Ostatnia noc w Tremore Beach - Mikel Santiago - ebook
Opis

Thriller psychologiczny na miarę Stephena Kinga                                                                                                                                                              Peter Harper jest słynnym kompozytorem muzyki filmowej. Po niedawnym rozwodzie przeżywa niemoc twórczą. W poszukiwaniu spokoju i weny wynajmuje dom na pięknej i mało uczęszczanej plaży w Irlandii.     Pewnej nocy podczas potężnej nawałnicy Peter zostaje porażony piorunem. Po kilku dniach od wypadku zaczyna mieć niepokojąco realne wizje. Ich bohaterami są dzieci, które przyjechały spędzić z nim wakacje, zaprzyjaźnione małżeństwo z sąsiedztwa oraz mieszkająca w pobliskiej wiosce Judie, która staje się Peterowi coraz bliższa.  

Wkrótce odkrywa on, że zarówno przyjazne małżeństwo, jak i urocza Judie mają swoje tajemnice…

Czytelnik porusza się w gęstym labiryncie zdarzeń i podobnie jak bohater do samego końca nie wie, co jest prawdą, a co jedynie realistyczną wizją. Strach przed nieuniknionym sprawia, że książka trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 432

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału LA ÚLTIMA NOCHE EN TREMORE BEACH

Redakcja Dorota Rżysko

Projekt okładki Paweł Skupień

Zdjęcia na okładce © petesphotography / iStock © welcomia / iStock © shaunl / iStock

Korekta Maciej Korbasiński

Redaktor prowadzący Anna Brzezińska

Copyright © by Mikel Santiago, 2014 This edition c/o SalmaiaLit, Literary Agency.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2016 Copyright © for the Polish translation by Maria Mróz

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-037-9

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawawww.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: [email protected] Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: [email protected] Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: [email protected]

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Mojemu Ojcu, który odszedł, zanim mógł ujrzeć tę książkę w druku. Dla Niego

Niektórzy pisarze mówią o natchnieniu jako o tunelu, który otwiera się w magiczny sposób w ich umysłach i umożliwia podróż do miejsca, gdzie z całą jasnością można ujrzeć historie, wydarzenia i postacie, a wtedy pisarzowi pozostaje jedynie spisać kronikę tego, co widzi. Autor przygląda się swoim bohaterom, obserwuje ich zachowanie, odczuwa to, co oni czują, widzi, gdzie idą i po co. Podąża ich śladem jak szpieg, a potem wszystko nam opowiada. Musi się spieszyć, musi bardzo szybko wodzić piórem po papierze lub uderzać w klawiaturę, by nie uronić żadnego szczegółu, by zdążyć przed ponownym zamknięciem się przejścia.

Z podobnych rejonów czerpią inspirację muzycy. W moim przypadku mogę mówić o czymś, co przychodzi z nieba. Nie pytajcie mnie dlaczego, ale od zawsze sądzę, że natchnienie jest proweniencji niebiańskiej, jak objawienie. Melodia jest czymś oczywistym, kiedy już istnieje, ale cały problem polega na tym, żeby ją uchwycić. Niewielu się to udaje. Melodie to płochliwe motyle, a my, kompozytorzy, mamy w głowach sieci, w które usiłujemy je złapać. Niektórzy z nas są hojnie wyposażeni, inni skromniej, ale łączy nas to, że robimy wszystko w tym jednym jedynym celu: pochwycić melodię, pochwycić ten powiew magii, którego istnienie przeczuwamy, zawładnąć nim i – jakby chodziło o starożytne dzieło sztuki – odtworzyć jeden po drugim każdy z mikroskopijnych, wspaniałych szczegółów składających się na całość, która mogła zostać zaprojektowana jedynie przez jakąś istotę wyższą. W jakiś sposób pełnimy rolę medium, poprzez które przemawiają do nas zaświaty. Zaświaty zaludnione przez przepiękne, wymykające się duchy, które – uchwycone – mogą nam pomóc wyjaśnić pochodzenie świata, czasu i gwiazd. Ich istnienie uświadamia nam, że człowiek jest czymś więcej niż tylko zwierzęciem narodzonym w bólu i skazanym na śmiertelność.

PETER HARPER,

„Contemporary Music Writer Magazine”,

8 lutego 2003 r.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Sztorm, który przez jakiegoś miłośnika tematyki biblijnej zatrudnionego przez służby meteorologiczne został nazwany Lucyferem, zagrażał nam już od dobrych kilku dni. Miał być czymś nadzwyczajnym nawet jak na hrabstwo Donegal, a więc można się było spodziewać, że spadnie sporo dachówek i ulegnie zerwaniu niejeden przewód elektryczny. Facet z Radio Coast ostrzegał nas co godzinę: „Napełnijcie zbiorniki paliwem! Jak tam wasze zapasy mrożonek? Czy kupiliście fasolkę w sosie pomidorowym? Ile puszek? Nie zapomnijcie o świecach i zapałkach! Tym, którzy mieszkają na wybrzeżu, przypominamy: przywiążcie dobrze swoje łodzie. A jeśli możecie, przed nocą wyciągnijcie żaglówki na brzeg”.

Nie dalej jak dziś rano zapowiedziano wiatr o szybkości pięćdziesięciu pięciu węzłów i zalecono mieszkańcom, żeby nie ruszali się z domu w godzinach wieczornych. Ostrzegano także przed silnymi opadami i powodziami w głębi kraju. Tu, na wybrzeżu, we wszystkich domach szykowano się do przetrwania upiornej nocy.

Z samego rana wybrałem się do Clenhburran, żeby załatwić kilka spraw i zrobić zakupy. Wieś Clenhburran jest jedynym skupiskiem ludzkim na przestrzeni wielu mil, czyli czymś bardzo ważnym dla człowieka, którego ze światem zewnętrznym łączy tylko kręta, wąska droga wiodąca przez klify i torfowiska.

Pierwszym punktem na mojej liście było oddanie kosiarki do naprawy. W tym celu udałem się do składu Johna Durrana.

– Zabezpieczył pan już okna, panie Harper? – Właściciel zadał mi to pytanie, ledwo wszedłem do środka. – Mieszka pan w Tremore Beach, nieprawdaż? No, tam naprawdę solidnie będzie wiało dziś w nocy.

John Durran był jednym z tych, dla których sztorm oznaczał złote żniwa. Przy jednej z bocznych ścian budynku, tuż obok drzwi, zgromadził wysoki na ponad dwa metry stos płyt wiórowych. Z okapu, ponad stosem, zwisał fosforyzujący napis wzywający do czynu klientów składu: „Chrońcie swoje okna!”.

Nie brakowało tu również specjalnych ofert generatorów na ropę, świec, piecyków na propan-butan i najrozmaitszych przedmiotów potrzebnych do przetrwania. Turyści i weekendowi rezydenci napełniali po brzegi bagażniki swoich samochodów, a Durran zacierał ręce. Niestety, klientela nie była tak liczna, jak by sobie życzył, gdyż do oficjalnego otwarcia sezonu brakowało jeszcze prawie miesiąca.

Odpowiedziałem, że jestem przygotowany, choć w rzeczywistości wcale tak nie było. Niczym nie zabezpieczyłem okien w swoim domu na plaży. Leo Kogan, jedyny sąsiad zamieszkujący w pobliżu, też tego nie zrobił, a ponadto odradzał mi to usilnie. Twierdził, że nie ma się czym przejmować. Do tej pory zawsze ufałem jego doświadczeniu rezydenta weterana, przyznaję jednak, że nastrój zagrożenia, którym oddychało się w składzie Durrana, oraz widok domów z oknami pozabijanymi szczelnie deskami, którym mogłem się przyjrzeć w drodze do wsi, sprawiły, że zaczęło mnie ogarniać lekkie zdenerwowanie.

Popchnąłem kosiarkę do warsztatu przylegającego do składu i wyjaśniłem mechanikowi, Brendanowi, że wczoraj znowu ją popsułem – po raz drugi w ciągu dwóch miesięcy – najeżdżając na tę samą betonową płytę przykrywającą szambo, która kryła się w gąszczu mojego trawnika.

– Taka piękna Outils Wolf, prawie nowa! Nieźle dostała, proszę pana. Jeśli pan chce, możemy przykryć tę betonową płytę żeliwną pokrywą albo czymś.

Wyjaśniłem, że agencja wynajmu nieruchomości zobowiązała się zająć tą sprawą – miałem przy tym nadzieję, że zrobią to jeszcze w tym tysiącleciu – i spytałem, na kiedy zreperuje moją kosiarkę.

– Trzeba wymienić nóż i przejrzeć silnik – wyjaśnił Brendan. – Za dwa–trzy dni będzie do odbioru.

Umówiłem się na odbiór i poszedłem w kierunku portu. Idąc Main Street, przyglądałem się, jak rybacy zabezpieczają kutry. Chester, staruszek z kiosku z gazetami i papierosami, też uznał za stosowne wspomnieć, że najbliższej nocy szykuje się „coś naprawdę wielkiego”.

– Zauważył pan, że nie ma mew? – spytał, wkładając do torby moje zakupy: „Irish Timesa”, karton papierosów Marlboro i najnowszy kryminał. – Taki piękny dzień, i ani jedna z nich nie lata. Zwykle się tu kręcą w poszukiwaniu pożywienia. One to przeczuwają, wie pan? Wszystkie poleciały w głąb lądu i najprawdopodobniej właśnie srają na dachy w Barranoe lub w Port Laurel. Jakby się kto pytał, to według mnie coś poważnego się szykuje. Od 1951 roku nie widziałem takiego dnia przed sztormem, a tamtej nocy wiatr porywał w powietrze owce i traktory. Szyld kiosku, ten, który pan tu widzi, oderwał się i odleciał. Mój kuzyn Barry znalazł go potem na szosie do Dungloe, wiele mil stąd.

Ponownie przypomniałem sobie, co mówił mój sąsiad Leo. Powtarzał, żebym się nie przejmował, i twierdził, że w najgorszym razie wiatr nawieje nam do domów trochę piasku lub oderwie kilka gontów. Niczego bardziej spektakularnego nie należało się spodziewać. Chyba wiedział, co mówi, w końcu mieszka na plaży już od trzech lat. Zresztą zapowiedź sztormu nie spowodowała zmian w jego planach na najbliższą noc. Proszona kolacja figurowała w jego kalendarzu już od ponad dwóch tygodni i wczoraj zadzwonił do mnie, żeby potwierdzić zaproszenie.

– Czy myślisz, że to rozsądne wyjeżdżać z domu tej nocy, na którą zapowiadają prawdziwą apokalipsę na wybrzeżu? – spytałem.

– To tylko dwie mile, Peter! – odpowiedział z właściwym sobie optymizmem. – Co takiego może ci się stać na przestrzeni dwóch mil?

Kiedy obudziłem się z popołudniowej drzemki, była już niemal szósta i burzowy front rozciągał się na wieczornym niebie jak ogromny, kosmaty dywan. Oparty o zagłówek kanapy w salonie obserwowałem przez wielkie tarasowe okna horyzont, znad którego nadciągała tytaniczna formacja chmur, wysoka jak wieża i szeroka jak wzrokiem sięgnąć. Nieubłagane siły powietrznego wroga szykowały się do walki z ziemią. W czarnym wnętrzu wału chmur coś błyskało, jak zapowiedź zawziętej bitwy.

Wstałem, zrzucając na podłogę kryminał, którego pierwszych pięćdziesiąt stron uśpiło mnie skutecznie po obiedzie. Upadł na wełniany dywan o azteckich motywach, ozdabiający środek obszernego salonu. Podniosłem gitarę, też leżącą na podłodze, i umieściłem ją pod poduchami kanapy. Podszedłem do wielkiego okna tarasowego, odsunąłem przesuwne drzwi i wyszedłem na zewnątrz. Powitał mnie wściekły powiew wiatru, przyginający do ziemi źdźbła trawy. Potrząsał roślinami z ogródka jak dziecko grzechotką. Ogrodzenie – płot z pomalowanych na biało sztachet – dzielnie znosiło potężne ataki wichury. Poniżej, na plaży, wiatr unosił w powietrze chmury piasku i rzucał nimi o stromy brzeg. W moją twarz wbiły się dziesiątki kłujących drobinek.

Te oznaki zbliżającej się potwornej burzy sprawiły, że poczułem się jak mizerna mróweczka, którą za chwilę zdepcze stopa giganta. Wspomniałem deski i płyty Johna Durrana i pożałowałem, że nie zaopatrzyłem się w solidną ilość materiałów zabezpieczających. A niech to diabli, Pete! Dlaczego byłeś taki bezmyślny? To, co nadchodziło, wyglądało jak potwór, mający zamiar połknąć całe wybrzeże.

Wróciłem do środka i zasunąłem drzwi. Zamek nigdy nie działał zbyt dobrze, ale szarpnąłem solidnie i wreszcie udało mi się je szczelnie zamknąć. Jak to mówił Leo? „Spokojnie, panie Harper, to nie koniec świata”. Wszedłem na piętro i sprawdziłem wszystkie okna, jedno po drugim.

Na górze znajdowała się duża sypialnia oraz drugi pokój wyposażony w dwa łóżka (oczekujący na pierwszych gości: moje dzieci, które miały przyjechać z wizytą za kilka tygodni), i łazienka. Na niewielkim stryszku zgromadzone były pokryte kurzem skrzynie i stare walizki. Po raz pierwszy od wielu miesięcy wdrapałem się tam, aby sprawdzić, czy świetlik w dachu jest dobrze zamknięty. Przy okazji zaopatrzyłem się w świece, które porozmieszczałem tu i ówdzie, na wypadek gdyby w nocy wysiadł prąd.

Wyciągnąłem kable z gniazdek i wróciłem na parter. W kuchni było tylko jedno podwójne okno, z widokiem na morze. Wydawało się niezwykle solidne. Przez kuchenne drzwi wyszedłem do tylnego ogródka. Zebrałem kilka drewnianych foteli, złożyłem je i umieściłem w szopce, gdzie znajdowały się narzędzia i drewno na opał, zakupione przez któregoś z poprzednich lokatorów domu. Była tam nawet niewielka siekiera, którą posłużyłem się kiedyś, żeby narąbać trochę szczap do kominka. Przez chwilę fantazjowałem o tym, żeby zakasać rękawy i sporządzić własnoręcznie jakieś zabezpieczenia, ale natychmiast przywołałem się do porządku. Najprawdopodobniej udałoby mi się tylko odrąbać sobie palec albo zdarzyłoby się coś jeszcze gorszego. A w tym miejscu, gdzie nikt nie usłyszałby moich krzyków, pozostałoby mi jedynie umrzeć w samotności z wykrwawienia.

Zamknąłem szopkę i wróciłem do domu.

Okna salonu drżały poruszane wściekłymi porywami wiatru. Czyżby miały mu ulec? Lepiej było nie ryzykować. W szafie w przedsionku znalazłem wielki kawał plastikowej folii. Podczas przeprowadzki posłużyła do owinięcia mojego fortepianu Steinway & Sons i pomyślałem, że ponownie może się przydać, na wypadek gdyby szyby uległy stłuczeniu, a deszcz lał się do środka. Po przykryciu instrumentu (bagatelka, dwa metry długości i niemal trzysta pięćdziesiąt kilo wagi) odblokowałem kółka i odepchnąłem fortepian od okien. Pozostawił po sobie pustą przestrzeń otoczoną zwałami nut, zeszytów, partytur, pudełek z długopisami oraz masą zmiętych kartek papieru nutowego. Zgasiłem i zamknąłem mój MacBook Pro i umieściłem go na samym szczycie regału oddalonego od okna. To samo zrobiłem z pianinem elektrycznym, którego używałem do nagrywania. Salon został przygotowany na przyjęcie szatańskiej matki wszystkich nawałnic. O szyby zaczęły uderzać pierwsze krople deszczu, a w dali od czasu do czasu słychać było odgłosy gromu, lecz nie widziałem jeszcze żadnej błyskawicy.

Wtem zadzwonił telefon.

Podbiegłem i odebrałem. Usłyszałem głos Leo.

– Dobry wieczór, Harper. Już czas. Kiedy się pojawisz?

Przez te wszystkie przygotowania niemal zapomniałem o zaproszeniu do Koganów.

– Przepraszam cię, Leo. Jakoś czas mi zleciał – powiedziałem, podchodząc z telefonem do okna. – Słuchaj, czy nadal uważasz, że nie będą mi potrzebne deski do zabicia okien?

Usłyszałem jego śmiech, co niezupełnie mnie uspokoiło.

– Przestraszył cię ten Durran, co? Bóg z nim, Pete. Słuchaj, jeśli nie będzie gradu meteorytów, nie ma szans, żeby cokolwiek zbiło twoje okna tej nocy. Ale pospiesz się i przyjedź, zanim ta gigantyczna chmura nadciągnie nad wybrzeże. Niesie ze sobą sporo piorunów.

Obiecałem, że pojawię się za kwadrans. Odłożyłem słuchawkę i zadrwiłem sam z siebie: – Ty tchórzu! Zachciało ci się domu na plaży, a teraz co? Mieszczuchu cholerny!

Wszedłem na górę i wziąłem gorący prysznic, żeby się odprężyć. Drzemka, którą sobie uciąłem po powrocie z wioski, była dość długa. Poprzedniej nocy nie mogłem oka zmrużyć, wszystko przez ten wieczorny telefon od Pata Dunbara, mojego agenta. Flaki nadal mi się przewracały, gdy o tym myślałem.

Pat, pięćdziesięciosześcioletni grubas zagrożony zawałem, rozwiedziony i ponownie żonaty ze smukłą, młodziutką Rosjanką, mieszkał czasowo w Londynie, choć zazwyczaj spędzał całe miesiące w swojej wspaniałej willi nad Morzem Śródziemnym. Palił mniej niż w przeszłości, ale pił tyle, co zawsze. Łączyła mnie z nim relacja niemal synowska, lecz byłem (to znaczy, kiedyś byłem) syneczkiem, który dostarczał mu dwudziestoprocentowej prowizji.

– Spotkałem Alexandra Wellsa na gali BAFTA – stwierdził natychmiast po rzuceniu retorycznego pytania: „Jak tam na bezludnej wyspie?”. – Mówiliśmy o tobie. Chciał się dowiedzieć, co u ciebie słychać. Czy jesteś wolny. Nagrywają nowy serial o piracie Drake’u. To znaczy, dla innych to jest pirat. W Wielkiej Brytanii jest uważany za bohatera lub coś w tym stylu. To rzecz o okrętach i bitwach morskich.

– Wiem, kim był Francis Drake – odparłem z pewnym napięciem w głosie. Wiedziałem już, dokąd zmierza Pat.

– Świetnie. Darujmy sobie kontekst historyczny. Powiedz lepiej, kiedy zaczynamy? Szukają kompozytora. Będziesz potrzebny za miesiąc. Powiedziałem, że z tobą pogadam. Możesz się z nim spotkać w Londynie. Powiedzmy… w przyszłym tygodniu?

Myślę, że nic się nie dało na to poradzić. Pat był moim agentem, a nie moją matką.

– A co, sądziłeś, że dzwonię tylko po to, żeby zapytać o twoje samopoczucie?

– Pat, wiesz, jak jest – powiedziałem. – Mam zobowiązania. Co najmniej do końca września będę zajęty. Chcę doprowadzić sprawę do końca.

Nastąpiła krótka przerwa. Znałem Pata Dunbara od lat i mogłem się założyć, że powtarzał niemo moje słowa, wykrzywiając twarz w idiotycznym grymasie.

– Nie proszę cię, żebyś wszystko rzucił, Pete – powtórzył, usiłując złagodzić ton głosu. – Szanuję twoje decyzje. Zawsze je szanowałem, czyż nie? Proszę cię jedynie, żebyś nie tracił kontaktu z rzeczywistością. Żebyś opuścił swoją buddyjską samotnię na parę dni, włożył garnitur i wypił kawę z Wellsem i jego producentem. Żeby mogli opowiedzieć ci o swoich zamiarach. Znam cię, zapiszesz im przewodni temat na serwetce po pięciu minutach konwersacji. I co ty na to?

Oto Pat Dunbar, pomyślałem, geniusz taniego psychologizowania podczas daremnej próby zastosowania technik motywacyjnych.

– Muszę realizować swoje plany, Pat. Spotkanie z Alexem Wellsem byłoby podjęciem zobowiązania. Wypadniemy niedobrze, ty i ja, jeśli stawię się niezupełnie przekonany co do tego spotkania. Dobrze o tym wiesz. Tam trzeba wykazać entuzjazm, a ja zajmuję się już innym projektem.

– Czyżby? – odparł. – Jesteś tego pewien?

– O co ci chodzi? – powiedziałem z pewną urazą.

– Wiem, nie musisz mi mówić – Pat był rozgoryczony. – Twoja eksperymentalna płyta. To o niej opowiadam całemu światu przez ostatni rok. „Pete musi mieć trochę czasu dla siebie, trata tata…”. Jedenaście miesięcy, chłopcze, to nie w kij dmuchał. Czy wiesz, co się działo przez ten czas? Musiałem odrzucić…

– Dobrze, Pat. Już wielokrotnie mi to wyliczałeś: dwa sześciocyfrowe projekty gier komputerowych, film i teraz, jak doliczyć Drake’a, to będą już trzy seriale.

– Pozwól, że powiem ci coś, czego nie chcesz słuchać. Ludzie zaczynają o tobie zapominać. Wytworzyłeś wokół siebie atmosferę kogoś dziwnego, nieprzewidywalnego, a to jest jak zaraza. To najgorsza reputacja, jaką można mieć. Nawet blask twoich nagród BAFTA, twoich Złotych Globów i tej nominacji do Oskara nie wystarczy. Nie jesteś żadnym Elfmanem, Williamsem ani Zimmerem, pamiętaj o tym! Słuchaj mnie, Pete. Przykro mi, że muszę być brutalny, ale uznałem, że ktoś musi ci to powiedzieć. Nie możesz sobie jeszcze pozwolić na ekstrawagancje.

No tak, zbierało mi się już od dłuższego czasu, a teraz się wylało. W końcu ktoś wytargał mnie za uszy. Nadużyłem cierpliwości samego wielkiego Pata Dunbara.

Kiedy skończył perorę, zamilkł na chwilę. Obydwaj musieliśmy zaczerpnąć tchu.

– Posłuchaj, Pete… Obaj wiemy, że przeszedłeś przez ciężki okres. W porządku. Ja też jestem po rozwodzie. Wiem, jakie to gówno. Clem cię dobiła i obraziłeś się na cały świat. Ale musisz się zebrać do kupy.

– Właśnie to mam zamiar zrobić – powiedziałem.

– Kryjąc się przed światem?

– Nie kryję się. Potrzebowałem spokoju. Oddalenia od wszystkiego. (Od ciebie też, dodałem w myślach). Zresztą ostatnio mi nie szło. Dobrze wiesz, że robiłem gówniane rzeczy.

– W żadnym wypadku. To rozwód cię dobił. To jak mieć wypadek przy pracy. Ale wiesz, że ci faceci od filmu zawsze się spieszą i nie mogą na nikogo czekać. Robiłem, co mogłem. Walczyłem, ale mi się nie udało.

Nawiązał do klęski, która stała się jedną z przyczyn mojego wygnania. Do filmu, którego nie udało mi się dokończyć. Dla kanału FOX. Ich adwokaci zadali pałką kolejny cios w głowę Petera Harpera, jeszcze jeden cios dla moich finansów po rozwodzie z Clem.

– Słuchaj, Pat – postanowiłem przejąć inicjatywę. – Wiem, że jesteś moim przyjacielem. Wiem, że mówisz to wszystko w dobrych zamiarach, ale nie chcę teraz wracać. Zauważyłem, że jestem o krok od przemiany. Od zrobienia kroku w przód. Ta sprawa z Clem, cały ten koszmar, w jakiś sposób mi w tym pomoże. Ale potrzebuję czasu…

Pat leży teraz z pewnością na kanapie, odrzuca głowę do tyłu i patrzy w sufit. Próbowałem, zrobiłem, co mogłem, myśli sobie.

– Zgoda, Harper. Nie będę nalegał. Powiem Wellsowi, że nie. Zawsze polegałem na twoim instynkcie. Masz dobry instynkt. Pracuj nad albumem, dochodź do siebie i powiadom mnie, kiedy będziesz gotowy do pracy, dobrze?

Zakończyłem połączenie. „Dochodź do siebie”, rozbrzmiewało mi w głowie.

A przecież miał rację. Kogo mogłem oszukać? Nie miałem odwagi spotkać się z Alexandrem Wellsem, bo czułem się niepewny siebie. Pat o tym wiedział, ci z FOX wiedzieli, BBC wiedziało. Cały ten światek o tym wiedział. Prawy sierpowy prosto w szczękę wystarczył, żeby Peter Harper padł na deski. Komponowałem coś, odsłuchiwałem i wyrzucałem do śmieci. W gruncie rzeczy powinienem być wdzięczny Patowi, że nadal chce mieć ze mną do czynienia. Ryzykował swoją reputację.

Kilka miesięcy temu na jednym z blogów poświęconych życiu celebrytów pojawiła się notka o mnie: „Przez pół roku zwodził wytwórnię FOX, zainkasowawszy sowitą zaliczkę, po czym, jak mówią, udało mu się jedynie wyprodukować coś w rodzaju dzikich rytmów przerywanych zawodzeniem skrzypiec. Podobno rozwód mu nie posłużył. Powiedziałabym, że zwalił go z nóg”.

W ciągu ostatnich trzech miesięcy moje życie twórcze było pasmem frustrującej agonii prób i błędów. Spiralą depresyjno-maniakalną, w której nocą wydawało mi się, że już, już uchwyciłem coś wspaniałego, melodię, która stanie się punktem zwrotnym w pustce twórczej, a rano słuchałem tego, co napisałem, i żołądek mi się przewracał (w sensie przenośnym, z wyjątkiem paru razy, kiedy naprawdę zwymiotowałem). Zrywałem się od fortepianu, zdesperowany, i musiałem wychodzić z domu, żeby nie zwariować. Świrowałem, chlałem i błądziłem po skałach na Tremore Beach, poszukując krabów i marząc, dziecinnie i na próżno, aby jakaś niespodziewana fala zakończyła moje cierpienia. Lub też wspinałem się po klifach do ruin klasztoru Monaghan, gdzie zwykłem rozmawiać z Bogiem i domagać się, ku swemu wielkiemu wstydowi, żeby raczył mi pomóc. Najczęściej jednak wychodziłem po prostu do ogrodu i zajmowałem się koszeniem trawy, co zamieniło się w najwymyślniejszą rozrywkę w moim smutnym i samotnym żywocie. Dzięki temu miałem wspaniały trawnik, godny pałacu Buckingham.

Wyszedłem spod prysznica, ogoliłem się, włożyłem czystą koszulę i marynarkę. Od czasu do czasu dobrze było odrzucić mundurek złożony z dżinsów i T-shirta. Złapałem butelkę chilijskiego wina, którą zakupiłem tego ranka w sklepie u Andy’ego, pogasiłem światła i skierowałem się do wyjścia. Klucze wisiały przy drzwiach. Włożyłem je do kieszeni spodni, położyłem rękę na gałce i poczułem, jak chłód nocy wnika w moje ciało przez zimny metal, który drżał pod palcami, bo w drzwi uderzały porywy wichury.

I wtedy właśnie to się stało. To, co tylekroć miałem później sobie przypominać. Usłyszałem głos, który powiedział:

– Nie wychodź z domu.

Głos pozbawiony twarzy. Jakby głos ducha, mówiący prosto do moich uszu. Szept jak powiew wiatru. Coś, co mówiło w moim wnętrzu: – Nie otwieraj tych drzwi. Nie tej nocy… – Moja ręka pozostała na gałce drzwi. Moje zlodowaciałe stopy niemal przylepiły się do kafli podłogi.

Rzuciłem wzrokiem za siebie ku pogrążonemu w ciemnościach salonowi. W oddali, nad oceanem, przez niebo przemknęła błyskawica i na mgnienie oka rozświetliła ciemności. Oczywiście nie było nikogo. Głos nie należał do żadnego ducha. To był mój głos. Głos, który rozbrzmiewał w mojej głowie.

Czyżby to znowu to, o czym myślę? To ten głos? Znowu?

W ciągu całego życia, aż do tej chwili, zdarzyło mi się usłyszeć ten głos zaledwie raz. Wyraźny głos, niosący jasne przesłanie…

Niech to diabli. Wówczas przemawiał przeze mnie strach, mówiłem sam do siebie w myślach. Teraz też tak jest. Nie bądź dziecinny, Peterze Harperze. Te rzeczy nie istnieją.

Ale czyż nie miałem wtedy racji?

– Nie bądź dzieckiem, Pete – powiedziałem na głos sam do siebie, samotny w pustym domu.

Zgasiłem światło, wyszedłem z domu i z hukiem zatrzasnąłem za sobą drzwi, jakby chcąc przepłoszyć straszące mnie widmo.

2

Wjeżdżałem na wydmy w nawałnicy wody, wiatru i piasku. Tędy prowadziła jedyna droga na szczyt stromego wzgórza, które oddzielało mój dom od domu Leo i Marie. Miejscowi nazywali je Kłem Billa, na cześć legendarnego przemytnika z tych okolic. Podobno podczas drugiej wojny światowej na tutejszej plaży hitlerowcy mieli dokonać wyładunku broni dla IRA, w ramach słynnego Planu Kathleen. Te i inne opowieści krążyły po Clenhburran, ale nie znajdowały oparcia w żadnych pisemnych źródłach. Mogłeś w nie wierzyć albo nie, twoja sprawa.

Stary i poskręcany wiąz, którego gałęzie nosiły wielowiekowe ślady wichrów znad morza, rósł nad samym brzegiem wzniesienia, w miejscu, gdzie urwisko spadało dość łagodnie w stronę plaży. Droga z Clenhburran, wiodąca przez torfowiska, rozgałęziała się, dochodząc do drzewa, i obydwie odnogi prowadziły w dół, w kierunku jedynych dwóch domów wybudowanych na plaży. Na lewo, do Petera Harpera. Na prawo, do Leo i Marie Koganów.

Zatrzymałem na chwilę samochód. W ciemnościach nocy dostrzegłem białe pióropusze fal uderzających o brzeg. W oddali, nad oceanem, niebo przeszywały pierwsze błyskawice. Był to spektakularny widok na tym pogrążonym w całkowitym mroku wybrzeżu. Jedynie od czasu do czasu pojawiał się przeszukujący noc snop złocistego światła rzucany przez latarnię morską na odległym przylądku.

Po pięciu minutach ujrzałem światła domu Koganów. Wybudowano go na samym końcu plaży, gdzie gruba łacha czarnego łupku oddzielała brzeg pokryty delikatnym piaskiem od ostrych, niebezpiecznych skał klifu. Budynek stanowił dość zwartą bryłę, do której przylegała przybudówka, dodana – raczej nielegalnie, jak kiedyś przyznał Leo – w celu uzyskania miejsca na garaż połączony bezpośrednio z kuchnią.

Zatrzymałem samochód przy płocie obok kompaktowego forda, którego nigdy dotąd nie widziałem. Skierowałem się do drzwi domu i natychmiast przemoczyły mnie uderzenia niesionych wichurą fal ulewy. Przypominały serie z broni maszynowej, ponieważ woda zmieszana była z uciążliwymi drobinami piasku, piekącymi jak tysiące igieł wbijanych w skórę. Leo musiał dostrzec światła mojego auta, bo wyszedł po mnie z parasolem.

Miał około sześćdziesiątki, był mojego wzrostu i – jak na swój wiek – prezentował zdumiewająco atletyczną sylwetkę. Wydatna żuchwa, przycięte krótko maszynką siwe włosy i szeroki uśmiech, który demonstrował przy każdej okazji. Podbiegł do mnie, przeskakując przez kilka kałuż, które już zdołały się utworzyć na wyłożonej kamiennymi płytami ścieżce przecinającej frontowy ogródek. Spotkaliśmy się w połowie drogi i na znak przywitania poklepaliśmy się po ramionach. Próba rozmowy w tych warunkach zakrawałaby na idiotyzm. Ruszyliśmy pędem do domu.

– A już myślałem, że będziesz się chciał wykręcić od wizyty – powiedział, gdy tylko znaleźliśmy się pod dającym schronienie daszkiem ganku i otrząsaliśmy się z wody, narzekając na okropną pogodę. – Chociaż to jedynie kilka kropel.

– No właśnie – podtrzymałem żartobliwy ton jego wypowiedzi. – Po prostu letni deszczyk.

Spojrzeliśmy ku horyzontowi, mrużąc oczy, żeby nie wpadał do nich piasek. Gigantyczny front atmosferyczny zbliżył się już na pięć czy sześć mil do brzegu, choć trudno było to ocenić z całą pewnością. Teraz już błyskawice waliły w ocean jedna po drugiej.

Leo ujął mnie za ramię.

– Szybko, wejdźmy do środka. Nie ma co tu sterczeć, jeszcze któraś błyskawica nas zgrilluje.

Rzucało się w oczy, że dom Koganów nie został urządzony na pokaz. Był wygodny i wyposażony w stylu rustykalnym, można było jednak dostrzec sporo wykwintnych detali, takich jak ogromny telewizor marki Bang Olufsen, pianino, na którym od paru lat uczyła się grać Marie, i dobrze wyposażona biblioteka z obfitym zbiorem książek podróżniczych i albumów o fotografii. Na ścianach, półkach i komodach znajdowała się kolekcja pejzaży irlandzkich, wykonanych w technikach pastelu i akwareli, podpisanych M. Kogan. Jeden z takich obrazów wisiał w moim domu nad kominkiem i stanowił prezent, który kilka miesięcy temu otrzymałem od autorki.

Marie podeszła, aby się przywitać, ledwo wszedłem do pokoju. Była wysoką, szczupłą kobietą, szykowną i elegancką. Zawsze byłem przekonany, że jest potomkinią jakiegoś możnego, arystokratycznego rodu, aż do chwili, kiedy zwierzyła mi się, że jej rodzice prowadzili hurtownię gdzieś w Nevadzie. Podobnie jak Leo, wydawało się, że także ona zawarła pakt z diabłem, bo nie widać było po niej oznak starzenia. Moja znajoma, Judie Gallagher, zażartowała kiedyś, że przypuszczalnie małżonkowie Kogan są wampirami, bo wiadomo, że te zachowują wiecznie młodzieńczy wygląd. Tak czy owak, nie tylko starsi mężczyźni z wioski entuzjastycznie obracali się za Marie, kiedy koło nich przechodziła.

Oprócz mnie zaproszeni zostali także Frank i Laura O’Rourke, właściciele kwiaciarni i sklepu z pamiątkami na Main Street, z którymi Marie niedawno się zaprzyjaźniła, a których ja znałem jedynie z widzenia. Leo zwierzył mi się kiedyś, że uważa, iż nieco za bardzo zadzierają nosa. „Lubią sami siebie słuchać i plotkują o mieszkańcach wioski w takim tonie, jakby sami byli kimś lepszym”, powiedział, ale stwierdził, że należy dokonywać wysiłków na rzecz życia społecznego w takich dziurach jak Clenhburran, które poza sezonem liczyło sobie około stu pięćdziesięciu mieszkańców.

Marie ucałowała mnie w policzki i przedstawiła O’Rourke’om, którzy siedzieli już na kanapie przy rozpalonym kominku i pociągali brandy, którą Leo niezwłocznie wlał także do mojego kieliszka. Na mój widok Laura zerwała się na nogi i zaczęła dość dziwnie się zachowywać. Splotła palce obu dłoni, stwierdziła, że to dla niej „prawdziwy zaszczyt” mnie poznać, a potem dodała: – Mam parę pana płyt i uwielbiam wszystkie piosenki, są takie… takie… – mówiąc to, zrobiła mi miejsce przy sobie na kanapie i uderzała w nie dłonią, wskazując, żebym usiadł. – Mam do pana tyle pytań! Leo powiedział nam, że niekiedy pan gra – wskazała na pianino. – Mam nadzieję, że my też zostaniemy zaszczyceni…

Spojrzałem na Leo morderczym wzrokiem, ale z kamienną twarzą odpowiedział mi uśmiechem. Nie pozostało mi nic innego, jak odpowiadać na niezliczone pytania Laury O’Rourke, bez powodzenia oczekując na to, żeby jej mąż Frank – facet o pociągłej twarzy i szklistych oczach płaza – przywołał ją do porządku i zasugerował, że nie wypada tak dręczyć ludzi. Nie doczekałem się. Przylepiła się do mnie jak pijawka, z drugiej strony unieruchomił mnie kieliszek wypełniony niemal po brzegi i nie mogłem się ruszyć.

– Widziałam pana w telewizji na gali BAFTA przed dwoma laty. Wyszedł pan, żeby odebrać nagrodę z rąk Darrena Flynna i Kate Winslet. O mój Boże, nie mogę wprost uwierzyć, że siedzimy tu razem jakby nigdy nic! – Mówiąc to, położyła mi dłoń na kolanie i zaśmiała się w taki sposób, że dźwięk jej śmiechu rozśmieszył mnie i też się roześmiałem.

Leo dołączył do chóru, a pan O’Rourke wykorzystał okazję, żeby pochłonąć spory łyk brandy i rozejrzeć się za dolewką.

– Och, panie Harper! Proszę mi powiedzieć, jaka jest Kate prywatnie?

Starałem się jakoś znieść to wszystko, opowiedziałem kilka starych anegdot, cały czas mając dojmującą świadomość, że pochodzą one z zamierzchłej epoki mojego życia, i z ulgą przyjąłem wezwanie Marie do zajęcia miejsc przy stole.

Państwo O’Rourke usiedli pierwsi i Laura usiłowała ściągnąć mnie na miejsce między sobą a mężem, ale miałem tak dosyć, że udając roztargnienie, wymknąłem się jej zakusom i wylądowałem na rogu obok Leo i naprzeciwko Marie, która właśnie stawiała na stole misę z sałatką z makaronem i krewetkami. Nie dając szans pani O’Rourke, wygłosiłem jakiś komentarz o sztormie, mając nadzieję, że temat pogody wystarczy nam do końca posiłku.

– Naprawdę paskudnie to wygląda – powiedziałem. – Słyszałem, że mówiono, iż wiatr osiągnie sto mil na godzinę.

– Pięćdziesiąt pięć węzłów, a nawet więcej, to normalne w tych okolicach – skomentował Leo. – Ale to, co jest niezwykłe, to te wyładowania elektryczne. Rozmawiałem po południu przez radio ze służbami meteorologicznymi Donegal i powiedzieli mi, że sztorm potrwa do rana.

– Jest pan radioamatorem? – zainteresował się Frank.

– Nie… – odparł Leo. – Rzadko rozmawiam przez radio, właściwie jedynie ze służbami obrony cywilnej, a czasem z Donovanem czy innymi rybakami. Mam radio raczej na wszelki wypadek. Zasięg telefonu jest tu dość niepewny.

– Zgadza się – potwierdził O’Rourke. – Już w Clenhburran jest zły, więc co dopiero tutaj.

– A pan, panie Harper? – Laura przystąpiła do ataku. – Jak się panu mieszka w tak odludnej okolicy? Nie boi się pan? Nie powinien pan się bać, tu się nigdy nic nie dzieje.

– Cieszy mnie to – odparłem. – W istocie…

– Chociaż ostatnio ludzie mówią – przerwała mi wypowiedź Laura – że przestało tu być aż tak bezpiecznie. Na przykład sklep państwa Kennedy został obrabowany w zeszłym roku. Słyszałam też, że niedaleko od Fortown był napad na dom. Włamywacze weszli do środka, podczas gdy właściciele spokojnie spali. Krążą wieści, że grasuje tu banda złoczyńców z Europy Wschodniej, ale Frank jest zdania, że plotki rozsiewają sprzedawcy alarmów.

– Przychylam się do jego zdania – włączył się Leo. – Nie sądzę, aby przestępcom chciało się zapuszczać na ten koniec świata po to, żeby ukraść komuś telewizor. Ja osobiście mam zamiar nie dać się zastraszyć.

– Świetnie to ująłeś, Leo – powiedziałem.

– A ty, Marie? – spytał Frank. Siedział spokojnie, patrząc do wnętrza swojego kieliszka. – Jak znosisz to samotne życie na odludziu?

– Doprawdy, wcale o tym nie myślimy – odparła Marie. – Zdarzało nam się mieszkać w o wiele bardziej niebezpiecznych miejscach i nigdy nic nam się nie stało, no może z wyjątkiem jakiejś drobnej kradzieży czy czegoś takiego. Ale podzielam zdanie Leo. Komu by się chciało tak daleko zapuszczać, żeby coś nam ukraść? Jest tyle lepszych miejsc dla bandy złodziei…

Błysk pioruna, po którym nastąpił okropny grzmot, oderwał nas od konwersacji o przestępcach i przywrócił na drogę rozważań meteorologicznych.

– No cóż, to nie pierwsza i nie ostatnia letnia burza. W sierpniu zawsze okropnie pada. Może znowu będą powodzie, tak jak dwa lata temu.

Frank O’Rourke zaczął opowieść o przyjacielu, który stracił zasiewy wartości kilku tysięcy euro podczas powodzi w Galway w 2008 roku. Leo stwierdził, że nasza planeta oszalała z powodu zmian klimatycznych.

– Nigdy w życiu nie widziałam takich cumulonimbusów jak dzisiejszej nocy – wtrąciła Marie.

– Cumulonimbusów? – spytałem.

– Chmur o takim kształcie. Są dziwne. Nietypowe dla tych okolic. To ma związek ze zmianami klimatu, nie ulega wątpliwości. Czytałam o tym w „National Geographic”. Klimat Irlandii jest uzależniony od ciepłego prądu Zatoki Meksykańskiej. Wpływał łagodząco na tutejszą pogodę, ale ostatnio jest coraz słabszy i to powoduje te sztormy. Oraz dziwne zmiany w trasach migracji ptaków.

Nad domem rozpętała się nawałnica, a pioruny biły już co minutę. W salonie, gdzie siedzieliśmy, co chwilę gasły i ponownie zapalały się żarówki. Czasem jedynym źródłem światła stawał się kominek, czasem nad naszymi głowami rozlegał się huk gromu, przerywając rozmowę, którą wznawialiśmy wśród żartów i wybuchów śmiechu.

Ale nawet to wszystko nie wystarczyło, żeby powstrzymać Laurę O’Rourke. Gdy pierwsze danie zeszło ze stołu, z tym większą energią przystąpiła do przesłuchania.

– Dlaczego wybrał pan właśnie Clenhburran, żeby się osiedlić? Ma pan zamiar zatrzymać się tu na dłużej?

Jedzenie i wino rozweseliły mnie i nastroiły bardziej towarzysko. Odpowiedziałem, że nie pierwszy raz osiedlam się w Donegal, żeby komponować. Poprzednio zdarzyło się to niemal piętnaście lat temu. Zamieszkałem wówczas w domu przyjaciół, na zboczach Lagirslan, tuż przy plaży podobnej do tej, jaką teraz oglądam co dzień przez okno.

– Dorastałem w Dublinie – powiedziałem – i w dzieciństwie przyjeżdżałem z rodzicami do Donegal na lato. To miejsce, które nadal dobrze na mnie wpływa. Czuję się tu spokojnie i bezpiecznie. Przypuszczam, że przypomina mi szczęśliwe dni dzieciństwa.

Jeszcze nie skończyłem zdania, a już zdałem sobie sprawę, że nawiązałem do niebezpiecznego tematu, który nie był mi na rękę. A Laura O’Rourke natychmiast go podchwyciła.

– Ma pan rodzinę? – spytała.

– Tak – odparłem wątłym głosem. – Dwoje dzieci.

– Które tu przyjadą za parę tygodni, nieprawdaż, Pete? – Leo starał się mnie uratować.

– Otóż to. Przyjadą tu na letnie wakacje. Mam nadzieję, że spodoba im się w Donegal.

– Oczywiście. Będą zachwyceni – podchwyciła zręcznie temat Marie.

Laura O’Rourke patrzyła na mnie z taką miną jak kot na widok myszy, ale z drugiej strony trochę się wstydziła atakować mnie wprost. Przywołała na usta sztuczny uśmiech i zadała pytanie, którego wszyscy obecni się spodziewali.

– Ale… jest pan żonaty, czy…?

– Rozwiedziony – odpowiedziałem.

– Och. Bardzo mi przykro. To okropne, kiedy są dzieci, prawda? Moja kuzynka Beth właśnie niedawno…

Wtedy Leo rzucił się, aby dolać wszystkim wina, a Marie wstała i zebrała ze stołu talerze, wypytując jednocześnie wszystkich obecnych, jak życzą sobie mieć wysmażone befsztyki. Pospieszyłem, aby jej pomóc, i kiedy byliśmy już w kuchni, mrugnąłem do niej i szepnąłem:

– Dziękuję.

Jedliśmy potem drugie danie, wspaniałe befsztyki z purée ziemniaczanym i jarzynami, co pozwoliło mi na krótki odpoczynek. Laura O’Rourke chwilowo straciła zainteresowanie moją osobą – niestety, jedynie chwilowo – i zagięła parol na Koganów. Stwierdziła, iż słyszała, że pochodzą z Portland, a ona sama ma tam kuzynkę… Kiedy postanowili przeprowadzić się do Irlandii? No, kiedy? Czy to prawda, że przez wiele lat mieszkali w Azji?

Przypuszczam, że cała okolica aż huczała od plotek na temat „nowych” sąsiadów, czyli na nasz temat. Najprawdopodobniej wynikało to z uzasadnionej logiki przetrwania. W tak niewielkiej społeczności ze względów bezpieczeństwa należy być dobrze poinformowanym, wiedzieć wszystko o wszystkich, poznać dokładnie biografię każdego sąsiada. Laura O’Rourke po prostu dawała upust swoim instynktom, zarzucając nas pytaniami. W przypadku Leo odniosła pełny sukces. Nie szczędził jej szczegółowych odpowiedzi i uraczył ją sporą dawką opowieści o swym życiu i przygodach, podlewając je obficie winem.

W wieku dwudziestu pięciu lat, jak stwierdził, powiesił na kołku rękawice bokserskie i opuścił jakąś dziurę w Nevadzie, przeprowadzając się za pracą do San Antonio w Teksasie, gdzie zaczął karierę ochroniarza. Marie, zanim została jego narzeczoną, w piątkowe wieczory tańczyła w rewii w wielkim hotelu w Las Vegas. Należała też do chórków takich znanych artystów jak Tom Jones. Potem opuścili Stany Zjednoczone i ruszyli w wielką podróż dookoła świata. Nigdy już nie wrócili na dłużej do Stanów, z wyjątkiem trzech miesięcy po śmierci matki Marie. To była ostatnia osoba, która łączyła ich z ojczyzną, potem byli już sami na świecie i zdani na własny los. Kiedy, według słów Leo, „osiągnęli wiek, w którym ludzie mają już prawo, żeby niczego nie musieć”, zaczęli rozważać, gdzie spędzić jesień życia.

– Z jakiegoś powodu zawsze myśleliśmy o dwóch miejscach: Irlandii i Szkocji. No i o Tajlandii. Poznałem wielu ludzi, którzy na emeryturze postanowili zamieszkać w Tajlandii. Kiedy masz ponad pięćdziesiąt lat, możesz wyrobić sobie stałą wizę i z europejskiej emerytury żyjesz jak król. Ale Marie zawsze wolała starą, dobrą Europę, marzyła o irlandzkich wybrzeżach, no i…

Leo mówił i mówił, opowiedział o tym, jak przybyli do Clenhburran, a była to historia, którą już kilka razy uprzednio słyszałem. Zaczynało mnie ogarniać roztargnienie. Odbiegłem myślą daleko. W głowie zaczęły tłoczyć mi się zupełnie inne skojarzenia i wspomnienia, walczyły o moją uwagę… Zwłaszcza ten głos. Głos, który usłyszałem w swoim własnym umyśle tuż przed wyjściem z domu…

– Niekiedy będziesz go słyszeć, synku.

…i po minucie już nie byłem obecny tu, w salonie Koganów, lecz wróciłem do domu swojego dzieciństwa w północnym Dublinie, w pobliżu Coombe, do małego saloniku zawsze dobrze ogrzanego kominkiem, w którym tliły się brykiety z torfu.

– W naszej rodzinie wszyscy mają dobrze rozwiniętą intuicję, Pete. Nigdy o tym nie zapominaj.

Moja matka zawsze mówiła o tym z pełną otwartością. Ale jedynie wtedy, kiedy byliśmy sami, we dwójkę. Mówiła o szóstym zmyśle. O aniele stróżu. O głosie, który nas chronił.

– Wsłuchuj się w niego. Istnieje, aby nam pomagać.

Zarówno ona sama, jak i w swoim czasie jej matka, a moja babka, słyszały ten głos. Mówił do nich, ostrzegał przed różnymi niebezpieczeństwami, przed zagrożeniami czyhającymi na nie i ich rodziny.

– A teraz przyszła pora na historię o twoim wuju Vincencie i autobusie – wtrącał się ojciec, kiedy udało mu się nas przyłapać na takiej rozmowie. – Lepiej nigdy nikomu spoza rodziny o tym nie mów, jeśli nie chcesz, żeby uznano cię za szaleńca.

– Okropny z ciebie niedowiarek, papo – łagodnie karciła go moja matka, po czym patrzyła na mnie swymi oczami błyszczącymi jak gwiazdy i uśmiechała się. – Znasz tę historię, Peter? Mój brat Vincent, niech spoczywa w spokoju, o mało nie odszedł dużo, dużo wcześniej z tego świata. Na jego szkolny autobus wpadła rozpędzona ciężarówka. Zginęło siedemnaścioro dzieci, kierowca i nauczycielka. Ale Vincenta tam nie było, to był jedyny dzień w jego życiu, kiedy spóźnił się na autobus. A wiesz, dlaczego? Właśnie miał wychodzić z domu, kiedy moja matka dostrzegła, że jeden z guzików przy mundurku wisi na jednej nitce. Kazała mu zostać, stwierdziła, że przyniesie przybornik i błyskawicznie mu go przyszyje. I podczas gdy to robiła, a Vinnie protestował, że się spóźni do szkoły, ten głos przemówił do mojej matki. Powiedział jej: „Nie pozwól Vinniemu wyjść z domu. Nie dzisiaj”. A więc matka przyszywała mu ten guzik najdłużej, jak mogła. I specjalnie przyszyła mu go do koszuli, po czym udawała zdumienie swoją niezręcznością i musiała wszystko odpruwać. A Vinnie cały czas się wściekał, że się spóźni na autobus. „No to się spóźnisz!”, wrzasnęła wreszcie matka. I tak się stało. I tego dnia zginęli wszyscy jego przyjaciele. Ani jeden nie przeżył!

Te opowieści były w moim domu czymś najzwyklejszym i bardzo gniewały mojego ojca. Zarzucał matce, że są niewychowawcze, że dorastam w wierze w duchy i przeczucia, i że religia dostarcza nam wystarczającej nadziei, więc zbyteczne jest żywić jeszcze dodatkowe, fałszywe i nieuzasadnione iluzje. Uważał, że wiara w przeczucia nie jest czymś odpowiednim dla dobrego chrześcijanina i – ogólnie rzecz biorąc – jest czymś idiotycznym.

– Wszystkie bez wyjątku matki na świecie martwią się o swoje dzieci, kiedy te wychodzą z domu. Tego dnia Bóg chciał, aby doszło do tej okropnej katastrofy, a twoja matka pomyślała, że…

Ale nie tylko raz się to zdarzyło, upierała się moja matka. I dodawała, że jej samej też się coś takiego przytrafia.

– A pamiętasz, co wydarzyło się o poranku 24 marca 1968 roku? Ty, Patryku, byłeś wtedy ze mną. Leżeliśmy w łóżku. Pamiętasz?

– Och… Nie, nie pamiętam – upierał się ojciec.

Oczywiście, że pamiętał, zwykła mi mówić potem mama w te długie wieczory, kiedy tato udawał się do klubu, a ja zostawałem w domu, żeby grać na pianinie. Siedziała na kanapie przy kominku, robiąc szalik na drutach.

– Zerwałam się z łóżka z płaczem, bo przyśnił mi się koszmar. Widziałam cmentarz pełen ludzi. Irlandczyków. Wiedziałam, że coś okropnego musiało się zdarzyć. Powiedziałam o tym twojemu ojcu, a on na to, żebym się nie przejmowała, że to tylko zły sen. Ale ja czułam w całym ciele, że naprawdę coś strasznego się stało lub stanie, jakby ktoś bliski mi umarł. W południe, pamiętam, że byłam w kuchni i słuchałam radia, ogłosili, że samolot z Cork do Londynu wpadł do morza. Patelnia, którą trzymałam w ręku, upadła mi na podłogę i mało brakowało, abym i ja tam się znalazła… Potem, tego samego popołudnia, powiedzieli, że to był samolot Aer Lingus, rozbił się niedaleko Wexfordu i zginęło sześćdziesięciu pasażerów i załoga… Twój ojciec przyszedł do domu pobladły na twarzy, położył się do łóżka i przez co najmniej rok nie chciał o tym gadać, ale to się zdarzyło dokładnie tak, jak ci mówię.

Ta opowieść była najbardziej przejmująca, ale były też inne, wiele innych… Niekiedy tylko o okropnym odczuciu, które niestety się potwierdzało („Katty Kennedy dziś rano wyglądała jak z krzyża zdjęta…”, a po paru miesiącach szliśmy na jej pogrzeb: rak kości), innym razem o słyszanym głosie („Gdzie jest ta butelka rozpuszczalnika, którą zostawiłem w kuchni?”, pytał tato… a mama odpowiadała, że wyrzuciła ją przez okno i żeby nigdy nie ważył się niczego takiego zostawiać w jej kuchni! „Coś mi powiedziało o spalonym gardle i o człowieku, który na zawsze stracił głos”). Ojciec, to oczywiste, wywracał do góry oczy, wzdychał i mówił, żeby nie opowiadała o takich rzeczach przy ludziach. Och, mamo, mamo…

– Jesteśmy niezwykli, Pete. Ty też jesteś kimś nadzwyczajnym. Sam pomyśl, jakie piękne melodie piszesz na fortepian. To skądś się bierze, pochodzi z niebiańskiej części ciebie samego. Jesteś małym aniołkiem, Pete, wiesz? Być może i ty kiedyś usłyszysz ten głos…

– Ale ja nie chcę słyszeć głosów, mamo… Tato mówi, że to dobre dla szaleńców, że zamkną mnie w domu wariatów, jeśli komuś o tym opowiem.

A wtedy matka kładła mi dłoń na oczach, opuszczała mi powieki i przesuwała ręką po nosie, jakby chciała mi go urwać.

– Szaleństwem jest żyć tak, jakby życie nigdy nie miało się skończyć, Peterze Harperze. Korzystaj z życia. Bierz je takim, jakie jest. Nie bój się go, a życie odwdzięczy się i da ci to, o co poprosisz.

To, o co poproszę.

– …kieliszek wina?

Wszystko to, czego tylko będę chciał.

– …jest pan tu z nami, panie Harper?

Otworzyłem oczy, lub raczej użyłem ich, ponieważ w istocie były otwarte, ale z nich nie korzystałem, i ujrzałem panią O’Rourke trzymającą butelkę nad moim kieliszkiem.

– Pytałam, czy chce pan jeszcze wina?

– Nie, dziękuję – odparłem, wygrzebując się ze wspomnień. – Nie… Myślę, że już dość wypiłem.

Po deserze poczułem się zmęczony, a ponadto miałem już całkiem dosyć Laury O’Rourke, której obecność skutecznie blokowała każdą próbę rozmowy z moimi przyjaciółmi, Leo i Marie. Jednak przyjąłem propozycję wypicia filiżanki herbaty i usiadłem na kanapie stojącej naprzeciwko kominka. Laura, stojąc z filiżanką w ręku, zachwycała się kolekcją obrazów Marie. Dopytywała się, czy Marie planuje urządzić warsztaty malarstwa dla kobiet z wioski.

– Jestem samoukiem – odparła Marie. – Nie sądzę, żeby była ze mnie dobra nauczycielka.

Laura O’Rourke wydawała się niezadowolona z tej odpowiedzi. Dodała, że chciałaby mieć jakiś obraz Marie, który „posłużyłby doskonale, żeby zapełnić puste miejsce w moim salonie”.

– Jeśli pani chce, Marie może namalować pani portret – wtrącił się Leo. – Jest nie tylko pejzażystką, maluje także wspaniałe portrety.

– Czy to prawda, Marie? – spytałem. – Gdybym o tym wiedział, już dawno poprosiłbym cię o namalowanie mojego portretu.

– No cóż, kiedyś zarabiałam w ten sposób na życie – odparła Marie. – W hotelach, gdzie pracował Leo, malowałam portrety niektórych klientów, no i…

– Namalowała portret żony Françoisa Mitterranda, mówię to poważnie – Leo wydawał się serio traktować rolę impresaria swojej nieśmiałej małżonki. – Namalowała też Billy’ego Cristala. To zlecenie sfinansowało połowę tego domu – zakończył, jakby żartując.

– Ale wszystkie te pejzaże, które tu wiszą, pokazują Irlandię – zauważyła pani O’Rourke, spoglądając na ściany. – Nie zachowała pani żadnego obrazu z innych krajów?

Marie zaprzeczyła z uśmiechem.

– Większość rozdałam, niektóre sprzedałam. Kiedy przyjechaliśmy do Irlandii, nie przywiozłam ze sobą ani jednego, a teraz już brakuje mi miejsca na ścianach. Tak to jest. Myślałam nawet, żeby podarować część do parafii, na kiermasz charytatywny.

Po wypiciu herbaty zacząłem ziewać. Nie było już słychać burzy, a żarówki już od dłuższej chwili paliły się spokojnie i nieprzerwanie. Ponadto Laura O’Rourke ponownie zaczęła marudzić o pianinie. Chociaż udawałem, że nie rozumiem aluzji, wiedziałem, że nie zostawi mnie w spokoju. To niewątpliwie był najlepszy moment, żeby wrócić do domu. Podniosłem się z kanapy, przepraszając za swoją kiepską formę w ten piątkowy wieczór.

Państwo O’Rourke oświadczyli, że wkrótce wydadzą kolację i że będą zachwyceni, mogąc mnie gościć w swoim domu.

– Może, kiedy pana dzieci tu będą, wybierzemy się żaglówką Franka na wycieczkę?

Przyjąłem dyplomatycznie propozycję i podziękowałem Marie za wspaniałą kolację. Włożyłem kurtkę i Leo odprowadził mnie na dwór.

Przestało padać, ale wiatr był nadal porywisty. Leo, trochę podchmielony, rzucił uwagę o państwu O’Rourke: powiedział, że zawsze w ich towarzystwie czuje się jak na przesłuchaniu. Zacząłem się śmiać i potwierdziłem, że to uczucie nie jest mi obce. I wtedy, a właśnie dochodziliśmy do samochodu, spostrzegłem, że Leo wpatruje się uważnie w niebo. Podniosłem oczy i ja też to ujrzałem.

Monstrualna chmura wisiała tuż nad plażą. Światło księżyca, które podświetlało ją gdzieś od tyłu, wydobywało z mroku jej gigantyczną sylwetkę. Miała kształt ogromnej, tłustej, czarnej bezy o średnicy półtorej mili, skręconej w paskudną spiralę, z której wydobywały się maleńkie tornada, gasnące zaraz po narodzeniu.

– A niech to… Paskudnie to wygląda – powiedziałem, nie mogąc oderwać od niej wzroku.

– To prawda. Lepiej się pospiesz, zanim to trzaśnie – odpowiedział Leo. – Naprawdę nie wolisz jeszcze zostać przez chwilę?

Spoglądałem na ogromną chmurę, wydętą i czarną, przypominającą bóstwo gniewu na chwilę przed pęknięciem. Nie ruszała się, spokojnie czekała dokładnie nad Kłem Billa, nad miejscem, przez które musiałem przejechać za dwie minuty w drodze do domu.

Nie wychodź z domu, Pete!

Ale z drugiej strony co pomyślą sobie o mnie O’Rourke’owie, gdy wrócę z ogonem między nogami? Co im powiem? (Lepiej będzie, jeśli zostanę. Nad plażą jest okropna chmura, a ponadto mam paskudne przeczucie. Czy już mówiłem państwu o przeczuciach, jakie miewamy w naszej rodzinie?).

Nie tej nocy!

Pomyślałem o wuju Vincencie i jego guziku. Chciałbym mieć jakiś pretekst, żeby móc zostać. Być może będę miał szczęście i silnik nie zapali. Albo może Leo mnie zmusi, żebym został. Albo może…

– Nie… myślę, że jak się pospieszę, będę w domu, zanim się zacznie rozpierducha – powiedziałem, klepiąc Leo po ramieniu. – Spokojnie, staruszku. Wracaj do domu. Twoja nowa przyjaciółka z pewnością ma chęć zadać ci jeszcze parę pytań.

Leo zaczął się śmiać, a ja zeskoczyłem z ganku i wylądowałem w ogrodzie. Pobiegłem do samochodu i wsiadłem. Leo stał tam nadal i czekał, aż ruszę. Wsadziłem kluczyk do stacyjki i przekręciłem. Volvo często bywało kapryśne, a w czasie burzy akumulatory samochodów zwykły się wyładowywać. Wtedy, chcesz czy nie chcesz, musisz zostać w domu twoich przyjaciół na całą noc…

Silnik zapalił za pierwszym razem.

3

Powoli wjeżdżałem wąską szutrową drogą w górę wydmy, czując, że wiatr miota moim dwutonowym volvo V40, jakby było zrobione z papieru. Reflektory przeszywały noc dwoma wąskimi snopami światła i poza ich obrębem nie widać było niczego. Usiłowałem nie spuszczać z oczu prawego skraju szlaku, bo w miarę jak zbliżałem się do Kła Billa, droga prowadziła coraz bliżej urwiska, od którego dzieliły mnie jedynie suche wydmowe zarośla.

Nade mną wielka i potężna Bogini Burzy zaczęła wydawać z siebie okropne odgłosy zapowiadające bliski poród. Troszkę przyspieszyłem, bo z niechęcią myślałem o tym, że nadal będę w drodze, gdy ta Matka Wszystkich Piorunów zacznie histerycznie ryczeć i zrzucać na ziemię swoje bachory. Niestety, gdy tylko wjechałem na szczyt, ujrzałem coś, co zmusiło mnie do wciśnięcia pedału hamulca. Na drodze, zagradzając ją skutecznie, leżała wielka gałąź.

Był to właściwie konar, jeden z kilku, które jeszcze zachowały się na starym, pięknym wiązie na wzgórzu. Mogłem dostrzec, że grubszy koniec był poczerniały i wydobywała się z niego strużka dymu. Z pewnością został oderwany od drzewa błyskawicą, a następnie zmieciony na środek drogi huraganowym wiatrem, który wiał od dwóch godzin.

Pochyliłem się do przodu i usiłowałem coś dostrzec w górze przez przednią szybę. Wielka, czarna beza właśnie zaczęła wirować tuż nad samochodem. Z jej brzucha wydobywały się błyski i słychać było pomruki zapowiadające grom, przypominające chrapanie złego olbrzyma, któremu coś zakłóciło sen.

Gdybym, zamiast w volvo V40, siedział w land roverze discovery, jakiego miał Leo, nie byłbym w takim kłopocie: mógłbym włączyć pierwszy bieg i przejechać górą po gałęzi, a następnego ranka wrócić z siekierą i porąbać na kawałki zawalidrogę. Ale mój nisko osadzony wóz nie nadawał się do tego typu akrobacji i niewątpliwie jedna lub dwie opony padłyby ofiarą eksperymentu. Ponadto uprzytomniłem sobie, że państwo O’Rourke będą musieli tędy wkrótce przejechać i mogą nie dostrzec na czas przeszkody.

A zatem zdecydowałem, co zrobię i że zrobię to tak szybko, jak tylko będę mógł.

Wyskoczyłem z samochodu i dopiero kiedy to zrobiłem, zdałem sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Wszystko, co wiedziałem o burzach, sprowadzało się do jednego faktu: nie powinienem tu być. Na szczycie wzgórza, obok drzewa, pod burzową chmurą, która zabierała się do pęknięcia z trzaskiem.

Tej nocy nie.

Czytałem gdzieś, że w zamkniętych samochodach (oraz samolotach) jest się bezpiecznym podczas wyładowań atmosferycznych, ponieważ elektryczność spływa do ziemi po ich powierzchni, nie naruszając zawartości. O mały włos byłbym wrócił do środka. Może jednak byłoby lepiej starać się wyminąć jakoś tę gałąź… Ale, do diabła… Bądź mężczyzną, Pete, i stań na wysokości zadania. Nie narażaj na szwank miłości własnej i poczucia męskości z powodu byle bzdury, bo ryzykujesz, że je utracisz, mówiłem sobie.

Silny wiatr wprost urywał mi głowę. Spojrzałem na stary wiąz, okaleczony i dymiący. Poczułem zapach dymu, który wydzielał, ale nie taki jak z kominka czy grilla, lecz paskudny odór spalenizny, jaki wydobywa się po krótkim spięciu lub gdy przepali się stary kabel elektryczny.

Nasunął mi myśl o dniu, kiedy moja córeczka Beatrice, mająca wtedy około czterech lat, włożyła palec do kontaktu. W całym domu wysadziło korki, a kiedy wpadliśmy do salonu, gdzie to się stało, znaleźliśmy ją ze sterczącymi na sztorc włosami, nawet włoski brwi miała najeżone. I śmierdziała właśnie tak.

Nad moją głową ogromna czarna spirala wydała z siebie pomruk, który aż zatrząsł ziemią. Po raz ostatni popatrzyłem w górę i we wnętrzu wydętego, brzemiennego chmurzyska ujrzałem coś w rodzaju światła. Wiru niebieskiego światła.

– Pioruny nigdy nie uderzają dwa razy w to samo miejsce – mruknąłem do siebie.

No już, im szybciej się uwiniesz z tą gałęzią, tym lepiej.

Podszedłem do niej i złapałem za koniec. Przeklęty konar ważył o wiele więcej, niż mogłem się spodziewać. Ciągnąłem go, sapiąc i usiłując odciągnąć na bok drogi, jakby był wskazówką gigantycznego zegara, który należało ustawić na właściwą godzinę. W oddali plaża była pogrążona w ciemnościach. Widać było jedynie białe grzbiety fal łamiących się na przyboju.

Udało mi się ułożyć gałąź dokładnie równolegle do drogi. Plan wykonany w stu procentach. Wypuściłem z ulgą ciężkie drewno i otarłem dłonie o dżinsy. Zrobiłem krok w kierunku samochodu i nagle uświadomiłem sobie, co dzieje się wokół mnie.

Było widno. Mnóstwo światła.

W pierwszym odruchu pomyślałem, że to reflektory samochodu. Że przez pomyłkę włączyłem przed wyjazdem światła przeciwmgielne. Ale światła było dużo, o wiele za dużo.

Oszołomiony, próbowałem iść dalej, ale wtedy zdałem sobie sprawę, że po ciele przebiega mi coś w rodzaju dreszczu. Łaskoczące wrażenie płynęło przez mój kręgosłup, przez szyję i docierało aż do koniuszków palców. Popatrzyłem na swoje ręce i ujrzałem, że owłosienie na nich było nastroszone. Każdy z włosków sterczał jak kolce jeża. Miałem wrażenie, że ktoś umieścił nad moją głową potężny, gigantyczny magnes.

Nad moją głową.

Popatrzyłem w górę. Wir niebieskiego światła krążył coraz szybciej, jak płyta o tysiącu obrotów na minutę. „Piorun nie uderza nigdy dwa razy w to samo miejsce”.

Poczułem coś w skroniach. I ból w oczach porażonych światłem rozżarzonym do białości. Zachowałem jeszcze świadomość i zdawałem sobie sprawę z tego, co się dzieje. To były sekundy, byłem tuż obok samochodu, ale nie zdołałem wskoczyć do środka. I wtedy to się stało: coś wstrząsnęło całym moim ciałem, użarło mnie w twarz, ramiona, nogi. Zatelepało mną jak kukiełką i wyrzuciło w powietrze.

Na moją głowę zwaliła się kasa pancerna o wadze tysiąca ton. Przybiła mnie do ziemi, rozpłaszczyła, a potem rozpadła się z takim hukiem, jakby była wyładowana po wręby tysiącem ton dynamitu. Tego było za wiele. Moje zmysły nie wytrzymały. Oślepłem i ogłuchłem, znalazłem się w całkowitej pustce.

A potem usłyszałem swój własny krzyk. Czułem, że spadam, i oczekiwałem, że moje ciało uderzy o ziemię, ale tak się nie stało. Dalej spadałem i pogrążałem się w czarnej otchłani bez dna.

4

Otworzyłem oczy i poczułem okropne mdłości. Gdzie jestem? Gdziekolwiek bym był, okropnie kołysało.

– Spójrzcie! Otworzył oczy – powiedział ktoś. Rozpoznałem głos, to była Marie.

Byliśmy w samochodzie, jechaliśmy z wielką szybkością.

– Marie… zatrzymaj się, będę wymiotował.

Poczułem, że samochód hamuje. Namacałem klamkę ręką, powstrzymując wszechogarniające mdłości, otworzyłem drzwiczki i ulżyłem sobie.

Usłyszałem, że trzaskają inne drzwiczki. Potem kroki. Zbliżały się.

– W bagażniku jest butelka wody. I chusteczki papierowe. Przynieś tu.

Poczułem, że ktoś klepie mnie po plecach.

– Dobrze, chłopcze, wyrzuć to z siebie.

Światła samochodu, który zatrzymał się tuż za naszym, oświetlały dzieło sztuki, które właśnie wykonałem na asfalcie. Przypuszczałem, że tam właśnie wylądowały sałatka makaronowa, wspaniały befsztyk Marie i burgund Leo.

Ktoś podał mi otwartą butelkę wody. Napiłem się. Dobrze mi to zrobiło. Potem ktoś podał mi chusteczki. Wysmarkałem nos i wytarłem wargi. W ustach miałem okropny niesmak. Wydusiłem z siebie podziękowanie.

Usiłowałem utrzymać oczy otwarte, ale czułem, że powieki mam ciężkie. Tak ciężkie jak u starego żółwia. Zresztą całe ciało ciążyło mi, jakbym był wiekowym żółwiem z Galapagos. Co najmniej stuletnim. Niewykluczone, że całe ciało powlekała mi stwardniała, sztywna skorupa.

– Odzyskał przytomność? – To powiedział inny głos, głos Franka O’Rourke.

– Najwyraźniej – odparł Leo.

Podniosłem głowę i usiłowałem na nich spojrzeć, ale udało mi się jedynie dostrzec zarys sylwetek.

– Co się stało? – wydusiłem z siebie pytanie.

– Straciłeś przytomność, Peter, ale już dobrze. Jesteśmy w drodze do szpitala.

– Do szpitala? Chyba żartujesz?

– Nic z tych rzeczy, chłopcze. To nie żarty. Sądzimy, że zostałeś porażony piorunem. Spokojnie. Za kilka minut dojedziemy.

Nie wiem, ile czasu nam to zajęło, bo ponownie zemdlałem i ocknąłem się dopiero w recepcji jakiegoś szpitala (Dungloe Community Hospital, jak się później dowiedziałem). Leo i Frank ciągnęli mnie, podtrzymując pod ramiona. Kilku noszowych wyszło z dyżurki i ułożyło mnie na transporterze. Pamiętam, że Marie złapała mnie za rękę i pocieszała, mówiąc, że wszystko będzie dobrze, podczas gdy ktoś pchał moje nosze długim korytarzem.

– Nic ci nie będzie, Peter – usłyszałem jakiś głos.

Zamknąłem oczy i znowu straciłem przytomność.

Lekarka, która się mną zajęła, nazywała się Anita Ryan. Ładna Irlandka, rudowłosa i piegowata, nieco pulchna, gadatliwa i konkretna. Zmierzyła mi tętno, osłuchała, poświeciła w oczy latarką.

– Wie pan, dlaczego pan się tu znalazł?

– Chyba poraził mnie piorun.

Zaczęła od postawienia serii prostych pytań. Jak się nazywam, ile mam lat. – Co się wydarzyło, panie Harper? – Co pan poczuł? – Czy coś pana boli?

Starałem się opisać, co zapamiętałem. Samochód, gałąź na drodze, a potem to światło. Wir niebieskiego światła. Uczucie, że coś uderza mnie w głowę… Teraz niewątpliwie okropnie bolała mnie głowa i odczuwałem silne mdłości. A skóra na całym ciele jakby mi się skurczyła.

Lekarka stwierdziła, że muszą mnie prześwietlić. Wstrzyknęła mi coś w ramię i powróciłem na nosze. Zawieziono mnie przez inny korytarz do gabinetu rentgenologicznego. Tam wsadzono mnie do wnętrza maszyny w kształcie ogromnego donata i spędziłem sporo czasu na wysłuchiwaniu skrzypień i popiskiwań. Ból głowy chwilowo ustąpił i skóra przestała mnie ciągnąć. Przypuszczałem, że to pod wpływem tego zastrzyku: musiał zawierać środek przeciwbólowy.

Po jakiejś godzinie wróciłem do mojej pani doktor. Zdjęcia prześwietleń były umieszczone w rządku na negatoskopie. Poprosiła mnie, żebym usiadł i wysłuchał, jakie mam wyniki. Były dobre. Nie znaleziono nic, co mogłoby mnie zmartwić. Obraz neurologiczny miałem znakomity. Najwyraźniej stałem się jednym z tych „szczęśliwych przypadków”, które czasem się zdarzają, choć lekarka nadal była zaniepokojona faktem, że poczułem uderzenie w głowę.

– A teraz proszę popatrzeć. Coś panu pokażę.

Usiadłem na noszach i rozebrałem się od pasa w górę. I tam, w świetle lampy lekarskiej, odkryłem coś niewiarygodnego. Górna część mojego tułowia, począwszy od szyi i lewego bicepsa, była zaczerwieniona i pokryta jakby dziwacznym nadrukiem. Miał wygląd liści paproci czy też piór i był tak misterny, że wydawało się, iż jakiś mistrz tatuażu poświęcił całe tygodnie na wykonanie go czerwonym tuszem.

Jak mi wyjaśniono, były to znaki Lichtenberga, nazwane tak na cześć ich odkrywcy, niemieckiego fizyka Georga Christopha Lichtenberga, który co prawda nigdy nie został rażony piorunem, ale w swoim czasie poświęcał się rozległym badaniom nad prądem elektrycznym. Te naskórne tatuaże były wynikiem przerwania naczyń włosowatych pod wpływem przejścia przez ciało prądu elektrycznego. Dobra wiadomość brzmiała, że znikną po paru dniach. Lekarka poinformowała mnie, że to nie pierwsze znaki Lichtenberga, które widzi w swoim życiu. Poprzednim razem, około dwóch lat temu, zdarzyło jej się widzieć jeszcze bardziej widowiskowe, w formie rozgwiazdy, wyrysowane na plecach rybaka, którego raził piorun.

– On także przeżył, dzięki Bogu – mówiła dalej. – W istocie, choć powszechnie panuje odmienne mniemanie, przypadki ujścia z życiem z porażenia piorunem nie są takie rzadkie. Wszystko zależy od jego energii, od miejsca porażenia, a przede wszystkim od przebiegu prądu wewnątrz ciała. Zawsze jest miejsce wejścia, przebieg wewnętrzny i miejsce wyjścia. Podczas tego przebiegu wewnętrznego prąd pali wszystko na swojej drodze. Zależnie od tego, jaki obszar ciała lub jakie organy zostały dotknięte, uraz może być śmiertelny lub nie. Wydaje się, że miał pan sporo szczęścia, ale na wszelki wypadek zatrzymam pana na noc w szpitalu na obserwacji.

Leo i Marie czekali na mnie w pokoju, do którego mnie zawieziono. Lekarka już ich o wszystkim poinformowała. Spytali, czy nie chciałbym do kogoś zadzwonić.

– Nie… – odparłem. – Nie trzeba. Lekarka powiedziała, że to tylko jedna noc. Nie chcę nikogo alarmować.

– Nawet Judie? Z pewnością chciałaby cię odwiedzić – nalegał Leo.

– Niewątpliwie, przyjacielu – odparłem. – Ale dobrze mi zrobi samotna noc, trochę środków przeciwbólowych i szpitalna opieka. Poza tym Judie z pewnością jest zajęta pensjonatem. Wczoraj powiedziała mi, że właśnie przyjęła sporą grupę niemieckich pieszych turystek. Ale zanim sobie pójdziecie, powiedzcie mi coś więcej o moim wypadku.

Z tego, co wyjawił mi Leo, wynikało, że państwo O’Rourke wyszli pół godziny po mnie i to oni mnie znaleźli. Mój samochód wciąż miał włączony silnik i światła. Kiedy zobaczyli mnie leżącego na ziemi, ubabranego w błocie i przemoczonego, byli przekonani, że nie żyję. Laura O’Rourke była tak przejęta, że w szpitalu musiano jej coś dać na uspokojenie i Frank zabrał ją do domu.

– Podziękujcie im w moim imieniu, kiedy będziecie się z nimi widzieli.

– Tak właśnie zrobimy, ale swoją drogą przygotuj się, że staniesz się głównym celem wioskowych plotek – odparł Leo z uśmiechem. – Laura jest w tym kierunku wyjątkowo utalentowana.

– Nie ulega najmniejszej wątpliwości…

– Przestańcie – skarciła nas Marie.

Uparli się, że zostaną w szpitalu do rana, ale w końcu przekonałem ich, że to niekonieczne.

– Nie mam zamiaru jeszcze umierać, uspokójcie się. Poza tym nie miałbym serca zmuszać swoich przyjaciół do spędzenia nocy na takich narzędziach tortur – powiedziałem, wskazując na znajdujące się w pokoju krzesełka.

– Zostawiam ci moją komórkę – powiedział Leo, kładąc telefon na stoliku przy łóżku. – Baw się dobrze i nie podrywaj pielęgniarek.

Marie żartem dała mężowi klapsa, a potem ucałowała mnie w czoło.

– Śpij dobrze, Pete.

Przypuszczalnie jednak elektryczność nadal krążyła w moim ciele, bo przez całą noc nie zmrużyłem oka. Ponadto głowa znowu zaczęła mnie boleć.

Leżałem bezsennie w łóżku, nasłuchując pulsowania swojego organizmu, czegoś w rodzaju tykania zegarka gdzieś w głębi umysłu. Byłem sam w pokoju, ale zza drzwi dochodził czasem czyjś jęk, kroki pielęgniarki lub odgłosy telewizora, który włączył sobie jakiś nocny marek. Już od dawna nie spędziłem nocy w szpitalu. Czy pamiętałem, kiedy był ten ostatni raz? Ależ oczywiście.

– To nic takiego, po prostu zakręciło mi się w głowie.

Deirdre Harper, moja matka, zemdlała w sklepie obuwniczym centrum handlowego. Kilka osób przyszło jej z pomocą, usadzili ją na krześle i wezwali mojego ojca. Ojciec zawiózł ją na pogotowie, a kiedy błyskawicznie przyleciałem do Dublina z Amsterdamu przez Londyn, nadal była na obserwacji.

– Mówi, że dobrze się czuje, że to tylko niewielka niedyspozycja – powiadomił mnie ojciec. – Chciałem ją od razu zabrać, myślałem, że na obiad będziemy już w domu.

– To nic takiego, zapewniam cię, synku.

Piękna, pięćdziesięciodwuletnia kobieta o kasztanowych włosach i uśmiechu, który zamieniał najchmurniejsze dni w dni szczęścia. To z tym uśmiechem na ustach ją pamiętam, kiedy – powiadomiona o tym, że musi pozostać w szpitalu na badaniach – żegnała się ze mną „tylko na chwilę”.

To wtedy właśnie usłyszałem głos, ten sam rodzaj głosu, który przemówił do mnie wczoraj, zanim wyszedłem z domu: „Pożegnaj się ze swoją matką, Peter. Zapamiętaj ją na zawsze taką, jaką ją teraz widzisz: rudowłosą, z torebką w ręku, w ulubionej sukience i brązowych pantoflach”.

Myślę, że ujrzała to w moich oczach. Pamiętam, że jej własne oczy napełniły się łzami, ale ani jednej nie pozwoliła wymknąć się spod powiek. Zrobiła to dla ojca, to jasne. I jeszcze raz powtórzyła, że wróci do domu wieczorem… no, może jutro. I poszła w kierunku wahadłowych, plastikowych drzwi, które połknęły ją na zawsze i zamieniły w niewolnicę przykutą do łóżka, podłączoną do najrozmaitszych rurek i wenflonów, pozbawioną włosów, ale nietracącą nigdy swego uśmiechu, który zamarł na zawsze pewnego okropnego listopadowego dnia dwa miesiące później. Niszcząc mój szczęśliwy dom rodzinny, zamieniając mojego ojca w cień samego siebie i wyrywając mi w sercu ranę, która nigdy się do końca nie zabliźniła.

Wspominając matkę, roniłem gorzkie łzy w samotności szpitalnej sali. Zaczynało świtać i wreszcie dopadło mnie zmęczenie.

Zasnąłem i we śnie ujrzałem matkę. Była przestraszona i mówiła do mnie coś, czego nie mogłem usłyszeć.

Następnego dnia po przebudzeniu nadal bolała mnie głowa. Lekarka pojawiła się po śniadaniu i zadała mi kilka pytań dotyczących rodzaju bólu. Czy był ciągły, czy pulsujący? Czy odczuwałem jakby bicie serca wewnątrz głowy?

– Właśnie tak. Taki tętniący ból – odpowiedziałem.

– No dobrze. A gdzie boli: z przodu, z tyłu, z boku, czy cała głowa?

Odpowiedziałem, że boli mnie w środku, trochę bardziej z lewej strony.

– Podwójne widzenie? Majaki przed oczami? Ból brzucha? Nasilone poty? Łzawienie?

Zapisała mi pastylki. Miałem brać dwie rano, dwie w południe i dwie przed snem, zawsze po jedzeniu.

– Jeśli po upływie tygodnia nadal będzie pana bolało, proszę się do nas zgłosić. Nie powinien pan prowadzić samochodu przez pierwszy tydzień, chyba że będzie to konieczne. Żadnych narkotyków ani alkoholu.

– A seks, pani doktor?

– Tylko w sytuacji zagrożenia życia.

– A zatem nie mogę narzekać!

Na komórce wyświetlił się nieodebrany telefon od Judie. Z pewnością Marie i Leo o wszystkim ją powiadomili.

Oddzwoniłem. Po paru sygnałach ktoś odebrał i usłyszałem głos Judie, jedyny w swoim rodzaju, żywotny, miły, nieco schrypnięty pod koniec zdania.

– Sklep pani Houllihan, czym mogę służyć?

– Dzień dobry – powiedziałem. – Właśnie się tu sprowadziłem i chciałbym się dowiedzieć, gdzie mogę wypożyczyć dobrego pornola.

Judie parsknęła śmiechem. Mogłem sobie wyobrazić, jak znudzona siedzi za ladą, czytając jakąś grubą książkę i popijając z kubka dymiący napar z żeń-szenia, jeżyny czy innej dziwacznej rośliny. Jedną z tych ezoterycznych herbatek, które tak dobrze do niej pasowały.

Sklep pani Houllihan był od paru miesięcy najbardziej rzucającym się w oczy budynkiem w Clenhburran. Różowa fasada, żółte okiennice i doniczki z kwiatami, chorągiewki, dzwoneczki i małe figurki Buddy na parapetach. Na parterze znajdował się kiedyś sklep prowadzony przez panią Houllihan, który powstał przede wszystkim z myślą o letnikach, a zimą tradycyjnie zamieniał się w aptekę, księgarnię, sklep z zabawkami i wypożyczalnię filmów. Jednak od kiedy pani Houllihan przed dwoma laty przeszła na emeryturę, pod wpływem nowej właścicielki, młodej i energicznej Judie Gallagher, zarówno sam sklep, jak i cała wioska przeżyły coś w rodzaju małej rewolucji. Teraz stary sklep stał się też ośrodkiem jogi (zajęcia dwa razy w tygodniu), salonem masażu i akupunktury. Ponadto, w sposób niesformalizowany, przerodził się w coś w rodzaju świetlicy dla kobiet z wioski, które do tej pory musiały zadowalać się zakrystią małego kościoła pod wezwaniem św. Michała. W nowym miejscu spotkań kobiety kształciły się na różnego rodzaju kursach oraz planowały wyprawy na zakupy do Belfastu lub Derry (a nawet jedną dłuższą, do samego Londynu, co miejscowych mężczyzn na wiele dni wyprowadziło z równowagi). Pojawiały się też inne inicjatywy kulturalne, jak pokaz kina letniego, który miał się odbyć w lipcu. Nie trzeba chyba podkreślać, jak bardzo miejscowe panie uszczęśliwione były tym nowym ośrodkiem działań.

Oprócz prowadzenia sklepu i „ośrodka kultury” Judie przekształciła mieszkanie usytuowane na piętrze w coś w rodzaju schroniska turystycznego czy też pensjonatu. W kilku pokojach ustawiła piętrowe prycze, przeznaczone przede wszystkim dla pieszych wędrowców (udało jej się zamieścić o tym wzmiankę w ubiegłorocznej edycji przewodnika Lonely Planet), ale także dla muzyków, którzy przybywali na trad sessions u Fagana, lub dla zmotoryzowanych turystów, którym nie udało się znaleźć miejsca w żadnym z dwóch hoteli w Dungloe i zrozpaczeni szukali nocą dowolnego miejsca, gdzie mogliby złożyć głowę.

A ponadto Judie miała najlepszą kolekcję klasyków kina na DVD w całym Donegal.

– No cóż, mamy tu sporą kolekcję filmów dla dorosłych. Czy gustuje pan w zwierzętach? W karłach? A może trochę bondage by panu odpowiadało?

– To świetne propozycje, ale może macie państwo coś o jarzynach? W stylu Rozszalałe kabaczki III? Wie pani… Dorastałem w chacie na wsi i mieliśmy ogromny warzywnik.

– No dobrze już, Pete – Judie ponownie się zaśmiała. – Jak się czujesz? Marie zadzwoniła do mnie i wszystko mi opowiedziała. Dlaczego do mnie nie zadzwoniłeś?

– Nie chciałem cię martwić. Wiedziałem, że jesteś zajęta gośćmi. Zresztą to nic poważnego.

– Do diabła, Pete! Porażenie piorunem! To jakby wyjść cało z wypadku samolotowego! Chciałabym móc cię wczoraj w nocy odwiedzić, nawet jeśli musiałabym zamknąć na klucz moje Niemki. Ale mów. Jak się czujesz? Lepiej?

– Przede wszystkim sam nadal w to wszystko nie mogę uwierzyć – powiedziałem, wracając myślą do tamtej chwili. Do wiru niebieskiego światła. – To wszystko stało się tak nagle… Już jest w porządku. Boli mnie trochę głowa, ale dostałem pastylki od pani doktor. Powiedziała, że za parę tygodni dojdę do siebie.

– Marie mówi, że nie jesteś ranny, ale masz jakieś dziwne oparzenia na skórze.

– Tak, przypominają tatuaż. À propos, zdałem sobie właśnie sprawę, że chciałbym mieć tatuaż. Może sobie jakiś każę zrobić. A tak w ogóle to straciłaś wspaniałą kolację wczoraj wieczorem. I nieocenione towarzystwo państwa O’Rourke.

Zaśmiała się sarkastycznie.

– Tak, Marie mi powiedziała, że to oni cię znaleźli. Na szczęście nie mogłam pójść na tę kolację, bo gdybyśmy zjawili się razem, Laura O’Rourke z pewnością zaczęłaby wszystkim wokół rozpowiadać, że mamy kilkoro nieślubnych dzieci lub coś w tym rodzaju. Przypuszczam, że prześwietliła cię na wylot?

– Niemal – odpowiedziałem. – Starałem się stawiać opór.

– To ci się tylko tak wydaje… – znowu się zaśmiała. – No dobrze, chcesz, żebym cię wyratowała z tego szpitala?

– Tak, proszę. Lekarka dała mi już pigułki i chcą mnie po południu wypisać.