Ostatni oddech Cezara. Zrozum powietrze, którym oddychasz - Sam Kean - ebook
lub
Opis

Ta książka dosłownie zapiera dech w piersiach… „Powietrza!” – możesz krzyknąć, czytając z wypiekami na twarzy opowieści o tej szczególnej mieszaninie gazów. Być może sam zdziwisz się własną reakcją. Mieszanina jest bowiem niepozorna w swojej przezroczystości i na co dzień nie zastanawiasz się nad tym, jak wnika do twoich płuc. Jednak to dzięki niej żyjesz, a teraz możesz się o niej więcej dowiedzieć! Weź więc głęboki oddech, bo powietrze z pewnością nie raz cię zaskoczy. Kiedy w idy marcowe 44 roku p.n.e. Juliusz Cezar na podłodze rzymskiego Senatu wydał z siebie ostatni oddech, tchnienie to nie zniknęło bez śladu – właściwie, gdy czytasz te słowa, jego część przebywa w twoich płucach. Tak się bowiem składa, że z tryliardów cząsteczek gazów, jakie przed chwilą uleciały z twoich ust, niektóre gościły w płucach dinozaurów, inne roznosiły zapach perfum Kleopatry czy mieszały się z gazem musztardowym na frontach I wojny światowej. Są w tej mieszaninie również molekuły, które tworzyły falę uderzeniową bomb atomowych, a nawet kosmiczny pył, z którego powstał Układ Słoneczny. A jeśli boisz się, że niektóre opowieści z tej książki mogą okazać się zbyt nudne, odetchnij z ulgą – to zbiór fantastycznych ciekawostek, dzięki którym wiedza niepostrzeżenie, niczym powietrze, wnika w głąb ciebie i pozostaje na długo. Uważaj jednak! Możliwe, że kiedy się dowiesz, jak doszło do stworzenia chleba z powietrza i dlaczego bracia Montgolfier dostaliby dziś mandat za paryski smog, nie będziesz mógł złapać tchu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 475

Popularność


Wstęp. Ostatni oddech

WSTĘP

Ostatni oddech

Zachęcam was serdecznie do przeprowadzenia pewnego małego eksperymentu. Chodzi o to, żeby przez kilka sekund skupiać całą uwagę na wydychanym powietrzu, tak jakby każdy oddech miał być waszym ostatnim. Jak dużo możecie powiedzieć na temat tego procesu? Płuca pozbywają się powietrza i powoli „flaczeją”. Ale co tak naprawdę dzieje się wówczas wewnątrz klatki piersiowej? Zbliżcie dłoń do ust, by poczuć na niej swój oddech. Powietrze, które się z nas wydobywa, różni się od tego, które trafia do płuc. Jest cieplejsze, wilgotniejsze, być może nabiera pewnego zapachu. Jaka alchemia za tym stoi? A teraz wyobraźcie sobie (nasz zmysł dotyku nie jest bowiem wystarczająco czuły, by tego dokonać), że na skórze rąk czujecie uderzenia pojedynczych cząsteczek gazu, nieprawdopodobnie maleńkich drobinek, zderzających się ze sobą i krążących chaotycznie wokół nas. Jak wiele ich jest i dokąd zmierzają?

Niektóre nie zalecą zbyt daleko. Być może wrócą do waszych płuc już z następnym oddechem, na podobieństwo jęzora fali, który cofa się, zaledwie liznąwszy morski brzeg. Wybrańcom uda się oddalić na tyle, że dotrą do sąsiedniego pokoju. Ale jakiś czas później część z nich do was stamtąd powróci – ot, przypowieść o cząsteczkach marnotrawnych. Większość jednak uleci do atmosfery, gdzie dołączy do niezliczonej masy cząsteczek gazowych, z którymi krążyć będzie wokół Ziemi. Lecz niektóre z nich, niczym znużeni pielgrzymi, znów trafią do waszych płuc, być może po kilku miesiącach. Między dwoma spotkaniami z tymi samymi cząsteczkami może się sporo wydarzyć, ale jedno jest pewne: duchy naszych dawnych oddechów nie odstępują nas ani na krok, są z nami dziś tak samo, jak były wczoraj.

Dotyczy to wszystkich ludzi na Ziemi, a nasze duchy (dechy?) mieszają się z innymi, z pewnością bowiem cząsteczki, które wdychamy, wielokrotnie przeszły przez płuca innych ludzi. Właściwie to nawet wtedy, gdy czytasz te słowa, wdychasz mieszaninę gazów, którą wypuścili z płuc ludzie przebywający w twoim otoczeniu. Jakbyś korzystał wciąż z używanego powietrza, takiego z drugiej ręki… Twoja reakcja na te słowa zapewne zależeć będzie od tego, kto dotrzymuje ci towarzystwa. Wzajemna wymiana powietrza bywa bowiem nader przyjemna, choćby wtedy, gdy na plecach czujemy oddech kochanka. Gorzej, gdy chodzi o nadzwyczaj gadatliwego współpasażera, który przed odlotem zdążył pochłonąć potrawę suto przyprawioną czosnkiem. Jeśli jednak nie leżysz pod maską tlenową, nie możesz uniknąć kontaktu z powietrzem, którym ktoś już oddychał. Stale poddajemy recyklingowi oddechy innych osób, nawet tych znajdujących się na końcu świata. Tak jak światło niesłychanie odległych od nas gwiazd może dotrzeć i pobudzić naszą siatkówkę, tak pewnego dnia, niesiona powiewem, może trafić do naszych płuc mała część oddechu nieznajomego z Timbuktu.

Co chyba jednak jeszcze bardziej zdumiewające, powietrze, którym oddychamy, łączy nas też z wydarzeniami z czasów minionych. Niektóre z cząsteczek gazów, które złożą się na jeden z kolejnych naszych oddechów, mogły fruwać w centrum wydarzeń z 11 września 2001 roku, owiewać upadający mur w Berlinie, unosić się nad frontami I wojny światowej czy łopotać w gwieździstym sztandarze powiewającym nad Fortem McHenry. A jeśli wysilimy wyobraźnię nieco bardziej, przenosząc się w czasie i w przestrzeni, urzeczywistnimy jeszcze ciekawsze scenariusze. Na przykład możliwe jest przecież, że biorąc kolejny oddech – tu i teraz – wciągniemy do płuc trochę powietrza, które wypuścił w swym ostatnim tchnieniu sam Juliusz Cezar.

Znacie tę historię? To posłuchajcie. Idy marcowe, 44 rok p.n.e., Juliusz Cezar, pontifex maximus, dictator perpetuo, którego imieniem nazwano jeden z miesięcy – lipiec, pierwszy z żyjących Rzymian, którego wizerunek trafił na monety, wkracza właśnie do Senatu. Wygląda całkiem rześko, zważywszy na źle przespaną noc. Podczas przyjęcia odbywającego się dzień wcześniej wywiązała się dość ponura dyskusja, jaki rodzaj śmierci jest najlepszy (Cezar oświadczył, że on wolałby szybką i niespodziewaną). Był epileptykiem i tej nocy spało mu się wyjątkowo słabo, a dodatkowo jego żonę prześladowały koszmary – w jednym z nich widziała, jak ich dom się wali, a mąż, cały we krwi, spoczywa na jej rękach.

Z tego wszystkiego jeszcze rano dyktator zamierzał zostać w domu. Ostatecznie jednak polecił służącym przyszykować lektykę i z nieliczną świtą ruszył ku Forum. W drodze na miejsce wreszcie nieco się odprężył i swobodniej odetchnął. Pozwolił sobie nawet na uszczypliwość względem mijanego wróżbity, który miesiąc wcześniej wieszczył mu w połowie marca spore niebezpieczeństwo. „Idy marcowe nadeszły i nic się nie stało!” – rzucił Cezar. „Ale jeszcze nie upłynęły” – odparł tamten ponuro.

Kiedy Cezar wkroczył do sali posiedzeń, kilkuset senatorów powstało. Prawdopodobnie było tam dość tłoczno, a powietrze zdążyło się już nieco podgrzać od ciał i oddechów zebranych. Zanim jednak przybyły zdążył się rozsiąść na swoim złotym tronie, podszedł do niego senator Tiliusz Cymber, prosząc o łaskę dla wygnanego brata. Cymber doskonale zdawał sobie sprawę, że Cezar nie zgodzi się na ułaskawienie w takich okolicznościach, ale o to właśnie chodziło. Senator prosił i prosił, Cezar odmawiał, a przez ten czas około sześćdziesięciu innych senatorów zbliżyło się do niego, jakby chcieli pospieszyć ze wsparciem. Cezar siedział wśród nich, władczy, acz coraz bardziej zirytowany. Próbował uciąć dyskusję, lecz wówczas Cymber w błaganym geście złapał go za ramiona, a następnie szarpnął mocno za purpurową togę, odsłaniając nagi tors.

„Czemu to robisz, to przemoc!” – rzekł Cezar. Z pewnością nie przewidywał, jak słuszna była to uwaga. Pierwszy cios zadał Publiusz Kaska, raniąc Cezara w szyję. „Kasko, złoczyńco, co czynisz?” – wykrzyknął Cezar, wciąż bardziej zaskoczony niż zły. Ale tłum „zwracających się z petycją” cisnął się już ku niemu. Każdy z zamachowców odsłonił togę i wyjął sztylet ze skórzanego futerału, w którym zwykle przechowywał rylec. Sześćdziesiąt sztyletów skierowało się w stronę dyktatora. Ten wreszcie pojął, co się święci. Sic semper tyrannis.

Cezar próbował walczyć, ale po kilku ciosach marmurowa podłoga pod jego sandałami spłynęła krwią. Zaczął się chwiać i plącząc się w zwojach materii okrywającej ciało, upadł. Zamachowcy rzucili się wówczas na niego, dźgając na oślep. Sztylety ugodziły go 23 razy. Później, po oględzinach zwłok, lekarze stwierdzili, że dwadzieścia dwa z owych ciosów nie były śmiertelne. Niewątpliwie jego ciało coraz gorzej znosiło każde kolejne zranienie, krążenie krwi z pewnością osłabło w częściach peryferyjnych, by podtrzymać właściwe utlenowanie narządów wewnętrznych. Ale Cezar miałby szansę przeżyć, gdyby nie jedna rana, zadana prosto w serce.

Według większości przekazów przed upadkiem Cezar owinął się togą i zmarł, nie wydawszy z siebie głosu. Ale według innej relacji – i chyba trudno się dziwić, że to właśnie ona przykuwa uwagę ludzi od dwóch tysięcy lat – Cezar padł, dopiero gdy ugodzono go w pachwinę. Przecierając krew zalewającą mu oczy, dostrzegł wśród zamachowców swojego protegowanego Brutusa, trzymającego krwawo połyskujący sztylet. Kiedy uświadomił sobie, kogo widzi, rzekł tylko: „Ty także, mój synu?”, co było tyleż pytaniem, co odpowiedzią. W następnej chwili okrył się szczelniej togą, by zachować resztki godności, po czym osunął się na posadzkę z ostatnim, bolesnym tchnieniem.

Vincenzo Camuccini, Zabójstwo Cezara

Jakie były dalsze losy tego wydechu? Na pozór sprawa jest prosta: już od wieków go nie ma, uleciał. Cezar zginął tak dawno temu, że niewiele pozostało nawet z budynku, w którym się to stało, a jeszcze mniej z jego poddanego kremacji ciała. Nawet żelazne sztylety zabójców zardzewiały i obróciły się w proch. Jakże więc miałoby trwać coś tak delikatnego jak oddech? Biorąc pod uwagę wielkość atmosfery, ostatni oddech Cezara musiał się już dawno rozpłynąć w nicości, rozproszyć w eterze. Zraniony może krwawić do oceanu, ale trudno się spodziewać, by morze wyrzuciło na brzeg krwawą falę tysiąc lat później.

Chodzi o skalę. Z każdym normalnym oddechem nasze płuca wypuszczają około pół litra powietrza. Ciężko dyszący Cezar mógł wydychać dwa razy tyle, czyli litr, co odpowiada pojemności około trzynastocentymetrowego balonika. Porównajmy teraz tę objętość z wielkością całej ziemskiej atmosfery. Choć jej granica jest nieco umowna, można przyjąć, że otacza nas warstwa gazów o grubości około 16 km. Przy tych wymiarach ma ona objętość ponad 8 miliardów km3. W porównaniu z tą liczbą jeden oddech to około 0,00000000000000000001% ziemskiego powietrza. Jak bardzo to mało? Weźmy wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli na naszej planecie – wliczając w to ciebie, mnie, rzymskich cezarów, papieży, doktora Who, słowem, wszystkich – co da nam wartość liczoną w setkach miliardów. Przyjmijmy teraz, że cała ta ludzka masa reprezentuje atmosferę. A teraz weźmy z niej drobinę, która odpowiada jednemu oddechowi: otrzymamy 0,00000000001 „człowieka”, czyli próbkę zawierającą kilkaset komórek, zaiste ostatni oddech. Krótko mówiąc, w zestawieniu z objętością atmosfery oddech Cezara mieści się w marginesie błędu statystycznego, a szanse na to, że uda nam się wciągnąć do płuc jakąś jego część, wydają się bliskie zeru.

Zanim jednak machniemy ręką i definitywnie wykluczymy taką możliwość, zwróćmy uwagę na prędkość, z jaką gazy okrążają naszą planetę. W ciągu około dwóch tygodni wiatry rozniosły ostatni oddech Cezara dookoła świata, w pasmie pokrywającym się mniej więcej z równoleżnikiem przechodzącym przez Rzym – przebiegającym nad Morzem Kaspijskim, południową Mongolią, Chicago i półwyspem Cod. W ciągu dwóch miesięcy oddech Cezara rozproszyłby się nad całą półkulą północną, a w ciągu roku, góra dwóch lat, nad całym globem. (Oczywiście dziś jest tak samo – każdy oddech, beknięcie, kłąb spalin z rury wydechowej, wyruszywszy z dowolnego miejsca na Ziemi, dotrze do innego dowolnego miejsca naszej planety w ciągu dwóch tygodni, dwóch miesięcy lub najdalej roku czy dwóch lat).

Z tego by wynikało, że wiatry rozpędziły oddech Cezara na cztery wiatry i nic już po nim nie zostało, czyż nie? Niekoniecznie. Oddech Cezara, choć był jednostkowy, składał się wszak z maleńkich, policzalnych cząsteczek gazu. Na pewnym, ludzkim poziomie oddech ten dawno już rozpłynął się w atmosferze, ale na poziomie cząsteczek nic nie zginęło, wszystkie wciąż krążą wokół nas. (Bez względu na to, jak „miękkie” wydaje się powietrze, większość wchodzących w jego skład cząsteczek jest bardzo odporna: wiązania, które łączą atomy, należą do najsilniejszych w przyrodzie). Kiedy więc pytam, jaka jest szansa na oddychanie powietrzem, którym oddychał Cezar, pytam o to, jaka jest szansa na wciągnięcie do płuc cząsteczek, które wydobyły się z jego płuc.

Odpowiedź wymaga oczywiście pewnych obliczeń, mniej więcej na poziomie pierwszego roku studiów. Litr powietrza, w standardowych warunkach ciśnienia i temperatury, składa się z około 25 tryliardów (25 000 000 000 000 000 000 000) cząsteczek. To oczywiście ogłupiająco wielka liczba, wykraczająca daleko poza nasze możliwości pojmowania. Wyobraźmy sobie Billa Gatesa, który całą swoją fortunę, 80 mld dolarów, zamienia na gotówkę, wypłacając ją w banknotach jednodolarowych. Następnie inwestuje każdego dolara w nową firmę produkującą oprogramowanie, a każda z owych firm okazuje się niezwykle dochodowa i przynosi zysk kolejnych 80 mld dolarów. I tak mamy 80 mld firm wartych po 80 mld każda – ale to i tak cztery razy mniej niż liczba cząsteczek w pojedynczym oddechu. Gdyby dało się wykorzystać wszystkie drogi lądowe i wodne oraz lotniska istniejące od początku historii cywilizacji, to i tak nie obsłużyłyby one nawet małej części tego ruchu, który odbywa się w naszych płucach w każdej sekundzie. Z tej perspektywy ostatni oddech Cezara jest wprost niezmierzony i wydaje się wręcz nieuniknione, byśmy nie wciągnęli we własne płuca choć kilku cząsteczek gazu wypuszczonego przez imperatora.

Jaki jest więc końcowy wynik tych wyliczeń? Co w ostatecznym rozrachunku bierze górę? Gargantuiczna liczba cząsteczek w pojedynczym oddechu czy jego znikomość w porównaniu z wielkością atmosfery? Rozważmy pod pewnymi względami analogiczną sytuację – wielką ucieczkę z więzienia i obławę. Powiedzmy, że ucieczka nastąpiła z Alcatraz (u szczytu jego obłożenia). Al Capone, Robert „Birdman” Stroud, George „Machine Gun” Kelly i ich 297 kompanów obezwładniło strażników, opanowało więzienie, wykombinowało parę łódek i zwiało na ląd. Ponieważ wszyscy oni doskonale opanowali sztukę przetrwania, wkrótce rozprzestrzenili się z San Francisco po całym obszarze USA (jak cząsteczki gazu). A teraz załóżmy, że my, praworządni obywatele, nieco przestraszeni tym faktem, postanowiliśmy policzyć, jak duże są szanse, że któryś z bandytów będzie chciał znaleźć schronienie w naszym sąsiedztwie. Czy mamy się czego obawiać?

Powierzchnia USA to niespełna 10 mln km2. Biorąc pod uwagę, że zbiegów jest 300, jeden przypada na około 32 tysiące km2 (nieco dokładniej 32 500).. Moje rodzinne miasteczko w Dakocie Południowej leży na prerii mającej około 195 km2, więc liczba zbiegów, których mógłbym się tu spodziewać, wynosi 195 podzielone przez 32 500, co daje 0,006. Innymi słowy, zero. Oczywiście nie możemy być zupełnie pewni, że zero, bo jakiś może się jednak przyplątać. Ale zgodnie z zasadami prawdopodobieństwa zbiegów z Alcatraz było zbyt niewielu, by któryś z nich pobłądził w moje okolice.

No tak, lecz istnieją też większe więzienia. Zmodyfikujmy więc powyższy scenariusz, tym razem wybierając Cook County Jail w Chicago, w którym wyroki odsiaduje 10 tysięcy skazanych. Większa liczba uciekających więźniów podnosi do około 20 procent szanse na to, iż jeden z nich zawędruje w moje strony. Wciąż daleko do pewności, ale można się zacząć niepokoić. Prawdopodobieństwo rośnie jeszcze bardziej, jeśli założyć, że więzienia opuszczają wszyscy skazani (w USA to aż 2,2 mln osób). Wówczas liczba skazańców na gigancie ukrywających się w mojej mieścinie sięgnie 43 – i nie, nie chodzi o jakieś wartości ułamkowe, tylko o złoczyńców we własnych osobach. W scenariuszu z Alcatraz chroni mnie niewielki rozmiar mojego miasteczka w zestawieniu z olbrzymią powierzchnią USA. Ale w apokaliptycznej wersji wydarzeń, wedle której wolność wybraliby jednocześnie wszyscy więźniowie w kraju, ich olbrzymia liczba sprawiłaby, że jakaś część tej zbieraniny z pewnością zawitałaby nawet do tak nieznaczącej w skali kraju mieściny jak moja.

A teraz wróćmy do ostatniego oddechu Cezara. Cząsteczki powietrza, które wydostały się z jego płuc, to właśnie więźniowie, którzy wyrwali się na wolność. Rozprzestrzenianie się zbirów po całym kraju to dyfuzja cząsteczek oddechu w atmosferze. Szanse, że któryś z więźniów trafi do (relatywnie maleńkiego) miasteczka, to prawdopodobieństwo, że któraś z cząsteczek z oddechu Cezara trafi do naszych płuc z kolejnym wdechem (relatywnie maleńkim). Pytanie więc, czy ostatni oddech Cezara bliższy jest scenariuszowi ucieczki z Alcatraz (zbyt mało więźniów, by robiło to nam różnicę), czy też wyludnieniu się wszystkich zakładów penitencjarnych w kraju?

Odpowiedź brzmi – prawdopodobieństwo leży gdzieś w pół drogi między tymi dwiema możliwościami. Niczym materia anihilująca w spotkaniu z antymaterią, 25 000 000 000 000 000 000 000 cząsteczek i 0,00000000000000000001% niemal się znosi. Kiedy przegryźć się przez te liczby, okaże się, że z każdym oddechem powinniśmy wciągać do płuc około jednej cząsteczki z ostatniego oddechu Cezara. Wynik może się nieco zmieniać w zależności od przyjętych założeń, ale tak, jest bardzo prawdopodobne, że w każdym naszym oddechu są cząsteczki, które uleciały z płuc imperatora wraz z jego cri de coeur skierowanym do Brutusa. Pewne jest za to, że w ciągu dnia przez nasze płuca przejdą ich tysiące.

Zastanówmy się nad tym. Po długiej podróży poprzez czas i przestrzeń kilka molekuł, które tańczyły wówczas w jego piersi, dziś tańczy w naszej. A biorąc pod uwagę częstość naszych oddechów (jeden na cztery sekundy), zdarza się to 20 tysięcy razy dziennie. Przez wiele lat niektóre z nich mogą zostać nawet wbudowane w nasze ciało. Nie ma już żadnych stałych lub ciekłych pozostałości ciała Juliusza Cezara, ale gdy pomyśleć o powietrzu, Juliusz jest nam bliski niczym daleki krewniak. Parafrazując poetę, każdy jego atom jest również naszym atomem1.

Czas jednak zwrócić uwagę, że pod opisanym powyżej względem Cezar nie jest w żaden sposób wyjątkowy. Sporo nasłuchałem się o różnych odmianach „oddechu Cezara” (z tym, że protagonistą tych opowieści był Jezus – chodziłem do katolickiej szkoły) i mógłbym równie dobrze wybrać kogokolwiek, komu wydanie ostatniego tchnienia przysporzyło trudności: mieszkańców Pompejów, ofiary Kuby Rozpruwacza, żołnierzy zagazowanych w okopach I wojny światowej. Ale mógłbym też wskazać kogoś, kto wydał spokojne ostatnie tchnienie we własnym łóżku. Procesy fizyczne i obliczenia byłyby mniej więcej takie same. Ale co tam, mógłbym też wybrać Rin Tin Tina albo słonia Jumbo. Pomyślmy o wszystkich organizmach, które kiedykolwiek oddychały, od bakterii do płetwala błękitnego. Możemy być pewni, że ostatni oddech każdego z nich w jakiejś części już trafił do naszych płuc lub wkrótce tam trafi.

Co więcej, nie musimy ograniczać się do oddychania. Zagadnienie, „na jak wiele cząsteczek czyjegoś oddechu możemy natrafić”, to popularne ćwiczenie na zajęciach z chemii czy fizyki. Ilekroć jednak słyszałem, jak ktoś o nim znowu rozprawia, narastało we mnie zniecierpliwienie. Czemu nie pójść dalej? Czemu nie prześledzić związków tych cząsteczek z innymi, większymi i dziwniejszymi zjawiskami? Dlaczego nie opowiedzieć całej historii, dotyczącej wszystkich wdychanych przez nas gazów?

Tak się bowiem składa, że każdy etap w historii Ziemi – od wulkanicznych erupcji w hadeiku do pojawienia się złożonego życia – zależał w bardzo dużym stopniu właśnie od nich. Gazy nie tylko tworzą powietrze, którym oddychamy, lecz także odcisnęły swoje piętno na kontynentach (stałych) i oceanach (ciekłych). Historia Ziemi to w dużej mierze historia ziemskich gazów. To samo można powiedzieć o historii ludzkości, szczególnie w ciągu ostatnich kilku stuleci. Kiedy wreszcie okiełznaliśmy fizyczną moc gazów, możliwa stała się konstrukcja silnika parowego i wysadzanie w powietrze w ułamkach sekund skał liczących miliardy lat. Kiedy zaś poznaliśmy gazy od strony chemicznej, zaczęliśmy produkować stal na drapacze chmur, znieczulać pacjentów podczas operacji i produkować wystarczająco dużo żywności, by nakarmić świat. Tak jak ostatni oddech Cezara, historia tych zdarzeń jest tuż obok nas, w każdym porywie wiatru kołyszącego gałęziami drzew, w balonie na podgrzane powietrze przelatującym nad naszymi głowami czy zapachu miętówek, lawendy lub, hm, gazów niejasnego pochodzenia. Raz jeszcze przybliżcie dłoń do ust i sami to poczujcie: cały świat skrywa się w jednym oddechu.

Taki właśnie jest cel tej książki – by wszystkie te ukrywające się przed naszymi oczami historie wydobyć na światło dzienne, by można było je dostrzec tak wyraźnie, jak „parujący” oddech w chłodny listopadowy poranek. Aby poznać bliżej te ukryte na co dzień tematy, zanurzymy się w oceanie razem z radioaktywnymi świniami, a także wybierzemy się na polowanie na robale wielkości jamnika. Przyjrzymy się również zmaganiom Alberta Einsteina, próbującego skonstruować lepszy rodzaj lodówki, i wybierzemy się na misję z pilotami testującymi ściśle tajną „broń pogodową” w Wietnamie. Przyłączymy się do wzburzonego tłumu, a nawet damy pogrzebać pod wyziewami tak gorącymi, że pod ich wpływem ludzkie mózgi momentalnie gotują się wewnątrz czaszek. Wspólnym elementem wszystkich tych historii są zaskakujące właściwości gazów – unoszących się nad wulkanicznymi jeziorami lawy i wytwarzanych przez mikroorganizmy, wydobywających się z probówek i silników samochodowych; gazów ze wszystkich zakamarków układu okresowego. Większością z nich oddychamy także obecnie. Każdy rozdział tej książki jest poświęcony innemu ich rodzajowi i przedstawia szczegóły historii, w której gaz ów wziął udział, w ten czy inny sposób wpływając na losy ludzkości. Czasem tragicznie, a czasem zaskakująco czy zabawnie.

Pierwsza część Ostatniego oddechu Cezara, zatytułowana Jak powstało powietrze. Pierwsze cztery atmosfery, dotyczy gazów występujących w przyrodzie naturalnie. Opowiada także o tym, jak z kosmicznej chmury gazu około 4,5 mld lat temu wyłoniła się nasza planeta. Nieco później Ziemię spowiła atmosfera, która powstała z gazów wyrzucanych przez wulkany głęboko z wnętrza planety. Narodziny życia wkrótce wywróciły skład tej pierwotnej atmosfery do góry nogami, wywołując tzw. katastrofę tlenową (która akurat dla nas i innych dzisiejszych ziemskich zwierząt była dość szczęśliwym zrządzeniem losu). Generalnie rzecz biorąc, z pierwszej części czytelnik dowie się, skąd się wzięło powietrze i jak zachowują się gazy w różnych warunkach.

Część druga, Ujarzmiając powietrze. O gazach i ludziach, przedstawia, jak w ciągu ostatnich stuleci nauczyliśmy się wykorzystywać różne ciekawe cechy gazów dla swoich potrzeb. Zwykle mamy dość mgliste wyobrażenie o tym, że powietrze odznacza się jakąś masą, ale przecież tak jest. Gdyby wpisać podstawę wieży Eiffla w koło, które stałoby się z kolei podstawą do budowy walca, w którym wieża by się zmieściła, masa zgromadzonego w nim powietrza byłaby większa niż masa metalu, z którego jest zbudowana wieża. A ponieważ gazy (także te składające się na powietrze) mają ciężar, mogą też podnosić, pchać, a nawet zabijać. To gazy stały się siłą napędową rewolucji przemysłowej i pozwoliły spełnić odwieczne marzenie ludzkości o lataniu.

W części trzeciej, Pogranicze. Nowe niebiosa, biorę pod lupę sprawy gazów w ostatnich dziesięcioleciach. Właśnie w tym czasie, co trzeba odnotować, zmieniliśmy znacząco skład powietrza, którym oddychamy: to, co wciągamy do płuc obecnie, różni się od tego, co wdychali nasi dziadkowie w młodości, a już zdecydowanie nie przypomina tego, co wdychano trzy stulecia temu. Zaczęliśmy też badać skład atmosfer planet znajdujących się poza Układem Słonecznym, co stwarza możliwość, że pewnego dnia nasi potomkowie opuszczą Ziemię i przeniosą się na planetę o atmosferze zawierającej gazy, których dziś nawet nie potrafimy sobie wyobrazić.

Ale są to zaledwie główne obszary zainteresowań – a istnieją jeszcze wątki poboczne, rozmaite dodatki i uzupełnienia, które pozwoliłem sobie określić mianem „interludiów”. Wychodzą one od tematów przedstawionych w głównych rozdziałach, przybliżając rolę, którą odgrywają gazy w takich zjawiskach z życia codziennego, jak chłodzenie, oświetlenie czy dolegliwości gastryczne. (Już dla czystej zabawy dodałem jeszcze historyjki o mniej codziennych sprawach, takich jak na przykład samozapłon czy „inwazja” obcych w Roswell). Wiele gazów, o których wspominam w tym właśnie kontekście, w śladowych ilościach występuje w powietrzu (tzn. powietrze zawiera je w proporcji kilku części na milion czy nawet miliard). Ale ta śladowość nie oznacza wcale pośledniego znaczenia. Pomyślmy na przykład o winie – w 99 procentach składa się z alkoholu i wody, ale przecież alkohol zmieszany z wodą to jeszcze nie wino. Ono wszakże może raczyć nasz zmysł powonienia niezliczonymi nutami zapachowymi – skóry, czekolady, piżma, śliwek itd. Podobnie, śladowe domieszki gazów nadają ostatecznego charakteru powietrzu, którym oddychamy, i opisanym w książce historiom.

Gdyby zapytać przechodniów na ulicy, z czego składa się powietrze, otrzymalibyśmy zapewne serię bardzo różnych odpowiedzi, w zależności od tego, który z gazów uznaliby oni za najważniejszy, lub też od tego, czy potraktowaliby to pytanie jako dotyczące składu powietrza na poziomie „mikro” czy może „makro”. I dobrze, bo można patrzeć na atmosferę i powietrze z bardzo różnych punktów widzenia. Właściwie to mam nadzieję, że książka ta zmieni wasze wyobrażenia dotyczące powietrza, a może nawet, że będą się one zmieniać z rozdziału na rozdział, dając na koniec całościowy pogląd.

Warto zadać sobie samemu pytanie, jaki jest nasz stosunek do powietrza – ponieważ to najważniejszy element naszego otoczenia. Bez jedzenia, czyli ciała stałego, możemy przeżyć kilka tygodni, bez wody, czyli cieczy, przetrwalibyśmy parę dni. Bez powietrza, czyli gazów, nie przeżylibyśmy dłużej niż kilka minut. Ale idę o zakład, że z wymienionych wyżej składników zdecydowanie najmniej myślicie właśnie o powietrzu. Ostatni oddech Cezara ma za zadanie to zmienić. Czyste powietrze nie ma koloru ani (w modelowej postaci) zapachu, a przez to wydaje się niemal nie istnieć. Ale to nie oznacza, że nie jest warte uwagi i opowieści. Ono wręcz domaga się głosu, więc słuchajcie…

Pieśń o sobie, Walt Whitman, wybór, przekład i posłowie A. Szuba, Kraków, Wydawnictwo Literackie 1992. (Wszystkie przypisy u dołu stron pochodzą od tłumacza). [wróć]

I. JAK POWSTAŁO POWIETRZE. PIERWSZE CZTERY ATMOSFERY

I. JAK POWSTAŁO POWIETRZE

PIERWSZE CZTERY ATMOSFERY

W tej części zajmiemy się dwiema niezwykle ważnymi kwestiami dotyczącymi powietrza: skąd się wzięło i z czego się składa. W swojej historii Ziemia miała kilka atmosfer o różnym składzie. Wiele z tych gazów pochodziło z wulkanów, część jednak pojawiło się już u zarania naszej planety, na długo przed narodzinami życia. To ostatnie także odcisnęło piętno na składzie atmosfery, zmieniając ją na różne sposoby, zwłaszcza doprowadzając do wzrostu zawartości tlenu.

ROZDZIAŁ 1. Wczesne powietrze Ziemi

ROZDZIAŁ 1

Wczesne powietrze Ziemi

Dwutlenek siarki (SO2) – obecnie w składzie atmosfery 0,00001 części na milion; z każdym oddechem wciągamy do płuc około 120 mld cząsteczek.

Siarkowodór (H2S) – 0,000005 części na milion; z każdym oddechem wciągamy do płuc około 60 mld cząsteczek.

To lęk przed utratą życia skłonił Harry’ego Trumana do ukrycia się u podnóża góry św. Heleny w 1926 roku. No nie, nie chodzi o tego Harry’ego Trumana, choć nasz bohater akurat doceniał przypadkową zbieżność imienia i nazwiska z tamtym. To „charakterny stary dziwak – powiedział kiedyś jeden Truman o drugim. – Historia zapamięta go jako jednego z najlepszych cholernych prezydentów”. Cóż, Truman pewnie mógłby nam sporo powiedzieć o tym, jak to jest być charakternym starym dziwakiem. Po tym, jak w wieku trzydziestu lat czmychnął do stanu Waszyngton, utknął u podnóża wulkanu św. Heleny na kolejne pięćdziesiąt cztery lata, wytrwale znosząc mroźne zimy pod gniewnym okiem góry. Nawet kiedy wiosną 1980 roku zaczęła buchać z niej para i rozległy się groźne pomruki, nie skłoniło to Trumana do przeniesienia się w inne rejony. Góra dokonała więc eksmisji lokatora, zresztą najbardziej brutalnej z możliwych – wysadzając go w powietrze.

Rodzina Trumana, której męscy członkowie zajmowali się wyrębem, zawędrowała do stanu Waszyngton, gdy był jeszcze dzieckiem. Ukończywszy liceum, chłopak zaciągnął się do armii, a w trakcie I wojny światowej pracował jako mechanik samolotowy. (Truman, urodzony gawędziarz, twierdził, że w Europie był pilotem i latał na misje bojowe z białym szalikiem powiewającym z otwartego kokpitu). Po zakończeniu wojny wrócił w rodzinne strony i poślubiwszy córkę właściciela tartaku, zaczął naprawiać samochody, ale zarówno małżeństwo, jak i regularna praca okropnie go nudziły. Postanowił więc nająć się do pracy w charakterze poszukiwacza złota, co jednak okazało się jeszcze gorsze i ostro dało mu w kość.

Kiedy więc nadeszła prohibicja, zajął się czymś bardziej zgodnym ze swoim temperamentem, czyli przemytem alkoholu. Ryzyko oraz igranie z prawem były jego żywiołem, a do tego nie miał nic przeciwko łatwemu zarobkowi. Nie bez znaczenia było też to, że lubił chlapnąć kielicha, nie lubił za to tych wszystkich gęgaczy pouczających o szkodliwości whisky. W końcu nawiązał kontakt z gangsterami z północnej Kalifornii i uruchomiwszy produkcję samogonu, zaczął zaopatrywać burdele i nielegalne wyszynki rozsiane wzdłuż zachodniego wybrzeża. Interes szedł świetnie aż do czasu, gdy w 1926 roku coś go porządnie wystraszyło. Nigdy nie wyjawił, co dokładnie to było. Być może zbyt blisko zaprzyjaźnił się z kobietą, z którą nie powinien, a może próbował robić interesy gdzieś, gdzie nie należało. W każdym razie podpadł do tego stopnia, że zaczął nosić ze sobą pistolet maszynowy, a któregoś dnia zgarnął żonę i córkę i zaszył się wraz z nimi w lasach nieopodal góry św. Heleny.

Gaduła Harry Randall Truman popijający szklaneczkę szczyn pantery obok swojego domu w cieniu góry św. Heleny (opublikowano za zgodą U.S. Forest Service)

Aby nie umrzeć z nudów, otworzył stację benzynową i sklep wielobranżowy, położone pięć kilometrów na północ od szczytu wulkanu. Stopniowo rozkręcał biznes – z czasem zaczął też prowadzić kemping z chatami do wynajęcia oraz wypożyczalnię łódek. Interes szedł nieźle, ludzie lubili tam przyjeżdżać. Obok jego domu rosły wspaniałe jodły, niektóre wysokości 75 metrów i około 2,5 metra średnicy. Kemping leżał nad jeziorem Spirit, zimnym i przejrzystym niczym dobrze schłodzony gin, mającym jakieś 4 km długości. W tamtejszej dziczy Truman bez przeszkód mógł też dalej pędzić samogon. Wkrótce ukrył w lesie kilka baryłek domowego wyrobu whisky, którą nazwał Szczyny Pantery.

Z kolei jego żonie odcięcie od cywilizacji niezbyt przypadło do gustu, podobnie jak rozłąka z córką, która poszła do szkoły z internatem odległej o kilkadziesiąt kilometrów. W efekcie na początku lat trzydziestych para wzięła rozwód. Harry szybko ożenił się powtórnie, w 1935 roku, ale ze względu na to, że druga pani Truman dorównywała mu bezczelnością i zjadliwością, także ta nowa podstawowa komórka społeczna nie przetrwała zbyt długo. (Z pewnością trwałości związku nie sprzyjało to, że Truman próbował „przekonywać” żonę do swojego zdania, wrzucając ją do jeziora Spirit, w pełni świadomy, że połowica nie umie pływać). Harry nie zasypiał jednak gruszek w popiele. Niebawem zaczął zalecać się do miejscowej dziewczyny, po drodze jednak przeniósł uwagę na jej siostrę Ednę (którą nazywał Eddie). Choć ten początek znajomości nie był pewnie zbyt romantyczny, to Eddie zadomowiła się w jego sercu na dobre.

Jej miłość też musiała być wyjątkowej próby, ponieważ Truman z pewnością nie należał do najdoskonalszych małżonków na świecie. Wykonywał swoje obowiązki od wczesnego rana, ale zanim się nimi zajął, pochłaniał ulubione śniadanie, jajecznicę z cielęcym móżdżkiem oraz szklankę maślanki, żona wstawała więc co dzień o brzasku i szykowała mu posiłek. „Dzięki temu mężczyzna zachowuje jurność” – rechotał Harry. Eddie musiała też znosić mężowski sposób mówienia. Ponieważ Truman wyrzucał słowa z prędkością karabinu maszynowego, ludzie często miewali kłopot ze zrozumieniem, o co mu chodziło. Najłatwiej było rozpoznać przekleństwa. Przyjaciele byli dla niego „starymi draniami”, a ludzie, których znał nieco słabiej, „durnymi sukinkotami”. (Kiedyś próbował przepędzić ze swojego terenu sędziego Sądu Najwyższego Williama Douglasa, bo jego zdaniem sędzia wyglądał na maminsynka; ostatecznie jednak panowie zostali przyjaciółmi). Truman lubił też czasem zachowywać się tak, jakby pozjadał wszystkie rozumy. Gdy tylko przydybał gdzieś fotografa robiącego zdjęcia wulkanowi św. Heleny, natychmiast się wcinał: „Musisz dodać jakiegoś człowieka do tej cholernej góry – stwierdzał. – Czynnik ludzki, oto co najbardziej liczy się dla cholernej publiki”. Właściwie, przysłuchując się wywiadom z Trumanem, gdy już stał się dość znany, można by pomyśleć, że jego ulubionym słowem było „pii”.

Z wypożyczania łódek pływających po jeziorze Spirit Truman potrafił wyciągnąć nawet 1500 dolarów dziennie. Po zakończeniu pracy udawał się do baru, który prowadził wraz z Eddie, oddawał żonie pieniądze, nalewał sobie wysoką szklanicę ulubionych szczyn pantery – whisky Schenley z colą – i gadał o tym i o owym z przyjezdnymi. Razem z żoną trwonił też czasem pieniądze. Kupił na przykład różowego cadillaca z 1956 roku, który nie do końca nadawał się na górskie drogi, ale którego kochał na równi z Eddie. Na ogół jednak pieniądze szły na utrzymanie kempingu i baru. Albo też były odkładane na chudsze czasy, na przykład na zimę, gdy spadało trzy metry śniegu i forsy było tyle, że „żal dupę ściskał”. Ale nawet wtedy Truman znajdował jasne strony miejsca, które wybrał sobie do życia. „No popatrzcie tylko! – mawiał, wskazując na górę św. Heleny. – Nigdzie, nigdzie na całym cholernym świecie nie zobaczycie nic piękniejszego niż ta staruszka”.

Choć można zrozumieć jego słabość – góra w istocie była rzadkiej urody, stanowiąc wcielenie platońskiego ideału śnieżnoszczytnej górskości – to jednak, gdy idzie o jej wiek i geologię, Truman nieco się mylił. Św. Helena nie była bowiem „staruszką”, swój stożkowaty kształt zyskała bardzo niedawno, w czasach Juliusza Cezara. Wydaje się niemożliwe, by mierząca ponad dwa tysiące metrów góra wyrosła w ciągu zaledwie kilku tysiącleci, ale trzeba pamiętać, że jest to aktywny wulkan, a te mogą „rosnąć” bardzo szybko dzięki wylewom lawy zastygającej na zboczach. W gruncie rzeczy, choć Góra Ognia (jak nazywali ją Indianie) nie wybuchła od 1857 roku, nawet amator mógł dostrzec liczne ślady wcześniejszych erupcji, jak choćby ścieżki pokryte starym popiołem czy kawałki pumeksu na tyle porowate, że po wrzuceniu do jeziora Spirit utrzymywały się na wodnej tafli. Często też pod stopami dawało się odczuć wyraźny wstrząs. Ale zdaniem Trumana niebezpieczeństwo tylko dodawało górze powabu.

Żył w jej cieniu już blisko pięćdziesiąt lat, kiedy sprawy przybrały zły obrót. Któregoś wieczoru, we wrześniu 1975 roku, Eddie stwierdziła, że kiepsko się czuje, i wcześniej położyła się do łóżka. Ponieważ tego samego dnia wpaść mieli goście z miasta, Truman zadzwonił do nich i poprosił, by przynieśli butelkę whisky Schenley dla niego i jakąś roślinę doniczkową dla Eddie, by nieco ją podnieść na duchu. Kiedy przyjechali, odebrał prezent i poszedł z nim do żony na górę – ale chwilę później zbiegł przerażony, krzycząc: „Eddie jest chora! Eddie jest chora!”. Tak naprawdę Eddie zmarła na atak serca, ale jeszcze przez godzinę prosił wszystkich, by pomagali ją ratować.

Śmierć żony nim wstrząsnęła. Od tej pory prawie się nie uśmiechał, a przyjaciele, którzy zawsze z nutą podziwu żartowali z jego żwawości i sprawności fizycznej (mawiali, że jest „twardy jak gotowana sowa1”), teraz stwierdzali, że podupadł na zdrowiu i że zaczął wyglądać na swoje siedemdziesiąt dziewięć lat. Letnią porą zajmował się kempingiem, co odrywało go nieco od ponurych myśli i rozpamiętywania przeszłości. Ale bliscy martwili się o zimy, tutaj sześciomiesięczne, kiedy całymi tygodniami za jedyne towarzystwo służyła mu inna samotniczka – góra św. Heleny, od której dzieliło go zaledwie pasmo lasu.

Jednak i to się miało niebawem zmienić. Mniej więcej w czasie, gdy zmarła Eddie, grupa rządowych geologów badających warstwy skał na zboczach góry św. Heleny ogłosiła dość niepokojące wyniki swoich analiz, które dotyczyły erupcji wulkanu w ubiegłych wiekach. Raport z 1978 roku był jeszcze bardziej alarmujący, w jego tekście znalazło się nawet stwierdzenie, że św. Helena była „w ciągu ostatnich 4500 lat najbardziej czynnym i eksplozywnym wulkanem w kontynentalnej części USA”. Prorocze słowa. W naturze często to, co piękne, jest jednocześnie zabójcze, a stożek św. Heleny, mający niespotykaną urodę, był niczym naładowana armatnia lufa.

Góra św. Heleny przeszła do historii amerykańskiej geologii. Dała też, choć może trudno w to uwierzyć, wgląd w zagadnienia związane z początkami Ziemi i powstaniem jej atmosfery. Choć zazwyczaj nie traktujemy powietrza jako czegoś, co powstaje – raczej jako coś, co po prostu jest – to trzeba pamiętać, że w rzeczywistości planety pracowicie wytwarzają swoje atmosfery. Bez względu na to, jak szkodliwe mogą się nam wydać wulkaniczne wyziewy, to właśnie one dostarczyły podstawowych składników ziemskiej atmosfery. Jednak żeby zrozumieć, czym jest powietrze, musimy się wpierw dowiedzieć, co dzieje się podczas eksplozji lawy i gazu – a nie ma chyba lepiej przebadanej erupcji wulkanicznej w historii niż wybuch św. Heleny i jej najsłynniejszy bohater z przypadku.

Drzemiąca we wnętrzu św. Heleny groźba jest tak stara jak sama Ziemia. Około 4,5 mld lat temu w naszej części kosmosu eksplodowała supernowa, wysyłając w przestrzeń potężną falę uderzeniową. Ta natrafiła po drodze na chmurę złożoną (w przeważającej mierze) z wodoru, powodując jej zagęszczenie i rozpoczynając proces, w którym ostatecznie 99,9 procent gazu utworzyło nową gwiazdę – Słońce. Reszta gazu została wyrzucona na zewnątrz, formując Jowisza i Saturna.

Jednak mała część gazu utknęła między Słońcem a gazowymi gigantami, a pierwiastki obecne w chmurze (tlen, węgiel, krzem, żelazo i inne) zaczęły zlepiać się ze sobą, najpierw tworząc maleńkie ziarenka, potem wielkie bryły i planetoidy, aż wreszcie skały wielkości kontynentów. Ponieważ grawitacja to bardzo sprawny zamiatacz, szybko zbierający okruchy do kupy, proces ten trwał zapewne zaledwie milion lat – tak przynajmniej uważa część naukowców. Na koniec wielkiego zlepiania pojawiły się planety skaliste, w tym Ziemia. Krótko mówiąc, wszystko to, co nas otacza – bez względu na to, jak stałe się wydaje; nawet nasze ciała – powstało z gazu. Wszyscyśmy z gwiezdnego pyłu.

Choć mówienie o ciałach stałych, takich jak nasza planeta, jako o „byłym gazie” może wydać się nadużyciem, to molekularna budowa ciał stałych i gazów wskazuje, że takie stwierdzenie jest całkiem uzasadnione. Cząsteczki w ciele stałym połączone są z innymi „na sztywno”, bez możliwości ruchu. Stąd właśnie bierze się stałość ciał stałych. W cieczach owe cząsteczki mogą choć częściowo dać upust energii i rozepchnąć się łokciem, dzięki czemu ciecze mogą płynąć i dopasowywać się do kształtu pojemnika, w jakim się znajdą. Cząsteczki gazów natomiast to wolne ptaki, niezależne od innych. Kiedy się spotykają, zderzają się i odbijają od siebie. Gaz przypomina więc szaloną grę w bilard, prowadzoną jednak w trzech wymiarach. Przeciętna cząsteczka powietrza, znajdująca się w temperaturze pokojowej, porusza się z prędkością nawet 1500 km na godzinę.

Pod pewnymi względami ciała stałe, ciecze i gazy wydają się zupełnie różne, a wielu dawnych badaczy klasyfikowało nawet wodę, lód czy parę jako osobne substancje. Podgrzejmy jednak lód, a cząsteczki wody zaczną zrywać krępujące je więzy i przemieszczać się względem siebie; powstanie ciecz. Dodajmy jeszcze więcej energii i z wody otrzymamy gaz – choć przez cały czas mamy do czynienia z tą samą substancją. Ale nie jest to tylko własność wody. Krzem, żelazo czy uran niełatwo wyobrazić sobie w postaci gazowej. Prawda jest jednak taka, że gazem może być dowolny pierwiastek z układu okresowego, wystarczy tylko dostarczyć mu odpowiednio dużo energii. Działa to też w drugą stronę. Ochłódźmy gaz, a stanie się cieczą. Zabierzmy jej jeszcze trochę energii, a zamieni się w ciało stałe. Podobną sztuczkę można też przeprowadzić, wykorzystując ciśnienie – zwiększając je, możemy zmusić cząsteczki gazu do przybrania bardziej uporządkowanej formy.

Na młodej Ziemi występowały jednocześnie wszystkie z wymienionych stanów skupienia materii, tworząc wrzącą, kipiącą, stopioną masę, tylko w niewielkim stopniu przypominającą dzisiejszą planetę. Po tym, jak kosmiczne skały (ciała stałe) zaczęły się ze sobą łączyć, formując planetę, potężna siła grawitacji spowodowała ich stopienie. Gęstsze z cieczy (na przykład stopione żelazo) zapadały się głębiej, do jądra; lżejsze unosiły się na powierzchnię, gdzie krzepły w kontakcie z mroźnym otoczeniem. Ogólnie rzecz biorąc, ówczesna Ziemia przypominała jajo z żelaznym żółtkiem otoczonym maziowatym płaszczem i czarną skalną skorupką. Najważniejszą różnicą (porównując do jaja) było to, że ziemską skorupkę na całej powierzchni pokrywała gęsta sieć spękań, z wyciekającą przez nie lawą. Z tego względu na wczesnej Ziemi nigdy nie zapadały kompletne ciemności, a mrok rozjaśniała stała pomarańczowa poświata, rozjarzająca się od czasu do czasu, gdy w niebo, niczym jakaś piekielna fontanna, strzelał strumień lawy.

Ta wczesna Ziemia miała już swoją atmosferę (pierwszą – dla tych, co chcą liczyć), ale była ona tak cienka i delikatna, że ledwo zasługuje na to dumne miano. Składała się głównie z wodoru i helu, a w zasadzie z ich niedobitków, które zaplątały się między Słońce a Jowisza. W dodatku wkrótce po swoim powstaniu atmosfera ta zniknęła, zdmuchnięta w przestrzeń kosmiczną huraganowym wiatrem słonecznym (czyli strumieniem cząstek, głównie protonów i elektronów, wygenerowanym przez Słońce). Zresztą wiele atomów i cząsteczek zdążyło uciec z Ziemi o własnych siłach. Jedno z praw dotyczących gazów głosi, że małe cząsteczki poruszają się szybciej niż duże i ciężkie. Wodór i hel, usytuowane u samej góry układu okresowego, to najlżejsze pierwiastki, a tym samym najszybsze – codziennie jakaś ich liczba rozpędzała się do prędkości większej niż ta, która pozwala opuścić Ziemię (prędkość ucieczki dla naszej planety to około 11 km/s). Niczym biliony małych rakiet Saturn V cząsteczki te pożegnały piekielny, hadeikowy krajobraz wczesnej Ziemi i powędrowały dalej, gdzieś w mroźną, spokojną przestrzeń.

Po pierwszej atmosferze pojawiła się kolejna, wytworzona już przez samą planetę. Podobnie jak we krwi rozpuszczony jest tlen, a w szampanie dwutlenek węgla, także magmę (podziemna lawa) wypełniają gazy. Po otwarciu butelki z wodą gazowaną dwutlenek węgla z sykiem ucieka na zewnątrz – i coś podobnego dzieje się z magmą, gdy natrafia na szczelinę w skorupie ziemskiej, a działające na nią ciśnienie gwałtownie spada. Uciekające gazy, głównie para wodna i dwutlenek węgla (prawdopodobnie, geolodzy bowiem wciąż się spierają o skład tej mieszaniny), wydostawały się więc z głębi ziemi na zewnątrz. W bogatym bukiecie domieszek znajdowały się też niektóre gazy zawierające siarkę, czyli dwutlenek siarki i siarkowodór, dwaj główni winowajcy paskudnego odoru zepsutych jaj. (Jeśli przebywaliście kiedyś w pobliżu wulkanu, pewnie wiecie, o czym mówię). Wyziewy zawierały też przypuszczalnie niewielkie ilości gorących, gazowych metali, m.in. złota i rtęci. Niezła mieszanka, ale lepiej się nie zaciągać.

Grupka geologów ukuła jakiś czas temu teorię, według której większość gazów wydostała się z głębi Ziemi za jednym zamachem, co nazwali Big Burpem (Wielkim Bekiem). Ku niewątpliwemu rozczarowaniu nastolatków dziś już wiadomo, że teoria Wielkiego Beku jest błędna. Gazy wydostawały się z wnętrza Ziemi stopniowo. Nie oznacza to bynajmniej, że warunki były dzięki temu przyjaźniejsze życiu. Rozgrzana para wodna natychmiast poparzyłaby naszą skórę, smród siarki wykręciłby nos, a kwasy i amoniak zniszczyłyby płuca. Nie mówiąc już o ciśnieniu. Magma w tamtych czasach była znacznie bardziej niż dziś przesycona gazami, a w powietrze codziennie ulatywały miliardy ton gazowej mieszanki. Panujące wówczas ciśnienie, być może nawet stukrotnie większe niż dzisiaj, zgniotłoby nasze czaszki i nadało naszym ciałom baniaste kształty. Najlżejszy powiew tak gęstego powietrza zwaliłby nas z nóg i zmiótł do jeziora lawy.

Atmosfera numer dwa zdecydowanie różniła się od dzisiejszej, i to z kilku powodów. Główny ówczesny składnik powietrza, para wodna, w końcu się skropliła i spadła jako deszcz na powierzchnię, tworząc jeziora i oceany. To z kolei doprowadziło do serii kolejnych zdarzeń. Drugi pod względem ilości w ówczesnym powietrzu składnik, dwutlenek węgla, łatwo rozpuszcza się w wodzie i reaguje z minerałami, tworząc związki, które się wytrącają i osadzają na dnie zbiorników. W ten sposób zmniejszało się stężenie dwutlenku węgla w powietrzu. Poza tym w tamtych czasach wciąż w Ziemię uderzały wielkie planetoidy i/lub komety, odrywając od naszej planety i posyłając w kosmos spore „kęsy” atmosfery – dzięki temu nie przyciska nas dziś do ziemi mordercze ciśnienie. Oczywiście nie powodowało tego każde zderzenie. Mniejsze obiekty zapewne czasem wręcz przynosiły ze sobą porcję gazów, która wzbogacała atmosferę. Ale za każdym razem, gdy dochodziło do naprawdę sporego bum, znajdowała zastosowanie zasada zachowania energii. Większość energii kinetycznej planetoidy podczas uderzenia zmieniała się w ciepło, co powodowało „zagotowanie się” atmosfery i ucieczkę sporej części gazów w kosmos. Część energii kinetycznej zamieniała się jednak też w falę uderzeniową, która mogła oderwać atmosferę od Ziemi. Niektórzy geolodzy uważają nawet, że podobne zderzenia mogły kompletnie ogołacać nasz glob z atmosfery. Jeśli tak było w istocie, być może powinniśmy mówić nie tyle o zrodzonej z wulkanów atmosferze numer dwa, co „2a”, „2b” itd. Wszystkie miały podobny skład, ale kolejne wielkie impakty sprawiały, że atmosfera musiała kształtować się od nowa.

Jedno z tych zderzeń zasługuje na szczególną uwagę, bo wskutek niego powstał Księżyc. Zresztą to bardzo ciekawy księżyc. Księżyce innych znanych nam planet są raczej niewielkie. Nasz jest przy nich bardzo masywny, ma czwartą część wielkości Ziemi. By wyjaśnić tę dziwną anomalię, astronomowie w XX stuleciu stworzyli kilka różnych teorii. Jedna z nich głosiła, że Księżyc powstał niezależnie od Ziemi, jako oddzielna planeta, którą pewnego dnia Ziemia przechwyciła i odtąd trzyma na grawitacyjnej smyczy. Inni badacze opowiadali się za poglądem wyrażonym przez astronoma George’a Darwina (syna słynnego przyrodnika), według którego Księżyc „wypączkował” z Ziemi na kształt nowej komórki drożdży w okresie, kiedy Ziemia znajdowała się jeszcze w początkowej, niezestalonej postaci.

Skały przywiezione z Księżyca w 1969 roku pozwoliły wreszcie rozstrzygnąć tę kwestię i postawić nową hipotezę, opierającą się zresztą na elementach składowych wcześniejszych koncepcji. Wśród różnych wskazówek odnoszących się do początków naszego naturalnego satelity była obserwacja, że księżycowe skały zawierają mniej uwięzionych gazów niż skały ziemskie, co wskazywało, że coś musiało „odparować” je z tych pierwszych. Ale „odparowanie” gazów z ciała tej wielkości co Księżyc wymagało olbrzymiej ilości energii, z czego wynikało, że kolizja była naprawdę wielka. Obiekt, który mógł się zderzyć z Ziemią, dziś nazywany Teją (Thea), musiał mieć rozmiary mniej więcej Marsa. Teja prawdopodobnie uformowała się w nieco innym miejscu na mniej więcej tej samej orbicie wokół Słońca co Ziemia, w pozycji kilka miesięcy „przed” lub „za” Ziemią. W końcu jednak grawitacja, która zawsze musi namieszać, uniemożliwiła stabilną koegzystencję obu planet, w ciągu 50 mln lat doprowadzając do ich zderzenia. Astronomowie nazywają to Teorią Wielkiego Zderzenia2.

Jeśli jej nazwa przywodzi wam na myśl katastrofę, która zakończyła okres panowania dinozaurów na Ziemi, to niesłusznie. Choć tamto uderzenie wywołało kataklizm biblijnych rozmiarów, a pyły zasłoniły Słońce na wiele lat, to sama Ziemia ledwo się wzdrygnęła. Cóż, wróbel rozbił się o szybę, ale samochód jedzie dalej. Z Wielkim Zderzeniem sytuacja przedstawiała się inaczej, Teja była bowiem raczej czymś w rodzaju łosia – i jej zetknięcie z Ziemią miało dla tej ostatniej dalece bardziej apokaliptyczne skutki. Kolizja nie tylko wysłała w kosmos atmosferę, lecz prawdopodobnie także zagotowała oceany i odparowała skały z kontynentów. Ale Teja wbiła się też głęboko w ziemski płaszcz, uderzenie zaś „przekrzywiło” Ziemię (zmieniło kąt nachylenia osi obrotu). Większość Tei wyparowała, a część gazowych i pyłowych resztek otoczyła Ziemię pierścieniem. Inaczej jednak niż pierścienie otaczające Saturna, składające się z lodu i skał, „nasz” pierścień był gorący, choć z czasem ostygł, a jego składniki się zlepiły i utworzyły Księżyc.

Na dłuższą metę zderzeniu z Teją zawdzięczamy tak poetyckie sprawy jak Księżyc w pełni albo wiosna (czy generalnie pory roku, co wiąże się ze wspomnianym wyżej nachyleniem osi obrotu Ziemi). Na krótszą metę jednak, w okresie tuż po kolizji, nasza planeta jeszcze mniej nadawała się do życia niż wcześniej. W szczególności powstała nowa atmosfera, jeszcze gorętsza i bardziej szkodliwa niż wcześniejsza, wulkaniczna. Była to atmosfera, która utrzymała się może przez tysiąc lat, a składała się z wściekle gorącego gazowego krzemu (piasku, który stał się gazem), przetykanego zamienioną w gaz solą (chlorkiem sodu). Każdy oddech, gdybyśmy mogli go zaczerpnąć, zostawiałby na języku mocno słony smak. Z niebios zaś, dodajmy, padał wówczas żelazny deszcz.

Nowo powstały Księżyc przyglądał się temu z bardzo bliska, z odległości zaledwie 24 tysięcy kilometrów. Wisiał na niebie olbrzymi, dwanaście razy większy niż Słońce. A ponieważ wciąż jeszcze był stopiony, powoli stygnąc, świecił jak podbite, podbiegnięte krwią oko. Pewnie wciąż byłby to materiał dla poetów, ale widok ten raczej zainspirowałby Dantego do opisania piekła, niż skłonił Roberta Frosta do stworzenia wiersza Przystając pod lasem w śnieżny wieczór.

Z czasem w naszym Układzie zrobiło się nieco luźniej i w stronę Ziemi przestał lecieć grad planetoid. W efekcie gazy, które gromadziły się w atmosferze, mogły zostać na Ziemi na dłużej. Powstały też pierwsze „prawdziwe” wulkany. Wcześniej w zasadzie ich nie było, ponieważ magma mogła łatwiej wypływać na powierzchnię przez liczne spękania w zewnętrznych, wciąż półpłynnych warstwach skorupy ziemskiej. Ale gdy bombardowanie planetoidami niemal ustało, zewnętrzne warstwy ostygły i uformowały twardszą skorupę z mniejszą liczbą spękań. W efekcie magma zaczęła gromadzić się w zbiornikach pod powierzchnią skorupy. Ponieważ zawierała wciąż całkiem sporą ilość rozpuszczonych gazów, w wielu miejscach ciśnienie stopniowo rosło, aż w końcu następowała erupcja wulkaniczna. Choć obecnie magma jest daleko mniej „gazowana” niż w tamtych odległych czasach, ten liczący miliardy lat proces regularnego narastania ciśnienia pod powierzchnią, co w końcu skutkuje erupcją, zachodzi także dziś. Coś takiego właśnie zdarzyło się w przypadku wulkanu św. Heleny w 1980 roku.

Śmierć Eddie rozbiła Trumana. Dni i tygodnie mijały mu jak w letargu, zrobił się nieuważny i niedbały. Drzewo, które ściął, uderzyło go w głowę, kiedy się przewracało. Pług śnieżny poranił mu dłonie. Z niewiadomych przyczyn Truman, w samych gatkach, spadł z ganku w śnieg i stracił na moment przytomność. W równie opłakanym stanie znalazł się kemping. Domki, niesprzątane tak porządnie, jak robiła to Eddie, szybko zarosły brudem. Truman kompletnie nie sprawdził się też w roli kucharza. Co prawda Eddie nie była mistrzynią patelni, ale miała swoją specjalność: hot-dogi i hamburgery podawane na namoczonym wcześniej białym pieczywie. Z kuchnią Trumana było inaczej. Cóż, prawdę mówiąc, wielu klientów, dla których gotował, przeżywało wskutek posiłku coś w rodzaju kulinarnego zespołu stresu pourazowego. Na lunch mogli otrzymać na przykład masło orzechowe z cebulą, a na obiad „zupę z kurczaka”, a dokładniej z jego najmniej mięsnych części, przyprawioną 25 ząbkami czosnku. Można się wręcz zastanawiać, czy przypadkiem celowo nie próbował się pozbyć klientów.

Kiedy jednak Truman stawał się coraz bardziej senny i ociężały, wznosząca się obok jego domu góra zachowywała się wręcz odwrotnie. Uaktywniała się coraz bardziej wskutek nacierania na siebie znajdujących się pod nią płyt tektonicznych. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych terminy „dryf kontynentów” czy „tektonika płyt” były już powszechnie akceptowane w środowisku geologów, co jeszcze piętnaście lat wcześniej nie było takie oczywiste. Pierwszy hipotezę wędrówki kontynentów sformułował niemiecki meteorolog Alfred Wegener, który na początku XX wieku zaczął się zastanawiać, dlaczego krawędzie niektórych kontynentów – na przykład Ameryki Południowej i Afryki – pasują do siebie jak kawałki stłuczonej porcelany. Zwrócił też uwagę, że na obu kontynentach występują podobne skamieniałości. Po tym, jak podczas I wojny światowej otrzymał postrzał w gardło, okres rekonwalescencji postanowił poświęcić na pisanie książki, w której zasugerował, że kontynenty spoczywają na wielkich płytach, które dryfują.

Powiedzieć, że geolodzy nie przyjęli teorii Wegenera z entuzjazmem, to tak jakby powiedzieć, że w czasie wojny secesyjnej generał Sherman nie cieszył się szczególnymi względami mieszkańców Atlanty. Geolodzy odrzucali teorię tektoniki płyt, a niektórzy wręcz znajdowali przyjemność w publicznym jej piętnowaniu. Jednak w miarę przybywania w latach czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku kolejnych przesłanek dryft kontynentalny przestawał się wydawać absurdalny. Punkt zwrotny nastąpił pod koniec lat sześćdziesiątych i tak oto wskutek jednej z bardziej niezwykłych „zmian kursu” w nauce koncepcje Wegenera niemal z dnia na dzień zyskały popularność. Na początku lat osiemdziesiątych jego teoria stała się tak naturalna i ogólnie obowiązująca, że dziś rzadko zdajemy sobie sprawę z jej wagi. Tak jak teoria doboru naturalnego stała się filarem biologii ewolucyjnej, tak teoria tektoniki płyt połączyła zbiorowisko faktów na temat trzęsień ziemi, wypiętrzania gór, powstawania wulkanów i atmosfery w jeden zgrabny schemat.

Bywa, iż płyty tektoniczne gwałtownie przesuwają się względem siebie, powodując wstrząsy, które nazywamy trzęsieniami ziemi. Najczęściej jednak owe płyty powoli się ze sobą ścierają, poruszając się w tempie zbliżonym do tego, w jakim rosną paznokcie. (Pomyślcie o tym następnym razem podczas obcinania paznokci – właśnie o tyle bliżej jest do kolejnej wielkiej katastrofy). Gdy jedna z płyt wsuwa się pod drugą w procesie nazywanym subdukcją, w wyniku tarcia powstaje wielka ilość ciepła, które topi schodzącą płytę, zamieniając ją w magmę. Jej część znika w czeluściach Ziemi, ale lżejsza frakcja uchodzi ku powierzchni przez przypadkowe szczeliny w skorupie ziemskiej. (To dlatego kawałki pumeksu pływają po powierzchni wody – powstają z materiału o bardzo niewielkiej gęstości!). Ciepło powstające podczas tarcia uwalnia też z topiącej się płyty dwutlenek węgla, a także, w mniejszych ilościach, siarkowodór, dwutlenek siarki i inne gazy, w tym śladową ilość azotu.

W czasie gdy lekka, gorąca magma wędruje szczelinami w skorupie ku górze, w przeciwnym kierunku przesącza się woda. I tu właśnie zaczyna się robić niebezpiecznie. Jedną z ważniejszych cech gazów – będę o niej jeszcze wielokrotnie przypominał – jest to, że w miarę wzrostu temperatury zaczynają się rozszerzać. Łączy się z tym pewna właściwość: ta sama ilość substancji zajmuje w gazowym stanie skupienia znacznie więcej przestrzeni niż w postaci cieczy lub ciała stałego. Kiedy więc spływająca woda spotyka się z magmą, woda zmienia się w parę i rozszerza z nieprawdopodobną mocą, zajmując 1700 razy większą objętość niż wcześniej. Dobrze wiedzą o tym strażacy, którym zjawisko to może bezpośrednio zagrażać – gdy w zamkniętej przestrzeni poleją wodą bardzo rozgrzane podłoże lub szalejące płomienie, gwałtowny „wybuch” pary może ich poparzyć. Trochę podobnie jest z wulkanami. Nasz wzrok przyciąga spływająca po zboczach wulkanu pomarańczowa lawa, ale to gazy są najbardziej niebezpieczne i powodują najwięcej zniszczeń.

Na całym świecie aktywnych jest około 600 wulkanów. Większość z nich znajduje się wzdłuż tzw. pacyficznego pierścienia ognia, którego obecność wynika ze ścierania się ze sobą kilku niestabilnych płyt tektonicznych. W przypadku św. Heleny jest tak, że płyta Juan de Fuca wciska się pod płytę północnoamerykańską; obie ścierają się mniej więcej na głębokości 160 km. Nad zbiornikami magmy znajduje się więc spora warstwa skał, blokująca ucieczkę zbierających się groźnych gazów. Z tego powodu, gdy któryś z tych głębokich zbiorników wreszcie wyleci w powietrze, robi to z przytupem.

Dwudziestego marca 1980 roku wstrząs o magnitudzie 4 delikatnie zakołysał ziemią w pobliżu góry św. Heleny. Tego typu drgania nie były dla tych okolic niczym wyjątkowym, ale w przeciwieństwie do wielu wcześniejszych te wstrząsy nie ustępowały. W okresach pięcioletnich w okolicach odnotowywano około 40 trzęsień ziemi. Tym razem przez kolejnych siedem dni, licząc od 20 marca, ziemia zadrżała około 100 razy.

Naukowcy znaleźli się w nieciekawej sytuacji. Nie chcieli zbyt wcześnie wszczynać alarmu i ostrzegać przed erupcją wulkanu, która mogła nigdy nie nastąpić. Zaledwie pięć lat wcześniej utrzymywane w katastroficznym tonie prognozy dotyczące wulkanu Baker na północ od Seattle zupełnie się nie sprawdziły, a geolodzy wyszli na panikarzy. Góra św. Heleny jednak nie chciała się uspokoić. Nieco później, 27 marca, nad jej szczytem wykwitł pióropusz dymu, wznoszący się na ponad dwa kilometry i barwiący śnieg blisko szczytu na czarno. Wkrótce potem urzędnicy stanowi zamknęli drogi dojazdowe do św. Heleny blokadami. Zaczęli też przymusowo ewakuować okolicznych mieszkańców, co wzbudzało znacznie więcej kontrowersji. Pewien młody jasnowłosy geolog, David Johnston, powiedział reporterom, że zdecydowano się na taki krok, ponieważ to sytuacja, w której „siedzi się obok beczki z dynamitem. Lont już się pali, tylko nie wiadomo, jaką ma długość”.

Ale jeden z mieszkańców uznał, że cholerny rząd jak zwykle nie ma o niczym pojęcia. Harry Truman, mieszkający zaledwie pięć kilometrów od pięknego i groźnego szczytu, tylko machnął ręką na pierwsze wstrząsy, uznając je za wywołane lawiną. Ale nawet później, w obliczu kolejnych wstrząsów, nie przyjmował do wiadomości, że coś mu grozi. Większość swojego życia, w tym najlepsze lata z Eddie, przeżył w cieniu św. Heleny i stwierdził, że „jeśli góra zdecyduje się coś zrobić, to niech tak będzie”.

Wieści o człowieku, który nie chciał opuścić góry, szybko się rozeszły, szczególnie wśród reporterów, zdaniem których serce wulkanu biło zbyt spokojnie i którzy rozglądali się za gorącym tematem. Poza stwierdzeniem Johnstona o beczce dynamitu niewiele więcej mogli wydobyć z geologów, którzy wili się jak piskorze, udzielając odpowiedzi, i bali się jak ognia stawiania jakichkolwiek prognoz. Dlatego historie w mediach zaczęły stopniowo odchodzić od kwestii naukowych i ciążyć ku opisywaniu lokalnego kolorytu. Jak zwykł pouczać fotografów Truman, trzeba było dodać jakiegoś cholernego człowieka do tej cholernej góry, by podtrzymać zainteresowanie publiki, a opisywanie szczegółów życia pewnego starego zrzędy (który w dodatku nosił skarpetki do sandałów!) całkiem nieźle „robiło temat”. Przez długie lata Truman unikał rozgłosu, wciąż obawiając się, że poniesie konsekwencje dawnych występków i będzie zmuszony do ucieczki. No ale do diabła z tym, był 1980 rok, minęło pół wieku, a Truman odkrył, że opowiadanie starych historii nowym słuchaczom sprawia mu przyjemność. Wspominał na przykład, jak kiedyś w samej bieliźnie, uzbrojony w grabie, musiał bronić się przed niedźwiedziem. Albo jak ożywił miejscową legendę o Wielkiej Stopie, zostawiając na śniegu ślady wielkich drewnianych stóp, które sam wystrugał. Odkurzył też kilka opowieści wojennych i oświadczył, że czasami bierze go wielka chętka, by wyciągnąć swój hełm pilota z czasów I wojny światowej, zaciągnąć skórzany pasek pod brodą i zrzucić bombę do krateru, żeby ten się wreszcie zamknął.

Oczywiście snując te opowieści, Truman przy każdej okazji obsmarowywał lokalne władze. „Gadają, że góra znowu ma wybuchnąć, ale łżą jak psy” – kpił. Przechwalał się też, że magnitudę trzęsienia ziemi odczytuje szybciej niż geolodzy, dzięki wiszącej na ścianie metalowej reklamie piwa w barze – oceniając, jak mocno reklama się kołysze. Nawiązały z nim kontakt wszystkie większe media, a reporterzy szybko się nauczyli, że najlepszym wkupnym jest butelka whisky Schenley. Wkrótce Truman zapełnił nimi szafkę, a wówczas zaczął się przechwalać, że góra może teraz robić, co zechce, on jest właściwie przygotowany i wszystko może przeczekać.

Miejscowe władze rozważały nawet aresztowanie Trumana, by zmusić go do ewakuacji i zakończenia spektaklu, ale w końcu się na to nie zdecydowały. No bo co dalej? Zamknięcie staruszka w więzieniu raczej nie wywołałoby powszechnego aplauzu, nie mówiąc już o znalezieniu sędziego, który ukarałby opierającego się zarządzeniu o ewakuacji Trumana. Niech więc sobie dalej plecie, co mu ślina na język przyniesie, choćby na łamach „New York Timesa” czy „National Geographic”.

Opinia publiczna miała to, co chciała, każdy kolejny tydzień bez erupcji tylko podgrzewał atmosferę. W miejscowych ogródkach pojawiły się znaki głoszące: „Święta Heleno, trzymaj swój popiół z dala od mojego trawnika”. Biorąc pod uwagę niezliczone szlaki służące zrywce drewna, każdy wyposażony w przyzwoitą mapę bez trudu mógł ominąć blokady drogowe i wkrótce ludzie zaczęli urządzać pikniki na zboczach wulkanu, podekscytowani perspektywą zobaczenia jęzorów lawy na własne oczy. Nawet gubernatorka stanu Waszyngton Dixy Lee Ray, która jako była naukowiec (biolog morza) powinna mieć nieco więcej rozsądku, dała się porwać nastrojowi. „Zawsze powtarzałam – stwierdziła – że w ciągu swojego życia zobaczę na własne oczy, jak jeden z wulkanów w naszym stanie wybucha”. Najniżej chyba upadła jednak firma z Seattle, która wynajęła helikopter i niedaleko szczytu góry nakręciła reklamę piwa.

Gdy te zabawy trwały w najlepsze, wewnątrz św. Heleny gromadziły się gazy. Piloci krążących wokół niej samolotów donosili, że czuć coraz silniejszy zapach dwutlenku siarki (zapach prochu strzelniczego), co oznaczało, że bogata w siarkę magma podchodzi pod powierzchnię. (Latanie w pobliżu góry było w tym czasie, formalnie rzecz biorąc, nielegalne, ale nikt się tym nie przejmował. Jak stwierdził jeden z pilotów, krążyło tam tyle samolotów, że przypominało to walkę powietrzną z czasów I wojny światowej). Jeszcze bardziej złowieszcze było pojawienie się wybrzuszenia na północnym stoku góry, pęczniejącego niczym paskudny pęcherz. Nie było wiadomo, w jakim tempie narośl się powiększa, wysłano więc samoloty zdolne do wykrycia „wzrostu” liczonego w milimetrach. Kilkumilimetrowy wzrost nie wydaje się może szczególnie spektakularny, ale warto pamiętać, że mówimy o unoszeniu się wielkiej części góry. Wkrótce jednak okazało się, że pomiary nie wymagały aż takiej precyzji: wybrzuszenie rosło o mniej więcej półtora metra dziennie. Rządowi geolodzy rozpoznali tak wiele niepokojących oznak, że 9 maja przenieśli swoje wieże obserwacyjne na odległość prawie 10 km, czyli znacznie dalej niż zakres wyznaczonej dotychczasowo strefy zagrożenia. Truman miał używanie z tych zestrachanych mięczaków, a przynajmniej robił dobrą minę do złej gry – w nim też powoli rosło napięcie.

Zawsze twierdził, że wielkie jodły rosnące między jego chatą a szczytem wulkanu to bufor, który uchroni go przed ekscesami góry. Ale z upływem tygodni jego pewność siebie słabła, co dostrzegali przyjaciele. Truman był teraz bardziej samotny niż kiedykolwiek wcześniej i chociaż reporterzy ze śmiechem donosili, że przymocował do łóżka ostrogi, by nie spaść w nocy z tego wierzgającego rumaka, on sam mówił o tym pół żartem, pół serio. Bywały noce, gdy wstrząsy rzucały naczyniami w barze kilka razy na godzinę, co doprowadzało go do wściekłości. Czasem, gdy udało mu się zasnąć, po obudzeniu stwierdzał, że wraz z łóżkiem znalazł się po drugiej stronie pokoju. Nie chciał opuszczać domu, w którym mieszkał razem z Eddie, ale jednocześnie spędzanie każdej nocy w strachu i napięciu nie sprawiało mu wielkiej przyjemności.

Przyjaciele i przedstawiciele władz wyczuli to i w połowie maja spróbowali raz jeszcze nakłonić dzikiego kota, by zszedł z góry. Ale Truman odmówił. Po części pewnie też dlatego, że zaczął otrzymywać całe worki listów ze słowami otuchy od ludzi, których poruszyła jego odwaga. Były wśród nich nawet propozycje ożenku. (Zachodził w głowę, co „mogłoby skłonić osiemnastoletnią panienkę do poślubienia takiego starego pierdziela”). Otrzymawszy zaś list od Dixy Lee Ray, w którym wychwalała ona jego niezłomność, był pod takim wrażeniem, że niemal zaczął nim wymachiwać nad głową. Trudno dziś bezsprzecznie stwierdzić, czy nowo zdobyta sława i sypiące się zewsząd pochlebstwa tylko podtrzymały go w dotychczasowym przekonaniu, czy też skłoniły do podjęcia decyzji, której w innych okolicznościach by nie podjął. W każdym razie zdecydował, że zostaje.

Władze poddały się w przypadku Trumana, ale postanowiły „oczyścić” resztę góry. Po trzech dniach relatywnego sejsmicznego spokoju pozwoliły jednak nawet 17 maja lokalnym mieszkańcom zbliżyć się do wulkanu i zabrać ze swoich chat stoły, krzesła, tostery, aparaty fotograficzne i cokolwiek mogli szybko zgarnąć. Następnego dnia rano operacja miała być powtórzona. Góra jednak miała inne plany.

Mimo wszystkich uników i wystrzegania się stawiania jakichkolwiek prognoz geolodzy mogli się poczuć zawstydzeni. Nie chodzi o to, że nie przewidzieli daty erupcji. To ostatnie jest w zasadzie niemożliwe i nie ma się co dziwić, że nikt nie powiedział, że wybuch nastąpi 18 maja o 8:32:11. Przyczyną konfuzji było panujące wśród geologów przeświadczenie, że kiedy dojdzie do eksplozji, stożek wulkanu ukierunkuje większość jej mocy w górę, a wulkan wyrzuci gaz i dymy prosto w niebo. Ale stało się inaczej. Rosnący „bąbel” na północnym zboczu pękł w końcu, uwalniając całe nagromadzone wewnątrz góry paskudztwo, samo zbocze zaś się zapadło, tworząc największe osuwisko w znanej historii. Gorące gazy i popioły z rykiem zaczęły opadać po zboczu, niszcząc wszystko na swojej drodze.

Erupcja wulkanu św. Heleny, niedziela 18 maja 1980 roku (opublikowano za zgodą U.S. Forest Service)

Zasięg dewastacji można ocenić, zaznaczając wokół wulkanu kolejne kręgi. Wybuch wulkanu słyszany był z odległości ponad 300 km. W promieniu 150 km zatrzęsły się szyby w oknach i poprzewracały porcelanowe figurki w kredensach. Około 135 km na wschód od góry, w Yakimie, z nieba zaczęły spadać grudy mokrego popiołu i zrobiło się tak ciemno, że o 9:30 włączył się automatyczny system nocnego oświetlenia ulic. W niektórych strumieniach, oddalonych od góry o mniej więcej 90 km, temperatura wody przekroczyła 30°C, co sprawiło, że łososie zaczęły wyskakiwać na brzegi.

Co ciekawe, im bliżej góry, tym słabiej było słychać huk erupcji, tłumiła go bowiem skutecznie chmura odłamków i popiołu. W dodatku jest tak, że jeśli tuż nad powierzchnią ziemi znajduje się gorące powietrze, to dźwięki się unoszą, więc większość hałasu przeszła ponad głowami ludzi przebywających najbliżej erupcji. (Więcej na temat tego zjawiska w dalszej części książki). Jednak brak strasznego huku bliżej strefy wybuchu nie oznaczał, że było tam relatywnie spokojnie. W promieniu 25 km nie ostało się ani jedno stojące drzewo, jakby ktoś sięgnął po olbrzymi grzebień i postanowił przyczesać zbocza góry. Wielotonowe ciężarówki służące do transportu drewna leżały poprzewracane jak zabawki. Wiele osób straciło włosy, opalone gorącym podmuchem. Pewien mężczyzna i kobieta, którzy znaleźli się w zabójczej strefie, wskoczyli do wykrotu po przewróconym drzewie i przyrzekli sobie, że jeśli wyjdą z tego cało, to się pobiorą. Przeżyli i dotrzymali przyrzeczenia.

W promieniu około 16 km od miejsca erupcji zginęło właściwie wszystko. W tym siedem tysięcy sztuk dużej zwierzyny (jeleni, łosi, niedźwiedzi) i wielu ludzi, między innymi David Johnston, jasnowłosy geolog, który porównał wulkan św. Heleny do beczki dynamitu. Młody i wysportowany (biegał maratony, co wówczas było naprawdę rzadkie), zgłosił się do pełnienia obserwacji na wieżach najbliżej góry, ponieważ uznał, że w wypadku naprawdę dużej katastrofy będzie miał większe szanse na ucieczkę niż starsi koledzy. Ale akurat 18 maja miał nie pracować. Pojawił się na posterunku, ponieważ zamienił się dyżurami ze swoim szefem, który chciał spędzić ten dzień z przyjacielem świeżo przybyłym z Niemiec. Kiedy nastąpiła erupcja, Johnston zdążył tylko dobiec do radia i przekazać wiadomość do głównej kwatery: „To właśnie to, wybucha!”. Koledzy twierdzili, że brzmiał, jakby był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Choć w tym rejonie odnaleziono sporo ciał, jego akurat nie. Koronerzy pisali potem, że większość ofiar zmarła wskutek wdychania popiołu, który w zetknięciu ze śliną zamieniał się w coś w rodzaju mokrej szpachlówki zatykającej drogi oddechowe. Po śmierci ich ciała uległy kompletnemu wysuszeniu. Niektóre z nich tak przeszły popiołem, że tępiły się na nich skalpele.

W promieniu natomiast mniej więcej 8 km ratownicy nawet nie próbowali poszukiwać ciał. Wszędzie unosił się swąd siarki, przywodzący na myśl wyobrażenie wczesnej Ziemi. Krajobraz także był podobny, monotonny i pozbawiony jakichkolwiek wyróżniających się cech. Kiedy kilka dni później nad tym miejscem przeleciał prezydent Jimmy Carter, stwierdził ze zdziwieniem, że „wszystko tu jest tak jednolite, że powierzchnia Księżyca w zestawieniu z tym wydaje się polem golfowym”. Wyróżniało się jedynie powstałe na nowo jezioro Spirit. Tak jak wszystko, najpierw zostało pogrzebane pod kilkudziesięciometrową warstwą tlących się popiołów. Ale woda przecisnęła się ku górze i odtworzyła jezioro, położone teraz jakieś sześćdziesiąt metrów wyżej. Tyle tylko, że o ile to oryginalne było chłodne, czyste i piękne, przejrzyste na kilkanaście metrów, jezioro Spirit II przypominało raczej parujące bagno, w którym można było coś dojrzeć najdalej na kilka centymetrów.

Jeszcze bliżej, pięć kilometrów od wulkanu, znajdował się dom Harry’ego Trumana. Nigdy nie dowiemy się, co działo się z nim po wybuchu wulkanu, poza tym, że z pewnością go nie przeżył. Jednak na podstawie tego, co wiemy o innych ofiarach wybuchów wulkanów i chemii, możemy odtworzyć ze sporym prawdopodobieństwem jego ostatnie chwile.

Kiedy dotarła do niego fala gorąca, ubranie, które miał na sobie – dżinsy, sweter, skarpetki – spaliło się w ułamku sekundy, niczym papier błyskowy. Szkliwo na zębach popękało, a płuca się zwęgliły. Prawdopodobnie jednak zginął bezboleśnie. Wiele ciał, jakie wydobyto z popiołu po erupcji Wezuwiusza w 79 roku, w szczególności uciekinierów, którzy próbowali się schronić w jaskiniach wzdłuż plaży, nie wykazywało oznak strachu czy cierpienia, ofiary nie próbowały na przykład zasłaniać twarzy. To wskazuje, że zapewne zginęły szybciej niż w sekundę, czyli szybciej, niż można odczuć ból.

Gorąco sprawiło, że mięśnie ofiar skurczyły się już po ich śmierci, powodując m.in. podkurczenie palców u stóp i charakterystyczne przygięcie rąk ku klatce piersiowej3. Następnie ich ciała pokryła gruba warstwa popiołu, który stwardniał jak maska pośmiertna. Z czasem ciała ofiar się rozłożyły, pozostawiając po sobie przestrzeń, w którą archeolodzy wlewali gips, uzyskując w ten sposób odlewy ciał, które można dziś oglądać w Pompejach.

Jest to więc jeden z możliwych scenariuszy: Harry Truman jako pusta przestrzeń, gdzieś kilkanaście metrów pod wulkanicznym materiałem. Ale jest jeszcze druga, bardziej makabryczna wersja wydarzeń. Wezuwiusz zniszczył oprócz Pompejów kilka innych wiosek, w które uderzyła fala gorąca, taka sama, jaka dotarła do kempingu Trumana. W tych wioskach ludzie po prostu wyparowali.

Skrzynki pocztowe niemal zagrzebane pod warstwą popiołu po erupcji wulkanu św. Heleny (opublikowano dzięki uprzejmości U.S. Geological Survey)

Nieliczne badania naukowe dotyczące tych zagadnień wskazują, że odbywa się to w trzech etapach: najpierw paruje woda, potem wnętrzności, a na końcu materiał kostny. Odparowanie wody przebiega dwuetapowo. Najpierw temperatura wody w tkankach wzrasta z 36,6°C do 100°C. Zawartość wody w ciele ludzkim zmienia się wraz z wiekiem, obniżając się od około 75 procent u noworodków do mniej niż 60 procent u żylastych i kościstych (do pewnego stopnia dosłownie) starców. Biorąc pod uwagę wiek i wagę Trumana, w jego ciele było około 45 kg wody. Woda dość dobrze pochłania ciepło i podgrzanie takiej jej ilości do 100°C wymaga dostarczenia około 2900 kalorii. (Dla porównania, by podgrzać 45 kg żelaza do tej samej temperatury, potrzeba tylko 305 kalorii, złota zaś – tylko 88). Ale na razie będziemy mieli tylko gorącą wodę. Zamiana jej w parę wymaga dodatkowej energii, a to dlatego, że cząsteczki wody mocno przyciągają swoich sąsiadów; trudno namówić je na rozłąkę. By 45 kg wody zamienić w parę, potrzeba dodatkowo 24 tysięcy kalorii.

Jeśli chodzi natomiast o odparowywanie wnętrzności, sprawa jest bardziej skomplikowana – w grę wchodzą bowiem dziesiątki narządów i tkanek, o bardzo różnych własnościach i profilach pochłaniania ciepła. Zamiast próbować to liczyć, naukowcy wykorzystują pośredni sposób: suszoną wieprzowinę, ponieważ wnętrzności nasze i świń są dość podobne. U przeciętnego człowieka masa narządów, chrząstek i tłuszczu (już po odliczeniu wody) wynosi około 11 kg. Biorąc pod uwagę, że suszona wieprzowina potrzebuje do odparowania około 230 kalorii na 100 g masy, odparowanie wnętrzności wymagałoby około 27 tysięcy dodatkowych kalorii.

Na podstawie badań pozostałości ciał po wybuchu Wezuwiusza wiemy, że pod wpływem wulkanicznego gorąca wyparowują one dość łatwo. Odparowanie natomiast jedenastokilogramowego szkieletu człowieka to już inna para kaloszy, a to ze względu na to, że ich główny składnik mineralny, hydroksyapatyt wapnia, Ca10(PO4)6(OH)2, ma bardzo wysoką temperaturę wrzenia. Prawdopodobnie więc szkielet Trumana zachował się w całości. Nie znaczy to jednak, że zachował się nietknięty. W temperaturze mniej więcej 500°C kości zaczynają żółknąć, potem czerwonobrązowieć, a jeszcze potem czernieć. Nadtapiają się też w miarę, jak cząsteczki budujących je minerałów zmieniają nieco swoje pozycje. Zmiany te osłabiają kość i zwiększają jej kruchość. U niektórych ofiar Wezuwiusza zaobserwowano też, że ich czaszki pozbawione były górnych części. Gorące wulkaniczne gazy najprawdopodobniej zagotowały ich mózgi, a ponieważ para musiała znaleźć ujście, czaszki eksplodowały niczym miniatury wulkanu św. Heleny.

Angielskie powiedzenie z XIX wieku, występujące także w wersji: „pijany jak gotowana sowa” albo „ma kaca jak gotowana sowa”. [wróć]

Dosłownie: Big Thwack, czyli Wielkim Trach! [wróć]

Jest to tzw. postawa kolankowo-łokciowa, nazywana też pozycją bokserską, gdyż kończyny górne przypominają pozycję obronną boksera. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki