Ostatnia gospoda. Zapiski - Imre Kertesz - ebook
Opis

Nie umiem skończyć pisania, nie umiem też zakończyć życia…, wyznaje Imre Kertész, prezentując kolejne zapiski po Dzienniku galernika i Ja, inny. Kronika przemiany, tym razem obejmujące lata 2001-2009. Wybitny pisarz z naukowym chłodem i dociekliwością, w charakterystycznym oszczędnym stylu przygląda się samemu sobie w ósmej dekadzie życia. W brutalnie szczery sposób opisuje siebie jako niewolnika własnej fizjologii, nękanego bezsennością, problemami z pęcherzem i nasilającą się chorobą Parkinsona.  Ostatnia gospoda to także opis „ponoblowskiej” codzienności Kertésza. Z jednej strony – luksusowe hotele, drogie restauracje, zagraniczne wyjazdy, z drugiej – coraz wyższe oczekiwania czytelników, jakie wiążą oni z tytułem noblisty. Częste odczyty, spotkania autorskie, ale także bolesne ostrze krytyki, z którą musi się zmierzyć, i poczucie osamotnienia – to wszystko skutkuje spadkiem kreatywności i twórczym kryzysem, tym boleśniejszym, że potrzeba pisania jest dla niego absolutnie dojmująca.

Kertész nie rezygnuje z wnikliwej obserwacji rzeczywistości, jego diagnozy stawiane współczesności nie tracą nic ze swej ostrości. Motywem przewodnim dziennika pozostaje jednak pisanie, które stanowi podstawowy cel i sens jego egzystencji, nawet w chorobie, nawet „w przedsionku śmierci”…

Imre Kertész – pisarz żydowskiego pochodzenia, urodzony na Węgrzech. W wieku 14 lat został wywieziony do obozu Auschwitz-Birkenau, później trafił do Buchenwaldu. Podczas wojny stracił całą rodzinę oprócz matki. Te tragiczne przeżycia wywarły decydujący wpływ na jego twórczość. Wątki te są główną osią jego dzieł takich jak m.in. Los utracony, Fiasko i Kadysz za nienarodzone dziecko (tzw. trylogia „ludzi bez losu”). W 2002 roku otrzymał Nagrodę Nobla za „pisarstwo, które broni kruchych doświadczeń jednostki przed barbarzyńską arbitralnością historii”.

Jednak książka ta jest przede wszystkim brutalnie szczerym studium przemijania – choroby, starości, spadku kreatywności, a wreszcie i przede wszystkim – czekania na śmierć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 348

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Imre Kertész

OSTATNIA GOSPODA

Zapiski

przekład i przedmowa: Kinga Piotrowiak-Junkiert

Tytuł oryginału: A végső kocsma

Copyright © 2014 by Imre Kertész

Published by permission of Rowohlt Verlag GmbH, Reinbek bei Hamburg, Germany

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI

Copyright © for the Polish translation and foreword by Kinga Piotrowiak-Junkiert, MMXVI

Wydanie I

Warszawa, MMXVI

Apoteoza rozpadu O ostatnim i pierwszym dzienniku Imre Kertésza

1. „Właściwie mógłbym zacząć pisać na klawiaturze. Utworzyłbym plik pod nazwą «sekretny plik»”, napisał Imre Kertész 18 marca 2001 roku. Tym zdaniem węgierski noblista otworzył swój ostatni dziennik, ujawniając przed czytelnikiem największy sekret (nowej) pisarskiej kondycji: gotowość do kontynuowania praktyk twórczych na ekranie czarnego laptopa. Kertész precyzyjnie odnotowuje wszelakie potyczki z ciałem rozchwianym chorobą Parkinsona – uporczywe drżenie ręki, która nie potrafi już utrzymać pióra, słabnące libido, kłopoty z chodzeniem, zmęczenie i bezsenność. Pisanie na granicy nocy i dnia staje się mistrzowskim popisem literatury pisanej nie w noblowskim fraku, ale w szlafroku. Zmagania z własną słabością i chorobą żony stają się tłem twórczości zrodzonej z wyczerpania, a przede wszystkim z siły ufundowanej na świadomości śmierci dotąd Kertészowi nieznanej. Śmierci, której się wyczekuje, którą się prowokuje, mierząc odległość z balkonu do ulicznego bruku, z którą toczy się fizyczną i intelektualną grę. W kontekście prymarnego doświadczenia obozu umieranie w berlińskim apartamencie z oknem „idealnym do samobójstwa” – jak mówi pisarzowi Tankred Dorst – jest zupełnie nowym, nieznanym światem. A taki świat domaga się zupełnie nowego, nieznanego języka.

Sposób, jaki Kertész wybiera, by jeszcze raz o sobie opowiedzieć, tylko z pozoru przypomina jego własne dokonania (Dziennik galernika, Ja, inny. Kronika przemiany)1 i wybitną tradycję europejskiej diarystyki. By móc nakreślić ten misterny plan, należy zacząć od historii książki, którą Czytelnik i Czytelniczka trzymają w dłoniach, ponieważ drobiazgowa analiza zmian wprowadzanych do tekstu, począwszy od pierwszego wydania z 2011 roku, zatytułowanego wtedy Mentés másként. Feljegyzések 2001–2003 (Zapisz jako. Zapiski 2001–2003)2, doVégső kocsma (Ostatnia gospoda)3 z roku 2014, pozwala zrozumieć intelektualny koncept autora. Poprawki dotyczą praktycznie każdego poziomu tekstu. Pisarz zmieniał jego objętość (obecna, prezentowana w przekładzie, jest największa), podmieniał przydawki, wycinał passusy, usuwał komentarze (na przykład dotyczące uciążliwych zmagań z komputerem) i fragmenty zbyt – jak można domniemywać – intymne (takie jak erotyczne sny), a przede wszystkim usunął daty, co w wypadku dziennika ma kolosalne znaczenie, bo podważa genologiczną poprawność samego tytułu.

Co zrobić z dziennikiem, który nie chce być dziennikiem, choć niezaprzeczalnie nim jest? Kertész, jak zawsze, ujawnia swój sekret tylko przed tymi, którzy potrafią niezwykle uważnie obcować z tekstem. Dukt narracji prowadzi przez plątaninę kilkunastu tematów, tylko pozornie niezwiązanych ze sobą. Mamy tutaj obserwowanie z okna żebraka, umieranie Ligetiego, „katastrofę noblowską”, podróże, notatki z lektur, refleksje o muzyce, fascynujące raporty z wizyt w ekskluzywnych europejskich restauracjach, bezsenność, chorobę Magdi (drugiej żony autora), starość, upadek Europy, niechęć do Węgier, pisarską niemoc, przygotowywanie się do śmierci, pamięć o Auschwitz i polityczne diagnozy dotyczące współczesności. Mógłby Kertész rzec, parafrazując zapis z Dziennika żałobnego Rolanda Barthes’a, „moje pisanie będzie chaotyczne”, ale w niemal egzotycznej wielości i plątaninie wątków kryje się kluczowa metafora tej książki. Można do niej dotrzeć różnymi drogami – poprzez dekodowanie mott i ukrytych cytatów usuwanych z kolejnych wydań, analizę motywów konsekwentnie powtarzanych na okładkach, ściśle korespondujących z dyskretnie przemycanymi do tekstu wskazówkami. Wszystkie te tropy prowadzą w głębiny oceanu.

2. Słone przymierze między literaturą a podwodnym światem towarzyszy Kertészowi od pierwszych prób dziennikowych. Jak pamiętamy, śródtytuły Dziennika galernika układały się w następującą morską sekwencję: wypływa – błąka się (wśród raf i mielizn) – puszcza (ster) – odkłada (wiosła) – jest szczęśliwy4. Od Stendhala wiemy, że nie pisze się dziennika w stanie szczęścia, ale ten literacki podszept przegrywa z potrzebą zapisu. Kertész niechętnie patrzy na ramy, granice, stabilność i stałość, pożądając żywiołu odwzorowującego życiowe i fizyczne rozchwianie. Wybiera więc przestrzeń oceanu, bo w jego bezkresie zawiera się najgłębsza metafizyka tekstu i czytelniczych praktyk. Zwodnicze fale i ich szamańskie obrzędy nieobliczalnego rytmu jawią się jako idealny finał. Choć w istocie nie o impresje morskie tu chodzi, ale o zapewne niemającą końca intertekstualną sieć, którą diarysta rybak zarzuca na tekst. Od Coleridge’a do Londona, od Melville’a do Conrada, od Verne’a do Hughesa. Morze to przecież nie tylko historie o grozie sztormu, lecz także czekanie na wypłynięcie do nieznanych zakątków globu, snucie sagi o istnieniu w nadbrzeżnych karczmach. Z nich bierze swój początek Ostatnia gospoda.

3. Osobnym fenomenem niniejszej książki jest jej tytuł. Podczas przekładania tomu stawiałam mu (tytułowi i tomowi) wciąż to samo pytanie: czy kod tytułu powinien naprowadzać na tropy nabrzeża jako Ostatnia karczma, poezji Baudelaire’owskiej jako Ostatnia oberża, czy może przydrożnej gospody, przyjmując tytuł Ostatnia gospoda lubOstatni zajazd. Każde z tych rozwiązań jest zasadne, każde broni się osobnym inwentarzem argumentów, każde zasługuje na wybranie. Niestety, nie mogły zaistnieć w trójharmonii, choć w pewnym sensie się to dokonało, bo każde z wydań zagranicznych wybrało jedną z zaproponowanych wersji. Po niemiecku dziennik jest „zajazdem” (Letzte Einkehr), po francusku „oberżą” (L’Ultime Auberge). Ostateczna decyzja o polskim tytule wyniknęła z konotacji językowych słowa „gospoda”. Miejsce, w którym Kertész sporządza zapis, nie jest tylko „karczmą”, ale przede wszystkim przestrzenią użyczającą schronienia, niekiedy nawet gościnną i intymnie bliską. Polski tytuł stara się zaakcentować to właśnie znaczenie węgierskiego słowa kocsma.

4. Krytycy węgierscy, komentujący tomy ostatniego dziennika, zwracali uwagę na dominujący w dziele kryzysowy ton i obniżenie pisarskiego stylu, które miały uzasadnić bardzo trudną do przyjęcia nad Dunajem krytykę Węgier, przenikającą prawie każdą stronę tej książki. Dla uważnych obserwatorów prowokacyjne wypowiedzi odnotowane w dzienniku nie są niczym nowym, bo mają swoje początki w poprzednich dziełach, takich jak Dossier K., Ja, inny…, Dziennik galernika, Język na wygnaniu czy tom wywiadów A megfogalmazás kalandja (Przygoda opisu) z 2009 roku. Wtedy Kertész mówił o „pierzchającej nadziei”, nieznajdującej dla siebie miejsca w świecie pozornie tylko demokratycznym, który ma wszelkie predyspozycje do tego, by ponownie zgodzić się na rządy totalitarne. Wyrażał głębokie zaniepokojenie brakiem debaty o historii węgierskich Żydów, dla których nie znaleziono na mapie rodzimego kanonu literackiego właściwego miejsca. Wreszcie potrafił odnaleźć własne miejsce jedynie poza Węgrami, mimo że językiem Kertésza i żywiołem jego ekspresji był i jest język węgierski. W dzienniku odnajdujemy wszystkie odcienie goryczy wywołanej sytuacją w ojczyźnie pisarza. Kertész, świadomy roli, jaką jego ostatnie dzieło może odegrać w dyskusji o bardzo negatywnej kondycji Węgrów, zdobywa się na odwagę i szczerość. Unika omowni, nie łagodzi kąśliwych komentarzy. Pod tym względem ten ostatni dziennik jest pierwszym.

5. Jean-Paul Sartre pisał w Słowach: „Niekiedy podchodziłem bliżej, by przyglądać się owym szkatułkom, co rozwierały się jak ostrygi – i odkrywałem nagość ich narządów wewnętrznych: karty sinawe i spleśniałe, z lekka opuchnięte, pokryte czarnymi żyłeczkami, karty, które wchłaniały atrament i pachniały grzybem”5. Jakże wymownie przywołane zdania jednego z mistrzów Kertésza obejmują diarystyczne uniwersum, wskazując spleśniałe piękno zapisanego papieru. Taki właśnie jest ostatni dziennik węgierskiego noblisty. Kiedy pisarz po raz pierwszy postanowił prowadzić zeszyt i zapisywać swoje zmagania z powieścią, która przyniosła mu (po dwudziestu dziewięciu latach) Nagrodę Nobla, nie mógł jeszcze wiedzieć, że u kresu karty tej wielkiej twórczości zsinieją, lecz równocześnie otworzą się na podobieństwo morskich owoców. Niech czytelnik czuje się zaproszony do ostatniej portowej gospody.

Kinga Piotrowiak-Junkiert

Ta książka, którą traktuję jako ukoronowanie mojej twórczości, nigdy nie powstałaby bez zapału, pomocy i fachowego wsparcia mojego przyjaciela i współpracownika Zoltána Hafnera. Niech to będzie moje, pełne wdzięczności, podziękowanie za to, że dowiódł on istnienia człowieczeństwa, rozumu i wiary w tym nieprzyjaznym świecie.

I.K.

Jawne sekrety(Zapiski)

Świt. Widmowość świata i ludzi. Jakby nie istnieli ludzie, tylko zjawy. Także ja jestem duchem, nie wiem czyim, nie wiem też, jakiego rodzaju reguły określają, że coś ma wprawiać moją widmowość w ruch i nią kierować na ziemi.

Europejski Żyd jest reliktem, ale nie tak anachronicznym jak ortodoksyjny judaizm, który w dodatku ma wiele różnych odłamów. Nie, europejski Żyd to w istocie rasa określona przez innych, zmuszona do bycia Żydem, nieumiejąca już nawiązywać bliskich relacji. Religia jako taka może jeszcze funkcjonować, ale wtedy pojawia się uzasadnione pytanie, dlaczego nie jest ortodoksyjna? I co znaczy: „Do zobaczenia w Jerozolimie” – chociaż Jerozolima naprawdę istnieje i mieszkają tam Żydzi. To szczególna sytuacja, którą trzeba przyjąć do wiadomości ze zrozumieniem, ale też odrobiną nostalgii, i nieustannie się jej przyglądać. I czym prędzej się wycofać. Także literacko. A nawet – zwłaszcza literacko.

Przegadany esej Kundery o powieści6. Powszechnie znane ogólniki wypowiedziane z francuską elokwencją, odrobinę łagodzącą niekompetencję wywodu. Kundera między innymi stwierdza, że powieść, począwszy od Kafki, opisuje człowieka zniewolonego, pozbawionego większych szans w starciu z zawłaszczającą wszystko władzą – myśli znane z czasów Losu utraconego. Powstaje jednak pytanie: jeśli władza jest totalitarna, a ludzie totalnie się do niej dostosowują, dla kogo mamy opisywać człowieka poddanego totalitarnej władzy? Ściślej mówiąc: dlaczego mamy go przedstawiać jako nacechowanego negatywnie, by tajemnicza, pozostająca poza totalitarnym światem, jednostka wydawała wyroki, więcej – bo przecież idzie o powieść – bawiła się i uczyła, a nawet wyciągała wnioski co do przyszłych dzieł literackich? Absurd polega na tym, że odkąd Bóg umarł, nie ma obiektywnego spojrzenia. Żyjemy w stanie panta rhei, nie mamy czego się uchwycić, a jednak piszemy tak, jakbyśmy mieli, jak gdyby istniał jakiś aspekt sub species aeternitatis, boski punkt widzenia albo „wiecznie ludzki” punkt widzenia. Gdzie zatem się kryje rozwiązanie tego paradoksu?7.

30 marca 2001. W nocy powrócił do mnie ze wzmożoną siłą Samotny sodomczyk – pierwszy wielki pomysł, temat z czasów młodości, nazwałbym go: opis przeżycia dionizyjskiego, wyzwolenie własnego indywidualizmu z rytualnej orgii tłumu. Krótko mówiąc, ten motyw określił całą moją późniejszą twórczość, a więc fabuły wszystkich powieści. Pamiętam nawet, że spacerowałem ulicą Zivatar z młodym człowiekiem imieniem Péter (mogliśmy mieć wówczas może ze dwadzieścia trzy lata) i mówiłem mu, bo kształcił się na pisarza (pisarz był z niego kiepski i umarł młodo), o opowiadaniu bazującym na moich najważniejszych przeżyciach z wojska, tak jak to opisałem po dziesiątkach lat we Fiasku. Ale historia sodomskiego Lota, którą wtedy wymyśliłem, ciągle jeszcze czeka na opisanie. (Warto wspomnieć, że z tym motywem zetknąłem się ponownie w trakcie tłumaczenia Nietzschego, przy opisie apolińskiego, a właściwie dionizyjskiego, człowieka Grecji; i było to niemal déjà vu. Czy aby nie czytałem dawno, dawno temu, w latach młodości, Narodzin tragedii – oczywiście w archaicznym, topornym przekładzie Lajosa Fülepa? No więc nie pamiętam, czy czytałem. Inną sprawą jest tekst, a inną zawarty w nim nastrój i odczucie świata; ta niezmiennie przerażająca „wiedza” wywołała we mnie poczucie nostalgii, gdy sam tłumaczyłem Narodziny tragedii8).

Jeśli chodzi o mnie: gdy tylko mam się wypowiedzieć w kwestii teorii powieści, a także gdy coś na ten temat czytam, czuję, że zasycha mi w ustach. To wszystko i tak jest daremne, bo opiera się jedynie na talencie plastycznym: czy człowiek potrafi stworzyć swój własny świat, czy nie. A mimo to w czasie pisania Losu utraconego poświęciłem mnóstwo czasu na zgłębianie kwestii teoretycznych, wtedy jednak znajdowałem w tym przyjemność i wymagała tego sama powieść. Teraz wszystko się zmieniło: przy Likwidacji też jest potrzebne potężne zaplecze teoretyczne do stawiania i rozwiązywania mnóstwa problemów, ale pracuję nad nimi niemal ze wstydem, w ciszy, byle tylko nikt mnie nie zauważył. Ponieważ powieść, pisana wielkimi literami, czyli w ogólnym tego słowa znaczeniu „rozpoznanie problemów powieściowych”, nie przynależy wyłącznie do kwestii „badania Bytu narzędziami powieści”. Pokazuje ona także, że obecnie jakiekolwiek badanie Bytu jest zbyteczne; w ten sposób niepotrzebna jest też powieść, a jeszcze bardziej zbędny jest powieściopisarz.

Najważniejszym kryterium „stanu losu utraconego” jest ostatecznie całkowity brak związku między egzystencją a prawdziwym życiem. Byt pozbawiony egzystencji – albo raczej: egzystencja pozbawiona Bytu – to jest największe novum tej epoki.

Jak należy pisać? „Pan Leuwen ojciec, jeden ze wspólników słynnego banku Van Peters, Leuwen i Spółka, bał się tylko dwóch rzeczy na świecie: nudziarzy i wilgoci”9 – Stendhal. Wstęp, w którym zwyczajowo poleca on książkę the happy fews – „nielicznej grupie czytelników” – nieoczekiwanie robiąc woltę, przechodzi do zdania: „Pamiętaj, żeby nienawiść i trwoga nie stały się treścią twojego życia”10. (Mógłbyś to sobie zapisać jako życiowe motto).

„(…) większości dogadza owo ckliwe skojarzenie obłudy i kłamstwa zwane rządem reprezentantów”11 – Lucien Leuwen. Swoją drogą, to Ligeti polecił mi Stendhala. W pewnym czasie przepadałem za nim, później uznałem, że współcześni są bardziej interesujący. Nie ma pewności, czy miałem rację. Od kogo nauczyłem się najwięcej? Myślę, że od Thomasa Manna (rezolutności i dyscypliny pisarskiej, pilności i godności, a także – żebym nie zapomniał – erudycji) oraz od Camusa (nieustępliwego podążania za każdą możliwością kryjącą się w tekście). Od pewnego czasu żadnego z nich nie czytam. A tak na marginesie: Stendhal był pisarzem nowoczesnym. „Każda sztuka jest nową sztuką”.

Niechętnie czekam na chwilę, gdy bezspornie wyjdzie na jaw, jak bardzo zepsuł mi się styl i jak podupadłem na duchu, od czasu gdy piszę na komputerze. I jakim stałem się gadułą.

Ostatniemu tomowi dziennika dałbym taki tytuł: Ostatni występ w Lokalu Niechybnie Spisanym na Straty.

Te zapiski całkowicie różnią się od wcześniejszych. Chciałbym wyjaśnić, dlaczego dzisiaj piszę tak banalnie. Możliwe, że po prostu żyję w bardziej trzeźwym świecie, w którym nie ma metafizyki albo (by zadośćuczynić potrzebom świata) metafizyka nie jest potrzebna. Poza tym nie ma żadnej tajemnicy, jest po prostu tylko materialno-duchowe ubóstwo, stagnacja historyczna, motłoch, polityczna niemoc. To wszystko nie jest dziełem zewnętrznych okoliczności, ale faktem; kraj jest konsekwencją samodzielnej, niezależnej działalności społeczeństwa. I jeśli rodzi się pytanie, co ja mam z tym wspólnego, muszę szukać odpowiedzi obywatelskiej, ponieważ jestem obywatelem (citoyen) wolnego i niepodległego państwa, choć moje doświadczenia pokazują coś zupełnie innego. To trudne pytanie, na które relewantną i jednoznaczną odpowiedzią byłaby tylko emigracja. Ale emigracja też jest banalna. Chociaż dzisiaj skłonny jestem przyznać, że uwarunkowania społeczne rzeczywiście odegrały niemałą rolę w stwarzaniu „mnie samego”. Po części jestem więźniem warunków życiowych, w których się znalazłem, i ma to także związek z moimi rozterkami duchowymi. Gdybym powiedział: jestem pisarzem żydowskim (ponieważ fakt ten odcisnął i odciska piętno na moim życiu), nie oznaczałoby to, że sam jestem Żydem, bo mając na względzie mój krąg kulturowy i przekonania, niestety nie mógłbym tego o sobie powiedzieć. Ale mogę za to powiedzieć, że jestem pisarzem anachronicznej formy żydowskiej egzystencji – pisarzem galutu, zasymilowanej żydowskiej diaspory – jej wcieleniem, jej twórcą, kronikarzem jej likwidacji i posłańcem wieszczącym nieuchronne jej zniknięcie. Pod tym względem Endlösung odgrywa decydującą rolę: ktoś, dla kogo tożsamość żydowska to wyłącznie Auschwitz i próba unicestwienia Żydów, w pewnym sensie nie powinien nazywać siebie Żydem, jest bowiem kimś w rodzaju deutscherowskiego „nieżydowskiego Żyda”12, jego europejskim, pozbawionym swojego miejsca na ziemi, choć pełniącym ważną funkcję, wariantem. W kulturze europejskiej (o ile takowa istnieje) taki Żyd odegrał dużą i ważną rolę, ale nie ma już znaczenia w najnowszej historii Żydów, w procesie jej odradzania się – i znowu muszę powiedzieć: jeśli w ogóle mamy lub będziemy mieć z tym do czynienia. Pojęcie „Żyd” jest jednoznaczne tylko dla antysemitów.

Powieść, niczym dziecko urodzone w późnym wieku, jest rozpieszczona i wydelikacona. Budzi wielki niepokój u starego ojca. Łapie wszystkie choroby wieku dziecięcego i stale przysparza trosk pytanie: ile zniesie jej wola życia? Nie zdziwiłbym się, gdybym któregoś ranka znalazł ją martwą. Ależ byłbym niepocieszony…

W pewnym sensie zaliczam Koestlera do grona moich duchowych krewnych, tak jak wszystkich, których uwiodło prowadzące na manowce i pozbawiające domu poczucie odpowiedzialności za świat i którzy w końcu odnaleźli swoje ukojenie, a nawet powołanie, jako bezpaństwowcy. Klęska Europy w latach trzydziestych była dramatem, który długo jeszcze będziemy wspominać, i gdy czytam Koestlera, nie sięgam po jego powieści, ale po wstrząsające dokumenty, w których jako świadek XX wieku opisuje rozpad mieszczańskiej egzystencji, ułudę ruchu komunistycznego, swoją ucieczkę i internowanie we Francji.

Śmiertelne zmęczenie. Od tygodni ani przez chwilę nie miałem styczności z Twórczością, z tym nagłym (i cudownym) porywem szczęścia, które niegdyś tak często mnie nawiedzało. A teraz: depresja, bezsenność. Nie umiem ochronić mojej, użyczonej mi przez Boga samotności. Być może nosi to miano klęski, którą tak dotkliwie odczuwam w chwilach krytycznych.

Nie mam wielkich wizji, wielkich pomysłów. Ale mój styl jest dobry i to, co rozpocząłem – powieść – zmierza ku końcowi.

Muszę zdecydować, czy powieść jest w ogóle potrzebna? Czy dowodem potwierdzającym jej sens jest jedenaście lat, które jej poświęciłem? Czy potwierdzeniem może być fakt, że traktuję ją jako finał, ukoronowanie całego mojego dorobku? Czy to możliwe, że chcę opowiedzieć historię, której nie da się opowiedzieć albo której nie umiem opowiedzieć? I jak ona wygląda, dlaczego w ogóle chcę ją opowiedzieć? Czy to aby nie z ambicji miałbym napisać jeszcze jedną powieść, wszystko jedno jaką? Pytanie jest złe, bo napisanie jeszcze jednej powieści to kwestia ambicji i ta ambicja nie ma w sobie nic z fałszu, to absolutnie uzasadniona ambicja każdego pisarza, twórcy, który jeszcze nie jest gotowy pójść na emeryturę.

Wczorajszy odczyt podczas pewnej żydowskiej uroczystości (nie zanotowałem nazwy organizatora). Ostatni rozdział Losu utraconego. Poczułem siłę i (jak widać) ponadczasową aktualność tego tekstu. A potem „rozmowa” na forum, przed publicznością. Byłem naprawdę krytyczny (pod względem politycznym), czego nie mam w zwyczaju. Ale teraz z wielkim obrzydzeniem myślę o tym, że danie upustu emocjom sprawiło mi przyjemność. M. była trochę przerażona. Rzeczywiście, jeśli w sali byli obecni szpicle – bo dlaczego miałoby ich nie być – mieli sporo rzeczy do zrelacjonowania. Kilka (nie)paranoicznych refleksji: otaczają mnie (chcieliby mnie otoczyć) murem. Istnieją tak zwane „listy” (nawet mówienie o nich jest hańbiące: wykreślili mnie z listy pisarzy francusko-węgierskiego roku kultury, po proteście strony francuskiej wróciłem na listę, dokładnie tak, jak się to robiło za Kádára; oczywiście ani mi się śni przyjąć bilet lotniczy, raczej nie pojadę). Przywołałbym tutaj kilka inwektyw w prasie i radiu zainspirowanych przez władze tego kraju. Szczególnie się nimi nie interesuję, ale jako connaisseur dyktatury, którym jestem, potrafię zinterpretować tego typu zjawiska (przede wszystkim to, że dyktatura na nowo ożywia dyktatury). Pod tym względem trzeba się obawiać pisania na komputerze, bowiem urządzenie jest znacznie trwalsze niż dający się łatwo podrzeć papier. Kto bowiem chciałby z powodu śmiertelnego niebezpieczeństwa, w popłochu roztrzaskiwać o podłogę swój komputer? Swoją drogą, to ciekawe spostrzeżenie, że od czasu wykorzystywania komputerów do celów publicznych i prywatnych nie było prawdziwej dyktatury, przynajmniej nie w Europie. Ale na to, jak na wszystko inne, znajdą jakieś radykalne rozwiązanie, na przykład po prostu zakażą używania komputerów i nie będzie ich można kupić w sklepach.

„Z zapisków węgierskiego katolika…”13. Ależ, Drogi Przyjacielu, czy nie dotarło jeszcze do Pana, że judaizm – i wszystkie jego heretyckie odłamy (na przykład chrześcijaństwo, nie mówiąc o katolicyzmie) – zniknął, rozproszył się, że został zasymilowany i porzucił nas, wyznawców?! Pan, Mój Drogi węgierski Przyjacielu, który życzyłby sobie, aby Kościół katolicki postrzegał Romów jako bliźnich i ogłosił to z ambony, miałby nie znać jego oblicza i historii? Czyżby Pan nie słyszał o serii aktów pokuty, wykluczeń, prześladowań, namacalnych i mentalnych przejawów inkwizycji, których ostateczną konsekwencją było zgładzenie Żydów? Czyżby Pan nie wiedział, że każdy pojedynczy etap tego procesu, każdą ustawę i wszystkie rozporządzenia z nim związane, od żółtej gwiazdy po zinstytucjonalizowane społeczne wykluczenia i odseparowanie (nazywamy je, Mój Przyjacielu, gettem), nazistowskie władze przejęły od Kościoła katolickiego, a finałem ich „ponownego zastosowania” (w miejsce dawnych stosów i pogromów) były komory gazowe? Czyżby Pan nie wiedział, że biskupi tego Kościoła przegłosowali w swoim parlamencie węgierskie „ustawy żydowskie”? Czyżby nie zdawał Pan sobie sprawy z tego, że Kościół katolicki (podobnie zresztą jak Żydzi i wszyscy pozostali) przez czterdzieści lat współpracował z władzami komunistycznymi i oddał w ręce policji tych księży, którzy traktowali poważnie swoje powołanie i stan konsekrowany? Czyżby Pan nie wiedział, że Pana papież, ten „schorowany człowiek”, ciało astralne, poniekąd przeprosił za Holokaust, wszelako Baranek Boży nie wziął na siebie tego grzechu?

Tutaj, Mój Drogi katolicki Przyjacielu, popełniono gafę, była to wielka okazja kryjąca w sobie możliwość oczyszczenia i odnowy, na które jednak Kościół, z przyczyn czysto politycznych, nie był gotów. A tym samym nie był też gotowy na uratowanie samego siebie, na uratowanie chrześcijaństwa. Czym jest dziś chrześcijaństwo? Jeśli pozostaniemy na węgierskim podwórku: pustą, upolitycznioną formułą. Jeśli spojrzymy na to szerzej – wyniszczoną kulturą europejską. Nie łudźmy się: oficjalne, zinstytucjonalizowane kościelne formuły dotyczące wiary są wewnętrznie puste i dotyczy to każdej wiary, każdego Kościoła, każdej grupy wyznawców. Możliwe, że zjawi się jeszcze święta Teresa z Ávila i święty Jan od Krzyża, którzy swoją wiarą odnowią religię, ale nie karmmy się próżnymi nadziejami. Pewne jest natomiast, że od czasów kardynała Paskaiego14 zmartwychwstania oczekiwać nie można. I nie zajdzie daleko katolik, który pokładałby nadzieje w zmartwychwstaniu swojego Kościoła, dając temu wyraz jedynie za pomocą wzniosłych słów. Na tej szali trzeba położyć własne życie, mniejszą stawką niczego się nie zdziała, jedynym „głosem wołającego na puszczy” jest pedagogiczny artykuł w „Życiu i Literaturze”, na który ci lepsi pokiwają głowami, a ci gorsi będą szczerzyć złośliwie zęby, by następnego dnia tak pierwsi, jak i drudzy zapomnieli o całej sprawie.

Trwająca od tygodni depresja. Żyję poza powieścią. Codziennie jem kolację w „towarzystwie”, w otoczeniu obcych. Większa część życia wydaje mi się bezsensowną stratą czasu. Nie umiem z tego wybrnąć. Słabość względem M. Fizyczne poniżenia wieku starczego. Starość – nigdy bym nie pomyślał – przychodzi nagle. Z dnia na dzień, niemal z sekundy na sekundę. Nagle tracisz panowanie nad ciałem i nic na to nie poradzisz. Dopada cię nagłe parcie na pęcherz, z którym musisz się uporać w ciągu kilku minut, bo inaczej, w szczególnie upokarzający sposób, pobrudzisz moczem bieliznę. Największą klęską jest impotencja, gdy ani na chwilę nie przestają cię interesować kobiety. Drugim nieszczęściem jest bezsenność. W tej chwili są czterdzieści dwie minuty po trzeciej w nocy, a jeszcze nie zmrużyłem oka. Rano mam prezentować „szerszej publiczności” pisarzy hiszpańskich, których nie znam; nie znam też hiszpańskiego; ujawnię całą swoją niekompetencję. Inna sprawa, że czasy, w których żyjemy, są niekompetentne.

Zupełnie inna kwestia:

Dlaczego nie umiem zapomnieć pierwszego karcącego policzka wymierzonego mi przez ojca? Zdarzyło się to pewnego dnia w porze obiadowej w sypialni internatu, w której oprócz nas dwóch nikogo więcej nie było. Ojciec powiedział mi kiedyś, że jeśli będę głodny, mam otworzyć rachunek u sklepikarza na rogu. Kupiec nazywał się Ács, lokal mieścił się w piwnicy u zbiegu ulic Szondi i Mihálya Munkácsa; miałem brać na kredyt to, czego mi potrzeba. Kiedyś przez cały tydzień posilałem się tam salami i chlebem z masłem. Czy rzeczywiście ojciec dużo za to zapłacił (ile to go mogło kosztować)? Wszystko jedno, bo był wtedy biedny i moje objadanie się salami uznał za rozpustę.

Ale nie marnował zbytnio słów na wyjaśnienia. Widocznie postanowił zamanifestować swoją opinię poprzez czyn – wymierzył mi siarczysty policzek. Ustronność miejsca, w którym się to wydarzyło, oraz jego miażdżąca przewaga sprawiły, że krzyknąłem i zacząłem płakać. To wydarzenie złamało mnie duchowo. Mogłem mieć osiem lat. Dopiero teraz, po upływie wielu lat, gdy wnikliwiej się temu przyglądam, potrafię rozpoznać w tym rodzaj jakiegoś wyzwolenia. To tak, jak Flaubert doradzał Maupassantowi, że ma patrzeć na drzewo tak długo, jak długo widzi je innym niż pozostałe i dostrzega jego niepowtarzalną wyjątkowość.

Hiszpanie. Już po wszystkim; czterech pisarzy, trzech z nich naprawdę sympatycznych, a zwłaszcza Señor Mendoza. Później sałatka z tuńczykiem na tarasie Bristolu. Promienna wiosna. Delektuję się tym, że mogę sobie pozwolić na coś, co wiele lat temu, kiedy jeszcze bywałem tutaj z przyjaciółmi, było poza moim zasięgiem. Wtedy wielką pokusą była „zapiekanka makaronowa”, której nigdy, z braku pieniędzy, nie udało mi się spróbować. Czy pocieszy mnie fakt, że przynajmniej byłem wtedy młody? Marna to dla mnie pociecha. Zdecydowanie wolę być starcem, ale z pieniędzmi w kieszeni. Ale to dygresja. Około czwartej – bardzo zmęczony – wróciłem do domu i nagle, pstryk!, w miejscu, gdzie wcześniej utknąłem, pojawił się dalszy ciąg powieści. Usiadłem przed komputerem i pracowałem do ósmej wieczorem. Czuję, że udało się zachować spójność powieści i jest uratowana. I co dziwne, bo nie uwierzyłbym, że to się uda, podoba mi się pisanie na komputerze. Intymne i eleganckie. W każdym razie taki właśnie jest mój mały czarny laptop, niczym zgrabna, posłuszna dziewczyna.

Wczoraj wieczorem na Strinbergu. Chciałbym przeczytać jego prozę, ale jest niedostępna, przynajmniej po węgiersku. Kobiety i mężczyźni; znajomość psychiki podszyta złośliwością; wiedza na ogół jest złośliwa.

Przy okazji pisania Likwidacji przeglądanie Kadyszu; zdumiało mnie szczere pragnienie śmierci, które jest praprzyczyną tej powieści, jej spiritus rector. I nagle wróciłem pamięcią do ponurego nastroju tamtych lat, w którym było, jak się zdaje, tyle napięcia, ile potrzeba do stworzenia takiej powieści jak Kadysz.

Ostatnio przyzwyczaiłem się do środków nasennych. Mam już prawie wyrzuty sumienia. Powiedzmy tak: nie pracuję nad tym, by się wyspać. Biorę sen na kredyt. M. opowiadała dzisiaj rano, że kiedy zasnąłem, przez dobre pół godziny poruszałem lewym ramieniem. Nie pamiętam tego i nic mi się nie śniło. Możliwe, że mojej śmierci będą wtórować objawy choroby świętego Wita: to będzie zabawne, ale już nie dla mnie. Ja raczej nie będę umiał się śmiać w chwili agonii.

Nawet jeśli pewnego dnia zniknąłby wszystkowiedzący autor, to i tak będziemy się zmagać z wszechwiedzą, ponieważ rozwijamy ją w „trzeciej osobie”… Może jednak uda się znaleźć jakieś rozwiązanie – nawet jeśli nie będzie konkretne: podstawą powieści jest sztuka teatralna. Rzeczywistość dzieła jest osobnym dziełem. Poza tym tego drugiego dzieła – sztuki – nie znamy w całości. Sztuka jest dla nas w równym stopniu niejasna co sam proces Tworzenia i tak samo niejasna, i w podobny sposób fragmentaryczna jest dana nam rzeczywistość. Ta jednak jest stosunkowo zrozumiała, bowiem żyjemy zgodnie z jej logiką.

Wypowiedź nie musi być prawdą tylko dlatego, że jest dla ciebie korzystna. Jeśli chcesz być sprawiedliwy, musisz skrupulatnie sprawdzać każdą, która jest dla ciebie niekorzystna, a nawet szkodliwa. Pojawiają się tutaj pytania: czy takim przekazem może być choroba? A jeśli tak, czego lub kogo dotyczy? (I tak dalej aż do zupełnego absurdu albo wprost w absurd).

Wczoraj pewna dama (po niemiecku): Ich lese Ihr Galeerenbuch. Es ist wie ein Gebetbuch15. To jak dotąd najpiękniejszy komplement, jaki usłyszałem o tej książce. Ta kobieta to katoliczka (jak mniemam, praktykująca).

Według głupiego, oszczerczego artykułu miałem powiedzieć jednej z holenderskich gazet, że „nie żyję tutaj z przekonania, a moja walizka jest zawsze spakowana”16 itd. Miałbym „żyć tutaj bez przekonania”? Na pewno nie mogłem powiedzieć takiej bzdury. W bardzo niewielu miejscach człowiek żyje naprawdę z przekonania. Powiedzmy, że wielu Izraelczyków mieszka w Izraelu z prawdziwego przekonania. No ale na Węgrzech? Tutaj człowiek rodzi się w wirze historii i albo zostaje przy życiu, albo nie. Nie może być tu mowy o przekonaniu.

Czytając „jawne sekrety”: doprawdy nie ma tutaj żadnych sekretów. Gdzie się podział mój radykalizm? Ogarnęłoby mnie zwątpienie, gdybym nie wiedział, że radykalizm wciąż jest obecny w mojej powieści.

W tym podeszłym wieku, w tym leciwym świecie, jak długo on trwa i jak długo ja istnieję, interesuje mnie powieść i tylko powieść. Czy to nie jest dziwne? Co to za obsesja, która włada moim życiem i czyni je błogosławionym?

Ach, te piękne listy Gizeli z Rzymu, które są niczym smutne sonaty samotności. – Dzisiejszej nocy zagłębiam się w życie Celana, w to wielkie i smutne życie. Żydowskość przenika tu wszystko pod taką postacią i na takim poziomie, że już nie umiem dotrzymać Celanowi kroku lub widzę w jego widzeniu świata coś przekornego, coś, czego potrzebuje poeta, ludzie, żeby świat był wierny ogromowi swojej nędzy i ogromnemu cudowi życia. Ile delikatności, ile kobiecego czaru emanuje z tej kobiety, którą Paul prawdopodobnie doprowadził do upadku, jakby przeznaczeniem mężczyzny na tej ziemi nie było nic innego jak doprowadzanie do upadku każdej słabości, każdego piękna, wszystkiego, co jest od mężczyzny słabsze i bardziej kruche. Nie znam nikogo, kto umiałby się sprzeciwić temu przeznaczeniu. A wszystko tylko po to, by mógł się później zwrócić przeciw sobie samemu; ile niewypowiedzianego buntu rodzi się we mnie – przeciwko czemu? Czuję się jak ktoś, kto nigdy nie żył. Nigdy nie zaznałem takich przygód w życiu. Nigdy nie byłem bezpaństwowcem, nigdy moja rodzina nie była z dala ode mnie, gdzie indziej niż ja, nie trapiło mnie poczucie odpowiedzialności za dzielącą nas odległość, dystans. Jak dobrze znane jest takie życie, życie Celana; kobieta, która go kochała, która stała się z jego powodu Żydówką, którą ta próżna miłość doprowadziła do upadku. – Teraz żyję bardzo daleko od wszystkiego, z zasady, zagłębiam się w tworzenie tekstów, które czytam z zaskoczeniem i uszczęśliwiony – nie zawsze je rozumiem, ale spływają z mojego pióra, pióra, które jest małą czarną skrzyneczką i nazywa się komputer.

Na zewnątrz świta, rozśpiewały się ptaki. Ile nocy spędziłem, czuwając, na Szigliget, ile majowych świtów tam zastałem. Nie jestem szczęśliwy. Ale jestem szczęśliwy.

Celan w jakimś napadzie szaleństwa zaatakował w Paryżu swojego siąsiada, który posądzał go o dręczenie własnego syna. Kiedy znaleźli się w komisariacie, wykrzyknął: „Jestem Francuzem! Jestem Francuzem…!”. A był tylko Żydem. Swoją drogą, nie został ukarany. Odesłano go do kliniki psychiatrycznej.

Jak to możliwe, że dotąd jeszcze nie oszalałem? A może już się to stało?

Czy metafizyka (w naszym myśleniu) ma rację bytu, czy nie, czy jest nieistotna? Prawdą jest, że metafizyka porzuciła „człowieka”. Taka jest jego dzisiejsza kondycja duchowa i niebezpieczny to stan.

Wczorajsza rozmowa z V. Niezwykła, bardzo wykształcona, bystra kobieta, ale nie toleruje najmniejszych nawet napomknień o mistyce żydowskiej. Bardzo zirytowało ją jedno z węgierskich czasopism strzałokrzyżowców, które ktoś jej zawiózł do Wiednia. Ale nie zauważa, że jej przemyślenia są uwarunkowane przez sytuację, co znaczy, że jej uczucia nie są całkowicie zależne od niej, ale były jej podyktowane przez sytuację, którą przywołała z pamięci i która dotyczyła jej, jeśli można tak powiedzieć, nie na planie metafizycznym, ale społecznym (to znaczy „przez przypadek”): a tego faktu pod żadnym pozorem nie chciała zaakceptować.

To oczywiście jeszcze nie jest mistyka żydowska. Byłoby to wymuszone uznanie ścisłego związku z Żydami – a to i tak zbyt wiele dla większości ludzi. Tymczasem jest to podstawa, z której wynika wszystko inne. Mistyczne ciągoty człowieka wcale nie wykluczają racjonalnego myślenia.

Niespokojne dni, dużo upokorzenia. A nawet: nastawienie na krzywdę. Dużo mówi się dzisiaj o tym, w jaki sposób „Holokaust” otrzymał swoją nazwę, ale w żadnym kontekście nie wspomina się moich słów, nie powołuje na nie, jakbym nigdy o tym nie pisał, jakbym nie istniał. Skazują mnie na nieistnienie i w pierwszej kolejności mowa tu o autorach żydowskich, liberalnych, którzy nie mają gdzie ukryć swoich żydowskich nosów, wydatnych brzuchów, żydowskiej łysiny czy żydowskich loczków i których niezwykle irytuje fakt, że tutaj jestem ze swoimi radykalnymi poglądami, które są skrajnym przeciwieństwem ich skrywanej, kameleonowatej mentalności. Przeczuwam małostkowość i śmieszność mej urazy. Redukuje mnie to do rozmiaru karłów zamieszkujących ten kraj.

Wczoraj L.K.17. Ma te same objawy co ja (ale bez syndromu żydowskiego, bo nie jest Żydem), tylko że jego dotyka to egzystencjalnie, mówiąc w skrócie: mordują pierwszoligowego autora, bo nie mogą nim manipulować, wykorzystać w systemie, odrzucają go, separują i tę potężną tragedię wyczytuję z jego twarzy. Całą noc miałem ją przed oczami.

Ciekawe, że okoliczności powstawaniaKadyszuopisuję w późniejszej powieści, Likwidacji. – Ale czy tak samo nie było z Losem utraconym?

Co się tyczy mojej literackiej przynależności, trzeba przytoczyć kilka faktów, żebym nie żył w błędzie. Nie należę do literatury węgierskiej i nigdy nie będę mógł do niej przynależeć. W rzeczywistości należę do powstałej w Europie Wschodniej literatury żydowskiej, która została napisana w Monarchii, a potem w nowo powstałych państwach, głównie po niemiecku, ale nigdy w rodzimym języku i nigdy jako część narodowej literatury. Tę linię można by wyrysować od Kafki do Celana i jeśli można ją przedłużyć, powinna mnie objąć. Moim nieszczęściem jest pisanie po węgiersku, szczęściem natomiast to, że moje dzieła tłumaczono na niemiecki – nawet jeżeli tłumaczenie jest tylko cieniem oryginału. Jakkolwiek dziwne jest to, że w końcu należę też do tej złej, powstałej w języku niemieckim literatury, która mówi o zlikwidowaniu europejskich Żydów, jej język jest przypadkowy, tak jak inne języki, i nigdy nie będzie ojczysty. Język, w którym mówimy, żyje dopóty, dopóki w nim rozmawiamy; kiedy milczymy, zanika, jeśli tylko nie zlituje się nad nim jakiś duży język i go nie dowartościuje. Takim językiem jest dziś niemiecki. Ale niemiecki to też tylko tymczasowy przystanek, przejściowa kryjówka bezdomnych. – Dobrze jest to wiedzieć, dobrze jest się pogodzić z tą wiedzą, dobrą sprawą jest należeć do tych, którzy nigdzie nie należą, dobrze jest być śmiertelnikiem.

Berlin. Ligeti. Unseld. Aimard18. Hans Magnus Enzensberger. Jego laudacja. Głębokie wzruszenie, a równocześnie lęk przed starczym sentymentalizmem, który wraz z każdym dobrym słowem wyzwala we mnie wzruszenie; starcza próżność to jedno z największych niebezpieczeństw, ale tym razem bardziej rozczuliła mnie sama treść niż moja osoba. Czyżby rzeczywiście w moich tekstach było coś oryginalnego? Kiedy pracuję, łudzę się, że tak, ale gdy cucę się z pisarskiego rauszu, nie jestem już tego pewien – Ligeti, jego ujmująca delikatność. Dusza jest pełna geniuszu i siły, ciało deprymuje i ulega zepsuciu. A jednak to ciało ją dźwiga i dusza musi sobie z nim radzić, jeśli chce trwać, więc przejmuje władzę nad stawiającą opór fizycznością. – A oprócz tego ekscytacja miastem. Wystawa Potsdamer Platz, Kirchner, Munch, Dix etc. Podtytuł: Preussens Untergang19 – obrazy przykuwające wzrok, bo też i sam Untergang był taki. Sama kompozycja wystawy nadaje osobne sensy i tak już chaotycznie zestawionym obrazom. A zwłaszcza Kirchnerowi – choć nie tylko jemu – który namalował to, co opisałem w Zapiskach śledczego, w rozdziale Godzina szczytu. Apokalipsa metropolii jako konwencjonalny język niemieckiego ekspresjonizmu.

Wczoraj u E-ych20. W ogrodzie, lampy i twarze w cienistej grze roślinności; zmierzch taki jak na ostatnim obrazie wielkiego malarza – wszystko przedstawił jako piękne, darowane, bezpowrotne. Piękne były te twarze, jakby nie były codziennymi twarzami swoich właścicieli. Pożegnanie wszystko zmienia. Jedynie dla takich chwil warto jeszcze trochę pożyć.

Moje wczorajsze wieczorne zdumienie, gdy puściłem płytę Pilinszkyego i nagle zabrzmiał jego dobrze znany głos: opowiadał o Auschwitz i słowo w słowo powiedział to, co wygłosiłem niedawno w swojej mowie, dziękując za przyznanie orderu Pour le Mérite. Obaj mówiliśmy o „nienaprawialnym realizmie”, który rodzi rekompensatę; według mnie dzięki procesowi katharsis, a zdaniem Pilinszkyego poprzez poezję, co na jedno wychodzi. Oficjalny – kościelny – katolicyzm nie zaakceptował głębokiego katolicyzmu Pilinszkyego, tak samo jak odrzucił świadomość istnienia Auschwitz. Ale wygląda na to, że ktoś, kto przeżywa Auschwitz jako człowiek wierzący – bo jak inaczej można coś takiego przeżyć? – dochodzi do tych samych wniosków. Pamiętam, co powiedział w zeszłym roku jeden myśliciel w Stralsund: Bóg jest bezwyznaniowy.

To, jak dzisiaj obchodzimy się z demokracją, ma niewiele wspólnego z res publicą; nazwałbym to raczej demokracją wolnorynkową. Przy odrobinie samodyscypliny jest to całkiem przyjemna forma egzystencji, ale niedługo nadejdzie jej kres, gdyż bewstydnie zmierza do centralizacji władzy i pieniędzy. To będzie koniec samodyscypliny i dostatku. Czy nie czeka nas jakaś dyskretna forma faszyzmu, okraszona odrobiną biologii i pozbawiająca wolności w postaci relatywnie wysokiego dobrobytu?

Warte uwagi: Hitler był fenomenem całkowicie anachronicznym (jego żałosny „system idei” stanowił wytwór XIX wieku), ale to, co stworzył: Auschwitz, jest bodaj najwierniejszym wyrazem nowoczesności.

Wczoraj utwory Bartóka pod batutą Bouleza w Centrum Kongresowym. Podczas koncertu stopniowo stawało się jasne, że do dzisiaj Bartók nie zapuścił swoich korzeni w kulturze węgierskiej. Dobrze by było zbadać przyczynę tego zjawiska. Żywi go węgierska ziemia, ale na Węgrzech pozostał obcym. Prawdę mówiąc, doceniają go tylko Żydzi. Jest to stwierdzenie, którego nie sposób dowieść: to lekkomyślna teza. Chciałbym przez to jedynie powiedzieć, że tutaj bezdomnym jest każdy, kto głosi współczesną prawdę, mówiąc współczesnym językiem. Ten kraj popadł w tak wielkie tarapaty, że tylko kłamstwa mogą przynieść mu ukojenie.

(Czytam w tomie pamiętnika), że autor „wierzył w socjalizm”: co znaczy to sformułowanie? Moim zdaniem nie ma tu czego interpretować, jeśli chcemy uniknąć nazwania tego intelektualnym lenistwem lub wymuszonym sposobem myślenia. W tym wypadku jednak można by to zinterpretować. Natomiast trzeba postawić pytanie, czy warto analizować to zdanie właśnie w takiej formie; może w wypadku niektórych narodów, głównie Niemców, taki przymus myślenia był zadomowiony i umotywowany.

„Nie piszę dziennika, kiedy jestem szczęśliwy, nie prowadzę dziennika, bo ta niedelikatna analiza szkodzi szczęściu, ale dzisiaj nie mam nic do stracenia. Od dziewiątej już marznę”21 – Stendhal w dzienniku pisanym podczas wyprawy do Moskwy w 1812 roku. Podczas pisania scenariusza do Losu utraconego cichaczem podczytuję sobie takie urywki jak w dzieciństwie, gdy na lekcjach czytałem pod ławką.

Jestem wyeksploatowany. Za dnia siedzę dziesięć, dwanaście godzin przed komputerem, do tego noce, gdy nie mogę spać. Wszystko to dla ekranizacji Losu utraconego, z którą ostatecznie nie mam nic wspólnego. Tyle w niej uchybień, tak wiele kompromisów, więcej, niż mogłem przewidzieć, wszystko będzie tak błędne i tak obce, że czuję już ciarki na plecach. Ogólnie mówiąc, mam taki wpływ na ostateczną postać filmu jak zwykły statysta. A jednak coś popycha mnie, żebym to robił, bez poczucia sensu, jak źle opłacany wyrobnik od scenariuszy.

Ktoś mówi, że „jest z nim w zażyłych stosunkach”. Po prostu nie rozumiem tego wyrażenia. Jak można być z kimś w „zażyłych stosunkach”? Mnie, jak dotąd, nikt nie rozumiał. Wszystko, co stworzyłem, powstało nie tylko „wbrew wszystkiemu”, lecz także „na przekór wszystkim”. Zawsze pracowałem w taki sposób, jakbym miał dokonać zamachu, praca zawsze wywoływała we mnie poczucie winy, a zwłaszcza ci, z którymi wówczas pozostawałem w tak zwanych zażyłych stosunkach. Dzisiaj wcale nie jest inaczej, chociaż podobno stałem się „sławnym człowiekiem” i zarabiam pieniądze w akceptowalny sposób, choć nie umiem pracować bez świadomości, że „nie spełniam swojego ludzkiego obowiązku”, ale jaki miałbym mieć inny obowiązek poza tym, że tworzę i odczuwam je jako swoją powinność: że poprzez moje dzieła wyrażam wdzięczność za ofiarowane mi przez Boga talenty? – Ale to są narzekania słabego człowieka. Obawiam się, że tak zwanego dobrego człowieka kocha się dlatego, że jest słaby. A co się tyczy rozumienia tego wyrażenia: między ludźmi czegoś takiego nie ma i nie jest to możliwe. A miłość? Byłaby możliwa, ale nie istnieje…

Lektury podczas podróży (potrafię czytać już tylko podczas podróży, niczym makler giełdowy lub menedżer – tym razem Włochy, tak zwana Nagroda Flaiano). Istotnie, nic mnie tak nie interesuje jak literatura emigracyjna, pisarze emigracyjni. Jeszcze lepiej, jeśli są wschodnioeuropejczykami, reprezentantami podupadającej lub już zniszczonej kultury; a najlepiej, żeby byli Żydami i niczego nie reprezentowali. Tym razem chodzi o Miłosza; jego wybór listów do Venclovy jest doprawdy wstrząsający; kraje bałtyckie – jeszcze gorsze niż Węgry. Wszędzie wygląda to tak samo: człowiek odchodzi i zabiera ze sobą rodzimą (bałtycką, polską lub węgierską) kulturę, którą jego krajanie w tym samym czasie niszczą. Na ogół zwykło się obwiniać tak zwaną historię, jakby była emanacją boskiej siły, potęgą obcą człowiekowi, pożerającą go, przy tym wiadomo, że czas już minął. I nie dlatego minął, że przychodzi nowa era. Czas zwykł mijać, ponieważ go nie wykorzystano. Nic już nie zostało z kultury wschodnich narodów, na ich miejsce wkroczył nikczemny nacjonalizm. Ten nacjonalizm jest jak reakcja obronna organizmu (powiedzmy: wysoka gorączka), która zapominając o swoim pierwotnym przeznaczeniu, zabija człowieka. To niezwykłe, że zarówno z wypływających z intelektu słów Miłosza, jak i Venclovy, tych dwóch gigantów, niewiarygodnie rzetelnych wschodnioeuropejczyków, wynika, że kulminacyjnym punktem życia etycznego (kultury, względnie działalności kulturalnej) narodów żyjących na rubieżach wschodniej Europy są relacje łączące owe narody z Żydami. Przyznanie się do morderstwa i uznanie własnej porażki jest początkiem każdego, wiele obiecującego życia, istnienia narodów także.

Urodził się Vencel i jest to wydarzenie warte odnotowania. Po tym, jak nigdy nie zostałem ojcem (czego nie żałuję), dzięki synowi mojej żony naraz zostałem dziadkiem, pradziadkiem. Mogłoby mnie nadmiernie zainteresować takie doświadczenie, czego jednak z uwagi na mój wiek muszę się wyrzec. Kiedy to dziecko będzie miało dziesięć lat, ja skończę osiemdziesiąt dwa – jeśli w ogóle jeszcze będę żył. Jakiego typu relacja może powstać między starcem a małym chłopcem, gdy nie są zdani na siebie pod względem egzystencjalnym (co stwarzałoby prawdziwą bliskość)? Kupię mu jakieś zabawki i zabiorę na spacer: on, może poniewczasie, a ja już wtedy będę żałował, że nie mogliśmy się bliżej poznać, że nie mogliśmy porozmawiać, w chwili gdy młody człowiek naprawdę potrzebowałby nieznanych mu i niemal bajkowych, ale jeszcze aktualnych doświadczeń starego człowieka. Smutne.

Nie jestem całkiem nieczuły na uroki absurdu. Projektuję w wyobraźni obrazy do filmu i są to najbardziej intymne wizje mojego cierpienia. Czy pokazując je publicznie, niszczę siebie? Czy może właśnie one mnie tworzą? Wszakże jest mnie coraz mniej. Ucieleśnia się we mnie rodzaj jakiejś nagonki, która bezustannie zmusza do publikowania, ale kogo zmusza? O kim piszę? O kim mówię? – Dziwny stan istnienia.

Wczoraj w rozmowie telefonicznej z Földényim jeszcze raz pojawiła się poruszana wcześniej problematyka. Była mowa o „sztuce atonalnej” po Auschwitz. W takim razie co zrobić z subiektywizmem? Czy on istnieje? Według mnie: jako „osobowość” nie istnieje. Składa się z automatyzmów, pragnień ocalonego – lub potrzeb – i resztek słów. Z braku koherencji, scalającej wszystko egzystencjalnej magmy, od której wychodzą historycy, wkraczając na drogę swojej kariery, oraz z braku logicznego centrum, rozwidlającego się na etykę, poznanie, obiektywne doświadczenie.

Ciekawe, z jaką łatwością konserwatywny, przestarzały styl sztuki skrywa się pod płaszczykiem różnych postaci modernizmu (na przykład jako tak zwana literatura postmodernizmu).

Bez wątpienia katastrofa zamanifestowała się po raz pierwszy u Beethovena. Powolne tempo poszczególnych części utworów, powstające z głębin załamania. Ale finały symfoniczne zmierzają jeszcze do stanu równowagi; późny kwartet skrzypcowy, potem op. 10622 prowadzące do fugi i w niej, wbrew ostatecznej, dostrzegalnej matematycznej mądrości, objawia się jakiś rodzaj rozpaczy. Zresztą jeśli można coś zarzucić, to zarzuciłbym Bartókowi pseudooptymizm jego utworów tanecznych.

Ale w czym się zawiera katastrofa? Czy faktycznie w newtonowskim obrazie świata, jak twierdzi Miłosz? Historia, tu nie ma wątpliwości, na nic nie znajduje wytłumaczenia. Wyjaśnianie jej apokaliptycznych przejawów, takich jak Auschwitz czy Gułag, przyczynami ekonomicznymi, zaszłymi strukturami społecznymi jest bez mała śmieszne. Tak samo nieproduktywne są psychologia, socjologia i wszystkie inne nauki społeczne. Czym zamierzają bowiem wytłumaczyć apokaliptyczną aktywność najbardziej rozwiniętych społeczeństw, ich postępowanie, ich wynaturzenie? A czym tchórzostwo zachodniej Europy? Polityka zawsze dysponuje wykazem bezpośrednich przyczyn. A co dynamizuje politykę? W ostatecznym rozrachunku takie zakrojone na szeroką skalę wizje jak spenglerowska czy biblijna są najbardziej doceniane. Porządek świata wyobraźniowego wielkich mistyków, zagadkowa głębia starych mitów – w tym kryje się coś, co dotyczy ludzkiego schyłku; w stosunku do niego naukowa perspektywa, mimo własnego zaplecza, wiedzy i skuteczności, jest dziecięco naiwna.

Albo: czy katastrofę trzeba w takim razie rozumieć jako jakiś jej „naturalny” powrót? Na przykład trzynastowieczna katastrofa inwazji mongolskiej. Oczywiście nie dla Mongołów. A jednak wiemy o katastrofie, ponieważ historii czy raczej dziejów nie piszą najeźdźcy, ale narody przez nich podbite. Co piszą Mongołowie o swojej trzynastowiecznej inwazji? Nie wiemy. Może coś o jej początku, o zwycięskim początku, który mógł zainicjować reformę kulturową, gdyby nie powstrzymała jej śmierć wielkiego chana. Zatem jest to katastrofa czy nie? Dla mnie tak, dla ciebie – nie. Okropna prawda, ponieważ katastrofę trzeba w końcu widzieć jako katastrofę. Powiedzmy więc, że o katastrofie możemy mówić tylko tam, gdzie pojęcie katastrofy zgadza się ze znaczeniem kulturowym tego słowa i jego doniosłością. Upadek kultury europejskiej to katastrofa; choć oczywiście nie jest katastrofą globalną; możliwe nawet, że nie tylko europejską.

Dla ciebie to katastrofa? Tak. Zatem zapisz, że to katastrofa. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Nie chcę rozwiązania, nie chcę zakopać zbiorowej mogiły ziejącej pustką między mną a światem…

SalzburskiDon Giovanni. Dlaczego nie nazywam po imieniu czasów, wieku, w którym żyjemy? Żyjemy w epoce kultury Auschwitz i Festiwalu w Salzburgu.

Pochowaliśmy biednego M.M.23 w upalnej duchocie, zawodowi głosiciele mów pogrzebowych spełnili swoją powinność, niczym kaci. Nie umknęły mojej uwadze żółte, udręczone odciskami pięty protestanckiej pastorki, które wyzierały spod jej długiego ornatu. W swojej mowie pogrzebowej powiedziała, że śmierć jest „ostatecznym oderwaniem” od życia, od żywych. To mnie zaskoczyło; czyżby u protestantów miało nie być zmartwychwstania? Czy mają innego Chrystusa niż pozostali, a może pastorka jest kleryczką o radykalnych poglądach? Ton wypowiedzi przemawiających żałobników i obowiązkowy wyraz twarzy są największą przeszkodą uniemożliwiającą człowiekowi, by naprawdę pomyślał o zmarłym. Zamiast tego ujrzałem jasną, piękną twarz Magdi, w chwili gdy będą mnie chować; prawie napłynęły mi łzy do oczu, tak bardzo zrobiło mi się jej żal, że moja śmierć będzie dla niej bardzo bolesna i że z tym wielkim bólem zostanie sama. Mój analityczny umysł zadał natychmiast pytanie, czy w istocie nie mówimy tu o żałowaniu samego siebie. Z czystym sumieniem mogłem odpowiedzieć, że nie, ponieważ tak silnie wczułem się w ból żony, ale oczywiście możliwe, że mamy tu do czynienia z pewną formą intelektualnego wojeryzmu.

Dobiegł kresu ocaleńczy sentymentalizm oraz powojenny seksualny, filozoficzny i temperamentny liberalizm: znowu nadchodzi era „męskości”, brutalny konformizm, może nawet wojna. Przede wszystkim faszyzm (czy jak go tam zwą). Powiedziałbym, że nadeszła epoka hedonizmu, tak jakby hedonizm był w istocie praktyką społeczeństw zbudowanych z kobiet i mężczyzn. Ale gdzie są tutaj kobiety i mężczyźni? Według jednego z liberalnych estetów, mniemającego, że jest poważnym publicystą („Süddeutsche Zeitung”), mamy do czynienia nie tylko z końcem wszelkich form stateczności, ale reprezentantami tego stanu są jedynie fatalnie ubrani wschodnioeuropejscy artyści, którzy nie wiedzą, co począć z nieszczęściem. Przynajmniej zajmują się tylko zadręczaniem świata swoimi podłymi nastrojami. Jego zdaniem świat Zachodu jest już poza dobrem i złem i chce jedynie zabawy? Ale w co? I do czego ma zmierzać? W końcu nie ma niczego nudniejszego od rozrywki.

Skończyłem pisać scenariusz bazujący na Losie utraconym i melodia, która pomrukując od