Wydawca: Od deski do deski Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 306 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ostatnia wizyta - Jacek Ostrowski

Ostatnia wizyta to mroczna opowieść o czasach, które minęły, ale których cień wciąż pada na naszą rzeczywistość.

Po wojnie wystarczyło mieć głowę na karku i tetetkę w kieszeni, żeby szybko się wzbogacić. Jednak w 1970 roku w Koninie Zbigniew Pielach nie może rozwiązywać problemów po staremu – długi narastają i grozi mu zlicytowanie domu. Pewnego dnia odwiedza go towarzysz major Orłowski. Zbigniew miał głęboką nadzieję, że przyjaciele z Kraju Rad zapomnieli o nim, w końcu minęło 13 lat od ostatniej misji. Pielach dostaje zlecenie porwania lekarki Stanisławy Krzemińkej, kobiety, którą kiedyś może nawet kochał. Nie zamierza dać sobą pomiatać przełożonym – chce wykiwać nie tylko milicję, ale i zleceniodawców. I jeszcze na tym zarobić gruby szmal. Jacek Ostrowski w książce próbuje rozwikłać zagadkę, która pozostaje nierozwiązana od prawie pół wieku. Autor stworzył opowieść na podstawie aktów sądowych i rozmów z prokuratorem, który kierował śledztwem. 

 

Opinie o ebooku Ostatnia wizyta - Jacek Ostrowski

Fragment ebooka Ostatnia wizyta - Jacek Ostrowski

Zarys fabuły książki Ostatnia wizyta jest oparty na prawdziwych zdarzeniach. Trzeba jednak pamiętać, że tekst nie jest reportażem, tylko dziełem fikcji literackiej. Nie należy go traktować jak dokumentu. Wypowiedzi i myśli bohaterów, ich charakterystyka, a także opisy szczegółów miejsc i wydarzeń nie mogą stanowić źródła wiedzy o faktach.
Redakcja: PAWEŁ WIELOPOLSKI
Korekty i łamanie: AGATA MOŚCICKA, biały-ogród.pl
Projekt graficzny serii: manukastudio.pl
Zdjęcie na okładce © Jonathan Kirn/Corbis via Getty Images
© Copyright for this edition by Od Deski Do Deski, Warszawa 2017 © Copyright for the text by Jacek Ostrowski 2017
Wydanie I
ISBN 978-83-65157-20-1
Wydawnictwo OD DESKI DO DESKI Sp. z o.o. ul. Puławska 174/11, 02-670 Warszawaoddeskidodeski.com.pl
Konwersja: eLitera s.c.
.
Czytelniku, korzystaj legalnie! Nad książką ciężko pracował autor i wiele innych osób. Uszanuj ich trud i korzystaj z książki w legalny sposób. Dzięki temu będziemy mogli sobie pozwolić, by przygotować dla Ciebie kolejne znakomite lektury.

24 kwietnia, piątek

TEN TYDZIEŃ BYŁ WYJĄTKOWO CIEPŁY jak na tę porę roku, prawie letni, po ciężkiej zimie nie było śladu. Już od poniedziałku Pielach wziął się ostro za robotę. Zaczął od dachu, wszedł w końcu na jego czubek i poprawił dachówki. We wtorek drucianą szczotką zdrapał z siatki rdzę i położył świeżą farbę kupioną od kierowcy z komitetu, którego syn pracował w stoczni w Gdańsku. To była dobra farba, bo z zachodu. Malowali nią okręty. Z ogrodzeniem zeszło mu do czwartku.

Towarzysze z KGB jakby zapadli się pod ziemię, ale Pielach czuł podświadomie, że wkrótce ich zobaczy. Dzień rozpoczął od rąbania drzewa. W marcu ściął dwie jabłonki i teraz musiał ich konary rozłupać na małe kawałki.

– Zbigniew, telefon! – Usłyszał głos Hanki.

Wbił siekierę w pieniek i poszedł odebrać.

– Pielach, słucham.

– Witajcie, towarzyszu. – To był Orłowski.

Zbigniewowi zadrżała ręka. Odruchowo zamknął drzwi do pokoju. Wolał, żeby żona tego nie słyszała.

– Macie zadanie do wykonania, bardzo ważne zadanie. Musimy się spotkać.

– Kiedy? – zapytał oschle.

– Jak najszybciej, już dziś. Za godzinę wasza żona pójdzie do pracy do księgarni, czekajcie na nas w domu.

– Będę – powiedział i odłożył słuchawkę.

***

Łudził się, że po wojnie o nim zapomną. To był styczeń 1957 roku, było cholernie zimno, dobrze wszystko pamiętał. Przyjechali z zaskoczenia, czarny poniemiecki opel zajechał przed dom. Skąd wiedzieli, że akurat będzie sam? Pewnie już wtedy go śledzili. Było ich dwóch, w cywilu. Od razu poznał, że to wojskowi. Zdradził ich charakterystyczny krok, sprężystość ruchów, tego nabywa się tylko w armii. Mętnie się przedstawili, pokazali jakieś legitymacje. O więcej nie pytał, domyślał się, kim naprawdę są.

W samowarze zaparzył herbatę, usiedli w pokoju przy stole. Obydwaj nieznajomi byli w zbliżonym wieku, tak na oko mieli po czterdzieści kilka lat. Krótko przystrzyżeni, w identycznych szarych garniturach, nawet byli do siebie podobni. Twarze mieli pociągłe, rysy ostre, zarost na policzkach ciemny, dwudniowy.

– Ja jestem major Kowaljew, a to starszy lejtnant Borysow. Przysyła nas pułkownik Topajew – odezwał się jeden z niespodziewanych gości.

– Nie znam go – odparł.

Mówił prawdę. Ich nazwiska też nic mu nie mówiły. Na pewno były fałszywe.

– Topajew jest uczniem generała Iwana Sierowa. Jego chyba znacie? Wprawdzie Sierow jest już na emeryturze, ale wy służyliście nie jemu, a ojczyźnie, towarzyszu. Zgadza się?

Zawahał się, to mogła być prowokacja, nie znał przecież tych ludzi.

– Nie wiem, o czym mówicie.

Nieznajomi spojrzeli po sobie porozumiewawczo.

– Towarzysz ma słabą pamięć – powiedział Borysow. – My mu pomożemy, my mu ją odświeżymy. W czterdziestym czwartym byliście oddelegowani do Lublina i Majdanka. Muszę przyznać, że tam się wykazaliście, generał Sierow był pod dużym wrażeniem, a jego trudno zadziwić. Czy mam mówić dalej? Polakom na pewno podobałyby się wasze fotki z tamtego okresu. To by nimi wstrząsnęło, wierzcie mi.

Spojrzał wymownie na pobladłego Pielacha, który w mig zorientował się, że nie ma sensu iść w zaparte, oni faktycznie byli z NKWD.

– Czego chcecie? Już od lat dla was nie pracuję.

– A czy, towarzyszu lejtnancie, zwolniliśmy was ze służby? My nie mamy tego odnotowanego w naszych papierach. Zapominacie, że nieraz dupę wam ratowaliśmy. Nic na tym świecie nie jest za darmo. Za wszystko trzeba zapłacić.

– Wszystko spłaciłem, to była wzorowa służba. Dałem wam na widelcu kilka polskich tłustych ryb. Nie zaprzeczycie, prawda?

– Wtedy pracowaliście dla tego zbrodniarza Stalina i jego popleczników, oni zostali już osądzeni. Macie szczęście, że lustracja i was nie sięgnęła. Teraz jest inna władza, prawdziwa władza ludu pod przywództwem towarzysza Chruszczowa i macie szansę się zrehabilitować za wasze wcześniejsze grzeszki. Wyciągamy do was rękę. Chyba jej nie odtrącicie?

Nic na to nie odparł, wstał od stołu i podszedł do kredensu. Wyjął z niego butelkę wódki i trzy kieliszki. Postawił je na stole i rozlał alkohol. W milczeniu wypili.

– Co mam zrobić?

– To, co zawsze, towarzyszu, to, w czym jesteście najlepsi.

Doskonale pamiętał ten dzień. 22 stycznia 1957 roku. Tuż przed południem Pielach dotarł pociągiem do Warszawy. Ze stacji odebrało go kolejnych dwóch nieznajomych. Musieli wcześniej widzieć jego zdjęcie, bo natychmiast wyłuskali go z tłumu podróżnych.

Wsiedli do taksówki, czarnej warszawy garbusa, i pojechali w stronę miasta. Przez całą drogę nie odezwali się do siebie ani słowem. Mimo że kiedyś tu służył, zbyt dobrze nie znał miasta, nie wiedział, gdzie go zawieźli, ale to nie było daleko.

Wysiedli przed jakąś dużą kamienicą i weszli do środka. Zaprowadzono go do piwnic, to był jakiś schron przeciwlotniczy, i tam kazano mu czekać. Ci ludzie nie przypadli mu do gustu, byli cholernie spięci. Nie podobało mu się to wszystko.

Co chwila wpatrywał się w cyferblat zegarka i czekał. Dobrze wiedział, po co tu przyjechał. Miał to zrobić i natychmiast zniknąć. Na ulicy powinien czekać na niego samochód, ostatni pociąg do Poznania odchodził tuż po piętnastej. Za żadne skarby nie mógł się spóźnić, musiał jak najszybciej zniknąć. Wszystko zaplanowano co do minuty. Wciąż nie potrafił zrozumieć, czemu go wynajęto, czemu ci ludzie sami nie załatwią sprawy, przecież to jest proste. Chcieli mieć na niego haka?

Zbliżała się czternasta, było już późno, pociąg nie będzie czekać. Nagle usłyszał kroki, wreszcie się zjawili. Kilka osób schodziło po schodach. Zobaczył ich. Ci sami mężczyźni, którzy go tu wcześniej przywieźli, prowadzili chłopaka, miał góra piętnaście lat. Był bardzo spłoszony, cały się trząsł ze strachu, w usta miał wciśniętą jakąś szmatę, w ręku trzymał tornister. Zatrzymali się w połowie korytarza. Teraz przyszła pora na niego. Podszedł do chłopaka. Widział trwogę w jego oczach, lubił ten widok, zawsze go to nakręcało. Energicznym ruchem założył mu na głowę worek.

– Idźcie stąd! – rozkazał tamtym. – Teraz to ja się nim zaopiekuję.

Zobaczył w ich oczach coś, co go zdziwiło, jakby pogardę. Tego też nie rozumiał, przecież ich wyręczał, odwalał za nich całą brudną robotę, oni nie mieli w sobie tyle odwagi.

Bez słowa opuścili piwnicę. Odczekał, aż ucichły ich kroki. Chłopak wciąż się trząsł ze strachu niczym osika.

– Nie bój się – szepnął mu do ucha i popchnął go w kierunku najbliższej toalety.

Tamten zatoczył się, więc go przytrzymał, żeby nie upadł. Po drodze sięgnął ręką po gruby żebrowany pręt oparty o ścianę, wcześniej przygotowany na tę okoliczność. Poczuł w dłoni lodowaty chłód stali. Zważył go w ręku, był ciężki. Znów popchnął swoją ofiarę, a kiedy stanęli w progu kabiny, zamachnął się z całej siły. Pręt ze świstem przeciął powietrze i spadł na głowę chłopaka. Worek przytłumił cichy jęk, ciało bezwładnie osunęło się na posadzkę.

Schylił się, żeby się upewnić, że ofiara nie żyje. Chłopak jeszcze dychał. Zza pazuchy wyjął długi nóż, takich samych używały służby specjalne. Ten kupił niedawno w Poznaniu na bazarze. Położył chłopaka na plecach, oparł się lewym kolanem o jego pierś. Pod nogą poczuł drżenie.

Ostrze noża wypuściło życie z ciała nieszczęśnika niczym powietrze z balonika. Teraz był pewny, że robotę wykonał należycie.

Spojrzał na zegarek. Dobrze, jak się uwinie, to zdąży na pociąg. Podniósł teczkę ofiary, otworzył ją i wysypał całą jej zawartość na trupa. Coś go zaintrygowało, nachylił się i wziął do ręki zeszyt, spojrzał na pierwszą stronę i wtedy zobaczył z przerażeniem nazwisko właściciela[1].

– O kurwa!

Zatrzasnął za sobą drzwi kabiny i pobiegł do wyjścia. Na ulicy, tak jak wcześniej uzgodniono, czekał na niego stary czarny opel z kierowcą. Wsiadając do środka, kątem oka zobaczył w oddali znajomą twarz. Spuścił głowę, ale nie był pewny, czy nie za późno, czy przypadkiem nie został rozpoznany.

Za kierownicą auta siedział starszy lejtnant Borysow, czy jak mu tam było naprawdę.

– W co wy mnie, do cholery, wrobiliście?!

– Spokojnie, nikt was z tym nie powiąże – powiedział Borysow. – Byliście tylko egzekutorem.

– Jest jeszcze jeden problem.

– Jaki? Mówcie!

– Widziałem na ulicy znajomą twarz. To kumpel z czasów wojny, Piotr Abramowicz. Jeśli mnie poznał, to trafią do mnie.

– Wtedy będziemy się martwić, teraz musicie zdążyć na pociąg.

***

Z ulicy dochodził głośny warkot silnika samochodu, po chwili zapiszczały hamulce.

Zbigniew spojrzał na zegarek, dochodziło południe, czarna wołga na warszawskich numerach rejestracyjnych zatrzymała się przed bramą. Wysiadło z niej dwóch wysokich mężczyzn w garniturach.

Orłowskiego poznał od razu, drugiego widział pierwszy raz w życiu.

– Wejdźcie. – Wskazał ręką drzwi prowadzące do jadalni.

Przez chwilę z ciekawością rozglądali się po pokoju. Ich zainteresowanie wzbudziła Ostatnia wieczerza w złotych ramach wisząca nad stołem. Orłowski jedynie uśmiechnął się z politowaniem, ale nie skomentował obrazu.

Gospodarz przez chwilę wiercił się nerwowo. W końcu nie wytrzymał.

– Czego potrzebujecie? Straciłem już przez was czynsz za wynajem dwóch pokoi, dlatego załatwmy to szybko.

– Wiemy, wiemy, towarzyszu – odezwał się Orłowski. – To starszy lejtnant Makarow. – Wskazał ręką kolegę. – Obydwaj jesteśmy z KGB, jak już się pewnie zorientowaliście. Nie muszę chyba przypominać, że obowiązuje was tajemnica i nie wolno wam z nikim o naszej wizycie rozmawiać, nawet z waszym przyjacielem, towarzyszem Jemiołą z SB. Nie mamy za grosz zaufania do Polaków, oni nie radzą sobie z niczym, są nieporadni i dlatego my musimy działać. Sami wyłuskamy w ich kraju szkodliwe elementy. To jest nie do przyjęcia, żeby w samym środku naszego bloku komunistycznego działały, i to tak bezczelnie, polskie elementy wywrotowe, a nawet reakcja.

– Ja nie zajmuję się polityką, nie znam się na tym – wtrącił Zbigniew, znudzony tą ideologiczną przemową.

– Nie bądźcie tacy skromni, wiemy dużo o waszych zasługach, ale teraz to prosta sprawa.

Major sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął z niej zdjęcie. Położył je na stole tuż przed Pielachem.

– Znacie tę kobietę? – zapytał.

Zbigniew nachylił się nad czarno-białą fotografią. Uśmiechała się na niej jakaś starsza babka, na oko sześćdziesięcioparoletnia. Zawahał się na chwilę. Te rysy twarzy, tak jakby już kiedyś ją widział. Musiała być podobna do kogoś, kogo znał.

– Nie znam jej. – Pokręcił głową. – Kto to jest?

– Na pewno? Nazywa się Stanisława Krzemińska, jest lekarzem, pediatrą.

Przyjrzał się uważnie zdjęciu.

– Nie, widzę ją pierwszy raz, nazwisko też nic mi nie mówi. – Zbigniew nie blefował.

Major i starszy lejtnant wymienili porozumiewawcze spojrzenia, po czym Orłowski ponownie sięgnął do kieszeni. Położył na stole następne zdjęcie.

– A tę znacie?

Ta fotka była w dużo gorszym stanie. Bardzo stara, może nawet z czasów wojny. Na zdjęciu zobaczył młodą elegancką kobietę. Od razu ją poznał.

– Znam ją, ale nie pamiętam nazwiska, to bardzo stara znajomość.

– Jak bliska? – zapytał major.

– Co za pytanie? Przestańcie się nade mną pastwić. Nic poważnego. W czym rzecz?

– To się dobrze składa. To ułatwi wam wasze zadanie. Przypatrzcie się uważnie obu zdjęciom.

Zbigniew porównał fotografie. Teraz skojarzył, że na obu była ta sama kobieta.

– Jakie jest moje zadanie? – zapytał Pielach.

– Ta kobieta nas interesuje. I to bardzo. Wprawdzie sama nie angażuje się w działalność antyradziecką, ale dużo wie na ten temat. Chcemy, żeby się tym z nami podzieliła. W czasie wojny była w AK, jej dawni koledzy obecnie tworzą sam trzon organizacji wywrotowych, między innymi ksiądz Poniedzielski, kuzyn jej męża.

– Nie znam go. Nic mi to nazwisko nie mówi. Z duchownymi jest mi nie po drodze, i to od zawsze... Wystarczy mi, że moja baba całuje ich po rękach, wali im pieniądze na tacę i wiesza na ścianach takie bohomazy jak ten. – Wskazał ręką Ostatnią Wieczerzę. – Pieprzona dewotka!

– Wiemy, że go nie znacie, jego nam zostawcie. Troskliwie się nim zaopiekujemy.

– Rozumiem, że mam ją załatwić.

– Towarzyszu, czy wy nas, kurwa, słuchacie?! Z nieboszczki nic nie wyciągniemy. Potrzebujemy jej żywej i dlatego ją uprowadzicie.

Pielach spojrzał na nich podejrzliwie. Kpią sobie? Żartują? Zarżnąć jak prosiaka, strzelić prosto w łeb, zatłuc siekierą to dla niego jak splunąć, ale porwanie? To jest bardzo ryzykowne przedsięwzięcie.

– Sami nie możecie tego zrobić?

– Nas tu oficjalnie nie ma.

– Co będzie, jeśli się nie uda?

– Nie może się nie udać. Nie ma takiej opcji. Ta kobieta jest dla nas bardzo cenna.

– A jeśli...?

– Pomożemy wam, nie zostawimy samemu sobie. Możecie być o to spokojni.

– Dostanę kulkę w łeb czy powieszę się w areszcie?

– Nie ufacie nam?

– Sobie nawet nie ufam. Powiedzcie dokładnie, co mam zrobić z tą kobietą?

– Przywieziecie ją do waszego domu. Tutaj będziemy ją przesłuchiwać.

Dopiero po chwili dotarł do niego sens słów Orłowskiego.

– To jest niemożliwe, nie mieszkam sam. Jak wytłumaczę to żonie? – Zbigniew poderwał się z krzesła wzburzony. – Któreś z dzieci może niespodziewanie przyjechać!

– Siadajcie! – rozkazał major tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Pielach posłuchał.

– Coś wymyślicie – ciągnął dalej Orłowski. – Z żoną jakoś sobie dajecie radę. Przypomnijcie jej, że przez kilka lat wydawała pieniądze Michaluków.

– O czym mówicie?

– Czego znów nie rozumiecie? Nie pamiętacie waszej wyprawy do Łodzi w kwietniu sześćdziesiątego drugiego roku? Nie pamiętacie Edyty Michaluk? To nie wy wtargnęliście do kamienicy przy Piotrkowskiej? To nie wy rozwaliliście jej głowę wazonem? To nie wy wbiliście jej nóż w serce? Dziewczyna miała siedemnaście lat, całe życie było przed nią.

– To nie ja! Nie zabiłem jej. Wrabiacie mnie!

Major parsknął mu śmiechem w twarz.

– Jesteście zabawni, towarzyszu. My nie musimy was w nic wrabiać, tyle macie na sumieniu. Ciekawi nas tylko to, kto wtedy was wynajął? Żydzi? Stary Michaluk naraził im się w czasie wojny chyba bardziej niż Piasecki, co? Może SB? A może nasi koledzy z innego wydziału?

– Nie znam sprawy. Nic nie wiem – Pielach prawie krzyczał.

– Nie? To wam opowiem. Chodziły słuchy, że Żydzi w czasie wojny zapłacili Michalukowi fortunę za ukrycie swoich dzieci. On, owszem, wziął pieniądze, ale nie dotrzymał warunków umowy. Zadenuncjował sierotki do gestapo. Przyjechało, zabrało i zlikwidowało. To za pieniądze oszukanych Żydów Michaluk wybudował później fabrykę. Nie ma na to dowodów. To tylko plotki, ale skoro was ktoś wynajął, to coś w tej historii musi być na rzeczy.

– Bzdury! To nie byłem ja.

– Dobrze, nie spierajmy się, nas sprawa tej Michaluk nie obchodzi, inna kobieta nas interesuje. Przetrzymacie ją kilka dni i to wszystko.

– A jeśli mnie rozpozna?

– Towarzyszu, przestańcie zadawać pytania. Macie sześć tygodni.

[1] Wątek zasugerowany tajemniczym morderstwem Bohdana Piaseckiego, syna Bolesława Piaseckiego, twórcy Pax-u. Został on porwany sprzed szkoły 22 stycznia 1957 roku przez nieustalonych do dziś sprawców i okrutnie zamordowany. Jeden z tropów prowadził do radzieckich służb specjalnych.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Dotychczas w serii na F/AKTACH ukazały się

PREPARATORHuberta Klimko-Dobrzanieckiego Historia człowieka naznaczonego społecznym piętnem. Żal, poczucie straty, osamotnienie. Gdzieś tam rodzi się zło...

INNA DUSZAŁukasza Orbitowskiego Historia nastolatka, który postanawia zabić, na tle mrocznego obrazu Polski lat 90-tych XX w.

I ODPUŚĆ NAM NASZE... Janusza Leona Wiśniewskiego Opowieść o miłości, która może doprowadzić do zbrodni.

BESTIAStudium zła Magdy Omilanowicz Czytając Bestię, wkraczamy w mroczny świat zbrodniarza, który wkrótce może wyjść na wolność.

SMUTEK CINKCIARZAxxxxx Sylwia Chutnik xxxxxxxxxxxxxx