Pies Baskerville'ów - Arthur Conan Doyle - ebook

Pies Baskerville'ów ebook

Arthur Conan Doyle

0,0
5,07 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Jakby w odpowiedzi na jego słowa z ciemności nad wrzosowiskiem dobiegł nas raptem ten przedziwny krzyk, który słyszałem już wcześniej na obrzeżach wielkiego trzęsawiska Grimpen. Doszedł nas gnany wichrem przez nocną ciszę przeciągły głuchy szept, wznoszący się do wycia, który chwilę potem znów opadł do smutnego jęku i zamilkł gdzieś w oddali. Potem odezwał się ponownie. I raz jeszcze. Ostry, dziki, groźny, wypełniający pulsowaniem całe powietrze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 307

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki:

Studio Gravite, Olsztyn

Ilustracja na okładce:

Michał Myszkowski

Tłumaczenie z języka angielskiego:

Anna Krochmal, Robert Kędzierski

Opracowanie redakcyjne:

Studio Wydawnicze 69, Olsztyn

© Wydawnictwo REA, Warszawa 2010

ISBN 978-83-7993-251-1

Wydawnictwo REA s.j.

Dział Handlowy

ul. Kościuszki 21, 05-510 Konstancin-Jeziorna

tel. 22 631 94 23; fax 22 632 21 15

Fax: (022) 632 21 15

e-mail:[email protected]

www.rea-sj.pl

Skład i łamanie wersji drukowanej:

Studio Wydawnicze 69, Olsztyn

Druk i oprawa:

Olsztyńskie Zakłady Graficzne, OZGraf S.A.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Każda reprodukcja, adaptacja całości lub części niniejszej publikacji, kopiowanie do bazy danych, zapis elektroniczny, mechaniczny, fotograficzny, dźwiękowy lub inny wymaga pisemnej zgody Wydawcy i właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej:Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Wstęp

Przyjaciele Sherlocka Holmesa ucieszą się na wieść, że on wciąż żyje i ma się dobrze, choć od czasu do czasu doskwiera mu reumatyzm. Od wielu lat mieszka na niewielkiej farmie na wzgórzach, pięć mil od Eastbourne, gdzie spędza czas, zajmując się filozofią i rolnictwem.

W tym okresie, ciesząc się wypoczynkiem, odrzucał najlepsze oferty, zachęcające go do wyjaśniania rozmaitych spraw, ponieważ umyślił przejść na emeryturę. Jednak gdy zbliżała się wojna z Niemcami, postanowił oddać to swoje niezwykłe połączenie intelektualnych i praktycznych zdolności do dyspozycji rządu. Historyczne rezultaty tej decyzji opisane zostały w książce Ostatni ukłon. Pragnąc uzupełnić i wzbogacić ten tom, zamieściłem w nim również kilka innych historii z przeszłości, które przez długi czas spoczywały w mojej szufladzie.

Dr John H. Watson

Rozdział pierwszyPRZYGODA W WILLI WISTERIA

Część pierwszaPRZEDZIWNE DOŚWIADCZENIA PANA JOHNA SCOTT ECCLESA

W swoim notesie zapisałem, że był to ponury wietrzny dzień pod koniec marca 1892 roku. Właśnie jedliśmy lunch, gdy Holmes dostał jakiś telegram i szybko na niego odpisał. Nic nie powiedział, jednak sprawa ta najwyraźniej wciąż zajmowała jego myśli, bo później stał przez jakiś czas przed kominkiem, w zamyśleniu paląc fajkę i od czasu do czasu zerkając na tekst otrzymanej depeszy. Nagle odwrócił się do mnie z psotnym błyskiem w oku.

– Zakładam, Watsonie, że można cię uznać za człowieka pióra – rzekł. – Jak byś zdefiniował słowo „groteskowy”?

– Dziwny… niezwykły – podsunąłem. Słysząc moją definicję, potrząsnął głową.

– W tym słowie z całą pewnością kryje się coś więcej – powiedział. – Sugestia czegoś tragicznego i strasznego. Jeśli przypomnisz sobie opowieści, którymi obdarzałeś swych cierpliwych czytelników, na pewno zauważysz, jak często to, co wydawało się groteskowe, przeradzało się w zbrodnię. Przypomnij sobie na przykład tę błahą sprawę Rudowłosych. Na początku wydawała się groteskowa, a jednak zakończyła się desperacką próbą rabunku. No i ta nadzwyczaj dziwaczna sprawa pięciu pestek pomarańczy, prowadząca prosto do spisku, którego celem było popełnienie morderstwa. To słowo sprawia, że budzi się we mnie czujność.

– A pojawia się ono w tej wiadomości? – spytałem. Odczytał mi na głos telegram:

Właśnie przydarzyło mi się coś niewiarygodnego i groteskowego. Czy można prosić pana o radę?

Scott Eccles urząd pocztowy Charing Cross

– Kto to napisał, mężczyzna czy kobieta? – spytałem.

– Och! Oczywiście że mężczyzna. Żadna kobieta nie wysłałaby telegramu z opłatą za odpowiedź. Już raczej sama by tu przyszła.

– Spotkasz się z nim?

– Mój drogi Watsonie, przecież dobrze wiesz, jak bardzo się nudzę, odkąd przymknęliśmy pułkownika Carruthersa. Mój umysł jest niczym silnik pracujący na pełnych obrotach, który rozpada się na kawałki, gdy nie może wykonywać pracy, do której został stworzony. Życie jest takie monotonne. W gazetach nie ma nic ciekawego. Wygląda na to, że zuchwałość i romantyzm na zawsze zniknęły ze świata zbrodni. I w tej sytuacji pytasz mnie, czy jestem gotów zająć się jakąś nową zagadką niezależnie od tego, jak błaha się okaże? Ale, o ile się nie mylę, oto nasz klient.

Usłyszeliśmy miarowe kroki na schodach. W chwilę później do naszego pokoju wprowadzono korpulentnego wysokiego mężczyznę o siwych bokobrodach i poważnym, budzącym szacunek wyglądzie. Historię jego życia można było wyczytać z ciężkich rysów twarzy i pompatycznego zachowania. Getry i okulary w złotych oprawkach wskazywały, że jest konserwatystą i człowiekiem religijnym, przykładnym obywatelem, ortodoksyjnym pod każdym względem. Można było jednak dostrzec, że poruszyło go jakieś niesamowite zdarzenie, pozostawiając po sobie ślady w postaci rozczochranych włosów, gniewnych rumieńców na policzkach oraz ożywienia i podekscytowania. Natychmiast przeszedł do sprawy, która była powodem jego wizyty.

– Miałem bardzo niezwykłe i nieprzyjemne przeżycie, panie Holmes – powiedział. – Jeszcze nigdy w życiu nie znalazłem się w takiej sytuacji. To takie… niestosowne. Skandaliczne! Muszę uzyskać jakieś wyjaśnienie. – Czerwienił się i sapał ze złości.

– Proszę spocząć, panie Eccles – rzekł uspokajająco Holmes. – Po pierwsze, chciałbym pana zapytać, dlaczego zwraca się pan z tym do mnie?

– Odniosłem wrażenie, sir, że nie jest to sprawa, która mogłaby zainteresować policję, a jednak gdy opowiem panu wszystko, będzie pan musiał przyznać, że nie mogłem tego tak po prostu zostawić. Prywatni detektywi nie są ludźmi, których darzyłbym sympatią, niemniej gdy usłyszałem pańskie nazwisko…

– Rozumiem. Ale po drugie, dlaczego nie przyszedł pan z tym do mnie od razu?

– Co pan ma na myśli?

Holmes zerknął na zegarek.

– Jest kwadrans po drugiej – powiedział. – Pan nadał telegram około pierwszej. Jednak patrząc na pański strój i wygląd, nie sposób nie zauważyć, że to, co pana tak poruszyło, wydarzyło się, zanim się pan przebudził.

Nasz klient przygładził nieuczesane włosy i przesunął dłonią po nieogolonym podbródku.

– Ma pan rację, panie Holmes. Nawet nie pomyślałem o porannej toalecie. Za bardzo mi się śpieszyło, żeby wydostać się z tego domu, ale zanim przyszedłem do pana, zajrzałem tu i tam, starając się dowiedzieć pewnych rzeczy. Poszedłem do agentów nieruchomości, od których dowiedziałem się, że czynsz pana Garcii jest już uregulowany, a z willą Wisteria jest wszystko w porządku.

– Proszę się uspokoić, sir – rzekł Holmes ze śmiechem. – Pan, podobnie jak mój przyjaciel doktor Watson, ma zły nawyk opowiadania historii od końca. Proszę najpierw zebrać myśli i przedstawić mi po kolei, co to były za wydarzenia, które sprawiły, że przyszedł pan tutaj nieuczesany, nieogolony, w butach nie pasujących do reszty pana stroju i w krzywo zapiętej kamizelce, by poprosić mnie o pomoc i radę.

Nasz klient z zażenowaniem skomentował swój dość niekonwencjonalny wygląd:

– Na pewno prezentuję się okropnie, panie Holmes, ale nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek w życiu przytrafiło mi się coś takiego. Opowiem panu o całej tej przedziwnej sprawie, a wówczas pan sam będzie zmuszony przyznać, że to, co się wydarzyło, wystarczy, by usprawiedliwić moje zachowanie.

Jednakże nie było mu dane zacząć swą opowieść. Z zewnątrz dobiegł jakiś hałas, a chwilę później pani Hudson otworzyła drzwi, by wprowadzić dwóch krzepkich mężczyzn o wyglądzie urzędników. Jednym z nich był doskonale nam znany inspektor Gregson ze Scotland Yardu, energiczny, prężny i zdolny policjant, mający wszakże – jak każdy człowiek – pewne wady. Uścisnął dłoń Holmesa i przedstawił swego towarzysza, inspektora Baynesa z Surrey.

– Polujemy razem, panie Holmes, i trop doprowadził nas tutaj – zwrócił swoje oczy buldoga na naszego gościa. – Czy to pan jest John Scott Eccles z Popham House w Lee?

– Tak, to ja.

– Szukaliśmy pana przez cały ranek.

– Bez wątpienia namierzyliście go panowie po telegramie – rzekł Sherlock.

– Właśnie tak, panie Holmes. Wpadliśmy na trop w urzędzie pocztowym w Charing Cross, więc przyszliśmy tutaj.

– Ale dlaczego panowie mnie szukali? Czego ode mnie chcecie?

– Chcemy usłyszeć, co pan ma do powiedzenia, panie Eccles, na temat wydarzeń, które miały miejsce ubiegłej nocy i doprowadziły do śmierci pana Aloysiusa Garcii z willi Wisteria niedaleko Esher.

Nasz klient siedział z szeroko otwartymi oczyma, a jego zdumiona twarz pobladła tak, że przypominała kredę.

– Nie żyje? Powiedział pan, że on nie żyje?

– Tak, sir. Nie żyje.

– Ale jak to się stało? Wypadek?

– Morderstwo. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości.

– Dobry Boże! To okropne! Ale nie chce pan chyba… Nie chce pan chyba powiedzieć, że jestem podejrzany?

– W kieszeni zmarłego znaleziono pański list. Dowiedzieliśmy się z niego, że zamierzał pan spędzić ubiegłą noc w jego domu.

– Bo tak było.

– Och, doprawdy? – inspektor wyciągnął swój notes.

– Niech pan chwilę poczeka, panie Gregson – rzekł Sherlock Holmes. – Chodzi panu tylko o zwykłe oświadczenie, prawda?

– I moim obowiązkiem jest ostrzec pana Scott Ecclesa, że może ono zostać wykorzystane przeciwko niemu.

– Kiedy pan wszedł do pokoju, pan Eccles właśnie zamierzał nam o tym wszystkim opowiedzieć. Myślę, Watsonie, że nie zaszkodziłaby mu brandy z wodą sodową. A teraz, sir, proponuję, by nie zwracał pan uwagi na to, że grono jego słuchaczy nieco się powiększyło, i kontynuował swą opowieść tak, jak pan by to uczynił, gdyby nic mu nie przerwało.

Nasz gość łapczywie wypił brandy, i na jego twarz powróciły kolory. Rzuciwszy pełne wątpliwości spojrzenie na notes inspektora, rozpoczął po chwili swą niezwykłą opowieść.

– Jestem kawalerem – powiedział. Z powodu swojego towarzyskiego usposobienia mam bardzo wielu przyjaciół. Należy do nich rodzina pewnego emerytowanego piwowara, pana Melville, mieszkająca w dworku Abermarle w Kensington. To właśnie u niego w domu kilka tygodni temu poznałem pewnego młodego człowieka o nazwisku Garcia. Jak się domyślałem, pochodził z Hiszpanii i był w jakiś sposób związany z ambasadą swojego kraju. Doskonale mówił po angielsku, był bardzo miły w obyciu i należał chyba do najprzystojniejszych mężczyzn, jakich w życiu widziałem.

Na swój sposób nawet się zaprzyjaźniliśmy, ten młody człowiek i ja. Wydawało się, że od początku mnie polubił; dwa dni po tym, jak się poznaliśmy, przyjechał zobaczyć się ze mną w Lee. Wszystko toczyło się dość szybko, bo podczas tej wizyty zaprosił mnie, bym spędził parę dni w jego domu, w willi Wisteria, położonej między Esher i Oxshott. Wczoraj wieczorem pojechałem do Esher, tak jak się umówiliśmy.

Opisał mi w szczegółach swój dom. Mieszkał z wiernym służącym, swoim rodakiem, który mówił po angielsku, prowadził dom i dbał o wszystkie jego potrzeby. Pan Garcia miał też wspaniałego kucharza, mulata, którego przywiózł z jednej ze swych podróży i który potrafił serwować doskonałe potrawy. Pamiętam, jak twierdził, że to przedziwny dom w samym sercu Surrey. Przyznaję mu rację, choć okazał się jeszcze o wiele, wiele dziwniejszy, niż sądziłem.

Położony około dwóch mil na południe od Esher, dom miał dość pokaźne rozmiary i stał w pewnym oddaleniu od drogi. Prowadził do niego kręty podjazd, otoczony zaroślami wysokich wiecznie zielonych krzewów. Był to stary, dość zrujnowany budynek, którego stan wskazywał na to, że bardzo przydałby mu się remont. Kiedy dwukółka zatrzymała się na zarośniętym trawą podjeździe przed poplamionymi i zniszczonymi przez warunki atmosferyczne i upływ czasu drzwiami, zacząłem mieć pewne wątpliwości, czy rzeczywiście mądrze robię, odwiedzając człowieka, którego znam tak krótko. Sam jednak otworzył mi drzwi i wyjątkowo serdecznie mnie powitał. Następnie nakazał służącemu, melancholijnemu smagłemu człowiekowi, aby ten zaprowadził mnie do pokoju i zaniósł mój bagaż. Wnętrze robiło przygnębiające wrażenie. Zjedliśmy obiad tylko we dwóch, i choć gospodarz starał się jak mógł, by mnie zabawić, sprawiał wrażenie, jakby jego myśli biegły w różne strony: mówił tak niejasno i chaotycznie, że ledwo byłem w stanie go zrozumieć. Ciągle bębnił palcami po stole, obgryzał paznokcie i wykazywał wszelkie inne oznaki zdenerwowania i zniecierpliwienia. Obiad sam w sobie nie był ani dobrze podany, ani smaczny, a ponura obecność milczącego służącego bynajmniej nie podnosiła mnie na duchu. Mogę pana zapewnić, że wiele razy podczas tego wieczoru żałowałem, że nie przychodzi mi do głowy żadna wymówka, która pozwoliłaby wrócić do Lee.

Przypominam pewną sprawę, która może wam się, panowie, przydać podczas prowadzenia śledztwa. Wtedy się nad tym nie zastanawiałem. Gdy obiad dobiegał już końca, służący podał mojemu gospodarzowi jakąś kartkę. Zwróciłem uwagę na to, że kiedy ją przeczytał, stał się jeszcze bardziej roztargniony i zaczął zachowywać się coraz dziwniej. Przestał silić się na jakiekolwiek próby podtrzymywania rozmowy i siedział, pogrążony w myślach, odpalając jednego papierosa od drugiego. Nie wspomniał nawet słowem o tym, co było w tym liście. Około jedenastej z radością udałem się wreszcie na spoczynek. Jakiś czas później Garcia zawołał mnie przez drzwi. W pokoju było już ciemno, a on zapytał, czy wzywałem kogoś dzwonkiem. Odpowiedziałem, że nie, wówczas przeprosił za zakłócenie spokoju tak późno w nocy, dodając, że dochodzi już pierwsza. Po tym incydencie zasnąłem i spałem mocno do samego rana.

A teraz zbliżam się do najbardziej zdumiewającej części mojej opowieści. Kiedy się obudziłem, było już całkiem widno. Spojrzałem na zegarek i przekonałem się, że dochodziła dziewiąta. Bardzo wyraźnie prosiłem, by obudzono mnie o ósmej, zdziwiło mnie więc, że gospodarz o tym zapomniał. Zerwałem się na równe nogi i zadzwoniłem na służącego. Żadnej odpowiedzi. Zadzwoniłem jeszcze raz i jeszcze raz, ale z tym samym skutkiem. Wtedy doszedłem do wniosku, że dzwonek nie działa. Szybko się ubrałem i w wyjątkowo złym humorze zszedłem na dół, aby poprosić o przyniesienie mi ciepłej wody. Możecie sobie, panowie, wyobrazić, jak byłem zaskoczony, gdy odkryłem, że w domu nikogo nie ma. Najpierw zawołałem w holu. Żadnej odpowiedzi. Potem sprawdziłem pokoje. Wszędzie było pusto. Ubiegłego wieczoru mój gospodarz pokazał mi, gdzie znajduje się jego sypialnia, więc zapukałem do tych drzwi. Nikt nie odpowiedział. Nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka. Pokój był pusty, a w łóżku nikt nie spał. Garcia zniknął tak samo jak cała jego służba. Mój hiszpański gospodarz, jego hiszpański lokaj i cudzoziemski kucharz – wszyscy gdzieś się podziali w nocy! Tak zakończyła się moja wizyta w willi Wisteria.

Sherlock Holmes zacierał ręce i chichotał pod nosem, ciesząc się na samą myśl o tym, że doda ten dziwaczny incydent do swojej kolekcji niezwykłych spraw.

– O ile wiem, sir, pańskie doświadczenia były całkowicie unikalne – powiedział. – Mogę zapytać, co pan wówczas zrobił?

– Byłem wściekły. Pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy, było przekonanie, że padłem ofiarą jakiegoś absurdalnego dowcipu. Spakowałem swoje rzeczy do torby podróżnej, trzasnąłem drzwiami i wyruszyłem do Esher. Zajrzałem do Braci Allan, głównej agencji wynajmu nieruchomości w tej wsi, i dowiedziałem się, że właśnie przez tę firmę wynajęto willę. Nasunęło mi się na myśl, iż w tym wszystkim nie chodziło raczej o zrobienie ze mnie głupca, powodem musiała być pewnie chęć uniknięcia zapłaty czynszu. Marzec ma się już ku końcowi, zbliża się termin kwartalnych opłat. Ale ta teoria się nie sprawdziła: wdzięczny za ostrzeżenie, agent poinformował mnie, że czynsz został opłacony z góry. Udałem się do miasta i poszedłem do hiszpańskiej ambasady. Nikt tam nie słyszał o moim nowym znajomym. Potem pojechałem do Melville’a, u którego poznałem tego Garcię, przekonałem się jednak, że Melville wie o nim jeszcze mniej niż ja. Gdy wreszcie dostałem od pana odpowiedź na swój telegram, przyjechałem do pana, bo jak sądzę, jest pan człowiekiem, który potrafi coś doradzić w trudnych sprawach. A teraz, panie inspektorze, może pan kontynuować opowieść, bo z tego, co pan mówił, zrozumiałem, że wydarzyła się jakaś tragedia. Mogę panów zapewnić, że każde moje słowo było prawdą i że poza tym, o czym mówiłem, nie wiem absolutnie niczego o losach tego człowieka. Moim jedynym pragnieniem jest dopomóc przedstawicielom prawa w każdy możliwy sposób.

– Jestem tego pewien, panie Eccles, jestem tego pewien – rzekł inspektor Gregson wyjątkowo przyjaznym tonem. – Muszę przyznać, że wszystko, co pan powiedział, zgadza się całkowicie ze znanymi nam faktami. Weźmy na przykład tę wiadomość, którą dostarczono podczas obiadu. Może wie pan przypadkiem, co się stało z kartką, na której ona była zapisana?

– Owszem, wiem. Garcia zmiął ją i cisnął do ognia.

– Co pan o tym sądzi, panie Baynes?

Detektyw z prowincji był korpulentnym człowiekiem o czerwonej nalanej twarzy, która nie wydawała się pospolita jedynie dzięki niezwykle bystrym oczom, niemal ukrytym w fałdach tłuszczu. Uśmiechając się, powoli wyciągnął z kieszeni zmięty odbarwiony kawałek papieru.

– Utkwił w ruszcie kominka, panie Holmes. Nie trafił w płomień. Wygrzebałem ten niespalony list.

Holmes uśmiechnął się z aprobatą.

– Musiał pan bardzo starannie przeszukać dom, żeby znaleźć tę jedną kulkę zmiętego papieru.

– Tak zrobiłem, panie Holmes. Zawsze tak robię. Mam to odczytać, panie Gregson?

Londyński detektyw skinął głową.

– Wiadomość została napisana na zwykłym papierze listowym w kolorze kremowym bez znaku wodnego. Na ćwiartce arkusza. Papier został odcięty nożyczkami o krótkich ostrzach. Złożono go trzy razy i zapieczętowano w pośpiechu fioletowym woskiem, który następnie przyciśnięto jakimś płaskim owalnym przedmiotem. List zaadresowano do pana Garcii z willi Wisteria. A oto jego treść:

Nasze własne barwy, zieleń i biel. Zieleń otwarte, biel zamknięte. Główne schody, pierwszy korytarz, siódme po prawej, zielone sukno.

Z Bogiem. D.

To pismo kobiety. Użyła pióra o ostro zakończonej stalówce, jednak adres napisano innym piórem, chyba że zrobił to ktoś inny. Jak pan widzi, pismo jest grubsze i odważniejsze.

– To naprawdę niezwykłe – powiedział Holmes, przebiegając wzrokiem list. – Muszę panu pogratulować, panie Baynes. Badając go, zwrócił pan uwagę na szczegóły. Można by jeszcze dołożyć parę błahych drobiazgów. Ta owalna pieczęć to niewątpliwie zwykła gładka spinka do mankietu. Cóż innego mogłoby mieć taki kształt? Użyto zagiętych nożyczek do paznokci. Chociaż oba cięcia były bardzo krótkie, na obu wyraźnie widać taką samą lekką krzywiznę.

Detektyw z prowincji roześmiał się cicho.

– Wydawało mi się, że wycisnąłem już z tego wszystkie soki, ale jak widzę, trochę jeszcze zostało – powiedział. – Muszę przyznać, nic z tej informacji nie rozumiem z wyjątkiem tego, że coś się szykowało i jak zwykle chodziło o jakąś kobietę.

Podczas tej rozmowy pan Scott Eccles wiercił się niecierp­ liwie na krześle.

– Cieszę się, że znalazł pan ten liścik, ponieważ potwierdza on moją opowieść – powiedział. – Pragnę jednak podkreślić, że jak do tej pory nie usłyszałem jeszcze, co się stało z panem Garcią i jego domem.

– Jeśli chodzi o samego Garcię – odparł Gregson – to mogę z łatwością odpowiedzieć na pańskie pytanie. Dziś rano znaleziono go martwego na błoniach w Oxshott, w dość odludnej okolicy, niecałą milę od domu. Głowę miał roztrzaskaną potężnymi ciosami zadanymi workiem z piaskiem lub czymś podobnym. W pobliżu tego miejsca nie ma żadnego budynku. Najwyraźniej został uderzony najpierw z tyłu, lecz potem napastnik bił go jeszcze długo, gdy Garcia już nie żył. To była wyjątkowo brutalna napaść. Nie ma żadnych śladów ani niczego, co pozwoliłoby wnioskować o tym, kim byli przestępcy.

– Obrabowano go?

– Nie, nic nie przemawia za rabunkiem.

– To bardzo przykre. Bardzo przykre i straszne – powiedział pan Scott Eccles płaczliwym tonem. – Ale dla mnie to prawdziwa tragedia. Nie miałem nic wspólnego z tym, że mój gospodarz wybrał się na nocną wycieczkę i że spotkał go tak smutny koniec. W jaki sposób zostałem wplątany w tę sprawę?

– To bardzo proste, sir – odparł inspektor Baynes. – Jedynym dokumentem znalezionym w kieszeni nieboszczyka był pański list, w którym pisał pan, że będzie u niego tej feralnej nocy. Dzięki kopercie, w której znajdował się list, dowiedzieliśmy się, jak się nazywał zmarły i gdzie mieszkał. Dziś rano po dziewiątej dotarliśmy do jego domu i nie zastaliśmy ani pana, ani nikogo innego. Wysłałem telegram do pana Gregsona, by odnalazł pana w Londynie, kiedy ja przeszukiwałem willę Wisteria. Potem przyjechałem do miasta, dołączyłem do pana Gregsona, i oto jesteśmy.

– Myślę – rzekł Gregson, wstając – że najlepszym posunięciem będzie nadanie tej sprawie oficjalnego charakteru. Uda się pan z nami na posterunek, panie Eccles, i tam spiszemy pańskie zeznania.

– Oczywiście, natychmiast się tam udam. Nadal jednak pragnę skorzystać z pańskich usług, panie Holmes. Chciałbym, żeby nie szczędził pan kosztów ani wysiłków, aby dotrzeć do prawdy.

Mój przyjaciel zwrócił się do inspektora z prowincji.

– Jak zakładam, panie Baynes, nie ma pan nic przeciwko temu, bym z panem współpracował?

– To będzie dla mnie prawdziwy zaszczyt, sir.

– Odnoszę wrażenie, że wszystko, co pan do tej pory zrobił, zostało przeprowadzone bardzo szybko i fachowo. Ciekaw jestem, czy znalazł pan jakąkolwiek wskazówkę, na podstawie której można byłoby odtworzyć dokładną godzinę zgonu tego człowieka?

– Był tam od pierwszej w nocy. Mniej więcej o tej porze padał deszcz, a on z całą pewnością został zabity, zanim zaczęło padać.

– To przecież niemożliwe, panie Baynes! – zawołał nasz klient. – Nie sposób pomylić jego głosu z jakimkolwiek innym. Mogę przysiąc, że to on o tej porze mówił do mnie przez drzwi sypialni.

– To niezwykłe, ale bynajmniej nie niemożliwe – rzekł z uśmiechem Holmes.

– Ma pan jakieś przesłanki? – spytał Gregson.

– Na pierwszy rzut oka sprawa nie wydaje się skomplikowana, ale pojawiły się pewne nowe interesujące przesłanki. Zanim pozna pan moją ostateczną opinię, muszę dokładniej przeanalizować fakty. A nawiasem mówiąc, panie Baynes, czy przeszukując dom, znalazł pan jeszcze coś niezwykłego oprócz tego listu?

Detektyw rzucił mojemu przyjacielowi dziwne spojrzenie.

– Było tam kilka BARDZO niezwykłych rzeczy – powiedział. – Kiedy już skończymy formalności na posterunku, może zechciałby pan pojechać ze mną i powiedzieć mi, co pan o tym myśli?

– Jestem do pańskiej dyspozycji – odrzekł Holmes i dał sygnał dzwonkiem. – Pani Hudson, proszę odprowadzić dżentelmenów i wysłać z łaski swojej chłopaka z tym telegramem. Ma opłacić pięć szylingów za odpowiedź.

Gdy nasi goście wyszli, siedzieliśmy przez jakiś czas w milczeniu. Holmes, marszcząc brwi, w skupieniu palił fajkę.

– Cóż, Watsonie – zagadnął mnie nagle. – Co o tym sądzisz?

– Nic nie pojmuję z całej tej mistyfikacji, w którą wplątano pana Ecclesa.

– Ale co myślisz o samej zbrodni?

– Biorąc pod uwagę zniknięcie służących tego człowieka, uważam, że byli w jakiś sposób zamieszani w jego zabójstwo i uciekli, by uniknąć sprawiedliwości.

– Z całą pewnością można tak to tłumaczyć. Jednak musisz przyznać, że to bardzo dziwne, by jego służący planowali zabójstwo i zaatakowali go akurat tej nocy, kiedy podejmował gościa. Każdej innej nocy był przecież całkowicie zdany na ich łaskę.

– W takim razie dlaczego uciekli?

– No właśnie, dlaczego uciekli? To ważne pytanie. Kolejnym istotnym faktem są niezwykłe przeżycia naszego klienta Scott Ecclesa. A teraz powiedz, mój drogi Watsonie, czy znalezienie argumentów, które wyjaśniałyby oba te fakty, wykracza poza granice ludzkiej pomysłowości? Gdyby dało się wytłumaczyć również tajemniczy liścik i jego wyjątkowo interesujące słownictwo, wówczas być może warto byłoby go zaakceptować jako naszą roboczą hipotezę. Gdyby wszystkie nowe fakty, o których się dowiemy, pasowały do tego schematu, nasza hipoteza mogłaby stopniowo zmienić się w rozwiązanie tajemnicy.

– Mamy jakąś hipotezę?

Holmes usiadł głębiej w fotelu, oczy miał na wpół przymknięte.

– Musisz przyznać, mój drogi Watsonie, że pomysł, iż był to jakiś żart, jest nie do przyjęcia. Jak się później okazało, doszło do poważnych wydarzeń, a zwabienie Scott Ecclesa do willi Wisteria miało z nimi określony związek.

– Ale jaki mógł to być związek?

– Przyjrzyjmy się temu krok po kroku. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że było coś nienaturalnego w tej dziwnej i tak nagle zawartej przyjaźni pomiędzy owym młodym Hiszpanem a Scott Ecclesem. To ten pierwszy wziął na siebie inicjatywę. Odwiedził Ecclesa na drugim końcu Londynu następnego dnia po tym, jak go poznał, i utrzymywał z nim przez cały czas kontakt, dopóki nie sprowadził go do siebie do Esher. A teraz zastanówmy się, czego mógł chcieć od Ecclesa. Co Eccles mógł mu ofiarować? Nie postrzegam go jako wyjątkowo czarującego człowieka. Nie jest też szczególnie inteligentny, i trudno sobie wyobrazić duchowe pokrewieństwo między nim a bystrym południowcem. To dlaczego właśnie Eccles został wybrany spośród wszystkich ludzi, których Garcia poznał, jako odpowiedni dla jego celów? Czy ma jakąś szczególną cechę? Powiedziałbym, że tak. Jest modelowym przykładem szanowanego Brytyjczyka i dokładnie takim typem człowieka, który jako świadek byłby w stanie przekonać innego Brytyjczyka. Sam widziałeś, że żadnemu z inspektorów nie przyszło nawet do głowy, by kwestionować jego oświadczenie, choć było tak niezwykłe.

– Ale miał być świadkiem czego?

– Tak się złożyło, że niczego, jednak gdyby stało się inaczej, miał być świadkiem wszystkiego. Tak ja widzę tę sprawę.

– Rozumiem. Mógł dostarczyć alibi.

– Właśnie tak, mój drogi Watsonie. Mógł potwierdzić alibi. Załóżmy dla potrzeb naszej dyskusji, że ludzie mieszkający w willi Wisteria byli wspólnikami w realizacji pewnego planu i mieli podjąć jakąś próbę, czegokolwiek by ona miała dotyczyć, przed pierwszą w nocy. Całkiem możliwe, że przestawiając zegary, sprawili, że Scott Eccles poszedł spać wcześniej niż myślał. W każdym razie to prawdopodobne, że gdy Garcia specjalnie przyszedł mu powiedzieć, że jest pierwsza, w rzeczywistości nie było później niż dwunasta. Gdyby Garcia zdołał zrobić to, co zamierzał, cokolwiek to było, i wrócić przed tą wymienioną godziną, ewidentnie miałby mocne alibi w przypadku jakichkolwiek oskarżeń. Miałby zapewnione świadectwo tego Anglika o doskonałej reputacji, gotowego przysiąc w każdym sądzie, że oskarżony przez cały ten czas znajdował się w domu. Był dla niego zabezpieczeniem na wypadek, gdyby doszło do najgorszego.

– Tak, tak. To rozumiem. Ale co ze zniknięciem pozostałych?

– Nie poznałem jeszcze wszystkich faktów, nie sądzę jednak, by czekały nas jakieś trudności nie do przezwyciężenia. Jednak błędem jest wyciąganie wniosków, zanim nie zdobędzie się wszystkich danych. W takim przypadku człowiek zaczyna w nieuzasadniony sposób naginać fakty, by pasowały do jego teorii.

– A ta wiadomość?

– Jak to brzmiało? „Nasze własne barwy, zieleń i biel”. To sformułowano tak, jakby miało związek z jakimiś wyścigami. „Zieleń otwarte, biel zamknięte”. To ewidentnie jakiś sygnał. „Główne schody, pierwszy korytarz, siódme po prawej, zielone sukno”. To miejsce jakiegoś spotkania. Możliwe, że ujawnimy, iż za tym wszystkim kryje się zazdrosny mąż. Najwyraźniej chodzi o jakąś niebezpieczną wyprawę. Gdyby tak nie było, nie dodałaby na końcu: „Z Bogiem. D.”, to powinna być wskazówka.

– Ten człowiek był Hiszpanem. Sugeruję, że „D.” może oznaczać Dolores. To popularne kobiece imię w Hiszpanii.

– Dobrze, Watsonie. Bardzo dobrze. Ale to mało prawdopodobne. Hiszpanka pisałaby do Hiszpana po hiszpańsku. Kobieta, która napisała tę notatkę, z całą pewnością jest Angielką. Cóż, możemy jedynie uzbroić się w cierpliwość, dopóki ten wspaniały inspektor nie wróci do nas. A tymczasem podziękujmy naszemu szczęśliwemu losowi, który na kilka krótkich godzin uratował nas przed nieznośnym wpływem bezczynności.

Nim powrócił inspektor z Surrey, nadeszła odpowiedź na telegram Holmesa. Przeczytał ją i właśnie miał odłożyć do swojego notatnika, gdy dostrzegł moją pełną oczekiwania twarz. Rzucił mi telegram ze śmiechem.

– Obracamy się w wyższych sferach – powiedział.

Telegram zawierał listę nazwisk i adresów:

Lord Harringby, the Dingle; sir George Ffolliott, Oxshott Towers; sędzia Hynes Hynes, Purdley Place; James Baker Williams, Forton Old Hall; Henderson, High Gable; wielebny Joshua Stone, Nether Walsling.

– To bardzo oczywisty sposób, by ograniczyć nasz zakres działań – rzekł Holmes. – Bez wątpienia Baynes, będąc bardzo metodycznym człowiekiem, już ma jakiś plan.

– Zupełnie tego nie rozumiem.

– Cóż, mój drogi przyjacielu. Doszliśmy już do wniosku, że wiadomość, którą Garcia otrzymał przy obiedzie, dotyczyła jakiegoś umówionego spotkania. Oznacza to, że jeśli sposób, w jaki ją interpretujemy, jest słuszny, to aby zjawić się na miejscu schadzki, trzeba wejść na górę głównymi schodami i odnaleźć siódme drzwi w korytarzu. A z tego wynika, że dom, o którym mowa, jest wyjątkowo duży. Równie jasne jest to, że nie może być położony dalej niż jedną czy dwie mile od Oxshott, ponieważ Garcia zmierzał w tym kierunku pieszo. Tak jak ja to rozumiem, miał nadzieję, że uda mu się wrócić na czas do willi Wisteria, by móc skorzystać z alibi, które byłoby ważne tylko do godziny pierwszej w nocy. Ponieważ liczba wielkich domów w okolicach Oxshott jest ograniczona, przyjąłem nasuwające się w oczywisty sposób założenie. Wysłałem telegram do agentów nieruchomości, o których wspominał Scott Eccles, i otrzymałem od nich listę takich domów. Zostały wymienione w tym telegramie, i to właśnie wśród nich musi znajdować się koniec nici naszego poplątanego kłębka.

Dochodziła już prawie szósta, gdy w towarzystwie inspektora Baynesa znaleźliśmy się w Esher, ładnej wsi w hrabstwie Surrey.

Obaj z Holmesem zabraliśmy ze sobą trochę rzeczy osobistych; w karczmie „Pod Bykiem” znaleźliśmy wygodną kwaterę. Następnie wyruszyliśmy wraz z detektywem do willi Wisteria. Był zimny ciemny marcowy wieczór, w twarze zacinał drobny, niesiony wiatrem deszcz. Pogoda idealnie pasowała do dzikich opustoszałych błoni, jakimi wiodła nasza droga, i tragicznego celu wędrówki, do którego ta droga nas doprowadziła.

Część drugaTYGRYS Z SAN PEDRO

Po melancholijnym kilkumilowym spacerze w chłodnym powietrzu doszliśmy do wysokiej drewnianej bramy, która otwierała się na ponurą aleję kasztanowców. Kręty zacieniony podjazd doprowadził nas do niskiego ciemnego domu, którego czarny niczym smoła kształt odcinał się od tła, jakie tworzyło niebo koloru ołowiu. Z okna znajdującego się w ścianie frontowej na lewo od drzwi pobłyskiwało słabe światło.

– W domu jest konstabl – poinformował nas Baynes. – Zapukam w okno. – Przeszedł przez trawnik i zastukał. Przez zaparowaną szybę dostrzegłem niewyraźną sylwetkę mężczyzny, który zerwał się z krzesła przy kominku. Usłyszałem ostry krzyk dobiegający z pokoju. Chwilę później drzwi otworzył policjant; oddychał ciężko, a jego twarz była blada. W drżącej dłoni trzymał świecę z rozchwianym płomieniem.

– O co chodzi, Walters? – spytał ostro Baynes.

Mężczyzna otarł czoło chustką i wydał z siebie głębokie westchnienie ulgi.

– Cieszę się, że pan przyjechał, sir. To był długi wieczór, a moje nerwy nie są tak mocne jak kiedyś.

– Twoje nerwy, Walters? Nie sądziłem, że w ogóle jakieś masz.

– Sir, to przez ten opuszczony cichy dom i to dziwactwo, które ujrzałem w oknie. Kiedy zapukał pan w szybę, pomyślałem, że ono znowu przyszło.

– Że co przyszło?!

– Diabeł, sir. Tak mi się wydaje. To coś było w oknie.

– Co było w oknie i kiedy?

– Jakieś dwie godziny temu. Właśnie zapadał zmierzch. Siedziałem na krześle i czytałem. Nie wiem, dlaczego podniosłem wzrok: z zewnątrz patrzyła na mnie przez okno jakaś twarz. Dobry Boże, sir, co to była za twarz! Będzie mi się śniła po nocach.

– Opanuj się, Walters. Konstabl nie powinien wygadywać takich bredni!

– Wiem, sir, wiem. Ale to mną ogromnie wstrząsnęło, i nie ma sensu zaprzeczać. Ta twarz nie była ani czarna, ani biała, ani też w żadnym innym kolorze, jaki znam. To był jakiś dziwny odcień przypominający glinę z domieszką mleka. No i jeszcze jej rozmiary… Była dwa razy większa niż pańska, sir. A jak wyglądała… Wielkie wybałuszone, wlepione we mnie oczy i białe zęby jak u jakiejś głodnej bestii. Mówię panu, sir, nie byłem w stanie poruszyć nawet palcem. Zaparło mi dech w piersiach. A potem w jednej chwili ta twarz znikła. Wybiegłem na zewnątrz, przebiegłem przez te krzaki, ale dzięki Bogu, nikogo tam nie było.

– Gdybym nie wiedział, że dobry z ciebie człowiek, Walters, byłbyś przegrany w moich oczach. Nawet gdyby to był sam diabeł, to konstabl na służbie nie powinien dziękować Bogu, że nie był w stanie go schwytać w swoje ręce. Zakładam, że to wszystko ci się nie przywidziało i było wynikiem zdenerwowania?

– Przynajmniej to można bardzo łatwo ustalić – rzekł Holmes, zapalając swoją małą kieszonkową latarkę. – Tak – odezwał się po krótkim badaniu trawnika. – Mamy tu odcisk buta, powiedziałbym, numer dwanaście. Jeśli wzrost tego człowieka był proporcjonalny do wielkości jego stopy, to z całą pewnością musiał być olbrzymem.

– I co się z nim stało?

– Wygląda na to, że przedarł się przez te krzaki i poszedł w stronę drogi.

– Cóż – powiedział inspektor z poważną zamyśloną twarzą – ktokolwiek to był i czegokolwiek tutaj szukał, teraz go nie ma, a na nas czekają pilniejsze sprawy. Panie Holmes, za pańskim pozwoleniem, chciałbym oprowadzić pana po domu.

Po uważnym przeszukaniu sypialni i salonów okazało się, że nie ma tam nic ciekawego. Najwyraźniej najemcy przywieźli ze sobą niewiele, a wszystkie meble, aż po najmniejsze drobiazgi, przejęli razem z domem. Pozostawili po sobie sporo ubrań marki Marx and Co., High Holborn. Próbowano się już dowiedzieć czegoś telegraficznie, okazało się jednak, że Marx nie wiedział niczego na temat swojego klienta poza tym, że ten dobrze płacił. Trochę drobiazgów, jakieś fajki, parę powieści, z tego dwie po hiszpańsku, oraz staromodny rewolwer na naboje trzpieniowe i gitara były jedynymi przedmiotami osobistymi.

– Niczego tu nie ma – rzekł Baynes, przechodząc ze świecą w ręce z pokoju do pokoju. – Ale teraz, panie Holmes, proszę zwrócić uwagę na kuchnię.

Było to ponure pomieszczenie z wysokim stropem, położone na tyłach domu. W jednym z kątów leżało posłanie ze słomy, na którym najwyraźniej sypiał kucharz. Na stole piętrzyły się talerze z resztkami jedzenia i brudne naczynia z pozostałościami po obiedzie z ubiegłego wieczoru.

– Proszę na to spojrzeć – rzekł Baynes. – Co pan o tym sądzi?

Zbliżył świecę do niezwykłego przedmiotu w głębi kredensu; ten przedmiot był tak pomarszczony i skurczony, że trudno było powiedzieć, co to jest. Można było jedynie stwierdzić, że to czarne i skórzaste przypominało trochę skarlałą ludzką postać. Gdy zacząłem go badać, pomyślałem najpierw, że jest to zmumifikowane murzyńskie dziecko, potem wydało mi się, że to bardzo poskręcana stara małpa. Na koniec miałem wątpliwości, czy było to jakieś zwierzę, czy może człowiek. Pośrodku tego czegoś przywiązany był podwójny sznur białych muszelek.

– Bardzo ciekawe… Doprawdy, bardzo ciekawe – rzekł Holmes, przyglądając się tym mrocznym szczątkom. – Coś jeszcze?

Baynes w milczeniu poprowadził nas do zlewu i oświetlił go świecą. Ujrzeliśmy kończyny i korpus jakiegoś wielkiego białego ptaka, który został bestialsko porozrywany na kawałki, choć nadal pokrywały go pióra. Holmes wskazał na korale na odciętej głowie zwierzęcia.

– To biały kogut – powiedział. – Wyjątkowo interesujące! To naprawdę bardzo ciekawa sprawa.

Najstraszniejszy eksponat pan Baynes zachował na sam koniec. Spod zlewu wyciągnął blaszane wiadro zawierające sporą ilość krwi. Potem wziął ze stołu półmisek, na którym piętrzyła się sterta zwęglonych kawałków kości.

– Jakieś żywe stworzenie zostało tu zabite i spalone. Wygrzebaliśmy wszystkie te kości z pieca. Rano sprowadziliśmy tutaj lekarza. Stwierdził, że nie były to ludzkie szczątki.

Holmes uśmiechnął się i zatarł ręce.

– Muszę panu pogratulować, inspektorze. Doskonale pan prowadzi tę jakże wyjątkową i pouczającą sprawę. Nie chciałbym pana urazić, ale odnoszę wrażenie, że pańskie stanowisko nie pozwala panu w pełni wykazać swoich możliwości.

Małe oczka inspektora Baynesa błysnęły z zadowoleniem.

– Ma pan rację, panie Holmes. Na prowincji popadamy w stagnację. Tego rodzaju sprawa daje człowiekowi szansę, i mam nadzieję, że uda mi się z niej skorzystać. Co pan sądzi o tych kościach?

– Powiedziałbym, że to jagnię albo koźlę.

– A ten biały kogut?

– Ciekawe, panie Baynes. Bardzo ciekawe, niemal niespotykane.

– Tak, sir. W tym domu musieli mieszkać jacyś bardzo dziwni ludzie o niecodziennych upodobaniach. Jeden z nich nie żyje. Czy jego towarzysze poszli za nim i go zabili? Gdyby tak było, powinniśmy ich złapać, każdy port jest obserwowany. Mam jednak inne zdanie na ten temat. Tak, sir, zupełnie inne.

– A więc ma pan jakąś teorię?

– Tak. I sam ją dopracuję, panie Holmes. Tylko w ten sposób mogę zdobyć uznanie. Pańskie imię jest już sławne, ale na to, aby moje stało się także znane, muszę zapracować. Będę się cieszyć później, mogąc powiedzieć, że rozwiązałem tę sprawę bez pańskiej pomocy.

Holmes zaśmiał się wesoło.

– No cóż, inspektorze – powiedział – proszę w takim razie podążać własną ścieżką, a ja pójdę swoją. Wyniki, jakie uzyskam, będą zawsze do pańskiej dyspozycji, o ile tylko pan mnie o to poprosi. Myślę, że zobaczyłem już w tym domu wszystko, co chciałem zobaczyć, i teraz lepiej wykorzystam mój czas gdzie indziej. Au revoir i powodzenia!

Odczytywałem z wielu subtelnych znaków, które były niedostrzegalne dla kogokolwiek innego, że Holmes znalazł jakiś gorący trop. Choć przygodnemu obserwatorowi mógł wydawać się beznamiętny jak zwykle, w błyszczących oczach przyjaciela dostrzegłem zapał i tłumione napięcie, a jego ożywienie upewniło mnie w przekonaniu, że coś się szykuje. Zgodnie ze swoim zwyczajem nic nie powiedział, ja natomiast jak zwykle nie zadawałem żadnych pytań. Wystarczała mi świadomość, że biorę udział w tej sprawie oraz że mogę udzielić skromnej pomocy Sherlockowi przy ujęciu przestępcy, nie angażując bez potrzeby niezwykłych umiejętności jego umysłu. Dowiem się wszystkiego we właściwym czasie.

Tak więc czekałem. Jednakże ku mojemu coraz większemu rozczarowaniu czekałem na próżno. Mijały dni, a mój przyjaciel nie zrobił nawet jednego kroku naprzód. Jeden poranek spędził w mieście: jak się dowiedziałem z rzuconej od niechcenia uwagi, był w British Museum. Poza tym całymi dniami długo i często samotnie spacerował lub rozmawiał z wioskowymi plotkarzami, na znajomości z którymi bardzo mu zależało.

– Jestem pewien, Watsonie, że tydzień na wsi świetnie ci zrobi – zauważył. – Jak przyjemnie znów widzieć pierwsze zielone pąki na żywopłocie i kotki na leszczynie. Mając łopatkę, blaszane pudełko i podstawy wiedzy z botaniki, można tu spędzić parę pouczających dni.

Krążył więc sam po okolicy, wyposażony we wspomniany sprzęt, jednak kolekcja roślin, którą przynosił wieczorami, była niezbyt imponująca.

Podczas naszych wędrówek natykaliśmy się czasami na inspektora Baynesa. Gdy witał się z moim towarzyszem, jego otyła czerwona twarz marszczyła się w uśmiechu, a małe oczka błyszczały. Mówił niewiele na temat sprawy, jednak z tego, co powiedział, wywnioskowaliśmy, że on również był zadowolony z rozwoju wydarzeń. Muszę jednak przyznać, że byłem nieco zaskoczony, gdy pięć dni po popełnieniu zbrodni zajrzałem do porannej gazety i znalazłem ten oto nagłówek, wydrukowany wielkimi literami:

TAJEMNICA Z OXSHOTT ROZWIĄZANIEARESZTOWANIE DOMNIEMANEGO MORDERCY

Gdy odczytałem go na głos, Holmes podskoczył na swoim krześle, jakby coś go ukłuło.

– Na Jowisza! – zawołał. – Nie chcesz chyba powiedzieć, że Baynes go złapał?

– Najwyraźniej – odparłem i przeczytałem co następuje:

W Esher i jego okolicach zapanowało wielkie poruszenie, gdy ubiegłej nocy stało się wiadomym, że dokonano aresztowania w związku z morderstwem w Oxshott. Przypominamy, że pan Garcia z willi Wisteria został znaleziony martwy na błoniach Oxshott, a ślady na jego ciele wykazywały brutalną przemoc. Tego samego wieczoru zbiegli jego służący i kucharz, co wydawało się wskazywać na ich udział w tej zbrodni. Sugerowano, lecz nigdy nie udowodniono tego, że zmarły dżentelmen mógł posiadać w domu kosztowności i że motywem tej zbrodni był rabunek. Prowadzący sprawę inspektor Baynes poczynił wszelkie możliwe wysiłki, aby odnaleźć kryjówkę zbiegów. Miał uzasadnione powody, by uważać, iż nie odeszli zbyt daleko, lecz zaczaili się w jakimś wcześniej przygotowanym ukryciu. Od samego początku było wiadomo, że ich ujęcie jest tylko kwestią czasu, ponieważ na podstawie zeznań kilku handlarzy, którzy widzieli kucharza przez okno, ustalono, iż ten człowiek miał bardzo niezwykły wygląd. Był to olbrzymi wstrętny mulat o żółtawej skórze wyraźnie negroidalnego typu. Widziano go po popełnieniu zbrodni. Jeszcze tego samego wieczoru zauważył go i ścigał konstabl Walters, gdy ten miał czelność zjawić się ponownie w willi Wisteria. Inspektor Baynes doszedł do wniosku, że taka wizyta musiała mieć jakiś cel i kucharz prawdopodobnie zjawi się tam ponownie. Dom stał więc opuszczony, w pobliskich krzakach zastawiono jednak pułapkę. Ubiegłej nocy człowiek ten wpadł w zasadzkę i został pojmany po krótkiej walce, podczas której konstabl Downing został poważnie pogryziony przez dzikusa. Zakładamy, że kiedy więzień stanie przed sądem, policja złoży wniosek o zatrzymanie go w areszcie śledczym, i że z jego pojmaniem wiązać można wielkie nadzieje na rozwiązanie sprawy.