Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 508 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ostatni sprawiedliwy - John Grisham

Missisipi, początek lat 70-tych. Dziennikarski żołtodziób, 23-letni Willie Traynor, odkupuje za grosze podupadły lokalny biznes – gazetę The Ford Country Times. Dzięki relacji z procesu zabójcy, Danny’ego Pagditta, zwiększa sprzedaż tygodnika. Po latach Danny wychodzi na wolność i zaczyna polowanie na sędziów i świadków w procesie. Willie przeczuwa, że jest następny na liście Padgittów...

Opinie o ebooku Ostatni sprawiedliwy - John Grisham

Fragment ebooka Ostatni sprawiedliwy - John Grisham

Wydanie elektroniczne

JOHN GRI­SHAM

Au­tor 28 po­wie­ści (w tym trzech dla mło­dzie­ży), fa­bu­la­ry­zo­wa­ne­go re­por­ta­żu oraz zbio­ru opo­wia­dań. Jego książ­ki uka­zu­ją się w 40 ję­zy­kach, a ich łącz­ny na­kład osią­gnął 275 mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy. Aż dzie­więć po­wie­ści Gri­sha­ma zo­sta­ło ze­kra­ni­zo­wa­nych. W 2011 pi­sarz otrzy­mał pre­sti­żo­wą na­gro­dę li­te­rac­ką Har­per Lee Pri­ze.

www.fa­ce­bo­ok.com/John­Gri­sham

Tego au­to­ra w Wy­daw­nic­twie Al­ba­tros

FIR­MA

KAN­CE­LA­RIA

ZA­KLI­NACZ DESZ­CZU

KRÓL OD­SZKO­DO­WAŃ

WIĘ­ZIEN­NY PRAW­NIK

OSTAT­NI SPRA­WIE­DLI­WY

CA­LI­CO JOE

NIE­WIN­NY CZŁO­WIEK

RA­PORT PE­LI­KA­NA

KO­MO­RA

PO­DA­RUJ­MY SO­BIE ŚWIĘ­TA

TRE­NER

UŁA­SKA­WIE­NIE

The­odo­re Bo­one

OSKAR­ŻO­NY

AK­TY­WI­STA

Jake Bri­gan­ce

CZAS ZA­BI­JA­NIA

SY­CA­MO­RE ROW

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE LAST JU­ROR

Co­py­ri­ght © Bel­fry Hol­dings Inc. 2004

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Krzysz­tof Ob­łuc­ki 2013

Re­dak­cja: Be­ata Sła­ma

Kon­sul­ta­cja praw­ni­cza: prof. Ta­de­usz To­ma­szew­ski

Ilu­stra­cja na okład­ce: im­pro­vi­ze/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-108-0

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Część pierwsza

Rozdział 1

Po dzie­się­cio­le­ciach zdu­mie­wa­ją­cych za­nie­dbań i wy­trwa­łe­go za­rzą­dza­nia w nie­umie­jęt­ny spo­sób ga­ze­ta „The Ford Co­un­ty Ti­mes” zban­kru­to­wa­ła w 1970 roku. Jej wła­ści­ciel­ką i wy­daw­czy­nią była pani Emma Cau­dle, te­raz dzie­więć­dzie­się­cio­trzy­let­nia sta­rusz­ka, przy­wią­za­na pa­sa­mi do łóż­ka w domu opie­ki w Tu­pe­lo. Re­dak­tor na­czel­ny, jej syn, Wil­son Cau­dle, miał sie­dem­dzie­siąt kil­ka lat i me­ta­lo­wą płyt­kę w gło­wie z cza­sów pierw­szej woj­ny świa­to­wej. Ide­al­ne koło ciem­nej prze­szcze­pio­nej skó­ry za­kry­wa­ło płyt­kę na gó­rze jego wy­so­kie­go, spa­dzi­ste­go czo­ła. Z jej po­wo­du przez całe do­ro­słe ży­cie mu­siał zno­sić prze­zwi­sko Spot1. Spot, zrób to. Spot, zrób tam­to. Tu­taj, Spot. Tam, Spot.

Kie­dy był młod­szy, cho­dził na ze­bra­nia władz mia­sta, me­cze fut­bo­lo­we, wy­bo­ry, roz­pra­wy są­do­we, spo­tka­nia kó­łek ko­ściel­nych, uczest­ni­czył we wszel­kich prze­ja­wach ak­tyw­no­ści w okrę­gu2. Był do­brym re­por­te­rem, do­kład­nym i ob­da­rzo­nym in­tu­icją. Rana w gło­wie naj­wy­raź­niej w ża­den spo­sób nie wpły­nę­ła na jego umie­jęt­ność pi­sa­nia. Jed­nak w któ­rymś mo­men­cie, po dru­giej woj­nie świa­to­wej, płyt­ka ewi­dent­nie się prze­mie­ści­ła i pan Cau­dle prze­stał pi­sać co­kol­wiek poza ne­kro­lo­ga­mi. Uwiel­biał ne­kro­lo­gi. Spę­dzał nad nimi całe go­dzi­ny. Two­rzył dłu­gie aka­pi­ty elo­kwent­nej pro­zy, szcze­gó­ło­wo przed­sta­wia­jąc ży­cio­ry­sy na­wet naj­skrom­niej­szych miesz­kań­ców okrę­gu Ford. A śmierć bo­ga­te­go lub pro­mi­nent­ne­go oby­wa­te­la sta­wa­ła się wia­do­mo­ścią na pierw­szą stro­nę, przy czym pan Cau­dle sam tego pil­no­wał. Nig­dy nie opu­ścił żad­ne­go czu­wa­nia przy zmar­łej oso­bie lub po­grze­bu, nig­dy nie na­pi­sał o ni­kim złe­go sło­wa. Wszy­scy na ko­niec okry­wa­li się chwa­łą. Okręg Ford był cu­dow­nym miej­scem do umie­ra­nia. Choć Spot był szur­nię­ty, cie­szył się ogrom­ną po­pu­lar­no­ścią.

Je­dy­ny kry­zys w jego dzien­ni­kar­skiej ka­rie­rze zda­rzył się w 1967 roku, mniej wię­cej w cza­sie, gdy do okrę­gu Ford do­tarł ruch obro­ny praw czło­wie­ka. Ga­ze­ta nig­dy nie po­su­nę­ła się choć­by do alu­zji o to­le­ran­cji ra­so­wej. Na jej stro­nach nig­dy nie po­ja­wi­ła się czar­na twarz, z wy­jąt­kiem zna­nych lub do­mnie­ma­nych kry­mi­na­li­stów. Żad­nych za­wia­do­mień o ślu­bach czar­nych. Żad­nych czar­nych szkol­nych pry­mu­sów lub zwy­cię­skich dru­żyn ba­se­bal­lo­wych. Nie­mniej w 1967 roku pan Caul­de do­ko­nał prze­ra­ża­ją­ce­go od­kry­cia. Obu­dził się pew­ne­go ran­ka i uświa­do­mił so­bie, że w okrę­gu Ford umie­ra­ją czar­ni lu­dzie, a ich zgo­ny nie są od­no­to­wy­wa­ne zgod­nie z za­sa­da­mi sztu­ki. Ist­nia­ła dziu­ra, coś zu­peł­nie no­we­go dla Cau­dle’a, nie­zwy­kle obie­cu­ją­cy świat no­wych ne­kro­lo­gów. Po­sta­no­wił więc po­że­glo­wać po nie­bez­piecz­nych i nie­zna­nych wo­dach. W śro­dę ósme­go mar­ca 1967 roku „Ti­mes” stał się pierw­szą w Mis­si­si­pi uka­zu­ją­cą się raz w ty­go­dniu ga­ze­tą na­le­żą­cą do bia­łe­go wła­ści­cie­la, w któ­rej wy­dru­ko­wa­no ne­kro­log Mu­rzy­na. Więk­szość nie zwró­ci­ła na to uwa­gi.

W na­stęp­nym ty­go­dniu za­mie­ścił trzy ne­kro­lo­gi czar­nych miesz­kań­ców, a wte­dy lu­dzie za­czę­li mó­wić. W czwar­tym ty­go­dniu re­gu­lar­ny boj­kot wy­da­wał się nie­unik­nio­ny; od­wo­ły­wa­no pre­nu­me­ra­ty, ogło­sze­nio­daw­cy po­za­my­ka­li port­fe­le. Pan Cau­dle wie­dział, co się dzia­ło, ale nowy sta­tus in­te­gra­cjo­ni­sty ro­bił na nim zbyt duże wra­że­nie, żeby nie­po­ko­ił się tak try­wial­ny­mi spra­wa­mi jak sprze­daż i zy­ski. Po sze­ściu ty­go­dniach od uka­za­nia się hi­sto­rycz­ne­go ne­kro­lo­gu ogło­sił na pierw­szej stro­nie po­gru­bio­ną czcion­ką za­sa­dy no­wej po­li­ty­ki re­dak­cji. Wy­ja­śnił czy­tel­ni­kom, że bę­dzie, do cho­le­ry, pu­bli­ko­wał wszyst­ko, na co przyj­dzie mu ocho­ta, a je­śli bia­łej spo­łecz­no­ści się to nie po­do­ba, to prze­sta­nie po pro­stu dru­ko­wać jej ne­kro­lo­gi.

Po­nie­waż w Mis­si­si­pi od­po­wied­nie umie­ra­nie jest czę­ścią ży­cia – za­rów­no dla czar­nych, jak i bia­łych – w tej sy­tu­acji sama myśl o zło­że­niu na ma­rach bez glo­rii po­chleb­nych po­że­gnań pió­ra Spo­ta dla więk­szo­ści bia­łych była nie do znie­sie­nia. Poza tym wie­dzie­li, że jest wy­star­cza­ją­co szur­nię­ty, żeby speł­nić swo­ją groź­bę.

Na­stęp­ny nu­mer wy­peł­nia­ły ne­kro­lo­gi wszel­kie­go ro­dza­ju, czar­nych i bia­łych, wszyst­kie uło­żo­ne skru­pu­lat­nie w po­rząd­ku al­fa­be­tycz­nym, nie­po­se­gre­go­wa­ne ra­so­wo. Sprze­dał się cały na­kład, po­tem zaś na­stą­pił krót­ki okres pro­spe­ri­ty.

Ogło­szo­no, że ban­kruc­two jest przy­mu­so­we, jak­by ban­kruc­twa zwy­kle do­ty­ka­ły en­tu­zja­stycz­nie na­sta­wio­nych ochot­ni­ków. Wie­rzy­cie­lom prze­wo­dził dru­karz z Mem­phis, któ­re­mu na­le­ża­ło się sześć­dzie­siąt ty­się­cy do­la­rów. Kil­ku kre­dy­to­daw­ców nie spła­ca­no od pół roku. Sę­dzi­wy Se­cu­ri­ty Bank za­żą­dał zwro­tu po­życz­ki.

By­łem nowy, ale sły­sza­łem plot­ki. Sie­dzia­łem na biur­ku w re­dak­cji „Ti­me­sa” w po­ko­ju od uli­cy i czy­ta­łem ja­kiś ma­ga­zyn, kie­dy do środ­ka wkro­czył ka­rzeł w bu­tach ze szpi­cza­sty­mi czub­ka­mi i za­py­tał o Wil­so­na Cau­dle’a.

– Jest w domu po­grze­bo­wym – po­wie­dzia­łem.

Ka­rzeł wy­glą­dał na bar­dzo pew­ne­go sie­bie. Na bio­drze, pod wy­gnie­cio­ną gra­na­to­wą ma­ry­nar­ką, spo­strze­głem u nie­go broń no­szo­ną w taki spo­sób, by lu­dzie mo­gli ją wi­dzieć. Miał praw­do­po­dob­nie po­zwo­le­nie, ale w okrę­gu Ford nikt cze­goś ta­kie­go nie po­trze­bo­wał, w każ­dym ra­zie tak było w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych. W rze­czy­wi­sto­ści pa­trzo­no na po­zwo­le­nia ze zdzi­wie­niem.

– Mu­szę mu do­star­czyć te pa­pie­ry – po­wie­dział, wy­ma­chu­jąc ko­per­tą.

Nie by­łem w na­stro­ju do po­ma­ga­nia in­nym, ale trud­no być nie­uprzej­mym wo­bec kar­ła. Na­wet ta­kie­go z bro­nią.

– Jest w domu po­grze­bo­wym – po­wtó­rzy­łem.

– No to zo­sta­wię je u pana – oznaj­mił.

Cho­ciaż by­łem tu od nie­ca­łych dwóch mie­się­cy i choć stu­dio­wa­łem na Pół­no­cy, na­uczy­łem się tego i owe­go. Wie­dzia­łem, że do­bre wie­ści nie są lu­dziom do­rę­cza­ne ofi­cjal­nie. Wy­sy­ła się je pocz­tą, prze­sy­ła w inny spo­sób albo prze­ka­zu­je oso­bi­ście, ale nig­dy nie do­star­cza się ich przez urzę­do­we­go po­słań­ca. Te pa­pie­ry ozna­cza­ły kło­po­ty, a ja nie chcia­łem mieć z nimi nic wspól­ne­go.

– Nie we­zmę tego – po­wie­dzia­łem, spusz­cza­jąc wzrok.

Pra­wa na­tu­ry wy­ma­ga­ją, żeby kar­ły były po­tul­ny­mi, mało wo­jow­ni­czy­mi ludź­mi, i ten kur­du­pel nie sta­no­wił wy­jąt­ku. Broń no­sił dla zmył­ki. Ro­zej­rzał się po po­ko­ju z po­gar­dli­wym uśmiesz­kiem, ale wie­dział, że sy­tu­acja jest bez­na­dziej­na. Tro­chę zbyt te­atral­nym ge­stem we­pchnął ko­per­tę do kie­sze­ni i za­py­tał buń­czucz­nie:

– Gdzie jest ten dom po­grze­bo­wy?

Po­ka­za­łem mu, jak tam tra­fić, i się od­da­lił. Go­dzi­nę póź­niej na chwiej­nych no­gach wkro­czył Spot, wy­ma­chu­jąc pa­pie­ra­mi i wy­krzy­ku­jąc hi­ste­rycz­nie:

– To ko­niec! To ko­niec! – Nie prze­sta­wał za­wo­dzić, pod­czas gdy ja trzy­ma­łem w ręku wnio­sek o upa­dłość.

Mar­ga­ret Wri­ght, se­kre­tar­ka, i Har­dy, dzien­ni­karz, przy­szli z za­ple­cza i pró­bo­wa­li go po­cie­szać. On zaś sie­dział na krze­śle w twa­rzą ukry­tą w dło­niach, z łok­cia­mi opar­ty­mi na udach i pła­kał ża­ło­śnie. Prze­czy­ta­łem wnio­sek na głos, żeby po­zo­sta­li wie­dzie­li, o co cho­dzi.

Na­pi­sa­no w nim, że pan Cau­dle musi sta­wić się za ty­dzień w są­dzie w Oks­for­dzie na spo­tka­niu z wie­rzy­cie­la­mi i sę­dzią, że do­pie­ro wte­dy zo­sta­nie pod­ję­ta de­cy­zja, czy ty­go­dnik nadal bę­dzie się uka­zy­wał, pod­czas gdy syn­dyk zaj­mie się upo­rząd­ko­wa­niem wszyst­kie­go. Było dla mnie ja­sne, że Mar­ga­ret i Har­dy bar­dziej mar­twi­li się o swo­je po­sa­dy niż o za­ła­ma­ne­go pana Cau­dle’a, ale dziel­nie sta­li przy nim i po­kle­py­wa­li go po ra­mio­nach.

Kie­dy tro­chę się uspo­ko­ił, wstał, za­gryzł war­gę i oświad­czył:

– Mu­szę po­wie­dzieć mat­ce.

Po­pa­trzy­li­śmy po so­bie. Pani Emma Cau­dle wy­co­fa­ła się przed wie­lo­ma laty, a pra­ca jej sła­be­go ser­ca wy­star­cza­ła za­le­d­wie do od­wle­ka­nia po­grze­bu. Nie mia­ła po­ję­cia, ja­kie­go ko­lo­ru ga­la­ret­ką ją kar­mio­no, i w ogó­le jej to nie ob­cho­dzi­ło, a z pew­no­ścią nie za­wra­ca­ła so­bie gło­wy okrę­giem Ford i jego ga­ze­tą. Była śle­pa, głu­cha i wa­ży­ła mniej niż czter­dzie­ści ki­lo­gra­mów, ale Spot chciał oma­wiać z nią przy­mu­so­we ban­kruc­two. W tym mo­men­cie zda­łem so­bie spra­wę, że jego rów­nież już z nami nie ma.

Znów się roz­pła­kał i wy­szedł. Za sześć mie­się­cy mia­łem na­pi­sać jego ne­kro­log.

Po­nie­waż stu­dio­wa­łem i po­nie­waż to ja trzy­ma­łem w ręku do­ku­men­ty, Har­dy i Mar­ga­ret pa­trzy­li na mnie z na­dzie­ją, ocze­ku­jąc rady. By­łem dzien­ni­ka­rzem, nie praw­ni­kiem, ale po­wie­dzia­łem, że za­nio­sę te pa­pie­ry do ad­wo­ka­ta ro­dzi­ny Cau­dle’ów. Po­tem za­sto­su­je­my się do jego wska­zó­wek. Uśmiech­nę­li się sła­bo i wró­ci­li do pra­cy.

W skle­pie Qu­in­cy’s One Stop w Low­town, czar­nej dziel­ni­cy Clan­ton, ku­pi­łem w po­łu­dnie sze­ścio­pak piwa i wy­ru­szy­łem na dłu­gą prze­jażdż­kę moim spit­fi­re’em. Luty do­bie­gał koń­ca, było jed­nak bar­dzo cie­pło jak na tę porę roku, dla­te­go opu­ści­łem dach i ru­szy­łem w kie­run­ku je­zio­ra, za­sta­na­wia­jąc się nie po raz pierw­szy, co ja wła­ści­wie ro­bię w okrę­gu Ford w sta­nie Mis­si­si­pi.

***

Do­ra­sta­łem w Mem­phis i przez pięć lat stu­dio­wa­łem dzien­ni­kar­stwo w Sy­ra­cu­se, za­nim moja bab­ka za­czę­ła mieć dość pła­ce­nia za moją prze­dłu­ża­ją­cą się edu­ka­cję. Stop­nie mia­łem ta­kie so­bie i do dy­plo­mu bra­ko­wa­ło mi roku. Może pół­to­ra. Bab­cia Be­eBee mia­ła mnó­stwo pie­nię­dzy, ale nie zno­si­ła ich wy­da­wać i po pię­ciu la­tach uzna­ła, że uła­twia­nie mi star­tu zo­sta­ło już sfi­nan­so­wa­ne w wy­star­cza­ją­cym stop­niu. Kie­dy od­cię­ła mi fun­du­sze, by­łem bar­dzo roz­cza­ro­wa­ny, ale nie na­rze­ka­łem, przy­najm­niej nie w jej obec­no­ści. By­łem jej je­dy­nym wnu­kiem, a spa­dek po niej bę­dzie praw­dzi­wą roz­ko­szą.

Stu­dio­wa­nie dzien­ni­kar­stwa przy­pra­wia­ło mnie o ból gło­wy. W po­cząt­ko­wym okre­sie w Sy­ra­cu­se ma­rzy­łem, by zo­stać dzien­ni­ka­rzem śled­czym „New York Ti­me­sa” albo „Wa­shing­ton Post”. Chcia­łem zba­wiać świat, wy­cią­ga­jąc na świa­tło dzien­ne ko­rup­cję i za­nie­czysz­cze­nie śro­do­wi­ska na­tu­ral­ne­go, mar­no­tra­wie­nie pań­stwo­wych środ­ków i nie­spra­wie­dli­wość, przez któ­re cier­pie­li sła­bi i gnę­bie­ni lu­dzie. Pu­lit­ze­ry już na mnie cze­ka­ły. Mniej wię­cej po roku tak wy­gó­ro­wa­nych aspi­ra­cji obej­rza­łem film o za­gra­nicz­nym ko­re­spon­den­cie, któ­ry pę­dził po świe­cie w po­szu­ki­wa­niu wo­jen, uwo­dził pięk­ne ko­bie­ty i w ja­kiś spo­sób znaj­do­wał czas na pi­sa­nie hi­sto­rii ho­no­ro­wa­nych na­gro­da­mi. Mó­wił ośmio­ma ję­zy­ka­mi, no­sił bro­dę, woj­sko­we buty i ubra­nia kha­ki, któ­re nig­dy się nie gnio­tły. Dla­te­go po­sta­no­wi­łem, że będę wła­śnie ta­kim dzien­ni­ka­rzem. Za­pu­ści­łem bro­dę, ku­pi­łem buty i ubra­nie kha­ki, pró­bo­wa­łem uczyć się nie­miec­kie­go i pod­ry­wać co ład­niej­sze dziew­czy­ny. Na pierw­szym roku, kie­dy moje oce­ny za­czę­ły pi­ko­wać w dół, urzekł mnie po­mysł pra­cy w ga­ze­cie wy­da­wa­nej w ma­łym mia­stecz­ku. Nie po­tra­fię wy­ja­śnić tej fa­scy­na­cji, poza tym że wte­dy po­zna­łem Nic­ka Die­ne­ra i się z nim za­przy­jaź­ni­łem. Po­cho­dził z rol­ni­czej In­dia­ny i od dzie­się­cio­le­ci jego ro­dzi­na mia­ła nie­źle so­bie ra­dzą­cą lo­kal­ną ga­ze­tę. Jeź­dził ba­je­ranc­kim ma­łym alfa ro­meo i za­wsze miał mnó­stwo kasy. Zo­sta­li­śmy przy­ja­ciół­mi.

Nick był by­strym stu­den­tem, któ­ry dał­by so­bie radę na me­dy­cy­nie, pra­wie albo na po­li­tech­ni­ce. Tym­cza­sem jego je­dy­nym ce­lem był po­wrót do In­dia­ny i pro­wa­dze­nie ro­dzin­ne­go in­te­re­su. Sta­no­wi­ło to dla mnie za­gwozd­kę do cza­su, gdy któ­re­goś wie­czo­ru upi­li­śmy się i po­wie­dział mi, jak jego oj­ciec za­my­kał każ­dy rok fi­nan­so­wy ich skrom­ne­go ty­go­dni­ka, wy­da­wa­ne­go w na­kła­dzie sze­ściu ty­się­cy eg­zem­pla­rzy. To żyła zło­ta, mó­wił. Tyl­ko lo­kal­ne wia­do­mo­ści, za­wia­do­mie­nia o ślu­bach i spo­tka­niach sto­wa­rzy­szeń ko­ściel­nych, li­sty szkol­nych pry­mu­sów, spra­woz­da­nia spor­to­we, zdję­cia dru­żyn ko­szy­ków­ki, kil­ka prze­pi­sów ku­li­nar­nych, kil­ka ne­kro­lo­gów i stro­ny z ogło­sze­nia­mi. Może tro­chę po­li­ty­ki, ale z dala od wszel­kich kon­tro­wer­sji. I go­tów­ka brzę­czy w kie­sze­ni. Jego oj­ciec stał się mi­lio­ne­rem. Było to dzien­ni­kar­stwo na lu­zie, bez na­pięć, a pie­nią­dze ro­sły na drze­wach, a przy­najm­niej tak twier­dził Nick.

To do mnie prze­ma­wia­ło. Po czwar­tym roku, któ­ry po­wi­nien być ostat­ni, ale na­wet nie przy­bli­żył mnie do dy­plo­mu, spę­dzi­łem wa­ka­cje w re­dak­cji ma­łe­go ty­go­dni­ka w Ozark Mo­un­ta­ins w Ar­kan­sas. Pła­ci­li mar­ne cen­ty, ale na Be­eBee duże wra­że­nie wy­war­ło to, że ktoś mnie za­trud­nił. Co ty­dzień wy­sy­ła­łem jej ga­ze­tę, w któ­rej co naj­mniej po­ło­wa tek­stów była mo­je­go au­tor­stwa. Wła­ści­cie­lem, re­dak­to­rem na­czel­nym i wy­daw­cą był prze­uro­czy star­szy dżen­tel­men za­chwy­co­ny tym, że pra­cu­je u nie­go dzien­ni­karz, któ­ry chce pi­sać. Miał cał­kiem spo­ry ma­ją­tek.

Po pię­ciu la­tach w Sy­ra­cu­se moje oce­ny nie da­wa­ły się już po­pra­wić, a źró­dło fi­nan­so­wa­nia wy­schło. Wró­ci­łem do Mem­phis, od­wie­dzi­łem Be­eBee, po­dzię­ko­wa­łem jej za po­moc i za­pew­ni­łem, że ją ko­cham. Po­le­ci­ła mi, że­bym zna­lazł so­bie ja­kąś pra­cę.

W tym cza­sie sio­stra Wil­so­na Cau­dle’a, miesz­ka­ją­ca w Mem­phis na sku­tek splo­tu róż­nych oko­licz­no­ści, na ja­kiejś her­bat­ce po­zna­ła Be­eBee. Po kil­ku te­le­fo­nach spa­ko­wa­łem się i wy­ru­szy­łem do Clan­ton w sta­nie Mis­si­si­pi, gdzie z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kał już na mnie Spot. Po go­dzin­nym wy­py­ty­wa­niu zo­sta­wił mnie sa­mo­pas w okrę­gu Ford.

W na­stęp­nym nu­me­rze za­mie­ścił wzru­sza­ją­cą krót­ką wzmian­kę z moim zdję­ciem, w któ­rej ob­wiesz­czał roz­po­czę­cie prze­ze mnie „sta­żu” w „Ti­me­sie”. Za­ję­ła całą pierw­szą stro­nę. W tam­tych cza­sach nie­czę­sto tra­fia­ły się praw­dzi­we re­we­la­cje.

W not­ce zna­la­zły się dwa hor­ren­dal­ne błę­dy, któ­re mia­ły się za mną wlec przez lata. Pierw­szy i mniej po­waż­ny po­le­gał na stwier­dze­niu, że uni­wer­sy­tet w Sy­ra­cu­se do­łą­czył do Ivy Le­ague3, przy­najm­niej w opi­nii Spo­ta. Po­in­for­mo­wał ma­le­ją­ce gro­no czy­tel­ni­ków, że w Sy­ra­cu­se ode­bra­łem wy­kształ­ce­nie naj­lep­sze z moż­li­wych. Mi­nął mie­siąc, za­nim ktoś mi o tym po­wie­dział. Za­czy­na­łem po­dej­rze­wać, że nikt nie czy­ta tej ga­ze­ty albo, co gor­sza, ci, któ­rzy ją czy­ta­ją, są idio­ta­mi.

Dru­ga po­mył­ka zmie­ni­ła moje ży­cie. Uro­dzi­łem się jako Joy­ner Wil­liam Tray­nor. Do dwu­na­ste­go roku ży­cia za­mę­cza­łem ro­dzi­ców py­ta­nia­mi o to, z ja­kie­go po­wo­du dwo­je naj­wy­raź­niej in­te­li­gent­nych lu­dzi ob­da­ro­wa­ło swo­je nowo na­ro­dzo­ne dziec­ko imie­niem Joy­ner. W koń­cu do­wie­dzia­łem się, że jed­no z mo­ich ro­dzi­ców – a każ­de się wy­pie­ra­ło – nada­ło mi to imię, po­nie­waż mia­ło być ono ga­łąz­ką oliw­ną wy­cią­gnię­tą w stro­nę ja­kie­goś ob­ra­żo­ne­go krew­ne­go, któ­ry przy­pusz­czal­nie miał pie­nią­dze. Nig­dy tego czło­wie­ka nie po­zna­łam. Umarł spłu­ka­ny, a ja zo­sta­łem Joy­ne­rem do koń­ca ży­cia. Na uni­wer­sy­tet wstą­pi­łem jako J. Wil­liam, co, jak na osiem­na­sto­lat­ka, było ra­czej na wy­rost. Ale w erze Wiet­na­mu, za­mie­szek, bun­tu i de­mon­stra­cji do­sze­dłem do wnio­sku, że J. Wil­liam brzmi zbyt in­sty­tu­cjo­nal­nie, za bar­dzo ko­ja­rzy się z es­ta­bli­sh­men­tem. Sta­łem się więc Wil­lem.

Spot na­zy­wał mnie Wil­lia­mem, Wil­lem, Bil­lem, na­wet Bil­lym, a po­nie­waż re­ago­wa­łem na wszyst­kie te imio­na, nig­dy nie wie­dzia­łem, na jaki po­mysł może jesz­cze wpaść. W ga­ze­cie pod moim uśmiech­nię­tym zdję­ciem zna­la­zło się moje nowe imię: Wil­lie. By­łem prze­ra­żo­ny. Nig­dy nie przy­szło­by mi na­wet do gło­wy, że ktoś na­zwie mnie Wil­lie. Cho­dzi­łem do szko­ły pod­sta­wo­wej w Mem­phis, po­tem do col­le­ge’u w No­wym Jor­ku i nig­dy nie po­zna­łem ni­ko­go o imie­niu Wil­lie. Nie by­łem po­czci­wym sta­rusz­kiem. Jeź­dzi­łem trium­phem spit­fi­re’em i no­si­łem dłu­gie wło­sy.

Co mia­łem po­wie­dzieć kum­plom z brac­twa w Sy­ra­cu­se? Co mia­łem po­wie­dzieć Be­eBee?

Po ukry­wa­niu się przez dwa dni w domu ze­bra­łem się na od­wa­gę, żeby sta­nąć przed Spo­tem i do­ma­gać się, by coś zro­bił. Nie by­łem pew­ny, co mia­ło­by to być, ale w koń­cu po­peł­nił błąd, więc mógł­by go, do cho­le­ry, na­pra­wić. Wkro­czy­łem do re­dak­cji „Ti­me­sa” i wpa­dłem na Da­veya Big­mo­utha Bas­sa, re­dak­to­ra spor­to­we­go na­szej ga­ze­ty.

– Hej, to su­per­i­mię – po­wie­dział, gdy wsze­dłem za nim do jego po­ko­ju, szu­ka­jąc rady.

– Nie na­zy­wam się Wil­lie – od­par­łem.

– Te­raz już tak.

– Na imię mam Will.

– Będą cię tu uwiel­bia­li. Mą­dra­la z Pół­no­cy, z dłu­gi­mi wło­sa­mi i ma­łym im­por­to­wa­nym sa­mo­cho­dem. Cho­le­ra, lu­dzie uzna­ją, że je­steś cał­kiem w po­rząd­ku, sko­ro masz na imię Wil­lie. Po­myśl o Joe Wil­liem.

– A kto to jest Joe Wil­lie?

– Joe Wil­lie Na­math.

– Och, ten.

– No, jest Jan­ke­sem, jak ty, z Pen­syl­wa­nii albo po­dob­ne­go miej­sca, ale kie­dy tra­fił do Ala­ba­my, zmie­nił imio­na z Jo­seph Wil­liam na Joe Wil­lie. Dziew­czy­ny uga­nia­ły się za nim po ca­łym sta­nie.

Po­czu­łem się le­piej. W 1970 roku Joe Na­math był praw­do­po­dob­nie naj­sław­niej­szym spor­tow­cem w kra­ju. Po­je­cha­łem na prze­jażdż­kę i nie prze­sta­wa­łem po­wta­rzać: „Wil­lie”. Po paru ty­go­dniach to imię za­czy­na­ło do mnie przy­wie­rać. Wszy­scy na­zy­wa­li mnie Wil­lie i spra­wia­li wra­że­nie bar­dziej od­prę­żo­nych, po­nie­waż mia­łem ta­kie przy­ziem­ne imię.

Po­wie­dzia­łem Be­eBee, że to tym­cza­so­wy pseu­do­nim.

***

„Ti­mes” był bar­dzo cien­kim ty­go­dni­kiem i na­tych­miast się zo­rien­to­wa­łem, że ma kło­po­ty. Peł­ny ne­kro­lo­gów, ze zni­ko­mą daw­ką wia­do­mo­ści i re­klam. Pra­cow­ni­cy byli nie­za­do­wo­le­ni, ale cisi i lo­jal­ni. W 1970 roku nie­ła­two było zna­leźć pra­cę w okrę­gu Ford. Po ty­go­dniu sta­ło się oczy­wi­ste, na­wet dla mnie, no­wi­cju­sza, że ga­ze­ta przy­no­si stra­ty. Ne­kro­lo­gi szły za dar­mo, re­kla­my nie. Spot więk­szość cza­su spę­dzał w swo­im za­gra­co­nym ga­bi­ne­cie, uci­nał so­bie drzem­ki i wy­dzwa­niał do za­kła­dów po­grze­bo­wych. Zda­rza­ło się, że to one dzwo­ni­ły do nie­go. By­wa­ło, że już kil­ka go­dzin po wy­da­niu ostat­nie­go tchnie­nia przez wuja Wil­be­ra od­wie­dza­ła nas jego ro­dzi­na i prze­ka­zy­wa­ła dłu­gie, kwie­ci­ste, od­ręcz­nie na­pi­sa­ne wspo­mnie­nia, któ­re Spot przej­mo­wał i za­no­sił ostroż­nie na biur­ko. Za za­mknię­ty­mi drzwia­mi pi­sał, re­da­go­wał, spraw­dzał i prze­pi­sy­wał od nowa, aż uzy­ski­wał wer­sję ide­al­ną.

Po­wie­dział mi, że mam ob­słu­gi­wać cały okręg. W ga­ze­cie pra­co­wał jesz­cze jed­nen dzien­ni­karz, Bag­gy Suggs, cią­gle za­la­ny sta­ry cap, któ­ry ca­ły­mi go­dzi­na­mi krę­cił się w są­dzie po dru­giej stro­nie uli­cy, wę­sząc za plot­ka­mi i po­pi­ja­jąc bo­ur­bo­na z nie­wiel­ką grup­ką spłu­ka­nych ad­wo­ka­tów, zbyt sta­rych i zbyt pi­ja­nych, żeby pro­wa­dzić prak­ty­kę. Jak się szyb­ko prze­ko­na­łem, Bag­gy zro­bił się zbyt le­ni­wy, by się­gać do źró­deł i szu­kać cze­goś cie­ka­we­go. Pi­sał nud­ne ar­ty­ku­ły na pierw­szą stro­nę, opi­su­ją­ce po­bi­cie żony albo spór o mie­dzę.

Mar­ga­ret, miła se­kre­tar­ka, ka­to­licz­ka, rzą­dzi­ła tym miej­scem, ale była na tyle spryt­na, że po­zwa­la­ła Spo­to­wi my­śleć, iż to on jest sze­fem. Prze­kro­czy­ła pięć­dzie­siąt­kę i pra­co­wa­ła tam od dwu­dzie­stu lat. Była opo­ką, ko­twi­cą i wszyst­ko w „Ti­me­sie” krę­ci­ło się wo­kół niej. Mar­ga­ret mó­wi­ła ła­god­nym gło­sem, była pło­chli­wa, ja zaś onie­śmie­la­łem ją od pierw­sze­go dnia, bo przy­je­cha­łem z Mem­phis i przez pięć lat stu­dio­wa­łem na Pół­no­cy. Bar­dzo uwa­ża­łem, żeby nie przy­lgnę­ła do mnie pod­ro­bio­na ety­kie­ta Ivy Le­ague, a jed­no­cze­śnie chcia­łem, by wie­śnia­cy z Mis­si­si­pi wie­dzie­li o moim świet­nym wy­kształ­ce­niu.

Ona i ja sta­li­śmy się roz­plot­ko­wa­ny­mi kum­pla­mi, a po ty­go­dniu po­twier­dzi­ła to, co i tak po­dej­rze­wa­łem – że pan Cau­dle jest na­praw­dę obłą­ka­ny i że ga­ze­ta znaj­du­je się w tra­gicz­nej sy­tu­acji fi­nan­so­wej. Ale, jak po­wie­dzia­ła, Cau­dle’owie mają ro­dzin­ny ma­ją­tek!

Mia­ły mi­nąć lata, za­nim po­ją­łem, o co cho­dzi­ło.

W Mis­si­si­pi nie na­le­ża­ło my­lić ro­dzin­ne­go ma­jąt­ku z za­moż­no­ścią. Nie miał nic wspól­ne­go z go­tów­ką lub in­ny­mi do­bra­mi. Ro­dzin­ny ma­ją­tek rów­nał się sta­tu­so­wi zy­ski­wa­ne­mu przez ko­goś, kto był bia­ły, miał ja­kie­kol­wiek wy­kształ­ce­nie wy­kra­cza­ją­ce poza ma­tu­rę, uro­dził się w du­żym domu z we­ran­dą od fron­tu – naj­le­piej ta­kim, któ­ry ota­cza­ły pola ba­weł­ny lub soi, choć nie było to ob­li­ga­to­ryj­ne – i był wy­cho­wy­wa­ny tro­chę przez uko­cha­ną czar­ną słu­żą­cą o imie­niu Bes­sie albo Pe­arl, a tro­chę przez czu­łych dziad­ków, któ­rzy kie­dyś byli wła­ści­cie­la­mi przod­ków Bes­sie albo Pe­arl. Od uro­dze­nia wpa­ja­li oni po­tom­ko­wi su­ro­we za­sa­dy obo­wią­zu­ją­ce w kla­sie lu­dzi uprzy­wi­le­jo­wa­nych. Po­sia­da­ne fun­du­sze po­wier­ni­cze i zie­mia ja­koś w tym po­ma­ga­ły, ale w Mis­si­si­pi peł­no było nie­wy­pła­cal­nych ary­sto­kra­tów, któ­rzy odzie­dzi­czy­li sta­tus oso­by z ro­dzin­nym ma­jąt­kiem. Tego nie moż­na było ku­pić. Mia­ło się to z ra­cji uro­dze­nia.

Kie­dy roz­ma­wia­łem z praw­ni­kiem ro­dzi­ny Cau­dle’ów, po­in­for­mo­wał mnie dość zwięź­le o praw­dzi­wej war­to­ści ich ro­dzin­ne­go ma­jąt­ku.

– Są goli jak świę­ty tu­rec­ki – oznaj­mił, pod­czas gdy ja sie­dzia­łem na wy­tar­tym skó­rza­nym fo­te­lu i pa­trzy­łem na nie­go po­nad bla­tem wie­ko­we­go ma­ho­nio­we­go biur­ka.

Na­zy­wał się Wal­ter Sul­li­van, pra­co­wał w pre­sti­żo­wej – przy­najm­niej w okrę­gu Ford – kan­ce­la­rii Sul­li­van i O’Hara, za­trud­nia­ją­cej sied­miu ad­wo­ka­tów. Wczy­ty­wał się we wnio­sek o upa­dłość i glę­dził o Cau­dle’ach i pie­nią­dzach, któ­re kie­dyś mie­li, i o tym, jak głu­pio do­pro­wa­dzi­li do upad­ku ga­ze­tę, swe­go cza­su nie­źle pro­spe­ru­ją­cą. Byli jego klien­ta­mi od trzy­dzie­stu lat, a może dłu­żej. Kie­dy wszyst­kim za­rzą­dza­ła pani Emma, „Ti­mes” miał pięć ty­się­cy pre­nu­me­ra­to­rów i stro­ny peł­ne re­klam. W de­po­zy­cie w Se­cu­ri­ty Bank trzy­ma­ła na czar­ną go­dzi­nę pół mi­lio­na do­la­rów.

Po­tem umarł jej mąż, a ona wy­szła za miej­sco­we­go al­ko­ho­li­ka, młod­sze­go od niej o dwa­dzie­ścia lat. Kie­dy by­wał trzeź­wy, ten pół­a­nal­fa­be­ta uwa­żał się za znę­ka­ne­go po­etę i ese­istę. Pani Emma bar­dzo go ko­cha­ła i po­wie­rzy­ła mu sta­no­wi­sko współ­re­dak­to­ra, co wy­ko­rzy­stał do pi­sa­nia dłu­gich wstęp­nia­ków chłosz­czą­cych wszyst­ko, co ist­nia­ło w okrę­gu Ford. To był po­czą­tek koń­ca. Spot nie­na­wi­dził oj­czy­ma; uczu­cie to było zresz­tą od­wza­jem­nia­ne, a ich re­la­cje osią­gnę­ły apo­geum w naj­barw­niej­szej wal­ce na pię­ści w hi­sto­rii Clan­ton. Do­szło do niej na chod­ni­ku na­prze­ciw­ko re­dak­cji „Ti­me­sa”, na ryn­ku, na oczach ogrom­ne­go zdu­mio­ne­go tłu­mu. Miej­sco­wi uwa­ża­li, że tam­te­go dnia mózg Spo­ta, i tak nad­wą­tlo­ny, do­znał dal­szych uszko­dzeń. Wkrót­ce Spot prze­stał pi­sać co­kol­wiek poza tymi prze­klę­ty­mi ne­kro­lo­ga­mi.

Oj­czym uciekł z pie­niędz­mi, a pani Emma ze zła­ma­nym ser­cem sta­ła się sa­mot­nicz­ką.

– Kie­dyś to była do­bra ga­ze­ta – po­wie­dział Sul­li­van. – Ale niech pan spoj­rzy na nią te­raz. Nie­ca­łe ty­siąc dwie­ście pre­nu­me­rat, ogrom­ne za­dłu­że­nie. Ban­krut.

– Co po­sta­no­wi sąd? – za­py­ta­łem.

– Po­sta­ra się zna­leźć kup­ca.

– Kup­ca?

– Tak, ko­goś, kto ze­chce ją ku­pić. Okręg musi mieć ga­ze­tę.

Od razu po­my­śla­łem o dwóch oso­bach: Nic­ku Die­ne­rze i Be­eBee. Ro­dzi­na Nic­ka do­ro­bi­ła się ma­jąt­ku na lo­kal­nym ty­go­dni­ku. Be­eBee mia­ła mnó­stwo kasy i tyl­ko jed­ne­go uko­cha­ne­go wnu­ka. Ser­ce za­czę­ło mi wa­lić jak mło­tem, bo wy­czu­łem oka­zję.

Pan Sul­li­van przy­glą­dał mi się uważ­nie i było oczy­wi­ste, że wie, ja­kie my­śli cho­dzą mi po gło­wie.

– Da się ją ku­pić za psie pie­nią­dze – do­dał.

– Za ile? – za­py­ta­łem z uf­no­ścią dwu­dzie­sto­trzy­let­nie­go nie­opie­rzo­ne­go dzien­ni­ka­rza, któ­re­go bab­ka była upar­ta jak osioł.

– Praw­do­po­dob­nie pięć­dzie­siąt ty­się­cy. Dwa­dzie­ścia pięć dla ga­ze­ty, dwa­dzie­ścia pięć na dzia­łal­ność. Więk­szość dłu­gu zo­sta­nie umo­rzo­na z po­wo­du ban­kruc­twa, a po­tem re­ne­go­cjo­wa­na z wie­rzy­cie­la­mi, któ­rych po­moc oka­że się po­trzeb­na. – Po­chy­lił się do przo­du, opie­ra­jąc łok­cie na bla­cie biur­ka, a gę­ste siwe brwi po­ru­sza­ły się, jak­by jego umysł pra­co­wał w nad­go­dzi­nach. – To może być praw­dzi­wa ko­pal­nia zło­ta, na­praw­dę.

***

Be­eBee nig­dy nie in­we­sto­wa­ła w ko­pal­nie zło­ta, ale po trzech dniach ła­sze­nia się i na­ma­wia­nia jej wy­je­cha­łem z Mem­phis z cze­kiem na pięć­dzie­siąt ty­się­cy do­la­rów. Da­łem go panu Sul­li­va­no­wi, a on zło­żył pie­nią­dze na kon­cie de­po­zy­to­wym i wy­stą­pił do sądu z wnio­skiem o sprze­daż ga­ze­ty. Sę­dzia tak sta­ry, że po­wi­nien le­żeć obok pani Emmy Cau­dle, po­ki­wał gło­wą i na­ba­zgrał swo­je na­zwi­sko na po­sta­no­wie­niu, dzię­ki któ­re­mu sta­łem się no­wym wła­ści­cie­lem „Ford Co­un­ty Ti­me­sa”.

Żeby zy­skać ak­cep­ta­cję w okrę­gu Ford, trze­ba co naj­mniej trzech po­ko­leń. Nie­za­leż­nie od pie­nię­dzy czy po­cho­dze­nia nikt nie może za­miesz­kać tam ot tak i li­czyć na za­ufa­nie. Nad każ­dym nowo przy­by­łym wisi ciem­na chmu­ra po­dejrz­li­wo­ści i ja nie sta­no­wi­łem wy­jąt­ku. Lu­dzie są tam bar­dzo cie­pli, uprzej­mi i wspa­nia­ło­myśl­ni, a ich przy­ja­ciel­skie na­sta­wie­nie gra­ni­czy ze wścib­stwem. Idąc uli­cą, kła­nia­ją się wszyst­kim i ze wszyst­ki­mi roz­ma­wia­ją. Py­ta­ją o zdro­wie i za­pra­sza­ją każ­de­go do swo­je­go ko­ścio­ła. Śpie­szą nie­zna­jo­mym z po­mo­cą.

Ale tak na­praw­dę, je­śli nie da­rzy­li za­ufa­niem two­je­go dziad­ka, nie za­ufa­ją i to­bie.

Kie­dy ro­ze­szła się wieść, że ja, mło­dy obcy żół­to­dziób z Mem­phis, ku­pi­łem ga­ze­tę za pięć­dzie­siąt, a może na­wet za sto albo dwie­ście ty­się­cy do­la­rów, wśród człon­ków lo­kal­nej spo­łecz­no­ści za­wrza­ło od plo­tek. Mar­ga­ret in­for­mo­wa­ła mnie na bie­żą­co. Po­nie­waż nie mia­łem dziew­czy­ny czy żony, ist­nia­ła moż­li­wość, że je­stem ho­mo­sek­su­ali­stą. Po­nie­waż po­sze­dłem na uni­wer­sy­tet w Sy­ra­cu­se, praw­do­po­dob­nie by­łem ko­mu­ni­stą. Albo, co gor­sza, li­be­ra­łem. Po­nie­waż po­cho­dzi­łem z Mem­phis, mu­sia­łem mieć ja­kieś wy­wro­to­we za­pę­dy, szo­ku­ją­ce dla miesz­kań­ców okrę­gu Ford.

Nie­za­leż­nie od wszyst­kie­go przy­zna­wa­li jed­nak po ci­chu, że te­raz to ja kon­tro­lu­ję ne­kro­lo­gi. Sta­łem się kimś!

Nowy „Ti­mes” za­de­biu­to­wał osiem­na­ste­go mar­ca 1970 roku za­le­d­wie trzy ty­go­dnie po po­ja­wie­niu się kar­ła z do­ku­men­ta­mi. Ga­ze­ta była gru­ba pra­wie na dwa i pół cen­ty­me­tra i za­wie­ra­ła wię­cej zdjęć niż ja­ki­kol­wiek lo­kal­ny ty­go­dnik. Skau­ci, li­ce­al­ne dru­ży­ny ko­szy­ków­ki, to­wa­rzy­stwa ogród­ko­we, klu­by książ­ki, koła mi­ło­śni­ków her­ba­ty, gru­py bi­bli­stów, so­ft­bal­lo­we dru­ży­ny se­nio­rów, klu­by oby­wa­tel­skie. Dzie­siąt­ki zdjęć. A zmar­li byli wy­sła­wia­ni jak nig­dy przed­tem. Ne­kro­lo­gi sta­ły się krę­pu­ją­co dłu­gie. Je­stem pew­ny, że Spot był dum­ny, ale nig­dy się ze mną nie skon­tak­to­wał.

Wia­do­mo­ści do­ty­czy­ły bła­hych spraw i były opty­mi­stycz­ne. Żad­ne­go wstęp­nia­ka. Lu­dzie uwiel­bia­ją czy­tać o prze­stęp­stwach, dla­te­go w le­wym dol­nym rogu pierw­szej stro­ny umie­ści­łem dział pod na­zwą Not­ki kry­mi­nal­ne. Szczę­śli­wym tra­fem ty­dzień wcze­śniej zwę­dzo­no dwa pick-upy, a ja roz­dmu­cha­łem tę kra­dzież do roz­mia­rów ogra­bie­nia Fort Knox.

Na środ­ku pierw­szej stro­ny zna­la­zło się zdję­cie przed­sta­wia­ją­ce nową eki­pę: Mar­ga­ret, Har­dy’ego, Bag­gy’ego Sug­g­sa, mnie, na­sze­go fo­to­gra­fa Wi­leya Me­eka, Da­veya Big­mo­utha Bas­sa i Me­la­nie Do­gan, uczen­ni­cy li­ceum za­trud­nio­nej na go­dzi­ny. By­łem dum­ny ze swo­je­go per­so­ne­lu. Ty­ra­li­śmy dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę przez dzie­sięć dni, a nasz pierw­szy nu­mer oka­zał się ogrom­nym suk­ce­sem. Wy­dru­ko­wa­li­śmy pięć ty­się­cy eg­zem­pla­rzy i wszyst­kie sprze­da­li­śmy. Wy­sła­łem Be­eBee pu­dło z ty­go­dni­kiem i na niej zro­bi­ło to naj­więk­sze wra­że­nie.

Przez na­stęp­ny mie­siąc nowy „Ti­mes” po­wo­li na­bie­rał kształ­tu, pod­czas gdy ja to­czy­łem we­wnętrz­ne zma­ga­nia, ja­kim chciał­bym go wi­dzieć w przy­szło­ści. W rol­ni­czym Mis­si­si­pi zmia­ny do­ko­nu­ją się w bó­lach, dla­te­go po­sta­no­wi­łem wpro­wa­dzać je stop­nio­wo. Sta­ry ty­go­dnik zban­kru­to­wał, ale też przez pięć­dzie­siąt lat pra­wie w ogó­le się nie zmie­nił. Pi­sa­łem wię­cej wia­do­mo­ści, sprze­da­wa­łem wię­cej miej­sca pod ogło­sze­nia, za­miesz­cza­łem co­raz wię­cej zdjęć naj­róż­niej­szych grup. I cięż­ko pra­co­wa­łem nad ne­kro­lo­ga­mi.

Zo­sta­wa­nie po go­dzi­nach nig­dy mnie nie po­cią­ga­ło, ale po­nie­waż by­łem wła­ści­cie­lem, za­po­mnia­łem o ze­ga­rze. By­łem za mło­dy i zbyt za­ję­ty, żeby się bać. Mia­łem dwa­dzie­ścia trzy lata. Dzię­ki uśmie­cho­wi losu, wstrze­le­niu się w od­po­wied­ni czas i bo­ga­tej bab­ce na­gle sta­łem się wła­ści­cie­lem ty­go­dni­ka. Je­stem pew­ny, że gdy­bym się za­wa­hał i roz­wa­żył sy­tu­ację, szu­kał rady ban­kie­rów i księ­go­wych, to ktoś z nich prze­mó­wił­by mi do ro­zu­mu. Ale dwu­dzie­sto­trzy­la­tek nie zna stra­chu. Nie ma nic, więc ni­czym nie ry­zy­ku­je.

Osza­co­wa­łem, że za­nim ga­ze­ta za­cznie przy­no­sić zy­ski, mi­nie rok. Po­cząt­ko­wo do­chód rósł wol­no. A po­tem zo­sta­ła za­mor­do­wa­na Rho­da Kas­sel­law. Na­tu­ral­ne dla tego biz­ne­su wy­da­je się zwięk­sze­nie na­kła­du po bru­tal­nym prze­stęp­stwie, kie­dy lu­dzie chcą po­znać szcze­gó­ły. Ty­dzień przed jej śmier­cią sprze­da­li­śmy dwa ty­sią­ce czte­ry­sta eg­zem­pla­rzy, a ty­dzień po tej zbrod­ni pra­wie czte­ry ty­sią­ce.

Nie było to zwy­kłe mor­der­stwo.

***

Hrab­stwo Ford było spo­koj­nym miej­scem, za­miesz­ka­nym przez lu­dzi, któ­rzy albo byli chrze­ści­ja­na­mi, albo tak twier­dzi­li. Bój­ki na pię­ści zda­rza­ły się co­dzien­nie, ale bili się prze­waż­nie przed­sta­wi­cie­le niż­szych klas, krę­cą­cy się przy bud­kach z pi­wem i po­dob­nych przy­byt­kach. Raz na mie­siąc ja­kiś wie­śniak strze­lał do są­sia­da albo na przy­kład do wła­snej żony, w każ­dym ty­go­dniu w czar­nych ge­tach przy­najm­niej jed­na oso­ba zo­sta­wa­ła za­dźga­na no­żem. Jed­nak na­stęp­stwem ta­kich wy­sko­ków rzad­ko była śmierć.

By­łem wła­ści­cie­lem „Ti­me­sa” przez dzie­sięć lat, od 1970 do 1980 roku, i w tam­tym cza­sie pi­sa­li­śmy o za­le­d­wie kil­ku mor­der­stwach po­peł­nio­nych w okrę­gu. I żad­ne nie było tak bru­tal­ne, jak za­mor­do­wa­nie Rho­dy Kas­sel­law, żad­ne­go nie do­ko­na­no z taką pre­me­dy­ta­cją. Trzy­dzie­ści lat póź­niej nadal nie ma dnia, że­bym o nim nie my­ślał.

Rozdział 2

Rhoda Kas­sel­law miesz­ka­ła na osie­dlu Be­ech Hill, nie­ca­łe dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów od Clan­ton, w skrom­nym domu z sza­rej ce­gły przy wą­skiej, bru­ko­wa­nej wiej­skiej dro­dze. Grząd­ki kwia­tów od fron­tu były wy­pie­lo­ne i co­dzien­nie pod­le­wa­ne; mię­dzy nimi a dro­gą roz­cią­gał się sze­ro­ki pas traw­ni­ka, gę­ste­go i sta­ran­nie ko­szo­ne­go. Pod­jazd wy­sy­pa­no bia­łym żwi­rem. Po jego obu stro­nach le­ża­ły roz­rzu­co­ne sku­ter­ki, pił­ki i ro­wer­ki. Dwo­je ma­łych dzie­ci Rho­dy na ogół ba­wi­ło się na dwo­rze, tyl­ko cza­sa­mi prze­ry­wa­jąc za­ba­wę, by po­pa­trzeć na prze­jeż­dża­ją­cy sa­mo­chód.

Był to ład­ny, mały, wiej­ski do­mek o rzut ka­mie­niem od są­sia­dów, pań­stwa De­ece’ów. Mło­dy męż­czy­zna, któ­ry go ku­pił, zgi­nął w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym gdzieś w Tek­sa­sie, a Rho­da w wie­ku dwu­dzie­stu ośmiu lat zo­sta­ła wdo­wą.

Pie­niędz­mi z jego ubez­pie­cze­nia na ży­cie spła­ci­ła dom i sa­mo­chód. Po­zo­sta­łą kwo­tę za­in­we­sto­wa­ła, dzię­ki cze­mu mia­ła nie­wiel­kie mie­sięcz­ne do­cho­dy, po­zwa­la­ją­ce jej zo­stać w domu i zaj­mo­wać się dzieć­mi. Ca­ły­mi go­dzi­na­mi prze­by­wa­ła na świe­żym po­wie­trzu, upra­wia­ła ogró­dek wa­rzyw­ny, prze­sa­dza­ła kwia­ty, peł­ła, sy­pa­ła na grząd­ki roz­drob­nio­ną korę.

Sta­ła się od­lud­kiem. Sta­rusz­ki z Be­ech Hill uwa­ża­ły ją za wzo­ro­wą wdo­wę, sie­dzą­cą w domu, wy­glą­da­ją­cą na smut­ną, ogra­ni­cza­ją­cą wyj­ścia do oka­zjo­nal­nych wi­zyt w ko­ście­le. Szep­ta­ły mię­dzy sobą, że po­win­na po­ja­wiać się tam bar­dziej re­gu­lar­nie.

Wkrót­ce po śmier­ci męża Rho­da za­mie­rza­ła wró­cić do ro­dzi­ny w Mis­so­uri. Nie po­cho­dzi­ła z okrę­gu Ford, po­dob­nie jak jej mąż. Spro­wa­dzi­ła ich tam pra­ca. Jed­nak dom był spła­co­ny, dzie­cia­ki szczę­śli­we, są­sie­dzi mili, a jej ro­dzi­na za bar­dzo in­te­re­so­wa­ła się pie­niędz­mi, ja­kie wpa­dły jej z po­li­sy na ży­cie. Dla­te­go zo­sta­ła, wciąż my­śląc o wy­jeź­dzie, ale nig­dy nie re­ali­zu­jąc tego za­mia­ru.

Rho­da Kas­sel­law, kie­dy jej na tym za­le­ża­ło, wy­glą­da­ła pięk­nie, ale nie zda­rza­ło się to zbyt czę­sto. Jej szczu­płą, kształt­ną fi­gu­rę zwy­kle za­kry­wa­ła luź­na ba­weł­nia­na su­kien­ka albo po­wy­py­cha­na ba­ty­sto­wa bluz­ka, któ­rą lu­bi­ła wkła­dać do pra­cy w ogród­ku. Pra­wie się nie ma­lo­wa­ła, a dłu­gie ja­sne wło­sy o po­pie­la­tym od­cie­niu upi­na­ła w kok na czub­ku gło­wy. Więk­szość z tego, co ja­dła, po­cho­dzi­ło z jej eko­lo­gicz­ne­go ogród­ka, dzię­ki cze­mu wy­glą­da­ła zdro­wo.

Tak atrak­cyj­na mło­da wdo­wa w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach po­win­na być na pro­win­cji ła­ko­mym ką­skiem, ale ona stro­ni­ła od lu­dzi.

Nie­mniej po trzech la­tach ża­ło­by Rho­da za­czy­na­ła się nie­po­ko­ić. Nie ro­bi­ła się młod­sza, a czas mi­jał. Była za mło­da i za ład­na, żeby w każ­dą so­bo­tę sie­dzieć w domu i czy­tać dzie­ciom ba­jecz­ki przed snem. Gdzieś tam mu­sia­ło się coś dziać, choć na pew­no nie w Be­ech Hill.

Do opie­ki nad dzieć­mi wy­naj­mo­wa­ła mło­dą czar­ną dziew­czy­nę miesz­ka­ją­cą po są­siedz­ku i je­cha­ła na pół­noc do od­da­lo­nej o go­dzi­nę dro­gi gra­ni­cy z Ten­nes­see, gdzie, jak sły­sza­ła, dzia­ła­ło kil­ka przy­zwo­itych ba­rów i klu­bów ta­necz­nych. Li­czy­ła, że nikt jej tam nie zna. Do­brze się ba­wi­ła, tań­cząc i flir­tu­jąc, choć nig­dy nie piła i za­wsze wcze­śnie wra­ca­ła do domu. Sta­ło się to jej zwy­cza­jem, ro­bi­ła ta­kie wy­pa­dy dwa, trzy razy w mie­sią­cu.

Po­tem dżin­sy za­czę­ły być co­raz bar­dziej ob­ci­słe, ta­niec szyb­szy, a wy­pa­dy dłuż­sze. Była za­uwa­ża­na, mó­wio­no o niej w ba­rach i klu­bach wzdłuż gra­ni­cy sta­nu.

Za­nim ją za­bił, dwa razy po­je­chał za nią do domu. Był ma­rzec, cie­pły front at­mos­fe­rycz­ny przy­niósł płon­ną na­dzie­ję na wio­snę. Noc była ciem­na, bez księ­ży­ca. Mi­siek, kun­del na­le­żą­cy do ro­dzi­ny, wy­wę­szył go na­tych­miast, gdy męż­czy­zna cho­wał się za drze­wem na po­dwó­rzu z tyłu domu. Za­nim Mi­siek zo­stał uci­szo­ny na za­wsze, war­czał i szcze­kał.

Syn Rho­dy, Mi­cha­el, miał pięć lat, a cór­ka Te­re­sa trzy.

Obo­je no­si­li pi­żam­ki z ry­sun­ka­mi Di­sneya, sta­ran­nie upra­so­wa­ne, i wpa­try­wa­li się w ja­śnie­ją­ce oczy mat­ki, gdy czy­ta­ła im opo­wieść o Jo­na­szu i wie­lo­ry­bie. Opa­tu­li­ła ich koł­der­ka­mi i uca­ło­wa­ła na do­bra­noc, a kie­dy ga­si­ła świa­tło w sy­pial­ni, on do­stał się już do domu.

Go­dzi­nę póź­niej wy­łą­czy­ła te­le­wi­zor, za­mknę­ła drzwi na klucz i cze­ka­ła na Miś­ka, któ­ry się nie po­ja­wiał. Nie było w tym ni­cze­go szcze­gól­ne­go, bo czę­sto uga­niał się po le­sie za kró­li­ka­mi i wie­wiór­ka­mi i wra­cał póź­no do domu. Spał po­tem na we­ran­dzie, a o świ­cie bu­dził ją wy­ciem. W sy­pial­ni zsu­nę­ła z ra­mion luź­ną su­kien­kę, otwo­rzy­ła drzwi gar­de­ro­by i we­szła. A on cze­kał tam na nią w ciem­no­ści.

Za­szedł ją od tyłu, za­sło­nił jej usta spo­co­ną ręką i po­wie­dział:

– Mam nóż. Po­chla­stam cie­bie i two­je dzie­cia­ki. – W dru­giej ręce trzy­mał błysz­czą­ce ostrze i wy­ma­chi­wał nim przed ocza­mi Rho­dy. – Zro­zu­mia­łaś? – wy­sy­czał jej do ucha.

Drża­ła, ale uda­ło jej się ski­nąć gło­wą. Nie mo­gła zo­ba­czyć, jak wy­glą­dał. Pchnął ją na pod­ło­gę za­gra­co­nej gar­de­ro­by, twa­rzą w dół, i wy­krę­cił jej ręce do tyłu. Wziął brą­zo­wy weł­nia­ny sza­lik, któ­ry do­sta­ła od sta­rej ciot­ki, i owi­nął go cia­sno wo­kół jej gło­wy.

– Nie waż się pi­snąć – ostrzegł. – Albo po­ka­le­czę dzie­cia­ki.

Kie­dy skoń­czył za­wią­zy­wać jej oczy, zła­pał ją za wło­sy, szarp­nię­ciem po­sta­wił na nogi i za­cią­gnął do łóż­ka.

Przy­sta­wił czu­bek noża do jej pod­bród­ka i po­wie­dział:

– Nie opie­raj się. Nóż mam w po­go­to­wiu.

Roz­ciął jej majt­ki i za­czął gwał­cić.

Chciał wi­dzieć jej oczy, te pięk­ne oczy, w któ­re pa­trzył w klu­bach. I dłu­gie wło­sy. Sta­wiał jej drin­ki i dwa razy z nią tań­czył, ale kie­dy w koń­cu prze­szedł do rze­czy, od­pra­wi­ła go z kwit­kiem.

– Co po­wiesz na ta­kie ru­chy, ma­leń­ka? – mam­ro­tał na tyle gło­śno, że go sły­sza­ła.

Przez trzy go­dzi­ny zbie­rał się na od­wa­gę z po­mo­cą jac­ka da­niel­sa i te­raz był otę­pia­ły od al­ko­ho­lu. Po­ru­szał się wol­no, ni­cze­go nie przy­śpie­szał, roz­ko­szo­wał się każ­dą se­kun­dą. Mam­ro­tał coś z sa­mo­za­do­wo­le­niem praw­dzi­we­go męż­czy­zny, któ­ry bie­rze to, co chce.

Smród whi­sky i jego potu wy­wo­ły­wał u niej mdło­ści, ale za bar­dzo się bała, żeby zwy­mio­to­wać. To mo­gło­by go roz­zło­ścić, spro­wo­ko­wać do uży­cia noża. Gdy już pra­wie po­go­dzi­ła się z po­twor­no­ścią tej chwi­li, za­czę­ła my­śleć. Musi być ci­cho, żeby nie obu­dzić dzie­ci. Co on zro­bi z no­żem, gdy skoń­czy?

Jego ru­chy sta­ły się szyb­sze, a mam­ro­ta­nie gło­śniej­sze.

– Ci­cho, ma­leń­ka, bo uży­ję noża – po­wta­rzał.

Łóż­ko z ku­te­go że­la­za skrzy­pia­ło. Nie było wy­star­cza­ją­co czę­sto uży­wa­ne, po­my­ślał. Za duży ha­łas, ale się tym nie przej­mo­wał.

Trzesz­cze­nie łóż­ka obu­dzi­ło Mi­cha­ela, a on obu­dził Te­re­sę. Wy­mknę­li się z po­ko­ju i skra­da­li przez ciem­ny ko­ry­tarz, żeby spraw­dzić, co się dzie­je. Mi­cha­el otwo­rzył drzwi do sy­pial­ni mat­ki, zo­ba­czył le­żą­ce­go na niej ob­ce­go męż­czy­znę i krzyk­nął:

– Ma­mu­siu!

Męż­czy­zna za­marł na se­kun­dę, po czym od­wró­cił gwał­tow­nie gło­wę w kie­run­ku dzie­ci.

Dźwięk gło­su chłop­ca prze­ra­ził Rho­dę; po­de­rwa­ła się i za­ata­ko­wa­ła na­past­ni­ka, wa­ląc w co się dało. Jej mała pięść tra­fi­ła go w lewe oko i cios był na tyle sil­ny, że go oszo­ło­mił. Rho­da ze­rwa­ła sza­lik z gło­wy, ko­piąc męż­czy­znę obie­ma no­ga­mi. Ude­rzył ją w twarz i pró­bo­wał przy­gwoź­dzić do łóż­ka.

– Dan­ny Pad­gitt! – wrza­snę­ła, cały czas dra­piąc go i się sza­mo­cząc.

Znów ją ude­rzył.

– Ma­mu­siu! – za­wo­dził Mi­cha­el.

– Ucie­kaj­cie, dzie­ci!

– Za­mknij się! – wrza­snął Pad­gitt.

– Ucie­kaj­cie! – zdo­ła­ła krzyk­nąć jesz­cze raz.

Dzie­ci cof­nę­ły się, a po­tem rzu­ci­ły bie­giem przez ko­ry­tarz, do kuch­ni i na dwór, gdzie były już bez­piecz­ne.

Uła­mek se­kun­dy po tym, jak wy­krzy­cza­ła jego na­zwi­sko, Pad­gitt zdał so­bie spra­wę, że nie ma wyj­ścia i musi ją uci­szyć. Wziął nóż i dźgnął dwa razy, po czym stur­lał się z łóż­ka i ze­brał swo­je rze­czy.

***

De­ece’owie oglą­da­li wła­śnie noc­ny pro­gram te­le­wi­zyj­ny nada­wa­ny z Mem­phis, gdy usły­sze­li krzyk Mi­cha­ela. Aaron De­ece wy­szedł przed fron­to­we drzwi. Ma­lec miał pi­żam­kę mo­krą od potu i rosy; tak bar­dzo szczę­kał zę­ba­mi, że nie mógł mó­wić.

– On skrzyw­dził ma­mu­się! – po­wta­rzał. – On skrzyw­dził ma­mu­się!

W ciem­no­ści od­dzie­la­ją­cej oba domy De­ece spo­strzegł Te­re­sę bie­gną­cą za bra­tem. Wy­da­wa­ło się, że truch­ta w miej­scu, jak­by chcia­ła do­trzeć do nich, a jed­no­cze­śnie nie od­da­lać się od domu. Kie­dy pani De­ece wy­szła przez ga­raż i do niej po­de­szła, mała ssa­ła kciuk i nie była w sta­nie wy­po­wie­dzieć sło­wa.

Aaron De­ece po­biegł do swo­je­go po­ko­ju i zła­pał dwie strzel­by, jed­ną dla sie­bie, dru­gą dla żony. Za­pro­wa­dzi­li dzie­ci do kuch­ni – były pra­wie spa­ra­li­żo­wa­ne przez szok.

– On skrzyw­dził ma­mu­się – po­wta­rzał Mi­cha­el.

Pani De­ece obej­mo­wa­ła obo­je i za­pew­nia­ła, że wszyst­ko bę­dzie do­brze. Spoj­rza­ła na strzel­bę, któ­rą mąż po­ło­żył na sto­le.

– Zo­stań tu – po­wie­dział i wy­biegł z domu.

Nie za­szedł da­le­ko. Rho­dzie pra­wie uda­ło się do­trzeć do są­sia­dów, za­nim upa­dła na mo­krą tra­wę. Była naga i od szyi w dół ubru­dzo­na krwią. De­ece za­niósł ją na we­ran­dę i krzyk­nął do żony, żeby za­bra­ła dzie­ci na tył domu i za­mknę­ła w sy­pial­ni. Nie mógł po­zwo­lić, by zo­ba­czy­ły mat­kę w ostat­nich chwi­lach jej ży­cia.

Kie­dy kładł ją na bu­ja­nej ław­ce, Rho­da wy­szep­ta­ła:

– Dan­ny Pad­gitt. To był Dan­ny Pad­gitt.

Okrył ją ko­cem, a po­tem za­dzwo­nił po ka­ret­kę.

***

Dan­ny Pad­gitt trzy­mał się środ­ka dro­gi i pę­dził pick-upem pra­wie sto pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Był na wpół pi­ja­ny i prze­ra­żo­ny jak wszy­scy dia­bli, ale nie chciał się do tego przy­znać. Za dzie­sięć mi­nut miał być w domu, bez­piecz­ny w ma­łym kró­le­stwie swo­jej ro­dzi­ny, zna­nym jako Wy­spa Pad­git­tów.

Te małe twa­rzycz­ki wszyst­ko ze­psu­ły. Po­sta­no­wił, że po­my­śli o tym na­stęp­ne­go dnia. Upił dłu­gi łyk z pią­tej bu­tel­ki jac­ka da­niel’sa i po­czuł się le­piej.

To był kró­lik albo mały pies, albo ja­kiś inny zwie­rzak, któ­ry wy­sko­czył z po­bo­cza, a kie­dy Dan­ny spo­strzegł go ką­tem oka, za­re­ago­wał fa­tal­nie: od­ru­cho­wo wci­snął ha­mu­lec, tyl­ko na uła­mek se­kun­dy, bo nie ob­cho­dzi­ło go, co prze­je­chał, i ge­ne­ral­nie za­ba­wa w za­bi­ja­nie na dro­dze spra­wia­ła mu fraj­dę, ale za­ha­mo­wał za ostro. Tyl­ne koła zo­sta­ły za­blo­ko­wa­ne i pick-upem za­rzu­ci­ło. Za­nim to do nie­go do­tar­ło, Dan­ny zna­lazł się w po­waż­nych ta­ra­pa­tach. Od­bił kie­row­ni­cą w jed­ną stro­nę, złą, i wóz wpadł na żwi­ro­we po­bo­cze, gdzie za­czął się ob­ra­cać ni­czym sa­mo­chód wy­ści­go­wy na to­rze. Zsu­nął się do rowu, dwa razy da­cho­wał i wpadł na rząd so­sen. Gdy­by Dan­ny był trzeź­wy, pew­nie zgi­nął­by na miej­scu, ale pi­ja­kom za­wsze uda­je się wy­wi­nąć.

Wy­czoł­gał się przez roz­bi­te okno i dłuż­szą chwi­lę sie­dział opar­ty o wóz, li­cząc ska­le­cze­nia i za­sta­na­wia­jąc się nad sy­tu­acją. Na­gle noga mu ze­sztyw­nia­ła, a kie­dy wspiął się na po­bo­cze dro­gi, uświa­do­mił so­bie, że da­le­ko nie zaj­dzie. Nie było jed­nak ta­kiej po­trze­by.

Nim się zo­rien­to­wał, roz­bły­sły przed nim nie­bie­skie świa­tła. Z ra­dio­wo­zu wy­siadł za­stęp­ca sze­ry­fa i omiótł miej­sce wy­pad­ku sno­pem świa­tła z czar­nej la­tar­ki. Da­lej na dro­dze po­ja­wi­ło się wię­cej mi­ga­ją­cych świa­teł.

Funk­cjo­na­riusz zo­ba­czył krew, po­czuł whi­sky i się­gnął po kaj­dan­ki.

Rozdział 3

Rzeka Big Brown pły­nie le­ni­wie na po­łu­dnie z Ten­nes­see i po­dą­ża pro­sto ni­czym wy­ko­pa­nym ka­na­łem przez pra­wie pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów przez śro­dek okrę­gu Ty­ler w sta­nie Mis­si­si­pi. Nie­ca­łe czte­ry ki­lo­me­try przed gra­ni­cą okrę­gu Ford za­czy­na za­krę­cać, wić się i w miej­scu, gdzie opusz­cza Ty­ler, przy­po­mi­na wy­stra­szo­ne­go węża, zwi­ja­ją­ce­go się roz­pacz­li­wie i zmie­rza­ją­ce­go do­ni­kąd. Jej wody są gę­ste, mu­li­ste i le­ni­we; w więk­szej czę­ści bie­gu jest płyt­ka. Big Brown nie sły­nie ze swe­go pięk­na. Jej nie­zli­czo­ne za­krę­ty i za­ko­la zna­czą pia­sek, muł i żwir. Set­ka stru­mie­ni i ba­gnisk za­si­la ją nie­wy­czer­pa­nym za­pa­sem wol­no pły­ną­cej wody.

Jej wę­drów­ka przez okręg Ford jest krót­ka. W pół­noc­no-wschod­nim krań­cu okrę­gu ko­ry­to rze­ki two­rzy koło opa­su­ją­ce ja­kieś osiem­set hek­ta­rów, a po­tem opusz­cza okręg Ford i kie­ru­je się z po­wro­tem do Ten­nes­see. Koło jest pra­wie ide­al­ne i two­rzy nie­mal wy­spę, jed­nak na ostat­nim od­cin­ku Big Brown jak­by za­wra­ca, tak że mię­dzy brze­ga­mi po­zo­sta­je wą­ski pas zie­mi.

To koło, zna­ne jako Wy­spa Pad­git­tów, po­ro­śnię­te jest gę­stym la­sem peł­nym so­sen, eu­ka­lip­tu­sów, wią­zów i dę­bów, z ba­gna­mi i trzę­sa­wi­ska­mi, z któ­rych część łą­czy się ze sobą, choć w więk­szo­ści są od sie­bie od­dzie­lo­ne. Ży­znej wy­kar­czo­wa­nej zie­mi jest nie­wie­le. Wy­spa była źró­dłem drew­na, upra­wia­no tam tyl­ko ku­ku­ry­dzę, do nie­le­gal­ne­go pę­dze­nia whi­sky. I ma­ri­hu­anę, ale to znacz­nie póź­niej.

Wą­skim pa­sem zie­mi mię­dzy brze­ga­mi rze­ki bie­gła bru­ko­wa­na dro­ga, gi­ną­ca w gąsz­czu; po­ja­wia­ła się i zni­ka­ła, i za­wsze ktoś jej pil­no­wał. Dro­gę zbu­do­wa­ły wła­dze okrę­gu daw­no temu, ale bar­dzo nie­wie­lu po­dat­ni­ków mia­ło od­wa­gę z niej ko­rzy­stać.

Cała Wy­spa znaj­do­wa­ła się w po­sia­da­niu ro­dzi­ny Pad­git­tów od cza­sów od­bu­do­wy kra­ju po woj­nie se­ce­syj­nej, kie­dy to Ru­dolph Pad­gitt, kom­bi­na­tor z Pół­no­cy, zja­wił się tro­chę za póź­no i prze­ko­nał, że cała do­bra zie­mia jest już za­ję­ta. Szu­kał, ale nie zna­lazł ni­cze­go atrak­cyj­ne­go, i wte­dy ja­kimś cu­dem do­strzegł na ma­pie ka­wa­łek zie­mi pe­łen węży. Wy­glą­da­ła obie­cu­ją­co. Ze­brał ban­dę nowo wy­zwo­lo­nych nie­wol­ni­ków ze strzel­ba­mi i ma­cze­ta­mi i się na nią prze­bił. Nikt inny jej nie chciał.

Ru­dolph oże­nił się z miej­sco­wą dziw­ką i za­brał do wy­ci­na­nia drzew na de­ski. Po­nie­waż po woj­nie za­po­trze­bo­wa­nie na drew­no było ogrom­ne, za­czę­ło mu się do­brze po­wo­dzić. Dziw­ka oka­za­ła się bar­dzo płod­na i w nie­dłu­gim cza­sie na Wy­spie po­ja­wi­ło się stad­ko ma­łych Pad­git­tów. Je­den z jego by­łych nie­wol­ni­ków umiał pę­dzić al­ko­hol i Ru­dolph przy­stą­pił do upra­wia­nia ku­ku­ry­dzy. Nie zja­dał jej jed­nak ani nie sprze­da­wał, tyl­ko pro­du­ko­wał z niej whi­sky, któ­ra szyb­ko zy­ska­ła opi­nię jed­nej z naj­lep­szych na głę­bo­kim Po­łu­dniu.

Przez trzy­dzie­ści lat, aż do śmier­ci w 1902 roku na mar­skość wą­tro­by, pę­dził bim­ber. Do tego cza­su Wy­spę zdą­żył za­lud­nić cały klan Pad­git­tów, spraw­nie pro­du­ku­ją­cych de­ski i pę­dzą­cych nie­le­gal­nie whi­sky. W róż­nych czę­ściach Wy­spy dzia­ła­ło sześć de­sty­la­tor­ni, wszyst­kie do­brze chro­nio­ne i ukry­te, wszyst­kie wy­po­sa­żo­ne w naj­no­wo­cze­śniej­sze urzą­dze­nia.

Pad­git­to­wie sta­li się sław­ni z po­wo­du whi­sky, ale nie chcie­li roz­gło­su. Byli skry­ci i za­mknię­ci we wła­snym krę­gu, za­cie­kle bro­ni­li swo­jej pry­wat­no­ści i bali się śmier­tel­nie, że ktoś prze­nik­nie do ich ma­łe­go kró­le­stwa i po­zba­wi ich zy­sków. Ma­wia­li o so­bie, że są drwa­la­mi, po­wszech­nie wie­dzia­no, że pro­du­ku­ją de­ski i mają z tego nie­zły do­chód. Tar­tak, Pad­gitt Lum­ber Com­pa­ny, stał bli­sko rze­ki i był do­brze wi­docz­ny z dro­gi. Twier­dzi­li, że są uczci­wy­mi ludź­mi, któ­rzy pła­cą po­dat­ki i tak da­lej, po­sy­ła­li dzie­ci do pań­stwo­wych szkół.

W la­tach dwu­dzie­stych i trzy­dzie­stych, kie­dy na­sta­ła pro­hi­bi­cja i na­ród był spra­gnio­ny, Pad­git­to­wie nie na­dą­ża­li z pro­duk­cją whi­sky. Wy­sy­ła­no ją w dę­bo­wych becz­kach na dru­gi brzeg Big Brown i roz­wo­żo­no cię­ża­rów­ka­mi w górę sta­nu, na­wet do od­le­głe­go Chi­ca­go. Pa­triar­chą, pre­ze­sem, sze­fem pro­duk­cji i mar­ke­tin­gu był ską­py, za­pra­wio­ny w bo­jach we­te­ran, Clo­vis Pad­gitt, naj­star­szy syn Ru­dol­pha i dziw­ki. Od naj­młod­szych lat uczo­no go, że naj­więk­szy zysk jest wte­dy, gdy nie od­pro­wa­dza się od nie­go po­dat­ku. To była za­sa­da nu­mer je­den. Zgod­nie z cu­dow­nie pro­stą za­sa­dą nu­mer dwa, trans­ak­cji na­le­ża­ło do­ko­ny­wać wy­łącz­nie w go­tów­ce. Clo­vis prze­strze­gał tych za­sad z że­la­zną kon­se­kwen­cją, a o Pad­git­tach krą­ży­ły plot­ki, że mają wię­cej pie­nię­dzy, niż znaj­du­je się w skarb­cu sta­nu Mis­si­si­pi.

W 1938 roku przez Big Brown wy­na­ję­tą ło­dzią prze­kra­dło się trzech kon­tro­le­rów po­dat­ko­wych z za­mia­rem spraw­dze­nia źró­deł do­cho­dów sta­re­go Pad­git­ta. Ich po­ta­jem­ne wtar­gnię­cie na Wy­spę oka­za­ło się pod wie­lo­ma wzglę­da­mi po­raż­ką, nie wspo­mi­na­jąc o tym, że sam po­mysł był chy­bio­ny. Z ja­kichś po­wo­dów po­sta­no­wi­li prze­pra­wić się przez rze­kę o pół­no­cy. Po­ćwiar­to­wa­no ich i za­ko­pa­no w głę­bo­kich do­łach.

W 1943 roku do­szło w okrę­gu Ford do dziw­ne­go zda­rze­nia: sze­ry­fem zo­stał uczci­wy czło­wiek. Albo na­czel­nym sze­ry­fem, bo tak zwy­kle mó­wio­no. Na­zy­wał się Ko­on­ce Lan­trip i wca­le nie był aż tak uczci­wy, ale z pew­no­ścią do­sko­na­le ra­dził so­bie pod­czas kam­pa­nii wy­bor­czej. Obie­cy­wał, że zwal­czy ko­rup­cję, oczy­ści wła­dze okrę­gu, wy­sa­dzi z sio­dła prze­myt­ni­ków i bim­brow­ni­ków, na­wet Pad­git­tów. W prze­mó­wie­niach brzmia­ło to do­brze, i Lan­trip wy­grał ośmio­ma gło­sa­mi.

Wy­bor­cy, któ­rzy go po­par­li, cze­ka­li i cze­ka­li, aż w koń­cu sześć mie­się­cy po ob­ję­ciu urzę­du skrzyk­nął za­stęp­ców i prze­kro­czy­li Big Brown je­dy­nym mo­stem, wie­ko­wą drew­nia­ną kon­struk­cją po­sta­wio­ną przez wła­dze okrę­gu w 1915 roku na sku­tek na­le­gań Clo­vi­sa. Pad­git­to­wie ko­rzy­sta­li z nie­go spo­ra­dycz­nie wio­sną, kie­dy rze­ka przy­bie­ra­ła. Ni­ko­mu in­ne­mu nie wol­no było po nim cho­dzić.

Dwóch za­stęp­ców sze­ry­fa do­sta­ło po kul­ce w gło­wę, cia­ła Lan­tri­pa nig­dy nie od­na­le­zio­no. Zo­sta­ło zło­żo­ne na wiecz­ny spo­czy­nek na brze­gu ba­gna przez trzech Mu­rzy­nów Pad­git­ta. Po­chó­wek nad­zo­ro­wał Bu­ford, naj­star­szy syn Clo­vi­sa.

Przez całe ty­go­dnie w Mis­si­si­pi nie roz­ma­wia­no o ni­czym in­nym, tyl­ko o tej ma­sa­krze, a gu­ber­na­tor gro­ził na­wet wy­sła­niem Gwar­dii Na­ro­do­wej. Sza­la­ła jed­nak wte­dy dru­ga woj­na świa­to­wa i uwa­gę ca­łe­go kra­ju przy­ku­wał D-Day. Zresz­tą żoł­nie­rzy Gwar­dii Na­ro­do­wej była tyl­ko garst­ka, a ci, któ­rzy nada­wa­li się do wal­ki, nie mie­li żad­ne­go in­te­re­su w sztur­mo­wa­niu Wy­spy Pad­git­tów. Pla­że Nor­man­dii wy­da­wa­ły się cie­kaw­sze.

Po szla­chet­nym eks­pe­ry­men­cie z uczci­wym sze­ry­fem, ma­ją­cym stać na stra­ży pra­wa, po­czci­wi miesz­kań­cy okrę­gu Ford wy­bra­li na­stęp­ne­go ze sta­rej szko­ły. Na­zy­wał się Mac­key Don Co­ley, a jego oj­ciec był na­czel­nym sze­ry­fem jesz­cze w la­tach dwu­dzie­stych, gdy Wy­spą Pad­git­tów rzą­dził Clo­vis. On i Co­ley se­nior utrzy­my­wa­li ra­czej bli­skie sto­sun­ki i po­wszech­nie wie­dzia­no, że sze­ryf jest za­moż­nym czło­wie­kiem, bo po­zwa­lał sta­re­mu Pad­git­to­wi swo­bod­nie po­ru­szać się po okrę­gu. Kie­dy Mac­key Don zgło­sił swo­ją kan­dy­da­tu­rę, Bu­ford wy­słał mu pięć­dzie­siąt ty­się­cy do­la­rów w go­tów­ce. Mac­key Don od­niósł przy­tła­cza­ją­ce zwy­cię­stwo. Jego prze­ciw­nik twier­dził, że jest uczci­wy.

W Mis­si­si­pi pa­no­wa­ło po­wszech­ne, choć sprzecz­ne z ety­ką prze­ko­na­nie, że do­bry sze­ryf, by pil­no­wać pra­wa i po­rząd­ku, po­wi­nien być tro­chę łaj­da­kiem. Pi­jań­stwo, dziw­ki i ha­zard na­le­ża­ły do zwy­kłych ele­men­tów ży­cia i do­bry sze­ryf mu­siał do­sko­na­le się w nich orien­to­wać, żeby mieć nad nimi kon­tro­lę i chro­nić uczci­wych chrze­ści­jan. Tych złych na­wy­ków nie da­wa­ło się wy­ple­nić, dla­te­go za­da­niem na­czel­ne­go sze­ry­fa było ko­or­dy­no­wa­nie ich i pil­no­wa­nie, by grzech wy­stę­po­wał w jako tako upo­rząd­ko­wa­ny spo­sób. Od do­staw­ców nie­go­dzi­wych uciech ocze­ki­wa­no, że będą mu pła­ci­li za wy­sił­ki na tym polu. Mac­key Don Co­ley tego ocze­ki­wał. Więk­szość wy­bor­ców tego ocze­ki­wa­ła. Ża­den uczci­wy czło­wiek nie wy­żył­by z tak mar­nej pen­syj­ki. Ża­den uczci­wy czło­wiek nie po­tra­fił­by po­ru­szać się spraw­nie w mro­kach pół­świat­ka.

Przez więk­szą część stu lat, ja­kie upły­nę­ły od za­koń­cze­nia woj­ny se­ce­syj­nej, Pad­git­to­wie mie­li w kie­sze­ni sze­ry­fów okrę­gu Ford. Ku­po­wa­li ich bez że­na­dy wor­ka­mi pie­nię­dzy. Mac­key Don Co­ley – jak mó­wio­no – do­sta­wał sto ty­się­cy rocz­nie, a w la­tach wy­bo­rów tyle, ile po­trze­bo­wał. Pad­git­to­wie byli też hoj­ni dla po­li­ty­ków. Ku­po­wa­li ich po ci­chu, żeby mieć wpły­wy. Pro­si­li o nie­wie­le: chcie­li po po­stu, żeby zo­sta­wić ich w spo­ko­ju.

Po dru­giej woj­nie świa­to­wej za­po­trze­bo­wa­nie na bim­ber za­czę­ło spa­dać. Po­nie­waż do dzia­ła­nia poza pra­wem przy­ucza­no całe po­ko­le­nia Pad­git­tów, Bu­ford i ro­dzi­na za­czę­li prze­rzu­cać się na inne for­my nie­le­gal­ne­go han­dlu. Sprze­da­wa­nie de­sek było nud­ne, za­le­ża­ło od zbyt wie­lu wskaź­ni­ków ryn­ku i, co naj­waż­niej­sze, nie przy­no­si­ło sto­sów go­tów­ki, ja­kich ro­dzi­na się spo­dzie­wa­ła. Han­dlo­wa­li bro­nią, kra­dzio­ny­mi sa­mo­cho­da­mi, fał­szyw­ka­mi, ku­po­wa­li i pod­pa­la­li bu­dyn­ki, żeby zgar­nąć pie­nią­dze z ubez­pie­cze­nia. Z du­żym po­wo­dze­niem przez dwa­dzie­ścia lat pro­wa­dzi­li na gra­ni­cy okrę­gu bur­del, do­pó­ki nie spło­nął w ta­jem­ni­czych oko­licz­no­ściach w 1966 roku.

Byli po­my­sło­wy­mi i ener­gicz­ny­mi ludź­mi, bez prze­rwy kom­bi­nu­ją­cy­mi i szu­ka­ją­cy­mi oka­zji, w każ­dej chwi­li go­to­wy­mi ko­goś ob­ro­bić. Cho­dzi­ły słu­chy, cza­sa­mi uza­sad­nio­ne, że Pad­git­to­wie na­le­żą do ma­fii dzia­ła­ją­cej na Po­łu­dniu, luź­ne­go gan­gu zło­dziei zło­żo­ne­go z wie­śnia­ków, któ­rzy sza­le­li na głę­bo­kim Po­łu­dniu w la­tach sześć­dzie­sią­tych. Te plot­ki nig­dy nie zo­sta­ły po­twier­dzo­ne i praw­dę mó­wiąc, wie­le osób nie da­wa­ło im wia­ry, bo Pad­git­to­wie byli po pro­stu zbyt za­mknię­ci we wła­snym gro­nie, by do­pusz­czać ko­go­kol­wiek do swo­ich in­te­re­sów. Nie­mniej po­gło­ska krą­ży­ła upar­cie przez lata, a Pad­git­to­wie sta­li się te­ma­tem plo­tek po­wta­rza­nych w ba­rach i ka­wiar­niach przy ryn­ku w Clan­ton. Nig­dy nie uwa­ża­no ich za miej­sco­wych bo­ha­te­rów, ale na pew­no sta­li się le­gen­dar­ni.

W 1967 roku je­den z młod­szych Pad­git­tów, żeby unik­nąć woj­ska, uciekł do Ka­na­dy. Po­tem za­wę­dro­wał do Ka­li­for­nii, gdzie spró­bo­wał ma­ri­hu­any i stwier­dził, że jest w jego gu­ście. Po kil­ku mie­sią­cach hi­pi­so­wa­nia za­tę­sk­nił za do­mem i wró­cił po­ta­jem­nie na Wy­spę. Przy­wiózł dwa ki­lo­gra­my traw­ki, któ­rą po­dzie­lił się ze wszyst­ki­mi krew­ny­mi, i na nich tak­że zro­bi­ła bar­dzo do­bre wra­że­nie. Wy­ja­śnił, że resz­ta kra­ju, a szcze­gól­nie Ka­li­for­nia, pali ją jak sza­lo­na. Jak zwy­kle Mis­si­si­pi było pięć lat w tyle za no­wy­mi tren­da­mi.

Ro­śli­nę dało się ta­nio upra­wiać, a po­tem do­star­czać do miast, gdzie było na nią spo­re za­po­trze­bo­wa­nie. Jego oj­ciec, Gill Pad­gitt, wnuk Clo­vi­sa, do­strzegł w tym szan­sę i wkrót­ce pola ku­ku­ry­dzy za­mie­ni­ły się w pola ko­no­pi. Ka­wa­łek zie­mi dłu­go­ści sze­ściu­set me­trów zo­stał wy­kar­czo­wa­ny pod pas star­to­wy, a Pad­git­to­wie ku­pi­li sa­mo­lot. Po roku co­dzien­nie la­tał on na przed­mie­ścia Mem­phis i Atlan­ty, gdzie ro­dzi­na zor­ga­ni­zo­wa­ła sieć sprze­da­ży. Ku ich ra­do­ści i z ich po­mo­cą ma­ri­hu­ana sta­ła się w koń­cu po­pu­lar­na na głę­bo­kim Po­łu­dniu. Ilość pę­dzo­ne­go bim­bru znacz­nie się zmniej­szy­ła. Bur­del prze­padł. Pad­git­to­wie mie­li zna­jo­mo­ści w Mia­mi i Mek­sy­ku, więc go­tów­ka pły­nę­ła sze­ro­kim stru­mie­niem. Przez lata nikt w okrę­gu Ford nie miał po­ję­cia, że Pad­git­to­wie trud­nią się han­dlem nar­ko­ty­ka­mi. I nig­dy ich na tym nie przy­ła­pa­no. Ża­den z Pad­git­tów nie zo­stał nig­dy ska­za­ny za ja­kie­kol­wiek prze­stęp­stwo zwią­za­ne z nar­ko­ty­ka­mi.

Praw­dę mó­wiąc, ani je­den Pad­gitt nie był na­wet choć­by aresz­to­wa­ny. Przez sto lat pę­dzi­li nie­le­gal­nie al­ko­hol, kra­dli, han­dlo­wa­li bro­nią, upra­wia­li ha­zard, do­pusz­cza­li się fał­szerstw, byli strę­czy­cie­la­mi, da­wa­li ła­pów­ki, a na­wet za­bi­ja­li i pro­du­ko­wa­li nar­ko­ty­ki, i ani je­den nie sie­dział. Wy­ka­zy­wa­li się ogrom­nym spry­tem, roz­wa­gą i nie dzia­ła­li po­chop­nie.

I na­gle Dan­ny Pad­gitt, naj­młod­szy syn Gil­la, zo­stał aresz­to­wa­ny za zgwał­ce­nie i za­bi­cie Rho­dy Kas­sel­law.

Rozdział 4

Następ­ne­go dnia Aaron De­ece po­wie­dział mi, że kie­dy uznał, że Rho­da nie żyje, zo­sta­wił ją na bu­ja­nej ław­ce na we­ran­dzie. Po­szedł do ła­zien­ki, gdzie się ro­ze­brał, wziął prysz­nic i pa­trzył, jak jej krew spły­wa do otwo­ru ście­ko­we­go. Prze­brał się w ro­bo­cze ubra­nie i cze­kał na po­li­cję i ka­ret­kę. Ob­ser­wo­wał jej dom, cały czas trzy­ma­jąc na­ła­do­wa­ną strzel­bę, zbyt sko­ry, by strze­lać do wszyst­kie­go, co się po­ru­szy. Tam jed­nak nic się nie po­ru­sza­ło, nie do­cho­dził ża­den dźwięk. W od­da­li ci­cho wyły sy­re­ny.

Jego żona nie wy­pusz­cza­ła dzie­ci z sy­pial­ni na ty­łach domu, gdzie po­ło­ży­ła je do łóż­ka i okry­ła koł­drą. Mi­cha­el nie prze­sta­wał py­tać o mat­kę i o to, kim był tam­ten męż­czy­zna. Te­re­sa z ko­lei była zbyt wstrzą­śnię­ta, by po­wie­dzieć choć sło­wo. Po­ję­ki­wa­ła, ssa­ła pal­ce i trzę­sła się, jak­by było jej zim­no.

W krót­kim cza­sie Ben­ning Road oży­wi­ły czer­wo­ne i nie­bie­skie bły­ski świa­teł. Cia­ło Rho­dy, za­nim je za­bra­no, zo­sta­ło do­kład­nie sfo­to­gra­fo­wa­ne. Jej dom oto­czył kor­don po­li­cjan­tów, któ­ry­mi do­wo­dził oso­bi­ście sze­ryf Co­ley. Aaron De­ece, cią­gle ze strzel­bą w rę­kach, zło­żył ze­zna­nie śled­cze­mu, a po­tem sze­ry­fo­wi.

Nie­dłu­go po dru­giej przy­je­chał za­stęp­ca sze­ry­fa z wia­do­mo­ścią, że po­in­for­mo­wa­no o wszyst­kim le­ka­rza w mie­ście, i ten po­ra­dził, żeby przy­wieźć dzie­ci na ba­da­nie. Po­je­cha­ły na tyl­nym sie­dze­niu ra­dio­wo­zu – Mi­cha­el wcze­pio­ny w pana De­ece’a, Te­re­sa na ko­la­nach jego żony. W szpi­ta­lu po­da­no im ła­god­ne środ­ki uspo­ka­ja­ją­ce i umiesz­czo­no ra­zem w izo­lat­ce, do któ­rej pie­lę­gniar­ki przy­no­si­ły im ciast­ka i mle­ko, aż dzie­ci w koń­cu za­snę­ły. Na­za­jutrz przy­je­cha­ła ich ciot­ka z Mis­so­uri i je za­bra­ła.

***

Mój te­le­fon za­dzwo­nił kil­ka se­kund przed pół­no­cą. To był Wi­ley Meek, re­dak­cyj­ny fo­to­graf. Pod­ła­pał in­for­ma­cję o tym wy­da­rze­niu z ko­mu­ni­ka­tu po­li­cyj­ne­go na CB ra­diu i w tej chwi­li krę­cił się koło aresz­tu, za­sta­wia­jąc pu­łap­kę na po­dej­rza­ne­go. Gli­nia­rze byli wszę­dzie, jak po­wie­dział, le­d­wo pa­nu­jąc nad pod­nie­ce­niem. Po­śpiesz się, po­na­glił mnie. To może być sen­sa­cja.

W tam­tym cza­sie miesz­ka­łem nad ga­ra­żem obok roz­pa­da­ją­cej się, ale nadal wspa­nia­łej wik­to­riań­skiej re­zy­den­cji zna­nej jako dom Ho­cut­tów. Za­miesz­ki­wa­li ją pod­sta­rza­li Ho­cut­to­wie, trzy sio­stry i brat, któ­rzy na zmia­nę zaj­mo­wa­li się wy­naj­mem. Ich dwu­hek­ta­ro­wa po­sia­dłość znaj­do­wa­ła się kil­ka prze­cznic od ryn­ku Clan­ton i zo­sta­ła za­go­spo­da­ro­wa­na pra­wie przed wie­kiem za pie­nią­dze ro­dzi­ny. Po­ra­sta­ły ją drze­wa, zdzi­cza­łe kwia­ty na grząd­kach, roz­ple­nio­ne buj­nie łaty chwa­stów i żyło tam wy­star­cza­ją­co dużo zwie­rząt, żeby urzą­dzać po­lo­wa­nia. Kró­li­ki, wie­wiór­ki, skunk­sy, opo­sy, szo­py, mi­lion pta­ków, prze­ra­ża­ją­ca roz­ma­itość zie­lo­nych i czar­nych węży – wszyst­kie nie­ja­do­wi­te, jak mnie za­pew­nia­no – oraz dzie­siąt­ki ko­tów. Ale żad­nych psów. Ho­cut­to­wie nie zno­si­li psów. Każ­dy kot miał imię, a waż­nym punk­tem w mo­jej nie­pi­sa­nej umo­wie naj­mu było oka­zy­wa­nie ko­tom sza­cun­ku.

No to je sza­no­wa­łem. Czte­ro­po­ko­jo­we miesz­ka­nie było prze­stron­ne i czy­ste i kosz­to­wa­ło mnie śmiesz­ną sumę pięć­dzie­się­ciu do­la­rów mie­sięcz­nie. Je­śli chcie­li, że­bym za tę cenę sza­no­wał ich koty, nie mia­łem nic prze­ciw­ko temu.

Oj­ciec ro­dzi­ny, Mi­les Ho­cutt, był przez wie­le dzie­się­cio­le­ci eks­cen­trycz­nym le­ka­rzem w Clan­ton. Mat­ka umar­ła pod­czas po­ro­du i zgod­nie z miej­sco­wą le­gen­dą dok­tor Ho­cutt po jej śmier­ci stał się bar­dzo za­bor­czy wo­bec dzie­ci. Żeby chro­nić je przed świa­tem, spre­pa­ro­wał jed­no z naj­więk­szych kłamstw, ja­kie kie­dy­kol­wiek roz­po­wszech­nio­no w okrę­gu Ford. Wy­ja­śnił dzie­ciom, że ich ro­dzi­na od po­ko­leń do­tknię­ta jest sza­leń­stwem i dla­te­go nie po­win­ny nig­dy brać ślu­bu, bo spło­dzą od­ra­ża­ją­cą gro­mad­kę idio­tów. Dzie­ci uwiel­bia­ły go, wie­rzy­ły w każ­de jego sło­wo i praw­do­po­dob­nie już wte­dy zo­sta­ły na­ra­żo­ne na pe­wien ro­dzaj nie­zrów­no­wa­że­nia. Nig­dy nie wstą­pi­ły w związ­ki mał­żeń­skie. Kie­dy wy­naj­mo­wa­łem miesz­ka­nie, syn, Max Ho­cutt, miał osiem­dzie­siąt je­den lat, bliź­niacz­ki Wil­ma i Gil­ma po sie­dem­dzie­siąt sie­dem, a Mel­ber­ta, naj­młod­sza, mia­ła sie­dem­dzie­siąt trzy lata i zu­peł­nie po­mie­sza­ne w gło­wie.

Wy­da­je mi się, że to Gil­ma zer­ka­ła przez okno, gdy zbie­ga­łem o pół­no­cy po drew­nia­nych scho­dach. Na ostat­nim stop­niu, do­kład­nie na mo­jej dro­dze, spał ja­kiś kot, ale prze­sko­czy­łem przez nie­go z sza­cun­kiem, choć mia­łem ocho­tę po­słać go kop­nia­kiem na uli­cę.

W ga­ra­żu sta­ły dwa sa­mo­cho­dy, jed­nym z nich był mój spit­fi­re – z za­mknię­tym da­chem, żeby koty nie wła­zi­ły do środ­ka – a dru­gim dłu­gi, lśnią­cy czar­ny mer­ce­des z czer­wo­no-bia­ły­mi no­ża­mi rzeź­nic­ki­mi na­ma­lo­wa­ny­mi na drzwiach. Pod no­ża­mi znaj­do­wa­ły się nu­me­ry te­le­fo­nów wy­pi­sa­ne zie­lo­ną far­bą. Ktoś po­wie­dział kie­dyś panu Ma­xo­wi Ho­cut­to­wi, że może w ca­ło­ści od­pi­sać so­bie od po­dat­ku koszt no­we­go sa­mo­cho­du – ja­kie­go­kol­wiek sa­mo­cho­du – je­śli bę­dzie go uży­wał do pro­wa­dze­nia dzia­łal­no­ści go­spo­dar­czej i umie­ści na drzwiach coś w ro­dza­ju logo. Ku­pił więc no­we­go mer­ce­de­sa i stał się szli­fie­rzem. Mó­wił, że na­rzę­dzia wozi w ba­gaż­ni­ku.

Sa­mo­chód miał dzie­sięć lat, a na licz­ni­ku nie­ca­łe trzy­na­ście ty­się­cy ki­lo­me­trów. Oj­ciec za­szcze­pił im tak­że po­gląd, zgod­nie z któ­rym pro­wa­dze­nie sa­mo­cho­du przez ko­bie­tę jest grze­chem, dla­te­go Max stał się szo­fe­rem ro­dzi­ny.

Wy­pro­wa­dzi­łem spit­fi­re’a na żwi­ro­wy pod­jazd i po­ma­cha­łem do Gil­my spo­zie­ra­ją­cej zza za­słon­ki. Gwał­tow­nie cof­nę­ła gło­wę i zni­kła. Areszt był od­da­lo­ny o sześć prze­cznic. Tej nocy uda­ło mi się prze­spać oko­ło trzy­dzie­stu mi­nut.

Gdy przy­je­cha­łem, wła­śnie po­bie­ra­no od­ci­ski pal­ców Dan­ny’ego Pad­git­ta. Biu­ro sze­ry­fa znaj­do­wa­ło się we fron­to­wej czę­ści aresz­tu i było za­tło­czo­ne przez po­li­cjan­tów i re­zer­wę ka­dro­wą, stra­ża­ków zgła­sza­ją­cych się do po­mo­cy na ochot­ni­ka i każ­de­go, kto miał do­stęp do ja­kie­goś mun­du­ru i po­li­cyj­nej czę­sto­tli­wo­ści na CB ra­diu. Wi­ley Meek cze­kał na mnie na chod­ni­ku przed aresz­tem.

– To Dan­ny Pad­gitt! – po­wie­dział pod­eks­cy­to­wa­ny.

Za­mar­łem na se­kun­dę i pró­bo­wa­łem ze­brać my­śli.

– Kto?

– Dan­ny Pad­gitt, z Wy­spy.

Miesz­ka­łem w okrę­gu Ford od pra­wie trzech mie­się­cy i nie na­tkną­łem się na choć­by jed­ne­go Pad­git­ta. Jak zwy­kle trzy­ma­li się z boku. Ale do­cho­dzi­ły mnie róż­ne wer­sje le­gend, ja­kie o nich krą­ży­ły, a jesz­cze wię­cej mia­ło do­pie­ro po­wstać. Opo­wia­da­nie hi­sto­rii o Pad­git­tach było po­wszech­ną for­mą roz­ryw­ki w okrę­gu Ford.

– Mam kil­ka wspa­nia­łych ujęć, kie­dy wy­pro­wa­dza­li go z sa­mo­cho­du – mó­wił z prze­ję­ciem Wi­ley. – Był cały we krwi. Do­sko­na­łe zdję­cia! Dziew­czy­na nie żyje!

– Jaka dziew­czy­na?

– Ta, któ­rą za­bił. I zgwał­cił. Tak przy­najm­niej mó­wią lu­dzie.

„Dan­ny Pad­gitt”, mam­ro­ta­łem pod no­sem, w mia­rę jak ta sen­sa­cyj­na wia­do­mość za­czę­ła do mnie do­cie­rać. Wy­obra­zi­łem so­bie na­głó­wek, naj­bar­dziej śmia­ły w hi­sto­rii „Ti­me­sa”. Bied­ny sta­ry Spot nie od­wa­żył po­ry­wać się na wstrzą­sa­ją­ce hi­sto­rie. Bied­ny sta­ry Spot zban­kru­to­wał. Ja mia­łem inne pla­ny.

Prze­pchnę­li­śmy się do środ­ka i roz­glą­da­li­śmy za sze­ry­fem Co­ley­em. Pod­czas mo­je­go krót­kie­go sta­żu w „Ti­me­sie” spo­tka­łem go dwa razy – zro­bił na mnie wra­że­nie cie­płym i uprzej­mym obej­ściem. Zwra­cał się do mnie” „pro­szę pana”, do wszyst­kich zresz­tą mó­wił „pan” i „pani”, za­wsze był uśmiech­nię­ty. Peł­nił funk­cję sze­ry­fa nie­prze­rwa­nie od ma­sa­kry z 1943 roku, miał za­tem po­nad sie­dem­dzie­siąt lat. Był wy­so­ki i ko­ści­sty, bez ogrom­ne­go brzu­cha, któ­ry wy­stę­po­wał obo­wiąz­ko­wo u każ­de­go sze­ry­fa na Po­łu­dniu. Był dżen­tel­me­nem i kie­dy się z nim wi­dzia­łem, za­sta­na­wia­łem się póź­niej, ja­kim cu­dem tak miły czło­wiek może być tak sko­rum­po­wa­ny. Wy­ło­nił się z za­ple­cza z jed­nym z za­stęp­ców, aja, ćwi­cząc aser­tyw­ność, ru­szy­łem w jego stro­nę.

– Tyl­ko kil­ka py­tań, sze­ry­fie – po­wie­dzia­łem sta­now­czo. Poza mną nie było tam żad­nych in­nych dzien­ni­ka­rzy. Jego chłop­cy – peł­no­eta­to­wi i pół­e­ta­to­wi za­stęp­cy sze­ry­fa, kan­dy­da­ci do za­wo­du i ochot­ni­cy w uszy­tych w domu mun­du­rach – wszy­scy uci­chli i po­sła­li mi po­gar­dli­we uśmiesz­ki. Nadal by­łem przede wszyst­kim nowo przy­by­łym bo­ga­tym chłop­ta­siem, któ­ry w ja­kiś spo­sób prze­jął kon­tro­lę nad ich ga­ze­tą. Ob­cym, któ­ry nie ma pra­wa wdzie­rać się i za­da­wać py­tań.

Sze­ryf Co­ley uśmiech­nął się jak zwy­kle, jak­by ta­kie spo­tka­nia o pół­no­cy były na po­rząd­ku dzien­nym.

– Słu­cham pana. – Prze­cią­gał sa­mo­gło­ski, co było bar­dzo ko­ją­ce. Ten czło­wiek nie mógł­by kła­mać, praw­da?

– Co może nam pan po­wie­dzieć o mor­der­stwie?

Z rę­ka­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­si po­dał mi kil­ka fak­tów w slan­gu gli­nia­rzy.

– Bia­ła ko­bie­ta, lat trzy­dzie­ści je­den, zo­sta­ła na­pad­nię­ta we wła­snym domu przy Ben­ning Road. Zgwał­co­na, dźgnię­ta no­żem, za­mor­do­wa­na. Do­pó­ki nie po­roz­ma­wiam z jej ro­dzi­ną, nie mogę po­dać na­zwi­ska.

– Do­ko­na­li­ście aresz­to­wa­nia?

– Tak, ale w tej chwi­li nie mogę zdra­dzić szcze­gó­łów. Pro­szę dać nam kil­ka go­dzin. Śledz­two jest w toku. To wszyst­ko, pa­nie Tray­nor.

– Krą­ży plot­ka, że za­trzy­ma­li­ście Dan­ny’ego Pad­git­ta.

– Nie zaj­mu­ję się plot­ka­mi, pro­szę pana. Moja pra­ca po­le­ga na czymś in­nym. Pań­ska rów­nież.

Po­je­cha­li­śmy z Wi­ley­em do szpi­ta­la, wę­szy­li­śmy tam przez go­dzi­nę, nie do­wie­dzie­li­śmy się ni­cze­go, co moż­na by wy­dru­ko­wać, więc po­je­cha­li­śmy na miej­sce zbrod­ni.

Po­li­cjan­ci ota­cza­li dom kor­do­nem, kil­ko­ro są­sia­dów sta­ło w zbi­tej, ci­chej gro­mad­ce przy żół­tej po­li­cyj­nej ta­śmie bli­sko skrzyn­ki pocz­to­wej. Po­de­szli­śmy do nich i słu­cha­li­śmy uważ­nie, ale pra­wie ni­cze­go nie usły­sze­li­śmy. Wy­da­wa­li się zbyt oszo­ło­mie­ni, żeby roz­ma­wiać. Po kil­ku mi­nu­tach ga­pie­nia się na dom ode­szli­śmy ci­cho.

Wi­ley miał bra­tan­ka, któ­ry pra­co­wał na pół eta­tu w biu­rze sze­ry­fa. Zna­leź­li­śmy go nie­da­le­ko, pil­no­wał bo­wiem domu De­ece’ów, gdzie nadal ba­da­no we­ran­dę i ław­kę, na któ­rej Rho­da wy­da­ła ostat­nie tchnie­nie. Od­cią­gnę­li­śmy go na bok, za krza­ki mir­tu pana De­ece’a, i wszyst­ko nam po­wie­dział. Nie­ofi­cjal­nie, rzecz ja­sna, jak­by okrę­gu Ford krwa­we szcze­gó­ły moż­na było ja­kimś cu­dem utrzy­mać w ta­jem­ni­cy.

***

Przy ryn­ku w Clan­ton dzia­ła­ły trzy ka­wiar­nie, dwie dla bia­łych i jed­na dla czar­nych. Wi­ley za­pro­po­no­wał, że­by­śmy usie­dli w jed­nej z nich, za­mó­wi­li śnia­da­nie i na­sta­wi­li uszu.

Nie ja­dam śnia­dań, bo w go­dzi­nach, kie­dy się je po­da­je, zwy­kle śpię. Nie mam nic prze­ciw­ko pra­co­wa­niu do pół­no­cy, ale wolę wsta­wać, gdy słoń­ce jest już na nie­bie, i to wy­so­ko. Szyb­ko się prze­ko­na­łem, że jed­ną z za­let po­sia­da­nia ma­łej ga­ze­ty jest moż­li­wość pra­co­wa­nia do póź­na i wsta­wa­nia o ulu­bio­nej go­dzi­nie. Ar­ty­ku­ły moż­na pi­sać o do­wol­nej po­rze, pod wa­run­kiem że nie prze­kro­czy się usta­lo­ne­go ter­mi­nu. Sam Spot był zna­ny z tego, że zja­wiał się do­pie­ro przed dwu­na­stą, rzecz ja­sna po wcze­śniej­szym od­wie­dze­niu domu po­grze­bo­we­go. Po­do­ba­ły mi się jego go­dzi­ny pra­cy.

Dru­gie­go dnia mo­je­go po­by­tu w miesz­ka­niu nad ga­ra­żem Ho­cut­tów Gil­ma za­czę­ła do­bi­jać się do mo­ich drzwi o wpół do dzie­sią­tej. Do­bi­ja­ła się i do­bi­ja­ła. Przez nie­wiel­ką kuch­nię po­wlo­kłem się w koń­cu w sa­mej bie­liź­nie do drzwi i zo­ba­czy­łem, że pró­bu­je zo­ba­czyć coś przez ża­lu­zje. Oświad­czy­ła, że wła­śnie mia­ła dzwo­nić na po­li­cję. Po­zo­sta­li Ho­cut­to­wie byli na dole, krę­ci­li się po ga­ra­żu i oglą­da­li mój sa­mo­chód w prze­ko­na­niu, że po­peł­nio­no tam ja­kieś prze­stęp­stwo.

Za­py­ta­ła, co ro­bi­łem, od­po­wie­dzia­łem więc, że spa­łem, do­pó­ki ktoś nie za­czął się do­bi­jać do pie­przo­nych drzwi. Za­py­ta­ła, dla­cze­go o wpół do dzie­sią­tej w śro­dę rano jesz­cze śpię. Prze­tar­łem oczy i usi­ło­wa­łem wy­my­ślić ja­kieś do­bre uza­sad­nie­nie. Na­gle zda­łem so­bie spra­wę, że sto­ję pra­wie goły przed sie­dem­dzie­się­cio­sied­mio­let­nią dzie­wi­cą. Nie od­ry­wa­ła wzro­ku od mo­ich ud.

Wy­ja­śni­ła, że wsta­li o pią­tej. W Clan­ton nikt nie śpi do wpół do dzie­sią­tej. By­łem pi­ja­ny? Mar­twi­li się o mnie, to wszyst­ko. Za­my­ka­jąc drzwi, po­wie­dzia­łem jej, że je­stem trzeź­wy, nadal je­stem śpią­cy, dzię­ku­ję za tro­skę, ale czę­sto będę spał do dzie­wią­tej, a na­wet dłu­żej.

W knajp­ce Tea Shop­pe by­łem dwa razy: póź­nym ran­kiem na ka­wie i raz na lun­chu. Jako wła­ści­ciel ga­ze­ty uwa­ża­łem, że mu­szę się po­ka­zy­wać o roz­sąd­nej go­dzi­nie. By­łem aż do bólu świa­do­my, że w nad­cho­dzą­cych la­tach mam pi­sać o okrę­gu Ford, jego miesz­kań­cach, miej­scach i wy­da­rze­niach.

Wi­ley po­wie­dział, że wcze­snym ran­kiem ka­fej­ki będą peł­ne.

– Za­wsze tak jest po me­czach fut­bo­lo­wych albo wy­pad­kach na dro­dze – do­dał.

– A w przy­pad­ku mor­derstw? – za­py­ta­łem.

– Od bar­dzo daw­na ni­cze­go ta­kie­go nie było.

Miał ra­cję. Gdy we­szli­śmy do środ­ka o szó­stej rano, Wi­ley przy­wi­tał się z kil­ko­ma oso­ba­mi, uści­snął kil­ka dło­ni, wy­mie­nił kil­ka ob­raź­li­wych uwag. Po­cho­dził z okrę­gu Ford i znał wszyst­kich. Ja ki­wa­łem gło­wą, uśmie­cha­łem się i pod­chwy­ty­wa­łem dziw­ne spoj­rze­nia. Lu­dzie byli przy­ja­ciel­scy, ale jed­no­cze­śnie po­dejrz­li­wi wo­bec ko­goś z ze­wnątrz.

Zna­leź­li­śmy dwa wol­ne miej­sca przy kon­tu­arze. Za­mó­wi­łem kawę. I nic poza tym. Kel­ner­ce to się nie spodo­ba­ło. Dla Wi­leya sta­ła się przy­jem­niej­sza, gdy prze­my­ślał spra­wę raz jesz­cze i po­pro­sił o ja­jecz­ni­cę, wiej­ską szyn­kę, grzan­kę, ka­szę ku­ku­ry­dzia­ną i sma­żo­ne tar­te ziem­nia­ki na osob­nym ta­le­rzu – wy­star­cza­ją­co dużo cho­le­ste­ro­lu, żeby po­wa­li­ło muła.

Roz­ma­wia­no wy­łącz­nie o gwał­cie i mor­der­stwie. Je­śli dys­ku­sję mo­gła wy­wo­łać po­go­da, to ła­two so­bie wy­obra­zić, ja­kie po­ru­sze­nie za­pa­no­wa­ło po tak ohyd­nej zbrod­ni. Pad­git­to­wie sza­ro­gę­si­li się w okrę­gu od stu lat, nad­szedł czas, by po­słać ich do wię­zie­nia. Je­śli bę­dzie trze­ba, niech Gwar­dia Na­ro­do­wa oto­czy Wy­spę. Mac­key Don musi odejść, sta­now­czo za dłu­go sie­dział w ich kie­sze­ni. Wy­star­czy tyl­ko dać ban­dzie łaj­da­ków swo­bo­dę, a im za­raz się wy­da­je, że są po­nad pra­wem. A te­raz to.

O Rho­dzie mó­wio­no nie­wie­le, bo sła­bo ją zna­no. Ktoś wie­dział, że krę­ci­ła się w ba­rach na gra­ni­cy sta­nu. Ktoś twier­dził, że sy­pia­ła z miej­sco­wym ad­wo­ka­tem. Nie znał na­zwi­ska. Tyl­ko plot­ki.

W Tea Shop­pe aż wrza­ło od po­gło­sek. Ini­cja­ty­wę prze­ję­ła para krzy­ka­czy, a mnie za­sko­czy­ła ich nie­fra­so­bli­wość przy przed­sta­wia­niu wła­snej wer­sji wy­da­rzeń. Jaka szko­da, że nie mo­gli­śmy za­mie­ścić w ga­ze­cie wszyst­kich ka­pi­tal­nych plo­tek, któ­re usły­sze­li­śmy.

Rozdział 5

Ale za­mie­ści­li­śmy cał­kiem spo­ro. Na­głó­wek oznaj­miał, że Rho­da Kas­sel­law zo­sta­ła zgwał­co­na i za­mor­do­wa­na i że aresz­to­wa­no za to Dan­ny’ego Pad­git­ta. Moż­na go było prze­czy­tać z od­le­gło­ści dwu­dzie­stu me­trów przy każ­dym chod­ni­ku w oko­li­cach ryn­ku, przy któ­rym stał bu­dy­nek sądu.

Po­ni­żej zna­la­zły się dwa zdję­cia. Jed­no przed­sta­wia­ło Rho­dę jesz­cze w kla­sie ma­tu­ral­nej, dru­gie Pad­git­ta pro­wa­dzo­ne­go w kaj­dan­kach. Wi­ley za­sa­dził się na nie­go cał­kiem sku­tecz­nie. Było to do­sko­na­łe uję­cie, na któ­rym Pad­gitt uśmie­chał się po­gar­dli­wie do obiek­ty­wu. Na czo­le miał krew po wy­pad­ku, na ko­szu­li krew po na­pa­ści. Wy­glą­dał na wred­ne­go, zło­śli­we­go, bez­czel­ne­go, pi­ja­ne­go i win­ne­go jak ja­sna cho­le­ra, a ja wie­dzia­łem, że zdję­cie wy­wo­ła sen­sa­cję. Zda­niem Wi­leya le­piej by­ło­by go nie za­miesz­czać, ale mia­łem tyl­ko dwa­dzie­ścia trzy lata i by­łem zbyt mło­dy, by za­kła­dać so­bie wę­dzi­dło. Chcia­łem, żeby moi czy­tel­ni­cy zo­ba­czy­li i po­zna­li brzyd­ką praw­dę. Chcia­łem sprze­da­wać ga­ze­tę.

Fo­to­gra­fię Rho­dy do­sta­li­śmy od jej sio­stry z Mis­so­uri. Kie­dy roz­ma­wia­łem z nią przez te­le­fon po raz pierw­szy, pra­wie się nie od­zy­wa­ła i szyb­ko roz­łą­czy­ła. Za dru­gim ra­zem tro­chę zmię­kła, po­wie­dzia­ła, że le­karz obej­rzał dzie­ci, że po­grzeb od­bę­dzie się we wto­rek po po­łu­dniu w ma­łym mia­stecz­ku nie­da­le­ko Spring­field i że dla niej cały stan Mis­si­si­pi może usma­żyć się w pie­kle.

Od­po­wie­dzia­łem, że bar­dzo do­brze ją ro­zu­miem, że je­stem z Sy­ra­cu­se i na­le­żę do tych do­brych. Osta­tecz­nie zgo­dzi­ła się przy­słać mi zdję­cie.

Po­wo­łu­jąc się na ano­ni­mo­we źró­dło, opi­sa­łem ze szcze­gó­ła­mi, co wy­da­rzy­ło się mi­nio­nej so­bot­niej nocy przy Ben­ning Road. Kie­dy by­łem pew­ny ja­kie­goś fak­tu, po­da­wa­łem go. Kie­dy nie by­łem, krą­ży­łem wo­kół te­ma­tu, pi­sząc alu­zyj­nie, jaki moim zda­niem był prze­bieg zda­rzeń. Bag­gy Suggs nie pił na tyle dłu­go, że czy­tał to i re­da­go­wał. Praw­do­po­dob­nie uchro­nił nas przed pro­ce­sa­mi i za­ma­cha­mi na ży­cie.

Na dru­giej stro­nie zna­la­zła się mapa miej­sca prze­stęp­stwa i duże zdję­cie domu Rho­dy zro­bio­ne na­za­jutrz po zbrod­ni. Su­ge­ro­wa­ło, że dzie­ci były świad­ka­mi; na fo­to­gra­fii były jesz­cze ra­dio­wo­zy i żół­ta ta­śma, a tak­że ro­wer­ki i za­baw­ki Mi­cha­ela i Te­re­sy roz­rzu­co­ne na traw­ni­ku. Pod wie­lo­ma wzglę­da­mi to zdję­cie bu­dzi­ło więk­szą gro­zę, niż bu­dzi­ła­by fo­to­gra­fia sa­me­go tru­pa, gdy­bym ją miał, ale pró­bo­wa­łem opo­wie­dzieć o bru­tal­nej zbrod­ni, w któ­rą więk­szość miesz­kań­ców okrę­gu Ford nadal nie mo­gła uwie­rzyć. Jak dużo wi­dzia­ły dzie­ci? To było naj­waż­niej­sze py­ta­nie.

Nie udzie­li­łem na nie od­po­wie­dzi, ale zbli­ży­łem się do niej na tyle, na ile było to moż­li­we. Opi­sa­łem dom i to, jak był urzą­dzo­ny. Po­wo­łu­jąc się na ano­ni­mo­we­go in­for­ma­to­ra, na­pi­sa­łem, że łó­żecz­ka dzie­ci znaj­do­wa­ły się oko­ło dzie­się­ciu me­trów od sy­pial­ni mat­ki. Dzie­ci wy­bie­gły z domu przed Rho­dą, a gdy do­tar­ły do są­sia­dów, były w szo­ku, zba­dał je le­karz w Clan­ton i te­raz zo­sta­ły pod­da­ne ja­kiejś te­ra­pii w domu krew­nych w Mis­so­uri. Wi­dzia­ły bar­dzo dużo.

Czy będą ze­zna­wa­ły na pro­ce­sie? Bag­gy po­wie­dział, że nie ma ta­kiej moż­li­wo­ści, bo są po pro­stu za małe. Ale i tak pu­ści­łem w obieg to py­ta­nie, żeby dać czy­tel­ni­kom coś, o co będą mo­gli się sprze­czać i nad czym za­sta­na­wiać. Po wy­czer­pu­ją­cym prze­ana­li­zo­wa­niu moż­li­wo­ści po­ja­wie­nia się dzie­ci na sali są­do­wej pod­su­mo­wa­łem, że „eks­per­ci” są zgod­ni, iż taki sce­na­riusz wy­da­je się mało praw­do­po­dob­ny. Bag­gy bar­dzo się ucie­szył, że uzna­łem go za „eks­per­ta”.

Sta­ra­łem się, by ne­kro­log Rho­dy był bar­dzo dłu­gi, co, bio­rąc pod uwa­gę tra­dy­cję „Ti­me­sa”, nie było czymś nie­zwy­kłym.