dbały o podtrzymanie ognia, były jednak zbyt stare, by wspiąć się po skałach do jaskiń.

Pytia ukłoniła się każdej z nich, wyrażając swą wdzięczność, i w pośpiechu minęła święty ogień.

Na tyłach świątyni znajdowały się schody wiodące w dół do jej osobistego sanktuarium. Wstęp do podziemnego adytonu miały jedynie te kapłanki, które służyły bezpośrednio Pytii. Marmur zamienił się w surową skałę wapienną. Schody prowadziły do niewielkiej jaskini. Wieki temu odkrył to miejsce pasterz kóz, który zbliżając się do jej wylotu, poczuł oddech Apollina i pod wpływem jego słodkiej woni zaczął mieć dziwne objawienia.

Czy ten dar przetrwa do następnego ranka?

W środku jaskini czekała już na nią dziewczynka. Ubrana była w za dużą tunikę. Siedziała na ziemi ze skrzyżowanymi nogami obok trójnogu z brązu wspierającego omfalos – symbol pępka świata – umieszczony na wysokości bioder półokrągły kamień.

Poza nim jedyną inną dekorację jaskini stanowił trójnóg. Ustawiono go nad naturalnym pęknięciem w skale podłoża. Pytia, choć przyzwyczajona do oddechu Apolla, za każdym razem poddawała się czarowi oparów wydobywających się ze szczeliny, które przypominały zapach kwiatów migdałowca.

– Już czas – powiedziała do młodszej kapłanki, która zeszła za nią na dół. – Przyprowadź do mnie dziecko.

Pytia podeszła do zydla na trzech nogach i usiadła nad wydobywającymi się ze szczeliny oparami.

– Pospieszcie się.

Młodsza kapłanka przyprowadziła dziewczynkę i usadowiła na kolanach Pytii. Wyrocznia przytuliła ją delikatnie, jak matka tuli niemowlę, ale dziewczynka nie zareagowała najmniejszym ruchem.

Pytia już zaczęła odczuwać wpływ boskiego tchnienia wydobywającego się spod ziemi. Przeszedł ją znajomy dreszcz. Jej krtań ogrzewał oddech Apollina, gdy zaczął przenikać ciało. Utraciła wizję.

Ale dziecko było mniejsze, bardziej podatne na boskie tchnienie.

Głowa dziewczynki odchyliła się do tyłu; opadły jej powieki. Było oczywiste, że długo nie wytrzyma spowijającego ją oddechu Apolla. Jednak by wykorzystać ostatnią szansę, należało teraz wypytać dziewczynkę o szczegóły jej wizji.

– Dziecko – zaczęła Pytia. – Opowiedz nam więcej o tym chłopcu i o Sądzie Ostatecznym. Skąd on wyjdzie?

– Ze mnie. On powstanie z moich snów – wyszeptały drobne usta dziewczynki.

Jej delikatne palce odnalazły dłoń Pytii i zacisnęły się, usta nadal wypowiadały słowa.

– Twój dom jest pusty… twoje źródła wyschły. Ale popłynie nowe źródło proroctwa.

Ramiona Pytii mocniej przygarnęły dziewczynkę. Zdała sobie sprawę, że otaczające świątynię ruiny już od wielu lat zwiastowały koniec wyroczni.

– Nowe źródło. – W jej głosie zabrzmiała nadzieja. – Tu, w Delfach?

– Nie…

Oddech Pytii przyspieszył.

– Skąd wybije to źródło?

Usta dziewczynki poruszyły się, ale nie wydobyły się z nich żadne słowa. Wyrocznia potrząsnęła ciałem dziecka.

– Skąd?

Dziewczynka uniosła delikatne ramię i położyła dłoń na swoim brzuchu.

Ten ruch sprawił, że Pytia zaczęła mieć wizję srebrnych wód wychodzących z łona dziewczyny. Nowe źródło. Ale czy ta wizja pochodziła od Apolla, czy była wynikiem jej nadziei?

Krzyk zaburzył jej trans. Z oddali dobiegały podniesione głosy i wrzask. Na schodach pojawiła się jakaś postać. To jedna ze starszych sióstr, która pilnowała ognia. Przyciskała rękę do barku. Purpurowy kwiat rozkwitał pod jej dłonią. Spomiędzy palców wystawał czarny grot strzały.

– Za późno! – zawołała staruszka i padła na kolana. – Rzymianie…

Pytia usłyszała słowa kapłanki, ale wciąż była pod wpływem oparów. Pod powiekami widziała wody wypływające ze źródła w brzuchu dziewczyny, nową krynicę proroctwa. Wyczuła przebijający się przez boskie opary zapach dymu z rzymskich pochodni. Krew i dym przeniknęły do jej wizji. Srebrne źródło biło teraz także cienkim czarno-purpurowym strumykiem, który przelewał się w przyszłość.

Dziecko nagle stało się całkowicie bezwładne, otumanione oparami wydobywającymi się ze szczeliny w skale. Pytia nadal pogrążona była w swojej wizji; dostrzegła, że ten ciemny strumień zaczął materializować się w czarną postać… cień chłopca. Za nim widziała płomienie.

Przypomniała sobie słowa dziewczynki sprzed miesiąca.

On jest bratem hebrajskiego chłopca… wszystko spali.

Pytia podtrzymywała jej wiotkie ciało. Proroctwo dziecka dotyczące dni ostatnich dawało także nadzieję na wybawienie. Może faktycznie najlepiej byłoby przekazać małą w ręce Rzymian i w ten sposób zakończyć niepewną przyszłość tego miejsca. Głosy z wnętrza świątyni docierały echem do groty. Nie było już ucieczki. Jedynie w śmierć.

Nadal jednak miała wizję.

Apollo przysłał tu tę dziewczynkę. Przysłał ją Pytii.

Wybije nowe źródło.

Zaciągnęła się głęboko oddechem Apollina.

Co mamy czynić?

* * *

Centurion przeszedł główną salę. Miał konkretne rozkazy. Zabić dziewczynkę, która prorokowała o końcu cesarstwa. Uprzedniej nocy złapali służkę świątynną. Po obiciu jej batami – zanim darował ją żołnierzom, by się z nią zabawili – wyznała, że cudowne dziecko chowa się w świątyni.

– Dajcie tu pochodnie! – zawołał. – Przeszukajcie każdy kąt!

Poruszenie na końcu sali przykuło nagle jego uwagę, mocniej ścisnął rękojeść miecza.

Po schodkach, słaniając się, z cienia wyszła kobieta. Zrobiła dwa kroki w stronę światła i stanęła niepewnie, jakby czymś odurzona. Była odziana w białą szatę; na jej skroniach spoczywał wieniec z gałązek wawrzynu.

Zdał sobie sprawę, kim ona jest.

Wyrocznia z Delf.

Centurion zwalczył obawy. Jak wielu legionistów w tajemnicy czcił dawnych bogów. Nawet uczestniczył w zarzynaniu byków na cześć Mitry i kąpał się w ich krwi.

Wiedział jednak, że nadszedł zmierzch rzymskich bogów.

Nikt już nie mógł powstrzymać nowej wiary.

– Kto śmie naruszać spokój świątyni Apollina?! – zawołała kobieta.

Czując ciężkie spojrzenia swoich ludzi, centurion podszedł marszowym krokiem do kobiety.

– Wydaj nam dziecko – zażądał.

– Ona odeszła. Jest już poza waszą mocą.

Centurion wiedział, że to niemożliwe. Świątynia była przecież otoczona.

Obawa, że mogło być inaczej, pchała go do działania.

Wyrocznia zasłoniła swoim ciałem wejście na schody prowadzące do groty. Oparła dłonie na napierśniku legionisty.

– Mężczyźni mają zakaz wchodzenia do audytonu.

– Ale nie cesarz. A ja działam z jego rozkazu.

Wyrocznia nie ruszyła się z miejsca.

– Nie wejdziesz tam.

Rozkazy centuriona nosiły pieczęć cesarza Teodozjusza, a przekazał mu je syn władcy – Arkadiusz. Starzy bogowie mieli zamilknąć, a ich świątynie należało zburzyć. W całym cesarstwie. I w Delfach też. Centurion otrzymał jeszcze jedno polecenie.

I wiedział, że je wykona.

Aż po rękojeść wbił miecz w ciało wyroczni. Z westchnieniem padła mu w ramiona jak kochanka obejmująca swojego oblubieńca. Krew zbryzgała jego pancerz i podłogę.

Wyrocznia osunęła się na marmur i upadła na bok. Trzęsącą się dłoń umoczyła w kałuży własnej krwi.

– Nowe źródło… – wyszeptała, jakby była to jakaś obietnica.

Jej ciało zwiotczało i umarła.

Centurion przeszedł nad zwłokami i trzymając miecz przed sobą, ruszył po schodach do małej, ślepej jaskini. Zobaczył przebite strzałą zwłoki starej kapłanki leżące w kałuży krwi. Trójnogi zydel leżał przy niej na szczelinie w podłodze. Przeszukał dokładnie całą pieczarę.

To niemożliwe.

Grota była pusta.

Marzec 1959Karpaty, Rumunia

Major Jurij Rajew wysiadł z wojskowej ciężarówki ZiS-151 i zeskoczył w wyżłobione koleiny polnej drogi. Nogi mu zadrżały. Dla złapania równowagi oparł się o zielone drzwi poobijanego zisa. Nieźle go wytrzęsło podczas tygodniowej wspinaczki w górach, aż poczuł ból w kręgosłupie. Wydawało mu się, że od tej jazdy nawet zęby trzonowe poluzowały mu się w szczęce. Ale jedynie tej terenowej ciężarówce, która dzielnie spisywała się na kamienistych serpentynach i przemienionych w potoki górskich traktach, zawdzięczał dotarcie do odizolowanego od świata zimowego obozu.

Spojrzał przez ramię, gdy otwarły się tylne drzwi i żołnierze w czarno-białych mundurach zaczęli wyskakiwać z wozu. Zimowe kombinezony doskonale maskowały ich sylwetki na tle ośnieżonych granitowych skał w porośniętych lasem górach. Poranna mgła nadal stała w zagłębieniach terenu, przypominając ponure duchy.

Mężczyźni przeklinali i przytupywali. Co chwila któryś gasił na ziemi papierosa. Słychać było szczęk zamków kałasznikowów. Żołnierze stanowili tylną straż, której zadaniem było odpędzanie ciekawskich.

Jurij podniósł wzrok, gdy podszedł do niego jego zastępca, porucznik Dobricki. Był dobrze zbudowanym Ukraińcem ze śladami po ospie na twarzy i złamanym nosem i jak pozostali żołnierze miał na sobie zimowy strój maskujący. Czerwone krążki wokół oczu zdradzały, że jeszcze przed chwilą nosił gogle.

– Towarzyszu majorze, melduję, że obóz jest zabezpieczony.

– Czy to ich szukamy?

Dobricki wzruszył ramionami, pozostawiając Jurijowi osąd. Już raz po fałszywym alarmie wpadli do zimowego obozu na wpół zagłodzonych wieśniaków, którzy ledwo wiązali koniec z końcem, pracując w kamieniołomie.

Mieszkańcy tych gór byli jak z innej epoki, może kamiennej, zacofani, zabobonni i biedni. Porośnięte lasami urwiste zbocza dawały doskonałe schronienie tym, którzy chcieli pozostać w ukryciu.

Zszedł na bok i zaczął przypatrywać się śladom pozostawionym na górskiej drodze. Błoto i śnieg ugniecione zostały w koleiny przez pojazdy szpicy oddziału. Przez drzewa dostrzegł grupę motocykli IMZ-Ural z koszami, w których siedzieli uzbrojeni żołnierze. Ciężkie motory wypuszczono wcześniej, by zabezpieczyły teren, odcinając wszelkie możliwe drogi ucieczki.

Do tego odległego miejsca przywiodły ich plotki i wymuszone torturami zeznania. Mimo posiadanych informacji i tak musieli zasięgnąć języka po drodze. W tym celu spalili kilka domostw, by ich mieszkańcy nabrali chęci do mówienia. Nikt nie chciał opowiadać o karpackich Cyganach. Bano się tego odizolowanego klanu ze względu na historie o strigoi i moroi – strzygach i czarownicach.

Czy wreszcie ich odnalazł?

Porucznik Dobricki zaszurał butami.

– Co robimy, towarzyszu majorze?

Uwagę Jurija zwrócił cierpki ton Ukraińca. Chociaż służył w randze majora w radzieckiej armii, nie był żołnierzem z powołania. Był o głowę niższy od Dobrickiego, miał niewielki brzuszek i dość okrągłą twarz. Ściągnięto go do wojska wprost z Uniwersytetu Leningradzkiego, a awansował dzięki pracy naukowej dla armii. W wieku dwudziestu ośmiu lat był szefem laboratorium biofizyki w Państwowym Instytucie Badań Medycznych i Przyrodniczych.

– Gdzie jest kapitan Martowa? – zapytał Jurij. Martowa, oficer wywiadu, rzadko oddalała się od boku porucznika; starała się widzieć i słyszeć wszystko.

– Czeka na nas przy wejściu do obozu.

Dobricki ruszył z mozołem środkiem drogi. Jurij zdecydował się iść bokiem, gdzie grunt był nadal zamarznięty. Po dojściu do ostatniej serpentyny porucznik wskazał na obóz schowany pod stromą granią i osłonięty ciemnym borem.

– Cyganie – mruknął Dobricki. – Tak jak sobie towarzysz życzył, da?

Ale czy to jest ten właściwy klan? – zastanawiał się major.

Przed nimi stały tabory pomalowane na zielono i czarno, a ich koła sięgały głowy Jurija. W niektórych miejscach farba się łuszczyła, odsłaniając jaskrawsze kolory będące pamiątką po radośniejszych czasach. Wysokie drewniane wozy były zasypane śniegiem, a ich dachy otoczone wianuszkami sopli. Okna pokrywał szron. Czarne miejsca na ziemi znaczyły ślady dawnych ognisk. W głębi obozu paliły się jeszcze dwa ogniska, a płomienie strzelały ponad najwyższy wóz. Obok stał spalony wóz, przy którym konie pociągowe zwieszały łby nad korytami zbitymi z resztek ocalałych z pożaru desek. Po obozie włóczyły się ospale kozy i kilka owiec.

Żołnierze otoczyli cały obóz. W paru miejscach leżały ciała odziane w stare szmaty i futrzane kurty. Pozostali przy życiu wyglądali trochę lepiej. Mieszkańcy obozu zostali wyciągnięci z wozów mieszkalnych i namiotów.

Krzyki dobiegające z głębi obozu świadczyły o tym, że spędzano już ostatnich Cyganów. Ktoś puścił serię z kałasznikowa. Jurij przypatrywał się stłoczonym Cyganom, w których oczach dostrzegł zaciętość. Część kobiet klęczała i łkała. Mężczyźni o ciemnych twarzach zdążyli już poznać siłę intruzów; wielu z nich było rannych; kilku miało połamane kończyny.

– Gdzie są wszystkie dzieci? – zapytał Jurij.

Odpowiedź dobiegła zza jego pleców.

– Zabarykadowane w kościele.

Jurij odwrócił się i zobaczył kapitan Sawinę Martową. Chowała twarz pod kapturem obszytym futrem. Jej ciemne włosy pasowały do futra rosyjskiego czarnego wilka, którym obszyty był kaptur.

Wyciągnęła szczupłe ramię w kierunku budynku stojącego za wozami taboru. Kościółek wybudowany z górskiego kamienia zlewał się z otaczającymi go skałami.

– Dzieci zebrały się tam, zanim się tu pojawiliśmy – wyjaśniła Sawina.

– Musieli usłyszeć motocykle. – Dobricki kiwnął głową.

Sawina i Jurij popatrzyli na siebie. W jej zielonych oczach tańczyło poranne słońce. Pochłonięta była własnymi rozmyślaniami. To ona dostarczyła do instytutu, w którym pracował Jurij, teczkę z dokumentami naukowymi, zawierającą notatki i informacje z Auschwitz-Birkenau, dotyczące głównie pracy doktora Josefa Mengele, zwanego w tym obozie koncentracyjnym Aniołem Śmierci.

Jurij miał kilka koszmarów sennych po zapoznaniu się z dostarczonym materiałem. Doktor Mengele przeprowadzał wiele okrutnych doświadczeń na więźniach obozu. Ten naukowiec potwór najbardziej upodobał sobie Cyganów, a szczególnie ich dzieci. Rozpieszczał je słodyczami i czekoladkami. Dzieci zaczęły nazywać go Wujek Pepe. Robił to wszystko, by je trochę zjednać. W końcu i tak wszystkie uśmiercił, ale dopiero jak odnalazł wśród nich szczególną parę cygańskich bliźniąt.

Jednojajowe bliźnięta, dziewczynki – Sasza i Mina.

Jurij czytał te sprawozdania z mieszaniną fascynacji i przerażenia.

Mengele sporządził skrupulatne notatki dotyczące tych niezwykłych bliźniąt: ich wiek, historię rodziny, rodowód. Torturował rodzinę i krewnych dziewczynek, by wydobyć od nich więcej szczegółów, które później sprawdzał. Mengele przyspieszył tok swoich badań. Lecz gdy zbliżał się koniec wojny, musiał przedwcześnie zakończyć wszelkie testy. Zabił obydwie dziewczynki, wstrzykując im fenol w serce.

Mengele wyraził swoją żałość w zapiskach.

Wenn ich nur mehr Zeit hätte…

Gdybym miał tylko więcej czasu…

– Jesteś gotowy? – zapytała Sawina.

Jurij skinął głową.

W towarzystwie Dobrickiego i jeszcze jednego żołnierza udali się do obozu. Jurij przeszedł nad zwłokami, leżącymi twarzą do ziemi w kałuży zamarzniętej krwi.

Kościół wznosił się przed nimi. Kamienna budowla nie miała żadnych okien. Jedyne drzwi wiodące do środka były zamknięte. Zrobione zostały z grubo ciosanych belek z twardego drewna z mocnymi okuciami z miedzi. Budynek wyglądał bardziej jak forteca niż świątynia.

Dwaj żołnierze stanęli przy drzwiach ze stalowym taranem.

Dobricki spojrzał na Jurija.

Ten skinął głową.

– Rozwalić – polecił porucznik.

Żołnierze rozbujali taran. Drewno wytrzymało tylko trzy uderzenia. Drzwi puściły i rozwarły się z hukiem.

Jurij wszedł do środka tuż za Sawiną.

Małe lampy naftowe rozświetlały ciemne wnętrze. Rzędy ławek po obu stronach wiodły do ołtarza na podwyższeniu. W ławkach w dziwnym milczeniu kuliły się dzieci w różnym wieku.

Idąc w stronę ołtarza, Jurij przyglądał się dzieciom. Wiele z nich miało mikrocefalię, zajęczą wargę lub było karłami. Jedno dziecko nie miało zupełnie ramion. To wynik kojarzenia krewniaczego, pomyślał Jurij i wzdrygnął się z odrazą. Nic dziwnego, że okoliczni wieśniacy bali się Cyganów i powtarzali historie o duchach i potworach.

– Skąd mamy wiedzieć, że to są właściwe dzieci? – zapytała Sawina z widoczną odrazą w głosie. Jurij zacytował zdanie z zeznań wymuszonych torturami przez doktora Mengele: „Legowisko wróżek”. To tutaj urodziły się bliźniaczki i to był sekret utrzymywany przez Cyganów powracających w te strony.

– Czy to te dzieci? – naciskała Sawina.

– Skąd mam wiedzieć? – Jurij pokręcił głową.

Szedł dalej w kierunku dziewczynki siedzącej przy ołtarzu. Przyciskała do siebie szmacianą lalkę, choć jej własny ubiór był niewiele lepszy od szmatek lalki. Gdy Jurij się zbliżył, dostrzegł, że na pierwszy rzut oka dziewczynka była doskonała, pozbawiona wszelkich deformacji. W przyćmionym świetle błyszczały jej krystalicznie czyste niebieskie oczy.

To było tak rzadkie zjawisko u Cyganów.

Zupełnie jak bliźniaczki, Sasza i Mina.

Jurij uklęknął przed dziewczynką. Wydawało się, że ona wcale go nie dostrzega, jakby patrzyła przez niego. Wyczuł, że dziewczynkę dotknęło coś dziwnego, prawdopodobnie gorszego niż deformacja widoczna u pozostałych dzieci.

Choć jej wzrok nie skupił się na nim nawet na moment, wyciągnęła w jego kierunku rękę.

– Unchi Pepe – wysepleniła po romsku.

Jurij poczuł dreszcz grozy. Wujek Pepe. Tak dzieci mówiły na doktora Mengele. Tego określenia używały wszystkie cygańskie dzieci. Ale te tutaj były za młode, żeby przebywać w obozie koncentracyjnym.

Spoglądał w jej patrzące w pustkę oczy. Czy dziewczynka wiedziała, co Jurij i jego zespół zamierzali zrobić? Niby skąd miałaby wiedzieć? Mimo to wciąż do niego wracały słowa doktora Mengele:

Gdybym tylko miał więcej czasu…

To już nie jego zmartwienie. Jego zespół dostanie tyle czasu, ile będzie potrzebował. Laboratorium już budowano. Z dala od wścibskich.

Podeszła Sawina. Chciała usłyszeć odpowiedź.

Jurij znał prawdę, odkąd tylko spojrzał w oczy dziewczynki, ale nadal się wahał.

Sawina trąciła go w ramię.

– Towarzyszu majorze?

Nie było dla niego odwrotu, więc Jurij skinął głową, zgadzając się na horror, który miał nastąpić.

– Da, to te wróżki.

– Jest pan pewien?

Jeszcze raz skinął głową, wciąż wpatrując się w oczy dziewczynki. Ledwo usłyszał, jak Sawina wydaje rozkaz Dobrickiemu:

– Załadujcie wszystkie dzieci do ciężarówek. Pozostałych zabijcie.

Jurij nie odwołał tego rozkazu. Zdawał sobie sprawę, po co tutaj przyjechali.

Dziewczynka nadal wyciągała do niego rękę.

– Unchi Pepe – powtórzyła.

Wziął jej drobne palce w swoją dłoń. Nie mógł zaprzeczyć, nie miał odwrotu.

Tak. To ja.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

TeraźniejszośćWaszyngton, USA5 września, godzina 13.38 czasu miejscowego

Nie codziennie ktoś umiera na twoich rękach.

Komandor Gray Pierce szedł właśnie, gdy zaczepił go jakiś bezdomny. Gray był w paskudnym nastroju, właśnie uspokajał się po jednej awanturze i szykował na następną. Popołudniowy upał tylko wzmagał jego irytację. Dzień jak to zwykle w Waszyngtonie latem był upalny i wilgotny. Gray miał na sobie granatową marynarkę narzuconą na wciśniętą w dżinsy bawełnianą koszulkę. W tym stroju jego wewnętrzna temperatura podniosła się od przysłowiowego średnio wysmażonego steku do dobrze wysmażonego.

Gdzieś w połowie kwartału dostrzegł wynędzniałego człowieka machającego ręką w jego stronę. Bezdomny miał na sobie workowate dżinsy z nogawkami podwiniętymi do kostek, spod których widać było wojskowe buty zasznurowane tylko do połowy, oraz wygniecioną starą marynarkę. Gdy mężczyzna się do niego zbliżał, Gray zauważył, że jego potargana broda jest poprzetykana siwizną, a przekrwione oczy rozglądają się nerwowo dookoła.

Tacy poszukiwacze skarbów nie byli niezwykłym widokiem na promenadzie, szczególnie po świątecznym weekendzie i obchodach Dnia Pracy. Turyści wrócili już do swoich codziennych obowiązków, policjanci udali się do barów na pączki i kawę, a sprzątacze oczyścili okolice z pozostałości po weekendowych festynach. Ostatni opuszczali promenadę bezdomni żebracy liczący na kilkucentowy datek albo szukający w koszach na śmieci butelek i puszek po napojach, które później zanosili do skupu. Byli jak kraby obierające z resztek mięsa martwe żyjątka.

Idąc Jefferson Drive w stronę siedziby Sigmy, Gray nie ustąpił na bok, gdy włóczęga szedł prosto na niego. Nawiązał nawet z nim kontakt wzrokowy, by zbadać poziom ewentualnego zagrożenia i dać do zrozumienia mężczyźnie, że jest na jego kursie. Choć większość takich zbieraczy to byli więźniowie, to jednak wśród nich znajdowali się mężczyźni i kobiety, którzy żyli na ulicy, bo mieli mniej szczęścia w życiu niż normalni obywatele, byli uzależnieni od narkotyków czy też zostali wypuszczeni ze szpitali psychiatrycznych. Niestety część z nich stanowili także weterani wojskowi. Gray nie odwrócił wzroku – i może właśnie dlatego oczy włóczęgi błysnęły silniej.

Komandor dostrzegł na tej brudnej pooranej zmarszczkami twarzy ulgę i nadzieję. Krok bezdomnego stał się bardziej zdeterminowany. Może bał się, że obiekt jego zainteresowania zniknie w drzwiach Smithsonian Institution, zanim uda mu się go zaczepić. Ciało mężczyzny przebiegł dreszcz. Najprawdopodobniej był pod wpływem jakichś środków odurzających albo miał napad delirium.

Wyciągnął rękę otwartą dłonią skierowaną ku górze.

To był uniwersalny gest – od faweli Brazylii po zaułki Bangkoku.

Pomóż mi, proszę.

Gray sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki po portfel. Wielu przechodniów mogło pomyśleć, że daje się naciągnąć żebrakowi na datek. Przecież oni za te pieniądze kupują gorzałę albo narkotyki. Ale miał to gdzieś. Nie jego sprawa. To był dla niego po prostu człowiek w potrzebie. Wyjął portfel. Jeśli facet go poprosi, da mu jakieś pieniądze. Takie właśnie miał podejście do życia. Poza tym jeśli komuś wyświadczył uprzejmość, od razu poprawiało mu się samopoczucie. A cały koszt takiej operacji to jeden albo dwa dolary. W sumie niezły interes.

Zajrzał do portfela. Same dwudziestki. Dopiero co wybrał gotówkę z bankomatu przy stacji metra. Wzruszył ramionami i wyciągnął banknot z podobizną Andrew Jacksona.

No dobra, czasem kosztuje to więcej niż dwa dolce.

Podniósł głowę dokładnie w momencie, gdy stanęli naprzeciwko siebie. Gray wyciągnął rękę z dwudziestodolarowym banknotem, ale spostrzegł, że dłoń żebraka nie jest pusta. Spoczywała w niej zaśniedziała moneta wielkości pięćdziesięciocentówki.

Komandor zmarszczył czoło.

Po raz pierwszy przydarzyło mu się, że to bezdomny chciał mu coś wręczyć.

Zanim zdążył zrozumieć, co się dzieje, mężczyzna padł w jego ramiona, a jego usta otwarły się, wyrażając nieme zdziwienie. Gray instynktownie złapał starca, który był niespodziewanie lekki.

Pod marynarką miał chyba samą skórę i kości. Jego ręka otarła się o policzek komandora – była nienaturalnie gorąca. Przez chwilę Gray z obawą pomyślał o AIDS, ale zignorował zagrożenie. Jego dłoń natrafiła na mokrą, gorącą plamę w dolnej części pleców bezdomnego. Poczuł na plecach ciepłą ciecz – krew.

Instynktownie rzucił się w bok, wciąż trzymając mężczyznę. Gęsta trawa zamortyzowała upadek.

Nie usłyszał kolejnych strzałów – ale dwa rykoszety zaiskrzyły na betonowych płytach w miejscu, gdzie przed chwilą stał. Przeturlał się dalej w bok, aż pod stalowo-betonowy postument stojący na trawniku przed zamkiem – siedzibą Smithsonian Institution. Na tablicy przymocowanej do betonu widział napis: Centrum Informacyjne Smithsonian Institution.

Gray właśnie potrzebował informacji.

Choćby takiej, kim był strzelec.

Postument stał pomiędzy nim a promenadą. Dawał przynajmniej tymczasowe schronienie. Zaledwie dziesięć metrów dalej znajdowały się łukowate drzwi Smithsonian Castle. Sam budynek zwieńczony był wieżyczkami wybudowanymi z czerwonego piaskowca wydobytego z kamieniołomu w Seneca Creek w Marylandzie. Wyglądał jak prawdziwy normański zamek, jak forteca. Oferował im pewne schronienie, ale przejście tych kilku kroków naraziłoby ich na dalszy ostrzał snajpera.

Zamiast rzucać się przez trawnik, Gray odbezpieczył pistolet – niewielkiego sig sauera P229 – który wyjął z kabury przymocowanej do paska spodni na krzyżu. Choć nie widział napastnika, to wolał jednak mieć broń w pogotowiu.

Leżący obok niego mężczyzna jęczał. Już całe plecy miał we krwi. Biedny włóczęga oczekiwał jałmużny, a zamiast tego dostał kulkę. Przypadkowa ofiara zamachu na Graya.

Ale kto próbował go zabić? I dlaczego?

Bezdomny z trudem podniósł drżący palec. Sądząc po ranie wlotowej i ilości krwi, pocisk trafił w nerkę, a taka rana była śmiertelna dla schorowanego człowieka. Mężczyzna złapał Graya za udo. Jego palce rozwarły się i wypuściły zaśniedziałą monetę, którą cały czas trzymał w zaciśniętej dłoni. Moneta odbiła się od nogi Graya i upadła w trawę.

Upominek na pamiątkę.

Jak zwrot jałmużny.

Głowa bezdomnego opadła na ramię Graya, a ciało zwiotczało. Komandor zaklął cicho.

Przykro mi, staruszku.

Wolną ręką sięgnął po komórkę. Podniósł klapkę kciukiem i nacisnął guzik szybkiego wybierania. Natychmiast uzyskał połączenie z numerem alarmowym.

Poprosił centralę o pomoc.

– Ekipa w drodze – oznajmił dyrektor. – Widzimy cię na monitorach. Dużo krwi. Jesteś ranny?

– Nie.

– Nie ruszaj się stamtąd.

Gray nie dyskutował z przełożonym. Nie usłyszał już, by jakieś pociski rykoszetowały, żaden nie trafił w zasłaniający go postument. Istniała pewna szansa, że strzelec zrezygnował. Gray jednak nie miał zamiaru się ruszać do momentu, aż przybędzie kawaleria.

Schował telefon i poszukał ręką monety leżącej w trawie. Podniósł ją i wytarł o spodnie. Była ciężka, gruba i niezbyt precyzyjnie wybita. Umoczył ją w krwi nieboszczyka i dokładniej wytarł brud z jej powierzchni, odsłaniając wizerunek czegoś, co wyglądało na grecką lub rzymską świątynię – budynek z sześcioma kolumnami i dwuspadowym dachem.

Co to jest, do licha?

W środku monety widniała pojedyncza litera.

To chyba grecka litera Σ.

Sigma.

W matematyce sigma oznacza sumę elementów, ale był to też symbol jednostki, w której pracował Gray: Sigma – elitarny zespół byłych żołnierzy służb specjalnych, których przeszkolono w różnorodnych dziedzinach nauki, by mogli odbywać służbę jako zbrojne ramię DARPA – Agencji do spraw Zaawansowanych Obronnych Projektów Badawczych1.

Gray spojrzał w stronę zamku. Tam właśnie mieściła się siedziba Sigmy, głęboko pod fundamentami Smithsonian Castle, w bunkrze z czasów II wojny światowej. Była to doskonała lokalizacja ze względu na bliskość wszystkich budynków rządowych, Pentagonu i różnych prywatnych i państwowych instytucji naukowych.

Skupiając wzrok z powrotem na monecie, Gray zdał sobie sprawę, że się pomylił. To nie była Σ – tylko zwykła duża litera E. To przez tę sytuację oczy zwiodły umysł i zobaczył literę, która mocno tkwiła w jego umyśle.

Zacisnął palce na monecie.

Zwykłe E.

Nie pierwszy raz w ciągu ostatnich kilku tygodni Gray założył istnienie związków, których tak naprawdę nie było – przynajmniej tak uważali wszyscy jego koledzy. Przez cały miesiąc szukał informacji potwierdzających, że jego zaginiony przyjaciel, Monk Kokkalis, nadal żyje. Ale do tej pory, choć mieli do dyspozycji wszystkie środki Sigmy, trafiali tylko w ślepe zaułki.

„To jak poszukiwanie duchów”, ostrzegł dyrektor Sigmy, Painter Crowe, po kilku pierwszych tygodniach poszukiwań.

Może Gray szukał tych duchów.

Kilka kroków dalej przed wejściem do zamku otwarły się z łoskotem drzwi samochodów. Tuzin postaci ubranych na czarno i uzbrojonych w długą broń wyskoczyło z samochodów. Zbili się w gromadki i odwróceni do siebie plecami, stojąc ramię przy ramieniu, wzajemnie się ubezpieczali.

Kawaleria.

Poruszali się ostrożnie, lecz nikt nie oddał w ich stronę strzału.

Szybko doszli do Graya i zasłonili go.

Jeden z komandosów klęknął obok bezdomnego i położył na ziemi podręczną apteczkę.

– Chyba nie żyje – powiedział Gray.

Sanitariusz sprawdził tętno i potwierdził jego słowa.

Komandor podniósł się z ziemi.

Zdziwił się, widząc swojego szefa, Paintera Crowe’a, który bez marynarki, z rękawami koszuli podwiniętymi do łokci, wypadł przez drzwi. Miał marsową minę. Choć był dziesięć lat starszy od Graya, nadal miał sprężyste ruchy. Dyrektor musiał uznać, że bezpośrednie zagrożenie minęło, albo też, podobnie jak jego podwładny, doszedł do wniosku, że snajper już zwiał.

No tak, czy było coś, na czym ten człowiek się nie znał? Pewnie tylko na robocie papierkowej i na nierespektowaniu niektórych procedur.

Painter podbiegł do Graya. W dali rozbrzmiewały syreny policyjne.

– Poinformowałem lokalną policję. Obstawiają promenadę.

– To nic nie da, za późno.

– Najprawdopodobniej. Przeprowadzimy badania balistyczne i dowiemy się, skąd padły strzały. Czy ktoś cię śledził?

– Sądzę, że nie.

Dyrektor omiatał wzrokiem promenadę i widać było, że się zastanawia. Kto chciałby zabić Graya Pierce’a? Na schodach ich siedziby. Było to jasne ostrzeżenie, ale przed czym? Gray nie brał udziału w żadnej operacji od czasu swej ostatniej misji w Kambodży.

– Na wszelki wypadek zapewniliśmy bezpieczeństwo twoim rodzicom – oznajmił Painter.

Komandor skinął w podziękowaniu głową. Jego ojciec na pewno niezbyt się z tego ucieszy. Ani matka. Ledwo się pozbierali po brutalnym uprowadzeniu sprzed dwóch miesięcy.

Teraz, bezpośrednio po zamachu, Gray zaczął się zastanawiać, kto i dlaczego próbował go zabić. Do głowy natychmiast przyszedł mu jeden powód – próbował dowiedzieć się czegoś o losie przyjaciela i nadepnął komuś na odcisk.

– Dyrektorze, czy ten zamach…?

Painter podniósł rękę; widać było, że jest zmartwiony. Uklęknął przy bezdomnym i delikatnie odwrócił jego głowę. Po chwili zmrużył oczy. Wyraźnie był przygnębiony.

– O co chodzi, dyrektorze?

– Wydaje mi się, że to nie ty byłeś celem.

Gray spojrzał na chodnik i przypomniał sobie, jak rykoszetujące obok jego stóp pociski krzesały iskry.

– Przynajmniej nie pierwszym celem – ciągnął dyrektor. – Snajper przypuszczalnie chciał cię wyeliminować, bo byłeś świadkiem.

– Skąd ta pewność?

– Bo znam tego człowieka. – Painter wskazał głową na denata.

Gray był zaszokowany.

– Nazywa się Archibald Polk, był profesorem neurologii na MIT.

Gray popatrzył sceptycznie na żółtawą cerę denata, brud, rozczochraną brodę, ale dyrektor był pewien, że ma rację. Jeśli to prawda, to profesora musiał ostatnio los ciężko doświadczyć.

– Ale jak on mógł się znaleźć w takim stanie? – zapytał Gray.

Painter podniósł się i pokręcił głową.

– Skąd mam wiedzieć? Nie widziałem go od dziesięciu lat. Ale ważniejsze jest: dlaczego ktoś chciał go zabić.

Komandor spojrzał na ciało. Powinien właściwie się cieszyć, że to nie on był celem zamachu, a jeśli Painter miał rację, to prywatne śledztwo Graya nie miało nic wspólnego z zamachem.

Poczuł złość i żal, że nie uratował tego człowieka.

Profesor umarł na jego rękach.

– Pewnie szedł, żeby się ze mną spotkać – mruknął Painter i spojrzał na zamek. – Ale po co?

Gray wyciągnął brudną od krwi dłoń, na której spoczywała stara moneta.

– Myślę, że chciał panu to przekazać.

Godzina 14.02

Gdy w oddali wyły policyjne syreny, wzdłuż Pennsylvania Avenue szedł powoli starszy mężczyzna w szarym, zakurzonym garniturze. W jednej ręce niósł starą, poobijaną walizkę, drugą trzymał za rączkę dziewczynkę. Dziewięciolatka ubrana była w szarą sukienkę pasującą do garnituru mężczyzny. Ciemne włosy kontrastujące z jasną skórą miała związane w kucyk czerwoną tasiemką. Jej czarne lakierki uwalane były błotem z placu zabaw, na którym dokazywała jeszcze przed chwilą.

– Papa, czy spotkałeś swojego przyjaciela? – zapytała po rosyjsku.

Mężczyzna ścisnął jej dłoń i odpowiedział zmęczonym głosem:

– Tak, spotkałem, Sasza. Ale pamiętaj, kochanie, rozmawiamy po angielsku.

Dziewczynka zaszurała butami, słysząc tę reprymendę.

– Czy ten przyjaciel cieszył się ze spotkania?

Przypomniał sobie padającego mężczyznę, którego dokładnie widział w celowniku teleskopowym karabinu.

– Tak, kochanie. Choć chyba był trochę zdziwiony.

– Czy pojedziemy teraz do domu? Marta za mną tęskni.

– Już niedługo.

– Ale kiedy? – zapytała nadąsana i podrapała się za uchem. Między włosami błysnęło coś metalowego.

Mężczyzna puścił jej dłoń i delikatnie poprawił jej włosy.

– Musimy wpaść w jeszcze jedno miejsce, a potem pojedziemy do domu.

Zbliżali się do Dziesiątej Ulicy. Po prawej stronie wyrósł przed nimi wysoki, brzydki betonowy budynek, który ktoś próbował udekorować rzędem flag. Mężczyzna skręcił z chodnika w stronę wejścia.

To był jego docelowy punkt.

Główna siedziba Federalnego Biura Śledczego.

Godzina 15.46

Coś zabrzęczało w szafce Graya.

Rzucił się do niej, ślizgając się na mokrej podłodze. Dopiero co wyszedł spod prysznica i miał na sobie tylko ręcznik owinięty wokół bioder. Po przekazaniu dyrektorowi Crowe’owi wszystkich szczegółów dotyczących zamachu poszedł do szatni pracowniczej znajdującej się na najniższym poziomie bunkra Sigmy. Już raz wziął prysznic, następnie poszedł na ostry trening do siłowni, gdzie wyciskał sztangę i ćwiczył hantlami przez dobrą godzinę. Po siłowni znowu się wykąpał. Wyczerpujące ćwiczenia pomogły mu oczyścić umysł.

Ale nie do końca.

Nie uspokoi się, dopóki nie zdobędzie kilku odpowiedzi na pytania związane z morderstwem.

Sięgnął do metalowej szafki i wyciągnął blackberry, który wibracjami informował o połączeniu. To pewnie Crowe. Wibracje ustały, nim odebrał. Przycisnął guzik „Nieodebrane połączenia” i zmarszczył brwi ze zdziwieniem.

Dzwonił: R. Trypol.

Gray prawie o nim zapomniał.

Kapitan Ron Trypol z Wywiadu Marynarki Wojennej.

Trypol dowodził operacjami ratunkowymi na indonezyjskiej wyspie Pusat. Miał na dziś sporządzić raport o efektach podnoszenia z dna statku wycieczkowego Mistress of the Seas. Dysponował dwoma batyskafami, które przeszukiwały miejsce zatonięcia statku.

W pobliżu wyspy Pusat po raz ostatni widziano Monka Kokkalisa, gdy wciągała go pod wodę obciążona sieć, w którą się zaplątał. Kapitan Trypol podjął się poszukiwania ciała. Był starym przyjacielem i dawnym kolegą wdowy po Monku, Kat Bryant. Tego ranka Gray udał się do siedziby Narodowego Centrum Wywiadu Marynarki Wojennej w Suitland, w Marylandzie, mając nadzieję, że zdobędzie jakieś informacje o tej operacji. Kazano mu czekać na oficjalny raport. To właśnie dlatego wracał w pośpiechu do siedziby Sigmy; chciał poprosić dyrektora, by przycisnął ludzi z Wywiadu Marynarki Wojennej.

Dręczyły go wyrzuty sumienia, że zupełnie zapomniał o tej sprawie. Przycisnął klawisz oddzwaniania i podniósł telefon do ucha. Czekając na połączenie, usiadł na ławce i wpatrywał się w szafkę po drugiej stronie szatni. Czarnym markerem na papierowej taśmie napisano nazwisko jej użytkownika.

KOKKALIS.

Choć Monk najprawdopodobniej zginął, nikt nie chciał odkleić tej taśmy. Wszyscy mieli cichą nadzieję, którą Gray wciąż podsycał. Był to winien przyjacielowi.

Monk awansował w Sigmie równo z Grayem. Został zwerbowany z Zielonych Beretów w tym samym czasie, gdy Graya wyciągnięto z więzienia Leavenworth, gdzie był przetrzymywany za uderzenie starszego stopniem oficera podczas swojej służby wojskowej w Rangersach. Szybko się zaprzyjaźnili, choć wyglądali jak Flip i Flap, bo Monk był niski, miał zaledwie metr sześćdziesiąt wzrostu, dość korpulentny i wyglądał jak pitbul, a Gray był wysoki, żylasty i szczupły. Ale prawdziwa różnica między nimi leżała znacznie głębiej. Monk miał w sobie życzliwość, którą temperował bezkompromisową naturę przyjaciela. Gdyby nie Monk, Gray pewnie wyleciałby z Sigmy na zbity pysk tak jak wcześniej z Rangersów.

Czekając na połączenie, komandor rozmyślał o swoim koledze. W ciągu ostatnich kilku lat przeżyli razem wiele przygód. Monk miał kilka blizn po ranach od kul. Podczas jednej z misji stracił lewą dłoń i założono mu protezę. Siedząc na ławeczce i rozpamiętując wspólne wyprawy, Gray niemal słyszał szczekliwy śmiech Monka… człowieka o ilorazie inteligencji geniusza, mającego dyplom z medycyny sądowej i olbrzymią wiedzę z różnych dziedzin nauki.

Jak to się mogło stać, że człowiek tak silny i pełen życia nagle zginął bez śladu?

Wreszcie ktoś odebrał.

– Kapitan Ron Trypol, słucham – odezwał się w słuchawce ostry głos.

– Kapitanie, tu Gray Pierce.

– A to pan, komandorze. Świetnie. Miałem nadzieję, że złapię pana jeszcze po południu. Zaraz mam następne spotkanie.

– Co nowego, kapitanie?

– Powiem szczerze: otrzymałem rozkaz zaprzestania poszukiwań.

– Słucham?

– Udało nam się wydobyć dwadzieścia dwa ciała. Porównanie dokumentacji stomatologicznych nie wskazało, żeby wśród nich był pański przyjaciel.

– Tylko dwadzieścia dwie ofiary? – zdziwił się Gray, bo zginęło znacznie więcej osób.

– Wiem, że to mało, komandorze. Ale proszę pamiętać, że nasze poszukiwania utrudniała duża głębokość i ciśnienie. Całe dno jest pełne podwodnych jaskiń i tuneli lawowych, wiele z nich tworzy kilometrowe labirynty.

– No, ale przecież…

– Komandorze, dwa dni temu straciliśmy płetwonurka. To był dobry człowiek. Zostawił żonę i dwoje dzieci.

Gray przymknął powieki; znał ból po stracie bliskiej osoby.

– Przeszukiwanie tych jaskiń to ryzykowanie życia kolejnych ludzi. I po co?

Cisza.

– Komandorze Pierce, zakładam, że nie otrzymał pan żadnych innych zaszyfrowanych wiadomości?

Gray westchnął.

By zapewnić sobie współpracę kapitana, wykorzystał jedną wiadomość, którą otrzymał… przynajmniej tak mu się wydawało. Przyszła kilka tygodni po zaginięciu Monka. Po tragicznych wydarzeniach na wyspie jedyną rzeczą ocalałą po przyjacielu była proteza jego dłoni, dzieło sztuki biotechnologii, stworzone przez naukowców DARPA, którzy nawet wbudowali w nie bezprzewodowy interfejs radiowy. Podczas przewożenia protezy na miejsce pogrzebu Monka sztuczne palce zaczęły wystukiwać sygnał SOS. Transmisja trwała zaledwie kilka sekund – i tylko Gray ją widział. Potem już nie było żadnego sygnału. Technicy przebadali protezę i doszli do wniosku, że było to jakieśzakłócenie. Cyfrowy rejestrator nie odebrał żadnego sygnału. Czyli było to krótkie spięcie. Nic więcej. Elektryczny duch urządzenia spłatał figla.

Mimo to Gray wciąż miał nadzieję – nawet po kolejnym tygodniu bezowocnych poszukiwań.

– Komandorze?

– Nie, nie dostałem już żadnych wiadomości – odparł ze smutkiem.

Trypol milczał przez chwilę, po czym powiedział powoli uspokajającym tonem:

– Może trzeba porzucić płonne nadzieje, komandorze. Dla obopólnego dobra. A co z żoną pańskiego przyjaciela? Co ona na to wszystko?

To dopiero była bolesna sprawa. Gray żałował, że w ogóle wspomniał o Kat w rozmowie z kapitanem. Ona i Monk mieli dziecko, małą Penelope. Może jednak nie powinien o tym mówić? Kat wysłuchała sprawozdania Graya ze stoickim spokojem. Stała w czarnej, żałobnej sukience, jakby kij połknęła, z oczami przepełnionymi bólem. Niemal straciła już nadzieję, ale Gray rzucił jej linę ratunkową, bardzo cienką linę. Spojrzała na Penelope siedzącą w czarnej limuzynie i po chwili popatrzyła na Graya. W milczeniu pokręciła głową, nie potrafiła pogodzić się z tym, że może go stracić po raz drugi. Była psychicznie rozbita. I jeszcze mała Penelope, krew z krwi i kość z kości Monka.

Rozumiał ją, ale kontynuował prywatne śledztwo. Nie rozmawiał z nią od dnia pogrzebu. Zawarli obustronny, cichy pakt. Nie chciała słyszeć żadnych wieści, dopóki nie będzie ostatecznie wiadomo, co tam się naprawdę wydarzyło. Matka Graya spędziła kilka dni z Kat i jej dzieckiem. Nie wiedziała nic o sygnale SOS, ale wyczuwała, że żona Monka nie pogodziła się do końca z losem.

„Jest przybita”, powiedziała o Kat.

Gray doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Mimo wszystko Kat kurczowo trzymała się tej liny ratunkowej; w głębi duszy wciąż żywiła nadzieję. I właśnie dlatego cierpiała.

Dla jej dobra, dla dobra rodziny Monka, trzeba wreszcie pogodzić się z brutalną rzeczywistością.

– Dziękuję za pana starania, kapitanie – mruknął w końcu.

– Zrobił pan wszystko co możliwe, komandorze. Obaj o tym wiemy. Ale życie toczy się dalej.

Gray odchrząknął.

– Proszę przyjąć szczere kondolencje z powodu straty przyjaciela, komandorze.

– Dziękuję i wszystkiego najlepszego, kapitanie.

Komandor się rozłączył. Wstał i głęboko odetchnął. Podszedł do szafki Monka i przyłożył palce do chłodnej stalowej powierzchni.

Tak mi przykro.

Zdrapał koniuszek taśmy z nazwiskiem i oderwał ją z szafki.

Przestał uganiać się za duchami.

Żegnaj, Monk.

Godzina 16.02

Painter zakręcił antyczną monetą na blacie biurka. Patrzył, jak się srebrzy, zastanawiając się, jaką kryje tajemnicę. Przyniesiono ją z laboratorium pół godziny wcześniej. Zapoznał się z raportem na jej temat. W poszukiwaniu odcisków palców przeprowadzono mapowanie laserowe; jej metaliczną powierzchnię oraz znajdujący się na niej osad poddano analizie w spektrometrze masowym; zrobiono mnóstwo fotografii, nawet przy użyciu mikroskopu stereoskopowego.

Moneta zwolniła i opadła płasko na mahoniowy blat. Jej starannie oczyszczona powierzchnia błyszczała, ukazując wizerunek frontonu greckiej świątyni z sześcioma doryckimi kolumnami.

Na tle świątyni wybito dużą literę.

E

Grecka litera epsilon.

Na rewersie znajdowało się popiersie kobiety i dwa słowa pod spodem: DIVA FAUSTINA. Z otrzymanego raportu wynikało, że pochodzenie monety nie stanowiło tajemnicy.

Ale co znaczyło…?

Zabrzęczał interkom.

– Dyrektorze Crowe, przyjechał komandor Pierce.

– Bardzo dobrze. Niech wejdzie.

Painter przysunął raport, gdy otwarły się drzwi. Wszedł Gray. Jego czarne włosy były uczesane, choć jeszcze mokre po prysznicu. Zmienił zakrwawione ubranie na zielony T-shirt z napisem ARMY na piersiach, czarne dżinsy i buty wojskowe. Painter zauważył na twarzy podwładnego cień smutku, ale jednocześnie w jego szaroniebieskich oczach dostrzegł ulgę, że nadszedł kres mitręgi. Domyślił się, o co chodzi. Własnymi kanałami dowiedział się o wszystkim z Biura Wywiadu Marynarki Wojennej.

Wskazał ręką krzesło, by komandor usiadł.

Gray z uwagą i zainteresowaniem przyglądał się leżącej na biurku monecie.

To dobrze, pomyślał Painter i przesunął monetę po blacie w jego kierunku.

– Gray, wiem, że złożyłeś wniosek o urlop bezpłatny bez podania terminu powrotu, ale chciałbym, żebyś zajął się tą sprawą.

Komandor nie wykonał żadnego ruchu, by dotknąć monety.

– Czy mogę najpierw o coś spytać?

Dyrektor skinął głową.

– Chodzi o tego zabitego mężczyznę. Tego profesora.

– Archibalda Polka.

– Wspomniał pan, że wyglądało na to, jakby szedł właśnie do nas, by się z panem spotkać.

Painter skinął głową. Podejrzewał, że właśnie tego będzie dotyczyło pytanie.

– Więc profesor Polk wiedział o Sigmie? Jej istnienie utrzymywane jest w tak wielkiej tajemnicy, a on coś wiedział?

– Tak. Poniekąd.

Komandor zmarszczył brwi.

– Poniekąd?

– Sigma to jego pomysł.

Painter z satysfakcją przyglądał się zdziwieniu podwładnego. Gray był zaszokowany tą informacją. Otrząsnął się i wyprostował na krześle.

Dyrektor uniósł rękę.

– Odpowiedziałem na twoje pytanie, Gray. Teraz ty odpowiedz na moje. Weźmiesz tę sprawę?

– Po tym jak profesor został zastrzelony i skonał na moich rękach, też chciałbym poznać odpowiedzi na wiele pytań.

– A co z twoimi… działaniami pozaprogramowymi?

W oczach Graya pojawił się ból.

– Podejrzewam, że pan już wszystko wie, dyrektorze.

– Tak. Marynarka zakończyła poszukiwania.

Gray westchnął głęboko.

– Próbowałem wszystkiego. Więcej nic nie zdziałam.

– Nadal myślisz, że Monk żyje?

– Nie… nie wiem.

– I mimo to poradzisz sobie?

Popatrzyli sobie w oczy i Gray nie odwrócił wzroku.

– Będę musiał.

Painter kiwnął głową.

– W takim razie porozmawiajmy o tej monecie.

Gray wziął ją do ręki. Obracał między palcami i z uwagą przyglądał się oczyszczonym powierzchniom.

– Czy udało się panu coś konkretnego o niej dowiedzieć?

– Nawet sporo. Pochodzi z czasów rzymskich, wybito ją w drugim wieku naszej ery. Przyjrzyj się popiersiu kobiety. To Faustyna Starsza, żona cesarza Antoninusa Piusa. Była patronką osieroconych dziewcząt i wspomagała wiele kobiet. Fascynowała się też kapłankami Sybilli, wieszczkami z pewnej świątyni w Grecji.

Painter palcem wskazał, by Gray spojrzał na rewers.

– To jest właśnie świątynia w Delfach.

Leżący na biurku dyrektora raport o monecie zawierał także historyczne informacje o wyroczni, wyczerpująco opisujące, w jaki sposób kobiety poddawały się halucynogennemu działaniu oparów wydobywających się ze szczeliny w skale, dzięki czemu odpowiadały na pytania o przyszłość. Ich przepowiednie były czymś więcej niż tylko wróżbiarstwem, ponieważ wyrocznie miały olbrzymi wpływ na życie w starożytności. W ciągu tysiąca lat istnienia świątyni przepowiednie wyroczni odegrały znaczącą rolę w uwolnieniu tysięcy niewolników, pozwoliły na zasianie idei demokracji i głosiły świętość życia ludzkiego. Niektórzy naukowcy twierdzili, że słowa wyroczni w dużej mierze przyczyniły się do przejścia Grecji od barbarzyńskiej przeszłości do nowoczesnego systemu społecznego.

– Ale co znaczy ta duża litera E na tle świątyni? – zapytał Gray. – Domyślać się mogę jedynie, że jest to epsilon.

– Tak. Ona też ma związek ze świątynią delficką. Na jej ścianach odkryto kilka różnych napisów, jeden z nich: Gnothi seauton, znaczy…

– „Poznaj siebie” – dokończył Gray.

Dyrektor przytaknął. Przypomniał sobie właśnie, że Gray nieźle się zna na starożytnych filozofiach. Gdy Painter go wyciągał z więzienia Leavenworth, Gray studiował na własną rękę chemię i taoizm. Jego niezwykły, intrygujący umysł od razu zafascynował Paintera. Ale coś za coś. Gray nie zawsze potrafił działać w zespole, co udowodnił w ciągu ostatnich kilku tygodni. Painter ucieszył się, że Gray w końcu się skoncentrował.

– Ta tajemnicza litera E – ciągnął dyrektor, wskazując głową na monetę – była wyryta na ścianie wewnętrznego sanktuarium.

– Ale co ona znaczy?

Painter wzruszył ramionami.

– Nikt tego nie wie. Nawet Grecy. Historycy przez wiele wieków, począwszy od Plutarcha, głowili się nad jej znaczeniem. Najnowsza teoria wysunięta przez współczesnych badaczy głosi, że kiedyś musiały być tam dwie litery: G i E, oznaczające Boginię Ziemi, Gaję. Najstarsza świątynia w Delfach została poświęcona Gai.

– No dobrze, ale skoro to znaczenie nie zostało przez nikogo odkryte, po co umieszczono literę na monecie?

Dyrektor pchnął raport w stronę Graya.

– Poczytaj więcej na ten temat. Wraz z upływem czasu litera E stała się symbolem kultu wieszczek. Przez kolejne stulecia ten symbol pojawiał się na różnych obrazach, łącznie z malowidłem Nicolasa Poussina Wyświęcenie, na którym litera E pojawia się nad głową Jezusa wręczającego klucze do królestwa świętemu Piotrowi. Ten symbol miał oznaczać olbrzymie zmiany dla ludzkości zapoczątkowane przez jednego człowieka bez względu na to, czy miała nim być Pytia, czy też Jezus z Nazaretu.

Gray odłożył teczkę z dokumentami na biurko i pokręcił głową.

– Ale co to wszystko ma wspólnego z naszym denatem? – Wziął srebrną monetę do ręki. – Czy ona jest tak cenna? Czy była warta czyjejś śmierci?

Painter pokręcił głową.

– Z pewnością nie. Ma swoją wartość, ale to żadne wielkie pieniądze.

– Więc o co w tym wszystkim chodzi?

Zabrzęczał interkom na biurku.

– Dyrektorze Crowe, przepraszam, że przeszkadzam – odezwała się sekretarka.

– Co się dzieje, Brant?

– Dzwonił doktor Jennings z laboratorium kryminalistycznego. Prosił o zorganizowanie pilnej telekonferencji.

– Dobrze. Przełącz go na pierwszy monitor.

Gray wstał, szykując się do wyjścia, ale Painter ruchem ręki nakazał mu, by został, a sam obrócił się w fotelu. Biuro wewnątrz bunkra nie miało okien, ale za plecami dyrektora wisiały na ścianie trzy olbrzymie ekrany plazmowe. To były jego okna na świat. Podczas rozmowy pozostawały wyłączone, ale teraz na tym z lewej strony pojawił się obraz.

Ujrzeli wnętrze jednego z laboratoriów medycyny sądowej. Na pierwszym planie stał doktor Jennings. Ten sześćdziesięcioletni szef działu badawczo-naukowego pracującego na potrzeby Sigmy miał na sobie chirurgiczny strój. Przezroczystą plastikową osłonę chroniącą twarz zsunął na czubek głowy. Za nim widać było typowe laboratorium lekarza sądowego: betonową podłogę, rzędy cyfrowych urządzeń diagnostycznych, a na stole pośrodku zwłoki z szacunkiem okryte prześcieradłem.

Ciało profesora Archibalda Polka.

Malcolm Jennings musiał się pospierać trochę przez telefon z kolegami z kostnicy miejskiej, zanim wydano mu ciało, ale był na tyle znanym specjalistą medycyny sądowej, że nie miał z tym większych problemów.

Z wyrazu jego twarzy można było odczytać, że dzieje się coś niedobrego.

– Co słychać, Malcolmie?

– Musiałem ogłosić kwarantannę w laboratorium.

– Zagrożenie skażeniem? – zapytał Painter, wyczuwając powagę sytuacji.

– Nie jest aż tak źle, ale zdecydowanie mamy pewien problem. Pokażę ci. – Zniknął z monitora, ale słychać było jego głos. – Pewnych podejrzeń nabrałem już po wstępnych oględzinach ciała. Odkryłem fragmenty skóry pozbawione włosów, zęby bez szkliwa, oparzenia ciała. Nawet gdyby ofiary nie zastrzelono, to idę o zakład, że umarłaby w ciągu kilku dni.

– Co masz na myśli, Malcolmie?

Musiał się przesłyszeć. Lekarz znowu pojawił się na monitorze, ale tym razem ubrany w ciężki fartuch ochronny. W ręce trzymał detektor połączony kablem z czymś przypominającym czarną różdżkę.

Gray wstał i przysunął się do monitora.

Doktor Jennings poruszał pałeczką nad zwłokami. Skrzynka w drugiej ręce zaczęła wydawać wściekłe trzaski. Lekarz odwrócił się do kamery.

– To ciało jest napromieniowane.

2

Waszyngton, USA5 września, godzina 17.25 czasu miejscowego

Gray ruszył chodnikiem wzdłuż Smithsonian Castle; promenadę miał po lewej stronie. Żar lejący się z nieba sprawił, że była prawie pusta.

Minął oddzielone policyjną taśmą miejsce przestępstwa. Ekipa z laboratorium kryminalistycznego zakończyła swoje działania, ale teren pozostał oznaczony i był strzeżony przez posterunkowego.

Gray szedł wzdłuż Jefferson Drive. Za plecami miał potężnego ochroniarza, którego obecność starał się ignorować. Nie prosił o ochronę, a szczególnie nie przez takiego typa. Dotknął mikrofonu przyczepionego do szyi na wysokości krtani i cicho powiedział:

– Mam trop.

Szum w bezprzewodowej słuchawce wetkniętej do ucha zagłuszył odpowiedź. Przechylając głowę, Gray poprawił jej położenie.

– Słucham? – zapytał szeptem.

– Czy możesz iść za tropem?

– Tak… tylko nie wiem, jak daleko nas to prowadzi. Odczyt jest słaby. – To właśnie Gray zaproponował ten plan. Przyglądał się urządzeniu trzymanemu w ręce: przenośnemu detektorowi promieniowania Gamma-Scout. Był to licznik Geigera-Müllera składający się z charakterystycznej tuby wypełnionej halogenem. Licznik był bardzo czuły, zwłaszcza że dostosowano go specjalnie do wyłapywania strontu-90, który wykryto w ciele profesora Polka. Gray miał nadzieję, że profesor zostawił za sobą radioaktywny ślad umożliwiający prześledzenie jego wędrówki.

– Postaraj się, Gray. Każda informacja o miejscach przebywania profesora w ostatnich dniach może mieć dla nas kluczowe znaczenie. Próbujemy dodzwonić się do jego córki, ale nigdzie nie możemy jej złapać.

– Pójdę tym tropem, póki będzie odczyt. – Gray szedł chodnikiem, spoglądając na licznik. – Zgłoszę się, gdy tylko coś znajdę.

Rozłączył się i kroczył dalej chodnikiem promenady. Gdy przeszedł połowę kwartału, detektor zamilkł. Gray zaklął i zaczął się cofać, wpadł przy tym na ochroniarza, który podążał za nim jak cień.

– Do cholery, Pierce – mruknął zezłoszczony facet. – Dopiero co wypastowałem buty.

Gray spojrzał przez ramię na byłego żołnierza piechoty morskiej, Joego Kowalskiego, którego ubranie zupełnie nie pasowało do postury. Z cieniem zarostu na twarzy i złamanym nosem wyglądał jak ogolony goryl wciśnięty w pognieciony sportowy garnitur.

Kowalski pochylił się i brzegiem rękawa marynarki wypolerował półbuty.

– Zapłaciłem za nie trzy stówy. To ręcznie szyte buty Chukkas importowane z Anglii. Musiałem zamówić specjalny rozmiar.

Gray oderwał wzrok od licznika promieniowania i spojrzał spod oka na olbrzyma.

Kowalski chyba się zorientował, że powiedział za dużo. Wyglądał na zmieszanego.

– No dobra, po prostu kocham buty. No i co z tego? Miałem mieć randkę, ale… ona ją odwołała.

Inteligentna dziewczyna.

– Przykro mi.