Wydawca: Amber Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 513 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ostatni na liście - Neil White

Joe Parker to najbardziej błyskotliwy prawnik w Manchesterze.
Sam Parker - najbardziej nieustępliwy detektyw manchesterskiego wydziału zabójstw.
Na obu ciąży nierozwikłane morderstwo ich siostry przed piętnastu laty.
I obaj są zaangażowani w sprawę seryjnych zabójstw, które teraz wstrząsają miastem...
Ronnie Bagley zamordował swoją dziewczynę i dziecko. Czeka w więzieniu na proces. Na dwa tygodnie przed rozprawą żąda nowego adwokata. Twierdzi, że obronić go może tylko Joe Parker.

Joe podejmuje się tej sprawy. Nie wie, że jego klient jest bardziej przebiegły, niż się wszystkim wydaje. I że on sam wkrótce stanie do rywalizacji z własnym bratem w sprawie najbardziej przerażającego seryjnego zabójcy, jaki kiedykolwiek działał w Manchestrze.
Ani Joe, ani Sam nie przeczuwają, że wspólna przeszłość boleśnie wedrze się do teraźniejszości i doprowadzi obu do szaleńczego wyścigu, w którym stawką jest odpowiedź na pytanie, kto będzie Ostatni na liście mordercy…

Opinie o ebooku Ostatni na liście - Neil White

Fragment ebooka Ostatni na liście - Neil White

Korekta

Hanna Lachowska

Magdalena Stachowicz

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Zbigniew Foniok

Tytuł oryginału

Next To Die

Copyright © Neil White 2013

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5018-2

Warszawa 2014. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620

1

Chodził w tę i z powrotem Był niespokojny, ale i podniecony. To było to, punkt, w którym chciał się znaleźć, część planu, nowy początek.

Wokół, nie licząc szurania jego własnych butów, panowała cisza. Ale to była cisza zbawienna, dawała wytchnienie po nocy wrzasków, krzyków, odgłosów walki i szamotaniny. Poranek przyniósł ze sobą coś innego. Był zapowiedzią nowego.

Musi się na tym skupić. Na nowym początku. Nowym życiu. Zatrzymał się, oparł ręce na biodrach i spojrzał w dół. Popatrzył na swoje buty, brązowe, bez sznurówek, niewypastowane, brudne i zniszczone. Zlewały się z podłożem, prawie nie było ich widać. Żeby pozbyć się tego wrażenia, zakreślił stopami małe kółka. Podeszwy cicho zaskrzypiały.

Usiadł i przygarbił plecy. Był gotowy. Musiał być gotowy. Wziął głęboki oddech i mocno potarł twarz, naciągając skórę tak, że poczerwieniała. Na moment obraz w jego oczach zupełnie się zamazał. Ogarnęła go błoga ciemność, ale już po chwili wypełniły ją ich twarze – niewyraźne, z otwartymi ustami. Rozpalone oczy. I ich ciała – sponiewierane, szarpiące się – tylko że to zawsze było za mało.

Gwałtownie otworzył oczy. Oddech miał przyspieszony, na czoło wystąpił pot. Jakim cudem dotarł do tego punktu? Wiedział, jak to się wszystko zaczęło, ale nie do tego miało prowadzić. Na końcu wszystkie ginęły.

Oderwał ręce od twarzy i wyciągnął je przed siebie, spodem dłoni do góry. Sama skóra, mięśnie i kości. Powoli odwrócił dłonie, tak żeby zamiast ciemnych kresek wżartego brudu mógł widzieć tylko szczupłe palce. Paznokcie też byłyby brudne, gdyby nie to, że je ogryzł wraz ze skórkami. Zostały tylko kikuty otoczone spuchniętą skórą. Ale to, czego dokonały, i tak wciąż napawało go zdumieniem. Takie zwyczajne palce, a tyle w nich mocy… granice, jakie przekraczały… Jak to możliwe, że wyglądają tak normalnie?

Zwykłe ręce, tyle że to nie one były najważniejsze. To ona. Zawsze chodziło tylko o nią.

Znowu zamknął oczy. Musi o niej zapomnieć, choć to będzie trudne. Ilekroć próbował pozbyć się jej z pamięci, wracały wszystkie pozostałe. Ich włosy na jego palcach, miękkie, długie, niczym delikatne pocałunki na skórze, naelektryzowane, strzelające iskierkami. Przełknął ślinę.

Ale wspomnienia były żywe, zalewały umysł obrazami. Pomieszczenie wypełniło się odgłosami szamotaniny, jęków, a potem krzykiem – szybko dławionym.

Jego oddech stał się krótki, umysł pędził poprzez wspomnienia. Dudniące echem wrzasków puste pomieszczenie, miękkie włosy na jego dłoniach, szelest plastiku, nogi krzesła szurające po podłodze, drewno walące w beton. Zacisnął ręce wokół kolan. Musi zapanować nad tymi wspomnieniami. Nie może dłużej tak myśleć. To już przeszłość. Musi iść dalej. To jest nowy początek.

Dzień pierwszy.

2

Joe Parker, huśtając się w fotelu, wyglądał przez okno i obserwował, jak plac za oknem budzi się do życia.

Wcześniej wykonał kilka telefonów – na komisariaty w Manchesterze i kilku pobliskich miasteczkach – żeby sprawdzić, czy doszło do nowych zatrzymań. Marginesy w prawie kryminalnym nie są szerokie. Firma potrzebowała tej codziennej harówki. Ścigała pijaczków i nocnych imprezowiczów, żeby zatkać nimi dziury między większymi sprawami. A o większych sprawach człowiek się dowiadywał tylko, jeśli był znany. Dlatego codziennie rano Joe obdzwaniał wszystkie areszty w promieniu piętnastu mil. Chciał się upewnić, czy ktoś o nim nie wspomniał. Najczęściej nikt nic nie mówił, ale on i tak przeprowadzał te uprzejme pogawędki, przy okazji węsząc, czy nie pojawiło się coś większego. Morderstwo. Zabójstwo dzieci. Gwałt. To była jego codzienna wędrówka poprzez manchesterskie bagno, która przynajmniej owocowała tym, że wyrabiał sobie reputację. W mieście było sporo dużych graczy i Joe, żeby go zauważano, musiał walczyć. Dla jego szefów w działach spraw cywilnych i gospodarczych, z ich eleganckimi garniturkami i sztywnymi, napiętymi uśmieszkami, prawo oznaczało finansowe zyski. Joemu zawsze chodziło o walkę i dramaturgię.

Odwrócił się wraz z fotelem w stronę okna. Widok za nim obejmował mały park, skrawek trawnika z drzewami i biegnącymi z boku starego kościoła asfaltowymi ścieżkami. Był to obszar spokoju, otoczony wysokimi budynkami z czerwonej cegły, w których mieściły się firmy prawnicze, zespoły adwokackie, biura księgowe oraz rzeczoznawców. Wysokie przesuwane okna i białe, drewniane kratownice wychodziły na zielone, nakrapiane jasnymi pączkami rododendronów żelazne ogrodzenie, na stojący pośrodku parku ledwie widoczny pomnik i na kamienny krzyż na cokole, upamiętniający pogrzebane pod nim ciała. Wszystko ciasnym kołem otaczały ławki.

Joe każdy dzień rozpoczynał w ten sam sposób. Do pracy przychodził przed siódmą i sięgał po piętrzącą się na biurku dokumentację. Starał się działać zgodnie z planem, ale plany często niszczyli klienci. Ich chaotyczny styl życia nie sprzyjał dotrzymywaniu terminów umówionych spotkań. Na większość się spóźniali lub w ogóle nie przychodzili, poza piątkowymi popołudniami; wtedy wizyta w jego biurze stawała się pretekstem, żeby błagać o pieniądze na przetrwanie kolejnego weekendu ich nędznego żywota. Izba Adwokacka zakazywała dawania klientom prezentów, jednak Joe starał się robić to, co najlepsze w danej sytuacji. Zasadą było nie dać się złapać.

Przyglądał się, jak miasto na jego oczach się rozbudza. Patrzył na trawniki, obramowane żółcią i różem aksamitek i pelargonii. Drzewa opływały bujną zielenią wczesnego lata. Miał przed sobą mały skrawek spokoju, oddzielony od chaosu sklepów, zakorkowanych ulic oraz zatłoczonych chodników, zapełnionych ludźmi spieszącymi do pracy lub na zakupy.

Jednak ten idylliczny obrazek nie do końca był pozbawiony wad. Istniały elementy, które do niego nie pasowały. Na przykład wysoki, szklany budynek Beetham Tower, postawiony wbrew rozsądkowi i wyglądający, jakby przy silniejszym podmuchu wiatru miał się przewrócić. Nowoczesna sylwetka wieżowca kłóciła się ze starymi ceglanymi murami wiaduktów oraz szarzyzną brudnych kanałów. Kiedy wiało, szklana ścianka na szczycie brzęczała niczym chór fletów. Wokół wieżowca mieściły się sklepy stłoczone na parterze starej hurtowni – przeszłość płynnie przechodziła w przyszłość. Jednak, choć samo miasto z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej się zmieniało i odnawiało, mały skwerek przed oknem jego biura pozostawał taki sam.

Joe pracował w kancelarii Honeywells od roku. Przeszedł do niej po odejściu z kancelarii Mahones, jednej z największych wśród specjalizujących się w prawie karnym, gdzie porad udzielał zespół wykwalifikowanych prawników, ciężko harujących, mimo to niemogących liczyć, że kiedyś dorobią się statusu wspólnika. Joe zaczynał swoją karierę zaraz po studiach, jako naiwny żółtodziób zaopatrzony tylko w dyplom i zapał. Chciał zmienić świat i naprawiać zło. W Mahones szybko się przekonał, że nie chodzi o to, jaki jest dobry; liczyło się tylko, ile zysków przyniesie firmie.

Jemu to jednak nie przeszkadzało. Sądził, że poradzi sobie z obydwoma aspektami. Wiedział, że jest dobrym prawnikiem. Wiedział o tym już w dzieciństwie, kiedy przekonywał sąsiada, że niesłusznie ma do niego pretensję o to, że kopie piłką w jego płot – dla dzieci to przecież zdrowe, że bawią się na dworze, a poza tym kopał w płot od swojej strony. Joe pamiętał, że starszy pan wracał do domu mamrocząc: „Wygadany szczeniak”, jednak jemu największą satysfakcję sprawiła wygrana.

Patrzył, jak Monica, stażystka, przecina park, omijając łukiem grupę osób ćwiczących tai chi. Był to częsty poranny rytuał – pracownicy biur próbowali zaszczepić miastu alternatywną atmosferę, i to się im udawało. Monica przystanęła, żeby popatrzeć, chociaż Joe domyślał się, że bardziej chodziło o odwleczenie momentu wejścia do biura niż o sam widok.

Kiedy znowu ruszyła, Joe odwrócił się do biurka. Czas zająć się nadchodzącym dniem.

Otworzyły się drzwi. Weszła Gina Ross, emerytowana policjantka, która zatrudniła się w kancelarii w roli śledczego w tym samym czasie co Joe. Jak to z większością glin bywa, po odejściu ze służby zaczęło jej brakować adrenaliny, a w wieku pięćdziesięciu lat była za młoda, żeby resztę życia spędzić na gapieniu się na wędrujące wskazówki zegara. Gina nie mogła się poszczycić bliznami, jakie z dumą nosili niektórzy jej koledzy po fachu. Nie było mowy o posiniaczonych pięściach lub szramach na twarzy, wyniku nocnych objazdów po mieście i bójek w pubach. Gina zamiast siniakami budziła respekt lekką siwizną krótko obciętych włosów oraz spokojną gracją, z jaką się zachowywała. Poza tym była szczupła i miała długie, smukłe nogi, zadające kłam jej wiekowi.

Jednak to nie jej wygląd sprawił, że Ginę zatrudniono w kancelarii. Joe wiedział, że najlepszym sposobem na wykrycie policyjnych sztuczek jest najęcie kogoś, kto stosował większość z nich, a Gina była w tym ekspertem. Flirt i uśmiech przeciągały aresztantów na jej stronę. Więźniowie słuchali Giny, a nie swoich prawników, i chętnie opowiadali jej swoje historie, pomimo porady, żeby zachowali milczenie.

Jednak Gina nie była tylko ładną policjantką na emeryturze. Cechowała ją też inteligencja i pracowitość. A poza tym to właśnie ona prowadziła śledztwo w sprawie dotyczącej rodziny Joego – morderstwa popełnionego na jego siostrze Ellie, które miało miejsce na długo, zanim Joe został prawnikiem. Śmierć Ellie kładła się cieniem na jego życiu i dlatego Joe miał dług wdzięczności wobec Giny, nawet pomimo faktu, że śledztwo, którym dowodziła, zakończyło się fiaskiem.

Gina trzymała w dłoni jakąś karteczkę.

– Dzień dobry, Gino – przywitał się. – Co tam masz?

– Tylko telefon z aresztu w sądzie. Jeden z aresztantów chce się przenieść do ciebie.

Joe się skrzywił. Zamiany w areszcie to była zwykle strata czasu. Aresztanci, którym odmówiono zwolnienia za kaucją, wpadali we wściekłość, często wyżywając się na kancelarii, która ich dotąd prowadziła.

– Kto się nim zajmował?

– Mahones.

Joe uniósł brwi, a Gina się uśmiechnęła.

– Wiedziałam, że cię to zainteresuje.

– Coś mi tu jednak śmierdzi. Czym aresztant uzasadnia prośbę o zmianę adwokata?

– Nie wiem i jest tylko jeden sposób, żeby się tego dowiedzieć.

– To musi być coś poważnego, bo Mahones nie oddaje łatwo swoich klientów.

– Widzę, że się ożywiłeś.

– Sama wiesz, na jakich zasadach to działa, ale mów, słucham.

– Będziesz jeszcze bardziej zainteresowany, kiedy ci powiem, o jakiego rodzaju sprawę chodzi.

– No dalej, mów.

Gina podała mu karteczkę.

– To morderstwo. I oskarżony chce ciebie.

Joe był bliski zagwizdania. Morderstwo. Mahones za żadne skarby tego nie wypuści. Sprawy o morderstwo nie były opłacalne. Nie wymagały licznej dokumentacji, jak sprawy o oszustwa, w których duża ilość papierkowej roboty znacząco podwyższa koszty. Sprawy o morderstwo to zasadniczo sprawy o napaść, tyle że bez udziału jednego ze świadków. A jednak kancelarie bardzo je sobie ceniły, bo podnosiły reputację firmy. Joe spojrzał na karteczkę. Widniało na niej tylko imię i nazwisko: Ronnie Bagley.

– Skoro chce mnie, to może powinienem go znać?

– O to już musisz zapytać jego samego – odparła Gina, odwracając się i ruszając ku drzwiom. Tuż przy nich przystanęła i w oparach ciągnącego się za nią zapachu perfum dodała: – Może będzie miał dla ciebie kartkę urodzinową.

Joe podniósł wzrok.

– Dzięki, Gino. Pamiętałaś.

– Wybierasz się do matki?

– Po co? Żebym się tam udusił? – Podniósł karteczkę. – Pójdę, ale po wizycie w sądzie.

– Bardzo przeżyła to, co się stało z twoją siostrą. I z twoim ojcem. Wiem, co mówię, bo tam byłam. Ten dzień musi być dla niej bardzo trudny.

Joe poczuł, że nastrój mu siada. Zalały go przykre wspomnienia.

– Dla mnie też, Gino – rzekł po chwili. – Wszyscy z tym walczymy. Każdy na swój sposób.

Gina skinęła głową i wyszła.

Joe znowu odkręcił się z fotelem w stronę okna i popatrzył na placyk. Monica zniknęła, pewnie była już gdzieś w budynku. Sesja tai chi też dobiegała końca. Odwrócił się do biurka, przechwytując swoje odbicie w szkle wiszącego na ścianie portretu – przedstawiał jakiegoś wiktoriańskiego sędziego i wisiał w biurze, żeby dodać mu powagi. Przez chwilę Joe widział siebie tak, jak widzieli go inni. Garnitur, krawat, spinki w mankietach. Odnoszący sukcesy prawnik.

To były pozory, fasada. Joe miał sekret, o którym nikt nie wiedział, i choć walczył z tą mroczną tajemnicą, czasami go przygniatała.

Przycisnął palce do skroni. Na kilka następnych godzin musi uciszyć te myśli. Trzeba iść do sądu.

3

Joe zbliżał się do Sądu Miejskiego, wysokiego budynku ze szkła i czerwonego piaskowca, stojącego na tyłach Crown Square, niegdyś otwartej, wyłożonej brukiem przestrzeni, ostatniej szansy ucieczki dla wielu pozwanych; Sąd Koronny znajdował się na drugim końcu placu. To znaczy tak było kiedyś, bo później stary sąd miejski zburzono i na jego miejscu powstały stalowo-szklane sklepy i restauracje, nadające okolicy wielkomiejskiego sznytu. Prawnicy, księgowi i bankierzy mieli wreszcie dokąd chodzić, żeby poplotkować. Siedząc w kawiarnianych ogródkach, popijali drogą kawę zagryzaną jeszcze droższymi ciasteczkami.

Ludzie na placu tworzyli dziwną mieszankę – pozwani przechadzali się po nim ramię w ramię z ludźmi sukcesu, młodymi wilkami. Joego minęła młoda para. Ona była chorobliwie chuda, w brudnych czarnych dżinsach i T-shircie. On szczupły i umięśniony, w białym podkoszulku, tatuaże na rękach. Bardziej bandyta niż wysportowany fan siłowni. Para przeszła obok dwóch mężczyzn w garniturach. Na nadgarstkach elegancików polśniewały duże zegarki, garnitury mieli szyte na miarę. Obaj szli pewnym siebie i dumnym krokiem, który miał przyciągać spojrzenia. Młoda para odwrotnie – patrzyła dokoła wilkiem, jakby chciała odstraszyć ludzi.

Joemu towarzyszyła Monica. Szła obok w milczeniu. Przed ukończeniem stażu nie mogła aktywnie uczestniczyć w rozprawach, ale mogła przekazywać wiadomości, powiadamiać woźnych o przyjeździe Joego, rezerwować terminy lub odbierać dokumenty z prokuratury. Jej twarz zapadała ludziom w pamięć, a to znaczyło, że gdy już zakończy staż, jej początki w roli świeżo upieczonego prawnika będą mniej stresujące. I choć przesiedziała już swoje za plecami obrońców w bardziej wyrafinowanej atmosferze Sądu Koronnego, gdzie robiąc notatki, próbowała zrozumieć, na czym polega rozstrzyganie poważniejszych spraw, to jednak, jeśli chciała praktykować prawo karne, musiała się liczyć z tym, że najwięcej czasu zajmie jej codzienny młyn sądu rozjemczego.

– Więc jakim obszarem prawa chcesz się zająć po zakończeniu aplikacji? – zapytał Joe.

– Nie wiem – odparła Monica. Jedną ręką założyła niesforny kosmyk włosów za ucho, w drugiej ściskała małą teczkę, która w rzeczywistości służyła jej za torebkę. – Podobają mi obrażenia cielesne. No i prawo spadkowe.

Joe lekceważąco pokręcił głową.

– Nudne przerzucanie papierków. Prawo karne to o wiele lepsza zabawa.

– Zabawa?

– Tak, zabawa – potwierdził. – Nikt nie wybiera prawa karnego dla zarobków, za to nigdy nie zabraknie ci anegdot. Mogę ci pomóc. Pomyśl o tym.

Monica się uśmiechnęła.

– Dziękuję. Pomyślę.

Uśmiechała się aż do chwili wejścia do gmachu sądu, gdzie ustawili się w kolejce za pozwanymi i ich pełnomocnikami, żeby przejść przez stanowisko strażników. To, że Joe nosił garnitur i że wszyscy strażnicy go znali, nie znaczyło niestety, że uniknie kolejek.

Monica nie sprawiała wrażenia wystraszonej, kiedy mijali grupę oskarżonych, typowy tłumek zabiedzonych nieszczęśników z przygarbionymi plecami, skrzywionymi ustami i pechem wyrytym na poszarzałych od palenia twarzach. Joe pamiętał, że zauważył Monicę już pierwszego dnia jej pracy w biurze. Chodziło o jej wygląd. W pracy zawsze zjawiała się w ciemnej garsonce i białej bluzce, przez co robiła wrażenie osoby zrównoważonej i opanowanej. Ale Joe pod kołnierzykiem bluzki dostrzegł rąbek zielono-czerwonego tatuażu, a także maleńkie dziurki biegnące wzdłuż małżowiny usznej – ślady po kolczykach, które, gdy szła do pracy, zostawiała w domu. Wiedział, że w przyszłości będzie się wyróżniała i że na pewno przyciągnie do siebie klientów. I dobrze. Komu potrzebny kolejny szary garniturek?

Jasną windą o szklanym suficie wjechali na drugie piętro i wyszli na przestronny hol, przypominający luksusowy kompleks biurowy, po którym dumnie przechadzali się prawnicy z kancelarii Mahones. Była to jedna z największych firm prawniczych w Manchesterze, bardzo prestiżowa, więc pełni zapału młodzi adwokaci z ich sztucznymi uśmieszkami dwoili się i troili, żeby tylko ich klienci nie pomyśleli, że w rzeczywistości mają do czynienia ze zwyczajnymi, miłymi dzieciakami z klasy średniej, które kariera prawnicza rzuciła na komercyjne śmietnisko prawa.

Joe przepchnął się przez niewielki tłumek blokujący dostęp do wejścia do kompleksu z aresztami, w którym w poniedziałki zawsze wrzało. Jakieś młode kobiety wypytywały prawników o swoich chłopaków: chciały wiedzieć, kiedy wrócą do domu. Kilku reporterów węszyło za informacjami z nadzieją, że usłyszą o czymś ciekawym – o jakiejś sprawie o oszustwo zasiłkowe lub dotyczącej nielegalnych imigrantów, bo te zawsze dobrze się sprzedawały. Niestety, zwykle chodziło o bardziej przyziemne przestępstwa, w których główną rolę odgrywała stała trójca prawa karnego – alkohol, narkotyki i przemoc.

Kiedy Joe zbliżył się do drzwi prowadzących do aresztu Centralnej Izby Zatrzymań, tuż przed sobą zauważył człowieka z aktówką z logo kancelarii Mahones. Matt Liver. Rzedniejące włosy, wąskie okularki; Matt uważał, że w byciu prawnikiem chodzi o wypolerowane na wysoki połysk buty.

Gdy Matt dostrzegł Joego, zesztywniał.

– Witaj, Matt – rzucił Joe. – Wygląda, że straciłeś klienta.

– Ronnie jeszcze nie jest twój.

– To dlaczego tu jesteś? Myślałem, że składasz w sądzie wniosek, żeby nikt ci nie świsnął klienta, zanim twoje nazwisko znajdzie się w aktach sądowych.

Matt zacisnął usta, co widząc, Joe szeroko otworzył oczy.

– Co, nie masz podpisu na wniosku? – zakpił i się roześmiał. – Staremu Mahone to się nie spodoba, zwłaszcza jeśli Ronnie przejdzie do mnie.

Matt podszedł bliżej.

– Cały weekend, Joe. Poświęciłem mu całą sobotę i wczoraj. A ty gdzie byłeś w tym czasie?

– Musisz odespać, bracie – mruknął Joe. – Od zmęczenia masz nieświeży oddech.

Zanim Matt zdążył odpowiedzieć, Joe zastukał w szybę obok drzwi prowadzących do aresztu. Kiedy się rozsunęły, uśmiechnął się do brzuchatego mężczyzny w białej koszuli, który przy pasku miał łańcuch z kluczami.

– Przyszedłem zobaczyć się z Ronniem Bagleyem.

– Cześć, Joe. Ronnie już na ciebie czeka.

Drzwi zabrzęczały i Joe wraz z Monicą weszli do środka. Matt chciał za nimi pójść, ale Joe wyciągnął rękę.

– Nie poniżaj się. Powiem twojemu staremu, że zrobiłeś, co mogłeś.

Matt klął, kiedy drzwi się zamykały. Kliknięcie elektronicznego zamka sprowadziło na korytarz mile widzianą ciszę.

– Ostatnio jest jakiś nerwowy – rzucił strażnik.

– Kto, Matt? – zapytał Joe. – Musi się nauczyć, że to tylko praca. W Mahones nigdy nie zostanie wspólnikiem.

– To dlatego od nich odszedłeś?

Joe nie odpowiedział. Powód jego odejścia z kancelarii Mahones nie miał nic wspólnego ze ścieżką kariery.

– Możesz poprosić Ronniego, żeby to podpisał, Ken? W tym miejscu co zawsze.

– Nie ma problemu – odparł strażnik.

Protokół tego nie wymagał, ale Joe wiedział, kogo warto mieć po swojej stronie. Ci, którzy zajmowali się transportem więźniów, mogli wspomnieć o nim innym więźniom. Tym, którzy jeszcze nie wybrali adwokata. Kilka butelek whisky w czasie świąt i Joe miał pewność, że więźniowie znali jego nazwisko.

Strażnik pokazał im boks w rogu, do którego Joe wcisnął się wraz z Monicą; małe pomieszczenie natychmiast wypełniło się zapachem jej perfum. Za szklanym ekranem zobaczyli puste krzesło.

– Nigdy nie widziałam mordercy na żywo – wyznała spokojnym głosem Monica.

– Jeszcze nie wiemy, czy to morderca.

Monica zasznurowała usta.

– Ale jeśli ci z policji uważają, że kogoś zamordował, to chyba mają jakieś podstawy, żeby tak twierdzić?

– Jesteśmy prawnikami. Nam chodzi o dowody. Wcześniej czy później to do ciebie dotrze, jak do wszystkich. Najważniejsze, żebyś nie została jednym z tych stronniczych adwokatów, bo tacy często nie widzą, gdzie jest granica, i dają się przeciągnąć na złą stronę, a potem zostają sługusami przestępców. Zdarza mi się robić coś, czego nie powinienem, ale tu chodzi o to, żeby wiedzieć, co może do człowieka wrócić, żeby się zemścić. Bądź miła, ale trzymaj dystans, bo oni wszyscy przy pierwszych problemach bez mrugnięcia okiem wystawią cię do wiatru.

Sesję szkoleniową przerwał odgłos rozmowy po drugiej stronie szyby, po czym na krześle za nią usiadł potargany mężczyzna. Wszystko miał średnie. Wzrost, budowę, bladą cerę i włosy, krótko ostrzyżone, choć nie na jeża, które sterczały na czubku – rezultat dwóch nocy spędzonych na winylowych materacach w policyjnej celi.

– Witaj, Ronnie. Nazywam Joe Parker, a to jest Monica Taylor.

Ronnie podrapał się po głowie.

– Wiem, kim pan jest, panie Parker. Zapomniał pan, że o pana prosiłem? – Ronnie mówił znużonym, zniechęconym głosem. Ponieważ Joe nie odpowiedział, dodał: – No co? Czego się pan spodziewał? Szerokiego uśmiechu na przywitanie? Przecież zamknęli mnie za morderstwo.

– Okej, zacznijmy jeszcze raz – rzekł Joe. Zwykle nie był taki łaskawy dla klientów, ale mógł tylko sobie wyobrażać, w jakim stresie ostatnio żył Ronnie. – Powiedz, dlaczego chciałeś mnie, a nie kogoś z Mahones.

– Kiedy prosiłem o prawnika z Mahones, myślałem, że dadzą mi pana.

– Odszedłem od nich.

– Taa… zdążyłem się zorientować. Więc co teraz?

Joe przyjrzał się Ronniemu. Wydawał się raczej zły niż zdenerwowany lub wystraszony. Jakby się nie mógł doczekać rozpoczęcia procedury. Niezwykła postawa u podejrzanego o morderstwo. Większość tego typu podejrzanych przede wszystkim próbuje wyjaśniać, że są niewinni, nawet jeśli to nie jest prawda. Joe zaczął zauważać inne rzeczy. Ronnie zaciskał prawą dłoń w lewej i tarł kciukiem skórę, co zdradzało zdenerwowanie. Między kciukiem a palcem wskazującym miał tatuaż – domowej roboty, coś jak małe, zabarwione na szaro linie.

Ronnie zacisnął usta, a ponieważ Joe nadal milczał, najpierw odchylił się na oparcie krzesła, potem znowu się zgarbił, jakby nie był w stanie spokojnie usiedzieć. Można by go było nazwać przystojnym, gdy nie zniszczona twarz. Usta otaczała typowa dla nałogowych palaczy siateczka zmarszczek, pod oczami miał czarne sińce.

– Dzisiaj już nic ważnego się nie wydarzy – rzekł w końcu Joe. – Wrócisz na noc do więzienia. Jutro lub pojutrze sędzia Sądu Koronnego zastanowi się, czy wypuścić cię za kaucją, co się na pewno nie stanie. Potem będziesz czekał na rozprawę.

Ronnie ciężko przełknął ślinę i spuścił wzrok na podłogę.

– To pewne, że nie wyjdę?

– Tak, ponieważ jesteś oskarżony o morderstwo.

– Oskarżeni o morderstwo nie wychodzą za kaucją?

– Zwykle nie. Nie chcę w tobie rozbudzać nadziei, Ronnie. Mogę ci powiedzieć prawdę albo to, co chcesz usłyszeć, ale fakty i tak się nie zmienią.

Nie odrywając oczu od podłogi, Ronnie skinął głową, zupełnie jakby się spodziewał takich wiadomości. Kiedy znów podniósł wzrok, jego spojrzenie przeniosło się na Monicę, która kolejny raz założyła włosy za uszy i niespokojnie poruszyła się na krześle.

– A pani to kto?

– Nazywam się Monica Taylor – odparła Monica, wcześniej odchrząknąwszy. – Jestem stażystką.

Joe zapukał w szybę.

– Oczy na mnie, Ronnie – nakazał, celując w siebie palcem. – Opowiedz mi o swoim przypadku. Zdaniem policji, kogo to niby miałeś zabić?

Ronnie jeszcze przez chwilę przyglądał się Monice, po czym rzekł:

– Moją dziewczynę, Carrie, i Grace, naszą córkę.

Joe zanotował odpowiedź, choć tak naprawdę chodziło tylko o czas na przetrawienie informacji. Ronnie zabił własne dziecko.

– Co powiedziałeś policji? – powrócił do przesłuchania.

– Nic nie powiedziałem. Bo niby co miałbym powiedzieć? Nie ma zwłok, a skoro ich nie ma, to jak można mnie oskarżać o morderstwo?

4

Awięc teraz pozostało mu tylko czekać. Z powrotem oparł głowę o ścianę. Była zimna.

Najbardziej męczyła go niepewność. Nie wiedział, czy robi to, co należy. Działał z właściwych pobudek, dla miłości, ale może obrał zły sposób? To było podniecające, miał tego świadomość, ale musiał z tym skończyć, bo się wyrwało spod kontroli.

Mimo wszystko cisza sprawiła, że wrócił pamięcią do przeszłości; miał wiele wspomnień, jednak umysł przeniósł go do tego pierwszego.

Za pierwszym razem to on dokonał wyboru. Taką otrzymał obietnicę, kiedy się zgodził.

Zobaczył ją, gdy wychodziła od fryzjera, z małego salonu, za którym ciągnęły się ciemne mury stacji kolejowej, stale pogrążonej w cieniu wzgórza, niegdyś porośniętego trawą, obecnie zabudowanego domkami o kamiennych elewacjach, między którymi wiła się droga prowadząca do górnej części miasta. Była jasnością na tle mroku, który sprawiał, że wydawała się drobniejsza.

Miała włosy takie, jakie lubił – długie i proste, bez udziwnień, niezniszczone przez chemikalia i farby. Były takie, jakie powinny być, naturalne i miękkie, chociaż na końcach ostre; prawie widział szybki ruch nożyczek. Próbował się oprzeć, bo tak sobie obiecał, ale nie mógł, impuls był zbyt silny. Na początku przypominał szept, później jednak zamienił się w pomruk. W głowie czuł ucisk, krew tak szybko krążyła w czaszce, że musiał pozbyć się jej ciśnienia.

Więc poszedł za nią. Słyszał tylko szelest jej włosów ocierających się o nylonową bluzkę, wydających miękkie trzaski. Poruszały się na boki, kusząc go, wprowadzając w hipnotyczny trans. Przechodził na drugą stronę chodnika, ilekroć przystawała, żeby popatrzeć na swoje odbicie w witrynie sklepów lub zerknąć na telefon. Wystraszył się, że go zauważyła, ale ona tylko chciała się obejrzeć. Poprawiała grzywkę, ostrzyżoną na prosto, dłuższą po bokach, żeby ładnie opływała twarz.

Pamiętał chłód ukrytych w kieszeni małych nożyczek. Zaciskał na nich palce, czekając na moment, gdy będzie mógł ich użyć – szybko, jak kieszonkowiec. W jakimś zatłoczonym sklepie lub może gdzieś na ulicy.

Potem ona się zatrzymała. Serce mocniej mu zabiło. To był przystanek autobusowy. Idealna sytuacja.

Stanął obok niej. Nie zwróciła na niego uwagi.

Kiedy nadjechał autobus, podsłuchał, dokąd jedzie, i też kupił bilet. Chciał widzieć, gdzie wysiądzie.

Miejsce za nią było wolne, więc się tam wśliznął. Jej włosy zwieszały się z oparcia. Falowały, gdy autobusem trzęsło, a on się w nie wpatrywał. Oddychał coraz szybciej, czując, że wysycha mu w ustach. Za nim nie było nikogo. Przed nim tylko jakaś staruszka, ale nie patrzyła na niego. Nie zapamięta go.

Więc wyciągnął z kieszeni nożyczki. To było jego narzędzie pracy, małe i ostre, naoliwione, tak żeby nie wydawało żadnego dźwięku ostrza jak żyletki, żeby cięły szybko, bez szarpania.

Kiedy autobus się zatrzymał, włosy przestały falować. Wyciągnął rękę, podłożył pod nią drugą, gotową do pochwycenia włosów.

Wystarczyło jedno klaśnięcie, ostrza się zamknęły i długie na dwa centymetry pasemko wpadło mu do ręki, miękkie i jasne, tak lekkie, że prawie go nie czuł. Mocno zacisnął na nim palce.

Pamiętał, jak mu się zamazał wzrok, pamiętał, że chciał szybko wracać do domu, chciał być sam, ale ona potrząsnęła włosami i wszystko zwolniło. Długie pasma zafalowały niczym ciężka zasłona poruszona powiewem wiatru, i wtedy to zobaczył: tylko mignięcie, ale wystarczyło. Skrawek gładkiej skóry na karku, gdzie włosy są najdelikatniejsze, prawie jak puch.

Nachylił się do siedzenia. Ryzykował, gdyż mogła poczuć jego oddech na szyi, ale musiał się przybliżyć. Uwielbiał krótkie włosy, ostrzyżone na pazia, ale z odsłoniętym karkiem, tak żeby mógł sobie wyobrażać, jak nożyczki śmigają blisko skóry, a włosy, odbijając się od oparcia, spadają miękko w dół do jego ręki. Ale z krótkimi włosami był też kłopot, mógł zadrasnąć skórę i przyciągnąć uwagę do siebie i nożyczek. Ścinki, które zbierał, były pocieszeniem; to było najwięcej, co mógł uzyskać bez dotykania.

Widok jej karku utrudniał mu jasne myślenie.

Wstała, żeby wysiąść z autobusu. Nylonowy top cicho zatrzeszczał, kiedy jej włosy przesunęły się po nim, czyste i lśniące, opadające na plecy i falujące w rytm miękkiego kołysania bioder, chociaż nie wszystkie były tak układne. Kilka mniejszych pasemek tańczyło na ramionach od naelektryzowania. Zapragnął czegoś więcej. Obserwował ją, jak wysiada z autobusu i skręca w stronę długiej ulicy, zabudowanej domkami o kamiennych fasadach. Ulica kończyła się polami, co znaczyło, że musiała gdzieś tu mieszkać.

Była tą pierwszą.

5

Sądowy korytarz wyglądał tak jak zawsze: puste twarze osób czekających na wezwanie, siedzących na przyśrubowanych do podłogi, poplamionych niebieskich krzesłach, prokuratorzy z laptopami pod pachą. Obrońcy, najczęściej młodzi ludzie, z aktami, na których widniała nazwa kancelarii, w których pracowali. Mieli polecone, żeby pokazywać te nazwy, gdzie się dało, więc wyglądali trochę jak żywe reklamy.

Monica podążała za Joem, który zmierzał do sali rozpraw, puszczając mimo uszu rozmowy, jakie się toczyły na korytarzu. Pozwani opowiadali, co ich sprowadziło do sądu, nie wiedząc, że ich adwokaci zredagują i ocenzurują te historie, a żeby omamić sędziów, wypełnią je pełnymi skruchy oświadczeniami. Joe szybko omiótł wzrokiem twarze mijanych osób, ale tylko po to, żeby sprawdzić, czy nie zauważy kogoś znajomego, zwłaszcza jakiegoś klienta z Mahones – żeby namówić klienta do zmiany adwokata, nie trzeba wiele, czasami wystarczała butelka taniej sherry, nikogo takiego jednak nie dostrzegł.

– To co teraz będzie? – prawie szeptem zapytała Monica.

– Odbierzemy dokumentację od prokuratora, a potem pójdziemy do więzienia. Ronnie może teraz liczyć tylko na długie oczekiwanie, żeby dowiedzieć się o tym, jak będzie wyglądała reszta jego życia.

Gwar rozmów ucichł, gdy Joe pchnął drzwi. Hałas z korytarza zastąpiła cisza sali sądowej. Zapełniały ją rzędy drewnianych biurek, z podium dla sędziów na szczycie. Sprawiedliwość wymierzano tu pod herbem Wielkiej Brytanii: lew i jednorożec, tarcza herbowa, Dieu et Mon Droit. Przy biurkach siedzieli obrońcy. Niektórzy rozmawiali, inni czytali akta lub rozwiązywali krzyżówki. Joe jęknął. Wyglądało na to, że jest kolejka. Spojrzał na zegarek. Spieszył się, musiał jeszcze gdzieś pojechać.

Przez chwilę rozważał pomysł, żeby wyjść, nie chciał się spóźnić, ale sprawa Ronniego była zbyt ważna. Poczuł, że ogarnia go przygnębienie. Wiedział, co go czeka, że znowu zaleją go wspomnienia i na powierzchnię umysłu wypłynie tajemnica, którą ukrywał od piętnastu lat. Ale to nastąpi później. Tu i teraz był Ronnie.

Gestem dłoni dał znak Monice, żeby usiadła, a sam poszedł porozmawiać z prokuratorem. Kiedy zobaczył, że jest nim Kim Reader, uśmiechnął się. Znał Kim ze studiów, a nawet kiedyś byli ze sobą, połączeni kilkoma zaprawianymi alkoholem nocami. Kim się odwróciła. Na jej twarzy, zapewne dlatego, że spodziewała się kolejnych jęków jakiegoś adwokaciny, widniał grymas znużenia, jednak gdy ujrzała Joego, rozpromieniła się.

– Joe Parker – rzuciła. – Dobrze cię widzieć.

– Ciebie też. Co tu robisz? Myślałem, że teraz działasz w dużych sądach.

– Dostałam sprawę o morderstwo, więc się nią zajmuję, chociaż przy okazji dostała mi się też cała reszta. – Krzywiąc się, pokazała na tablet na pulpicie, na którego ekranie widniała gotowa do prezentacji lista porannych spraw. Obok tabletu leżał mały stosik białych teczek: sprawy z nocy.

– Ronnie Bagley? – mruknął Joe. – To mój klient.

Kim szeroko otworzyła oczy.

– Ty go dostałeś? – Odwróciła się i skinęła głową w stronę dwóch siedzących z boku sali osób, kobiety i mężczyzny. Joe domyślił się, że to policjanci. Zdradzało ich ubranie. Pastelowe, wyprasowane koszule i czyste marynarki. Prawnicy chodzili albo w wyświechtanych, albo w drogich prążkowanych.

Para wstała, żeby podejść. Na szyjach jednego i drugiego wisiały identyfikatory na niebieskich wstążkach.

– Inspektor Evans – przywitała się kobieta z uśmiechem, który jednak zdaniem Joego był wymuszony. Cóż, na razie był wrogiem.

Mężczyzna stojący za Evans powiedział: „Sierżant Bolton” i wyciągnął rękę. Joe nią potrząsnął, mimo że wiedział, po co to wszystko – żeby zmusić go do grymasu i żeby podziwiał siłę uścisku.

– Dzień dobry, pani inspektor – rzucił do kobiety.

– Sądziłam, że Bagleya prowadzi ktoś z Mahones – rzekła policjantka.

– Już nie.

– Nie dziwię się. Kazali mu milczeć, ale jeśli miał coś do powiedzenia, powinien był to uczynić. Może uniknąłby oskarżenia.

– A więc dalibyście wiarę jego zeznaniom, pani inspektor? – zapytał Joe, udając zdziwienie. – W takim razie, jeśli chcecie, kiedy tylko będzie miał okazję, mój klient złoży oświadczenie, że niczego złego nie zrobił, a wy go wypuścicie, tak?

Evans poczerwieniała, zdenerwowana sarkazmem w głosie Joego. Zanim jednak zdążyła odpowiedzieć, otworzyły się boczne drzwi i do sali weszli sędziowie pokoju – dwóch starszych mężczyzn w garniturach i młoda kobieta, zbyt wystrojona jak na sąd. Wszyscy w sali wstali i wykonali zwyczajowy ukłon, a potem pomieszczenie wypełnił brzęk kluczy. Joe odwrócił się i spojrzał na ławę oskarżonych. Za szybą ze wzmocnionego szkła pojawił się około pięćdziesięcioletni mężczyzna w brudnym ubraniu, przykuty kajdankami do strażnika, pierwszy pijak z nocy tego dnia. Jego bluza i dresowe spodnie zdradzały, że w celi, w której spędził noc, nie panują luksusowe warunki.

Kiedy sekretarz sądu zaczął wypytywać mężczyznę o nazwisko i datę urodzenia, Joe zdał sobie sprawę, że potrzebuje Ronniego Bagleya, choćby jako odskoczni od codziennych połowów nieszczęśników, takich jak ten, który właśnie zeznawał.

Wrócił na swoje miejsce, ale widział, że detektywi, szepcząc miedzy sobą, kiwają głowami i spoglądają na niego. Potem, zbierając się do wyjścia, wstali. Gdy opuścili salę, Joego ogarnęło nieodparte wrażenie, że jego udział w sprawie z jakiegoś powodu bardzo zyskał na znaczeniu.

6

Joe spojrzał na dom matki i mocniej zacisnął palce na kierownicy.

Z zewnątrz dom wyglądał jak zwyczajny, przeciętny bliźniak o dużych oknach, z małym murkiem przed ogródkiem i podjazdem prowadzącym do garażu ze zniszczoną drewnianą bramą. Wiedział, co zastanie w środku: urodzinowy baner, tort, radosne uśmiechy. Tyle że to były pozory, wyreżyserowane tak, żeby się wydawało, że wszystko jest w porządku, że są szczęśliwą rodziną. I tylko jej członkowie wiedzieli, jak bardzo śmierć Ellie zdewastowała im życie. Ojciec Joego wpadł w depresję, z której nigdy się nie wygrzebał, a pocieszenia szukał w butelce. Pięć lat temu dostał wylewu i zmarł. Wtedy pić zaczęła matka Joego i od tamtego czasu dom zaczął popadać w ruinę.

Rodzice odkupili go od władz samorządowych, gdy w handlu nieruchomościami panował ruch. Sądzili, że robią dobry interes, jednak za mało zarabiali, żeby stać ich było na prace konserwacyjne. Inne domy na ulicy regularnie przechodziły mniejsze lub większe remonty, opłacane z kasy samorządu, ale w domu matki studzienki ściekowe porastała trawa i kiedy padało, woda wylewała. Framugi okien zaczynały gnić, a farba z elewacji zeszła prawie w całości. Joe namawiał matkę, żeby wynajęła firmę remontową, nawet sam pewnego dnia pojawił się z pędzlem i farbami, ale matka nie chciała niczego zmieniać. Jakby nie potrafiła pójść przed siebie, chociaż była jeszcze Ruby.

Joe postanowił, że martwienie się o stan domu musi odłożyć na inny dzień. To, co na niego czekało w środku, stanowiło część gry pozorów, więc przyszykował się, że będzie się musiał uśmiechać i narzekać, że znowu jest o rok starszy i że lat mu tylko przybywa zamiast ubywać. Ale tak właśnie się to odbywało w rodzinie Parkerów. Wszystkie okazje świętowali wspólnie, jakby rodzina mogłaby się rozpaść, gdyby robili to inaczej.

Chociaż chodziło o coś jeszcze. O Ellie. Od dnia jej śmierci zawsze chodziło przede wszystkim o nią.

Joego zalały wspomnienia. Jak zwykle sprowadzały ze sobą ból, były jak ciemny koc, który go dusił. Jego urodziny zawsze przebiegały pod znakiem tłumionego smutku. Myślał, że wraz z upływem czasu ból się zmniejszy, ale on się tylko wzmagał. I to była jego wina, bo utrzymywał wspomnienia przy życiu; złościł się na siebie, ilekroć mu się wydawało, że zapomina i chce rozpocząć nowy rozdział.

Zerknął w lusterko wsteczne. Musi być gotowy, musi się uśmiechać, chociaż wiedział, że gdy wejdzie do domu rodzinnego, zastanie ten sam ciężki smutek, jaki się w nim unosił tamtego dnia i już zawsze potem. A zwłaszcza w dniu jego urodzin, w rocznicę śmierci Ellie.

Nie, nie tak. To nie było zwykła śmierć. Ellie nie umarła. Została zamordowana. Brutalnie, z zimną krwią.

Ale nie powinien o tym teraz myśleć. Nie było zresztą, o czym, bo co roku wszystko działo się tak samo. Jego urodziny przebiegały według stałego schematu – matka starała się zrobić z nich wielkie święto, mimo że wiedziała, że to się nie uda.

Wysiadł z samochodu. Było ciepło. Aż dziwne, bo w Manchesterze często padało, a niebo stale zasnuwały szare chmury. Jednak ten dzień należał do tych nielicznych wiosennych, gdy ptaki śpiewają, a majaczące za miastem Góry Pennińskie raczej błyszczą, zamiast straszyć posępnością. Metalowa furtka kliknęła, kiedy ją otwierał. Ruszył podjazdem i gdy wszedł na biegnący wzdłuż domu podwójny rząd płyty chodnikowych, w oknie pojawiała się twarz Ruby, jego siostry. Ruby pomachała do niego, a on jej odmachał, i gdy dostrzegł cień jej sylwetki przez szybę w drzwiach wejściowych, przywołał na twarz szeroki uśmiech.

Ruby była typową nastolatką – patykowate ręce i nogi, gejzer energii. Miała dopiero trzynaście lat, więc między nimi była duża różnica wieku.

– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – pisnęła i wycisnęła mu na policzku słodkiego całusa. – Już myślałam, że nie przyjedziesz.

– Jak mógłbym przegapić taką imprezę? – odparł i mimo wszystko się roześmiał.

Ruby wciągnęła go za rękę do domu, gdzie zaatakowały go widoki i zapachy, które pamiętał z dzieciństwa: dochodząca z kuchni woń pieczonego ciasta, półka przy telewizorze, zastawiona przywiezionymi z wakacji kiczowatymi pamiątkami: popielniczka z Malty, dzwonek z Hiszpanii, jakieś kieliszki z różnych miejscowości w Szkocji. Na gzymsie kominka stały fotografie jego, brata i Ellie, ich młodszej siostry.

Joe skupił na niej wzrok. Przyjęcie z okazji jego urodzin zawsze odbywało się dość wcześnie, bo reszta dnia była przeznaczona dla Ellie, która zginęła w jego osiemnaste urodziny. Została zgwałcona, uduszona i porzucona w krzakach niedaleko szkoły, w której się uczyła. Tak więc każde jego urodziny w rzeczywistości dotyczyły Ellie. Rodzina musiała tylko najpierw odbębnić przyjęcie.

Uderzyło go, jak bardzo Ruby jest podobna do Ellie. Miała taki sam uśmiech, trochę łobuzerski, ten sam błysk w oczach i tak samo przygryzała dolną wargę. Czasami, gdy się nie pilnował, ten uśmiech wywoływał w nim falę smutku. Musiał wtedy sobie przypominać, że Ruby jest oddzielną osobą, a nie substytutem zmarłej siostry.

– A więc jednak dotarłeś?

To był jego brat, Sam.

– Przecież to przyjęcie na moją cześć – rzekł Joe, odwracając się. – A podobno spóźnianie się na własne przyjęcie należy do dobrego tonu.

Sam posłał mu szybki uśmiech.

– Wszystkiego najlepszego, braciszku.

Sam był detektywem, chociaż nie takim, jak inni znani Joemu detektywi. Był spokojny, zrównoważony, szczupły, krótkie włosy miał zawsze porządnie uczesane. Ale cechowała go też nerwowość. I nosił okulary. Robił za sumienie rodziny, był tym, który próbuje trzymać wszystkich w kupie. Życie postrzegał jako niekończący się ciąg obowiązków. Dlatego, gdy zbliżały się czyjeś urodziny, w czasie wakacji, a czasami tylko dlatego, że prognozy pogody zapowiadały ładny dzień, ta sama mała grupa osób była proszona o zjawienie się w domu matki.

– No tak, dzięki – odrzekł Joe. – Gdzie mama?

– W kuchni, przygotowuje jedzenie. Wiesz, jak to jest. Najlepiej, kiedy się czymś zajmuje.

– O której wybieracie się na cmentarz?

– Wybieracie? Ty nie idziesz?

Joe westchnął. Szykowała się ta sama stara wymiana zdań.

– Nie mogę. Pracuję.

Sam z początku nic nie odpowiedział i tylko przez kilka sekund ciskał wzrokiem pioruny. Wreszcie, pokręciwszy głową, rzekł:

– Choć raz mógłbyś zrobić wyjątek. Ze względu na mamę.

Joe, żeby Ruby nie słyszała, podszedł bliżej i szeptem powiedział:

– Ellie jest zawsze w mojej głowie, ale wolę myśleć o niej przy weselszych okazjach, na przykład w rocznicę jej urodzin, a nie śmierci. Chcę ją wspominać z okazji innych wydarzeń niż myśląc, jak to się skończyło.

– Gadasz bzdury i dobrze o tym wiesz.

Zanim Joe zdążył odpowiedzieć, do pokoju weszła matka z talerzem kanapek w ręce. Gdy go stawiała na stole obok półmiska z pasztecikami i zapiekanką z mięsem, talerz głośno zastukotał. Drżenie dłoni matki stawało się coraz silniejsze.

Uśmiechnięta, podeszła do Joego, który od razu wyczuł, że jest bardzo spięta, mimo że chciała to ukryć. Musiał się pochylić, żeby dosięgła ustami jego policzka. Jej wargi były zimne i drżały bardziej niż zwykle.

– Ależ ty jesteś przystojny – rzuciła, biorąc go za rękę. Jej własna była chłodna i szorstka. – Mój najmłodszy synek, trzydziestotrzylatek. Kto by pomyślał? Czuję się taka stara.

– Będziemy się o to martwili, kiedy zaczniesz staro wyglądać – odparł Joe, chcąc sprawić matce przyjemność.

Oboje wiedzieli, że to kłamstwo, ale matka lubiła, gdy tak żartował. Pomyślał, że od lat wygląda tak samo. Chodziła w tych samych sukienkach albo w dresach. Włosy miała zawsze krótkie i tylko ich kolor się zmieniał, bo gdy pojawiła się siwizna, zaczęła się farbować. Ostatnio jednak wydawała się starsza, bardziej krucha. Pod oczami pojawiły się popękane naczynka, a policzki na stałe przybrały czerwoną barwę. Joe wiedział, że to przez alkohol, ale nie było sensu jej tego wypominać. Matka piła, kiedy potrzebowała się znieczulić, a jego urodziny były dla niej najtrudniejsze. Bardzo się starała, żeby dobrze wypadły, chociaż wielokrotnie jej tłumaczył, że mu na tym nie zależy. Z drugiej strony, gdyby nie urodziny, ten dzień byłby w całości poświęcony Ellie, więc matka i tak musiałaby pić, żeby go przetrwać.

– Chodź tutaj – powiedziała Ruby, ciągnąc go do fotela przy kominku. Chociaż to był maj, a na zewnątrz świeciło słońce, kominek był nastawiony na najwyższą temperaturę.

Kiedy usiadł w fotelu, całą trójką odśpiewali mu Sto lat. Ze względu na Ruby starał się wyglądać radośnie. Potem Ruby zniknęła i wróciła z małym stosikiem prezentów. Rozpakowując je, udawał zachwyt, śmiał się z żartów na kartkach urodzinowych, wyrażał wylewną wdzięczność za każdy upominek: koszulę, kubek, karton piwa i skarpetki.

– Jeszcze raz wszystkiego najlepszego – powiedziała matka i po jej policzku spłynęła pojedyncza łza.

– Niedługo będę musiał wyjść – zapowiedział i skrzywił się na widok bólu, jaki na sekundę pojawił się w oczach matki. Chciałby cofnąć swoje słowa, ale było za późno.

– To jaki parszywiec tym razem jest ważniejszy od rodziny? – zakpił Sam.

– Mówisz, jakbyś wciąż był na służbie – mruknął niechętnie Joe. – Spróbuj czasami nie odgrywać gliniarza. Może się okazać, że to miłe uczucie.

– No, dalej, zacznij mi jeszcze tłumaczyć, że oni są takimi samymi ludźmi jak ty i ja.

– Nie wracajmy znowu do tej rozmowy.

– Nieraz widuję tych twoich klientów i wiem, jak naprawdę wyglądają, kiedy skuci kajdankami wyklinają i plują jadem. Ty ich dostajesz w wersji wyczyszczonej, kiedy ubiegają się o zwolnienie za kaucją lub o co tam jeszcze.

– Mimo to, są wciąż ludźmi.

– Nie kłóćcie się, chłopcy. – To była matka.

Uśmiechnęli się do niej, chcąc, żeby odniosła wrażenie, że tylko żartują, że to tylko takie braterskie przepychanki, z powodu upływu lat bardziej słowne niż fizyczne.

– Bo dla niego praca jest ważniejsza niż my – poskarżył się Sam.

– Joe ma ważną pracę – oznajmiła matka. – A ja jestem z niego bardzo dumna.

Sam zacisnął zęby. On zamykał przestępców, Joe ich wypuszczał, ale w świecie matki sukces mierzyło się ceną garnituru, a nie tym, że człowiek wykonał dobrą robotę.

– Kiedy skończę, znowu wpadnę. Obiecuję – zapewnił Joe.

Uśmiech matki wyglądał na jeszcze bardziej wymuszony. Świetnie wiedziała, że Joe chce uniknąć wyprawy na cmentarz.

Zadzwoniła komórka Sama. Odbierając ją, Sam odwrócił się plecami do wszystkich, ale Joe i tak słyszał.

– Dzisiaj mam wolne – mówił do telefonu. Potem chwilę słuchał, a gdy znów się odezwał, w jego głosie pobrzmiewało poirytowanie. – Dobrze, przyjadę jak tylko będę mógł.

– Co się stało? – zapytał Joe, kiedy brat się odwrócił.

Sam spojrzał na telefon.

– Muszę wpaść na komendę. Chcą ze mną porozmawiać o jakimś morderstwie.

– Myślałem, że jesteś w wydziale przestępstw gospodarczych.

– Bo jestem – odburknął.

– Więc skąd to morderstwo?

– Nie wiem.

Joe, nie doczekawszy się wyjaśnienia, sięgając po kanapkę mruknął:

– Kiepsko, gdy praca wchodzi człowiekowi w drogę, co?

7

Sam Parker zerknął w lusterko wsteczne, żeby sprawdzić, w jakim stanie jest jego krawat. Poprawił go, ale krawat jeszcze bardziej się skręcił. Znowu go wyprostował, jednak uzyskał tylko tyle, że krawat leżał tak jak na początku. Sam był tuż po wizycie na grobie Ellie i czuł, że nie jest jeszcze gotowy, żeby zająć się pracą. Ale musiał; dostał wezwanie z wydziału zabójstw i nie mógł go zignorować. Oficjalnie wydział zabójstw już się tak nie nazywał. Teraz nosił nazwę Wydział ds. Ciężkich Przestępstw, ale Sam wiedział, że pracownikom wydziału bardziej podobała się stara nazwa. Kwestia próżności.

Popatrzył w górę, na budynek, w którym mieścił się komisariat policji Stanmoss. Budynek był z czerwonej cegły i miał dwa skrzydła z każdego boku. Elewację zdobiły pierścienie z piaskowca, żeby gmach wyglądał jak pokryty złotem, w rzeczywistości jednak sprawiał wrażenie zniszczonego i starego. Mury były poczerniałe od spalin dochodzących z ulicy.

Postaraj się zachować spokój, nakazywał sobie w duchu Sam, podekscytowany tym, że jeśli w dochodzeniu o morderstwo potrzebny jest ekspert do spraw finansowych, to być może będzie mógł się wykazać.

Chociaż wolałby, żeby to był inny dzień. Cała jego kariera zmierzała właśnie do tego punktu, żeby mógł choć przez chwilę popracować w wydziale zabójstw, ale wspomnienia z cmentarza kładły się cieniem na satysfakcję, jaką odczuwał. Zresztą o Ellie myślał zawsze. Jego mała siostrzyczka, którą ostatnio widział w dniu, gdy wyjeżdżał na studia. Ciepła, ładna piętnastolatka, której życie zostało przerwane przez kogoś, dla kogo to życie nie miało żadnego znaczenia. Wiedział, że to banalne, ale Ellie potrzebowała kogoś, kto będzie walczył o sprawiedliwość. I nie tylko z jej powodu, ale też ze względu na innych – osoby takie jak ona, i tych, którzy wyszli z domu i już do niego nie wrócili.

Sam miał za sobą wiele dochodzeń w sprawach o defraudacje. To była ciężka robota, która niestety często szła na marne. Ludzie trafiali za kratki, jednak nie na długo. Choć czasami wydawało się, że warto było się wysilić, na przykład, gdy wyszukane w dokumentach tropy prowadziły do domów zakupionych za wyprane pieniądze, a oszust je tracił. Jednak zwykle Sam ścigał pomniejszych oszustów, którym nielegalne dochody potrzebne były do uprawiania hazardu lub na rozrywki z kobietami. Może to jest jego szansa na pracę przy czymś poważniejszym, bo przecież po to zatrudnił się w policji. Dla Ellie.

Drgnął, bo zadzwoniła jego komórka. Na ekranie pojawiła się wiadomość, że numer dzwoniącego jest zastrzeżony. Wahał się, czy odebrać; przypuszczał, że dzwoni ta sama osoba, która wydzwaniała do niego już od kilku tygodni. Jednak, ponieważ swój numer podał świadkom, postanowił odebrać.

– Halo, detektyw Sam Parker.

Po drugiej stronie połączenia było cicho i przez chwilę myślał, że to automatyczna wiadomość, jakaś reklama ubezpieczeniowa z obietnicą rekompensaty w razie obrażeń ciała lub wypadku samochodowego. Ale tak nie było. Usłyszał te same odgłosy co zawsze. Szamotanina, jęki, zdławione stęknięcia, a potem krzyk ucięty odgłosem uderzenia, po którym następował szloch.

Rozłączył się i schował telefon do kieszeni. Przypuszczał, że odgłosy, które słyszał, pochodziły z nagrania, może ze ścieżki dźwiękowej z jakiegoś horroru. Sądził, że ktoś mu to puszcza, bo jest na niego zły. Nie wszystkim się podobało to, czym się zajmował jako detektyw od oszustw finansowych. Z jego powodu wiele osób musiało się pożegnać z dużą kasą i pewnie sporo z tych osób miało o to do niego pretensje.

Te telefony z nagraniem nie zdarzały się codziennie. Czasami nie otrzymywał ich przez wiele dni, ale potem było ich cztery lub pięć dziennie przez cały tydzień. Zawsze z tym samym nagraniem.

Spojrzał w słońce, co mu trochę poprawiło nastrój. Wysiadł z samochodu i wolno ruszył do drzwi wejściowych, w których szybie znowu się przejrzał. Miał na sobie czysty szary garnitur – był w domu, żeby się przebrać – do tego niebieską koszulę i granatowy krawat. Wyglądał, jakby szedł na rozmowę o pracę, i tak się zresztą czuł.

Wszedł na komendę, czemu towarzyszył głośny trzask zamykających się za nim drzwi, po czym udał się na wędrówkę po wysokich korytarzach, oświetlonych jarzeniówkami o zapaćkanych kurzem kloszach. Kaloryfery na ścianach z powodu wielokrotnego malowania pokrywała gruba warstwa farby. Sam szukał czegoś, co przypominałoby centrum dowodzenia, ale w większości pokoi nikogo nie było. Wyglądały raczej jak magazyny ze względu na piętrzące się w nich pudła i rozmontowane meble, gotowe do wywiezienia. Zaczął już nawet myśleć, że ktoś mu zrobił żart, w końcu jednak doszły go stłumione odgłosy rozmowy. Poszedł za nimi i kiedy skręcił za róg, ujrzał przed sobą otwarte drzwi. Widok koszul i krawatów powiedział mu, że wreszcie znalazł wydział zabójstw.

Przełknął ślinę i ruszył do drzwi. Kiedy w nie zastukał, wszyscy w pokoju odwrócili się w jego stronę.

Pomieszczenie zapełniały ustawione grupami biurka. Na wszystkich migotały monitory, rzucające niebieską poświatę na rozłożone na blatach akta i notesy. Różne dokumenty wisiały też na ścianach i na białej tablicy, na której widać też było napisane zielonym flamastrem jakieś nazwiska i daty.

Nikt się nie odezwał, więc Sam uczynił to pierwszy:

– Detektyw Parker. Przyszedłem do inspektor Evans.

Spojrzenia wszystkich powędrowały na tył pokoju, do kobiety, która rozmawiała przez telefon. Kobieta zerknęła na Sama, ale nie przerwała rozmowy, więc wykorzystał moment, żeby się rozejrzeć. W pokoju na każdej ścianie wisiały plakaty z twarzami czterech nastolatek; dwie z nich nie miały jeszcze osiemnastu lat. Sam rozpoznawał plakaty, bo identyczne wisiały we wszystkich komisariatach w całym hrabstwie. Jednak tutaj, otoczone zdjęciami i powiększonymi portretami, bardziej rzucały się w oczy.

Odcinając się od gwaru rozmów, zbliżył się do jednej ze ścian, żeby się przyjrzeć plakatom. Natychmiast ogarnął go ten przytłaczający smutek, który zawsze się w nim pojawiał, gdy myślał, przez co muszą przechodzić rodziny ofiar. Cztery młode dziewczyny z różnych części Manchesteru, których nic nie łączyło, zniknęły. Prawdopodobnie ktoś je zamordował. Ostatnia zaginęła przed dwoma miesiącami. Na pewno tym zaginięciom towarzyszył jakiś schemat. Trzeba go tylko było dostrzec.

Kłopot w tym, że ofiary bardzo się od siebie różniły. Dwie z dziewcząt były białe, jedna wysoka, o rudych włosach, druga brunetka, z włosami długimi i kręconymi. Trzecia z dziewcząt była czarnoskóra, zaledwie piętnastolatka, chociaż jej zalotny uśmieszek na plakacie kazał myśleć, że jest starsza. Czwartą zaginioną była Hinduska o włosach czarnych i bujnych. Czego ludzie nie widzieli, patrząc na te plakaty?

Usłyszał kroki za plecami. Inspektor Evans. Odwrócił się do policjantki. Była niska i drobna. Włosy miała krótko ostrzyżone, uśmiech stalowy.

– Sam Parker?

– Tak – odrzekł, a kiedy dostrzegł leciutkie drgnienie nozdrzy, szybko dodał: – Pani inspektor.

– Mary Evans – przedstawiła się. – I mów mi po imieniu. Cieszę się, że mogłeś przyjechać.

– No tak, przepraszam, że to tyle zajęło, ale mam wolny dzień – zaczął się tłumaczyć, czując, że Evans jest zła, że zjawił się dopiero teraz.

– Cóż, liczy się to, że jesteś. A teraz chodź ze mną.

Wyminęła go i wyszła z centrum dowodzenia, prowadząc korytarzem do mniejszego pokoju, który chyba służył jej za biuro. Na blacie biurka stał brudny kubek po kawie i oprawione w ramkę zdjęcie młodej kobiety. Jednak biuro wyglądało na jeszcze nieurządzone; przy szafie leżała sterta pożółkłych od starości akt, jakby Evans nie zdążyła usunąć z pokoju pozostałości po poprzednim użytkowniku. Papiery na biurku wyglądały jak sterta śmieci i Sam musiał zwalczyć impuls każący mu uporządkować dokumenty, tak żeby Evans miała do nich łatwiejszy dostęp.

– Siadaj – mruknęła, wskazując na krzesło, które wyglądało, jakby zaraz miało się rozpaść; nogi rozłaziły się na boki. Kiedy na nim usiadł, głośno zatrzeszczało.

Evans przez chwilę mu się przyglądała, aż mu się zrobiło nieswojo.

– Chodzi o te cztery zaginione dziewczyny, tak? – zapytał, pokazując ręką na pokój obok. – Widziałem plakaty.

– Nie, nie chodzi o nie – odparła Evans. – Słyszałeś kiedyś nazwisko Bagley, Ronnie Bagley?

Jakby to była książka adresowa z nazwiskami, Sam przejrzał w myślach akta z szafki koło biurka w jego biurze. Niczego tam nie znalazł, więc spróbował sobie przypomnieć nazwiska przestępców i oszustów, z którymi miał dotąd do czynienia. Na koniec pokręcił głową.

– Nie, nie wydaje mi się.

– Zajmuje się nim twój brat.

Sam nie bardzo rozumiał.

– Joe?

– Tak, Joe. Joe Parker. Jest obrońcą, zgadza się?

– Tak. Wcześniej pracował w kancelarii Mahones, ale się przeniósł do Honeywells. – Sam zmarszczył czoło. – Ale co to ma wspólnego ze mną?

– Chcę, żebyś wyciągnął od brata pewne informacje – odrzekła po krótkiej zwłoce Evans.

– Na jaki temat?

– Jednego z jego klientów.

Sam szeroko otworzył oczy.

– Chcecie, żebym szpiegował brata?

– Można to i tak określić.