Ostatni pociąg - Meg Waite Clayton - ebook

Ostatni pociąg ebook

Meg Waite Clayton

0,0
34,90 zł

lub
Opis

Tysiące dzieci, którym wojna odebrała dom.

Niezwykła kobieta, która zmierzyła się z Adolfem Eichmannem, aby je ratować.

Austria, 1936 rok. Dla piętnastoletniego Stephana, chłopaka z zamożnej i wpływowej żydowskiej rodziny, naziści są zaledwie hałaśliwymi, pozbawionymi wpływów nudziarzami. Jego najbliższą przyjaciółką jest błyskotliwa Žofie-Helene, której matka prowadzi postępową antynazistowską gazetę. Gdy naziści przejmują kontrolę, ich beztroskie życie zamienia się w koszmar.

Jest dla nich jednak iskierka nadziei. Holenderka Truus Wijsmuller, bojowniczka ruchu oporu, ryzykuje życiem, pragnąc ocalić jak najwięcej ludzkich istnień, i organizuje transport uchodźców do Wielkiej Brytanii. Musi zmierzyć się z Adolfem Eichmannem, nazistowskim biurokratą. Dzięki zdeterminowanej Truus zarówno Stephan oraz Zofie-Helene, jak i tysiące innych dzieci mają szansę na dotarcie za granicę, gdzie czeka ich równie niepewna przyszłość.

__

Ostatni pociąg to absolutnie fascynująca, pięknie oddana historia miłości, straty i heroizmu wśród mrocznych dni poprzedzających II wojnę światową. Clayton doskonale oddaje napięcie i boleść tamtych czasów. To portret kobiet, które walczą o to, co wydaje się niemożliwe – szansę na uratowanie dzieci”. – Kristin Hannah, autorka bestsellerów Słowik i Wielka samotność

„Z zachwytem przeczytałam tę znakomitą książkę poruszającą temat kindertransportów, powieść, w której współczucie przeplata się z nadzieją i miłością. Dziękuję, Meg Waite Clayton, że przypomniałaś nam o tym, co może się dziać, kiedy dobrzy ludzie zmówią się przeciwko złu”. – Heather Morris, autorka bestsellerów Tatuażysta z Auschwitz i Podróż Cilki

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 530




DLA NICKA i ku pamięci Michaela Litfina (1945–2008), który przekazał historie Kindertransportu mojemu synowi, który przekazał je mnie, a także ku pamięci Truus Wijsmuller-Meijer (1896–1978) i uratowanych przez nią dzieci

OD AUTORKI

Po tym, jak w marcu 1938 roku Niemcy zaanektowały Austrię, oraz po okrucieństwach nocy kryształowej z listopada tego samego roku rozpoczęły się próby ratowania żydowskich dzieci. Dzięki temu nadzwyczajnemu wysiłkowi dziesięć tysięcy dzieci z Niemiec, Austrii, Czechosłowacji, Wolnego Miasta Gdańska i Polski znalazło bezpieczne schronienie w Wielkiej Brytanii i przetrwało czas Zagłady. Ta powieść, chociaż przedstawia fikcyjnych bohaterów, opiera się na prawdziwych działaniach Geertruidy Wijsmuller-Meijer z Amsterdamu, która mniejsze grupy żydowskich dzieci ratowała już od 1933 roku. Dzieci mówiły na nią Tante Truus – ciocia Trusia.

NA GRANICY

Puszyste płatki miękko przesłaniały widok z okna wagonu: wśród padającego śniegu na ośnieżonym wzgórzu majaczył okryty śniegową czapą zamek.

– Bad Bentheim! – zawołał konduktor. – Stacja Bad Bentheim w Niemczech. Pasażerowie udający się dalej, do Holandii, proszeni są o okazanie dokumentów.

Geertruida Wijsmuller – Holenderka o mocno zarysowanych podbródku, nosie i brwiach oraz o szerokich ustach i kaszmirowo szarych oczach – pocałowała trzymane na kolanach niemowlę. Gdy całowała maluszka po raz drugi, jej usta nieco dłużej zatrzymały się na jego gładkim czole. Podała dziecko jego siostrze, po czym zdjęła jarmułkę z głowy drugiego braciszka.

– Es ist in Ordnung. Es wird nicht lange dauern. Dein Gott wird dir dieses eine Mal vergeben – odpowiedziała na obiekcje dzieci w ich języku. „W porządku. To tylko na chwilę. Wasz Bóg wybaczy nam ten jeden raz”.

Gdy pociąg zatrzymał się z lekkim szarpnięciem, chłopczyk podskoczył do okna, wykrzykując:

– Mama!

Truus pogładziła go po głowie i sama też zerknęła przez ośnieżoną szybę. Na peronie mimo śnieżycy w karnych szeregach prężyli się Niemcy. Był również tragarz z wyładowanym wózkiem bagażowym i przygarbiony mężczyzna noszący na sobie dwustronną kartonową reklamę zakładu krawieckiego. A także – owszem – kobieta, którą spostrzegło dziecko. Szczupła, w ciemnym płaszczu i szalu, stała koło sprzedawcy wędlin, zwrócona tyłem do pociągu.

Chłopczyk znowu zawołał:

– Maaa-maaa!

Kobieta się odwróciła i pogryzając tłustą kiełbasę, podnios­ła wzrok na dworcową tablicę informacyjną. Malec skulił się zawiedziony. To, rzecz jasna, nie była jego matka.

Truus przyciągnęła go do siebie, szepcząc:

– No już, juuuż… – Nie umiała składać obietnic bez pokrycia.

Drzwi wagonu otworzyły się z nagłym stukotem i sykiem. Nazistowski pogranicznik na peronie wyciągnął rękę, by pomóc w wysiadaniu ciężarnej Niemce, która przyjęła jego gest, podając mu dłoń w rękawiczce. Truus odpięła guziczki przy własnych dziennych rękawiczkach z żółtej skórki i poluzowała ząbkowane mankiety z delikatnymi czarnymi akcentami. Zdjęła rękawiczki, przy czym skórka zahaczyła się o pierścionek z rubinem włożony pomiędzy dwoma innymi. Dłonie kobiety zaczynały się pokrywać piegami i marszczyć jak krepa.

Truus otarła łzy z twarzy chłopca, po czym doprowadziła do porządku włosy i ubrania całej trójki, zwracając się do każdego z dzieci po imieniu. Działała szybko, mając oko na skracającą się kolejkę pasażerów.

– Teraz spokojnie – pouczyła swoich małych towarzyszy, ocierając strużkę śliny z ust niemowlęcia. Wysiedli już ostatni pasażerowie. – Idźcie, umyjcie ręce, tak jak ćwiczyliśmy.

Nazistowski pogranicznik wspinał się już po schodkach do wagonu.

– No już, idźcie szybko, ale nie śpieszcie się przy myciu – powiedziała spokojnie, a zwracając się do dziewczynki, dodała: – Zatrzymaj braci w ubikacji, kochanie.

– Dopóki nie włożysz z powrotem rękawiczek, ciociu Trusiu – odrzekła posłusznie mała.

Nie mogło wyglądać na to, że Truus ukrywa dzieci, ale nie chciała, by były za blisko podczas tej rozmowy. Tak żeby skupić oczy nie na tym, co widać, lecz na tym, co niewidoczne, myślała, nieświadomie przykładając rubin do ust jak w geście pocałunku.

Otworzyła torebkę – wzięłaby z sobą coś solidniejszego, gdyby wiedziała, że będzie wracać do Amsterdamu z trójką dzieci na doczepkę. Gmerała w niej, zdejmując pierścionki, podczas gdy dzieci, teraz za jej plecami, dreptały przez wagon w stronę ubikacji.

Przed nią pojawił się strażnik graniczny. Był młody, ale nie aż tak młody, by nie mieć żony i własnych dzieci.

– Wizy? Macie wizy, żeby opuścić Niemcy? – zwrócił się do Truus, jedynej dorosłej osoby pozostałej w wagonie.

A ona nadal grzebała w torebce, jakby szukała wymaganych dokumentów.

– Dzieci potrafią być takim utrapieniem, prawda? – zagadnęła ciepło, obmacując swój pojedynczy holenderski paszport, wciąż skryty we wnętrzu torebki. – Ma pan dzieci, panie oficerze?

Strażnik uśmiechnął się nieznacznie.

– Moja żona spodziewa się naszego pierwszego dziecka. Powinna urodzić na Boże Narodzenie.

– Ale z pana szczęściarz! – Truus uśmiechnęła się do własnego szczęścia, gdy pogranicznik zerknął w stronę ubikacji, gdzie dzieci hałaśliwie myły ręce, świergocząc przy tym radośnie jak zięby. Pozwoliła, by młodego mężczyznę ogarnęły ciepłe uczucia: wkrótce sam będzie miał dzidziusia, wyglądającego trochę jak maleńki Alexi, a potem jego malec wyrośnie na większe dziecko, takie jak Israel czy droga, kochana Sara.

Dotknęła ciepłego błyszczącego rubinu – teraz był to jedyny pierścionek na jej ręce.

– Zapewne ma pan dla żony coś specjalnego, żeby podkreś­lić tę okazję.

– Coś specjalnego? – powtórzył nazista, z powrotem kierując na nią uwagę.

– Coś pięknego, co mogłaby nosić na co dzień, by przypominało jej ten najszczególniejszy moment. – Truus zsunęła klejnot z palca. – Mój ojciec podarował to mojej matce w dniu, gdy się urodziłam.

Trzymając pierścionek z rubinem w bladych palcach, spokojnie podała go strażnikowi wraz z pojedynczym paszportem.

Urzędnik łypnął sceptycznie na klejnot, po czym wziął tylko paszport, przejrzał go i znów zerknął na tył wagonu.

– To pani dzieci?

Holenderskie dzieci powinny być wpisane do paszportu rodzica, ale w dokumencie Truus widniały tylko jej dane. Obróciła rubin, by błysnął, łapiąc promień światła, i rzekła:

– Są cenniejsze niż cokolwiek innego… dzieci.

CHŁOPAK POZNAJE DZIEWCZYNĘ

Stephan wypadł przez drzwi i popędził ośnieżonymi schodami w dół. Tornister podskakiwał mu na plecach, uderzając o szkolny mundurek, gdy chłopak biegł w stronę Burgtheater. Przed sklepem z przyborami piśmiennymi zatrzymał się gwałtownie i zagapił na wystawę – maszyna do pisania wciąż tam była, wystawiona na sprzedaż. Stephan poprawił okulary, położył palce na szybie witryny i udawał, że pisze na maszynie.

I zaraz pognał dalej, przeciskając się przez tłumy na Christkindlmarkt1, wśród zapachów piernika i słodkiego grzańca glühwein. Co chwilę powtarzał: „Przepraszam, przepraszam, przepraszam”, lecz nie podnosił głowy i czapkę miał nisko nasuniętą na twarz, żeby go nie rozpoznano. Jego rodzina była znana i szanowana: dorobiła się na własnym czekoladowym interesie, który założyła również z własnego kapitału, a swoje aktywa zawsze trzymała na rachunku w banku Rothschilda. Gdyby do ojca Stephana dotarło, że syn znów przewrócił na ulicy jakąś starszą panią, maszyna do pisania pozostałaby tutaj, bliżej obwieszonej światełkami sosny na Rathausplatz niż choinki ustawionej w zimowej galerii w ich domu.

Pomachał do staruszka obsługującego stoisko z gazetami.

– Dzień dobry, Herr Kline!

– Gdzie podziałeś płaszcz, paniczu Stephanie? – zawołał za nim starszy pan.

Chłopiec zerknął w dół – znowu zostawił okrycie w szkole – ale zwolnił, dopiero gdy dotarł na Ringstrasse2, gdzie drogę blokował spontaniczny nazistowski protest. Stephan zanurkował pod oblepioną plakatami nadbudówkę osłaniającą wejście do podziemi3 i zatupotał na metalowych schodach, a po chwili wynurzył się z ciemności po drugiej stronie ulicy, przy Burgtheater. Dopadł drzwi teatru i sadząc po dwa stopnie naraz, zbiegł do mieszczącego się w piwnicy zakładu fryzjerskiego.

– Panicz Neuman, co za niespodzianka! – Herr Perger uniósł białe brwi nad okrągłymi okularami w czarnej oprawce, takimi samymi jak u chłopca, tyle że niezachlapanymi śniegiem. Fryzjer pochylał się nisko, zmiatając na śmietniczkę kosmyki z ostatniego na dziś strzyżenia. – Ale czy ja już nie…

– Tylko szybkie strzyżenie. Minęło kilka tygodni…

Herr Perger się wyprostował i wyrzucił ścięte włosy do kosza, po czym odstawił szczotkę i śmietniczkę na bok, koło opartej o ścianę wiolonczeli.

– Ach, cóż, jak widać, pamięć nie dopisuje tak dobrze staremu umysłowi jak młodemu – zgodził się ciepło i skinął w stronę fotela. – Albo może tak samo nie dopisuje młodemu człowiekowi, który ma pieniądze na zbyciu?

Stephan opuścił tornister na podłogę. Wypadło przy tym z niego kilka kartek jego nowej sztuki, ale nie przejął się tym – Herr Perger i tak wiedział, że chłopak pisze. Wyłuskał się z mundurka, usiadł w fotelu i zdjął okulary. Świat stał się zamazany, szczotka i wiolonczela zamieniły się w parę tańczącą w kącie walca, jego własna twarz odbijająca się w lustrze nad krawatem mogła należeć do kogokolwiek. Stephan zadrżał, kiedy Herr Perger udrapował na nim fryzjerską pelerynę; nie cierpiał strzyżenia włosów.

– Słyszałem, że niedługo mogą się zacząć próby do nowego przedstawienia – zagadnął. – Czy to sztuka Stefana Zweiga?

– A, tak, jesteś wielkim wielbicielem Herr Zweiga. Jakże mógłbym zapomnieć – rzekł Otto Perger, trochę przedrzeźniając chłopca, ale w życzliwy sposób. Herr Perger znał każdy sekret dramatopisarzy i gwiazd teatru. Przyjaciele Stephana nie mieli pojęcia, skąd ich kolega bierze te sensacyjne szczegóły; sądzili, że zna kogoś ważnego.

– Matka Herr Zweiga wciąż mieszka tu, w Wiedniu – nie ustępował Stephan.

– Jednak on rzadko obwieszcza swoje wizyty, kiedy przybywa z Londynu. Cóż, aby uniknąć rozczarowań, Stephanie, powiem ci, że ta nowa sztuka to dzieło Csokora Trzeci listopada tysiąc dziewięćset osiemnastego roku, o końcu cesarstwa austro-węgierskiego. Dużo było szeptów i intryg wokół tego, czy w ogóle ją wystawiać. Obawiam się, że Herr Csokor musi teraz żyć na walizkach4. Ale mówiono mi, że przygotowania się toczą, aczkolwiek publicznie zostanie wydane zastrzeżenie, że dramaturg nie miał w zamiarze obrażenia żadnego z narodów byłego cesarstwa niemieckiego. Trochę tego, trochę owego, cokolwiek, byle tylko przetrwać.

Ojciec Stephana zaoponowałby, argumentując, że tutaj jest Austria, nie Niemcy. Nazistowski przewrót stłumiono w tym kraju dwa lata temu. Stephana jednak nie obchodziła polityka. Chciał tylko wiedzieć, kto będzie grał główną rolę.

– Może chciałbyś zgadywać? – zaproponował Herr Perger, obracając chłopca w swoją stronę na krześle. – O ile pamiętam, jesteś w tym bardzo dobry.

Stephan, siedząc z zamkniętymi oczami, znowu bezwiednie zadrżał, mimo że na szczęście kosmyki nie lądowały mu na twarzy.

– Werner Krauss? – zapytał.

– No proszę, tak myślałem! – ucieszył się Herr Perger z zaskakującym entuzjazmem.

Odwrócił fotel z powrotem w stronę lustra, by chłopiec zobaczył – nieostro, bo bez okularów – że fryzjer nie komplementuje jego próby odgadnięcia, lecz zwraca się do dziewczynki, która niczym surrealistyczny słonecznik wyrosła z kratki grzewczej na ścianie pod odbiciem Stephana. Stanęła dokładnie przed nim w usmarowanych okularach, z jasnymi warkoczami i rysującą się pod ubraniem wypukłością piersi.

– Ach, Žofie-Helene, twoja mama będzie czyściła tę sukienkę przez całą noc – zauważył Herr Perger.

– To pytanie nie było tak do końca fair, dziadziu. Są przecież dwie główne role męskie – powiedziała dziewczyna promiennie, a jej głos zaczepił się w duszy Stephana jak pierwsze wysokie b w Ave Maria Schuberta – jej głos, liryczne brzmienie imienia Žofie-Helene, a także bliskość jej piersi.

– To lemniskata Bernoulliego – oznajmiła, bawiąc się złotym wisiorkiem na szyi. – Czyli zbiór analityczny miejsc zerowych wielomianu kwadrat sumy kwadratów x i y minus podwojony iloczyn kwadratu liczby a oraz różnicy kwadratów x i y.

– Ee… – zająknął się Stephan, czując, że się czerwieni. Nawet jeśli ona nie uświadomiła sobie, że gapi się na jej piersi, on sam się na tym przyłapał.

– Dostałam to od papy – wyjaśniła. – Też lubił matematykę.

Herr Perger odwiązał pelerynę, podał chłopcu okulary i machnięciem ręki zbył jego miedzioniklową monetę, mówiąc, że tym razem nic nie płaci. Stephan pośpiesznie wepchnął kartki ze swoim rękopisem z powrotem do tornistra. Nie chciał, żeby dziewczyna dostrzegła jego pisaninę ani żeby się dowiedziała, że to sztuka teatralna, ani by pomyślała, że wydaje mu się, że może napisać coś wartego czytania. Zatrzymał się jednak zdezorientowany. Jak to, podłoga jest całkiem czysta?

– Stephan, to moja wnuczka – rzekł Otto Perger. Stał jeszcze z nożyczkami w ręce. Szczotka i śmietniczka nietknięte spoczywały obok wiolonczeli.

– Žofie, obecny tu Stephan może być co najmniej tak samo zainteresowany teatrem jak ty, choć wykazuje cokolwiek większą skłonność do dbałości o włosy.

– Miło mi cię poznać, Stephanie – odrzekła dziewczyna. – Dlaczego przychodzisz się obciąć, skoro nie potrzebujesz strzyżenia?

– Žofie-Helene – upomniał ją z naciskiem dziadek.

– Podglądałam przez kratkę. Twoim włosom nie było potrzebne strzyżenie, więc dziadzio Otto tylko udawał, że je podcina. Ale zaczekaj, nie mów! Pozwól, że wydedukuję. – Rozejrzała się po pomieszczeniu, popatrzyła na wiolonczelę, potem na wieszak ubraniowy, na dziadka i wreszcie z powrotem na chłopaka. Jej wzrok spoczął na jego tornistrze. – Jesteś aktorem! A dziadzio wie wszystko o tym teatrze!

Herr Perger wyprowadził ją z błędu:

– Na pewno w końcu się dowiesz, Engelchen5, że Stephan jest pisarzem. A najwięksi pisarze, powinnaś to wiedzieć, robią najdziwniejsze rzeczy, po prostu by zdobyć doświadczenie.

Žofie-Helene spojrzała na chłopaka z nowym zainteresowaniem.

– Naprawdę? – upewniła się.

– No… na Gwiazdkę mam dostać maszynę do pisania – odparł Stephan. – Mam nadzieję, że naprawdę będę pisarzem.

– A robią takie specjalne?

– Specjalne? – Nie zrozumiał.

– Czy to nie dziwne uczucie być leworęcznym?

Przyglądał się swoim rękom zmieszany, podczas gdy ona znów otwierała kratkę, by na czworakach wejść do otworu w ścianie. Chwilę później wystawiła z niego głowę.

– No to chodź, Stephanie. Próby już prawie się kończą – ponagliła. – Nie masz chyba nic przeciwko odrobinie brudu na swoim poplamionym atramentem rękawie, co? Tak dla zdobycia doświadczenia?

1 Christkindlmarkt – jarmark bożonarodzeniowy (przypisy pochodzą od tłumaczki).
2 Ringstrasse lub krótko: Ring – reprezentacyjna ulica w centrum Wiednia, oplatająca pierścieniem (stąd nazwa) serce miasta. Mieszczą się przy niej okazałe siedziby głównych instytucji politycznych i kulturalnych Austrii. Szeroka aleja wytyczona po linii rozebranych murów miejskich jest i była obsadzona zielenią, przybierając charakter bulwaru.
3 W przedwojennym Wiedniu walcowate słupy ogłoszeniowe pełniły zarazem funkcję nadbudówek osłaniających wejścia do podziemnej sieci kanałów. Z czasem ta ich funkcja zanikła. Metro otwarto w Wiedniu dopiero w drugiej połowie lat 70. XX wieku.
4 Franz Theodor Csokor (1885–1969) – austriacki literat i dramaturg węgierskiego pochodzenia; opuścił Wiedeń dopiero po anszlusie Austrii, uciekając do Polski, która udzieliła mu antydatowanego zaproszenia; wojnę przeżył, nieustannie uciekając z kraju do kraju.
5Engelchen – niem. ‘aniołeczek’.

RUBINY CZY SZKIEŁKA

Od ząbkowanego mankiecika rękawiczki odpadł perłowy guziczek, kiedy Truus z niemowlęciem na jednej ręce wyciągnęła drugą, by złapać chłopczyka – malec był tak zafascynowany masywną żeliwną kopułą wieńczącą budynek dworcowy w Amsterdamie, że o mało nie wypadł z pociągu.

– Truus! – zawołał jej mąż. Pośpiesznie przejął od niej chłopca i postawił go na peronie, po czym pomógł również dziewczynce i samej Truus z maleństwem.

Stojąc już na ziemi, zatonęła w objęciach małżonka – rzadko spotykany widok w publicznym miejscu.

– Geertruido – zaczął – czy Frau Freier nie mogła…

– Proszę, nie zawracaj mi tym teraz głowy, Joop. Co się stało, to się nie odstanie, a jestem pewna, że żona tego miłego młodego strażnika, który odprawiał nas na granicy, bardziej potrzebuje rubinu mojej matki niż my. Gdzie nasz świąteczny duch?

– Dobry Boże, nie chcesz mi powiedzieć, że ryzykowałaś, przekupując nazistę czerwonym szkiełkiem?

Truus pocałowała męża w policzek.

– Skoro ty sam, kochanie, nie umiałeś rozpoznać podróbki, nie wyobrażam sobie, by któreś z nich miało się połapać.

Joop roześmiał się wbrew sobie i wziął od żony maleństwo. Trzymał je trochę niezręcznie, lecz z troską – mężczyzna, który uwielbiał dzieci, choć nie miał swojego, mimo że od lat starali się o dziecko. Truus, nie mając już na ręku niemowlęcia, wsunęła dłonie do kieszeni i wymacała pudełko po zapałkach, o którym zupełnie zapomniała. Z doktora, od którego dostała je w wagonie pociągu, był trochę dziwak. „Bóg nam panią zesłał, bez wątpienia”, stwierdził, zerkając z czułością na dzieci. Powiedział też, że zawsze nosi ze sobą na szczęście kamyk, i chciał go jej wręczyć. „Żebyście pani i dzieci były bezpieczne”, nalegał. Otworzył przy tym pudełeczko i pokazał płaski żwirowy zlepieniec, nijaki i pozbawiony wartości, gdyby nie to, że przynosił szczęście. „Na żydowski pogrzeb nie przynosi się kwiatów, tylko kamienie”, wyjaśnił, co sprawiło, że raczej nie mogła odmówić przyjęcia podarku. Zapewnił ją też, że odbierze od niej kamyk, kiedy z powrotem będzie potrzebował szczęścia. Potem wysiadł w Bad Bentheim, zanim pociąg przekroczył niemiecko-holenderską granicę.

Teraz Truus była w Amsterdamie z dziećmi, pomyślała więc, że może coś w tym jest i brzydki, nijaki kamyczek faktycznie ma moc przynoszenia szczęścia.

– No, mały człowieku – zwrócił się Joop do niemowlęcia – musisz urosnąć i dokonać czegoś niezwykłego, żeby ryzyko mojej głupiutkiej panny młodej nie poszło na marne.

Nawet jeśli ta nieplanowana akcja ratunkowa przysporzyła mu zmartwień, nie zamierzał zgłaszać większych obiekcji niż zazwyczaj, kiedy wycieczki żony do Niemiec i ratowanie dzieci były planowane. Pocałował maleństwo w policzek i oznajmił:

– Taksówka na nas czeka.

– Taksówka? Czyżbyś dostał podwyżkę w banku, kiedy mnie nie było? – zażartowała łagodnie Truus.

Joop był pracownikiem bankowym co się zowie, oszczędnym do szpiku kości, ale też człowiekiem, który po dwudziestu latach małżeństwa nadal nazywał swoją ukochaną „panną młodą”.

– Z przystanku tramwajowego do pałacu ich wuja jest kawał drogi. Spacer byłby męczący nawet bez śniegu – rzekł. – A doktor Groenveld nie chce, żeby bratankowie i bratanica jego przyjaciela przybyli na miejsce z odmrożeniami.

Przyjaciel doktora Groenvelda. To wszystko wyjaśnia, pomyślała Truus, gdy wyszli na wydeptane w śniegu ścieżki biegnące wśród koronkowo białych gałęzi drzew nad skutym lodem kanałem. Właśnie w taki sposób w dużej mierze rozdzielano wsparcie udzielane dzieciom z ramienia Komitetu do Specjalnych Spraw Żydów: siostrzeńcy i siostrzenice obywateli holenderskich; przyjaciele przyjaciół; dzieci przyjaciół partnerów w biznesie. Tak często o losie człowieka przesądzały przypadkowe znajomości.

ŚWIECE O WSCHODZIE SŁOŃCA

Žofie-Helene niepewnie zbliżyła się do oprószonych śniegiem żywopłotów i wysokiej żelaznej bramy pałacu przy Ringstrasse. Położyła dłoń na różowym kraciastym szaliku, który grand-mère6 dała jej na Gwiazdkę, tak miękkim jak dotyk matki. Ten budynek był większy niż cała mieszkalna kamienica i znacznie bardziej okazały. Cztery wysokie, ozdobione kolumnami kondygnacje, na parterze łukowate drzwi i okna, wyżej trzy piętra z balkonami o kamiennych balustradach i z wysokimi przeszklonymi drzwiami, a na samej górze skromniejsze czwarte piętro, za to z posągami, które zdawały się podtrzymywać kryty łupkiem dach albo pilnować służby, zapewne mieszkającej na tym ostatnim poziomie. Nie mogło to być niczyje prawdziwe domostwo, a już na pewno nie dom Stephana. Zanim jednak zdążyła zawrócić, ze stróżówki wychynął odźwierny w długim palcie i cylindrze. Otworzył dla niej furtę, a w tym samym momencie rozwarły się na oścież rzeźbione frontowe drzwi i po schodach zbiegł Stephan; stopnie były tak suche i wolne od śniegu, jakby trwało lato.

– Patrz! Napisałem nową sztukę! – wołał chłopak, próbując wcisnąć jej plik kartek. – Napisałem na maszynie, którą dostałem pod choinkę!

Odźwierny uśmiechnął się ciepło.

– Paniczu Stephanie, może zaprosiłbyś swojego gościa do środka?

Wnętrze rezydencji okazało się jeszcze bardziej onieśmielające: u sufitu wisiały żyrandole, marmurową posadzkę zdobiły wymyślne geometryczne wzory, na górę wiodły iście cesarskie schody i wszędzie było pełno przedziwnych dzieł sztuki – a to pnie brzóz jesienią w zupełnie nieprawidłowej perspektywie; a to miasteczko na zboczu wzgórza nad wodą, nieprawdopodobnie płaskie i radosne; a to niedorzeczny portret damy, bardzo podobnej do Stephana, z tym samym pociągającym spojrzeniem i prostym nosem, z jego czerwonymi ustami i leciutko zaznaczonym dołeczkiem w brodzie. Włosy damy na portrecie były zaczesane do tyłu, a policzki naznaczono tak intensywną czerwienią, że wyglądało to zarówno niepokojąco, jak i elegancko; bardziej chyba miało oddawać urodę i rumieniec, aniżeli przypominać ranę, ale Žofie i tak miała wrażenie, że twarz kobiety jest podrapana do krwi. Z dużego salonu, w którym przy fortepianie rozmawiali goście, dobiegały dźwięki Suity na wiolonczelę numer jeden Bacha. Pełna elegancji złocona nakrywa instrumentu była uniesiona i podparta, tak że ukazywała namalowanego na niej od spodu białego ptaka z trąbką w szponach, w pełnej dramatyzmu pozie.

– Nikt jej jeszcze nie czytał – oznajmił Stephan przyciszonym głosem. – Ani słowa.

Žofie zerknęła na maszynopis, który wreszcie jej wręczył. Czy on naprawdę chce, żeby przeczytała to teraz?

Odźwierny – Rolf, jak go nazwał chłopiec – podsunął uprzejmie:

– Tuszę, że twoja przyjaciółka miała udane święta, paniczu Stephanie?

Stephan, ignorując podpowiedź, zwrócił się do dziewczynki:

– Nie mogłem się doczekać, aż wrócisz do domu.

– Tak, Stephanie, moja grand-mère miewa się dobrze i spędziłam urocze święta w Czechosłowacji. Dziękuję, że pytasz – powiedziała Žofie-Helene, co Rolf nagrodził pochlebnym uśmiechem, biorąc od niej płaszcz i nowy szalik.

Przeczytała pośpiesznie pierwszą stronę.

– Zaczyna się wspaniale – pochwaliła.

– Tak myślisz?

– Przeczytam całość dziś wieczorem, obiecuję, ale jeśli naprawdę nalegasz, żebym poznała twoją rodzinę, nie mogę nosić przy sobie pliku kartek.

Stephan zajrzał do salonu muzycznego, po czym wziął od niej maszynopis i skierował się po schodach na górę. Na każdym zakręcie jego ręka muskała jakąś rzeźbę, gdy mijał pierwsze piętro i szedł dalej. Na piętrze stały otworem drzwi do biblioteki, w której było więcej książek, niż Žofie mogłaby sobie wyobrazić w czyimś prywatnym domu. W salonie modnie ubrana kobieta o płaskiej piersi mówiła:

– …Hitler pali książki, i to takie interesujące, dodałabym. – Dama była bardzo podobna do Stephana, a także do tamtej kobiety z portretu z zadrapanymi do krwi policzkami. Tyle że ciemne włosy miała rozdzielone pośrodku, tak że zwisały w luźnych puklach.

– Ten nikczemny mały człowieczek nazywa Picassa i Van Gogha niekompetentnymi oszustami. – Bawiła się sznurem pereł, który nosiła przylegającą do szyi pętlą, jak kiedyś mama Žofie, ale u tej kobiety zapętlał się jeszcze raz i sięgał aż do talii, a kulki były tak idealnie okrągłe, że gdyby sznur kiedyś się zerwał, na pewno potoczyłyby się daleko. – „Nie jest misją sztuki babrać się w wynaturzeniu dla samego wynaturzenia”, twierdzi, jakby miał jakieś pojęcie o misji sztuki. A może to ja histeryzuję?

– Nie „histeryzujesz” – odparł jakiś mężczyzna. – To twoje słowo, Lisl.

Lisl. A więc to będzie ciotka Stephana. Stephan uwielbiał swoją ciotkę Lisl, podobnie jak jej męża, wujka Michaela.

– Nie moje, tylko Freuda, kochany – poprawiła go lekkim tonem Lisl.

– To moderniści najpierw odrzucili Hitlera – wyjaśnił wujek Stephana. – Kokoschka…

– On oczywiście dostał miejsce na Akademii Sztuk Pięknych, które zdaniem Hitlera należało się jemu – przerwała mu kobieta. Następnie powiedziała, że rysunki Hitlera oceniono jako tak słabe, że nie pozwolono mu nawet przystąpić do formalnego egzaminu wstępnego na akademię. Został bez grosza przy duszy, musiał mieszkać w przytułku, jadać zupę dla bezdomnych i sprzedawać swoje obrazki do sklepów meblowych, które chciały czymkolwiek zapełnić puste ramy.

Podczas gdy krąg zebranych śmiał się z jej opowieści, na przeciwległym krańcu holu otworzyły się przesuwane drzwi. Winda! Ze stojącego w niej wózka inwalidzkiego zeskoczył kilkuletni chłopiec – piękny fotel na kółkach na pewno nie był przeznaczony dla niego, miał wymyślnie zaokrąglone podłokietniki oraz wyplatane z trzciny siedzisko i oparcie, a do tego idealne proporcje cudnych koncentrycznych mosiężnych rączek i kół. Chłopiec ruszył przez hol, ciągnąc za sobą po podłodze pluszowego królika.

– No cześć. Ty pewnie jesteś Walter – domyśliła się Žofie. – A kim jest twój biały przyjaciel?

– To Piotruś – odparł brat Stephana.

Piotruś Królik. Žofie pożałowała, że wydała już swoje świąteczne pieniądze. Mogłaby kupić takiego króliczka w niebieskim płaszczyku swojej siostrzyczce Jojo.

– Przy moim fortepianie siedzi papa – poinformował malec.

– Przy twoim fortepianie? – zdziwiła Žofie. – Grasz?

– Nie za dobrze.

– Ale na tym fortepianie?

Chłopczyk zerknął na instrument.

– Tak, jasne.

Stephan pędził już schodami na dół, uwolniony od maszynopisu, gdy Žofie zauważyła w salonie tort urodzinowy, na którym płonęły cienkie długie świeczki. Zapalono je o wschodzie słońca i austriackim zwyczajem zostawiono na cały dzień, aby topiły się cal na godzinę. Obok tortu stała patera z najwspanialszymi czekoladkami, jakie dziewczynka w życiu widziała: jedne były mleczne, inne z ciemnej czekolady, każda w innym kształcie i każda z wypisanym imieniem Stephana.

– Stephan, czy dziś są twoje urodziny? – Szesnaście świeczek, bo tyle zapewne miał lat, plus jedna na szczęście. – Dlaczego mi nie powiedziałeś?

Stephan zmierzwił włosy Walterowi i w tym samym momencie skończył się puszczony z płyty utwór na wiolonczelę.

– Ja! Ja to zrobię! – zakrzyknął Walter i skoczył w stronę ojca, który przystawił właśnie stołek do gramofonu Victrola.

– …i teraz Zweig uciekł do Anglii, a Strauss komponuje dla Führera7 – mówiła ciotka Lisl.

Jej słowa zainteresowały Stephana. Žofie-Helene nie miała przekonania do bohaterów czy idoli, lecz pozwoliła Stephanowi wciągnąć się do salonu, żeby lepiej słyszeć.

– Ty pewnie jesteś Žofie-Helene! – zawołała ciotka solenizanta. – Stephan, nie powiedziałeś mi, jaka piękna jest twoja młoda przyjaciółka. – Wyjęła kilka szpilek z koku Žofie i włosy dziewczyny opadły kaskadą. – Tak jest znacznie lepiej. Gdybym ja miała takie włosy, też bym ich nie obcinała bez względu na modę. Przykro mi, że mama Stephana nie może się z tobą przywitać, ale obiecałam, że wszystko jej o tobie opowiem, musisz więc poopowiadać mi o sobie.

– Bardzo miło mi panią poznać, Frau Wirth – odrzekła Žofie. – Ale proszę, niech pani dalej mówi o Herr Zweigu, bo inaczej Stephan nigdy mi nie wybaczy.

Lisl Wirth roześmiała się ciepło dźwięcznym eliptycznym śmiechem, zadzierając lekko podbródek ku niemożliwie wysokiemu sufitowi.

– Słuchajcie wszyscy, to jest córka Käthe Perger, wydawcy „Niezależnego Dziennika Wiedeńskiego”! – powiedziała, po czym zwróciła się do dziewczyny: – Žofie-Helene, to jest Berta Zuckerkandl, dziennikarka, jak twoja matka. – Następnie znów powiedziała do pozostałych: – Jej matka, muszę przyznać, ma więcej odwagi niż Zweig czy Strauss.

– Doprawdy, Lisl – zgłosił obiekcję jej mąż – mówisz, jak gdyby Hitler stał u naszych granic. Jakby Zweig mieszkał na wygnaniu, podczas gdy znajduje się w mieście dokładnie w tej chwili.

– Stefan Zweig jest w Wiedniu? – zapytał Stephan.

– Niecałe pół godziny temu był w Café Central i perorował jak najęty – odparł jego wuj.

LISL PATRZYŁA, jak jej siostrzeniec ze swą młodą przyjaciółką pędzą do frontowych drzwi, a tymczasem Michael spytał, dlaczego Zweig w ogóle opuścił Austrię.

– Nie jest przecież nawet żydem – zauważył. – W każdym razie nie praktykującym.

– To mówi mój mąż goj – złajała go łagodnie Lisl.

– Mąż najpiękniejszej Żydówki w całym Wiedniu.

Lisl zerkała, jak Rolf zatrzymuje Stephana, żeby mu podać wyświechtany płaszcz dziewczyny. Žofie-Helene wyglądała na tak zaskoczoną, gdy chłopak przytrzymał dla niej okrycie, że Lisl o mało nie wybuchnęła śmiechem. Stephan ukradkiem wciągnął zapach włosów Žofie, gdy była odwrócona do niego tyłem, a Lisl zaczęła się zastanawiać, czy Michael robił to samo z jej włosami, gdy się do niej zalecał. Była wtedy zaledwie o rok starsza, niż teraz jest Stephan.

– Czyż młoda miłość nie jest cudowna? – zagadnęła męża.

– A ona kocha się w twoim siostrzeńcu? – odpowiedział pytaniem. – Nie wiem, czy zachęcałbym go do zadawania się z córką dziennikarzy podżegaczy.

– Które z jej rodziców podejrzewasz o podburzanie tłumów, mój drogi? – odbiła piłeczkę Lisl. – Ojca, który jak nam mówiono, popełnił samobójstwo w berlińskim hotelu w czerwcu trzydziestego czwartego, dziwnym zbiegiem okoliczności akurat tej samej nocy, gdy zginęło tak wiele osób z opozycji Hitlera8? Czy matkę, która jako ciężarna wdowa przejęła i pociągnęła dalej pracę męża? – Patrzyła, jak Stephan i Žofie znikają za drzwiami, a biedny Rolf śpieszy za nimi, machając zapomnianym szalikiem dziewczyny w wyjątkowo ładną różową kratę. – Cóż, nie umiałabym powiedzieć, czy ta dziewczyna kocha się w Stephanie. Lecz on na pewno jest nią zauroczony.

6Grand-mère – franc. ‘babcia’.
7 Johann Strauss III (1866–1939) nie był popularny w rodzinnym Wiedniu i pracował głównie za granicą, m.in. w Niemczech.
8 Chodzi o noc długich noży, kiedy w ramach przygotowanej wcześniej akcji na rozkaz Hitlera schwytano i wymordowano jego przeciwników politycznych w łonie partii nazistowskiej; źródła podają różną liczbę zabitych, od 77 do około 400.

W POSZUKIWANIU STEFANA ZWEIGA

Ach, mein Engelchen z jej dwoma adoratorami: dramatopisarzem i głupcem – powiedział Otto Perger do swego klienta. Ostatni raz widział wnuczkę przed świętami, a teraz słyszał ją, jak idzie w dół po schodach na przeciwległym końcu korytarza, rozmawiając z młodym Stephanem Neumanem i drugim chłopakiem.

– Mam szczerą nadzieję, że wybierze tego drugiego – odrzekł klient, wręczając fryzjerowi hojny napiwek, jak zawsze. – My, pisarze, nie sprawdzamy się w miłości.

– Obawiam się, że okazuje względy temu pierwszemu – westchnął Otto. – Chociaż nie jestem pewien, czy sama zdaje sobie z tego sprawę. – Zrobił przerwę, chcąc zatrzymać klienta na tyle długo, by przedstawić go Stephanowi, pisarz jednak zbierał się już do wyjścia, gdyż czekał na niego kierowca, a młodzi utknęli po drodze, jak to bywa z młodymi. – Cóż, ufam, że miło spędził pan czas z matką – dodał Perger na koniec.

Mężczyzna wyszedł pośpiesznie i minął się z trójką młodych w korytarzu. Był już w połowie schodów, gdy się odwrócił i spytał:

– Który z was jest pisarzem?

Stephan, śmiejąc się z czegoś, co powiedziała Žofie, chyba nawet go nie usłyszał, lecz drugi chłopak wskazał na niego.

– Powodzenia, synu. Potrzebujemy utalentowanych pisarzy, takich jak ty, teraz bardziej niż kiedykolwiek.

I już go nie było, a rozgadana młodzież weszła do zakładu fryzjerskiego.

Žofie od progu ogłosiła, że dziś są urodziny Stephana.

– Wszystkiego najlepszego, paniczu Neuman! – zawołał Otto, po czym uściskał wnuczkę. Ta mała jest zupełnie jak jej ojciec, pomyślał. Słyszał swojego syna w pośpiesznym rytmie jej głosu, widział Christofa w tym, jak nie przeszkadzały jej usmarowane szkła okularów. Nawet pachniała tak samo: migdałami i mlekiem, i słońcem.

– To był Herr Zweig – oznajmił ich przyjaciel.

– Gdzie, Dieter? – zapytał Stephan.

– Paniczu Stephanie, co pan porabiał, kiedy naszej Žofie nie było w mieście?

– Siedział tuż koło nas, w Café Central, zanim przyszedł Stephan – odparł Dieter. – To znaczy Zweig siedział. Z Paulą Wesseley i Liane Haid, która wygląda strasznie staro.

Otto się zawahał, dziwnie niechętny, by przyznać, że to gamoniowate cielę ma rację.

– Obawiam się, że Herr Zweig śpieszył się na aeroplan, Stephanie.

– To był on? – Ciemne oczy Stephana były tak pełne rozczarowania, że chłopak wyglądał teraz jak kilkuletni berbeć, a wrażenie to potęgowało niesforne kukuryku sterczące na czubku głowy mimo wszelkich wysiłków fryzjera.

Otto chciałby go pocieszyć, zapewniając, że jeszcze będzie miał szansę spotkać swego bohatera, ale zdawało się to mało prawdopodobne. Z całej ich rozmowy – a przynajmniej z tego, co mówił Zweig, a czego Otto słuchał – wynikało, że nawet Londyn może nie być miejscem wystarczająco odległym od Hitlera. Herr Zweig wiedział, w jaki sposób stracił życie syn Ottona; wiedział, że stary fryzjer rozumie, jak nietrwałą barierą jest granica państwowa.

– Żywię szczerą nadzieję, Stephanie, że będziesz miał na uwadze słowa, które Herr Zweig do ciebie skierował – rzekł Otto. – Powiedział: „Potrzebujemy utalentowanych pisarzy, takich jak ty, teraz bardziej niż kiedykolwiek”.

Tak czy inaczej, było to coś – wielki pisarz dał Stephanowi zachętę, mimo że chłopak nawet jej nie usłyszał.

CZŁOWIEK W CIENIU

Adolf Eichmann oprowadzał swojego nowego grubego szefa, Obersturmführera Wisliceny’ego, po Departamencie Żydowskim Sicherheitsdienst. Oprowadzanie zakończył przy swoim biurku, obok którego siedział Tier, najpiękniejszy w całym Berlinie owczarek niemiecki z opadającym grzbietem.

– Dobry Boże, jest tak nieruchomy, że mógłby być wypchany – zauważył Wisliceny.

– Tier jest odpowiednio wyszkolony – odrzekł Eichmann. – Gdyby reszta Niemiec była choćby w połowie tak zdyscyplinowana, szybko pozbylibyśmy się Żydów i przeszlibyśmy do ważniejszych spraw.

– Wyszkolony przez kogo? – zapytał Wisliceny, zajmując krzesło Eichmanna i podkreślając tym samym swoją wyższą rangę.

Eichmann usiadł na miejscu przeznaczonym dla gości i cicho pstryknął palcami, przywołując Tiera do swego boku. Wcześniej zapewnił Wisliceny’ego, że „sznurki”, za które pociąga Department II/112 SD, są w porządku, lecz tak naprawdę były tak cienkie i wystrzępione, że Tier mógłby je bez trudu przegryźć. Funkcjonowali, mając siedzibę w trzech małych pomieszczeniach w pałacu Hohenzollernów, podczas gdy Gestapo ze swoim własnym urzędem do spraw Żydów i znacznie lepszymi środkami znajdowało przyjemność w podkopywaniu ich działań. Eichmann zdążył się jednak boleśnie przekonać, że skargi najgorzej odbijają się na tym, kto je wnosi.

– Eichmann, pański raport o „problemie żydowskim” jest interesujący – odezwał się Wisliceny. – Ten pomysł, że można Żydów sprowokować, by opuścili Niemcy, jeśli odbierzemy im ekonomiczne oparcie tu, w Rzeszy. Ale czemu mielibyśmy wymuszać na nich emigrację do Afryki czy Ameryki Południowej zamiast do innych krajów europejskich? Dlaczego miałoby nas obchodzić, dokąd się wyniosą? Ważne, żeby się ich pozbyć.

– Nie chcielibyśmy, aby ich doświadczenie dostało się w ręce bardziej rozwiniętych państw, które mogłyby z tego skorzystać ze szkodą dla nas, jak sądzę – odpowiedział uprzejmie Eichmann.

Wisliceny zmrużył swoje małe pruskie oczka.

– Uważa pan, że my, Niemcy, nie poradzimy sobie lepiej niż cudzoziemcy wsparci przez Żydów, których chcemy się pozbyć?

– Nie, nie – zaprzeczył Eichmann, kładąc dłoń na głowie owczarka. – Zupełnie nie to miałem na myśli.

– A Palestyna, którą zaliczył pan do krajów „zacofanych”, jest terytorium brytyjskim.

Eichmann, widząc, że sprawy przybierają coraz gorszy obrót, poprosił Wisliceny’ego o opinię w tej materii, narażając się na przydługie nadęte kręcenie i przechwałki poparte kompletnym brakiem wiedzy. Słuchał tego jak zawsze, zachowując w pamięci kawałki na przyszłość, do wykorzystania we własnych celach. Taką miał pracę: słuchać i przytakiwać, gdy mówią inni, i był w tym bardzo dobry. Rutynowo zmieniał mundur na zwykłe cywilne ubranie, by infiltrować berlińskie grupy syjonistyczne i obserwować je z bliska. Zorganizował kadrę informatorów. Zbierał wiadomości z żydowskiej prasy. Raportował o działaniu Agudath Israel9. Spokojnie gromadził w teczkach denuncjacje i oskarżenia. Kierował aresztowaniami. Pomagał przy przesłuchaniach w siedzibie Gestapo. Próbował nawet nauczyć się hebrajskiego, by lepiej wykonywać swą pracę, plan jednak spalił na panewce i teraz w całym Berlinie można było usłyszeć o jego głupocie – zaproponował rabinowi, że będzie mu płacił trzy marki za godzinę nauki, podczas gdy mógł po prostu osadzić go w areszcie i zmuszać do udzielania darmowych lekcji.

Vera uważała, że to właśnie dzięki przechwałkom ten nic niewiedzący Prusak dostał stanowisko szefa Departamentu Żydowskiego, które należało się jej mężowi. Eichmann musiał się zadowolić ochłapem – namiastką awansu na technicznego sierżanta, a z powodu czystki przeprowadzonej w łonie partii te same stare zadania wykonywał teraz znacznie uszczuplony personel. Eichmann jednak wiedział, że to nie z tego powodu odmówiono mu przeniesienia na wyższe stanowisko. Kto by pomyślał, że jako specjalista do spraw syjonistów stanie się zbyt cennym ekspertem, aby go „rozpraszały” administracyjne obowiązki? Jeśli się chciał wspinać po drabinie nazistowskiej hierarchii, musiał ścierpieć to, że jest pieskiem pokojowym tępego Prusaka, który ma stopień naukowy z teologii, odrażający śmiech i absolutnie zerową wiedzę.

DOPIERO GDY WISLICENY wreszcie sobie poszedł, a Eichmann uporządkował swoje biurko, pozwolił psu się ruszyć.

– Dobre z ciebie psisko. – Pogładził jego szpiczaste uszy, zatrzymując się dłużej na ich aksamitnych różowych wnętrzach. – Zabawimy się trochę? Po całej tej nędznej komedii zasługujemy chyba na nieco rozrywki, nie?

Tier strzepnął głową, po czym zadarł smukły pysk tak wyczekująco, jak Vera wyprężała się przed seksem. Vera. Dziś druga rocznica ich ślubu. Żona będzie na niego czekała z synkiem w ich mieszkanku przy Onkel-Herse-Strasse. Zarówno o przyjściu na świat dziecka, jak i wcześniej o swoim ślubie Eichmann musiał zaraportować do SS Rasse und Siedlungshauptamt, a zanim dostał pozwolenie na ożenek, najpierw udowodnił, że Vera ma nieposzkalowanie aryjskie pochodzenie. Powinien iść prosto do domu, do jej wielkich oczu, uroczych brwi i okrąg­łej, krzepko zarysowanej twarzy, do jej ponętnych kształtów, o wiele bardziej zachęcających niż obecnie modne kanciaste, wychudzone kobiece sylwetki.

Wybrał jednak dłuższą drogę, z Tierem równo drepczącym u jego nogi. Przeszedł na drugą stronę rzeki i zapuścił się w żydowskie getto. Nieśpiesznie przemierzał ulicę po ulicy, by się napawać tym, jak – mimo doskonałego zachowania psa – dzieci umykają w popłochu na ich widok.

9 Agudath Israel – międzynarodowa organizacja polityczna skupiająca Żydów o skrajnie ortodoksyjnych poglądach. W dwudziestoleciu międzywojennym partie polityczne o tej nazwie działały w wielu krajach, również w Polsce.

CZEKOLADOWE ŚNIADANIE

Truus opuściła gazetę i popatrzyła ponad wąskim śniadaniowym stołem.

– Alice Salomon została wydalona z Niemiec. – Słowa wyskoczyły z niej szybko pod wpływem szoku po przeczytanej wiadomości. – Jak naziści tak mogą? Pionierka publicznej służby zdrowia o międzynarodowej sławie, nikomu niezagrażająca kobieta? Jest stara i schorowana, no i nawet nie zajmuje się polityką10.

Joop odłożył kromkę z hagelslag11 na talerz. Czekoladowy wiórek spadł z chleba na stół, a drugi, niedostrzeżony, utknął mu w kąciku ust.

– Jest Żydówką?

Truus spojrzała przez okno na drugim piętrze ponad stojącymi na parapecie doniczkami na Nassaukade, kanał, most, Raampoort.

Doktor Alice Salomon była chrześcijanką. W dodatku gorliwą. Przypuszczalnie podobnie jak Truus wywodziła się z zamożnej chrześcijańskiej rodziny. A rodzina Truus tak bardzo była wdzięczna za dary Boże, że dzieliła się nimi z belgijskimi dziećmi, które przyjęła pod swój dach podczas wielkiej wojny. Ale jeśli powie Joopowi, że Niemcy wygnali chrześcijankę, tylko wzbudzi w nim niepokój, a nie chciała dawać mężowi powodu do wypytywania jej o plany na ten dzień. Miała nadzieję, że pojedzie do Niemiec, aby się spotkać z Rechą Freier12 i porozmawiać z nią o tym, co jeszcze można zrobić, by pomóc żydowskim dzieciom z Berlina, gdzie zabroniono im chodzić do szkół publicznych. Na swoją wiadomość nie uzyskała jednak odpowiedzi. Mimo to umówiła się już z panią Kramarsky, że pożyczy jej sedana. Przynajmniej zrobi jeszcze jedną rundkę przez granicę, odwiedzając gospodarstwo Weberów.

– Pewnie miała żydowskich przodków – wysunęła przypuszczenie, które w sumie mogło być prawdziwe. Jej wzrok prześliznął się po kwiatowej tapecie i domagających się prania zasłonach w pokoju, w którym jadali śniadania, odkąd się pobrali. Wątpiła, by pochodzenie przodków Alice Salomon wyjaśniało fakt, że tak nagle pozbawiono ją ojczyzny.

– Geertruido… – zaczął Joop i Truus zebrała się w sobie.

Zanim poznała Joopa, jej imię zawsze wydawało się takie solidne i nijakie – w wersji Geertruida czy Truus, wszystko jedno – ale w jego ustach brzmiało naprawdę uroczo. Tak czy inaczej, mąż rzadko zwracał się do niej pełnym imieniem.

„To, co sprawia, że małżeństwo dobrze funkcjonuje, powinno być starannie chronione”, powiedziała jej matka w poranek przed ich ślubem. A kimże była Truus, aby odrzucić radę matki i pozwolić, by wytrąciła ją z równowagi ta maleńka mężowska wpadka? Joop bezwiednie używał jej pełnego imienia, gdy chciał ją namówić do zejścia z obranego kursu.

Wzięła serwetkę i sięgnęła przez stół, by zdjąć czekoladowy wiórek z jego ust. No proszę: znów wyglądał jak nieoprószony główny kasjer i kierownik oddziału w De Javasche Bank, którym był w czasach, gdy się zaręczyli.

– Jutro na śniadanie zrobię ci broodje kroket – zapowiedziała, zanim zdążył ją zapytać, jak zamierza spędzić dzień. Smażony na głębokim tłuszczu panierowany mięsny krokiet, podawany w miękkiej bułce, należał do ulubionych dań Joopa. Samo wspomnienie tego smakołyku powinno poprawić mu humor i odciągnąć go od zmartwień.

10 Alice Salomon (1872–1948) wywodziła się z rodziny żydowskiej. Przed wydaleniem jej z ojczystych Niemiec przesłuchiwało ją Gestapo; nie spodobało się im nie tylko jej pochodzenie, lecz także chrześcijańskie idee humanistyczne, pacyfizm i feministyczne przekonania.
11Hagelslag – holenderski specjał, czekoladowa posypka w postaci wiórków lub granulek.
12 Recha Freier (1892–1984) – niemiecka działaczka z żydowskiej ortodoksyjnej rodziny, założycielka organizacji Młodzieżowa Alija, która przed Holocaustem i w jego trakcie ratowała młodzież żydowskiego pochodzenia; źródła podają różną liczbę uratowanych nastolatków, od 7 do 22 tysięcy.

KREDA NA JEJ BUTACH

Stephan patrzył od drzwi, jak Žofie ściera połowę dowodu matematycznego, który zajmował całą szkolną tablicę. Jej profesor, zaalarmowany, odezwał się:

– Kurt…

Stojący z nimi młodszy mężczyzna po prostu beztrosko wsunął ręce do kieszeni białych spodni od lnianego garnituru i skinął do Žofie. Stephan poczuł się trochę jak doktor z Amoku Zweiga – bohater noweli miał taką obsesję na punkcie kobiety, która nie chciała z nim iść do łóżka, że ją śledził. Ale Stephan nie śledził Žofie. To ona zaproponowała, żeby po nią wpadł na uniwersytet, mimo że było lato i nie odbywały się zajęcia.

Žofie upuściła gąbkę i – nie bacząc na kredę, którą oprószyła sobie buty – zaczęła ponownie zapełniać tablicę symbolami. Stephan wyjął z tornistra dziennik i zanotował: „Upuszcza sobie na buty gąbkę i nawet tego nie zauważa”.

Žofie-Helene spostrzegła go dopiero wtedy, gdy dokończyła równanie. Uśmiechnęła się – tak jak kobieta z Amoku, odziana w żółtą suknię, posłała bohaterowi uśmiech przez salę balową.

– Czy to ma sens? – zapytała starszego mężczyznę. Potem zwróciła się do młodszego: – Jeżeli nie ma, wyjaśnię jutro, profesorze Gödel.

Wręczyła kredę Gödlowi i dołączyła do Stephana, nie zwracając już uwagi na mężczyzn.

– Nadzwyczajne… – wystękał starszy z nich. – Ile ona ma lat?

– Zaledwie piętnaście – odparł młodszy.

PARADOKS KŁAMCY

Stephan zanurkował z deszczowej ulicy do budynku czekoladziarni Neumanów przy Schulhof pod numerem drugim, ciągnąc za sobą Žofie. Poprowadził ją stromymi drewnianymi schodami do piwnicznej jaskini, a ich mokre buty zostawiały niewidoczne ślady w zimnej jak kamień ciemności. Powoli ucichł gwar dobiegający z mieszczącej się wyżej fabryki czekolady.

– Mmmmmm… czekolada – mruknęła dziewczyna, ani trochę niewystraszona scenerią.

Jak mogłoby mu przyjść na myśl, że osóbka tak bystra jak Žofie wystraszyłaby się czegokolwiek, dając mu wymówkę, by wziął ją za rękę, jak to robi Dieter za każdym razem, kiedy odbywają próbę jego nowej sztuki? Kreda zmyła się już z jej butów, kiedy biegli w deszczu, ale Stephan wciąż nie mógł się otrząsnąć z tych wszystkich symboli matematycznych na tablicy, które były dla niego niczym obcy, nieznany alfabet.

Pociągnął za łańcuszek, włączając sufitowe światło. Na chropawych kamiennych ścianach zaczerniły się wielokątne cienie zastawionych skrzyniami palet. Sam pobyt w tym miejscu sprawiał, że chłopakowi w głowie kłębiły się słowa, choć odkąd miał w domu maszynę do pisania, rzadko pisywał w tej piwnicy. U stóp schodów zdjął z haczyka na ścianie łom i otworzył pierwszą z brzegu skrzynię, po czym rozwiązał jeden ze schowanych w niej jutowych worków. Ziarna kakao pachniały tak znajomo; czując ich zapach, często potem nie miał już najmniejszej ochoty na czekoladę. Zapewne podobnie chłopak, którego ojciec pisałby książki, w końcu mógłby mieć powyżej uszu czytania, choć Stephanowi wydawało się to wręcz niemożliwe.

– Poczęstujesz mnie? – zapytała Žofie-Helene.

– Ziarnami kakao? Nie można ich jeść, Žofie. No chyba że umierałabyś z głodu.

Wyglądała na tak rozczarowaną, że ugryzł się w język i nie powiedział tego, czym chciał zrobić na niej wrażenie – że temperowanie czekolady jest jak dyrygowanie baletem, topienie i schładzanie, i mieszanie w taki sposób, aby powstające kryształy ułożyły się odpowiednio, zostawiając na języku uczucie ekstazy. Ekstaza. Tak czy inaczej, nie wydawało mu się, aby mógł przy Žofie użyć tego słowa, chyba że umieściłby je w sztuce.

Pobiegł na górę po garść trufli i zaraz wrócił, ale dziewczyny już nie było.

– Žofie?

Jej głos dobiegł z głębi, spod schodów:

– Powinniście trzymać ziarna tu, w dole. W głębszych jaskiniach temperatura jest bardziej stała, nie z powodu gradientu geotermicznego na tych głębokościach, tylko dzięki izolującym właściwościom skały.

Zerknął na swoje eleganckie ubranie – nim też chciał zrobić na niej wrażenie – ale zdjął latarkę z kołka i zanurkował pod schody, po czym zszedł po szczeblach do niższej komory. Ani śladu Žofie. Wczołgał się do długiego, pełnego żwiru tunelu po przeciwnej stronie jaskini. Promień światła latarki wydobył z ciemności podeszwy butów dziewczyny, jej ugięte w kolanach nogi i zarysowane pod spódnicą pośladki. Stanęła na końcu tunelu z zadartą przez krótki moment spódnicą, którą zaraz ściągnęła w dół, ledwie zdążyła mu mignąć biała skóra z tyłu jej kolan i ud. Žofie nachyliła się do tunelu, tak że teraz w kręgu światła znalazła się jej twarz.

– To nowy termin, ten gradient geotermalny – uściśliła. – Jeżeli go nie znasz, nic nie szkodzi. Większość ludzi o nim nie słyszała.

– Górna komora jest suchsza, to lepiej dla ziaren – wyjaśnił. – No i łatwiej tam wnosić i wynosić stamtąd rzeczy.

Tutejszy podziemny korytarz był dziełem natury w przeciwieństwie do betonowego przejścia pod Ringstrasse koło Burgtheater. Zdawało się, że tunel kończy się stosem kamieni kilka metrów dalej, lecz tak nie było. Stanowił część rozciągającego się pod Wiedniem pradawnego podziemnego labiryntu korytarzy i komór. Zazwyczaj, jeśli się dobrze poszukało, z każdego zakamarka prowadziło przejście wiodące dalej. Niska wilgotność tej partii podziemi sprawiła, że pradziadek Stephana zakupił budynek, w którym teraz mieściła się czekoladziarnia Neumanów. Przybył do Wiednia bez grosza przy duszy, mając szesnaście lat, czyli tyle co teraz Stephan. Zamieszkał na poddaszu kamienicy bez windy w ubogiej części Leopoldstadtu13. W wieku dwudziestu trzech lat założył czekoladziarnię, a potem kupił ten budynek i powiększał go, nadal mieszkając na tamtym poddaszu. Dopiero później zbudował przy Ringstrasse pałac, który zajmowała teraz rodzina Stephana.

– Mogłem zaczekać, żebyś wyjaśniła to równanie tym dwóm profesorom – odezwał się chłopak.

– Ten dowód? Profesor Gödel nie potrzebuje wyjaśnienia. Był niewiele starszy od nas, Stephanie, gdy udowodnił twierdzenia o niezupełności i o niedowodliwości niesprzeczności, które całkowicie odmieniły logikę i matematykę. Nawet nie potrzebował do tego liczb ani formalnych symboli. Spodobałyby ci się jego dowody. Wykorzystał paradoks Russella i paradoks kłamcy, żeby wykazać, że w każdym niesprzecznym rozstrzygalnym systemie pierwszego rzędu, opisującym liczby naturalne, istnieje formuła, której nie da się udowodnić, oraz jej zaprzeczenie.

Stephan wyjął z tornistra dziennik i zapisał: „Paradoks kłamcy”.

– To właśnie zdanie jest kłamstwem – mówiła dalej dziewczyna. – Zdanie musi być prawdą lub kłamstwem, zgadza się? Ale jeżeli mówi prawdę, jest kłamstwem. A jeśli kłamie, jest prawdą. Musi być zatem jednocześnie prawdą i kłamstwem. Paradoks Russella okazuje się jeszcze bardziej interesujący: czy zbiór wszystkich zbiorów, które nie zawierają się w sobie, jest elementem samego siebie czy nie? Rozumiesz?

Stephan wyłączył latarkę, by jakoś ukryć to, jak mało w rzeczywistości pojmuje. Może papa ma jakiś matematyczny wolumen, który by mu wyjaśnił, o czym mówi Žofie; może znajdzie pomoc w książkach.

– W ogóle teraz nie widzę, gdzie jesteś! – zawołała Žofie.

Za to on doskonale wiedział, gdzie jest ona. Po głosie orientował się, że dziewczyna stoi może na odległość ramienia od niego. Że gdyby się lekko wychylił w jej stronę, mógłby położyć usta na jej ustach.

– Stephan, jesteś tu jeszcze? – zapytała z ledwie odrobiną strachu, który on też czasem odczuwał w tym ciemnym podziemiu, gdzie można się było zgubić i nigdy już stąd nie wyjść. – Wciąż czuję zapach czekolady – dodała. – Nawet tutaj.

Namacał w kieszeni trufle i wyjął jedną.

– Otwórz usta i wystaw język, a poczujesz też jej smak – zachęcił.

– Nie poczuję.

– Poczujesz.

Usłyszał cmoknięcie, wyczuł świeżość oddechu. Położył dłoń na jej ramieniu, by złapać orientację. A może żeby ją pocałować.

Zachichotała lekkim, spłoszonym śmiechem, zupełnie do niej niepodobnym.

– Otwórz usta – polecił łagodnie. Powoli przesuwał drugą rękę, aż poczuł na palcach ciepło oddechu dziewczyny. Wtedy położył jej truflę na języku. – A teraz przytrzymaj czekoladkę w ustach – wyszeptał. – Po prostu ją tak zostaw, niech trwa, smakuj każdą chwilę.

Chciał ją wziąć za rękę, ale jak można wziąć za rękę kogoś, kto tak szybko został twoim najlepszym przyjacielem, i nie ryzykować przy tym utraty przyjaźni? Wsunął więc dłonie do kieszeni i natknął się na pozostałe trufle. Chwilę bawił się nimi, po czym położył sobie jedną na języku – nie tyle miał ochotę na czekoladę, ile pragnął dzielić z Žofie doświadczenie: otaczającą ich ciemność, szum cieknącej gdzieś w górze deszczówki, która spływała przez kratkę i ciurkała dalej, zmierzając do kanału, a potem do rzeki i do morza, podczas gdy na ich językach z wolna roztapiała się coraz cieplejsza czekolada.

– To jednocześnie prawda i nieprawda, że mogę czuć jej smak – zauważyła Žofie. – Paradoks czekolady!

Nachylił się, sądząc, że może zaryzykować pocałunek – spróbuje, a gdyby się opierała, będzie udawał, że wpadł na nią w ciemności. Wtem jednak z boku przemknęło jakieś podziemne stworzenie (niemal na pewno szczur) i Stephan odruchowo pstryknął włącznikiem latarki.

– Nie mów nikomu, że cię tu przyprowadziłem – poprosił. – Jeżeli znów mnie nakryją, będę siedział zamknięty w pokoju do końca życia, oskarżony o rozbój i zawalenie podziemi. A tak w ogóle, czy to nie świetne miejsce? Niektóre z tych tuneli to po prostu burzowniki, trzeba ich unikać podczas ulewnych deszczy, inne to ścieki, tych zawsze unikam. Ale pod ziemią są też duże sale. Krypty pełne starych kości. Kolumny z czasów, bo ja wiem, może nawet rzymskich. Tę podziemną sieć mogą wykorzystywać wszyscy, od szpiegów i morderców po zakonnice i inne pobożne dusze. To moja sekretna kryjówka. Nie pokazuję jej nawet przyjaciołom.

– To nie jesteśmy przyjaciółmi? – zdziwiła się Žofie-Helene.

– Nie jesteśmy… co?

– Nie przyprowadzasz tutaj przyjaciół, a mnie przyprowadziłeś, więc zgodnie z logiką nie jestem twoją przyjaciółką.

Stephan roześmiał się ciepło.

– Nigdy nie spotkałem nikogo, kto byłby tak technicznie błyskotliwy i tak beznadziejnie się mylił. W każdym razie nie pokazałem ci tego miejsca, sama je znalazłaś.

– A więc jesteśmy przyjaciółmi, bo mnie tu nie przyprowadziłeś?

– Jasne, że jesteśmy przyjaciółmi, głuptasie.

Paradoks przyjaźni. Była jego przyjaciółką, a jednocześnie nie była.

– Czy te tunele prowadzą do Burgtheater? – zainteresowała się. – Moglibyśmy zrobić niespodziankę dziadziowi. O, wiem! Możemy się tędy dostać do pracy mamy? To koło Świętego Ruprechta, i nasze mieszkanie też. Czy tunele docierają aż tak daleko?

Stephan zazwyczaj wędrował po podziemnym labiryncie tymi samymi trasami, żeby się nie zgubić, lecz owszem, znał drogę do kościoła Świętego Ruprechta i do mieszkania Žofie. Właściwie od początku wakacji zdążył odkryć kilka różnych tras. Nie żeby zachowywał się jak doktor z Amoku, nie żeby ją śledził. Mógł ją poprowadzić dłuższą drogą, przez krypty pod katedrą Świętego Szczepana i przez trzy poziomy tuneli, niemożliwie głęboko – tam gdzie kiedyś był zakon żeński. Mógł ją wziąć na przechadzkę pod Judenplatzem i pokazać pozostałości podziemnej szkoły talmudycznej sprzed wieków. A nawet przez dawne stajnie. Czy przeraziłyby ją stare końskie czaszki? Znając Žofie, przypuszczał, że raczej byłaby zafascynowana. Cóż, tak czy inaczej, lepiej zachować stajnie dla siebie, przynajmniej na razie.

– Dobra – zgodził się. – A zatem tędy.

– Gra się rozkręca! – zawołała.

– Miałem ci powiedzieć, że skończyłem czytać Znak czterech. Przyniosę jutro.

– Ale ja nie skończyłam jeszcze Kalejdoskopu.

– Nie musisz mi go oddawać. Możesz sobie zatrzymać. To znaczy: na zawsze.

Zarejestrował jej wahanie, więc dodał:

– Mam drugi egzemplarz. – Chociaż go nie miał. Spodobał mu się po prostu pomysł, by połowa dwutomowego wydania zbioru nowel została w rękach Žofie albo przynajmniej gdzieś na półce, tak żeby mogła je czytać w łóżku. – Miałem już jeden egzemplarz, kiedy ciotka Lisl dała mi drugi na urodziny – kłamał dalej. – Chciałbym, żebyś go zatrzymała.

– Ja nie mam zapasowego Znaku czterech.

Roześmiał się.

– Zwrócę ci go. Obiecuję.

Ominął stertę gruzu, za którą znajdowały się kręcone metalowe schody wiodące w górę ku ośmiokątnej pokrywie studzienki. Osiem metalowych trójkątów zbiegało się wierzchołkami pośrodku; pokrywę można było otworzyć, pchając każdy trójkąt od dołu albo ciągnąc z góry, od ulicy. Stephan, prowadząc Žofie, minął schody i przez parę minut szedł prosto. Następnie pokonali kilka metalowych szczebli w dół i znaleźli się w szerokim sklepionym korytarzu obudowanym gładkimi blokami kamienia. Płynęła tu rzeka, a wzdłuż niej ciągnął się obrzeżony barierką chodnik. Całość oświetlały umocowane u góry odrutowane żarówki, rzucające na ścianę powiększone cienie ich dwojga.

– Ta część pochodzi z czasów, kiedy puścili rzekę pod ziemią, żeby powiększyć miasto – wyjaśnił, gasząc latarkę. – Pomogło to też zapobiec cholerze.

Korytarz urywał się raptownie, woda wpływała do mniejszego łukowatego otworu, takiego jak ten przy Burgtheater, gdzie aby się posuwać dalej, trzeba by płynąć w mętnej brei. Tu jednak były schody wiodące do przerzuconej nad wodą metalowej kładki, na której barierce wisiały – tak na wszelki wypadek – zwój liny i koło ratunkowe. Przeszli na drugą stronę, po czym cofnęli się nieco w górę rzeki, by zaraz zanurkować w inny, węższy, za to suchy tunel. Stephan z powrotem włączył latarkę, oświetlając stertę gruzów.

– Kolejne miejsce, gdzie część tunelu się zapadła, możliwe, że podczas wojny. Podobnie jak w tamtym małym przejściu koło naszej piwnicy – rzekł Stephan i poprowadził gościa przez ciasny przesmyk między kupką kamieni a ścianą. Dwa kroki dalej oświetlił latarką zamkniętą bramę. Za nią leżały w nieładzie trumny i ludzkie kości, które najwyraźniej posortowano według części ciała; jeden starannie ułożony stos składał się wyłącznie z czaszek.

13 Leopoldstadt – dzielnica Wiednia, oddzielona od reprezentacyjnej Innere Stadt Kanałem Dunajskim.

NAJPOTĘŻNIEJSZA MASZYNA DO PISANIA WSZECH CZASÓW

Stephan prowadził Žofie-Helene podziemnymi korytarzami może przez kwadrans, kiedy dotarli do kolejnych spiralnych schodów również wiodących do ośmiokątnej pokrywy znajdującej się koło miejsca pracy matki dziewczyny. Było też drugie wyjście, bliższe, na ulicy tuż przed jej mieszkaniem, ale miało tylko metalowe szczeble zamiast schodów oraz kratkę ściekową, tak ciężką, że nie dałby rady jej podnieść. Wspiął się na ulicę i podał Žofie rękę, by pomóc jej wyjść, po czym puścił ją bardzo niechętnie. Pchnął nogą trójkąty na miejsce i skręcili za róg, kierując się do siedziby gazety. Jakiś mężczyzna obsługiwał tu najpotężniejszą maszynę do pisania wszech czasów.

– To linotyp – wyjaśniła Žofie. – Automatyczny, trochę jak te ustrojstwa Rube Goldberga14. Składa czcionki, żeby wydrukować gazetę.

– Czy trudno się tego nauczyć? – Stephan zwrócił się do zecera, wyobrażając sobie, jak składa na linotypie swoją sztukę. Teraz, żeby sporządzić kopie, używał kalki węglowej i bębnił mocno w klawisze, ale w ten sposób uzyskiwał zaledwie kilka egzemplarzy, musiał więc tworzyć sztuki przeznaczone dla nielicznej obsady lub wielokrotnie przepisywać maszynopis. – Umiem już pisać na maszynie.

– To imponujące, że tyle wiesz, Stephanie – odezwała się Žofie-Helene.

– Że ja tyle wiem?

– O podziemiach. O produkcji czekolady. O teatrze i pisaniu na maszynie. Sam to powiedziałeś. Kiedy ja mówię, ludzie patrzą na mnie jak na dziwaczkę. Ale ty jesteś trochę jak profesor Gödel. Czasami od niego słyszę, że się mylę co do czegoś.

– Czy kiedyś powiedziałem, że się mylisz co do czegoś?

– Co do jedzenia ziaren kakao. I co do jaskini – odrzekła. – Czasem mówię coś niewłaściwego tylko po to, żeby sprawdzić, czy ktoś zauważy. Zwykle nie zauważa nikt.

W GABINECIE REDAKTOR NACZELNEJ przy stole siedziała zajęta kredkami dziewczynka, jeszcze młodsza od Waltera, podczas gdy jakaś kobieta – przypuszczalnie matka Žofie – rozmawiała przez telefon.

– Jojojojojojo, narysowałaś dla mnie cos fajnego? – zapytała Žofie. Porwała siostrzyczkę i zakręciła nią wśród wybuchu chichotów, które sprawiły, że Stephan też zapragnął się tak pokręcić, choć za bardzo nie lubił tańczyć.

Kobieta dała znać palcem, że zaraz skończy rozmowę, a tymczasem powiedziała do słuchawki:

– Tak, oczywiście Hitler nie będzie uszczęśliwiony, ale ja też nie jestem szczęśliwa, że próbuje wymusić na Schuschniggu15, by zniósł zakaz działalności austriackiej NSDAP. A skoro moja opinia go nie powstrzymuje, jestem całkowicie pewna, że jego zdanie nie powinno powstrzymywać nas, dlatego wydrukujemy ten artykuł. – Pożegnała się z rozmówcą i odłożyła słuchawkę, po czym zwróciła się do córki: – Och, Žofie, twoja sukienka! Znowu…

– Mamo, to mój przyjaciel Stephan Neuman – przedstawiła go dziewczyna. – Przyszliśmy tu prosto z fabryki czekolady jego ojca, całą drogę przez…

Stephan posłał jej ostrzegawcze spojrzenie.

– Jego ojciec robi przepyszne czekoladki – zakończyła Žofie.

– Ach, jesteś z tych Neumanów? – zapytała jej matka. – Mam wielką nadzieję, że przyniosłeś nam coś z owych pyszności!

Stephan otarł ręce o połę koszuli, wyjął z kieszeni dwie ostatnie trufle i podał je na otwartej dłoni. Do licha, przywarły do nich kłaczki materiału.

– Wielkie nieba, ja przecież tylko żartowałam! – zawołała Käthe Perger, ale sięgnęła po czekoladkę, zanim zdążył cofnąć poczęstunek, i od razu włożyła ją sobie do ust.

Stephan zdjął kłaczki z drugiej trufli i podsunął ją małej dziewczynce.

– Žofie-Helene – obwieściła Käthe Perger – zdaje się, spryciaro, że przeszłaś samą siebie, wynajdując przyjaciela, który nie tylko wędruje po świecie z czekoladkami w kieszeniach, lecz także najwyraźniej uwielbia robić pranie tak samo jak ty.

Chłopak zerknął na swoje usmolone ubranie. Ojciec go zabije.

GDY STEPHAN JUŻ POSZEDŁ, Žofie powiedziała do matki:

– To tylko jeden przyjaciel, ale jeden to zawsze więcej niż zero, choć zero z matematycznego punktu widzenia jest bardziej interesujące.

Gdy siostrzyczka wręczyła jej książkę, Žofie usiadła i wzięła małą na kolana. Otworzyła na pierwszej stronie i zaczęła czytać:

– „Dla Sherlocka Holmesa jest ona zawsze »tą kobietą«”16.

– Nie jestem pewna, czy Skandal w Bohemii to stosowna lektura dla Johanny – przerwała jej matka.

Žofie uwielbiała to opowiadanie, szczególnie kawałek, w którym król mówi: jaka szkoda, że Irene Adler nie znajduje się na jego poziomie, a Holmes przyznaje mu rację, że stoi ona na zupełnie innym poziomie niż król, tyle że zdaniem władcy panna Adler plasuje się niżej niż on sam, Sherlock Holmes zaś uważa, że jest wręcz przeciwnie. Žofie podobało się też zakończenie, w którym Irene okazuje się sprytniejsza od wszystkich, a Sherlock Holmes nie przyjmuje od króla pierścienia ze szmaragdem, prosi jednak o fotografię panny Adler, aby mu przypominała, że został przechytrzony przez „tę kobietę”.

– Jest leworęczny – oznajmiła Žofie. – Znaczy Stephan. Myślisz, że to dziwne uczucie? Zapytałam go kiedyś, ale mi nie odpowiedział.

Mama roześmiała się perliście.

– Nie wiem, Žofie-Helene – odrzekła. – Czy to nie dziwne, że jesteś taka dobra z matematyki?

Dziewczyna zastanowiła się nad tym.

– Niezupełnie.

– Innym może się to wydawać dziwne – wytłumaczyła jej mama. – Ale ty właśnie taka jesteś i zawsze byłaś. Spodziewam się, że tak samo jest z twoim przyjacielem.

Žofie pocałowała siostrę w czubek głowy.

– Zaśpiewamy, Jojo? – zaproponowała.

I zaczęła śpiewać, Jojo razem z nią, a po chwili dołączyła do nich mama:

– „Już księżyc wzeszedł jasno, już światła dzienne gasną; mnóstwo gwiazdek lśni”17.

14 Rube Goldberg (1883–1970) – amerykański rysownik, inżynier i wynalazca znany z komicznie skomplikowanych „wynalazków”, których jednak nie konstruował, tylko je rysował i publikował ilustracje w prasie.
15 Kurt von Schuschnigg (1897–1977) – ostatni kanclerz Austrii przed anszlusem.
16 Arthur Conan Doyle, Skandal w Bohemii, w: Przygody Sherlocka Holmesa, Toruń b.r., tłum. Ewa Łozińska-Małkiewicz.
17 Matthias Claudius Pieśń wieczorna (1779), tłumacz nieznany, w: Pilgerhandbuch / Książeczka pielgrzyma, Magdeburg / Gniezno, b.r.

POSZUKIWANIE

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

O AUTORCE

Dostępne w wersji pełnej

INNE KSIĄŻKI AUTORKI

Beautiful Exiles

The Race for Paris

The Wednesday Sisters

The Four Ms. Bradwells

The Language of Light

The Wednesday Daughters

TYTUŁ ORYGINAŁU:

The Last Train to London

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Wydawca: Monika Rossiter

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Bożena Sęk

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Everett Historical (Shutterstock.com)

DTP: Maciej Grycz

THE LAST TRAIN TO LONDON. Copyright © 2019 by Meg Waite Clayton, LLC.

All rights reserved.

Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Patrycja Zarawska, 2020

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66654-30-3

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

www.wydawnictwokobiece.pl

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk