Ostatnia powieść Marcela - Katarzyna Tubylewicz - ebook
Opis

Pisarz w kryzysie, piękność z prowincji i … zupełnie nie to, czego się spodziewasz

Poznają się w pociągu relacji Kraków-Warszawa. On 50-letni autor bestsellerowych kryminałów, skłócony z rodziną i pozbawiony złudzeń kobieciarz przeżywający kryzys twórczy. Wraca właśnie ze spotkania autorskiego, na które przyszło osiem osób. Ma za sobą trzy nieudane małżeństwa i klika udanych powieści, ale wciąż nie potrafi ułożyć sobie życia. Hanna zwraca jego uwagę niezwykłą urodą i urzekającą nieśmiałością. Ucieka do stolicy z podkrakowskiego małego miasteczka, gdzie większość problemów rozwiązuje się przy pomocy modlitwy lub alkoholu. On widzi w niej szansę na kolejny romans, a ona tylko pozornie chce łatwej przepustki do lepszego świata. To, co z pozoru wygląda jak zapowiedź banalnej historii miłosnej okazuje się prowadzić do nieoczekiwanego finału.

Tubylewicz stworzyła prawdziwy portret wiecznego Piotrusia Pana. Jednak to kobiety grają tu pierwsze skrzypce, na niepokojącą nutę.

Grażyna Plebanek

Przewrotna i wciągająca lektura.

Andrzej Saramonowicz

Mądra, przejmująca i dowcipna powieść o schematach relacji międzyludzkich i o sile wrażliwości, która pozwala je przełamać.   I co najważniejsze - kobiety mają tu naprawdę sprawczą i twórczą moc!

 Agnieszka Glińska

Romantyczne, środowiskowe i pisarskie sekrety pokazują swoje drugie dno. Zaskakujące i nieoczywiste.

Agata Tuszyńska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 318

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Marcinowi, Danielowi i Tacie

There is nothing to writing.

All you do is sit down at a typewriter and bleed.

Ernest Hemingway

I

Poznałem ją w pociągu na trasie Kraków-Warszawa, w drodze powrotnej z upokarzająco nieudanego spotkania autorskiego. Pamiętam każdy szczegół. Rzecz to niebywała, zważywszy na to, że ludzki mózg zaprogramowany jest na zapominanie. Jedyne, czego nikt ci nie odbierze, to wspomnienia, powtarzają z ufnością godną większej sprawy ofiary wielkiego wymazywania. Co za niedorzeczność, cóż za optymizm. Niedawno wpadło mi w ręce klasowe zdjęcie z podstawówki. Ku mojemu przerażeniu kilkoro z widocznych na nim osób zostało na trwale usuniętych z mojej świadomości. Jak było na imię tej wyblakłej dziewczynie z grzywką, w białej bluzce, która siedzi na samym brzegu ławki? Czy zamieniłem z nią w szkole chociaż jedno słowo? Czy pamiętam tamtego siebie?

Moja pierwsza żona mawiała, że kiedy jestem w złym humorze, wyglądam tak odpychająco, że nikt przy zdrowych zmysłach nie odważy się zapytać mnie o godzinę. Wyglądasz jak stary skurwiel, rzucała ni to zaczepnie, ni to pieszczotliwie, z silnym akcentem na słowo „stary” i uroczą trudnością z wymówieniem głoski „r”. Z czasem jej wada wymowy utraciła w moich uszach wdzięk, a zdanie o skurwielu żartobliwość. Wypowiadała je oskarżającym, zniecierpliwionym tonem, zaciskając przy tym pięści jak rozgniewana dziewczynka. Miałem wtedy niewiele ponad dwudziestkę, więc w kwestii mojej starości przesadzała w charakterystycznym dla siebie stylu, ale teraz... Z pewnością tak. Za to nic nie chroni mnie lepiej przed zagajeniami ze strony nieznajomych niż ponury grymas wzmocniony szczękościskiem.

Piekło introwertyka to przedział pociągowy, zatęchły od niechcianych zwierzeń i spoufaleń. Trzeba się jakoś bronić.

Do Krakowa ściągnęli mnie serią egzaltowanych maili oraz przyzwoitym honorarium. Pojechałem wbrew sobie. Nie lubię Krakowa z jego konserwatyzmem, zadęciami i hierarchią. Aż trudno uwierzyć, że po koniec dziewiętnastego wieku to właśnie tam mieszkał pewien fascynujący mnie anarchista. Inna rzecz, że wyrzucili go z Jagiellońskiego i na wiele lat zamknęli w psychiatryku. Nie znalazł wśród krakowskiego mieszczaństwa wiele zrozumienia, choć poruszał wyobraźnię młodopolskiej bohemy.

Pewien wyznawca tego miasta powiedział mi po pijaku, że czuję gorycz, bo nikt nie zorganizował mi jeszcze benefisu i nie wziąłem udziału w loteryjce u świętej pamięci Szymborskiej. Niech i tak będzie. Dodam też, że nie wzruszają mnie kawałki Turnaua i nie ciągnie do wiadomych knajp wokół rynku z zawsze tymi samymi gębami osób bujnie rozkwitających jedynie we własnym towarzystwie. Którejś zimy na klatce schodowej kamienicy, w której znajdują się szacowne krakowskie redakcje, zauważyłem kartkę z wykrzywionymi szlaczkami liter. „W ciągu ostatnich tygodni – głosił napis – doszło u nas do najść włóczęgów, którzy zostają do rana i brudzą. Z tej przyczyny archidiecezja przypomina, aby od godziny osiemnastej zamykać bramę”. Strasznie mnie to wtedy wkurwiło, ta archidiecezja pilnująca, żeby bezdomny nie miał gdzie spać. Krakowska hipokryzja irytuje mnie bardziej od warszawskiej. Najwyraźniej jestem stołecznym patriotą, choć przez nadmiar ostatniego słowa na językach rodaków, sam nie wypowiadam go na głos.

Do Krakowa nie chciałem jechać głównie dlatego, że pracowałem nad kolejną książką. Tą samą, której do dzisiaj nie skończyłem. Co ciekawe, część akcji tej powieści rozgrywa się w młodopolskim Krakowie, ale zrobiłem już obszerny research i wystarczy, nadmiar badań terenowych odbiera wolność. W ogóle jest taki moment, w którym przesyt informacji zabija pisanie. Trzeba umieć to wyczuć.

Już prawie zapomniałem, że był w życiu czas, kiedy pisanie nie uwierało. Nie jątrzyło się jak niewygojone odparzenie na tyłku. Bez nadmiernego wysiłku konstruowałem skomplikowane intrygi, zachowując przy tym precyzyjny, czysty język, tak że w „The Guardian” napisano o mnie „polski James Ellroy”. Podejrzewam, że spora w tym była zasługa mojej angielskiej tłumaczki, która z uporem godnym lepszej sprawy szlifuje mi styl. Kiedy piszę – to znaczy wtedy, gdy rzeczywiście to robię, miast wysiadywać godzinami przed ekranem komputera, marząc, że coś nań skapnie – nie lubię być wyrywany z rytmu. Wszystko musi odbywać się w starannie odmierzonych interwałach. Śniadanie o ósmej, zaczynam pisać o dziewiątej, o trzynastej wychodzę na lunch, najczęściej na Foksal. Siadam tyłem do sali, żeby nikt mnie nie zaczepił, byle nikogo nie spotkać. Każda wymiana zdań, z wyjątkiem zamówienia czegoś u wpatrującego się w moje czoło kelnera, jest torturą. Cudze słowa wchodzą pod skórę jak drzazgi, nie można się z nich otrząsnąć, nie sposób ich z duszy strzepnąć. Zostają i czynią chaos. Po lunchu krótki spacer Nowym Światem i powrót do domu. Drugie piętro. W drzwiach są trzy zamki, ale kiedy wychodzę zjeść, zamykam tylko na jeden, na dwa, gdy jestem w środku, na trzy, kiedy wyjeżdżam na dłużej. Po wejściu odruchowo uchylam okno. Piszę do osiemnastej. Przerywam na kolejne papierosy. Popiół strzepuję na parapet; lubię to i nie ma w zasięgu wzroku nikogo, kto by się mnie o to czepiał.

W okresie, gdy piszę powieść, spotkanie autorskie może mnie wyrwać z gwarantującego płynność skupienia na ładnych parę dni czy nawet tygodni. Dlatego wsiadając do pociągu z Krakowa do Warszawy, plułem sobie w brodę, że dałem się skusić i że nad dyscypliną górę wzięła moja próżność, która i tak nie została zaspokojona. Nic zresztą dziwnego, moja próżność jest z gatunku niemożliwych do zaspokojenia.

To był wagon starego typu, z przedziałami sprzed ery Pendolino, ze starymi beżowymi fotelami i dublującym ich nieświeżość gęstym zapaszkiem. Miejsce w drugiej klasie, bo jak zapłacili mi honorarium, to poskąpili na bilet. W przedziale ścisk i niechciana intymność ocierających się o siebie ramion i kolan złączonych w areszcie tymczasowego bliźniactwa. Jeszcze nie ruszyliśmy z Dworca Głównego w Krakowie, a już odezwała się mała, chuda postać w okularach, o wyglądzie podstarzałej harcerki:

– W czasie wojny to germanizacja była niczym w porównaniu z dzisiejszą amerykanizacją! A wkrótce będzie jeszcze gorzej, sami państwo zobaczycie.

Z triumfalną miną królowej Saby rozejrzała się dookoła, wyszukując wzrokiem ofiarę swojej żądzy konwersacji. Wystarczyło spojrzeć na jej dumnie wysunięty podbródek i zaciśnięte piąstki, żeby dostrzec pełną determinację. Musiała natychmiast znaleźć słuchacza, zagadać go i zamęczyć. Zacisnąłem zęby i z uwagą studiowałem swój bilet, przez co nie mogłem sprawdzić, kim są pozostali współpasażerowie. Myślałem o nich ze współczuciem.

Pociąg ruszył, ale jeszcze zanim się porządnie rozpędził, poczułem ciśnienie w kroczu. Znowu muszę sikać. Na spotkaniu autorskim miałem to samo utrapienie. Nie dość, że publiczności tyle, co na wieczorku poezji mojego niepublikowanego przyjaciela (organizatorzy zapomnieli poinformować, że przyjeżdżam), to jeszcze musiałem lecieć do kibla w środku rozmowy. Prowadząca była wstrząśnięta: przerwałem jej w pół zdania, mówiąc możliwie aroganckim tonem, że idę na fajkę. Kiedy wróciłem, na sali zostało tylko ośmioro słuchaczy. Przypominali dotkniętych hipotermią rozbitków dryfujących po oceanie pustych krzeseł. Organizatorki spotkania siedziały w pierwszym rzędzie, obie miały nieobecny, uciekający w siebie wzrok. Jedna z nich, duża i biała, z okularami w rogowych oprawkach, krzywo zawieszonymi na pyzatej twarzy, bębniła bezgłośnie palcami w leżącą na jej kolanach wielką torbę. Paradoksalnie wpłynęło to na mnie uspokajająco, wytrwałem kolejną porcję pytań. Później współpracowniczka tej w okularach tłumaczyła mi, że całość budżetu pochłonęło moje honorarium – tu pełne wyrzutu zawieszenie głosu – więc nie starczyło na reklamę. Jest początkująca w branży animacji kulturalnej – butne spojrzenie, jakby zakładała, że nie mam pojęcia, o czym mówi – i były z koleżanką pewne, że na tak znanego pisarza jak ja przyjdą tłumy. Na przyszły miesiąc zaprosiły Grocholę i wtedy się okaże. No jasne.

Wszystkie powyższe upokorzenia zniosłem po to, by na zakończenie zostać zmuszonym do kolejnej przejażdżki wagonem drugiej klasy.

Wystarczyło parę minut i w przedziale zapanowała duchota, ale siedząca pod oknem babina o zdecydowanej twarzy osadzonej na krótkiej, ciastowatej szyi poinformowała zebranych, że ma zapalenie ucha i nie wolno przy niej otwierać okna. Następnie pogrzebała w wysłużonej torebce i wyjęła jajko. Zanim przystąpiła do obierania skorupki, ktoś ostro zaprotestował, że jak zakaz wietrzenia, to i zakaz jajek. Babina nie wyglądała na zadowoloną, ale posłusznie schowała jajko do foliówki, wcisnęła do torebki, westchnęła i zamknęła oczy, zamieniając się z babiny w Buddę. Po raz kolejny pożałowałem, że nie wziąłem notatnika, takie obrazki są na wagę złota, a pamięć mam, jak już wspomniałem, krótką.

– Słyszałam, że w przedszkolach przywrócą zabawę w wojnę – odezwała się ponownie chuda. – Bez tego zmniejsza się produkcja adrenaliny i u chłopców następuje zniewieścienie, a przez to bezpłodność. Wczoraj w radiu o tym mówili. Zniewieścienie to nieprzyjemne cierpienie. – Zaczęła nucić pod nosem nieznośnie rozpoznawalną melodię, z serii tych, co to znasz, ale nie wiesz skąd i nie możesz przestać o tym myśleć.

Spod prostej grzywki strzelały zaczepne spojrzenia. Uznałem, że skonfrontowana z murem obojętnego milczenia, w końcu się wyciszy. Pięćdziesiąt, czterdzieści dziewięć, czterdzieści osiem – zacząłem odliczanie, żeby w ten sposób uspokoić uparty pęcherz i nie dać się ponieść narastającej irytacji. W tym samym momencie któryś ze współpasażerów życzliwym wybuchem śmiechu zaprosił chudą do dalszej wymiany zdań. Zerknąłem w jego stronę. Nie do wiary, młody chłopak.

– A pan siatkówka czy koszykówka? – Rozpromieniła się. – Bo pan wysoki jest.

– Siatkówka – odpowiedział usatysfakcjonowany.

Rozmowa wyraźnie się rozkręcała. Chrząknąłem ostrzegawczo, ale nikt nie zwrócił na mnie uwagi.

– Miałam ojca siatkarza. Grał, a miał tylko metr siedemdziesiąt pięć. I ważył też siedemdziesiąt pięć. I tyleż lat żył. Ciekawe, jak się życie plecie.

Absurdalność tej dyskusji była wciągająca, ale nie na mój pęcherz. Wstałem gwałtownie z miejsca i zacząłem się przeciskać do wyjścia między dwoma rzędami klejących się do siebie kolan.

– A ja pana skądś znam! – wrzasnęła za mną chuda.

Wzruszyłem ramionami, ciśnienie w kroczu narastało, szarpnąłem drzwiami przedziału, nie ustąpiły. Szarpnąłem jeszcze raz, dużo mocniej. I właśnie wtedy...

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Hannę. Od razu miałem wrażenie, że nie pasuje do miejsca, w którym się znalazła.

Siedziała na samym brzegu fotela, wyglądała, jakby została tam przez kogoś podrzucona i zapomniana. Rozczuliłem się, bo było w niej coś bezbronnego, choć jednocześnie onieśmielała urodą, która tym mocniej rzucała się w oczy, że tuż obok niej podskakiwała na fotelu niezamykająca ust, wychudzona postać o topornych rysach. Hanna wyraźnie starała się od niej odsunąć, stworzyć symboliczny dystans. Policzek przyciśnięty do burej zasłonki z napisem PKP, twarz zamknięta i poważna, ale zarazem pełna trudnego do opisania czaru, spuszczone powieki i rzadko spotykany jasny odcień skóry, którego nigdy nie widziałem u kobiety mającej więcej niż trzydzieści lat. Ta miała mniej. W zasadzie była to nie tyle kobieta, ile jej piękna zapowiedź. Rude włosy wpadające w odcień miodu. Prosty nos. Przełknąłem ślinę.

Kiedy ponownie ruszyłem do wyjścia, potknąłem się o jej wysuniętą stopę. Powiedziałem przepraszam. Miękko i z naciskiem. Nie otworzyła oczu. Gdyby nie moja kondycja, dodałbym coś zabawnego, jakoś zmusił ją, żeby na mnie spojrzała. Może wielu rzeczy nie potrafię, ale z tym nigdy nie miałem kłopotu... Niestety, musiałem już pędzić na złamanie karku w wiadomym kierunku. Pełnej kompromitacji uniknąłem tylko dlatego, że nie było zajęte. Może z powodu niespiesznie falującej kałuży moczu na podłodze. Polskie Koleje Państwowe, psia ich mać.

W nieskończoność bujałem się nad muszlą klozetową. Wyrzuciłem z siebie sporo efekciarskich przekleństw – nie ma bardziej upokarzającej niewoli od tej, którą funduje nam ciało. Przed oczami przesuwał mi się tekst znaleziony w wyszukiwarce internetowej, który przeczytałem tyle razy, że mogłem go już recytować obudzony w środku nocy: „Prostata to malutki gruczoł umiejscowiony tuż pod pęcherzem moczowym mężczyzny. W dojrzałym wieku bywa powodem dolegliwości”. Zapinając rozporek, byłem pewien, że za pół godziny zjawię się ponownie w tym samym miejscu.

Na skraju zlewu leżało wysuszone, spękane mydło w takim samym zielonkawym kolorze, jak dogorywająca po drugiej stronie resztka papieru do rąk. Zimna woda ciurkała z kranu niespiesznym, smętnym strumieniem, co nie wiedzieć czemu skojarzyło mi się z przemijaniem. Sparaliżowany nagłą świadomością własnej śmiertelności, przyjrzałem się sobie w lustrze. Patrzył na mnie starzejący się mężczyzna, wciąż przystojny, ale wyraźnie zmęczony, z deformującym rysy poczuciem przegranej. Zmarszczki na czole wydawały się w tej chwili tak głębokie, że przypominały blizny. Gdzie się podziała moja prawdziwa twarz? Długo nie mogłem oderwać wzroku od tej nowej, nieprzyjemnie obcej. Czułem narastającą panikę.

Kiedy w końcu wyszedłem z kloaki udającej pociągową toaletę, z niewypróżnionym do końca pęcherzem i nadszarpniętym poczuciem godności, pod drzwiami stała Hanna.

Wymarzone miejsce na spotkanie twarzą w twarz z kimś takim jak ona...

Zatrzymałem się w pół kroku, prawą ręką ściskałem klamkę. Przyglądała mi się wyczekująco, przygryzając górną wargę, w jej oczach iskrzył się niepokój. Przez moment poczułem się przytłoczony jej młodością, która na pewno nie znała jeszcze myśli o przemijaniu. Samo przebywanie w jej pobliżu postarzało człowieka o parę lat. Do tego ta jej perfekcyjność, jak uderzenie w splot słoneczny, rysy przywodzące na myśl grecką rzeźbę. Kiedy miałem czternaście lat, pryszcze i resztki przodozgryzu, w mojej szkole pojawiła się bajecznie atrakcyjna nauczycielka rysunku. Beznadziejnie zakochany i pozbawiony jakichkolwiek zdolności manualnych, pewnego dnia powiedziałem jej ze śmiertelną powagą, że moja niechęć do sztuk plastycznych bierze się stąd, że bardzo wcześnie zrozumiałem bezsilność artystów względem arcydzieła, którym może być kobieca twarz. Od tamtej pory nabrałem ironii i nieco spuściłem z tonu, ale i tak pozostaję z grubsza wierny temu przekonaniu.

Odkaszlnąłem i szczęśliwie zauważyłem, że Hanna ma na czole pojedynczą krostę, niedużą, ale nabrzmiałą ropą. Chwyciłem się tego. Ukojony przelotną niedoskonałością jej wyglądu, poczułem, że wraca mi pewność siebie. Mierzyła mnie badawczym, inteligentnym spojrzeniem, ale i tak uznałem ją a priori za przedstawicielkę dobrze mi znanego i dawno obłaskawionego gatunku: zahukana piękność z prowincji. Powoli puściłem klamkę i wyprostowałem plecy. Ściągnij łopatki, nie garb się, młodość siedzi w kręgosłupie – to na ogół pierwsze słowa, które wypowiada na mój widok matka, tuż po zwyczajowym: za rzadko wpadasz.

– Trochę tam brudno – zagaiłem z uśmiechem, udając, że to idealny temat do rozmowy.

– Chciałam tylko umyć ręce. – Wydało mi się, że w jej głosie słyszę wrogość, ale postanowiłem to zlekceważyć.

– Mają też specjalny rodzaj mydła, które bardziej brudzi, niż myje – kontynuowałem, wciąż z uśmiechem, stosując się do zasady, że nieważne, co mówisz, ale jak.

Ludzie i tak nas na ogół nie słuchają, po co mieliby to robić, wystarczy pierwsze wrażenie, a ja mam podobno głos, który działa na płeć przeciwną, i z wiekiem staję się coraz bardziej podobny do Cohena. Nie ma kobiety, której nie mógłby mieć Cohen, jak mawiała któraś z moich byłych żon.

– Ach tak. – Zrobiła asekuracyjny krok do tyłu, ale zadrgały jej kąciki ust, więc chyba udało mi się ją rozbawić. – Głupia sprawa, może powinnam zrezygnować? – Przyjęła ironicznie poważny ton.

– Rezygnacja jest gotowością do wejścia w nowy układ – rzuciłem, gratulując sobie przypływu błyskotliwości.

– Heidegger – odpowiedziała trafnie, co niemal zbiło mnie z nóg.

Czytała Heideggera?

Wyraźnie wahała się, czy mnie wyminąć, czy kontynuować pogawędkę. Możliwe, że zastanawiając się nad tym, uświadomiła sobie, że mnie poznaje, bo przez chwilę wydawała się dziwnie poruszona. Skorzystałem z okazji, by lepiej się jej przyjrzeć. Dżinsy, czarna bluzka i zamotana pod szyją w kokardę jedwabna zielona chustka. Chyba sama nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wygląda. Gdyby tak było, od razu dostrzegłbym w jej sposobie bycia ten szczególny rys pewności siebie, który mają ludzie piękni. Owi niesprawiedliwie wywyższeni nad innych, ci, w których obecności silniej odczuwamy własną marność.

– Chyba jednak zaryzykuję – powiedziała głośniej, usiłując zagłuszyć narastający hałas kół pociągu.

Posłusznie odstąpiłem na bok, uchylając jej uprzednio drzwi. Kiedy za nimi zniknęła, oparłem się o ściankę i zapaliłem papierosa. Myśl o tym, że łamię zakaz, sprawiła mi przyjemność. Zaciągnąłem się i przymknąłem powieki. Wyobraziłem sobie, jak dym przenika do płuc i sunie dalej w dół, otulając ciepłą mgiełką pewien mały gruczoł. Ze strachu żołądek mi się skurczył i przez kilka minut miałem w brzuchu twardą pięść. Ukoiło mnie uderzanie kół o szyny i wibrowanie pod stopami. Pomyślałem o rudej dziewczynie, która znajduje się zaledwie metr ode mnie i na pewno ściągnęła już majtki, jej włosy łonowe mają kolor... Otworzyłem oczy i zerknąłem w bok. Po szybie spacerowała otępiała ze zmęczenia mucha.

Długo nie wychodziła. Zdążyłem wypalić całego papierosa. Wiedziałem, że będzie zażenowana, kiedy mnie zobaczy, i czekałem na ten moment, bo w zawstydzeniu tkwi na ogół obietnica. Przycisnąłem podeszwą niedopałek. Machnąłem kilka razy rękami, żeby przegonić dym, i poczułem znajome dźganie w plecach. Miałem w podstawówce kolegę, który kłuł mnie cyrklem pod łopatką, aż podskakiwałem w ławce – podobne uczucie, choć teraz wygenerowane przez mięśnie napięte jak postronki od miesięcy siedzenia w jednej pozycji. Za to ból ten sam, jak most rozpięty pomiędzy mną wtedy a mną teraz.

W końcu drzwi się otworzyły. Miała ściągnięte do tyłu włosy i róż na policzkach. Po kroście na czole została czerwona plama, którą usiłowała zatuszować zbyt ciemnym dla jej karnacji mazidłem.

– Może ma pani ochotę na kawę w Warsie? – zapytałem bez ogródek, bo wiem, kiedy nie warto się zastanawiać.

Milczała na tyle długo, że spuściłem zrezygnowany głowę i skupiłem się na poszukiwaniu komentarza, który dałby do zrozumienia, że moja propozycja nie była zobowiązująca i ogólnie jest mi wszystko jedno.

– Czytałam wszystkie pana książki – powiedziała w końcu, zakładając ręce na piersiach i stając w lekkim rozkroku. – Właściwie nie lubię kryminałów, ale w pańskich książkach jest coś więcej. Trochę jak u Karin Fossum, zna ją pan?

Popatrzyłem na nią z uznaniem. Nie dość, że czyta, to ma jeszcze dobry gust.

– Oczywiście, że znam. Zatem kawa?

– Tak, chętnie. Muszę też coś zjeść – odparła zaskakująco przyjaźnie, ale po chwili coś się w niej skurczyło, jakby przestraszyła się własnej otwartości.

Kiedy już siedziała nad kawą w plastikowym kubku i białawą jajecznicą na wyszczerbionym talerzu, była wyraźnie spięta. Kolano przy kolanie. Łokcie przyciśnięte do tułowia. Pozycja obronna. Wcześniej uparła się, że sama za siebie zapłaci, i fuknęła zniecierpliwiona, gdy próbowałem napierać, że zapraszam. Sam ograniczyłem się do chipsów. Były stare, w zasadzie niejadalne. Patrzyłem, jak raz po raz wsuwa widelec do ust, a sam bezwiednie grzebałem palcami w tłustej zawartości torebki, którą ściskałem w drugiej dłoni. W końcu zorientowałem się, co robię, odłożyłem chipsy na bok i wytarłem palce serwetką. Opowiedziałem jej wyświechtaną anegdotę o tym, jak to jechałem pociągiem ze znajomym Anglikiem, który nie mógł się nadziwić, dlaczego w Polsce nawet w wagonie restauracyjnym króluje tematyka wojenna.

– Wars! Wy zawsze o tym samym! Macie obsesję!

Uśmiechnęła się powściągliwie. Nie podzielała mojego rozbawienia.

– Rozumie pani, „war”, znaczy wojna – dodałem i od razu dotarło do mnie, że się wygłupiłem: nie potrzeba nic tłumaczyć, zrozumiała, ale jej nie śmieszy.

Na pocieszenie rzuciła mi, jak karpiowi bułkę, że fanką moich książek była też jej nieżyjąca babka, która w zasadzie nie czytała, ale dla mnie czyniła wyjątek. Rozmowa rwała się jak dźwięk uderzających o szyny kół, ale nie czułem zakłopotania. Co czuła Hanna, nie miałem pojęcia, było w niej coś niejednoznacznego, coś trudnego do uchwycenia, co kotłowało się i zmieniało formę, myląc wszystkie tropy.

– Pisze pan nową powieść? – spytała, z widelcem drżącym w pół drogi do ust.

Machnąłem zniecierpliwiony ręką. O tak, tego mi tylko brakowało, porozmawiajmy sobie teraz o mojej niemożności, niemocy i marazmie.

– Za wcześnie na nazywanie – uciąłem.

– Rozumiem – odpowiedziała, widelec opadł powoli na talerz, jakby moja niedostateczna rozmowność odebrała jej apetyt.

Wbiła wzrok w brudną szybę, która zniekształcała przesuwający się przed jej oczami krajobraz. Nie wiedziałem, czy jest zakłopotana, czy znudzona, ale moja znajomość młodych kobiet podpowiadała mi, że to pierwsze. Pomyślałem, że lubię ten rodzaj płochliwej lakoniczności i że Hanna jest niewiele starsza od mojej córki, o której można powiedzieć wiele, ale jednak nie to, że jest nieśmiała. Nie widziałem Laury od czterech lat. Jeśli to prawda, że komórki ludzkiego organizmu co siedem lat ulegają wymianie, potrzeba zaledwie trzech, żeby moja córka stała się kimś, kogo nigdy wcześniej nie spotkałem. Niby od początku stawiałem sprawę jasno: na ojca się nie nadaję, ale przecież z czasem zmieniłem zdanie i stało się to nie dzięki matce Laury, ale wbrew niej. Działałem na przekór, ale kto powiedział, że czyniąc na złość, nie możemy czynić dobrze.

Matka Laury, moja żona numer trzy, była Dunką, wprawdzie urodzoną z polskich rodziców, ale wychowaną w Kopenhadze, co oznacza, że od najmłodszych lat pojona była czystą wodą z kranu oraz karmiona pewnością siebie obywatelki najszczęśliwszego narodu świata. Nie dotknęły jej imigranckie frustracje, ponieważ jej rodzice byli doskonale zasymilowanymi lekarzami, którzy z takim sukcesem zaadaptowali się w nowym kraju, że tylko trzy dni w tygodniu mówili z córkami po polsku, a pozostałe cztery po duńsku. Kiedy ktoś z domowników miał urodziny, obwieszali willę na dobrym przedmieściu flagami swojej nowej ojczyzny.

– Taki zwyczaj – wyjaśniła mi Zuza, wciskając małe duńskie chorągiewki w pierwszy tort naszej Laury. – To nie ma nic wspólnego z nacjonalizmem. Po prostu tradition.

– Tradycja – poprawiłem odruchowo. – To może wciśnij tam jeszcze polską flagę pośrodku – dodałem z przekąsem.

– Otóż właśnie nie, bo ta polska kojarzy mi się z kibolami. Trzeba rozumieć takie różne kulturowe nuancer... To znaczy niuanse, nie musisz mnie poprawiać i nie udawaj, że nie rozumiesz.

Zuza była najbardziej wyzwoloną seksualnie kobietą, jaką spotkałem. Nie w wymiarze odważnych czy oryginalnych upodobań, ale z zerowym poczuciem winy, w pełni akceptującą swoje ciało oraz jego historię. Pamiętam radosną lekkość, z jaką opowiadała mi o swoich wcześniejszych kochankach. Na tle ówczesnych Polek było to rewolucyjne: kobieta, która nie udaje przed aktualnym mężczyzną swojego życia, że jest dziewicą albo że wcześniej w jej łóżku był tylko jeden facet. Posiadała swoje ciało, cieszyła się nim i żaden mężczyzna nie był w stanie tego zmienić. Jej idolką była podobnie wyzwolona ikona duńskiego feminizmu, pisarka Suzanne Brøgger. Jej imienniczka. Jeśli nie znacie Brøgger, nie przejmujcie się, ja też o niej wcześniej nie słyszałem. Morze Bałtyckie wydaje mi się czasem większe niż ocean. Ale do rzeczy, bo miało być o Laurze. W dniu, w którym Zuza przestała na mnie patrzeć z perspektywy łaszącej się do moich palców łechtaczki, czyli parę miesięcy po trzecich urodzinach naszej córki, spakowała walizki i oświadczyła, że pora skończyć tę farsę zamiast partnerskiego związku, a przy okazji także i romantyczną przygodę w kraju pochodzenia rodziców. Jej domem jest Dania. Laury też. Wystarczyło kilka tygodni w polskim przedszkolu, żeby się w tym utwierdziła. Nikt nie będzie zmuszał jej córki do zabaw lalkami i jedzenia zupy mlecznej. Poza tym, i nie jest to najmniej istotne, do tej pory nie wyrobiłem dziecku polskiego paszportu, a duński już ma. Zatem czas się pożegnać. Jak powiedziała, tak zrobiła. Wyjechały, zostawiając po sobie napiętą pustkę i rozgardiasz po przeprowadzce, z poniewierającymi się na podłodze ubrankami, z których Laura już wyrosła. Nie protestowałem, gdy Zuza pakowała walizki, wyszedłem nawet z domu, żeby jej to ułatwić. Przyznaję, że z początku się cieszyłem. Nareszcie uda mi się godzić etat w redakcji z pisaniem. Pracowałem nad nową książką i byłem nią tak przepełniony, aż mnie rozpierało. Przypominałem rwący się ze sznura balon z gorącym powietrzem. Latałem wysoko i czułem, że powieść, którą piszę, stanie się przełomem w mojej karierze.

Na zakończenie farsy zwanej moim ostatnim małżeństwem zbyłem Zuzę grzecznościowym: pożałujesz, a Laurę ucałowałem czule w pulchne łapki i policzki. Przywarła kurczowo do mojej nogi, jakby rozumiała. Zacisnąłem zęby i odsunąłem ją jak psiaka. Boli do dziś. Kiedy zamknąłem za nimi drzwi, rzuciłem w przestrzeń, że Duńczycy mają małe chuje, a potem siadłem do pracy. Pisanie było w tamtym okresie jak łyżwiarstwo szybkie: jedno słowo i długi szus. Zdaje się, że miałem cholernie dużo do powiedzenia. Teraz po każdej literze drynda mi w uchu: a po co, a na co, a po co to. Jak stukanie kół pociągu.

Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że można tak tęsknić za dzieckiem. Wystarczyło parę dni, żeby zaczęło mnie nosić po domu. Zdarzało się, że podrywałem się z krzesła, jak wariat, bo słyszałem w drugim pokoju jej śmiech albo oczy zachodziły mi łzami, kiedy czułem na łydce fantomowy dotyk paluszków mojej córki. Była tak potwornie nieobecna... Z tęsknoty zacząłem pić, ale szczęśliwie nie potrwało to długo, nie jestem materiałem na alkoholika. Napisałem do Zuzy długi list. Potem drugi. I następny. Błagałem, żeby wróciła, obiecywałem zmianę i miłość do grobowej deski. Odpowiedziała zwięźle i racjonalnie, to także w stylu duńskim, że jest jej bardzo miło, ale na zmiany już trochę za późno, bo załatwiła Laurze dobre i postępowe przedszkole i pomagają jej rodzice. To może ja do was przyjadę, upierałem się. Wezmę wolne w redakcji, a książkę mogę pisać gdziekolwiek. Jeszcze tego brakowało, żebym cię teraz utrzymywała, odpowiedziała starannym, okrągłym pismem na pocztówce z duńską rodziną królewską.

W kolejnych latach rachunki za telefony do Laury stanowiły największe obciążenie mojego budżetu i niczego nie dało się przyrównać do nielicznych, za to świętych dni, które spędzałem z córką. Nawet jeśli oznaczało to, że muszę przy okazji zobaczyć się z jej matką, na którą reagowałem alergicznie. Może dlatego, że sam nie robiłem już na niej żadnego wrażenia, jako relikt przedpotopowej przeszłości. Zuza była optymistką i patrzyła naprzód, zużywała ludzi szybko i efektywnie, jak jednorazowe szkła kontaktowe. Ani się obejrzałem, a była w nowym związku z mężczyzną przystojniejszym ode mnie, bardziej partnerskim, zamożniejszym, młodszym i w dodatku pragnącym gromady dzieci. Nie chciałem o tym wspominać, ale prawda jest taka, że Zuza nie mogła mi wybaczyć mojego braku pociągu do wielodzietności oraz tego, że gdy nasza Laurka miała zaledwie jedenaście miesięcy, nie wybuchłem nadmiernym entuzjazmem, kiedy okazało się, że Zuza jest ponownie w ciąży, a ujmując rzecz jej słowami: zmusiłem ją do aborcji. Co nie jest prawdą. Na pewno nie w sensie dosłownym. Owszem, sugerowałem, że może być nam trudno związać koniec z końcem. Owszem, powiedziałem w zdenerwowaniu, że nie jestem pewien, czy to drugie jest moje. Owszem, trochę mi wstyd, że tak to wypadło, ale o żadnym zmuszaniu nie było mowy.

Duńczykowi o wdzięcznym imieniu Jesper rodziła dzieci w odwecie, na zaś i na złość, tak to w każdym razie interpretowałem. Rodziła je w demiurgicznym zapamiętaniu, jakby tylko przez wydawanie na świat potomstwa mogła w pełni zrealizować swoje człowieczeństwo. Wyszła z tego szóstka, z wliczeniem Laury. Jednocześnie Zuza rozwijała nową karierę. Tylko w Skandynawii możliwe są takie cuda. Po trzydziestce zrezygnowała z dziennikarstwa i zajęła się promocją duńskiego wzornictwa w krajach Europy Wschodniej. Podróżowała. Wykorzystywała swoje wielokulturowe pochodzenie oraz dwujęzyczność. Może i nie miałem wystarczająco dużo czasu dla Laury, ale ona miała go jeszcze mniej! A Laura była najsłodszym, najpiękniejszym dzieckiem, jakie widział świat.

– Czy w Warszawie łatwo o pracę? – przerwała moje rozmyślania Hanna.

Popatrzyłem na nią nieprzytomnym wzrokiem.

– No wie pani, ja akurat nie jestem ekspertem w tych sprawach, dawno niczego nie szukałem – odpowiedziałem nieco naburmuszonym tonem, bo mało rzeczy nudzi mnie tak okrutnie, jak zajmowanie się cudzymi problemami. – A o jakiej pracy mowa? – uzupełniłem dla kurtuazji pytaniem.

– Wszystko jedno. – Wzruszyła ramionami. – To może być coś tymczasowego, coś prostego, coś na początek.

– Masz gdzie mieszkać?

– Właściwie nie, ale na parę dni zatrzymam się u koleżanki. – Mówiąc to, zacisnęła w powietrzu pięść, jakby chwyciła się niewidocznej barierki.

– Ryzykowne – skomentowałem.

Przez moment bawiłem się myślą, że mógłbym ją zaprosić do siebie, zaoferować wikt i opierunek, a potem widzieć codziennie rano te rude włosy rozsypane na mojej poduszce. Niechby była mi znalezioną w pociągu piękną lalką.

– Warszawa to nie jest dobre miasto do życia, tkwię w nim od urodzenia, więc wiem, co mówię – dodałem. – Jeszcze trochę i sam nie wytrzymam, ucieknę na wieś. Z wiekiem rośnie potrzeba bliskości natury. Pani tego nie rozumie, prawda? Jesteś jeszcze taka młoda. – Wciąż nie mogłem się zdecydować, czy mówić jej na ty, czy na pani.

Porozmawiajmy o czymkolwiek innym – skamlałem w myślach – nawet o polityce, byle nie o tym, jak szukać roboty. Poza tym, drogie, śliczne dziecko, na co ty liczysz? Ledwo po maturze, bez mieszkania, bez znajomości. Marzy ci się kariera w Biedronce na Tarchominie? Na umowie śmieciowej? Po co ty się w to pchasz?

– Jestem silna i szybko się uczę. Chcę iść na studia, ale zanim to zrobię, muszę zrealizować inne marzenie, to dla mnie ważne – powiedziała, jakby czytała zapis moich fal mózgowych.

Ponownie spojrzała w okno i zapatrzyła się w dal albo w głąb siebie. Pomyślałem, że nie jestem już pewien, czy emanuje z niej skrępowanie i niepokój, czy arogancka pewność siebie, dostępna jedynie bardzo młodym ludziom, przeświadczonym, że na wszystko mają czas. Ten rodzaj mocy ulega szybkiemu przeterminowaniu, ale i tak poczułem ukłucie zazdrości na myśl, że swoje dziesięć lat entuzjazmu mam nieodwołalnie za sobą.

Przez chwilę zerkałem na jej lewą pierś. Na wysokości zamaskowanego stanikiem i cienką bluzką sutka wylądowała niewielka ilość jajecznicy, ot drobinka, ale zaczepiona w strategicznym miejscu. Przyciągała wzrok. Milczeliśmy zgodnie, aż zupełnie znienacka powróciła do mnie uporczywa, ssąca myśl o mojej powstającej, ale niechcącej się napisać powieści. Utknąłem na trzydziestej stronie i nie byłem w stanie ruszyć dalej. Na nic zdały się godziny spędzone w bibliotekach, chociaż kiedyś to właśnie gruntowny research czynił cuda. Nie pomagało też udawanie dobrego, pracowitego rzemieślnika i sumienne wysiadywanie przy biurku. Twórcza obstrukcja narastała i była tak nieznośna, że niedobrze mi się robiło na myśl o jutrzejszym poranku przed ekranem komputera. Powinienem rzucić to wszystko na kilka tygodni, wyjechać gdzieś daleko albo oszaleć na starość i się zakochać. Poczułem lekkie podniecenie, ale bardzo szybko przyjemna sztywność w okolicy rozporka zamieniła się w upokarzającą świadomość, że niedługo muszę udać się na kolejnego niby-papierosa w kiblu.

– To może już przejdźmy jednoznacznie na ty? Marcel jestem – powiedziałem, żeby przed zniknięciem wprowadzić znajomość na kolejny etap.

Kiwnęła głową, w jej oczach pojawiły się łobuzerskie ogniki i uniosła plastikowy kubek z kawą.

– Hanna! Kiedy zrozumiałeś, że jesteś pisarzem? – zapytała na jednym oddechu.

– Nie pamiętam... chyba zawsze to wiedziałem. Z drugiej strony, jestem tylko skromnym autorem kryminałów. Są tacy, którzy uważają mnie za rzemieślnika.

– Nie znają się. – Wzruszyła ramionami z ostentacyjnym oburzeniem i ponownie zamilkła, jakby zbierała siły.

W tym momencie zacząłem się zastanawiać, czy jej komplementy dotyczące mojej twórczości nie są aby grą. Wszystkie znane mi kobiety były specjalistkami w takich trikach. Najpierw napychały mnie zachwytami, jak poduchę pierzem, a potem wystarczył jeden ruch, kilka słów – a co ty sobie wyobrażasz, że jesteś jakimś pieprzonym wieszczem? – i... zostawała ze mnie podszyta upokorzeniem powłoczka.

– Wiesz, to głupie pytanie – ciągnęła Hanna – na pewno słyszałeś je zbyt dużo razy, ale gdybyś miał udzielić jakiejś rady? Właściwie nie pytam nawet w swoim imieniu, tylko mam taką...

– Koleżankę? – podsunąłem usłużnie i trafiłem w sedno, bo zaczerwieniła się i potrząsnęła głową.

– Można tak powiedzieć. Ona marzy, żeby wydać powieść. To znaczy, kiedyś chciała pisać, ale potem przestała o tym myśleć i wtedy...

– A może już czas wrócić do przedziału i posłuchać, co nowego wymyśliła nasza rozmowna współpasażerka? – przerwałem jej, przerażony, że jeszcze chwila, a wymusi na mnie obietnicę zrecenzowania jej debiutanckiej powieści. – Takie wariatki są szalenie literackie – dodałem z przekąsem i żeby nie wyszło, że ją lekceważę.

Nic nie poradzę na to, że za długo siedzę w tej branży, żeby ułatwiać życie potencjalnej konkurencji. Poza tym zbyt wiele razy słyszałem historie o koleżankach z twórczą pasją.

Nieoczekiwanie w szybę przy naszym stoliku uderzył kamyk i oboje aż podskoczyliśmy, nasze twarze jednocześnie skrzywiły się w grymasie odruchowego strachu, a potem wybuchliśmy zgodnym śmiechem, który miał pokryć zażenowanie. Odchrząknąłem i rozejrzałem się dookoła. Po lewej stronie przysypiał nad piwem znużony wiekiem facet o ciężkich, szerokich dłoniach, które przesuwały się w tę i z powrotem po blacie stolika, a zza jego pleców wychylała się głowa nienaturalnie wykręconej do tyłu kobiety, która ewidentnie usiłowała nas podsłuchiwać.

– Nie warto dziś pisać książek, uwierz mi – powiedziałem do Hanny. – Jeśli już ktoś koniecznie musi wywalać na wierzch swoje wnętrzności, co niestety rozumiem, bo znam z autopsji, to uwierz mi, że lepiej prowadzić bloga. To jest przynajmniej popularna wśród czytelników forma ekshibicjonizmu, zwłaszcza jeśli pisać krótko i bez przymiotników, a do tekstu dorzucić parę dobrych zdjęć, najlepiej autoportretów, ładna buzia nigdy nie zaszkodzi, żebyś wiedziała. – Ziewnąłem, zasłaniając usta do połowy, i spojrzałem groźnie na podsłuchującą nas kobietę, która gwałtownie odwróciła się w drugą stronę, aż lekko ją zarzuciło. – Oczywiście dam ci na wszelki wypadek moją wizytówkę, gdybyś potrzebowała w Warszawie pomocy – uzupełniłem, żeby nie wyjść na gbura.

Przez chwilę grzebałem w kieszeni marynarki, szukając portfela, a kiedy ponownie spojrzałem na Hannę, jej twarz wyglądała tak, jakby w czasie mojej nieuwagi przez wagon przebiegła horda uzbrojonych po zęby terrorystów: kompletne spustoszenie i szok.

– Albo gdyby koleżanka chciała porozmawiać o swojej książce – dodałem, ni to dowcipnie, ni to ironicznie, zastanawiając się, czym ją tak niby uraziłem.

Kiedy szliśmy potem przez wagonowe korytarze, patrzyłem na jej wąskie biodra i wystającą pupę, której pośladki idealnie wpasowałyby się w moje dłonie. Wiedziałem, że marnuję okazję, która może się już nie powtórzyć. Zatrzymała się przed drzwiami przedziału i popatrzyła mi w oczy. Nie wiem, czy była to jedynie projekcja, ale miałem wrażenie, że chciałaby natychmiast wrócić tam, skąd przyszliśmy. Rozsunąłem drzwi w sposób zdecydowany i pozbawiający złudzeń. Przepuściłem ją przed sobą.

– O, nareszcie państwo wrócili! A już myślałam, że nas pan zostawił z bombą ukrytą w bagażu – wrzasnęła rozradowana chuda. – Żartuję, żartuję, ja przecież wiem, że pan tylko pisze książki o morderstwach, w telewizji pana widziałam – dodała ugodowo. – Lubię słuchać pisarzy, ale rzadko pojawia się okazja. Może nam pan tutaj opowie coś o nowej książce?

– To ja jeszcze pójdę na papierosa – rzuciłem w stronę Hanny, udając, że nie usłyszałem pytania, i po raz kolejny podążyłem do cuchnącego przybytku kolejowej beznadziei.

Później uznałem, że nie ma się co spieszyć i wypaliłem kolejną fajkę, zastanawiając się, czy nie zaproponować jej, że podwiozę ją taksówką pod wskazany adres. Przed moimi oczami przesuwał się zwolniony film pełen wymyślnych scen erotycznych z Hanną w roli głównej. Niespodziewanie przerażony, że stracę ją, zanim uda mi się ją posiąść, pognałem do przedziału, ale Hanna zniknęła. Jej miejsce zajmował brodaty jegomość w ciemnym garniturze i krzykliwym krawacie. Zrobiłem krok w tył i rozejrzałem się po ziejącym smętną pustką korytarzu. Przeciskając się na swoje miejsce, czułem na sobie ciężar znudzonych spojrzeń. Z satysfakcją uświadomiłem sobie, że w przedziale zapanowała cisza.

– Powiadają, że palenie skraca życie, a pan pisarz, niby taki mądry, a pali. Nic dobrego to nie przyniesie. – Kolejowa Nostradamuska pokręciła głową, ale nikt nie rozwinął tej myśli.

W dzieciństwie Hanna, jak większość dziewczynek, identyfikowała się ze swoją matką, ale w rzeczywistości była podobna do ojca. Tak jak on została hojnie obdarowana urodą i talentami, ale zarazem umieszczona w miejscu na ziemi, w którym nie było wiadomo, jak miałaby z tego wszystkiego skorzystać. Dorastała w jednej z tych małych, dusznych miejscowości, w których człowiek tkwi gnuśnie, niczym mucha w puszce po coli, i nie sposób wyrwać się rutynie.

– Mamo, kiedy pojedziemy do zoo?

– Kiedyś na pewno, kochanie – odpowiada Krystyna.

– Ale kiedy? W sobotę?

– W sobotę jedziemy na obiad do dziadków. Nie marudź, bo jestem zajęta – burczy matka pochylona nad prasowaniem.

– W niedzielę?

– W niedzielę idziemy do kościółka.

– Ale po kościółku?

– Na obiad do drugiej babci. – W głosie matki słychać znużenie.

– A zoo? – Hanna kieruje w stronę mamy swój najpiękniejszy uśmiech.

– Co ci do głowy teraz strzeliło?! Do zoo pójdziemy, jak będziemy w Krakowie. Słyszysz, Tomek? – Teraz głos matki przybiera jaśniejszy ton, jest w nim nadzieja, bo przecież oboje z mężem kochają Kraków.

Ojciec odpowiada smutnym wzruszeniem ramion, on też się dusi, ale nie ma pomysłu, jak to zmienić.

– Będą pieniądze, to pojedziemy – mówi i podchodzi do okna.

– Mamo, jak ja nie zobaczę zaraz słonia, to umrę. – Hania czuje, że jeszcze moment i nie wytrzyma, przestanie oddychać z niecierpliwości, sprawa jest zbyt ważna, zbyt wielka.

– Aż tak łatwo to się nie umiera. Nie gadaj głupot.

– Ale ja chcę napisać wiersz o słoniu i zrobić ilustracje. – Hanna nadal wierzy, że uda jej się coś wygrać. – Muszę zobaczyć słonia.

– To obejrzyj sobie zdjęcia słoników, mamy gdzieś w domu taki album.

– Na zdjęciach to nie to samo.

– Boże, jak ja ją rozumiem – mówi ojciec i patrzy z wyrzutem najpierw na matkę, a potem na Hannę, jakby to była ich wina, że jego życie toczy się w promieniu kilkunastu kilometrów od rodzinnego domu i że nigdy nie miał odwagi tego zmienić.

Męczy go nienasycenie, trwałe poczucie, że czegoś nieokreślonego mu za mało.

Dorosła Hanna będzie mówiła, że jako dziewczynka miała w sobie próżnię. Próżnia ta domagała się wypełnienia, jak puste koryto rzeki w czasie suszy. Można ją było wypełnić wszystkim, zarówno tym, co dobre, jak i tym, co złe. Nie była wtedy w stanie jasno sprecyzować, o co w tym dziwnym głodzie chodziło, jej wiedza o świecie była na to zbyt mała. Smutne, bo ojciec także nie potrafił zrozumieć swojej pustki. Może dlatego, że poza pewnymi szczególnymi cechami, jak pomnikowa uroda i duża muzykalność, był typowym przedstawicielem swojej generacji, a więc mężczyzną niespecjalnie nastawionym na autoanalizę. Jak to się mówi, nie miał kontaktu z własnymi uczuciami. Ujmując rzecz bardziej obrazowo, był od nich odgrodzony gęstym, kolczastym żywopłotem, który z biegiem lat coraz częściej i z większą sumiennością podlewał alkoholem.

– Kurwa, jak się nie chce żyć – mawiał przy śniadaniu – aż człowieka rozpiera od tego bezsensu. Zawsze czegoś, kurwa, brak i zawsze coś się, kurwa, musi.

Stan ducha przegranego ojca i jego niezupełnie beztroskiej córki dałoby się też zdefiniować jako twórczy niepokój, jednak ojciec nigdy tego nie zrozumiał, a Hanna potrzebowała czasu, by to odkryć. Chociaż pierwsze sygnały pojawiły się w jej życiu wcześnie.

– Wiesz, babciu, jak piszę, to się robię silna, bo to jest tak, jakbym miała w sobie jeszcze jedną dziewczynkę albo nawet dwie, wiesz.

– A to ciekawe – odpowiada znudzonym głosem babka, krojąc zamaszystymi ruchami pachnącą czosnkiem kiełbasę. – To rób dalej te lekcje.

– Ale ja lubię pisać inne rzeczy, a nie wypracowania. Lubię pisać o duchach.

– O duchach nie pisz, o takich rzeczach nie wolno – ucina babka.

– Ale dlaczego?

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

II

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Anna Małyszek-Sitko

hevolta.com

Zdjęcie na okładce

Peter Zelei/Getty images (kobieta)

Marco Uliana/Shutterstock (ćma)

Redakcja

Anna Jutta-Walenko

Korekta

Krystian Gaik

Jadwiga Piller

Copyright © by Katarzyna Tubylewicz, 2016

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2016

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

http://www.wielkalitera.pl/

ISBN 978-83-8032-076-5

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl