Ostatni Raport - Józef Beck - ebook
lub
Opis

Ostatni Raport został napisany przez ostatniego ministra spraw zagranicznych RP - Józefa Becka, podczas internowania w Rumunii i stanowi absolutnie podstawowe źródło historyczne dla każdego, kto choć w minimalnym stopniu zainteresowany jest historią polskiej dyplomacji w przededniu II Wojny Światowej.

 

"(...) Czytelnik znajdzie w Ostatnim Raporcie wiele smaczków – także personalnych. Mało jest śladów  znanej antypatii Becka i Rydza-Śmigłego, ale za to wyraźnie widać, że autor nie lubił ministra Eugeniusza Kwiatkowskiego i nisko oceniał jego kompetencje. Przede wszystkim jest to jednak jedno z elementarnych źródeł odnoszących się do polskiej polityki zagranicznej dwudziestolecia międzywojennego. Warto dokładnie je przestudiować, jako że rola Józefa Becka wciąż jest żywo dyskutowana - o czym świadczą choćby debaty po wydaniu kontrowersyjnej książki Piotra Zychowicza Pakt Ribbentrop-Beck, która w popularyzatorskiej formie referowała i rozwijała tezy Cata-Mackiewicza czy prof. Pawła Wieczorkiewicza o celowości zawarcia antysowieckiego sojuszu polsko-niemieckiego. Uczestnicy sporu odwoływali się do emocji. Obrońcy Becka oburzali się na szarganie narodowych świętości, entuzjaści tez Zychowicza ignorowali fakt, że nawet zdaniem Mackiewicza taki sojusz doprowadziłby do zwasalizowania Polski. Czas emocje zastąpić argumentami – w tym sporze i w kolejnych. Lektura Ostatniego raportu wydaje się nieodzowna dla każdego, kogo te zagadnienia interesują. Ostateczna ocena polityki Becka należy do każdego z nas. Warto jednak mieć na uwadze, że zawsze miała ona na celu suwerenność, podmiotowość i niepodzielność terytorialną Polski." (Michał Gadziński)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 370

Popularność


Józef Beck
Ostatni Raport
Copyright © by Wydawnictwo Liber Electronicus 2014
ISBN: 978-83-63720-71-1
Przedmową opatrzył Michał Gadziński
Wydawnictwo: Liber Electronicus

Przedmowa

17 września 1939 o godzinie 16 ministra Józefa Becka z zamyślenia wyrwało niespodziewane przybycie do Kut nad Czeremoszem premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego w towarzystwie Naczelnego Wodza Edwarda Śmigłego-Rydza. Śmigły oświadczył, że przybywa w celu powiadomienia prezydenta Mościckiego o - jak mówił – beznadziejności sytuacji wojskowej. Twierdził, że opuszczenie granic kraju przez rząd i głowę państwa jest kwestią czasu. Militarna zapora na Dniestrze długo nie wytrzyma naporu sił sowieckich dysponujących znacznymi środkami materiałowymi – przekonywał marszałek. Opinia Becka była klarowna: „Trzeba utrzymać nasze miejsce w ramach koalicji – miejsce partnera, a nie obiektu i zerwać z ta nieszczęsną polską tradycją zaczynania za każdym razem wszystkiego od nowa”. Wydawać się mogło, że w obliczu najazdu z dwóch stron to już koniec udziału Polski w wojnie i w ogóle polskiej państwowości. Beck jak widać uważał inaczej – miał to być dopiero początek walki Polaków.

Zacytowane wyżej słowa Becka zadają niejako kłam powtarzanym z upodobaniem w czasach PRL narracjom o „sanacyjnej klice”, która doprowadziła kraj do upadku, a gdy ten nastąpił tchórzliwie salwowała się ucieczką do Rumunii. Owszem, można się zgodzić że przeznaczeniem żołnierza, także Naczelnego Wodza, jest walczyć do końca i jeśli trzeba – polec w walce. Ewakuacja władz państwowych nie była jednak żadną ucieczką. Była to po prostu próba powtórzenia tego, jak postąpił rząd belgijski w czasie I wojny światowej, który kierował sprawami państwa pozostając na wychodźstwie.

Naturalne wydaje się pytanie, czy do opisanego spotkania w Kutach musiało dojść. Czy władze państwa polskiego zrobiły wszystko, by politycznie i militarnie przygotować kraj na ewentualność konfliktu zbrojnego? Na kartach Ostatniego raportu Józef Beck, jedna z najważniejszych osobistości Polski przedwrześniowej przedstawia swoje argumenty, które czytelnik pragnący wyrobić sobie zdanie w tej kwestii powinien co najmniej rozważyć.

Józef Beck przyszedł na świat 4 X 1894 r. w Warszawie jako syn również Józefa Beka (taka właśnie pisownia), prawnika i działacza niepodległościowego i Bronisławy z domu Łuczkowskiej, wywodzącej się z rodziny unickiej. Józef mieszkał z rodziną w Rydze, we Lwowie i Limanowej. Po ukończeniu krakowskiego V Liceum Ogólnokształcącego przyszły szef polskiej dyplomacji studiował na wydziale budowy maszyn Politechniki Lwowskiej oraz w wiedeńskiej Akademii Handlu Zagranicznego.

W roku 1913 podczas pobytu w Zakopanem po raz pierwszy spotkał Józefa Piłsudskiego. Beck wstąpił do Polskiej Organizacji Wojskowej, organizował w Limanowej Drużyny Strzeleckie, zaś po wybuchu Wielkiej Wojny zasilił szeregi Legionów Polskich, w których przeszedł drogę od kanoniera do podporucznika. Karierę militarną kontynuował w Polsce niepodległej jako jeden z szefów Oddziału II Sztabu Generalnego (czyli wywiadu wojskowego), członek polskich misji wojskowych w Rumunii i na Węgrzech czy uczestnik brukselskiej konferencji poświęconej stosunkom polsko-litewskim w 1921 roku. W roku następnym został attache wojskowym we Francji, uzyskał także stopień majora. W roku 1924 powrócił do czynnej służby wojskowej, rychło otrzymując awans na stopień podpułkownika. Józef Beck poparł zamach majowy, co nie powinno dziwić w obliczu faktu, że był jednym z najbliższych współpracowników Piłsudskiego. W okresie pomajowym Beck przez cztery lata pełnił funkcję szefa Gabinetu Ministra Spraw Wojskowych (którym był Piłsudski). W tym czasie mają miejsce również ważne wydarzenia w życiu osobistym Józefa Becka. W roku 1927 rozwiódł się on ze swoją żoną Marią (z d. Słomińską, owocem tego małżeństwa był syn Andrzej), aby poślubić Jadwigę Salkowską. Ponieważ nowa wybranka również znajdowała się dotąd w związku małżeńskim, obydwoje postanowili przejść na wyznanie ewangelicko-reformowane, która to konwersja znacznie uprościła formalności.

W roku 1930 Józef Beck został wiceministrem spraw zagranicznych (funkcję szefa dyplomacji pełnił wówczas August Zaleski). Bardzo szybko staje się postacią dominującą w życiu resortu, jednak współpraca z nominalnym przełożonym układa się źle. Beck prowadzi w ministerstwie w zasadzie własną politykę kadrową. Sprawa tzw. kryzysu gdańskiego w 1932 r. (kiedy to do portu w Gdańsku wpłynął niszczyciel ORP „Wicher”, demonstracja ta miała na celu zamanifestowanie praw do polskiej obecności zbrojnej w Wolnym Mieście) prowadzona była przez Becka według wytycznych Piłsudskiego w zasadzie bez udziału Zaleskiego. Marszałek Piłsudski miał mieszane uczucia co do pracy dotychczasowego ministra. Uważał go za człowieka nazbyt uległego wobec czynników międzynarodowych. Kiedy więc Zaleski podał się (ze względu na stan zdrowia, przynajmniej takie było oficjalne wyjaśnienie) do dymisji, dnia 3 XI 1932 roku jego następcą został Józef Beck. Kierownictwo nad polską polityką zagranicznych dzierżył aż do września 1939 r.

Po niemieckim i sowieckim ataku na Polskę minister Beck, podobnie jak wielu dostojników państwowych oraz przedstawicieli kadry oficerskiej przekracza granicę z Rumunią. Rumuni zażądali podpisania deklaracji, w której rząd polski zrzekał się swoich uprawnień konstytucyjnych, politycznych i administracyjnych. Dla Becka złożenie takiego oświadczenia nie wchodziło w rachubę. Wobec odmowy uniemożliwiono ministrowi dotarcie do Bukaresztu i internowano go. Józef Beck wraz z żoną i pasierbicą przebywał kolejno w Braszowie, Bukareszcie i Dobroseti. Faktu że nie pogodził się ze swoją sytuacją dowodzi podjęta przezeń nieudana próba ucieczki. Kiedy nowy premier, gen. Władysław Sikorski zabiegał o zgodę na wyjazd do Francji dla niektórych internowanych w Rumunii sanacyjnych ministrów, August Zaleski zabiegał o udzielenie jej również swojemu dawnemu zastępcy, którego z racji stosunków między nimi nie musiał wszak wspominać ciepło. Niestety chaos spowodowany bieżącą sytuacją wojenną (rada która miała rozważyć zasadność sprowadzania Becka z Rumunii nie zdołał się nigdy zebrać) oraz wpływy przeciwników Becka w kręgach powrześniowych władz polskich (szczególnie oponował tu socjalistyczny minister pracy Jan Stańczyk) udaremniły te zabiegi. Internowany Beck zajął się spisywaniem tekstów, które weszły w skład Ostatniego raportu. Warunki, w jakich przebywał ulegały stopniowemu pogarszaniu, co przyczyniło się do tego, że zapadł na gruźlicę, która rozwijała się bardzo szybko. Józef Beck zmarł w Stanesti 5 czerwca 1944 roku. Pochowano go na bukaresztańskim cmentarzu prawosławnym (nabożeństwo odprawił węgierski pastor kalwiński) z honorami wojskowymi. W roku 1991 jego prochy sprowadzono do Polski i pochowano na Cmentarzu Powązkowskim.

Książka zatytułowana Ostatni raport składa się z trzech szkiców zatytułowanych: Preliminaria do wojny 1939 roku, Komentarze do dyplomatycznej historii wojny 1939 roku orazDwadzieścia lat polityki międzynarodowej. Fragmenty studium. Wszystkie powstały w Rumunii. Pierwszy ze szkiców Beck napisał na przełomie 1939 i 1940 w Brasovie. Tam też napisany został drugi ze szkiców, jest on zresztą chronologicznie wcześniejszy – powstał w październiku 1939 roku. Trzeci, najmniej obszerny, był przez Becka dyktowany w marcu 1943 roku w Bukareszcie. Między dwoma pierwszymi szkicami zachodzi pewna ciągłość – obydwa koncentrują się na okresie pomajowym, ze szczególnym uwzględnieniem okresu w którym Beck piastował funkcję ministra spraw zagranicznych. Ich tematem jest w przeważającej mierze polityka międzynarodowa oraz działalność autora w służbie państwowej. Trzeci szkic na pierwszy rzut oka odstaje od pozostałych – jest to niejako fragment syntezy historii dyplomatycznej dwudziestolecia międzywojennego. Włączenie go do Ostatniego raportu nie było zatem przypadkowe ani nieprzemyślane - tworzy on pewne tło, pozwalając czytelnikowi na lepszą recepcję treści zawartych w pozostałych częściach ksiązki.

W 1951 roku ukazało się tłumaczenie Ostatniego raportu na język francuski1, zaś sześć lat później książkę wydano w Nowym Jorku po angielsku2. Bardziej skomplikowana są dzieje polskich wydań dzieła Becka. Teoretycznie krajowy czytelnik mógł zapoznać się z nim już w roku 1955 – światło dzienne ujrzała wówczas publikacja zatytułowana Pamiętniki Józefa Becka3. Edycja ta pozostawiała jednak, ujmując rzecz eufemistycznie, wiele do życzenia. Nie był to tekst oryginalny, ale retranslacja z francuskiego. Ponadto nie zawierała pełnego tekstu, ale dość uznaniowo dokonany wybór fragmentów. Ja można wywnioskować z daty wydania, dodatkowo książka była opatrzona w liczne komentarze w duchu panującej wówczas ideologii komunistycznej. Ciężko zatem powiedzieć, że ideą przyświecającą jej wydaniu było zaprezentowanie czytelnikowi tekstu Ostatniego raportu – chodziło raczej o przedstawienie wydarzeń z niedawnej historii Polski oraz samej postaci Becka w ramach obowiązujących wówczas ideologicznych szablonów. Z pełnym tekstem pamiętników Becka polscy czytelnicy mogli więc zapoznać się dopiero w roku 19874. Wprawdzie ciężko powiedzieć, by autorzy tej edycji byli miłośnikami przedwojennego ministra czy też wyznawcami jego linii politycznej, ale bez wątpienia wydanie to cechuje się obiektywizmem w stopniu takim, jaki tylko był wówczas możliwy oraz profesjonalnym aparatem naukowym.

Wspomniałem oOstatnim raporcie jako o pamiętnikach Becka. Nie jest to może określenia nieprawidłowe, choć trudno uznać je za ścisłe. Wydaje mi się, że zasadnie jest zgodzić się z autorem przedmowy do wydania z 1987, prof. Marianem Wojciechowskim, i scharakteryzować konwencję książki jako raport dyplomatyczny. Wchodzące w jej skład szkice wolne są w zasadzie od charakterystycznych dla memuarystyki dygresji czy dywagacji. Nie uświadczymy także w Ostatnim raporcie jakichś szczegółowych analiz politycznych. Wydaje się, że użycie w tytule słowa raport nie jest przypadkowe. Beck jakby zdaje relację z tego, co miało miejsce i czym sam się zajmował. Minister nie samooskarża się ani nie usprawiedliwia. Nie polemizuje z oponentami swojej polityki. Nie uświadczymy również na kartach Ostatniego raportu tak powszechnego po przegranej wojnie obronnej „szukania winnych”. Na próżno szukać w książce jakiegoś syntetycznego podsumowania przez Becka swoich działań na stanowisku ministra spraw zagranicznych. Moim zdaniem doskonale koresponduje ten fakt z przytoczonymi przeze mnie na początku słowami autora Ostatniego raportu. Teksty wchodzące w skład tomu pisane były na początku II wojny światowej. Jak już pisałem, dla Becka klęska wrześniowa nie była finis Poloniae. Militarna, polityczna i dyplomatyczna walka o zachowanie zdobyczy II Rzeczypospolitej miała dopiero się rozpocząć. Józef Beck nie mógł przewidzieć, że nie dane będzie mu już wziąć w niej udziału i że dożyje swych dni na ziemi rumuńskiej.

Spojrzenie bardziej syntetyczne i większą ilość refleksji natury ogólnej zawiera studium Dwadzieścia lat polityki międzynarodowej. Beck opisuje nowy porządek światowy, jaki zapanował po zakończeniu Wielkiej Wojny, zasadniczo odmienny od przedwojennej praktyki polityki imperialnej. Opisuje ustalenia traktatu wersalskiego oraz system Ligi Narodów, wyliczając jednocześnie powody, które jego zdaniem sprawiły iż ład powersalski okazał się tak nietrwały. Zalicza do nich choćby sposób redakcji tekstu traktatowego, brak środków umożliwiających skuteczne egzekwowanie postanowień Ligi, czy też zakulisową działalność podmiotów ponadnarodowych (jak związki wolnomularskie czy Międzynarodówka Socjalistyczna), które potrafiły lobbować w Genewie za rozwiązaniami pożądanymi z ich punktu widzenia.

Czy Ostatni raport jest źródłem wiarygodnym? Wydaje mi się, że przyjęta przez Becka konwencja raportu dyplomatycznego, bez snucia szczegółowych rozważań czy występowania z obszernymi wyjaśnieniami sprawia, że mało jest tutaj miejsca na ewentualne przeinaczenia czy zafałszowania faktów. Zgodzić się musze, z prof. Wojciechowskim, że z subiektywnego punktu widzenia ministra Becka jest to książka napisana w sposób jak najbardziej rzetelny intelektualnie. Należy jednak pamiętać o obiektywnych trudnościach w analizie źródła takiego jak pamiętnik (bo z „technicznego” punktu widzenia Ostatni raport nim jest). Należy pamiętać, że autor tego typu tekstu postrzega rzeczywistość w sposób charakterystyczny dla siebie. Zapewne każdy z nas zapytany o opisanie pewnego wydarzenia zdałby relacje nieco różniące się pewnych szczegółach. Jest to oczywiście zjawisko całkowicie naturalne i nie ma najmniejszej potrzeby, by jakieś nieścisłości czy rozbieżności tłumaczyć złą wolą. Z tej strony rozbieżne wrażenia ze spotkania Piłsudskiego ze Stresemannem zawarte w pamiętnikach Becka oraz samego niemieckiego polityka nie muszą wynikać (i raczej nie wynikają) z tego, że któryś świadomie pisał nieprawdę. Do tego dochodzi jeszcze upływ czasu, który w sposób również naturalny zniekształca naszą percepcję minionych wydarzeń. A przecież Beck opisywał w Rumunii zdarzenia mające miejsce kilka lat wcześniej.

Można mówić o polityce Becka, jako o sposobie, w jaki postępował na arenie międzynarodowej, trudności pojawiają się jednak, gdy przychodzi do określenia konkretnej linii polityki Becka. Szef dyplomacji był bowiem nie tyle teoretykiem polityki zagranicznej, ile realizatorem celów wyznaczonych przez Józefa Piłsudskiego. Także po śmierci Marszałka Becka kierował się przede wszystkim wskazaniami przezeń pozostawionymi i usiłował wcielać je w życie w zmieniającej się rzeczywistości politycznej. Można więc zaryzykować określenie Józefa Becka wykonawcą politycznego testamentu Marszałka Piłsudskiego, przynajmniej jeśli chodzi o sprawy zewnętrzne. To, że Beck był przede wszystkim wykonawcą doktryny sformułowanej przez kogo innego nie oznacza, że był osobą niezdolną do samodzielnej refleksji czy też jakimś „tępym służbistą”. Wprost przeciwnie, wielokrotnie podkreślano jego walory intelektualne. W wewnętrznej notatce ambasady Stanów Zjednoczonych z 1931 r. został (jako jedyny z ok. 30 opisanych pracowników MSZ) określony jako wybitnie zdolny człowiek5. Także Piłsudski bardzo często chwalił Becka, a nieczęsto zdarzały mu się pochwały po adresem współpracowników. Józef Beck zresztą szczerze wierzył w wielkość i przenikliwość Piłsudskiego. Nieraz przytacza na stronach Ostatniego raportu trafne analizy i przewidywania Marszałka, jak choćby słowa o Austrii i Czechosłowacji jako o państwach niezdolnych w ówczesnych warunkach do samodzielnego istnienia.

Sformułowana przez Józefa Piłsudskiego, a realizowana przez Józefa Becka linia w polityce zagranicznej sprecyzowana zostaje już na pierwszych stronach Ostatniego raportu. Podstawowym jej dogmatem było przekonanie o konieczności ułożenia sobie bezpośrednich stosunków z sąsiadami. Drugim – świadomość rażącej nierównowagi w zabezpieczeniu przebiegu granic w Europie wschodniej i zachodniej wskutek układu z Locarno. Cała polityka Becka opierała się na przekonaniu o konieczności ułożenia sobie stosunków z wielkimi sąsiadami – Niemcami i Związkiem Sowieckim. Cel ten został osiągnięty w roku 1934, kiedy to podpisano deklarację o nieagresji z Niemcami oraz przedłużono okres obowiązywania analogicznej deklaracji polsko-sowieckiej. Po tym sukcesie jako aksjomat polityki polskiej przyjęto konieczność zachowania równowagi i „równej odległości” pomiędzy obydwoma sąsiednimi państwami. Nie wchodziło w grę sprzymierzenie się z jednym przeciwko drugiemu, niechętnie podchodziła też Polska do ewentualnych układów bezpieczeństwa zbiorowego z układem jednego tylko z tych państw w obawie, że zaangażowanie w nie mogłoby nadszarpnąć stosunki z drugim sąsiadem. W czasach komunistycznych nieraz budowano wizerunek Becka jako germanofila czy wręcz hitlerofila. Nie ulega wątpliwości, że jest to opinia nader krzywdzącą. Dojście ruchu narodowosocjalistycznego rzeczywiście przyjęto w Warszawie z pewnym optymizmem, ale to dlatego, że - jakkolwiek paradoksalnie by to dziś brzmiało – w Hitlerze upatrywano polityka zdolnego do udziału w poprawie stosunków niemiecko-polskich, gdyż jako Austriak z pochodzenia miał być wolny od pruskich uprzedzeń. Inna sprawa, że w Gdańsku, sytuacja w którym rodziła coraz to nowe zadrażnienia, dominującą siła stawali się właśnie naziści i o żadnej poprawie mowy nie było.

Pomny słów Marszałka, że nie sposób w nieskończoność siedzieć na dwóch stołkach, Beck starał się wzmocnić pozycję Polski poprzez sojusz z mocarstwami zachodnimi. Stosunki z Francją układały się średnio pomyślnie – polski minister i jego nadsekwańscy partnerzy zbytnio za sobą nie przepadali. Pewien wpływ miał na to zapewne również fakt, że Francja, szczególnie pod rządami lewicy, przychylnie odnosiła się do Związku Radzieckiego, zaś Polska nie chciała się z nim jednoznacznie wiązać z przyczyn wyżej opisanych. Znacznie większą sympatią darzył Beck Anglików i starał się o wzmocnienie związków z nimi. Komplikuje to trochę efektowną i dość spójną teorię (popularyzowaną przez wybitnego publicystę Stanisława Cata-Mackiewicza), że Anglicy udzielili gwarancji niepodległości tylko po to, by atak Niemiec skierować na wschód, a samemu mieć czas się dozbroić (tzw. protokół Hossbacha faktycznie wskazuje, że Hitler pierwotnie planował rozpocząć wojną od uderzenia na Zachód). Przyjęcie brytyjskich gwarancji nie było wejściem w pułapkę zastawioną przez perfidny Albion, ale realizacją jednego z wyznaczonych sobie przez politykę polską celów.

Nie jest moim celem apoteoza Józefa Becka. Wiele aspektów jego polityki zasługuje co najmniej na dyskusję. Minister nieraz krytykował Włochy jako swego rodzaju mocarstwego nuworysza próbującym agresywną polityką nadrobić braki w zamorskiej ekspansji, w której w przeciwieństwie do innych państw nie mogły wziąć udziału. Nie chciał, by Polska była takim nuworyszem i stąd był sceptyczny np. wobec działalności Ligi Morskiej i Kolonialnej. Ale czy zajęcie Zaolzia nie było tu przejawem niekonsekwencji, właśnie takim „nadrabianiem strat” (zupełnie abstrahuję tu od kwestii wyrównania krzywd)? W końcu nawet Brytyjczycy (uznając polskie pretensje do rzeczonego obszaru) odradzali ów krok, wskazując na ryzyko powstania wrażenia współpracy z Niemcami w rozbiorze Czechosłowacji. Wrażenie takie istotnie w Europie powstało, choć z wielu powodów (zajęcie Bohumina, na który chrapkę miał Hitler) przekonanie o skoordynowaniu działań z III Rzeszą jest dość kuriozalne.

Czytelnik znajdzie w Ostatnim raporcie wiele, nieraz trudnych do wyłowienia z uwagi na „sprawozdawczy” charakter źródła, smaczków – także personalnych. Mało jest śladów znanej antypatii Becka i Rydza-Śmigłego, ale za to wyraźnie widać, że autor nie lubił ministra Eugeniusza Kwiatkowskiego i nisko oceniał jego kompetencje. Przede wszystkim jest to jednak jedno z elementarnych źródeł odnoszących się do polskiej polityki zagranicznej dwudziestolecia międzywojennego. Warto dokładnie je przestudiować, jako że rola Józefa Becka wciąż jest żywo dyskutowana - o czym świadczą choćby debaty po wydaniu kontrowersyjnej książki Piotra Zychowicza Pakt Ribbentrop-Beck, która w popularyzatorskiej formie referowała i rozwijała tezy Cata-Mackiewicza czy prof. Pawła Wieczorkiewicza o celowości zawarcia antysowieckiego sojuszu polsko-niemieckiego. Uczestnicy sporu odwoływali się do emocji. Obrońcy Becka oburzali się na szarganie narodowych świętości, entuzjaści tez Zychowicza ignorowali fakt, że nawet zdaniem Mackiewicza taki sojusz doprowadziłby do zwasalizowania Polski. Czas emocje zastąpić argumentami – w tym sporze i w kolejnych. Lektura Ostatniego raportu wydaje się nieodzowna dla każdego, kogo te zagadnienia interesują. Ostateczna ocena polityki Becka należy do każdego z nas. Warto jednak mieć na uwadze, że zawsze miała ona na celu suwerenność, podmiotowość i niepodzielność terytorialną Polski.

Michał Gadziński

Redaktor portalu Histmag.org

Przypisy

J. Beck, Dernier rapport.Politique polonaise 1926-1939, Neuchatel 1951.↩

J. Beck, Final Report, New York 1957.↩

Pamiętniki Józefa Becka (Wybór), tłum. A. Ewert, Warszawa 1955.↩

J. Beck, Ostatni raport, Warszawa 1987.↩

P. Wandycz, Polityka a zagranica, Paryż 1986, s. 284.↩

Preliminaria do wojny 1939 roku

Kompletne studium wszystkich czynników, które spowodowały powstanie po dwudziestu zaledwie latach wielkiego konfliktu europejskiego, należy właściwie zacząć od końca poprzedniego konfliktu, a w szczególności od analizy sposobu, w jaki chciano po 1918 r. skonstruować i utrzymać pokój.

Traktaty pokojowe, zawierane po wojnie r. 1914—1918, nosiły w sobie niewątpliwie zarodki przyszłego kryzysu, a ich stosowanie i sposób ich stopniowej likwidacji wykazywały dużą bezradność ze strony tych czynników, którym na utrzymaniu pokoju zależało. Na razie ograniczam się jednak do tematu węższego, tj. do zjawisk, które powstały z chwilą, gdy zaczęła się już wyraźnie kruszyć pewna automatyczna stabilizacja stosunków europejskich, której poszukiwano w naradach genewskich, na forum Ligi Narodów, a reakcja polityki polskiej na te zjawiska została umożliwiona przez jednolite i trwałe kierownictwa naszych spraw państwowych.

1926—1932

W niedługim czasie po przewrocie majowym, jeszcze w okresie pierwszych prac organizacyjnych Marszałka Piłsudskiego — za czasów urzędowania w nie istniejących już narożnych domkach na Królewskiej 2 — Marszałek w ten sposób określił swoje zamiary co do sytuacji międzynarodowej i prac MSZ na najbliższy okres: „Wszelkie obliczenia wskazują, że przynajmniej przez pięć najbliższych lat nie powinny się w Europie dokonać istotne zmiany, które by angażowały głęboko nasze Państwo. Jest trochę czasu na pracę wojskową i wewnętrzną. Nie ma pola do za wielkich inicjatyw z naszej strony — p. Zaleski, którego powołuję na kierownictwo MSZ, jest odpowiedni, bo jest zadowolony, jak nie musi wiele robić.“1

Poza tą ogólną konsyderacją zależało jednak Marszałkowi, ażeby fakt przewrotu wewnętrznego dokonanego w Polsce nie był na zewnątrz interpretowany jako podstawa do gwałtownej czy awanturniczej polityki zagranicznej. Marszałek miał na uwadze z jednej strony wiecznie podejrzliwą Rosję, jak też legendę „awanturniczości“ stwarzaną około jego nazwiska na Zachodzie przez polskich przeciwników politycznych przede wszystkim.

Wywiad udzielony p. Sauerweinowi w Warszawie (videPismaMarszałka) był pierwszym akcentem wyjaśniającym jego zamiary.2

Wyjazd Marszałka na sesję Rady Ligi do Genewy rozpatrującą sprawę stosunków polsko-litewskich był w moim przekonaniu niezależny od żywego zawsze zainteresowania Litwą, właśnie chęcią stworzenia spokojnej zewnętrznej atmosfery około państwa oraz próbą głębszego osobistego sondażu polityki europejskiej.3

Przypominam sobie, że Marszałek, który polecił mi towarzyszyć sobie i zorganizować całą podróż, wspomniał mi z uśmiechem: „Moja Pani (Marszałkowa) namawia mnie do odegrania jakiejś większej roli w prowadzeniu tej tam Ligi, różni ją pewnie do tego skłonili, ale to jest zawracanie głowy. Primo, dlatego że dość jest kłopotów z prowadzeniem spraw własnego państwa, a secundo, że ta cała Liga prawdziwych większych napięć nie wytrzyma.“

Przebieg sesji Rady, akcji Marszałka i jego wystąpienia są już dość obszernie naświetlone. Tutaj chciałbym podkreślić jeden rozdział, tj. rozmowy ze Stresemannem, przy których byłem częściowo obecny.4 Punktem wyjścia Marszałka w tych rozmowach było twierdzenie: „Stosunki polsko-niemieckie są od dziewięciu lat stale złe, przy czym Niemcy prowadzą politykę napastliwą. Bilans tych lat wskazuje, że Polska na tym mimo wszystko nic nie straciła, a Niemcy nie tylko nie zarobiły, ale szkodzą sobie na forum międzynarodowym. Czy warto kontynuować taki stan rzeczy?“

Marszałek miał w Genewie świeży dowód dla swego twierdzenia w sposobie traktowania Stresemanna mimo wszystko jako kogoś w rodzaju przestępcy, nawet przez tak ugodowego człowieka, jak Briand, oraz w fakcie, że Stresemann zżymał się wyraźnie na swoją rolę i czuł się w Genewie w złej skórze. Stresemann nie próbował nawet zaprzeczyć słuszności tezy Marszałka. Za całą odpowiedź, nie licząc drobnych argumentów bez znaczenia, skonstatował, że jest to na pewno słuszne, ale rozłożył przy tym ręce z gestem bezsilności, dodając, że jeśli się z taką myślą wystąpi w Berlinie, to wezmą ją w ręce„die Geheimräte—und wissen Sie, Herr Marschall, die Geheimräte...“5

Spokojne określenie polskiej polityki zagranicznej udało się przez podróż genewską niewątpliwie w znacznym stopniu, natomiast próba odprężenia między Warszawą a Berlinem nie miała żadnych godnych uwagi następstw, poza stałymi wysiłkami wybitnego posła niemieckiego w Warszawie p. Rauschera, człowieka o szerokich horyzontach myślenia i niewątpliwie dobrych intencjach.

Pragnę tu z góry dodać, że dopatruję się w tej próbie Marszałka w stosunku do Niemiec dwóch zasadniczych elementów:

1) Marszałek zawsze twierdził, że umiejętność bezpośredniego ułożenia stosunków z sąsiadami jest dla każdego państwa rzeczą szczególnie cenną, gdyż daje prawdziwą swobodę regulowania wszystkich innych stosunków międzynarodowych i daje większą niezależność polityki.

2) Za szczególnie zły i niebezpieczny w swej koncepcji na przyszłość układ międzynarodowy uważał Marszałek Locarno. W układzie tym stworzono bowiem legalną formę dla utrwalenia niebezpiecznego braku równowagi między Zachodem i Wschodem Europy. Nie było dość ostrych słów, których by Marszałek w stosunku do tego traktatu nie używał, i dość wielkiej troski, ażeby ten brak równowagi wyrównać.

W ciągu całej mojej pracy politycznej miałem te konsyderacje zawsze na uwadze.

W stosunku do drugiego dużego sąsiada bezpośrednio po 1926 roku Marszałek dążył do usuwania drobnych codziennych tarć i załatwiania spraw praktycznych — nie przypuszczając, ażeby odprężenie w większym stylu było w owym czasie możliwe. Wysyłając ambasadora Patka do Moskwy, pragnął tam mieć człowieka, który jako dawny wybitny obrońca polityczny cieszył się szacunkiem także w rosyjskich kołach rewolucyjnych, z których rekrutowały się wówczas prawie wyłącznie kadry reżimu sowieckiego.6 Natomiast kiedy p. Patek w czasie jednego ze swych referatów po przyjeździe z Moskwy zakonkludował: „Staram się nie rozpraszać na drobne kłótnie, dążąc do wyrównania generalnego“ — Marszałek przerwał mu z uśmiechem: „A to ciekawe, bo ja bym robił wprost przeciwnie.“7

W stosunku do obydwu sojuszników, Francji i Rumunii, Marszałek poszukiwał w tym okresie urealnienia wojskowej strony aliansu. Jeśli chodzi o Francję, to na pierwszym planie stały tu sprawy materiału wojennego, który był jedną z największych trosk Marszałka. W związku z tym wysłany byłem przed podróżą genewską do Paryża, do ministra wojny Painle-végo, z szeregiem projektów Marszałka w sprawach materiałowych, które widocznie chciał Marszałek następnie omówić osobiście z Briandem. Sprawy te mimo zasadniczych oświadczeń francuskich szły niesłychanie trudno. W stosunku do Rumunii chodziło o uzgodnienie planów mobilizacji i koncentracji oraz o przygotowanie już w czasie pokoju bliższej współpracy na wspólnej granicy i w sąsiednich rejonach. Marszałek skarżył się na sztabowców rumuńskich, którzy chętnie teoretyzowali i rozwijali zbyt szerokie plany, nie wykazując zainteresowania do prostych rzeczy praktycznych.

Oczywiście w stosunku do Rumunii chodziło jedynie o zagrożenie rosyjskie. Inne problemy Marszałeka limine 8wykluczał, poświęcając jednak wiele uwagi głębszemu studium rumuńskiego partnera, zwłaszcza w czasie swych parokrotnych podróży do Rumunii.8 Wspomniane techniczne sprawy posuwały się z wolna, natomiast ogólna ocena wartości partnera wypadała niewesoło. Przejechawszy osobiście samochodem Transylwanię, Marszałek nabrał wrażenia, że związek tej prowincji z Rumunią jest bardzo powierzchowny i losy jej w przyszłości co najmniej wątpliwe.

W pewnej chwili poświęcił też Marszałek sporo uwagi rodzinie królewskiej. Było to nawet dla mnie trochę zastanawiające. Wynik tej oceny był całkowicie ujemny, a jedynie o królu Ferdynandzie pozostało wspomnienie uczciwego partnera. Wystarczy wspomnieć, że Marszałek z naciskiem przeciwstawiał osobę księżnej Heleny greckiej (żony króla Karola) całej bez wyjątku reszcie rodziny.

Powyższe fragmentaryczne uwagi potwierdzają w zasadzie, że w przewidzianym przez Marszałka pięcioleciu do istotnych zmian w polityce zagranicznej nie doszło. Nawet tak mocne ustawienie sprawy litewskiej, której dalsze losy powierzyliśmy formalnie Lidze Narodów, nie pozwoliło na dalszy praktyczny postęp, poza paru bezpłodnymi próbami konferencji (Królewiec).9

Jeszcze ciężki kryzys wewnętrzny 1930 r. mógł się dokonać w atmosferze spokoju z zewnątrz.

Przechodząc po trzymiesięcznym okresie wicepremierostwa w listopadzie 1930 r. jako podsekretarz stanu do MSZ, miałem normalną możność rozpoczęcia przebudowy organizacyjnej i personalnej przede wszystkim tego urzędu, która to misja została mi powierzona za wspólną zgodą na konferencji odbytej przy tworzeniu gabinetu płk. Sławka, w obecności Marszałka, nowego premiera, p. Augusta Zaleskiego i mojej.10

Przewidywane w 1926 r. „przynajmniej pięć lat spokoju“ sprawdziło się, nie zostało jednak o wiele przekroczone. Rok 1931 zdradzał już pewne fale niepokoju w Europie. Niepowodzenia zebrań konferencji rozbrojeniowej, marazm Ligi wskazywały na słabnięcie nawet konwencjonalnej stabilizacji stosunków. W zakresie naszych bliskich spraw stosunki gdańskie wykazywały rosnące napięcie i tendencje do jawnego już lekceważenia naszych praw.11 Natomiast polityka Moskwy wydawała się przyjmować kurs bardziej umiarkowany i pewną skłonność do lepszego ułożenia stosunków z bezpośrednimi sąsiadami.12

Na przełomie 1931 i 1932 r. Marszałek zawiadomił mnie, że wolałby, ażebym na święta nie wyjeżdżał, a pozostał dla przedyskutowania polityki międzynarodowej, korzystając ze spokojniejszej atmosfery świątecznej. Było to o tyle novum, że zgodnie z umową starałem się w MSZ nie podejmować zbyt wielu inicjatyw politycznych, zmuszony jedynie do większej działalności w tym kierunku przez długotrwałe pozostanie p. Zaleskiego na konferencji rozbrojeniowej w Genewie oraz przez to, że p. Zaleski chętnie pozostawiał mi sprawy wschodnie, których oczywiście z Genewy załatwić nie mógł i do których, jak sam przyznawał, nie miał szczególnego zainteresowania.

Na świątecznej konferencji u Marszałka stwierdzone zostało, że armatura polityczna stosunków europejskich słabnie w dalszym ciągu. Nakazuje to z jednej strony większą czujność i bardziej indywidualne ustawienie polskiej polityki, gdyż na organizacje kolektywne nie można już wiele liczyć — z drugiej strony otwiera to być może okres uporządkowania polskich „spraw zaległych“. Na życzenie Marszałka określiłem to jako cztery sprawy: Gdańsk, traktat mniejszościowy, Litwa i Śląsk Cieszyński. Marszałek przyznał, że są to istotnie zagadnienia wymagające poprawek, a wynikające z niedociągnięć wynikłych w początkowym tak trudnym dla naszego państwa okresie.

Sprawę gdańską przedstawiłem jako narzuconą nam w czasie, gdyż w obecnym stanie rzeczy tracimy niemal co dzień coś z naszego stanu posiadania i możemy dojść do sytuacji niebezpiecznie drastycznej. Jako metoda zostało określone w pierwszej linii codzienne zaostrzenie naszego oporu przy wzięciu pod uwagę, że mocniejsze uderzenia mogą się okazać nieuniknione.

Traktat mniejszościowy, stanowiący czynnik rozkładowy naszego życia wewnętrznego, będzie musiał być chyba załatwiony drogąfait accompli.13Genewskie maniery nie dają żadnej nadziei na spokojną rozumną likwidację. Uderzenie może oczywiście nastąpić w odpowiedniej koniunkturze, której trzeba wyczekać.

W sprawach litewskich trzeba będzie podjąć próby dyskretnych rozmów, licząc się jednak zarówno z niezmierną podejrzliwością partnera, jak i kontrakcją Berlina i Moskwy oraz brakiem szczerego współdziałania zachodnich aliantów.

W sprawie Śląska nastąpić mogą poważne decyzje jedynie w razie wielkiego wstrząsu. (Jak wiadomo, Marszałek nigdy w żywotność państwa czechosłowackiego nie wierzył i już w 1921 r. twierdził stale, że są dwa państwa w Europie, które nie mają szansy utrzymania się, tj. Austria i Czechosłowacja. I jak mówił wtedy, ważne będzie wiedzieć tylko, które z nich pierwsze pęknie.) Doraźnie zostało postanowione, że pracy uświadamiającej i organizacyjnej ludności polskiej na Śląsku poświęcona będzie większa uwaga i większe środki, w stosunku do Pragi zasada, że nie ma odprężenia politycznego między Pragą a Warszawą bez polepszenia losu Polaków na Zaolziu, będzie zdecydowanie stawiana — natomiast nie będziemy używali instytucji genewskiej ani interwencji czynników trzecich do tej sprawy. Również ludności polskiej odradzać będziemy apel do Genewy lub wiązanie się z innymi mniejszościami. Jedynie współdziałanie ze Słowakami byłoby pożądane.

Poza meritum omawianej sprawy dał mi Marszałek ponownie do zrozumienia, że w miarę zaostrzania się sytuacji i otwierania wspomnianych problemów muszę się liczyć z objęciem teki ministra spraw zagranicznych. Prace nad zagadnieniem poprawy stosunków z Sowietami miałem nadal osobiście nadzorować.

Rozmowy z Moskwą w sprawie nowego lepszego ułożenia stosunków sąsiedzkich skierowane zostały od razu na drogę negocjacji o pakt o nieagresji.

Ta forma układu wymagała długich rozmów i rozważań jako forma stosunkowo nowa. W praktyce międzynarodowej — z drugiej strony ze względu na naszą tradycyjną politykę solidarności interesów wszystkich zachodnich sąsiadów Rosji — powodowała konieczność porozumienia się z tak różnorodnymi organizmami państwowymi, jakimi byli ci sąsiedzi.

Nasza pierwsza myśl zawarcia wspólnie tego rodzaju porozumienia napotkała od razu na istniejący jeszcze wówczas gwałtowny opór Sowietów przeciwnych wszelkim układom kolektywnym i tzw. przez Moskwę metodzie konferencyj „okrągłego stołu“. Udało się natomiast przeprowadzić zasadę seryj równoległych i analogicznych w zasadzie układów ze wszystkimi sąsiadami.14

Reakcja tychże sąsiadów była bardzo niejednolita. Łotwa i Estonia dbały przede wszystkim o to, ażeby utrzymać się na jednolitej płaszczyźniez nami w stosunku do Rosji, upatrując w nas mimo braku normalnych układów gwaranta w stosunku do Wschodu. Finlandia przyłączyłasiędo zamierzonej akcji po pewnych wahaniach wynikających z niechęcido zawierania jakichkolwiek, choćby tak ograniczonych układów z Rosją.

Największą trudność znaleźliśmy niespodziewanie w Rumunii, która w zasadzie, nie mając z Rosją uregulowanej sprawy Besarabii, powinna by mieć największy interes w zawarciu tego rodzaju paktu. P. Titulescu, ówczesny kierownik polityki zagranicznej, rozpoczął nawet namiętną kampanię przeciwko paktowi, ulegając przy tym nie wiadomo jakim wpływom. Niezależnie od jego dziwacznych wystąpień, mając na uwadze ogólne zasady polityki polskiej na Wschodzie, starałem się stworzyć dla Rumunii jak najlepsze warunki. Podjąłem nawet próbę doprowadzenia przy tej sposobności do zlikwidowania sporu besarabskiego. Doprowadziłem przy tym, po osobistej rozmowie umówionej z komisarzem Litwinowem na dworcu w Warszawie, do dłuższej wymiany zdań między p. Cadére, posłem rumuńskim w Polsce, a p. Litwinowem. Obydwie rozmowy otwierały nawet i w tej sprawie dość realne perspektywy — wszystko jednak rozbijało się o niezrozumiały opór p. Titulescu, który szeregiem swoich wystąpień paraliżował akcję. Akcja zaś cała, wobec wyraźnej chęci Litwinowa do osiągnięcia paktu z nami, nie była beznadziejna. Próbowałem jeszcze przez wysłanie do Genewy p. Schaetzla, który z naszej strony technikę negocjacji prowadził, zaapelować przez poważnego emisariusza osobiście do p. Titulescu. Relacja p. Schaetzla, który w najbardziej przyjazny i szczery sposób przedstawił sprawę p. Titulescu, potwierdziła beznadziejność naszych wysiłków. P. Titulescu wymyślał coraz bardziej dziwaczne i coraz mniej poważne argumenty. Jeśli tempo naszych własnych negocjacji zwalniane było początkowo celem ułatwienia Bałtom „wyrównania linii“ przez stwarzanie precedensów w naszych projektowanych tekstach, a pozostawienie Bałtom czasu do ich wykorzystania, to sprawa rumuńska ciągnęła się miesiącami beznadziejnie, grożąc rozbiciem negocjacji. Zmusiło nas to w końcu do postawienia w Bukareszcie sprawyaut-aut.Otrzymaliśmy odpowiedź, że Rumuni rezygnują z własnego paktu, natomiast nie podnoszą z tytułu aliansu obiekcji przeciwko paktowi naszemu, zwłaszcza że tekst przewidywał nienaruszalność poprzednich zobowiązań oraz zwalniał z obowiązków jednego sygnatariusza, w razie gdy drugi dopuścił się agresji wobec państwa trzeciego.

Na tym zakończyło się uzgadnianie paktu z sąsiadami. Pozostawała sprawa tekstu. Przeszłość stosunków polsko-sowieckich oraz podejrzliwość dyplomacji sowieckiej z jednej, a dokładność polskich negocjatorów ambasadora Patka i ministra Schaetzla z drugiej strony powodowały znaczne trudności negocjacyjne.15

Marszałek Piłsudski, uznając niewątpliwie słusznie pakt o nieagresji jako poważną formę deklaracji politycznej raczej niż instrument jurydyczny, dbał jedynie o zachowanie pewnych podstawowych zasad postępowania niż o szczegóły tekstów. Z tych zasad żądał przede wszystkim uniknięcia jakiejkolwiek kontradykcji z poprzednimi zobowiązaniami, możliwie życzliwego traktowania interesów pozostałych sąsiadów Rosji oraz unikania mętnych określeń agresji, które mogłyby być nadużywane przez Rosję w stosunku do słabych sąsiadów. Pierwsze dwie zasady znalazły swój wyraz w naszej współpracy z Bałtami i Rumunią oraz w tekstach niedwuznacznych samego układu — wyraz dla trzeciej wysunął Marszałek sam, żądając uznania nienaruszalności terytorium i granicy za podstawę do wszelkich określeń napastnika. Do tej myśli również zostały dostosowane redakcje poszczególnych artykułów paktu, zbyt licznych jak na nasze zwyczaje, lecz nieuniknionych wobec podejrzliwości sowieckiej. Kiedy mimo uzgodnienia wszystkich istotnych zasad redakcja tekstu przeciągała się jeszcze zbyt długo, zażądałem kategorycznie od negocjatorów polskich przecięcia negocjacji nawet za cenę rezygnacji z różnych szczegółów prawnych i redakcyjnych. Podpisanie paktu nastąpiło.16

Wymiana dokumentów ratyfikacyjnych paktu oraz konwencji koncyliacyjnej nastąpiła w grudniu 1932 r., już po objęciu przeze mnie teki MSZ.17

Zgodnie z analizą sytuacji, przeprowadzoną na świątecznej konferencji u Marszałka w czasie Bożego Narodzenia r. 1931, spomiędzy czterech spraw wymagających „poprawki historycznej“ sprawa Gdańska wymagała bezzwłocznej kontrakcji z naszej strony. Statut Wolnego Miasta był chyba najdziwaczniejszym i najbardziej skomplikowanym tworem traktatu wersalskiego. Po prostu narzucała się myśl, że ujęto go tak, ażeby zachować teren nieustannych sporów polsko-niemieckich lub co najmniej materię do handlu interesami polskimi na korzyść Niemiec. Formalnie największą władzę zachowała dla siebie Liga Narodów, rezerwując sobie najdalej idące prerogatywy zarówno w sprawach zasadniczych, jak i drobiazgach codziennego życia. Nie pomyślano natomiast, ażeby zapewnić tej „władzy“ jakiegokolwiek instrumentu wykonawczego. Wysoki Komisarz Ligi rozporządzał sekretarzem i maszynistką. Z jednej strony chciał kontrolować działalność Państwa Polskiego i wszelkie czynności Senatu Wolnego Miasta — a z drugiej nie miał nawet wpływu na miejscową policję. Działalność poszczególnych komisarzy zależała bądź to od ich państwowego pochodzenia i aktualnej polityki danego kraju, bądź też od zmiennych fluktów koniunktury politycznej w Radzie Ligi. Ten stan rzeczy stwarzał dla nas na każdym kroku sytuacje nieznośne i sprzyjał machinacjom rządu Rzeszy oraz miejscowych władz gdańskich mających na celu podważenie naszego autorytetu i paraliżowanie naszych interesów. Jedynym jasnym przepisem traktatu było stwierdzenie, że „polski dostęp do morza przez port gdański nie może być w niczym ograniczony“, lecz i ten przepis nie był ani przez Ligę, ani przez Senat należycie respektowany.

Poza tym, starając się ze statutu wyciągnąć jakiś sens, podzieliliśmy nasze interesy na cztery grupy:

a) port i jego wykorzystanie,

b) koleje będące naszą własnością, a obsługujące zarówno Gdańsk, jak i Gdynię,

c) polskie interesy celne z tytułu przynależności Wolnego Miasta do naszego obszaru celnego i

d) prawa Polaków w Gdańsku.

We wszystkich wspomnianych dziedzinach mieliśmy w owym czasie do czynienia z naciskiem niemieckim, a Komisarz Ligi p. Gravina, Włoch, uprawiał już wobec zarysowującego się ruchu hitlerowskiego politykę wyraźnie proniemiecką.

Ze strony polskiej zabrnięto w szereg absurdalnych procesów w Lidze lub w Trybunale Haskim, które niezależnie od uzyskanych praktycznie wyników stwarzały nieprawdopodobne zgoła precedensy przez sam sposób stawiania spraw. Już w 1930 r. jako wicepremier usiłowałem doprowadzić do odrzucenia tak zw. sprawy „Gdańsk—Gdynia“,18 choćby ze względu na jej nazwę. Uważałem za niedopuszczalne, że dano sobie z polskiej strony narzucić dyskusję na temat tego, co Państwo Polskie robi na swym suwerennym terytorium i w swoim własnym porcie. Niestety, praktyka polska owego czasu przeskakiwała od defetyzmu prawniczego do pustych pogróżek bądź też przez sztucznie nieraz subwencjonowaną gospodarkę portową w Gdyni prowadziła do likwidacji naszych interesów w Gdańsku.

Parę tygodni po konferencji u Marszałka wezwałem Komisarza Generalnego p. Strasburgera, żądając od niego szczegółowego sprawozdaniaz radykalnej zmiany metod. P. Strasburger odpowiedział mi, że wszystko załatwia zgodnie z prawem i wyczerpuje wszelkie środki proceduralne, uważa jednak, że jedynym wyjściem jest zająć Gdańskmanu militari.Usłyszał na to odpowiedź, że może kiedyś do tego dojdzie, ale tego rodzaju określenie w ustach Komisarza RP stanowitestimonium paupertatisdla polskiej polityki i gdybyśmy tę zasadę mieli wobec każdej trudności stosować, to należy MSZ zamknąć. Po tej rozmowie, korzystając z moich prerogatyw, spowodowałem dymisję p. Strasburgera, uważając, że nowej polityki nie można przeprowadzić bez nowych ludzi.

Jedyną okolicznością łagodzącą, jaką można było przyznać Komisarzowi gdańskiemu, było z jednej strony pomieszanie kompetencji najróżniejszych władz polskich na terenie Gdańska oraz fakt, że Komisarzowi kazano jeździć na różne procesy do Genewy i Hagi, zamiast pozostawić go we właściwej roli zarządcy polskich interesów w Wolnym Mieście. Można by powiedzieć, że w Warszawie odsuwano od siebie jak najdalej sprawy gdańskie jako niewdzięczne i kłopotliwe. Z przedstawionych przeze mnie kandydatów na stanowisko Komisarza Marszałek wybrał p. Papée, konsula generalnego z Królewca, którego raporty z tej placówki zarówno w sprawach niemieckich, jak litewskich zwracały uwagę wielką trzeźwością sądu i umiejętnością oceny„réalité des choses“Poza tym charakter jego, równie twardy jak spokojny i opanowany, odpowiadał trudnemu stanowisku.

Pragnąc od razu zaakcentować silniejszy kurs polityki, odmówiliśmy na początek wykonania jednego z zarządzeń Wysokiego Komisarza p. Gra-viny — które to zarządzenie wyraźnie naruszało polskie ustawodawstwo celne. W reakcji na burzę, wywołaną przez siebie, burzę w szklance wody, p. Gravina otrzymał odpowiedź, że Wysoki Komisarz ma rządzić Gdańskiem, a nie Polską, i nie jest władzą dla polskich ministrów. Retorsje w stosunku do zarządzeń Senatu były trudniejsze, gdyż w większości wypadków mogły prowadzić w skutkach do powiększenia istniejącej już sztucznej bariery gospodarczej i technicznej między terytorium RP i Wolnym Miastem; dlatego też należało je starannie dobierać.

Równocześnie przeprowadzone było studium w poszukiwaniu środków walki, którymi moglibyśmy rozporządzać. Z natury rzeczy pierwsze rozważania zwrócone były w kierunku Polaków zamieszkałych w Gdańsku, przede wszystkim obywateli gdańskich. Chodziło o użycie ich do współdziałania. Poza ludnością miejską były w obrębie Wolnego Miasta trzy gminy o znacznym procencie, jeśli nie większości, Polaków. Niestety, wynik badań nie był zachęcający. Poza nieliczną grupką działaczy większość elementu polskiego miała poczucie narodowe słabe, silny kompleks niższości wobec Niemców oraz skrajnie materialistyczny stosunek do życia. Przyznać trzeba, że Polacy należeli społecznie do najuboższej ludności walczącej z trudem o egzystencję. Jedynym wynikiem w tej dziedzinie było w przyszłości większe ześrodkowanie elementu polskiego i wzrastająca liczba głosów polskich przy wyborach.

W tych warunkach pozostawał tylko nacisk z zewnątrz, środkami Państwa Polskiego, i wzmocnienie stanowiska na terenie Ligi. Sposobność nadarzyła się szybko. Senat Wolnego Miasta nie chciał przedłużyć umowy w sprawie tzw.„port d'attache“19 dla naszej floty wojennej i zagroził traktowaniem naszych okrętów jako okrętów obcego państwa. Oprócz tekstów umownych utarł się był już w tej sprawie zwyczaj, że w czasie wizyt obcych marynarek przybywał do portu gdańskiego okręt RP czynić „honory domu“. W początku lata Londyn zapowiedział wizytę trzech destroyerów20 angielskich w Gdańsku. Senat wzbraniał się odnowić umowę, zaś moja lekka aluzja do Anglików, że chwila dla wizyty nie jestopportune,nie miała rezultatu. Wobec tego Marszałek zdecydował przez fakt dokonany zmusić do załatwienia sprawy. Dowódca floty21 otrzymał rozkaz, ażeby w najściślejszej tajemnicy zarządzić w nocy, poprzedzającej przybycie flotylli angielskiej, wyjście ORP „Wicher“ pod dowództwem kmdr. Morgensterna na redę portu gdańskiego. Gdyby wizyty komplementacyjne mogły się odbyć na redzie, „Wicher“ miał tam pozostać, w przeciwnym razie miał wejść do portu i przycumować się w kanale przy wybrzeżu Westerplatte, ażeby przynajmniej z jednej strony mieć osłonę polskiego garnizonu. Marszałek wydał osobiście rozkaz ustny i pisemny dowódcy floty — w mojej obecności. Okręt miał mieć pełne wyposażenie bojowe, a dowódca miał rozkaz w razie obrazy bandery zbombardować ogniem artylerii najbliższy urzędowy gmach gdański. Pojęcie obrazy bandery zostało w rozkazie ściśle sprecyzowane, dla uproszczenia i ułatwienia decyzji dowódcy okrętu. Z mojej strony wysłałem p. Papée dokładne instrukcje polecające mu natychmiast po wejściu okrętu ostrzec kategorycznie Senat, że wszelkie próby napaści lub obrazy okrętu spotkają się z bezwzględną czynną reakcją.

Dzień przeszedł w silnym napięciu, które udzieliło się prasie europejskiej, jednak bez incydentów i ORP „Wicher“ po wykonaniu zadania powrócił do Gdyni.22 W czasie tych wydarzeń minister Zaleski znajdował się w Genewie. Z upoważnienia Marszałka ostrzegłem min. Zaleskiego osobiście o zamierzonej demonstracji. Mimo to min. Zaleski przejął się bardzo nerwowością, jaka zapanowała w Genewie na wiadomość o wydarzeniu, i wydaje się, że fakt ten przyśpieszył jego prośbę o dymisję w październiku 1932 r. Zmiana na stanowisku ministra spraw zagranicznych była w zasadzie między Marszałkiem a Ministrem przewidywana, jednak dopiero na początek 1933 r.

W praktyce ostrzeżenie dane Gdańskowi poskutkowało i doprowadziło do nowej umowy o„port d'attache“ w rozsądnych ramach.23

Ostrzeżenie było skuteczne w danej dziedzinie, ale egzystencja Gdańska, jako obiektu propagandy politycznej w ręku Rzeszy, nie mogła tak łatwo ulec zmianie. Gdańsk, mimo jak najlepszych warunków rozwojowych opartych na wzrastającym polskim handlu morskim, żył jeszcze ciągle, podobnie zresztą jak Prusy Wschodnie i przedsiębiorstwa niemieckie w Polsce, używając szantażów politycznych w Berlinie i w Warszawie dla uzyskania subwencji ze strony Berlina i starając się rozszerzać swoje stanowisko uprzywilejowane w gospodarce polskiej. Próba zrealizowania postanowień umownych o wprowadzeniu jednolitej waluty z Polską, wbrew interesom gospodarczym Wolnego Miasta, rozbijała się o przeszkody polityczne, doprowadzając do nowego sporu przed Radą Ligi o tzw. kasy kolejowe.24

Ze strony Rzeszy kontynuowana była przez wszelkie urzędy tradycyjna antypolska polityka, mimo że w samej strukturze tego państwa zarysowywał się już głęboki przewrót wewnętrzny w kierunku narodowego socjalizmu.

Rok 1932 dobiegał końca. Na terenie Genewy mijała data naszej reelekcjido Rady Ligi. Sprawę tę przeprowadził p. Zaleski z dużym sukcesem.

Trzeba jednak przypomnieć, że już wtedy akcja p. Zaleskiego w sprawie reelekcji poprzedzona była konferencją, którą odbył z nami Marszałek w Belwederze na ten temat. „Po co pan właściwie chce tego miejsca w Radzie Ligi?“ — zapytał Marszałek p. Zaleskiego. „Czy nie obawia się pan, że przez udział w tej instytucji będziemy z konieczności zmuszeni do zajmowania się szeregiem spraw, które nas właściwie nic nie obchodzą — będziemy sobie stwarzali zupełnie przypadkowych przyjaciół i nieprzyjaciół.“ P. Zaleski był dość zgorszony tym ujęciem sprawy i nalegał, upatrując w tej sprawie pewne zagadnienie prestiżowe, którego — przyznam się — nie rozumiałem, uważając, że naszprestigeprawdziwy dużo więcej ucierpiał przez różne procesy i gadaniny genewskie aniżeli zyskał przez dość wątpliwy zaszczyt naszego fotela przy stole Rady.

„No — niech tam!“ — zakończył tę sprawę niezbyt entuzjastyczną zgodą Marszałek.

To zagadnienie w nowej formie stanęło przede mną przy ponownych wyborach do Rady po śmierci Marszałka.

Po powrocie z sesji Rady p. Zaleski z naciskiem żądał swojej dymisji, chcąc w tych okolicznościach zakończyć swoją działalność, mimo że Marszałek nie ukrywał swego niezadowolenia z przyśpieszania przewidywanych terminów, chcąc — jak przypuszczam — bodaj na krótko zaakcentować twardsze stanowisko Polski jeszcze w ramach działalności dotychczasowego ministra.

Można by przypuścić, że była tu pewna analogia z tym, czego Marszałek oczekiwał na wewnątrz od poszczególnych premierów, których misja dobiegała do końca: tj. pokonania przynajmniej pierwszych trudności nowego okresu i umiejętności zyskiwania czasu.

Przy omawianiu tej sprawy z p. Zaleskim i ze mną w październiku 1932 r. Marszałek proponował p. Zaleskiemu stanowisko ambasadora w Londynie. P. Zaleski nalegał na opuszczenie służby państwowej, objął też zaraz stanowisko prezesa rady w Banku Handlowym.

W tych warunkach objąłem 2 listopada 1932 r. stanowisko ministra spraw zagranicznych. Podsekretarzem stanu został p. Szembek, którego kwalifikacje, poza długoletnim technicznym doświadczeniem, określił Marszałek: „Nie daje sobie imponować przedstawicielom wielkich mocarstw.“

Mimo pewnej decepcji co do stanowiska p. Zaleskiego Marszałek pożegnał go uprzejmie herbatą w Prezydium Rady Ministrów, dbając — jak zawsze — o kulturę życia politycznego.

Warto zaznaczyć, że Marszałek, przyjmując jakichkolwiek obcych mężów stanu lub akredytowanych w Warszawie dyplomatów, czynił to zawsze w obecności bądź p. Zaleskiego, bądź mojej, dodając, że rozmawia z nimi, gdyż na skutek wspólnego porozumienia Pan Prezydent Rzeczypospolitej odstąpił mu w tej dziedzinie częściowo swoje prerogatywy, mimo że jest ministrem spraw wojskowych. Nie zaniedbywał przy tym nigdy tytułować mnie uroczyście „panie Ministrze“ i odsyłać praktyczną stronę spraw do moich decyzji.

1933—1935

DALSZY CIĄG KRYZYSU INSTYTUCJI MIĘDZYNARODOWYCH — AKTYWIZACJA POLITYKI POLSKIEJ

Okoliczności, w których objąłem tekę spraw zagranicznych, nie były zbyt łatwe. Bezpośrednie związanie w czasie mniej ustępliwych form naszej polityki — mimo że jej zasady nie ulegały żadnej zmianie, a chodziło jedynie o dostosowanie się do potrzeb sytuacji ogólnej — ze zmianą na stanowisku ministra stwarzało atmosferę pewnej nieufności. Wiele czynników międzynarodowych — jak np. urzędnicza polityka Quai d’Orsay,25 światek masonerii genewskiej itp. pogodziły się z postacią Marszałka jako rzeczą nieuniknioną, mimo swych animozji, które dały się tak Marszałkowi we znaki za czasów Naczelnikostwa Państwa — widziało w osobie p. Zaleskiego coś w rodzaju „okoliczności łagodzącej“. Poglądy Marszałka na sprawy Europy Wschodniej i jego nieufność do Rosji, rezerwa wobec Małej Ententy i opartego na Pradze tzw.„,système français de l'Europe orientale“,26 plus negatywne wyraźnie stanowisko wobec prób Genewy do mieszania się w wewnętrzne sprawy polskie — wszystko to razem na nowo zaczęło straszyć różnych polityków lub biurokratów politycznych w Europie.

Nie można zapomnieć, że np. zaangażowanie Francji po naszej stronie w r. 1920 oraz alians z 1921 r. zdecydował p. Millerand poparty przez Barthou i innych przeciw p. Philippe Berthelot i całemu Quai. Świeże były jeszcze wspomnienia różnych komisji ligowych, które chciały urządzać sowiecki tranzyt przez Polskę bez wzajemności lub też pragnęły stale patronować najmniej lojalnym mniejszościom narodowym w Polsce. Jeszcze w 1931 r. skutkiem wydarzeń w Małopolsce Wschodniej27 z Genewy domagano się utworzenia urzędu czy komisarza nadzwyczajnego dla spraw mniejszościowych, na co zresztą Marszałek odpowiedział, że może się nato zgodzić, ale mianuje tym komisarzem ówczesnego ministra spraw wewewnętrznychgen. Składkowskiego.

W zasadniczym naszym położeniu mieliśmy jeden punkt nowy pozytywny nieagresję z Rosją. Stosunki z Niemcami nie wykazywały jeszcze poprawy, a miejsce w Radzie Ligi było raczej fikcyjne, bo wystarczyło zmontować petycję mniejszościową lub skargę gdańską, ażeby Polskę wykluczyć praktycznie z obrad Rady Ligi i uczynić z niej klienta, obiekt dyskusji, a nie współczynnik decyzji europejskich. Warto też przypomnieć, że nawet topositivum— pakt rosyjski — wywołał w danym momencie dwumiesięczny atak prasy francuskiej28 (gabinet Tardieu), kwalifikujący mnie jako „zdrajcę Europy“.

Nie mieliśmy wówczas właściwie bezpośrednich rozmów z Londynem. W Anglii uważano nas za klienta Francji, a rozmawiało się w Genewie, gdzie ówczesny minister Sir John Simon kokietował Niemców we wszystkich polsko-niemieckich sporach, robiąc to poza tym we właściwy sobie nieznośny sposób. Gdańsk i sprawy mniejszościowe stwarzały temu bogate możliwości. Na czele potężnego niegdyś Sekretariatu Ligi, na miejsce bądź co bądź wytrawnego polityka i dyplomaty Sir Erica Drummonda, przybył p. Avenol, marna figura balansująca w lokajski sposób między przedpokojami paru wielkich mocarstw bez liczenia się nawet z minimalnym konwenansem, jeśli już nie z pisanymi zasadami Paktu.