Ostatni taniec Chaplina - Fabio Stassi - ebook
Opis

W bożonarodzeniowy wieczór Śmierć odwiedza Chaplina w jego szwajcarskim domu. Wielki aktor i reżyser przekroczył już osiemdziesiątkę, ma małego syna i chce żyć jak najdłużej, by jego dziecko mogło przy nim dorastać. Zdobywa się na odwagę i proponuje Starej Pani umowę: jeśli uda mu się ją rozbawić, zyska rok życia.

Tak zaczyna się osobliwy taniec artysty ze Śmiercią; tej nocy od śmierci uratuje go nie tyle doskonałe aktorstwo, lecz mimowolny komizm wynikający z dolegliwościami podeszłego wieku. Wykonanie wyroku zostanie jednak odroczone.

W oczekiwaniu na ostateczne spotkanie Chaplin pisze do syna długi, pełen pasji list. Pragnie mu opowiedzieć swoją prawdziwą historię, której nikt dotąd nie słyszał. Słowa listu obrazują brawurową przygodę, jaką było jego życie, i rewolucyjną epokę, w której urodził się, dorastał i robił karierę.

Ubogie dzieciństwo w Wielkiej Brytanii, ojciec alkoholik i niespełna rozumu matka; debiut na scenie u boku brata, cyrk i wodewil; pierwsze sukcesy i przybycie do Stanów Zjednoczonych, gdzie jako młody chłopak był drukarzem, bokserem, balsamistą. I podróżował z jednego wybrzeża na drugie.

W tych latach wszystko ulega zmianom, snop światła rzucony na biały ekran poruszył wyobraźnię całego narodu. Ameryka przegląda się w lustrze pierwszych filmów – romantyczna i drżąca ze wzruszenia, utopijna i zdolna wykonać każdy czyn, od najbardziej altruistycznego po najbardziej podły. Bywa powabna jak woltyżerka Ester, która oczarowała Europę, a zarazem ponura i gotowa do gwałtu jak Ku Klux Klan.

Amerykańska młodość Charliego kończy się, gdy ma dwadzieścia pięć lat i szczęśliwy zbieg okoliczności pozwala Chaplinowi stworzyć charakterystyczną postać (niepewny chód, laseczka i zakurzony melonik, maniery lorda w ubraniu żebraka). Dawny Charlie Chaplin przestaje istnieć. Rodzi się Włóczęga. I odtąd zmienia się cały świat Chaplina.

Pochodzący z Sycylii Fabio Stassi mieszka w Viterbo i pracuje w Rzymie jako bibliotekarz. Jest autorem trzech powieści: Fumisteria (Dowcipkowanie, 2006; nagroda im. Vittoriniego za najlepszy debiut), E’ finito il nostro carnevale (Nasz karnawał się skończył, 2007) i La rivincita di Capablanca (Odwet Capablanki, 2008; Nagroda Palmi 2009, Nagroda Coni 2009).

Napisał ponadto Holden, Lolita, Zivago i inni. Piccola enciclopedia dei personaggi letterari(1946–1999) (Holden, Lolita, Żywago i inni. Mała encyklopedia postaci literackich, 2010). Wraz z innymi opracował dla wydawnictwa Sellerio antologię Articolo I. Racconti sul lavoro (Paragraf I. Opowiadania o pracy, 2009).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 251

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


L’ultimo ballo di Charlot2012 © Sellerio editore via Siracusa 50 Palermo Copyright © for the translation by Krzysztof Żaboklicki Copyright © for the Polish edition by

Wśród gości był słynny skrzypek Jascha Heifetz. Wszyscy prosili go głośno, żeby zagrał. Wziął więc skrzypce Charliego i zaczął grać. Osłupiał jednak, a z nim wszyscy obecni, gdy zauważył, że ze strun wydobywają się tylko pozbawione harmonii, bezsensowne dźwięki.

Chaplin uśmiechnął się, wyjął skrzypce z rąk Heifetza i zagrał pasaż z Bacha lewą ręką. Wszystkie struny były założone na odwrót.

„Proszę pana – powiedział – ja jestem osobą zrobioną na odwrót i do góry nogami. Kiedy na ekranie stoję zwrócony do pana plecami, widzi pan coś równie wyrazistego jak twarz. Jestem przede wszystkim grzbietem”.

NEW YORK TIMES BOOK REVIEW AND MAGAZINE

12 grudnia 1920

A ponadto był zawsze ktoś, kto kręcił korbą.

Aparat skwierczał jak jajko smażone na patelni, mechanizm maltański zaczynał się obracać wraz ze skrzydłami migawki, film przesuwał się skokami jak kolarz na zakręcie toru: wolno naciskane pedały, pot, baczny wzrok, wreszcie pędem do przodu...

Ostry snop światła przecinał ciemność.

Wydobywał się z pudła i rozszerzał stopniowo, rysując w sali dokładnie dwie ukośne linie... samo to było już widowiskiem. Mogłeś siedzieć sobie tam i patrzeć, nic nie rozumiejąc: dym i światło, wewnątrz pył, nic tylko pył, mikroskopijne cząsteczki pływające w powietrzu; podnosiły się i opadały, goniły się, bawiły naśladowaniem wszechświata... Jeżeli jednak wytężyłeś oczy i dobrze się wpatrzyłeś, to po chwili w owym tumanie kurzu dostrzegałeś mężczyzn z wąsami jak u morsa, pałkę policjanta, psa, gumowego węża do podlewania kwiatów w ogrodzie, stary samochód, latające torty śmietankowe, syfon wody sodowej, wychodzących z fabryki robotników, przyjazd pociągu, lekko falujące, cudowne postaci kobiece. W tym snopie światła widziałeś kobiece biodra, ale bezskutecznie próbowałbyś ich dotknąć, nigdy by ci się to nie udało.

Działo się tak, dopóki światło nie trafiło na przeszkodę, a całość nie ułożyła się w obrazy. Dopóki wąsy nie przyległy do twarzy mężczyzn, kobiety nie stanęły na nogach, a przedmioty nie nabrały kształtu.

Znaczna odległość dzieliła projektor od białej płachty w głębi sali.

Kino było dla mnie czasem trwania podróży między nimi.

Początkowo nie odwracałem nawet głowy.

Nie interesowały mnie filmy, interesował mnie wyłącznie ten pył w powietrzu i jego ewolucje.

Opowiadając swoją historię – mówiłem sobie – zacznę stąd. Zacznę od chwili, w której korba projektora zostaje wprawiona w ruch.

Cała moja historia zawarta jest w tej przestrzeni zakończonej ścianą.

Wierzcie mi albo nie, to historia człowieka, który wynalazł kino przed braćmi Lumière i przed bioskopem Maxa Skladanowsky’ego.

Czarno-biała arlekinada na noc Bożego Narodzenia.

Romantyczna pantomima w świecie z trocin, śmiechu i łez.

Noc Bożego Narodzenia 1971 roku. Osiemdziesięciodwuletni mężczyzna zapala światło w pokoju. W fotelu przy oknie siedzi Śmierć otulona płaszczem.

ŚMIERĆ Czekałam na ciebie.

Mężczyzna ma na sobie wytarte, wygniecione spodnie i przyciasny żakiet. Na głowie melonik, który unosi lekko na znak powitania.

MĘŻCZYZNA Ja na ciebie też. Sześćdziesiąt lat temu wróżka przepowiedziała mi, że przyjdziesz dzisiaj.

ŚMIERĆ To dlatego włożyłeś ten kostium?

Mężczyzna zaczyna krążyć po pokoju zmęczonym krokiem pingwina. Zawadza o nogę stołu i przeprasza. Przeprasza także dywan i stojącą przy ścianie lampę.

Starucha przygląda mu się z powagą.

Mężczyzna zatrzymuje się, zdejmuje melonik.

MĘŻCZYZNA Chciałem tylko cię rozśmieszyć.

ŚMIERĆ Nie rozśmieszyłbyś nawet dziecka. Skończ tę żałosną komedię i idziemy.

Mężczyznę ogarnia panika jak w dzień jego debiutu w Nowym Jorku... Usiłuje robić zabawne miny, lecz zbiera mu się na płacz.

MĘŻCZYZNA Mój syn, Christopher, ma dopiero dziewięć lat, potrzebuje mnie. Chciałbym jeszcze trochę popatrzeć, jak rośnie.

ŚMIERĆ Powinieneś się zastanowić, kiedy w twoim wieku go płodziłeś.

MĘŻCZYZNA Żona mówiła mi zawsze, że wyszła za mąż za młodego człowieka.

ŚMIERĆ Twoja żona jest uprzejma...

MĘŻCZYZNA To niesprawiedliwe. Przywoływałem cię tyle razy, kiedy byłem mały jak dzisiaj mój syn, mieszkałem w Londynie na poddaszu i siadając na łóżku, za każdym razem uderzałem głową w sufit, a moja matka wyglądała przez okno...

ŚMIERĆ Wtedy nie nadszedł jeszcze twój czas.

MĘŻCZYZNA Płakałem i powtarzałem adres, żebyś po mnie przyszła: Pownall Terrace numer trzy, ostatnie piętro.

ŚMIERĆ Skończ już, robi się późno.

MĘŻCZYZNA Poczekaj, rozbawię cię, to jedyne, co potrafię.

ŚMIERĆ Nikomu to się jeszcze nie udało.

MĘŻCZYZNA Rozbawię cię, jestem tego pewien. Popatrz.

Mężczyzna próbuje innych numerów – bezskutecznie. Nie wykonywał ich już od wieków.

ŚMIERĆ Zrobił się z ciebie naprawdę patetyczny staruszek. Przebierz się, przecież tak ze mną nie pójdziesz.

Upokorzonemu mężczyźnie odklejają się sztuczne wąsy i spadają na podłogę; kiedy się schyla, aby je podnieść, kręgosłup zawodzi. Mężczyzna nie może się wyprostować, zostaje przygwożdżony pośrodku dywanu. Jest zgnębiony, zgrzybiały, obolały.

ŚMIERĆ Ha, ha!

Mężczyzna jest zdezorientowany. Odnosi wrażenie, że Śmierć się roześmiała, ale ból zatyka mu uszy. A przecież nie pomylił się. Śmierć się śmieje, ma łzy w oczach.

MĘŻCZYZNA Śmiejesz się...

ŚMIERĆ Rozbawiłeś mnie. Żebyś ty wiedział, jak wyglądasz!

MĘŻCZYZNA (usiłując bezskutecznie się wyprostować) Powiedziałaś, że nikomu jeszcze to się nie udało.

ŚMIERĆ Tak, masz rację, nikomu. Ha, ha!

MĘŻCZYZNA Proponuję ci zakład (mówi z trudem, nadal w niewygodnej pozycji): będziesz wracać w każde Boże Narodzenie, a jeśli uda mi się znowu cię rozśmieszyć, pozwolisz mi żyć do następnego...

ŚMIERĆ Nie myśl, że będzie ci łatwo. Dziś wieczorem byłam wyjątkowo łagodna.

MĘŻCZYZNA Będę się starał.

ŚMIERĆ Nie powinnam wdawać się w dyskusję z aktorem.

MĘŻCZYZNA To uczciwy zakład.

ŚMIERĆ No dobrze, Włóczęgo, wrócę za rok, zapracowałeś sobie na niego. W gruncie rzeczy przyjemnie jest się pośmiać.

MĘŻCZYZNA A więc do przyszłego Bożego Narodzenia.

Śmierć znika z fotela. Zmęczony mężczyzna opiera się o biurko i oddycha głęboko, z ulgą.

Corsier-sur-Vevey, 24 grudnia 1977

Kochany Christopherze Jamesie,

wieczorem obchodzę swoje osiemdziesiąte ósme Boże Narodzenie – w rodzinie, jak wszystkie ostatnie. Opowieść, którą zacznę zaraz pisać, to mój podarunek dla ciebie. Zaciągnąłem wobec ciebie dług, którego nie mogę spłacić. Jesteś moim ostatnim dzieckiem, masz zaledwie piętnaście lat, spłodziłem cię już po przekroczeniu siedemdziesiątki. Będziesz dorastał beze mnie. Dlatego muszę się pośpieszyć, zanim mój zgon wzbudzi sensację na całej planecie. W 1910 roku w San Francisco wróżka wywróżyła mi z kart, że powinienem był umrzeć sześć Bożych Narodzeń temu na odoskrzelowe zapalenie płuc po niezwykle szczęśliwym życiu.

Od sześciu lat w każde Boże Narodzenie odwiedza mnie Śmierć. Siada przede mną i czeka. Wkładam wtedy moje ubranie włóczęgi i odgrywam któryś z dawnych numerów. Jeśli się zaśmieje, zyskuję kolejny rok życia; taką zawarliśmy umowę. Nie umrę, dopóki będę w stanie ją rozbawić. Muszę jednak przyznać, że ostatnio rdzewieję. Nie udałoby mi się wywołać u niej ani jednego uśmiechu, gdyby nie sama moja starość – wiek najbardziej komiczny ze wszystkich.

Te sześć lat było dla mnie prawdziwym błogosławieństwem. Chciałem widzieć, jak rośniesz, jak robisz się silny, jak uczysz się muzyki. Ale dziś wieczorem Starucha siedzieć będzie w moim fotelu poważna, oziębła, nie rozbawi jej nawet najdoskonalsza scena. Tak, Christopherze, doskonałość nie rozwesela. Dziś po raz ostatni wkładam strój Charliego. Czuję to w kościach, a moje kości nigdy jeszcze nie skłamały. Schodzę ze sceny. W gruncie rzeczy nie żałuję, że Starucha zabierze mnie ze sobą w dniu, w którym świętuje się narodziny dziecka.

Te ostatnie godziny pragnę spędzić z tobą.

Mam ci tyle do powiedzenia.

Ubrałem się całkiem jak kiedyś, oczy podmalowałem czarną szminką, otworzyłem znowu pudełko ze sztucznymi wąsami; jeśli ich nie przykleję we właściwy sposób, to już koniec.

Piszę do ciebie teraz na tym stoliku z bukszpanowego drewna, w kącie pokoju. Jestem przekonany, że gdy się pisze na małych, niezajmujących dużo miejsca stolikach, myśli skupiają się, nie trzeba ich gonić wzdłuż ściany jak jaszczurek czy gekonów, wystarczy wyciągnąć rękę i złapać je za ogon.

O moim życiu wiadomo wszystko lub prawie wszystko.

Kilka lat temu opublikowałem autobiografię, którą sprzedawano wszędzie, napisano o mnie tysiące stron. Wystarczy wymówić moje imię, aby wywołać podziw w każdym zakątku planety, od Birmy po Ziemię Ognistą. Może powinienem był raczej powiedzieć: imię postaci stworzonej przeze mnie w pewne deszczowe popołudnie 1914 roku, podczas kręcenia krótkometrażówki, kiedy w męskiej szatni wybierałem zbyt obszerne ubranie. Te anegdoty opowiadałem już na wszelkie sposoby, ale zawsze zaskakuje mnie tajemnicza prostota, z którą przyszedł na świat Charlie albo The Tramp – Włóczęga, jak go nazywają Amerykanie.

Nie zdradziłem natomiast nigdy nikomu prawdziwych początków mojej kariery i wszystkiego, o czym teraz napiszę, bo nie uwierzyłaby mi nawet twoja matka – moja Oona. Nie chciałem strwonić najcenniejszego sekretu mojego istnienia, czegoś w rodzaju dziecinnej obietnicy, której chciałbym pozostać w jakiś sposób wierny i która rekompensuje wszystkie moje błędy, wszystkie sprzeczności i chaos w moich wspomnieniach. Teraz jestem jednak dostatecznie stary, by móc gwizdać na reputację i inne podobne sprawy. W moim wieku łatwo się pogubić. A zresztą, czy można uwierzyć, że ściskało się dłonie Debussy’ego i Strawińskiego, Rubinsteina, Brechta i Gandhiego, że w krótkich spodenkach grało się w tenisa z Eisensteinem i Buñuelem, że przyjmowali mnie królowie, książęta i prezydenci, że sam Albert Einstein płakał jak dziecko, oglądając moje filmy? Moja pamięć to szafa tak nieprawdopodobna, że nie wiem już, czy jej zawartość odpowiada rzeczywiście temu, co przeżyłem, czy też temu, co mi się przyśniło. Nie istnieje dla mnie wyraźna granica między tym wszystkim, co naprawdę mi się zdarzyło, a tym, co bez przerwy wymyślałem w swojej głowie. Na starość mogę trochę się ośmieszyć, dobrze mi to tylko zrobi, bo wbrew ogólnej opinii byłem człowiekiem niezmiernie poważnym i stuprocentowym perfekcjonistą. Zwolennicy McCarthy’ego, którzy przetrawili wstyd wojny wietnamskiej, i jakiś zawistny kolega będą wreszcie mogli napiętnować moje szalone przemówienia o społeczeństwie bardziej sprawiedliwym, bardziej wolnym i ludzkim jako dowód choroby umysłowej. Nienawidzili mnie zresztą także hitlerowcy, chociaż nie miałem szczęścia być Żydem. Zakazali Gorączki złota, rysowali mnie z zakrzywionym nosem i nazwali małym żydowskim linoskoczkiem, równie wstrętnym, co nudnym. Nie było to pierwsze ani ostatnie prześladowanie, któremu mnie poddano. W Pensylwanii i w Południowej Karolinie Ku-Klux-Klan i stowarzyszenia ewangelickich pastorów, dziesiątki zacnych amerykańskich chrześcijan polewających benzyną nie tylko celuloidowe taśmy, od samego początku cenzurowały moje filmy i zakazywały ich wyświetlania. Ale nawet ludziom ze swastyką nie udało się zabronić mojemu Włóczędze, który przedtem swoim cierpkim głosem śpiewał tylko jedną bezsensowną piosenkę, wejść w przebraniu fryzjera na najważniejszą trybunę w Europie; nikt inny nie zdołał wyrwać mikrofonu z rąk Hitlera... Mówca zszedł z podium i nie potrafiłem go już odnaleźć. Zniknął jak tuman kurzu na polach Auschwitz czy Buchenwaldu; wszystko, co miał do powiedzenia, powiedział od razu.

Dzisiaj opowiem ci wszystko jednym tchem, bo nie chciałbym, żeby mi przerwano w najciekawszym momencie. Proszę cię tylko o drobny wysiłek wyobraźni, bo będę mówił o rzeczach bardzo odległych od słonecznych szwajcarskich łąk, które otaczają nasz dom. O czasach, kiedy naprawdę byłem włóczęgą, kiedy nie udawałem go jeszcze na scenie, nie zaznawałem pogody ducha, napawając się widokiem jezior i gór.

Pora ci powiedzieć, gdzie się urodziłem. Nie w Londynie, jak powszechnie piszą, chociaż nikt nigdy nie znalazł stwierdzającego to dokumentu, lecz w ciemnym lesie w pobliżu Smethwick, w samym środku Anglii, na wozie wędrownych artystów zwanym Cygańską Królową. Rok po tym, jak Louis Aimé Augustin Le Prince nakręcił pierwszą krótkometrażówkę w dziejach kina – scenę trwającą całą wieczność dwóch sekund. Już od początku cyrk, moje życie i życie kina splecione były o wiele bardziej, niż można sobie wyobrazić.

Zaledwie przyszedłem na świat, moi rodzice się rozeszli. A ze mną było tak:

Jak wiesz, twoja babka Hannah była subretką w teatrze rozmaitości. Występowała pod imieniem Lillie, miała talent do robienia min. Opierała ręce o okienną szybę, jakby licząc uderzenia czyjegoś serca. Przypatrywała się ludziom, a potem ich naśladowała – chód, powitania uchyleniem kapelusza, wyraz twarzy. Jednak pewnego dnia coś w niej pękło, straciła głos, sen i wynagrodzenie (dziesięć szylingów tygodniowo); ściemniała jasność jej urody. Hannah zaczęła szybko się rozpadać.

Także twój dziadek był artystą – zawodowym śpiewakiem, aktorem kabaretowym, recytatorem. Zdaniem twojej babki był podobny do Napoleona Bonaparte, ale jak wielu innych aktorów bez przerwy pił. Nie widywałem go prawie nigdy, a kiedy zdarzyło mi się go zobaczyć, odnosiłem zawsze niemiłe wrażenie. Alkohol pozbawił go wszelkiego uroku, zniszczył jego karierę i popsuł krew. Spotkałem się z nim ostatni raz w pubie na Kennington Road; wtedy też po raz pierwszy w życiu mnie uściskał.

Częściej widywałem mojego dziadka, który zelował buty w Londynie w swoim mieszkanku w East Lane, i nieraz marzyłem sobie, że zostanę szewcem jak on. Ten zawód mnie urzekał. Lubiłem zapach skóry i kleju, lubiłem tę całą ręczną robotę, podobała mi się niezbędna przy niej cierpliwość. Dziadek postawił sobie w warsztacie ławeczkę i nie ruszał się stamtąd nawet w nocy. Żona już z nim nie mieszkała. Po latach szycia przyszew zaczęła się pocieszać z młodszymi mężczyznami. Była czarną owcą rodziny. Niestety mało miałem z nią do czynienia, ale tej sprzedającej na ulicy znoszone kurtki kobiecie zawdzięczam świadomość faktu, że w moich żyłach nie płynie ani jedna kropla niebieskiej krwi.

Na szczęście był ze mną zawsze mój starszy brat Syd, bez jego pomocy nigdy niczego bym nie osiągnął. Syd wiedział, jak dodać mi otuchy. Kiedy sprawy przybierały niekorzystny obrót, brał swoją trąbę i dmuchał w nią, nadymając policzki w tak komiczny sposób, że wyzbywałem się wszelkiej melancholii. Umiał też bawić się słowami, wymyślać bezustannie trudne do wymówienia wyrazy, wierszyki i gry pamięciowe, które wypełniały puste dni.

Pieniędzy było tak mało, że kilka zim musiałem wraz z Sydem spędzić w dobroczynnym zakładzie dla sierot na południowym brzegu Tamizy. W wieku pięciu lat debiutowałem już w teatrze piosenką Jacka Jonesa, zastępując matkę. Zacięła się w pewnej chwili i dalej ani rusz; była to pierwsza oznaka jej choroby. Wygwizdano ją wtedy, spadł na nią deszcz poduszek i miedziaków. Piosenkę znałem na pamięć i poradziłem sobie doskonale, choć teraz zbyt łatwo byłoby powiedzieć, że dowodziło to predestynacji. W rzeczywistości stanąłem w światłach rampy tylko po to, aby ratować matkę przed upokorzeniem i szaleństwem. We wszystkim, czego dokonałem później, tkwiła owa gniewna obietnica pełnego wstydu dziecka, które postanowiło zostać największym aktorem na świecie.

Przenieśliśmy się potem do Manchesteru. Nauczyłem się tańczyć w drewniakach i wszedłem w skład ośmioosobowego zespołu chłopców pod nazwą Eight Lancashire Lads. Ludzie przychodzili patrzeć, jak tańczymy, i dobrze się bawili. Zaangażowano nas do londyńskiego Hipodromu, wystawiliśmy tam pantomimę o Kopciuszku.

W dzień Bożego Narodzenia, jak dzisiaj.

Osiemdziesiąt lat temu, Christopherze, możesz sobie wyobrazić?

Osiemdziesiąt długich lat.

A przecież pamiętam to wszystko lepiej od tego, co wczoraj jadłem.

Nauczyłem się tam fikać koziołki, robić salto mortale, chodzić na rękach.

W Hipodromie był tor jak w cyrku, który w razie potrzeby wypełniano wodą, zwiększało to efektowność scenografii i baletów. Ubrano mnie w kostium z ogonem i kazano krążyć wokół nóg Kopciuszka jak kot.

Właśnie za tym torem, kiedy pewnego wieczoru ćwiczyłem swoją rolę, usłyszałem rozmowę wielkiego białego klauna Marceline ze sztukmistrzem Zarmo. Właściwie nie umiałem jeszcze czytać i pisać, ale słyszałem dobrze, bądź tego pewien. Nie zapomniałem z tego dialogu ani słowa.

– Nazywają go wynalazkiem stulecia, wiesz?

Zarmo słuchał, żonglując trzema kolorowymi kulkami.

– To kinematograf, mój drogi Marceline.

– Tak, kinematograf wszystkich nas wykończy, zobaczysz. Kto będzie jeszcze chodził do cyrku albo do teatru oglądać aktorów i klaunów?

– Lepiej popatrz na to inaczej. Nie jest pewne, czy kinematograf odniesie sukces, jednak nie możesz zaprzeczyć, że ma swój urok.

– Co do mnie, udusiłbym własnymi rękami tych dwóch Francuzów, o których tyle piszą we wszystkich gazetach. Nie zdają sobie nawet sprawy, jaki diabelski mechanizm wynaleźli.

– Daj spokój. Kino stanie się sztuką, będziesz musiał zmienić zdanie.

– To tylko udawanie, Zarmo, oszukaństwo.

– Ty także udajesz na scenie, że jesteś tym, kim nie jesteś. Pokazujesz nieistniejące rzeczy. Czy nie na tym polega twoja praca?

– Ja jestem klaunem, Zarmo, i ryzykuję. Wszyscy ryzykujemy w pierwszej osobie, wykonując nasze numery. Trapeziści, akrobaci, pogromcy zwierząt ryzykują życiem. My ryzykujemy, że się nam nie powiedzie, że nie rozśmieszymy, nie zaskoczymy, nie dostarczymy publiczności rozrywki. Na scenie możemy ze strachu dostać zawału, możemy zapomnieć, co mamy robić. Ale nasze emocje są emocjami naszych widzów. Oddychamy wszyscy tym samym życiem, w tej samej chwili.

– Kinu też nie zabraknie ryzyka.

– Ale to nie jest rzeczywiste życie w chwili, w której się toczy, Zarmo. To czynności zapisane na kliszy, można je powtarzać, ile razy się zechce, aż będzie dobrze. To szachrajstwo.

– Dziwny z ciebie człowiek, nie rozumiem cię. W każdym razie to nie tych dwóch Francuzów masz udusić...

– Co chcesz powiedzieć?

– To nie oni wymyślili kino, jak ludzie opowiadają...

– No to kto?

– Nie wiesz? Tutaj wszyscy wiedzą...

– Ja nie.

– Musisz być roztargniony...

– No powiedz mi wreszcie! Kto?

– Arlekin.

– Arlekin?

– Tak, właśnie on.

– Ten facet czarniejszy od nocy, który sprząta u słoni i wynosi stołki z toru?

– Tak.

– Przecież to biedny głupek.

– Pamiętasz Ester, węgierską woltyżerkę, o której kilka lat temu było dość głośno, a potem zniknęła z pola widzenia?

– Minęło sporo czasu, ale kto by jej nie pamiętał, nie było piękniejszej kobiety w całej Wielkiej Brytanii, wszyscy się w niej kochaliśmy.

– Zakochał się w niej także Arlekin.

– Arlekin był kiedyś zakochany?

– A co, myślisz, że jest ślepy i nie ma serca?

– Nikt nigdy nie widział go z kobietą...

– I co z tego, że nie miał nigdy ani przyjaciółki, ani żony? Myślisz, że wszyscy ci, którzy nigdy nie mieli kobiety, nigdy nie byli zakochani?

– Ale co to ma wspólnego z wynalezieniem kina?

– A jednak ma. Ester zaangażowano na tournée po Ameryce, a on o mało co nie dostał obłędu.

– Skąd wiesz?

– Frida Wariatka, zatrudniona u nas wtedy jako kobieta-armata, słyszała, jak co wieczór płacze. Pewnej nocy ona i Jo-jo Psia Morda spytali go dlaczego. Nie będę już mógł jej zobaczyć, odpowiedział Arlekin. Początkowo Frida myślała, że mówi o słonicy albo o białej tygrysicy bengalskiej, bo do Ameryki wyjeżdżały też zwierzęta. Zobaczysz ją w swoich wspomnieniach, Arlekinie, powiedział mu Jo-jo. Moje wspomnienia są czarne jak ja, odpowiedział Arlekin. Więc ją narysuj. Rysunki są nieruchome, stwierdził Arlekin. Poproś mister Bretchleya o fotografię. Fotografie też są nieruchome. No to ty zrób taką, co się rusza. Nie istnieją ruchome fotografie. Wymyśl je, powiedział Jo-jo, i mrugnął do Fridy spod krzaczastych brwi. Jo-jo taki już jest, nigdy nie wiadomo, czy żartuje, czy nie, zawsze ze wszystkiego kpi, a tego wieczoru kpił sobie z Arlekina. Frida zdążyła już pożałować, że tam w ogóle jest. Wzruszyły ją słowa Arlekina i jego przepełniony smutkiem głos. Miała ochotę pogłaskać go po ramieniu, pocieszyć go, ale tego nie zrobiła. Odeszła ze ściśniętym gardłem, nie wiedząc dlaczego. Ale od tamtej chwili Arlekin przestał płakać.

– No i co dalej, Zarmo?

– Dalszy ciąg tej historii jest prosty. Arlekin nauczył się rysować.

– Coraz mniej z tego rozumiem.

– Chcę powiedzieć, że nauczył się rysować rysunki ruchome.

– Chyba zwariowałeś.

– Nie zwariowałem, Marceline. Arlekin zamknął się w klatce ze swoimi zwierzętami. Najpierw miał tylko ołówek, węgle i kartki papieru, potem szklane i miedziane płytki, chlorek srebra, żelatyny, celuloid i Bóg wie jakie jeszcze diabelstwa. Jakby w gorączce montował i demontował dziwne urządzenia mechaniczne. Nie wiem jak to robił, ale mówią, że zanim trafił do cyrku, jeździł po Francji z wędrownym fotografem. Sprzedawali na jarmarkach portreciki po kilka centymów, ramy, astrolabia i latarnie magiczne. W razie potrzeby odświeżali kościelne witraże. Może to tylko plotki, ale słyszałem je od wielu. Kiedy Jo-jo o sprawie się dowiedział, skomentował: ten musiał się urodzić w ciemni fotograficznej, ale się prześwietlił, ha, ha, ha... Jednak nikt się nie roześmiał, to była głupia odzywka. Prawda jest taka, że tylko tygrysy i słonie wiedziały, czemu służą jego eksperymenty. Karłowi Hansowi Arlekin powiedział, że się ćwiczy, żeby nie zapomnieć. W wieczór przed odjazdem Ester był gotowy. Schował się pomiędzy nogami widzów na zakręcie toru, ściskając kolanami drewniane pudło, i czekał chwili, w której ona wchodzi na scenę ...

– No i...

– Swoim pudłem z korbką zrobił jej zdjęcie, mój drogi Marceline, ale to było zdjęcie nie zdjęcie; zrobił jej zdjęcie, które było żywe.

– Mam uwierzyć, że ten głupek Arlekin...

– Tak, Marceline, uchwycił wszystko, nawet pulsowanie krwi pod jej skórą.

– Niemożliwe.

– Gdybyś je widział, tobie też zapadłby się grunt pod nogami i zebrałoby ci się na wymioty, wierz mi. Wszystko tam było w nieładzie i w ruchu: konie, tor, światła. Na tym wzburzonym morzu tylko ona, Ester, utrzymywała się w równowadze... Mister Bretchley, nasz impresario, o całej sprawie nigdy się nie dowiedział, bo w przeciwnym razie zrobiłby z tego główną atrakcję swojego cyrku. Zapraszam, panowie, chodźcie zobaczyć ZŁODZIEJA CZASU, jedynego w świecie człowieka, który może ukraść wam duszę i wam ją pokazać!

– A dlaczego nikt mu nie powiedział?

– No bo kto uwierzyłby w niezwykły wynalazek cyrkowego posługacza, sprzątającego klatki zwierząt? Ruchoma fotografia! Przecież nie wierzysz w to nawet ty, który jesteś jednym z nas. Arlekin nie umiał czytać ani pisać.

– Mógł jednak pokazać komuś swoje magiczne pudło...

– Pokazał je nam, byliśmy jego rodziną, ale nie zależało mu na udostępnieniu wynalazku publiczności i na wypełnieniu Tamizy funtami szterlingów. Zrobił to wyłącznie dla Ester, żeby po jej odjeździe móc ją nadal oglądać.

– Ja też chętnie nadal bym ją oglądał, gdyby to było możliwe. Czy wróciła jeszcze do Londynu?

– Nie, po wypadku już nie wróciła. Jej kariera tam się skończyła.

– Może tak chciało przeznaczenie. Najlepsza europejska woltyżerka spada z konia zaraz po przybyciu do Ameryki.

– Nie było już innej takiej jak ona.

– Wierzysz mi teraz?

– Są dowody?

– Słyszałem, że przed wyjazdem części zespołu na nowe tournée Arlekin powierzył swój wynalazek Hansowi. To prezent, którego jej nie dałem w dniu pożegnania, powiedział. Jedź do Ameryki i oddaj go jej, należy do niej. Ale nikt nie dowiedział się już niczego ani o Hansie, ani o pudle, ani o Ester.

– Ciekawa historia.

– Rzeczywiście.

– Jeszcze jedno. Zarmo – dlaczego tak go nazywają?

– Nazwał go tak żartem pewien Włoch, który pracował wiele lat temu w naszym cyrku. Hej, Arlekinie, zawołał kiedyś, chodź tutaj. Wszyscy uznali to za zabawne: Arlekin jest maską tęczy, a czarne tęcze nie istnieją.

Oto, co usłyszałem owego dnia, drogi Christopherze, słowo w słowo. Sztuczkom Zarma przypatrywałbyś się z otwartymi ze zdumienia ustami. Potrafił utrzymywać w równowadze na podbródku kij bilardowy, podrzucając jednocześnie dwie piłeczki. Był tak sprawny, że bez przerwy odnosiło się wrażenie, iż kij zaraz spadnie; całe lata zabrała mi nauka popełniania błędów – mawiał. Marceline natomiast był wspaniałym aktorem cyrkowym, którego o wiele później kinematograf rzeczywiście zmusił do odejścia. Nauczył mnie wszystkiego, co da się zrobić z bambusową laseczką, i tego, ile można wyrazić twarzą bez poruszania głowy i strojenia min. W Kopciuszku miałem strącić go z krzesła; podczas prób zabrałem się do tego z taką energią, że o mało nie złamałem mu nogi. Wstał, wolno strząsnął kurz z kolan, ale zamiast na mnie wrzasnąć, wybuchnął śmiechem. Śmiejąc się, podniósł swoją wędkę i znowu stanął na stołku. Tak go zapamiętałem: pośrodku toru błyszczącą przynętą usiłuje wyłowić chórzystki, które zniknęły w zalanym wodą piasku. Miał na sobie płaszcz z długimi połami, muszkę do kamizelki białej jak jego policzki i kapelusz, który troskliwie głaskał. Na scenie nie wymawiał ani jednego słowa, a przecież miał najpiękniejszy, najmilszy głos, jaki kiedykolwiek słyszałem. Pewnego wieczoru usiadł obok mnie i powiedział, że naprawdę nazywa się Isidro Marcelino Orbes Casanova. Spytałem, jak to się stało, że został klaunem. W wieku siedmiu lat zasnąłem w klatce lwa – oświadczył, mrugając okiem – a kiedy się obudziłem, byłem już zbyt daleko od Saragossy i od mojej rodziny, nie miałem szans tam wrócić. Wykonałem siedem koziołków przed dyrektorem Cyrku Barcelonés i przyjęto mnie do pracy.

Wiem, Christopherze, że to dla ciebie historie odległe w czasie i bez znaczenia, ale w owo Boże Narodzenie Marceline był bożyszczem Londynu, a później wielbiono go w Nowym Jorku. Był gwiazdą, która przez pewien czas błyszczała z równą siłą, jak gwiazda iluzjonisty Harry’ego Houdiniego. Jednak Marceline, chociaż umiał przeskoczyć ośmiu ludzi stojących szeregiem i wyrazić w zupełnym bezruchu każde uczucie, pozostał zawsze nieśmiałym i zagubionym w życiu akrobatą. Zobaczyłem go po raz ostatni pod koniec jego kariery, kiedy zgodził się być jednym w wielu klaunów biegających po trzech torach cyrku Ringling Brothers; głodował wówczas po przebytym wypadku i plajcie swoich dwóch restauracji, a także wskutek rozwoju kinematografii. Wszedłem do garderoby aktorów. Marceline powoli ścierał z twarzy szminkę; wydał się mi starym zwierzęciem, niezdolnym nawet do podniesienia łapy, pogrążonym w melancholijnym letargu. Nie czekał, aż Śmierć po niego przyjdzie. Zastrzelił się w nędznym hoteliku dla artystów w Nowym Jorku: Hotel Mansfield, na Pięćdziesiątej ulicy.

Nie miałem wtedy pojęcia, o czym ci dwaj rozmawiają, ale historia Arlekina wywarła na mnie wrażenie, choć byłem zaledwie ośmioletnim dzieckiem.

Była to tajemnicza godzina prób. Kołysały się trapezy, pałki i obręcze sztukmistrzów śmigały w powietrzu, tor zapełniali klauni robiący wygibasy na niekształtnych niklowanych rowerach. Przed nosem przemknęła mi pięciometrowa żyrafa o zeschniętej szyi i niebieskim języku, z dwoma różkami na łbie.

Arlekina widziałem kilkakrotnie. Należał do tych, którzy nigdy nie hałasują. Kiedy czarny jak noc kończył sprzątać arenę, nikt w ogóle nie zauważyłby go, nawet gdyby przechadzał się nago.

Podeszła do mnie istota w kostiumie w paski, szersza od cynowej kadzi. Miało się ochotę popchnąć ją najpierw w jedną, potem w drugą stronę, żeby się przekonać, czy ssak takich rozmiarów może się przewrócić. To była Frida, kobieta-armata. Grała siostrę przyrodnią Kopciuszka; kto wie, jak wielkie musiało być działo, z którego lufy wylatywała w powietrze.

– Czego szukasz, Kotku? – powiedziała, machając mi ręką przed oczami.

Jej palec wskazujący miał grubość domowego wróbla, na paznokciu zakrzepło trochę fioletowego mastyksu. Zdumiał mnie jej głos tak cienki, że gdybym był ślepcem, wyobraziłbym sobie ją jako jedną z tych wiotkich dziewcząt pozbawionych apetytu, które spacerują samotnie, mają długie włosy, oczy duże i zapadnięte, a w chudych nogach źdźbło melancholii.

– Niczego – miauknąłem – tak sobie chodzę.

Frida roześmiała się.

Poszedłem w stronę, gdzie trzymano zwierzęta. Dwa razy potknąłem się o tę samą żelazną kotew, nie odpowiedziałem brzuchomówcy i wpadłem na tańczącego niedźwiedzia, którego trzymał za łapę jego pan.

– Przepraszam pana, czy pan nie wie, gdzie mógłbym znaleźć Murzyna Arlekina? – spytałem mężczyznę w garniturze w paski z kamizelką, w rękawiczkach i z laseczką, gotowego iść na bal.

– Dzieciaku, twój głos jest bardziej popękany niż moje żebra, masz jakiś problem?

Przyjrzałem się jego