Ostatni pustelnik - Michael Finkel - ebook
Opis

Jeśli czytaliście "Wszystko za życie" Krakauera lub zachwyciło was "Walden", koniecznie poznajcie historię ostatniego prawdziwego pustelnika Ameryki.

 

Z niektórych domków ginęły zapasowe butle z gazem. Jedzenie, słodycze, latarki. Albo książki z nocnego stolika. W letnim obozie dla dzieci masowo znikały baterie.

A wszystko to za sprawą człowieka, który w 1986 roku wyszedł ze swojego domu z postanowieniem, by zgubić się w lesie i nigdy więcej nie wrócić do cywilizacji.

Jak Christopher Knight przeżył tyle lat? Kradł. Dlatego na wieść o jego aresztowaniu w 2013 roku w USA rozgorzała dyskusja. Przeciwnicy i zwolennicy Pustelnika z North Pond spierali się nie tylko o winę i wymiar kary, lecz też o to, czy zatrzymany mówi prawdę. Jak to możliwe, że przez 27 lat nikt nie natknął się na niego w lasach Maine, mimo systematycznego rabowania okolicznych domków letniskowych i obozu Pine Tree? Jak udało mu się przetrwać surowe i mroźne zimy, nie korzystając z niczyjej pomocy?

Michael Finkel, reporter m.in. „New York Timesa” i „National Geographic” przygląda się tej sprawie z bliska, próbując opisać i zrozumieć pragnienie życia w całkowitej izolacji. Choć być może właściwsze byłoby pytanie nie dlaczego ktoś opuszcza społeczeństwo, tylko dlaczego ktokolwiek chce w nim zostać?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 219

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Stranger in the Woods

Copyright © Michael Finkel, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Piotr Chojnacki

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt layoutu: Maciej Majchrzak

Skład i łamanie: Barbara Adamczyk

Projekt okładki i map: Magda Bloch

Fotografia na okładce: Amelia Martin / Shutterstock.com

Rysunek na s. 6: Kristine Ellingsen

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie elektroniczne 2018

eISBN 978-83-7976-993-3

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@wydawnictwopoznanskie.com

www.wydawnictwopoznanskie.com

Pamięci Eileen Myrny Baker Finkel

Jak wiele jest rzeczy, których potrzeby nie odczuwam![1]

Sokrates, około 425 roku p.n.e.

[1] Diogenes Laertios, Żywoty i poglądy słynnych filozofów, tłum. Irena Krońska (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

1.

Tam, gdzie mieszka pustelnik, większość drzew jest wysmukła, są jednak oplątane wokół olbrzymich głazów,a uschnięte konary walają się wszędzie jak gigantyczne bierki. Nie ma tu ścieżek. Niemal każdyz trudem brnąłby przez połamane, trzeszczące gałęzie.W ciemnościach las wydaje się nie do przebycia.

Wtedy właśnie pustelnik udaje sięw drogę. Czeka do północy, po czymz plecakiem na ramionachi swą torbą włamywacza opuszcza obozowisko. Na łańcuszku na szyi wisi latarka kieszonkowa, ale on jeszcze jej nie potrzebuje. Porusza się na pamięć.

Przemyka przez las precyzyjniei zwinnie, kluczy, porusza się energicznie, lecz nie zostawia za sobą połamanych gałązek. Na ziemi wciąż leżą brudne resztki śniegu, schowane przed słońcem, są też błotniste kałuże –w środkowym Maine przyszła wiosna – ale omija je wszystkie. Przeskakujez kamienia na kamień, nie zostawiając za sobą śladów.

Pustelnik obawia się, że jeden ślad może go zdradzić. Tajemnica to kruchy stan, raz odsłonięta, kończy się na zawsze. Jeśli ci na niej zależy, to pozostawienie choćby jednego odcisku buta jest niedopuszczalne. Za duże ryzyko. Sunie zatem jak duch między łodygami szalejui klonami, białymi brzozamii wiązami, aż wreszcie staje na kamienistym brzegu zamarzniętego jeziorka.

Ma ono nazwę Little Pond, często nazywa się je Little North Pond, ale pustelniko tym nie wie. Sprowadził swój świat do rzeczy zasadniczych, więc nazwy nie mają dla niego znaczenia. Wie, jaka jest pora roku, wyczuwa ją zmysłami,w najdrobniejszym przejawie. Wie, że niepełnego półksiężyca dziśw nocy ubywa. Zwykle czeka na nów – im ciemniej, tym lepiej – ale dziś głód zwyciężył. Wie, która jest godzinai minuta. Ma stary, nakręcany zegarek, musi tak rozplanować czas, by zdążyć wrócić przed świtem. Nie wie,o ile nie policzy, który jest rok czy dziesięciolecie.

Chce przejść po zamarzniętej tafli wody, ale musi porzucić ten plan. Dzień był względnie ciepły, kilka kresek powyżej zera – wie, jaka jest temperatura –i kiedy siedziałw obozowisku, pogoda pracowała na jego niekorzyść. Twardy lód jest błogosławieństwem, jeśli chodzio ostrożne przemykanie się po bezdrożach, ale nawet przy lekko rozmiękłej powierzchni pustelnik zostawi za sobą ślad każdego kroku.

Czeka go zatem dłuższa droga. Wraca między drzewa, do przeskakiwaniaz korzenia na kamień. Niczymw grzew klasy skacze przez kilka kilometrów dookoła Little North Pond,a potem do przeciwległego brzegu samego North Pond. Mija kilkanaście chatek, skromnych drewnianych domków letniskowych, niepomalowanych, zamkniętych poza sezonem na cztery spusty. Byłw wieluz nich, ale teraz nie ma na to czasu. Idzie prawie godzinę, wciąż nie zostawiając śladówi złamanych gałązek. Na niektóre korzenie następuje tak często, że są przez niego wyślizgane. Nawet wiedząc to, żaden tropiciel nigdy nie potrafiłby go znaleźć.

Zatrzymuje sięu celu, przy letnim obozie Pine Tree. Obóz jest zamknięty, ale obsługa tu bywai prawdopodobnie zostało nieco jedzeniaw kuchni,a już na pewno są jakieś resztkiz zeszłego sezonu. Stoiw cieniu drzewi obserwuje Pine Tree, przygląda się barakom mieszkalnym, szopie na narzędzia, świetlicy, stołówce. Nie ma nikogo. Jak zwykle na parkingu stoi kilka aut. Jeszcze czeka. Nigdy nazbyt wiele ostrożności.

W końcu jest gotowy. Po całym Pine Tree rozrzucone są czujniki ruchu, reflektoryi kamery, zainstalowane główniez jego powodu, ale to kpina. Mają określony zasięg – wystarczy go poznaći omijać te strefy. Pustelnik porusza się po obozie zygzakiem, zatrzymuje przyjakimś kamieniu, unosi go, wyciąga ukryty pod nim kluczi chowa do kieszeni na później. Potem wspina się po zboczu na parkingi sprawdza drzwi wszystkich pojazdów. Ford pick-up jest otwarty. Zapala latareczkęi przetrząsa wnętrze.

Cukierki! Zawsze dobre. Dziesięć rolek dropsów wciśniętychw uchwyt na kubek. Chowa je do kieszeni. Zabiera też nieodpakowany płaszcz przeciwdeszczowyi srebrny zegarek Armitron. Nie jest drogi – gdyby wyglądał na cenny, pustelnik by go nie ukradł. Ma swój kodeks moralny. Ale dodatkowe zegarki są ważne; kiedy żyje się na łonie natury,w deszczui śniegu, usterki są nieuchronne.

Omija kilka kolejnych czujników ruchui podchodzi do tylnego wejścia stołówki. Tutaj zdejmujez ramienia sportową torbęz narzędziamii otwiera suwak.W środku ma dwie szpachle, skrobak do farb, multitool Leathermana, kilka długich płaskich śrubokrętów oraz trzy zapasowe latarkii mnóstwo innych przedmiotów. Zna te drzwi – mają już zadrapaniai wgniecenia od jego majstrowania – wybiera śrubokręti wsuwa gow szparę między drzwiamia framugą obok klamki. Jeden wprawny ruch, drzwi otwierają sięz trzaskiemi pustelnik wślizguje się do środka.

W ustach ściska zapaloną latarkę. Jestw dużej obozowej kuchni,w snopie światła połyskuje nieskazitelna stal, rząd śpiących chochli na relingu pod sufitem. Skrętw prawo, pięć kroków do spiżarni. Zdejmuje plecaki przegląda metalowe regały. Bierze dwa opakowania kawyi wrzuca je do plecaka. Oprócz tego tortellini, torbę pianek, baton zbożowyi paczkę chipsów.

To, czego naprawdę pożąda, znajduje sięw drugim końcu kuchnii teraz zmierza właśnie tam. Wyjmuje klucz zabrany spod kamieniai wkłada go do zamka chłodni. Klucz jest przyczepiony do plastikowego breloczkaz czterolistną koniczynąz jednym ułamanym listkiem. Jednak trzyipółlistna koniczyna nadal przynosi szczęście. Klamka przekręca sięi mężczyzna wchodzi do chłodni. Teraz cała wieczorna misja, wszystkie trudy zostają nagrodzone.

Jest bardzo, niemal niebezpiecznie głodny.W namiociez rzeczy jadalnych ma kilka krakersów, trochę mielonej kawyi kilka pudełeczek słodziku.I tyle. Gdyby poczekał dłużej,z wycieńczenia mógłby nie dać rady wyjśćz namiotu. Oświetla latarką pudełkaz hamburgeramii bloki sera, torby kiełbaseki paczkiz bekonem. Sercew nim podskakuje,a brzuch domaga się swych praw, sięga więc po jedzeniei ładuje je do plecaka; do wyboru, do koloru.

2.

Żona budzi Terry’ego Hughesa szturchaniem. Terry słyszy brzęczyki wyskakujez łóżka jak sprężyna, gotów do działania. Szybko zerka na wyświetlacz, potem zbiega po schodach, tam wszystko jest na miejscu: broń, latarka, telefon komórkowy, kajdanki, trampki. Pas. Pas? Nie ma czasu na szukanie pasa, wskakuje do pick-upai rusza.

Prosto do Oak Ridge, tamw lewo, prawie kilometr prosto,a potem szybko długim podjazdem do obozu Pine Tree. Jedzie bez świateł, ale autoi tak hałasuje, więc porzuca jew parkui wyskakujez kabiny. Dalej idzie pieszo, najszybciej jak może, chociaż mniej zwinnie niż zwykle. Brak pasa oznacza, że ręce ma pełne sprzętu.

Mimo to pędziw stronę stołówki, przeskakuje kamienie, omija drzewa, potem przykuca przy okienku. Serce bije mu szybko jak kolibrowi; od łóżka do okna równow cztery minuty.

Hughes wciąga powietrze. Potem ostrożnie podnosi głowęi szybko zerka przez okno, próbując przebić wzrokiem półmrok kuchni Pine Tree.I widzi go: ten ktoś ma latarkę,z chłodni wydostaje się blada poświata. Czyżby naprawdę, po tych wszystkich latach, go dopadł? Na to wygląda. Hughes jest ciąglew spodniach od piżamy, poklepuje kaburę przypiętąw pasie – tak, broń jest na miejscu, mały glock.357. Naładowany. Bez bezpiecznika.

Światło się rozjaśnia, Hughes zastyga,a z chłodni wychodzi człowiekz plecakiem. Hughes nie tak go sobie wyobrażał. Mężczyzna jest większy, to raz, ale czystszyi świeżo ogolony. Nosi duże niemodne okularyi wełnianą czapkę narciarską; chodzi po kuchni, pozornie beztrosko,i wybiera produkty jakw osiedlowym spożywczaku.

Hughes pozwala sobie na przebłysk satysfakcji. Stróżom prawa idealne momenty zdarzają się niezwykle rzadko,a sierżant Hughes wieo tym doskonale. Od osiemnastu lat jest gajowymw Maine,a wcześniej, przez prawie dekadę, służyłw marines. Mógłby także mieć doktoratz odwalania czarnej roboty, ślepych zaułkówi wypełniania papierów. Ale wreszciew tej pięknej chwili mądrość zdobyta przez rozczarowania przynosi nagrodę.

Kilka tygodni temu Hughes postanowił zakończyć rządy pustelnika. Wiedział, żew tym przypadku nie zadziałają żadne zwyczajne policyjne metody. Po ćwierćwieczu sporadycznych działań śledczych,w tym badania śladów, przelotów nad lasemi posypywania odcisków palców proszkiem, prowadzonych przez cztery niezależne organy ścigania – dwa biura szeryfów, policję stanowąi służby leśne – nikt nie zdołał nawet ustalić nazwiska pustelnika. Hughes przepytał zatem specjalistów od najnowocześniejszych metod obserwacji, przeprowadził burze mózgówz prywatnymi detektywami, roztrząsał różne pomysłyz kolegamiz wojska. Żaden sposób nie przyniósł sukcesu.

Dzwonił do znajomychz patroli granicznychw Rangeley, przy przejściu granicznym między Mainei Quebekiem. Okazało się, że jedenz nich wrócił właśnie ze szkolenia, na którym zaprezentowano nowe wyposażenie Homeland Security – urządzenie ułatwiające tropienie osób próbujących przedostać się przez granicę. To ściśle strzeżona technologia, powiedział Hughesowi, zbyt zaawansowana dla zwykłego gajowego. Brzmiało idealnie. Hughes przysiągł milczećo szczegółachi wkrótce koło kuchni Pine Tree kręciły się trzy patrole strażników granicznych. Jeden czujnik ukryli za maszyną dolodu, drugi za automatemz sokami. Odbiornik zainstalowaliw domu Hughesa,u szczytu schodów, aby alarm był słyszalnyw każdym pomieszczeniu. Hughes uczył się systemu dotąd, aż zaczął obsługiwać urządzenie intuicyjnie.

Ale to nie wszystko. Aby schwytać pustelnika, nie mógł sobie pozwolić na najmniejsze zaniedbanie. Jeden przypadkowy dźwięk zbliżającego się Hughesa, nieuważny błysk latarkii plan wziąłbyw łeb. Nauczył się rozmieszczenia czujników ruchu, namierzył najlepsze miejsce dla ukrycia autai przećwiczył drogęz domu do obozu, skracając za każdym razem czaso kilka sekund. Nabrał zwyczaju, by co wieczór układać pod ręką wszystkie niezbędne rzeczy; przeoczenie pasa było zwykłym ludzkim błędem. Potem czekał. Minęły dwa tygodnie. Brzęczyk – usłyszany najpierw przez jego żonę, Kim – odezwał się krótko po pierwszejw nocy.

A wszystko to, plus odrobina szczęścia, dla tego jednego idealnego momentuw pracy stróża prawa. Hughes przygląda się przez okno, jak rabuś metodycznie zapełnia plecak. Nie ma tu żadnych niejasności; żadnych poszlak. Złapał go na gorącym uczynku.I to właśniew obozie Pine Tree. Przyjeżdżali tu doroślii dzieciz niepełnosprawnościami ruchowymi i rozwojowymi – ośrodek prowadziła organizacja non profit, która utrzymywała sięz donacji. Hughes od dawna pracował społecznie na jej rzecz. Czasem wędkowałz obozowiczamiw North Pond, łowiąc okoniei morony. Kim jest ten facet, który raz po raz okrada letni obóz dla niepełnosprawnych?

Hughes odchodzi ostrożnie od budynku, trzymając nisko głowę,i po cichu odbywa rozmowę przez telefon komórkowy. Strażnicy leśni nie zajmują się zwykle włamaniami – raczej ścigają kłusowników lub szukają zbłąkanych turystów –a ten przypadek stanowił klasyczny przykład obsesji pozasłużbowej. Poprosił dyspozytornięo zawiadomienie policjantki Diane Vance, która również tropiła pustelnika. Współpracowali od zawsze, obojew tym samym roku ukończyli swoje akademie, potem przez dwadzieścia lat od czasu do czasu działali razem. Wymyślił, żeby to Vance dokonała aresztowania.I zajęła się papierkową robotą. Teraz Hughes wraca do obserwacji przy oknie.

Patrzy, jak mężczyzna zapina plecaki zarzuca go na ramiona. Wychodziz kuchnii znika Hughesowiz pola widzeniaw pustej stołówce. Zmierza do wyjścia, domyśla się Hughes, ale nie do tych drzwi, które wyważył. Hughes instynktownie obchodzi budynek, kierując sięw stronę miejsca, gdzie powinien się pojawić pustelnik. Te drugie drzwi, jak wszystkie prowadzące do stołówkiw Pine Tree, są pomalowane na wiśniowoi obramowane zieloną drewnianą framugą. Hughes jest sam,w środku nocy,i tylko sekundy dzielą go od potencjalnie niebezpiecznej konfrontacji. Musi podjąć skomplikowaną i błyskawiczną decyzję.

Jest przygotowany najlepiej jak się dało na wszelką możliwą ewentualność, od walki na pięści po wymianę ognia. Hughes ma czterdzieści cztery lata, ale nadal jest silny jak rekrut, ma fryzurę na amerykańskiego marines oraz kanciasty podbródek. Prowadzi zajęciaz technik walki wręczw Maine Criminal Justice Academy. Nie ma mowy, żeby ustąpił choć na kroki pozwolił uciec intruzowi. Myślo zapobieżeniu przestępstwu zagłuszała wszystkie obawy.

Włamywacz, myśli sobie Hughes, jest zapewne byłym wojskowym, dlatego może być uzbrojony. Być może gościu równie dobrze zna się na biciu, co na lesie. Hughes zajmuje pozycję przy wiśniowych drzwiachz glockiemw prawej ręce, latarkąw lewej, oparty plecamio ścianę. Czeka, przebiegającw myślach różne scenariusze, aż wreszcie słyszy cichutkie stuknięciei widzi opadającą klamkę.

Włamywacz wychodzi ze stołówki, Hughes włącza latarkę, świeci prostow oczy mężczyźnie, celuje mu glockiemw czubek nosa, opierając dłońz pistoletem na wierzchu rękiz latarką; obie ręce ma wyciągnięte. Mężczyzn dzielą od siebie jakieś dwa kroki, więc Hughes odskakuje nieco – nie chce, aby facet się na niego rzucił – wykrzykując jednocześnie dziko jedną frazę:

– Na ziemię! Na ziemię! Na ziemię!

3.

Gdy Diane Vance jedziew ciemności do obozu Pine Tree, wie, że Terry Hughes jestw niebezpiecznym położeniu, bez wsparcia, sam na samz człowiekiem, który dysponuje niezwykłą zdolnością znikania. Jest pewna, że kiedy zajedzie na miejsce, faceta już tam nie będzie. Albo gorzej. Może mieć broń;i może jej użyć. To dlatego Diane ma na sobie kamizelkę kuloodporną. Hughes na pewno nie,i policjantka jest tego świadoma.

Vance mija zielonego pick-upa straży leśnej Maine ukrytego przy drodze dojazdowej do Pine Treei podjeżdża prosto pod stołówkę. Ani śladu nikogo. Wysiadaz radiowozu, jest czujna,i woła:

– Sierżancie Hughes? Sierżancie Hughes?

– Dziesięć-czterdzieści sześć! – pada odpowiedź: tajny kod policji stanowej Maine na zatrzymanie podejrzanego –i Vance odczuwa ulgę. Za rogiem budynku widzi rozrzucone jedzeniei mężczyznę leżącego na brzuchuz rękami na karku. Zaskoczony przez Hughesa złodziej padł na zimny beton bez oporu. Tyle że tak do końca nie został aresztowany. Mężczyzna jest ubranyw zimową kurtkęi Hughesowi nie udało się założyć kajdanków na grube rękawy. Vance rzuca sięz własnymi kajdankamii teraz włamywacz jest już naprawdę dziesięć-czterdzieści sześć.

Stróże prawa pomagają mężczyźnie usiąść, potem podnoszą go na nogi. Wyciągają mu wszystkoz kieszeni, dropsy, zegarek, breloczekz koniczyną –i sprawdzają plecak oraz torbę sportowąw poszukiwaniu broni. Mężczyzna może być zamachowcem, terrorystą albo mordercą; funkcjonariusze nie mają pojęcia. Znajdują tylko multitoolaz wygrawerowaną nazwą obozu Pine Treei datą 2000, sprzed trzynastu lat.

Mężczyzna stosuje się do poleceń, ale nie odpowiada na pytania. Unika kontaktu wzrokowego. Podczas przeszukiwania funkcjonariusze nie znajdują żadnego dokumentu tożsamości. Ma przy sobie portfel we wzór maskujący, zapinany na rzep, alew środku znajduje się tylko plik banknotów. Pieniądze wyglądają na bardzo stare, niektóre są nadpleśniałe.

Jest późno, drugaw nocy, ale Hughes dzwoni do zarządcy obozu Pine Tree, Harveya Chesleya, który mówi, że zaraz wyjeżdża. Hughes ma klucz uniwersalny do stołówki – Chesley dał mu goz błogosławieństwem; wszystko, byle tylko schwytać pustelnika – otwiera drzwi, zapala światłoi wprowadzaz Vance podejrzanegoz powrotem do miejsca, do którego przed chwilą się włamał.

Stołówka jest olbrzymiai każdy dźwięk odbija sięw niej echem, płaszczyzna niebieskiego linoleum pod sklepieniem sufituz wielkich świerkowych krokwi. Jest po sezonie, więc stołyi krzesła są ułożonew stertę pod ścianą.W ścianie zwróconej na jezioro znajduje się rząd okien, alew ciemności nic przez nie nie widać. Hughesi Vance wyciągają na środek metalowe krzesłoz rdzawym plastikowym siedziskiemi sadzają na nim podejrzanego,z rękami wciąż skutymi na plecach.

Stróże prawa rozstawiają przed nim składany stół, Vance siada,a Hughes nadal stoi. Mężczyzna ciągle się nie odzywa. Zachowuje obojętnyi spokojny wyraz twarzy. Jest to dość niepokojące; osoba, która właśnie znienacka została aresztowana, nie powinna być milczącai bierna. Hughes zastanawia się, czy ten człowiek nie jest obłąkany.

Mężczyzna ma na sobie dżinsy, sprawiające wrażenie nowych, bluzęz kapturem pod porządną sportową kurtką oraz solidne robocze buty. Wygląda, jakby przed chwilą wyszedłz zakupóww galerii handlowej. Ma firmowy plecak. Tylko okularyw grubych plastikowych oprawkach wyglądają na stare. Nie ma na nim śladu brudu,a na podbródku rysuje się zaledwie cień zarostu. Nie wydziela zauważalnej woni. Przerzedzające się włosy, skrytew większości pod wełnianą czapką, są starannie przystrzyżone. Ma dziwnie bladą skóręz kilkoma strupami na nadgarstkach, około metra siedemdziesięciu wzrostu, szerokie ramiona, waży może osiemdziesiąt kilo.

Vance, jak wielu policjantów, którzy tropili pustelnika, zawsze podejrzewała, że wiele krążącycho nim opowieści to wymysły. Teraz odczuła jeszcze większą pewność. Nie ma mowy, żeby ten facet wyszedł prostoz lasu. Musi mieć gdzieś jakiś dom czy pokój hotelowy,z którego czasami urządza sobie złodziejski wypad.

Zarządca obiektu, Chesley, nadjeżdża po chwili,a zaraz po nim jeszcze jeden strażnik leśny. Chesley od jednego rzutu oka rozpoznaje zegarek, który funkcjonariusze wyjęliz kieszeni zatrzymanego. Należy do jego syna, Alexa, który go zostawiłw aucie zaparkowanym na parkingu przy Pine Tree. Zegarek nie był cenny, ale miał wartość sentymentalną; Alex dostał go od dziadka. Tymczasem do zegarka zapiętego na nadgarstku zatrzymanego przyznaje się konserwator, Steve Treadwell – dostał go od Sappi Fine Paper Company na dwudziestopięciolecie pracyw zakładach Skowhegan.

W pomieszczeniu panuje zamieszanie,a podejrzany zaczyna tracić opanowanie. Nadal siedzi spokojnie, ale wkrótce daje się dostrzec oznaki niepokoju, drżenie rąk. Wtedy Hughes wpada na pomysł. Jego konfrontacjaz mężczyzną była groźnai traumatyczna, ale może Vance stworzy spokojniejszą atmosferę. Hughes zagania wszystkich przez wahadłowe drzwi do kuchnii zostawia Vance samąz zatrzymanym.

Policjantka czeka przez chwilę, żebyw stołówce zapanował spokój. Śledziła tę sprawę przez całe osiemnaście lat, odkąd rozpoczęła służbę. Przepina kajdanki tak, żeby mężczyzna miał ręcez przodui mógł siedzieć wygodniej. Hughes wchodziz butelką wodyi talerzem ciastek, po czym wraca do kuchni. Vance całkiem zdejmuje kajdanki zatrzymanemu. Mężczyzna pije. Został aresztowany półtorej godziny temu. Być może właśnie sobie uświadomił, że tym razem nie zniknie. Spokojnie, bez pośpiechu Vance odczytuje mu jego prawa. Ma prawo do milczenia. Pyta goo nazwisko.

– Nazywam się Christopher Thomas Knight – mówi pustelnik.

4.

– Data urodzenia?

– 7 grudnia 1965 roku.

Dźwięki wydostające się z jego ust są jękliwei zgrzytające, jak gdyby stary silnik próbował znów odpalić, każda sylaba sprawia mu wyraźną trudność. Ale przynajmniej mówi wyraźnie; Vance sporządza notatkę.

– Wiek?

Mężczyzna znów milknie. Nazwiskoi data urodzenia są głęboko zakorzenionew jego umyśle. Co by się nie robiło, trudno je zapomnieć. Lata, jak się okazuje, trzeba za każdym razem policzyć. Przeprowadza więc obliczenia na rozprostowanych palcach. No tak, ale który teraz jest rok? Rozwiązują to zadanie razem, pustelniki Vance. Jest 2013. Czwartek, 4kwietnia. Christopher Knight ma czterdzieści siedem lat.

– Adres? – pyta Vance.

– Nie mam – odpowiada Knight.

– Gdzie przychodzi pańska poczta?

– Nie dostaję poczty.

– Jaki adres podaje pan na rozliczeniu podatkowym?

– Nie rozliczam podatków.

– Gdzie przesyłana jest pańska renta?

– Nie mam renty.

– Gdzie przechowuje pan samochód?

– Nie mam samochodu.

–Z kim pan mieszka?

–Z nikim.

– Gdzie pan mieszka?

–W lesie.

To nie jest właściwy moment, myśli sobie Vance, aby rozpoczynać dyskusjęo prawdziwości tych twierdzeń. Lepiej pozwolić mężczyźnie mówić dalej.

– Jak długo – pyta – mieszka panw lesie?

– Kilkadziesiąt lat – odpowiada.

Vance wolałaby bardziej konkretną informację.

– Od którego roku?

I znów liczenie. Zdecydował się mówići jest dla niego ważne, by mówić całą prawdę. Wszystko inne byłoby rzucaniem słów na wiatr. Koncentruje się na dacie, patrzyw okno, nadal ciemne. Coś sobie przypomina.

–W którym roku była katastrofaw elektrowni jądrowejw Czarnobylu?

Natychmiast żałuje, żeo to spytał. Policjantka pomyśli, że jest jakimś zwariowanym ekologiem. Ale przypadkiem zapamiętał właśnie to wydarzenie. Trudno mu jednak zebrać słowa, żeby to wyjaśnić, więc rezygnuje. Vance stukaw telefon: Czarnobyl byłw 1986 roku.

– Wtedy właśnie odszedłem do lasu – mówi Knight.

Dwadzieścia siedem lat temu. Niedługo po ukończeniu liceum,a teraz byłw średnim wieku. Mówi, że przez cały ten czas mieszkałw namiocie.

– Gdzie?

– Gdzieśw lesie, dość daleko stąd – mówi Knight. Nigdy nie ustalił, jak nazywa się jezioro, nad którym mieszka, więc naturalnie nie zna też nazwy pobliskiego miasteczka: Romew stanie Maine; tysiąc dziesięciu mieszkańców. Może jednak wyrecytować nazwy wszystkich gatunków drzew, jakie spotyka na swojej ścieżcew lesie,a w wielu przypadkach opisać również wygląd koron tych drzew.

– Gdzie spędzał pan zimy? – pyta Vance.

Zostawałw swoim małym nylonowym namiocie, twierdzi uparcie,i podczas tych wszystkich zim ani razu nie rozpalił ognia. Dym mógł zdradzić jego kryjówkę. Każdej jesieni, opowiada, gromadziłw obozowisku zapas żywności,a potem nie opuszczał go przez pięć lub sześć miesięcy, dopóki śnieg nie stopniał na tyle, by mógł przedostać się przez las bez zostawiania śladów.

Vance musi przez chwilę się nad tym zastanowić. Zimyw Maine są długiei nieznośnie zimne – wilgotnym, wietrznym chłodem, najgorszym rodzajem zimna. Spędzenie zimą tygodniaw namiocie robi wrażenie.A już cała zima brzmi zupełnie nieprawdopodobnie. Przeprasza goi wychodzi na chwilę przez wahadłowe drzwi do kuchni.

Mężczyźni piją kawęi obserwują Knighta przez duże prostokątne okienkow drzwiach. Vance przekazuje im, co powiedział. Nikt nie jest pewny, czy należy temu wierzyć. To ważne, zauważa Hughes, żeby zanim mężczyzna przestanie mówić, dowiedzieć się, co ma do powiedzeniao włamaniach.

Vance wraca do Knighta,a zaciekawiony Hughes uchyla drzwi, by podsłuchiwać przez szparę. Praktycznie każdy przestępca, jak wie, będzie zawsze zaprzeczał, że złamał prawo – przysięgnie na Boga, że tego nie zrobił, nawet jeśli widziałeś go na własne oczy.

– Powie mi pan – pyta Vance Knighta – jak wszedł pan do tego budynku?

– Podważyłem drzwi śrubokrętem – mówi Knight.

Chłodnię otworzył, ciągnie, kluczem ukradzionym kilka lat temu. Wskazuje na breloczekz trzyipółlistną koniczyną leżący wśród innych rzeczy na stole przed nim.

– Skąd ma pan pieniądze? – Vance ma na myśli stosik gotówki wyjętyz jego portfela,w sumie 395 dolarów.

– Uzbierałem przez te wszystkie lata – odpowiada Knight.

Kilka banknotów tui ówdzie,w większości pojedynczych, zabranychz miejsc, do których się włamał. Myślał, że może przyjdzie taki moment, że będzie musiał iść do miastai coś kupić, ale nigdy do tego nie doszło. Mówi, że przez cały ten czas, kiedy mieszkałw lesie, nie wydał ani grosza.

Vance pyta, czy jestw stanie określić, ile razy włamywał się do domków letniskowych, domów lub obozów. Przez dłuższą chwilę trwa cisza, gdy Knight próbuje policzyć.

– Czterdzieści razy rocznie – odpowiadaw końcu. Przez dwadzieścia siedem ostatnich lat.

Teraz Vance bierze się do liczenia. Wychodzi jej ponad tysiąc – dokładnie tysiąc osiemdziesiąt. Tysiąc osiemdziesiąt przestępstw. To prawie na pewno największa sprawao włamaniaw historii Maine. Przypuszczalnie pod względem liczby pojedynczych kradzieży największaw kraju. Może na całym świecie.

Knight wyjaśnia, że wchodził do domów nocąi zawsze wcześniej upewniał się, że nikogo nie maw środku. Nigdy nie okradał budynków zamieszkanych na stałe, gdzie istniało największe prawdopodobieństwo, że ktoś znienacka może wrócić. Włamywał się tylko do domków letnichi do obozu Pine Tree. Czasem domki były otwarte; czasem wyważał okno lub drzwi. Tylko do Pine Tree włamał się około stu razy. Zawsze zabierał tyle, ile mógł unieść,a że nie było tego dużo, musiał wracać.

Vance tłumaczy, że Knight będzie musiał oddać wszystkie ukradzione rzeczy, które posiada. Prosi go, żeby je wymienił.

– Wszystko jest kradzione – oznajmia.

Plecak, buty, narzędzia, całe wyposażenie obozowiska, wszystkie ubrania, które ma na sobie, włączniez bielizną.

– Jedyną rzeczą, która uczciwie należy do mnie – oświadcza – są okulary.

Vance pyta, czy maw okolicy rodzinę.

– Wolałbym nie odpowiadać na to pytanie.

Nie wie, czy jego rodzice jeszcze żyją –z nikim się nie kontaktował – ale jeśli żyją, ma nadzieję, że nie dowiedzą sięo jego odnalezieniu. Vance chce poznać powód,a Knight odpowiada, że nie wychowali go na złodzieja. Mówi, że mu wstyd.

Knight potwierdza, że wychował sięw środkowym Maine. Nigdy nie byłw wojsku. Skończył Lawrence High School, rocznik 1984. Zarządca obozu Pine Tree, Chesley, wspomina, że jego żona również chodziła do Lawrencew pobliskim miasteczku Fairfieldi skończyła szkołę dwa lata później.W domu muszą gdzieś mieć księgę pamiątkowąz 1984 roku. Hughes prosi Chesleya, żeby pojechał do domui spróbował ją znaleźć.

Vance dzwoni do dyspozytorai prosio sprawdzenie Knighta. Nie jest notowany; nie ma nakazu jego aresztowania. Nie występujew rejestrze osób zaginionych. Jego prawo jazdy wygasłow dniu urodzinw 1987 roku.

Chesley wracaz księgą pamiątkową, „Lawrence Lyre”,w granatowej okładcez wytłoczoną srebrną liczbą „84”. Zdjęcie starszego kolegi, Chrisa Knighta, jak jest podpisany, przedstawia chłopakao ciemnych, zmierzwionych włosachi w okularachw grubych oprawkach, ze skrzyżowanymi ramionami; opiera sięo drzewo,w niebieskiej koszulce poloz dwiema kieszonkami na piersi. Wygląda na zdrowegoi silnego. Na twarzy błąka mu się raczej kpiarski grymas niż uśmiech. Nie ma wspólnego zdjęciaz żadną drużyną sportową ani ze szkolnym klubem.

Trudno stwierdzić, czy to ten sam człowiek, który siedzi terazw stołówce Pine Tree. Knight mówi, że od lat nie widział swojej twarzy, może tylko jej niewyraźne odbiciew wodzie.W obozowisku nie ma lustra, napomyka.

– Jak pan się goli? – interesuje się Vance.

– Bez lustra.

Nie wie, jak teraz wygląda. Mrużąc oczy, wpatruje sięw zdjęcie. Wcześniej przesunął okulary na czoło, teraz opuszcza jez powrotem na nos.

Iw tym momencie Hughesi Vance zgodnie to odczuwają – instynktowną pewność – że wszystko, co dziśw nocy usłyszeli, jest prawdą. Oprawki zblakły przez dziesięciolecia, ale chłopak na zdjęciui mężczyznaw stołówce noszą te same okulary.

Zbliża się już ranek; ciemność ustępuje. Vance wie, że Knight za chwilę zostanie wessany przez system prawai być może już nigdy nie uda sięz nim swobodnie porozmawiać. Chciałaby poznać powód – dlaczego porzucił świat? – ale Knight mówi, że nie może jej podać konkretnej przyczyny.

–A pomoc lekarska? – Vance wskazuje na blizny na nadgarstkach. –A jak potrzebował pan lekarza?

– Nie brałem lekarstwi nigdy nie byłemu lekarza – odpowiada Knight.

W miarę jak robił się starszy, ciągnie, ranyi stłuczenia goiły się coraz wolniej, ale nigdy nie odniósł poważniejszego urazu.

– Chorował pan kiedykolwiek?

– Nie. Trzeba spotykać sięz innymi ludźmi, żeby zachorować.

– Kiedy po raz ostatni miał pan kontaktz człowiekiem?

Fizycznie nigdy, odpowiada Knight, ale gdzieśw latach dziewięćdziesiątych spotkał idącego przez las turystę.

– Co pan powiedział? – pyta Vance.

– Powiedziałem „cześć” – odpowiada Knight.

Poza tym słowem, podkreśla, nie przemówił do przedstawiciela swojego gatunku przez dwadzieścia siedem lat.

5.

U niektórych rodzin zawsze